Nie wiem, gdzie jestem - Gayle Forman

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Nie wiem, gdzie jestem
Nie wiem, gdzie jestem.
Freya wpatruje się w ekran swojego telefonu, na którym przed chwilą wystukała tych kilka słów.
Nie wiem, gdzie jestem. A to skąd jej się wzięło?
- Przepraszam - powtarza kierowca. - Ale chyba nie wiem, gdzie jestem.
To przywraca ją do rzeczywistości. Siedzi w zamówionej limuzynie, która wiezie ją do lekarza, na siódmą - czy może ósmą? - wizytę w ciągu ostatnich dwóch tygodni, a kierowca zgubił drogę po wyjechaniu z tunelu.
Przerzuca okna w telefonie, otwiera kalendarz.
- Jedziemy na skrzyżowanie Park Avenue i Siedemdziesiątej - instruuje kierowcę. - Na Trzeciej Alei trzeba skręcić w prawo, a na Siedemdziesiątej Pierwszej Ulicy w lewo.
Uchyla szybę i patrzy przez okno.
Nie wiem, gdzie jestem. Dwadzieścia trzy znaki. To mało, lecz nie sposób zaprzeczyć, że z tych słów bije szczerość, że brzmią idealnie czysto jak c razkreślna. Ostatnio bardzo niewiele jej wpisów ma taki wydźwięk. Dzisiaj, z samego rana, ktoś od Haydena wrzucił na Twittera zdjęcie Frei z mikrofonem, uśmiechniętej od ucha do ucha, z hashtagami #urodzonazebyspiewac i #ThankfulThursday. A tak naprawdę powinno się napisać #TBT, czyli #ThrowbackThursday, bo po pierwsze, to zdjęcie jest sprzed kilku tygodni, a po drugie, tamtej dziewczyny już nie ma.
Nie wiem, gdzie jestem.
Co by się stało, gdybym to wrzuciła? Co by powiedzieli, gdybym im się przyznała?
Telefon odzywa się cichym świśnięciem i dopiero wtedy dociera do niej, że naprawdę to opublikowała. Momentalnie napływają komentarze, ale zanim Freya zdąży je przeczytać, przychodzi wiadomość od mamy: Park Avenue 720. I mapka z precyzyjnie zaznaczonym miejscem. Bo mama, oczywiście, śledzi Twittera na bieżąco, tak samo jak Freya. I, oczywiście, nie zrozumiała, o co chodzi. Bo Freya wie, gdzie jest. Nie wie natomiast, gdzie się podział jej głos.
Usuwa wpis z nadzieją, że jeszcze nikt go nie udostępnił ani nie zrobił screenshota, wie jednak, że w sieci nic nie ginie. Tym różni się internet od prawdziwego życia.
Kiedy limuzyna dociera na miejsce, mama już na nią czeka. Krąży tam i z powrotem po chodniku, a w dłoni trzyma wyniki badań od poprzedniego doktora, po które musiała skoczyć do miasta.
- No, jesteś już, dobrze, dobrze. - Otwiera drzwi, nie czekając, aż kierowca wyhamuje, i wyciąga córkę na chodnik, zanim Freya zdąży dać mu napiwek, dziesięć dolarów, które ściskała w dłoni. - Wypełniłam już kartę. - Daje córce do zrozumienia, że miała to być oszczędność czasu, ale przecież to ona zawsze wypełnia kartę, u każdego lekarza.
Z recepcji prowadzą ich prosto do gabinetu. Przywilej pacjentów, kiedy za wizytę płacą tysiąc pięćset dolarów, z ominięciem ubezpieczenia (dzięki, Hayden).
- Co dolega? - pyta doktor, myjąc ręce. Nie patrzy na Freyę. Pewnie w ogóle nie wie, kim ona jest. Ma już swoje lata i wygląda jak dziadek, chociaż podobno leczył już takie wschodzące gwiazdki jak Freya. Bo owszem, jeszcze kilka tygodni temu wszyscy uważali, że jej gwiazdka właśnie wschodzi.
Szkoda, że nie przeczytałam chociaż kilku komentarzy przed usunięciem tamtego tweeta, myśli. Może ktoś by mi coś doradził. Może ktoś by powiedział, że i tak będzie mnie kochać, nawet jeśli nie mogę już śpiewać.
Ale to tylko takie pieprzenie i Freya dobrze o tym wie. Miłość nie jest bezwarunkowa. Nic nie jest.
- Straciła głos - wyjaśnia mama lekarzowi. - Ale to przejściowe.
I po raz kolejny wylicza, co się stało: "trzeci tydzień nagrań", "wszystko szło jak z płatka" i tak dalej... a w uszach Frei przez cały czas dźwięczy tych kilka słów: Nie wiem, gdzie jestem, jak zapętlona piosenka. Tak kiedyś robiłyśmy z Sabriną, przypomina sobie: słuchałyśmy jednej piosenki w kółko, żeby w końcu rozebrać ją na czynniki pierwsze i odkryć wszystkie jej sekrety. Wtedy była już nasza, nasza własna. Mama świrowała, dopóki się nie okazało, jakie to pożyteczne.
Lekarz delikatnie obmacuje szyję Frei, zagląda jej do gardła, a na koniec bada zatoki endoskopem. Ciekawe, myśli dziewczyna, co by zrobił, gdybym się teraz zasmarkała. Czy spojrzałby na mnie jak na człowieka, a nie jak na popsutą maszynę. Czyby mnie usłyszał, chociaż straciłam głos.
- Zaśpiewasz wysokie c? - prosi doktor.
Freya śpiewa wysokie c.
- Nie ma problemu z pojedynczymi dźwiękami - tłumaczy mama. - Słuch też ma idealny, absolutny. Hayden mówi, że jeszcze nigdy nie spotkał nikogo z takim słuchem.
- Naprawdę? - Lekarz dotyka gardła Frei. - To posłuchajmy. Zaśpiewaj mi coś prostego, może Happy Birthday?
Happy Birthday. Kto nie zaśpiewa Happy Birthday? Nawet dziecko to umie. Każdy zaśpiewa Happy Birthday, do tego nie trzeba mieć ani głosu, ani słuchu. Aby pokazać lekarzowi, co o tym sądzi, Freya zaczyna śpiewać, ale z mocnym francuskim akcentem:
- Api bersdej tu ju... - Przeciąga samogłoski z melodyjnym wibrato, a widząc zmarszczone brwi mamy, podkręca akcent jeszcze bardziej: - Aapi behrsdeej a wuu...
Okazuje się jednak, że nie doceniła swojego głosu, który nie da się nabrać na głupie numery i kulawy akcent. W trzecim wersie, kiedy melodia skacze oktawę do góry, śpiew zaczyna się rwać, a do gardła rzuca się panika, zamieniając każdy łyk powietrza w ołów.
- Aapi behrsdeej, diir... - I na tym dear się kończy. Oddech zamiera w zaciśniętym gardle. Zdławiona melodia urywa się w pół nuty. Rodzi się martwa.
- Happy birthday to me. - Freya krzywi się sarkastycznie, z kamienną twarzą składając sobie samej urodzinowe życzenia twardym amerykańskim akcentem, i żeby wszystko było jasne, przejeżdża kantem dłoni po gardle, jakby je podcinała.
- Czy to paraliż? Słyszałyśmy, że coś podobnego miała... - mama zniża głos - Adele.
Freya słyszy wyraźnie, z jaką nadzieją wypowiedziała to imię. Nie, nie życzy swojej córce paraliżu strun głosowych, ale bardzo by chciała, aby coś łączyło ją z Adele. Kilka lat temu mama przeczytała książkę pod tytułem Droga do celu i gładko łyknęła absolutnie wszystko, co tam było napisane. Bądź taka jak twoje marzenia - brzmi od tej pory jej życiowe motto.
- Wypiszę skierowanie na badania. - Doktor ucieka się do fachowego żargonu, który Freya już dobrze zna. - Tomografia CAT, biopsja, elektromiografia mięśni krtani, może też prześwietlenie. - Wyciąga jakąś wizytówkę i podsuwa ją Frei ze spojrzeniem, które niewiele ma wspólnego z przysięgą Hipokratesa. - Może chciałabyś też z kimś porozmawiać.
- Lobotomia? Próbowałyśmy, ale się cofnęła.
- Freya! - Mama ją upomina, a lekarza informuje: - Chodzimy już do psychologa.
My. Jakby chodziły do niego razem. Jakby obie połykały te małe pigułki, które mają tłumić niepokój, bo podobno właśnie od tego Freya traci głos.
- To się stało dosłownie z dnia na dzień. Gdyby miało... - mama zniża głos do szeptu - ...podłoże psychologiczne, to chyba nie byłoby takie błyskawiczne, prawda?
Lekarz odpowiada wymijającym mruknięciem, które może znaczyć dosłownie wszystko.
- Umówmy się za dwa tygodnie na kolejną wizytę - proponuje.
Dwa tygodnie to za dużo. Hayden postawił sprawę jasno. Załatwił im po znajomości tę wizytę u słynnego lekarza, który pomógł wielu głośnym nazwiskom, czy też może imionom: Adele, Lorde i Beyoncé. Zapłacił mu półtora kawałka za konsultację, bo - jak zapewniał - ten facet to cudotwórca, co miało znaczyć, że jego zdaniem już tylko cud, a nie najdroższe leki, może pomóc Frei.
Na ulicy czeka na nich samochód od Haydena, co jest o tyle niespodziewane, że limuzynę w tamtą stronę musiały zamówić sobie same. Kierowca z lekkim ukłonem otwiera drzwi.
- Pan Booth polecił mi przywieźć panie do firmy.
Przez ostatnie dwa lata Freya bywała w firmie Haydena bardzo często, ale teraz czuje nagłe mdłości. Jej matka, chociaż minęło tyle czasu, wciąż jeszcze zachowuje się tak, jakby on był cesarzem, a ona wieśniaczką, i trzęsie się ze strachu.
- Pewnie chce tylko zapytać, jak poszło - mówi, gorączkowo przeglądając wiadomości.
Hayden Booth nikogo nie wzywa bez powodu i z całą pewnością nie chodzi mu o informacje. Freya jest pewna, że lekarz cudotwórca zadzwonił do niego, kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi. A może, kto wie, miał w gabinecie ukrytą kamerę i kręcił całe badanie.
Czy złamane drzewo upadające w lesie wydaje jakiś dźwięk, jeśli nikt go nie słyszy? Freya postanawia nie jechać do Haydena. Jeśli nie pojedzie, to on nie będzie mógł jej wylać. A jeśli jej nie wyleje, to jej kariera się nie skończy. A jeśli jej kariera się nie skończy, to ludzie wciąż będą ją kochać.
Prawda?
- Jestem zmęczona - mówi do mamy, słabym machnięciem dłoni sygnalizując znużenie. - Jedź sama.
- Prosi nas razem. - Mama ogląda się na kierowcę. - Tak powiedział?
Kierowca nie wie, co powiedział szef, no bo i skąd ma wiedzieć?
- Padam na twarz po wizytach u tych wszystkich lekarzy. - Freya włącza tak zwany tryb gwiazdy. To określenie wymyśliła jej mama, chociaż w zasadzie ona sama nie wie, co o tym myśleć, bo z jednej strony "Bądź taka jak twoje marzenia", a z drugiej wkurza ją to jak jasna cholera.
Kiedy mama się denerwuje, ściąga usta. Wygląda wtedy jak Sabrina, czy też może to Sabrina wygląda jak mama, kiedy się denerwuje. "Zupełnie jakby wasi rodzice podzielili się genami", żartowała kiedyś ich opiekunka. Miało to znaczyć, że Freya wdała się w ojca - złocistobrązowa cera, wysokie czoło, charakterystyczne oczy zdradzające etiopską krew - a Sabrina jest bardziej podobna do mamy: włosy kręcone, ale nie wełniste, skóra dostatecznie jasna, że uchodzić może nie tyle za białą dziewczynę, ile, powiedzmy, za Portorykankę.
Ale po chwili namysłu mama prostuje zaciśnięte wargi.
- Wiesz co? Może to rzeczywiście niegłupie. Ja z nim porozmawiam. Przypomnę mu, że masz dopiero dziewiętnaście lat i że tak wiele już osiągnęłaś. Idziesz jak burza. Mały poślizg tylko zaostrzy apetyt na ciebie. Potrzeba nam trochę czasu, nic więcej. - Łapie z powrotem za telefon. - Wezwę ci Ubera.
- Mamo. Sama trafię do domu.
To nie pomaga, palce mamy dalej tańczą po wyświetlaczu. Frei nie wolno już samej jeździć metrem. Mama zainstalowała jej w telefonie lokalizator. Jest ostrożna, chociaż raczej na wyrost, tak samo jak na wyrost jest "tryb gwiazdy", który prezentuje Freya. Daleko jej jeszcze do sławy. Na razie (w skali Haydena) jest gdzieś pomiędzy ciekawostką a celebrytką. Mogą ją rozpoznać w klubie, kiedy pójdzie potańczyć, albo w konkretnych knajpach czy kawiarniach, gdzie zaglądają różne "dobrze się zapowiadające" aktorki/modelki/wokalistki. Jeśli pokaże się na evencie w jakiejś galerii handlowej (czego już nie robi; agenci mówią, że tak nie buduje się marki), to oblegają ją tłumy, ale w metrze, wśród zwykłych ludzi, jest po prostu jedną z tysiąca. Ale dla mamy i tak wszystko, co robi jej córka, to element pracy nad karierą.
- Chcę się przejść - mówi Freya. - Pójdę do Central Parku, przewietrzę się trochę. Albo zajrzę do Barneysa, może mają wyprzedaż.
Dobrze wie, że mama święcie wierzy w uzdrowicielską moc Barneysa, a mimo to nie czuje się swobodnie w takich miejscach. Ludzie często za nią chodzą i nigdy nie jest pewna, czy to dlatego, że jest w połowie sławna, czy dlatego, że jest w połowie czarna.
- Kup sobie coś ładnego - mówi mama. - Niczym się nie przejmuj.
- Jest coś jeszcze w planie? - pyta Freya z przyzwyczajenia, bo przecież zawsze jest coś w planie, a mama wszystko ma w głowie. Ale tym razem odpowiada jej milczenie. Bo w planie nie ma nic. Te dni były przeznaczone na sesję nagraniową. Mniej więcej teraz Freya powinna kończyć pracę w studiu. Po weekendzie Hayden wyjeżdża na tydzień na swoją prywatną wyspę, a po powrocie zaczyna nagrania z Lulią, wokalistką, którą przypadkiem usłyszał w berlińskim metrze i z której zrobił taką sławę, że teraz jej uśmiech, z charakterystyczną przerwą między przednimi zębami, błyszczy z billboardu na Times Square.
"To możesz być ty", powiedział kiedyś Frei.
Już nie.
- Nic. - Mama w końcu decyduje się udzielić odpowiedzi.
- To widzimy się w domu.
- Dzisiaj czwartek.
W czwartki mama zawsze spotyka się z Sabriną na kolacji. Zwykle nie mówi się o tym. Frei nigdy nie zapraszają.
To chyba jasne.
- Mogę to przełożyć, jeśli jestem ci potrzebna - proponuje mama.
Tych kilka słów przepełnia Freyę potworną goryczą. Aż usta jej cierpną. Ciekawe, myśli, czy zejdzie mi od tego szkliwo z zębów (niedawno wybielonych).
A poza tym - to wstyd. Skąd takie rozgoryczenie, skoro przecież chodzi o jej siostrę, o Sabrinę, która "musiała wiele poświęcić"? Tak mówi mama, a właściwie nie mówi, tylko szepcze, tak samo jak szepcze słowo "przerwa" w każdej rozmowie o problemie Frei: "Po prostu musisz zrobić sobie małą przerwę".
("Przerwa" to szyfr. Naprawdę chodzi o "samospalenie").
- Jedź już. - Freya ponagla mamę, bojąc się, że za chwilę gorycz wypali jej wszystkie wnętrzności i zostanie tylko pusty worek ze skóry. - Hayden czeka.
Mama ogląda się przez ramię na samochód, na kierowcę.
- Zadzwonię, kiedy się dowiem, o co chodzi. - Wsiada. - Idź i się przewietrz. Zrób sobie dzień wolny. Nie myśl o tym wszystkim. Nigdy nie wiadomo - może to cię postawi na nogi. Założę się, że jeśli dzisiaj nie będziesz o tym myśleć, jutro poczujesz się lepiej. Idź na zakupy. Albo do domu i puść sobie Skandal.
Tak, tego właśnie Freya potrzebuje najbardziej. Plus może jeszcze szklanki ciepłego mleka. I drugiej lobotomii.
Czeka, aż mama odjedzie, a potem rusza przed siebie, ale nie na południe, do Barneysa, tylko na zachód - do Central Parku. Wyciąga telefon, żeby sprawdzić Instagram. Pojawiło się jej nowe zdjęcie: pod świeżo rozkwitłą wiśnią przy wejściu do studia nagraniowego na Drugiej Alei. Poniżej widnieją hashtagi: #muzyka, #kwiaty, #zycie, #pieknerzeczy, a w komentarzach - mnóstwo miłych słów, które powinny poprawić jej nastrój. Na przykład: Najcudwniejsza na swicie. Albo KIEDY NOWY FILMIK?! Albo Follow back PLIIIS!!!!
Nagle tuż nad jej uchem wyje samochodowy klakson, a ktoś szarpnięciem wciąga ją z powrotem na chodnik.
- Uważaj - prycha kpiąco ta osoba, a Freya, zamiast podziękować, odwraca się i idzie prosto do parku, gdzie nie ma samochodów i gdzie będzie mogła w spokoju przejrzeć komentarze.
Wchodzi na swój kanał na YouTubie. Już od paru miesięcy nie publikowała niczego nowego, zgodnie z zaleceniem Haydena, który chciał "przegłodzić" fanów, żeby na premierę albumu i nowych teledysków rzucili się jak wilki. Freya bała się, że o niej zapomną, ale podobno są inne sposoby, żeby utrzymać się na widoku; tak powiedział Hayden i zatrudnił agentkę, która miała wrzucać do sieci kolejne sensacyjne doniesienia na temat młodej wokalistki.
Freya wspina się na wzniesienie, za którym jest niewielki mostek. Obok niej śmiga grupa rowerzystów, a powietrze przeszywa ostry dźwięk dzwonków; zachowują się jak w swoim prywatnym parku. Wchodzi na Facebooka i wpisuje w okienku nazwisko: Sabrina Kebede. Pozwala sobie na to tylko raz w miesiącu, ale i tak dobrze wie, że nic tam nie znajdzie. Od dwóch lat jej siostry praktycznie nie ma na Fejsie, wrzuciła przez ten czas dwa albo trzy posty, a właściwie to nie ona, tylko ktoś ją oznaczył.
Tymczasem dzisiaj, proszę, jest nowy post, sprzed kilku tygodni. Zdjęcie wrzucone przez chłopaka nazwiskiem Alex Takashida. Jest na nim jakiś młody facet, prawdopodobnie sam Alex Takashida; trzyma delikatną damską dłoń, a na palcu tej dłoni błyszczy nieduży pierścionek z szafirowym oczkiem. Powiedziała "tak"!, obwieszcza podpis pod zdjęciem.
Freya rozpoznaje tę dłoń od razu, chociaż nie widać twarzy.
Powiedziała "tak"! Sens tych słów dociera do niej dopiero po dłuższej chwili. Jej siostra się zaręczyła. Z tym Alexem Takashidą. Facetem, którego Freya nie zna, nie miała nawet pojęcia o jego istnieniu.
Wyświetla jego profil; okazuje się, że Alex Takashida ma ustawiony publiczny status postów, a prawie w każdym z nich pojawia się Sabrina, chociaż nieoznaczona: Sabrina i Alex w restauracji, stukają się kieliszkami. Sabrina i Alex na plaży. Sabrina, cała rozpromieniona, a razem z nią Alex i mama. Na wszystkich tych zdjęciach Sabrina nie wygląda bynajmniej na osobę, która "musiała tak wiele poświęcić". Wygląda po prostu na szczęśliwą.
Niedobrze mi, myśli Freya i szukając pocieszenia, otwiera apkę, która pokazuje jej "terminy", jak teraz nazywa to mama. Nie musi już nawet przeglądać komentarzy, żeby poczuć się lepiej. Wystarczy zobaczyć, że są. Że przybywa lajków i followersów. Kiedy liczby idą powolutku w górę, uspokaja się. Jeśli czasem któraś lekko spadnie, natychmiast żołądek podjeżdża jej do gardła.
Dzisiaj wszystko ładnie rośnie. Posty i zdjęcia ze studia zawsze mają dobre notowania. Ludzie czekają niecierpliwie na jej płytę. Ciekawe, co będzie, jeśli się nie doczekają.
Właściwie trudno mówić o ciekawości, bo Freya wie, co będzie. Hayden opisał jej to ze szczegółami już na pierwszym spotkaniu.
Otwiera komentarze pod zajawką z wiśniowym drzewem, która pojawiła się rano. "Przepiękne te kwiaty. Nie mogę się doczekać płyty". Odświeża stronę, aby sprawdzić, czy przyszło coś jeszcze, ale oprócz tego nie ma już nic, więc, chociaż dobrze wie, że to popsuje jej humor, wyświetla z powrotem zdjęcie dłoni Sabriny. Znów mija ją pędem gromada rowerzystów; dzwonią na nią tymi wstrętnymi dzwonkami i krzyczą "Uwaga!", ale Freya nie może oderwać oczu od swojej siostry i tego szczęścia, które ją otacza. Wrażenie, że wszystko zrobiła źle, przyprawia ją o mdłości.
Nie wiem, gdzie jestem, mówi w myślach po raz kolejny i teraz już rozumie, jak wiele w tym prawdy. Jeszcze jeden rowerzysta z dzwonkiem śmiga obok, a Freya, zapatrzona w szafir na palcu swojej siostry, odskakuje, tracąc równowagę, i nagle wie już, gdzie jest: w powietrzu, spada prosto na jakiegoś biedaka, który akurat wychodzi spod mostku.
* * *
Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Freya rozmawia z kolejnym lekarzem, który nie umie jej pomóc, Harun próbuje się modlić.
Meczet zapełnia się mężczyznami, którzy zajmują miejsca na dywanach dookoła niego i jego ojca, a Harun stara się przedstawić Allahowi swoją intencję. Tylko że nic mu z tego nie wychodzi. Sam już nie wie, o co chciałby modlić się do Boga.
On przygotuje jakieś wyjście, napisał mu kuzyn. Ale jakie wyjście może mieć Harun?
Nie wiem, gdzie jestem, myśli, kiedy rozpoczyna się modlitwa.
- Allahu akbar - intonuje jego ojciec, siedzący tuż obok.
I znów ta sama myśl: Nie wiem, gdzie jestem. Harun stara się skupić, ale nie może. Jest w stanie myśleć tylko i wyłącznie o jednym: o Jamesie.
Wybacz mi, napisał do niego rano.
I nic, cisza.
James nie powtórzył nawet "Wynoś się z mojego życia", a to były ostatnie słowa, które Harun od niego usłyszał.
Nie ma co liczyć na odpowiedź. James nigdy nie rzuca słów na wiatr.
W odróżnieniu od Haruna.
Kiedy zuhr dobiega końca, wychodzą z Abu z meczetu, aby zabrać swoje buty i wymienić uprzejmości z innymi mężczyznami, którzy przyszli na modlitwę. Na ustach wszystkich jest Hassan Bahara, który umarł w zeszłym tygodniu, kiedy kupował benzynę na stacji.
- Serce - mówi Nasir Janjua do Abu, czyli ojca Haruna.
Wszyscy dookoła zaczynają cmokać. Ten dźwięk to wyznanie: tak, ja też mam wysoki cholesterol. Tak, mnie też żona namawia, żebym się więcej ruszał.
- Nie, nie - prostuje Nasir Janjua. - To była choroba serca, nigdy wcześniej nie dała znać o sobie.
Choroba serca. Harun wie coś o tym. Tylko że jego choroba właśnie daje o sobie znać. Harun, w odróżnieniu od Hassana Bahary, już od lat wie, że jest chory.
Abu ściska go za ramię.
- Wszystko dobrze?
Nie wiem, gdzie jestem. Jak by to było, przyznać mu się do tego?
Ale po co łamać mu serce? Bo tyle tylko by osiągnął. Harun zawsze musiał wybierać, komu złamać serce. I zawsze wybierał własne, bo nad czym tu się zastanawiać? Tak czy inaczej jest złamane. Kiedy serce ma defekt, inaczej być nie może.
- Tak, Abu, w porządku - mówi.
- Na pewno? - dopytuje ojciec. - Rzadko widuję cię w meczecie.
Ale mówi to bez wyrzutu. Starszy brat Haruna, Saif, który w dniu ataku na World Trade Center poszedł do gimnazjum, od tej pory każe mówić do siebie "Steve" i przestał chodzić do meczetu. Kiedy Harun przestał pojawiać się na modlitwie, bitwa była już dawno przegrana. Albo wygrana. To zależy od punktu widzenia.
- Pomyślałem, że skoro wyjeżdżam... - zaczyna, a potem urywa w pół słowa. - Amir chodzi codziennie.
- Tak, twój kuzyn jest bardzo pobożny. - Abu mierzwi synowi włosy. - Dobry z ciebie chłopak. Sprawiłeś Ammi wielką radość.
- A tobie?
- Też, jak zawsze.
Właśnie dla tego "jak zawsze" Harun zrobił to, co zrobił. Żeby dalej było "jak zawsze". Żeby to "zawsze" nigdy się nie skończyło.
Zatrzymują się na skrzyżowaniu Sip i Westside. Harun spogląda w lewo, chociaż do domu i sklepu Abu idzie się w przeciwną stronę.
- Myślałem, że dzisiaj nie masz szkoły - mówi Abu, pewien, że wie, dokąd wybiera się jego syn.
W czwartki nigdy nie ma szkoły. Od zeszłego roku w tygodniu Haruna pojawił się taki niewidzialny dzień. Czwartek to ich dzień; mogą wtedy być razem i snuć się ulicami Manhattanu niczym duchy.
Zimą spotykają się na Chelsea Market i krążą pomiędzy restauracjami, z których każda jest zbyt droga na ich kieszeń. James, który chce zostać mistrzem kucharskim, pożera wzrokiem świeże, parujące makarony, francuskie rogaliki błyszczące od masła i suszące się pod sufitem kiełbasy, opowiadając przy tym Harunowi o wszystkich daniach, które kiedyś dla nich przyrządzi. Kiedy jest ciepło, spotykają się pod łukowatym mostkiem w Central Parku.
Nie opuścili jak dotąd ani jednego czwartku, nawet kiedy śnieżyca sparaliżowała kolejkę nadziemną, albo kiedy James miał zapalenie oskrzeli i Harun marzył tylko o tym, żeby zabrać go gdzieś, gdzie jest ciepło i sucho, chociaż nie miał bladego pojęcia, gdzie znaleźć takie miejsce. Skończyło się w piekarni Panera: siedzieli przy herbacie i oglądali filmy na YouTubie, udając, że są we własnym mieszkaniu.
- Mam jeszcze parę spraw do załatwienia - wyjaśnia Harun ojcu.
- Tylko się nie spóźnij - mówi Abu. - Mama wzięła dwa dni wolnego, żeby przygotować dzisiejszą kolację. Przyjedzie twój brat. Z żoną. - Stara się nie krzywić, mówiąc o żonie Saifa, ale z marnym skutkiem.
- Będę na czas - zapewnia Harun, chociaż w kieszeni ma paszport i pieniądze na jutrzejszą podróż, czyli pięćset dolarów. Zabrał je tuż przed wyjściem z domu, w ostatniej chwili; nie było to rozważne ani zaplanowane, ale otwierało drogę ucieczki: nie wsiadać do tego samolotu, uciec, uciec na zawsze. Wtedy rzeczywiście spóźniłby się na kolację, i to bardzo.
Tchórz.
Nie wiem, gdzie jestem.
Ściska ojca na pożegnanie. To też należy do rzadkości i może wzbudzić podejrzenia, ale tak się nie dzieje.
- Wróć do domu na czas - mówi Abu. - Wiesz, jaka jest mama.
Kiedy tylko znika za rogiem, Harun wyjmuje telefon i pisze: "Będę w parku, w naszym miejscu. Przyjdź".
Na Journal Square jest stacja metra linii PATH. Zapach tuneli - stęchlizna, pleśń, fetor jak w starym garażu - budzi w nim bolesną tęsknotę za Jamesem.
Jak zresztą wszystko.
Wysiada z pociągu na pętli pod Trzydziestą Trzecią Ulicą, obwieszoną neonami odzieżowych sieciówek. Na początku, zanim odnaleźli ukryte miejsca w przestrzeni publicznej, zaglądali czasem do któregoś z tych sklepów i przymierzali różne swetry i spodnie, których żaden z nich nie miał zamiaru kupować, tylko po to, żeby zakraść się razem do boksu w przymierzalni i tam, za zamkniętymi drzwiami i stosem ciuchów rzuconych na podłogę dla kamuflażu, całować się po kryjomu. Naturalnie, od czasu do czasu zdarzyło się coś kupić, na przykład skarpetki, które Harun ma dzisiaj na nogach. "Trzeba zapłacić komorne", komentowali swoją oszczędność.
Telefon w dłoni Haruna nagle zaczyna dzwonić. Dreszcz przebiega mu po plecach, nadzieja wzbiera niczym fala przypływu, ale nie: to nie James.
- Pomyślałam, że mógłbyś kupić tamten krem do rąk. Khala by się ucieszyła - mówi Ammi, czyli jego mama. To nic, że cała walizka jest już pełna prezentów dla Khali i Khalu, dla kuzynów oraz, oczywiście, dla wszystkich rodzin, z którymi Harun będzie się spotykał. - Jesteś gdzieś blisko Hudsona?
Hudson to supermarket niedaleko ich domu.
- Jasne - obiecuje Harun mamie, bo co znaczy jeszcze jedno kłamstwo, skoro zebrał się ich już cały cuchnący stos?
- I trochę imbiru. Zrobię ci herbatę na podróż.
- Na kontroli bagażu każą mi ją wyrzucić.
- To wypijesz przed kontrolą - mówi Ammi. - Żebyś był zdrowy.
Gardło zaciska mu się boleśnie. Jest tchórzem, kłamcą i złym synem. Rozłącza się, a gdy po chwili telefon znowu brzęczy, wyciąga go z powrotem, pełen świeżej nadziei, ale to tylko Amir.
Do zobaczenia niedługo, inszallah1.
Inszallah, odpisuje Harun.
W parku kontrolę nad jego krokami przejmują autopilot oraz nadzieja i prowadzą go prosto na miejsce ich spotkań, obok mostku. Ktoś stoi na mostku, pod gałęziami drzewa wiśniowego, dokładnie tam, gdzie całowali się tego ostatniego dnia; nadzieja wzbiera w nim ponownie. To może być on, powtarza sobie Harun, chociaż widać z daleka, że ta osoba ma jaśniejszą skórę i drobniejszą sylwetkę niż James, a poza tym to dziewczyna. Gdyby tylko James był dziewczyną. Ha.
Już jestem, pisze Harun.
Nie ma odpowiedzi, ale i tak widzi Jamesa wszędzie. Tam: jedzie na rowerze w obcisłych spodniach z lycry - chociaż James umarłby ze wstydu, gdyby ktoś choćby wyobraził go sobie w takim kretyńskim stroju. Tam: wiezie dziecko w trójkołowej spacerówce do biegania - chociaż James nie znosi ćwiczeń fizycznych. Tam: wychodzi z tunelu pod mostkiem, idzie w tę stronę, gdzie czeka Harun.
Żadna z tych osób to nie jest James i Harun szczerze ich za to nienawidzi. Nienawidzi wszystkiego i wszystkich na całym tym świecie. Skoro to Allah stworzył świat, to czemu on, Harun, jest takim nieudanym dziełem? Skoro Allah jest miłością, to czemu spod mostku wychodzi jakiś obcy biały chłopak, a nie James?
Dokładnie w momencie, kiedy te myśli przebiegają przez głowę Haruna, dziewczyna, która nie jest Jamesem, spada z mostku i ląduje z donośnym, głuchym odgłosem na tym białym chłopaku, który też nim nie jest.
* * *
Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Freya rozmawia z kolejnym lekarzem, który nie umie jej pomóc, a Harun próbuje się modlić, Nathaniel wychodzi na zatłoczoną ulicę Manhattanu, choć nie ma najmniejszego pojęcia, gdzie się znalazł.
- Nie wiem, gdzie jestem - mówi na głos w tłumie ludzi. Nie dziwi się, że nikt mu nie odpowiada. Już dawno temu przestali go zauważać.
Zrobił wszystko dokładnie tak, jak było napisane na tablicy informacyjnej na lotnisku. Przeszedł przez terminal, znalazł dworzec, wsiadł do autobusu jadącego na Manhattan. Najwidoczniej jednak zasnął w drodze, bo kiedy obudził go syk pneumatycznych drzwi, autobus był już całkiem pusty.
Próbuje się skoncentrować, ale jest zupełnie skołowany i ma tak spuchnięte oczy, że ledwie widzi. Normalne po nocnym locie.
Kiedy samolot przecinał ciemne niebo nad nieznanymi mu miejscami, Nathaniel słyszał dookoła pochrapujących ludzi w maskach do spania i dmuchanych kołnierzach, którzy połknęli proszki, próbując się oszukać, że są w domu i leżą we własnych łóżkach. On sam przez ostatnie dwa tygodnie właściwie nie zmrużył oka, więc na sen podczas lotu miał raczej marne szanse. Po starcie pasażer siedzący przed nim rozłożył fotel, tak że kolana podjechały Nathanielowi aż pod brodę. Przez pół nocy czytał Władcę Pierścieni, książkę, która kiedyś należała do jego ojca, a kiedy miał jej już absolutnie dość, wyciągnął przewodnik po Nowym Jorku, który ukradł z biblioteki. W słabym świetle lampki nad fotelem sprawdzał po kolei, czego nie zobaczy: Empire State Building. Metropolitan Museum of Art. Central Park. Ogród Botaniczny. A potem przeglądał indeks, w drugiej dłoni trzymając kartkę zabraną ojcu. Było na niej miejsce, gdzie mieli się spotkać.
Mrużąc oczy w słońcu, Nathaniel usiłuje zorientować się w terenie. Wszystko jest dla niego kompletnie nowe i inne niż rzeczy, które oglądał do tej pory. Budynki wyrastają wyżej niż największe drzewa. Światło nie musi przebijać się przez żadne chmury, a dźwięki są tak głośne, że trzeba zamknąć oczy, aby je jakoś ogarnąć i zrozumieć (tutaj dudniący basowy puls jakiejś piosenki reggae, tam niosący się z oddali huk młotów pneumatycznych; tu głośna sprzeczka jakiejś pary, tam piskliwy płacz dziecka). Po tak długim czasie życia w ciszy Nathaniel doznaje słuchowego szoku kulturowego - jeśli coś takiego w ogóle istnieje.
Ktoś nagle potrąca go w przelocie i przywraca do rzeczywistości. To niegrzeczne, wręcz nowojorskie zachowanie, ale Nathaniel cieszy się z tej odrobiny międzyludzkiego kontaktu. Spędził dwa tygodnie w całkowitej samotności, dwa tygodnie, które wydają mu się wiecznością; na pewno nie będzie teraz wybredny.
Mimo to, kiedy kolejny przechodzień syczy na niego "Co tak stoisz?", odsuwa się posłusznie, wycofuje pod daszek, gdzie nie ma ruchu. Stamtąd może się rozejrzeć. Nathaniel widzi ludzi - jeszcze nigdy nie oglądał tylu naraz w jednym miejscu - którzy wszystko robią szybko: w takim samym tempie palą papierosy i gadają jak najęci przez komórki. Nikt nie zwraca na niego uwagi.
Tak, o tym w sumie nie pomyślał. Miasto. Ludzie. Robi mu się żal, że nie wystarczy mu czasu, aby to wszystko poznać. Ale dobrze, powrót na trasę. Trzeba wsiąść do metra. Schemat sieci jest jak talerz zupy z kluskami w kształcie liter i cyfr. Jego literka jest łatwa: musi pojechać linią A. Zgodnie z planem miasta, który oglądał na lotnisku, należało wysiąść z autobusu tuż przy samej stacji metra, na rogu ulicy. Tylko że Nathaniel nie znajduje się na rogu ulicy, ale pomiędzy dwiema ulicami, na samym środku długiej pierzei. Idzie na najbliższy róg, żeby przeczytać nazwę na tabliczce. Czterdziesta Druga. Za nią rozciąga się jakiś park, szmat zieleni pomiędzy drapaczami chmur. Widok jest przyjemny, choć niespodziewany - nawet sam park wydaje się zdziwiony, że znalazł się w takim miejscu - ale w ogóle nie pomaga w znalezieniu właściwej drogi. Nathaniel dalej nie wie, gdzie jest ani gdzie powinien być.
- Nie wiem, gdzie jestem - mówi, wodząc wzrokiem po twarzach mijających go osób. - Przepraszam, gdzie jest stacja linii A?
Ale nikt się nie zatrzymuje, tłum przypomina raczej wielokończynowy organizm, chociaż składa się niby z pojedynczych ludzi. W porównaniu z nim Nathaniel jest jak amputowana ręka.
W przewodniku, który czytał podczas lotu, pisali, że ulice Manhattanu to równa siatka: z północy na południe biegną Aleje, ze wschodu na zachód Ulice, numery rosną z południa na północ, a Piąta Aleja, puszczona samym środkiem, niczym kręgosłup, dzieli wszystkie ulice na Wschodnie i Zachodnie. Tym, którzy się zgubią, autorzy przewodnika radzili szukać charakterystycznych nowojorskich wieżowców, czyli World Trade Center na południu, a na północy Empire State Building.
Nathaniel wie, że World Trade Center już nie ma. Wydaje mu się to trochę zarozumiałe, że umieścili taki obiekt w przewodniku jako punkt orientacyjny, jako drogowskaz dla ludzi, zakładając, że zawsze będzie stał na swoim miejscu.
- Pojedziemy kiedyś do Nowego Jorku - obiecywał mu ojciec, dopisując kolejną pozycję na liście przyklejonej po wewnętrznej stronie drzwi szafy w pokoju Nathaniela. - I na górę Denali też pojedziemy.
- A do Shire? - pytał Nathaniel, kiedy był jeszcze mały i nie wiedział, które miejsca są prawdziwe, a które wymyślone.
- Jasne - obiecywał tata. - Tam też pojedziemy.
Ulicami przemykają żółte taksówki, takie same jak w serialach, które czasami oglądali pomiędzy jednym programem dokumentalnym a drugim. Przychodzi mu do głowy, że taksówką mógłby pojechać prosto do celu. Wyciąga portfel i przelicza ukradkiem resztę pieniędzy (ukradkiem, bo przewodnik ostrzegał: "Uwaga na kieszonkowców i oszustów"). Konto opróżnił do czysta, więc starczyło, żeby kupić bilet na samolot, a potem dwa autobusowe: najpierw z domu na lotnisko, a potem z lotniska na Manhattan. Teraz Nathaniel ma przy sobie mniej więcej sto dwadzieścia dolarów. Z jednej strony wewnętrzny głos mówi mu, że z taką kwotą jakakolwiek podróż, a szczególnie do Nowego Jorku, to czyste szaleństwo. Tylko że przecież właśnie o to chodziło. Pójść na żywioł, bez żadnej siatki bezpieczeństwa. Tak żeby już nie można było się cofnąć.
Nathaniel zawsze prowadził rozważny, oszczędny tryb życia i nie umie wyzbyć się całkowicie starych przyzwyczajeń. Rezygnuje z taksówki, bo nie ma pojęcia, ile kosztuje taki kurs. Poza tym czuć go kmiotkiem z prowincji, więc boi się, że taksówkarz go naciągnie. ("Uwaga na kieszonkowców i oszustów"). Zresztą nie umiałby nawet zatrzymać taksówki. Widział, jak inni wychodzą na jezdnię z wyciągniętą ręką, ale coś mu mówi, że gdyby sam spróbował, to nikt by nawet nie zwolnił.
Wyciąga telefon, bo tęsknota za tatą jest tak przejmująca, że aż boli. Wybiera numer. Po trzech sygnałach włącza się poczta głosowa.
- Powiedz mi coś dobrego - rzuca ojciec z nagrania.
- Cześć, tato - mówi Nathaniel. - Dojechałem.
Rozłącza się i otwiera w przewodniku dużą mapę, na samym środku książki. Jest! Czterdziesta Druga Ulica. Przesuwa palcem i po chwili odnajduje mały kwadrat zieleni. Wpatruje się w niego ze zdumieniem, z ulgą, wręcz z euforią: wreszcie ma jakiś dowód, potwierdzenie tego, gdzie się znajduje.
Mały kwadrat zieleni nazywa się Bryant Park. Jego zachodni bok dotyka Szóstej Alei, która dobiega do Central Parku i tam się kończy. Central Park! Czytał o nim w przewodniku. Obok parku, po lewej stronie, widzi duże niebieskie kółko z literą A - znak linii metra. Można tam dojść na piechotę. Czemu nie?
Nathaniel rusza przed siebie. Jest mu lekko na duszy, tak samo jak wtedy, gdy podjął decyzję, aby tutaj przyjechać. Mija skrzyżowanie z Pięćdziesiątą Ulicą, gdzie tablice informacyjne krzyczą na całe gardło, którędy do Rockefeller Center, a na jednych światłach przechodzi więcej osób, niż liczył cały jego rocznik na zakończenie szkoły. Na skrzyżowaniu z Pięćdziesiątą Czwartą pojawiają się strzałki kierujące do Museum of Modern Art. Nathaniel nie zamierza go zwiedzać, ale czuje się trochę tak, jakby tam był. ("Zobaczymy kiedyś Monę Lizę, obiecywał mu ojciec i chociaż Nathaniel jest niemalże całkiem pewien, że Gioconda znajduje się gdzie indziej, to ma poczucie, że w pewnym stopniu spełnił tę obietnicę).
Droga do Central Parku jest krótsza, niż sądził. Doszedł tam szybko. Za szybko. Zachodni brzeg ściany zieleni, która przed nim wyrosła, dotyka dużego ronda, gdzie znajduje się stacja linii A, lecz mimo to Nathaniel otwiera jeszcze raz mapę w swoim przewodniku. Mógłby iść przez park, do Sto Dziesiątej Ulicy, bo tam się on kończy. W zasadzie może iść na piechotę jeszcze dalej, w ogóle niczym nie jechać. Zanim zasnął w autobusie, tuż przed wjazdem do tunelu, mignęła mu przez okno panorama Manhattanu, podobna do potężnych, zębatych murów wznoszących się w niebo po drugiej stronie rzeki. Dostać się do takiej fortecy było dla niego wręcz nie do pomyślenia, ale proszę, jakoś się udało. Stać go teraz na to, żeby się nie spieszyć. Ojciec zrozumie.
Park zaskakuje go tym, że wydaje się być swojskim, znajomym miejscem. Tam, gdzie wychował się Nathaniel, przyroda wyglądała całkiem inaczej, okazuje się jednak, że drzewa to drzewa, kwiaty to kwiaty, ptaki to ptaki, a wiatr to wiatr.
Słońce nad jego głową wciąż jeszcze stoi wysoko, ale powoli opada w kierunku zachodu. Nathaniel wie już, gdzie się znajduje. Wie, gdzie jest północ. Porzuca główną drogę i skręca na jedną z mniejszych ścieżek. Trochę się pogubił, ale przynajmniej resztki snu już uleciały. Od wielu dni nie czuł się taki przytomny i pełen życia. Wie, dokąd ma się kierować.
Kręta ścieżka przebiega pod niewielkim łukowatym mostkiem, co wygląda tak, jakby do parku prowadził tunelowy portal. Nathaniel przygląda się cegłom. Są bardzo stare, a zwornik wieńczący styk ramion łuku - ledwie widoczny. Pod mostkiem zalega cień tchnący stęchlizną. Nathaniel nabiera powietrza i wstrzymuje oddech. Tak robił w dzieciństwie, kiedy jechali przez jakiś tunel; w dłuższych tata zawsze go dopingował (Jeszcze kawałek, kolego).
Jeszcze kawałek, mówi Nathaniel tacie, wynurzając się z tunelu po drugiej stronie. Słychać jakiś szum. To Freya spada z mostku, ale on nie zdąży już tego zobaczyć, ani tym bardziej zrozumieć, bo dziewczyna ląduje prosto na nim i świat pogrąża się w ciemności.
1 Inszallah (arab.) - jeśli Bóg zechce (przyp. tłum.).
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ I
FREYA
Śpiewam od urodzenia. Od pierwszej minuty życia. Tak opowiadał mi tata. Po przyjściu na świat nie płakałam, nie wydawałam w ogóle żadnych dźwięków i tata mówił, że serce zamarło mu na chwilę ze strachu, że coś mi dolega. Zbiegli się wszyscy lekarze, wszystkie pielęgniarki i wtedy ja wydałam z siebie dźwięk. Nie był to żaden dziecięcy pisk, żaden płacz ani postękiwanie, ale coś bez dwóch zdań muzykalnego. Czyściutkie ais - tak twierdził tata. Podobno trzymałam ton przez dobrą sekundę albo nawet dwie, a lekarze i pielęgniarki zaczęli się śmiać, z radości i ulgi.
- Przyszłaś na świat z pieśnią na ustach - mówił mi. - I już nigdy nie przestałaś śpiewać.
- Głupie gadanie - stwierdziła kiedyś moja siostra Sabrina. - Dzieci nie przychodzą na świat z niczym, a już na pewno nie z pieśnią na ustach.
Ale ja wiedziałam, że mówi tak tylko z zazdrości. Cztery lata wcześniej, kiedy ona pojawiła się na świecie, taty nie było w sali porodowej. Grał koncert poza miastem, a zanim dotarła do niego informacja, że mama zaczęła rodzić, było już po wszystkim. Nikt o tym nigdy nie mówił, ale gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że Sabrina przywitała się ze światem nie pieśnią, tylko wielkim fochem.
Może dlatego, że był przy moich narodzinach, może dlatego, że urodziłam się rozśpiewana, a może ze względu na fizyczne podobieństwo - ja byłam córką taty, a Sabrina córką mamy. Wyszło tak, jakby podzielili się dziećmi jeszcze przed rozwodem. Sabrina spędzała wieczory z mamą: rozwiązywały razem krzyżówki albo robiły porządki w kuchennych szafkach. Ja od popołudnia siedziałam z tatą w ciasnej garderobie, którą przerobił na maleńkie studio nagraniowe. Stały tam stosy pudeł ze starymi kompaktami i kasetami, a tata puszczał mi swoje ulubione wokalistki: amerykańskie, na przykład Billie Holiday, Ninę Simone i Josephine Baker, oraz etiopskie, wśród których prym wiodły Aster Aweke oraz Gigi.
- Słyszysz, jak wylewają swój smutek? Jak wyśpiewują to, czego nie potrafią wypowiedzieć? - Pokazał mi kiedyś zdjęcia tych pięknych kobiet o pięknych głosach. - One są jak drzewo jakaranda: podwójnie obdarowane przez los - powiedział. - Tak jak ty.
Mieszkaliśmy wtedy w White Plains, gdzie te drzewa nie rosną, ale wiedziałam już od taty, że w Addis Abebie jakarandy wiosną zakwitają cudownymi kwiatami, podwójnie obdarowanymi niezwykłą fioletową barwą i pięknym zapachem. Mówił mi też, że zimą, której, mimo przejmującego chłodu, do tutejszych zim wiele brakuje, w powietrzu czuć dym palonego eukaliptusa. Opowiadał o potrawach, które gotuje jego mama. Tęsknił bardzo za jej kuchnią: za smażonym mięsem zwanym tibs, za fasolową pastą sziro, za pieczenią z koźliny, którą szykowało się przed postnymi dniami, za plackami indżera ze sfermentowanej mąki. Jeździłam z nim do restauracji, gdzie mieli to wszystko w menu, a jego ulubione smaki stały się też moimi. Dawał mi do spróbowania gorzką kawę i słodkie wino na miodzie. Nauczył mnie tak jeść palcami, aby nie uronić ani drobinki. "Kondżo, kondżo", mówiły mu kelnerki, wszystkie podobne do mnie: "Pięknie".
Obiecywał, że kiedyś zabierze mnie do Etiopii. Obiecywał, że zabierze mnie do nowojorskich klubów, gdzie przed laty grali Charlie Parker, Miles Davis i John Coltrane. Obiecywał, że któregoś dnia zabierze mnie na koncert swojego mistrza, etiopskiego jazzmana Mulatu Astatkego. To on sprawił, że tata wyemigrował do Ameryki - chciał zrobić tutaj taką samą karierę.
- Ludzie myśleli, że nie da się połączyć Etiopii z Ameryką, ale posłuchaj tego, to dowód, że jednak się da - mówił, puszczając mi nagrania Astatkego. - A kolejny dowód mam przed oczami - dodawał, uśmiechając się do mnie.
Gdy tylko powiedział: "Zaśpiewaj ze mną, Freaulai", śpiewałam, a on wtedy zawsze zamykał oczy i uśmiechał się.
- Przyszłaś na świat z pieśnią na ustach - powtarzał po raz kolejny, a moja siostra za ścianą wołała: "Cicho bądź!". Jej i mamy nie obchodziło, jak gra Astatke ani jak smakuje tibs, nie interesowała ich nawet wycieczka do Etiopii.
- My jesteśmy stąd - przypominały tacie, kiedy wspominał, że moglibyśmy przeprowadzić się do jego ojczyzny, bliżej jego rodziny. - Twoja rodzina to my - ucinały krótko.
- Przestań śpiewać! - wrzeszczała Sabrina, jeśli nie zamknęłam się od razu.
- Obiecaj mi, że nigdy nie przestaniesz śpiewać - prosił mnie wtedy tata, zniżając głos do szeptu.
A ja obiecywałam. W odróżnieniu od niego nie rzucam słów na wiatr.
* * *
Sabrina mówiła, że podobno kiedyś rodzice śmiali się razem i tańczyli w salonie. Że mama chodziła na koncerty taty i wpatrywała się w niego maślanym wzrokiem, przekonana, że miłość pokona ogromną przepaść dzielącą młodą Żydówkę z Westchester i jazzmana z Addis Abeby.
Według Sabriny to wszystko się zmieniło po moim urodzeniu. Czy to była prawda, czy tylko typowe zagranie Sabriny, mojej siostry, która często ściskała mnie za rękę tak długo, aż na nadgarstku pojawiły się czerwone ślady? (Mówiła, że to są "obrączki miłości" i że mają mi przypominać, kto mnie kocha). Siostry, która szeptała mi do ucha: "Śmierdzi ci z buzi, masz włosy jak sprężynki" i która złościła się na mnie, kiedy płakałam?
- Kto ci powie w życiu prawdę, jeśli nie ci, którzy cię kochają? - pytała.
Natomiast w kwestii tego, czy rodzice się kiedyś kochali - tutaj nie miałam pewności. Ich zajadłe kłótnie, gniewne słowa sypane pełnymi garściami, były takim samym elementem ścieżki dźwiękowej mojego dzieciństwa jak muzyka, którą puszczał mi tata. Tylko że, jak to często bywa, nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki nie umilkły i nie ogarnęła nas cisza.
* * *
Miałam wtedy dziesięć lat. Któregoś dnia po powrocie ze szkoły zastałam tatę w domu. Nie spał, co samo w sobie było dość niezwykłe, bo pracował na nocnej zmianie w firmie przewozowej: wychodził późnym wieczorem i oprócz pracy starał się jeszcze pokazać na jakiejś scenie, choćby przez minutę czy dwie, a klubów w Greenwich Village było już coraz mniej. Często wracał do domu, kiedy my akurat wstawałyśmy do szkoły, i spał do wieczora, a potem znów szedł do pracy. Tamtego dnia zobaczyłam go jednak przy kuchennym stole, zastawionym okrągłymi półmiskami z etiopskim jedzeniem.
Tak się ucieszyłam, widząc te przysmaki i tatę w domu, że umknął mi pewien szczegół: w przedpokoju stała spakowana torba podróżna, a obok niej - jego trąbka w futerale. Ale nawet gdybym zauważyła, nie zastanawiałabym się nad tym zbytnio. Tata czasem wyjeżdżał w krótkie trasy, chociaż od dwóch lat akurat nigdzie nie był.
- Dokąd jedziesz? - zaciekawiła się Sabrina, która miała bystrzejsze oko niż ja.
- Moja mama zachorowała - wyjaśnił, podsuwając nam talerze pełne jedzenia. - Chcę ją odwiedzić.
- A wyzdrowieje? - zapytałam. Nigdy nie poznałam babci Ayate. Słabe zdrowie nie pozwalało jej na dalekie podróże, a mama powiedziała, że nie stać nas na cztery bilety do Etiopii.
- Wyzdrowieje - potwierdził tata.
- Kiedy wrócisz? - dopytywała moja siostra.
- Niedługo, Sipara.
Sabrina skrzywiła się, słysząc swoje etiopskie imię, za którym nie przepadała.
- To znaczy kiedy? - naciskała.
- Niedługo - powtórzył tata. - Co wam przywieźć?
- Białą sukienkę, wiesz jaką - poprosiłam, przypominając sobie kobiety z etiopskiej restauracji i zdjęcia moich kuzynek w prześlicznych zwiewnych, białych sukienkach ozdobionych delikatnym haftem. Bardzo, bardzo chciałam mieć taką.
- Habesha kemis? - Uśmiechnął się. - Jasne, obiecuję. - Spojrzał na Sabrinę. - Tobie też przywieźć?
- Nie, dziękuję.
Kiedy skończyliśmy jeść, tata wstał od stołu. Miał łzy w oczach. Przytulił mnie i zaśpiewał mi do ucha, ale nie jakąś piosenkę Billie Holiday czy Niny Simone, które ćwiczyliśmy wspólnie, ale Tsehaj Hajlu, rytmiczną kołysankę. Śpiewał mi ją co wieczór: "Yszururururu, yszururururu, je binije ynat tolo nejilet, dabołyn bahyja, łetetun beguja, jizeszilet nej, jizeszilet nej".
- Śpiewaj ze mną, Freaulai - poprosił, a ja posłuchałam.
Kiedy melodia ucichła, odsunął mnie od siebie na odległość wyciągniętych rąk.
- Obiecaj mi, że nigdy nie przestaniesz śpiewać - powiedział, trzymając dłonie na moich ramionach, a po twarzy ciekły mu łzy.
Więc obiecałam, tak jak zawsze.
Tata otarł oczy, zabrał walizkę, trąbkę i wyszedł. Wybiegłam za nim do przedpokoju.
- Nie zapomnij o sukience!
Ale jego już nie było.
* * *
Babcia zmarła pięć tygodni później. Płakałam, ale nie ze smutku, tylko dlatego, że teraz tata musiał zostać tam jeszcze dłużej, bo trzeba było wyprawić pogrzeb i załatwić wiele spraw. A tych kilka tygodni i tak dłużyło mi się niemiłosiernie. Bez taty nasza rodzina była jak krzesło na trzech nogach.
- Ile jeszcze cię nie będzie? - zapytałam go, przekrzykując trzaski na linii, kiedy minęły już pełne dwa miesiące.
- Niedługo - zapewnił.
- A nie zapomnisz o białej sukience dla mnie?
- Nie zapomnę.
Rozłączyłam się. Obok stała Sabrina. Rozmawiała z tatą krótko, najwyżej chwilę, odpowiadając mu półsłówkami, tylko "tak" albo "nie". Jakby wcale za nim nie tęskniła. Zresztą w sumie dlaczego miałaby tęsknić? Była córką mamy, a mama była tutaj.
Stała z rękami założonymi na piersi i tą samą złośliwą miną, którą robiła, gdy chciała mi coś wytknąć.
- Wiesz, że on już nigdy nie wróci, prawda?
- O czym ty mówisz?
- Jest u siebie, w swoim domu - wyjaśniła. - I nie chce wracać.
- Ale my jesteśmy tutaj.
- Mama i tak chciała go wyrzucić - prychnęła Sabrina. - Myślisz, że wróci tylko dla ciebie?
- Specjalnie tak mówisz.
Sabrina spojrzała na mnie. Miała dopiero czternaście lat, ale niejeden dorosły wzdrygnął się już na widok tego jej spojrzenia.
- Zabrał trąbkę, Freya - przypomniała. - Gdyby zamierzał wrócić, to chybaby ją zostawił?
- Może chciał pograć babci.
- On już nie wróci - upierała się Sabrina.
- Wróci! - Krzyknęłam na nią. - Jesteś zazdrosna, bo kocha mnie bardziej niż ciebie. Bo ja umiem śpiewać. Wróci!
Nawet się nie zdenerwowała. W jej oczach dostrzegłam wręcz coś na kształt współczucia. Bo ona wiedziała. Sabrina wszystko wiedziała.
- Nie wróci.
* * *
Kilka miesięcy później przyszła do mnie paczka. Na znaczku znajdowały się kręcone, kompletnie niezrozumiałe litery alfabetu amharskiego, a data na stemplu wskazywała, że przesyłka szła do Stanów przez parę tygodni.
W paczce była biała sukienka. Prześliczna. Cienka, zwiewna, haftowana fioletową i złotą nicią. Pasowała na mnie jak ulał.
I kartka od taty. Jedno słowo: "Obiecałem".
Wtedy zrozumiałam, że Sabrina miała rację.
Sukienka wylądowała w koszu na śmieci, a ja poszłam do swojego pokoju, położyłam się do łóżka i zaczęłam płakać.
- Co w ciebie wstąpiło? - dopytywała się mama, kiedy znalazła mnie wieczorem. Dopiero kilka tygodni później miała zabrać nas na obiad do Star Diner, aby przy stoliku w oddzielnym boksie ogłosić nam z powagą to, co już wiedziałyśmy: że postanowili wziąć rozwód, a tata zostaje w Addis Abebie na dobre, ale "coś wymyślą", żebyśmy mogły do niego pojechać. Kolejna niespełniona obietnica.
Ale tamtego dnia, gdy mnie wypytywała, milczałam uparcie, płacząc w poduszkę.
- Nie wiem, co się z nią dzieje - usłyszałam przez drzwi, jak mama skarży się Sabrinie. - Co mam zrobić, żeby się z tego otrząsnęła?
Od tego był tata. To on siedział przy mnie, kiedy chorowałam albo czegoś się bałam. Tylko że tata nigdy nie pytał, co się dzieje, kiedy czasem przytłaczały mnie emocje i nie miałam pojęcia, co robić.
- Wyśpiewaj to, czego nie możesz powiedzieć słowami, Freaulai - zachęcał.
Wciąż jeszcze miałam oczy pełne łez, kiedy cicho skrzypnęły drzwi mojego pokoju. Nie, to nie była mama z kolejnym upomnieniem, że mam w końcu przestać. To była Sabrina.
Moja siostra bez słowa położyła się obok, a potem, chociaż nie lubiła, żeby ją przytulać, całować ani nawet dotykać, przylgnęła do mnie całym ciałem.
- Już dobrze - powiedziała cicho. - Będę się teraz o ciebie troszczyć.
Nie uwierzyłam jej. Sabrina, która szczypała mnie "z miłości" i boleśnie dogryzała, która nie znosiła tibs i pasty sziro, która uciszała mnie, kiedy śpiewałam. Ona chciała się o mnie troszczyć? Niby jak?
I wtedy, zupełnie jakby usłyszała moje wątpliwości, Sabrina zaczęła śpiewać mi do ucha. "Yszururururu, yszururururu, je binije ynat tolo nejilet". A przecież moja siostra nie śpiewała nigdy, nawet na święta. Nie wiedziałam w ogóle, że umie. Tymczasem proszę, kołysankę nuciła czystym, pewnym głosem. Jakby też przyszła na świat z pieśnią na ustach.
- Śpiewaj ze mną - powiedziała.
I zaśpiewałam. "Yszururururu, yszururururu, syfeczim azyje, sygager azyje, syseram azyje, syhiedym azyje, jeniema binije, wyred kedżerbaje". Leżałyśmy razem i śpiewałyśmy, na głosy, co wychodziło nam samo, bez najmniejszego trudu i w idealnej harmonii, po której w prawdziwym życiu nie było ani śladu.
I kiedy tak śpiewałyśmy, przestałam płakać. Uwierzyłam, że dopóki możemy razem śpiewać, nie przytrafi mi się nic złego.
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ II
HARUN
Kiedy miałem dziewięć lat, Ammi powiedziała, że odwiedzą nas goście z Pakistanu: rodzina jej siostry. Bardzo się ucieszyłem. Khala, Khalu i troje moich kuzynów - jak dotąd znałem ich tylko ze słyszenia. Usna miała już dziewiętnaście lat, więc nie interesowała mnie zanadto, ale bliźnięta, Amir i Aisza, były w moim wieku. Aisza, hałaśliwa i zbuntowana, od razu się zaprzyjaźniła z moją młodszą siostrą Halimą. Razem wymykały się z domu do 7-Eleven, żeby kupować sobie batoniki Little Debbie i chrupki Doritos.
Pozostał mi więc Amir, niewysoki, cichy i powściągliwy chłopak, zupełne przeciwieństwo swojej siostry. Nigdy nie chciał iść do kina ani grać w minigolfa, nie interesowały go nawet wycieczki na Manhattan. Siedziałem z nim w domu: graliśmy w planszówki albo leżeliśmy na podwórku, obserwując samoloty startujące z lotniska w Newark.
- Teraz leci Continental Airlines, lot numer siedemnaście, do Los Angeles - mówiłem mu, a kiedy zapytał, skąd wiem takie rzeczy, wyjąłem zeszyt, w którym notowałem wszystkie odloty i przyloty. Chowałem go starannie, bo Saif ostrzegł mnie, że jeśli ktoś go znajdzie, może sobie coś pomyśleć. Ale dla Amira to wcale nie było dziwne, a kiedy wyznałem mu, że moim marzeniem jest zostać pilotem, to nie powiedział, że zwariowałem.
- Mógłbyś mnie wtedy odwiedzić w Pakistanie - zaproponował.
Amir codziennie chodził z tatą na modlitwę. Kiedy byli u nas, przyłączałem się do nich przez cały tydzień, chociaż zazwyczaj chodziłem z Abu tylko w piątki i w święta.
- Spobożniałeś przy kuzynie - powiedział mi raz.
- Ten twój kuzyn robi z ciebie wazeliniarza - skomentował Saif.
Któregoś dnia po powrocie z meczetu zastałem w domu Ammi i ciocię Khalę. Siedziały przy stole w jadalni, bo Ammi często tam pracowała; teraz też miała przed sobą rozłożone księgi rachunkowe, a pod ręką kubek parującej herbaty. Ciocia narzekała na Aiszę, która w tajemnicy objadała się śmieciowym jedzeniem. Starała się schować dowody winy w koszu, ale Ammi je znalazła, bo ona zawsze wszystko umiała znaleźć, czy to były zapodziane rachunki, czy niegrzeczne dzieci.
- Już i tak jest gruba - mówiła ciocia Khala, kręcąc głową.
- Nie wolno kłamać - powiedziała Ammi, księgując kolejny rachunek, który przełożyła z jednej kupki na drugą.
- Bardziej mnie martwi to, że tak tyje - powtarzała swoje ciocia. - Coraz bardziej.
Ammi cmoknęła językiem.
- I tak już jest w niekorzystnej sytuacji - ciągnęła jej siostra. - Amir chyba zabrał jej całą urodę, kiedy nosiłam ich oboje pod sercem. Łatwiej by było znaleźć męża dla niego niż dla Aiszy.
Nie do końca rozumiałem, o czym rozmawiają, ale na myśl o tym, że Amir miałby szukać męża, poczułem w brzuchu dziwne łaskotanie.
Od tamtej pory przyglądałem się ukradkiem mojemu kuzynowi. To prawda, ciocia nie przesadziła. Długich rzęs mogłaby mu pozazdrościć niejedna kobieta, miał gęstą czuprynę z prostym kosmykiem w kształcie niewielkiego wykrzyknika na samym środku czoła, a jego wargi były czerwone i lśniące, tak jak u mojej siostry Halimy, która chowała w plecaku wiśniowy błyszczyk i czasem się malowała, kiedy rodzice nie widzieli. Patrząc, jak wyginają się w łuk, kiedy pił coś przez słomkę, wyobrażałem sobie, co bym czuł, gdybym był na miejscu tej słomki.
- No co?! - zniecierpliwił się raz Amir, widząc, jak się gapię, kiedy pije sprite'a.
A ja znów poczułem te same łaskotki.
Następnego dnia odpłynąłem podczas popołudniowej modlitwy: mamrocząc formułki, gapiłem się na ucho mojego kuzyna. Jak to możliwe, że do tej pory nigdy nie zwracałem uwagi na uszy? Ta koronkowa robota, te misterne fałdy, delikatne płatki barwy macicy perłowej, u jednych zrośnięte ze skórą głowy, jak u mojego Abu, a u innych, na przykład u Amira, swobodne. Uniosłem dłoń, by dotknąć własnego ucha, jakbym to robił po raz pierwszy w życiu. W brzuchu ponownie załaskotało.
Wieczorem wszyscy razem oglądaliśmy film. Wybraliśmy Aladyna, bo nasi kuzyni nigdy go nie widzieli. Wujkowi Khalu nie podobało się potem, jak przedstawiono islam w tym filmie.
- A Dżasmina? - dodał Amir. - Nosi nieprzyzwoity strój.
Siedzieliśmy wszyscy przed telewizorem. Starsze dzieciaki szybko się znudziły. Saif próbował mówić kwestie dżina, ale już dawno nie widział tego filmu i ciągle się mylił.
- Cicho! - syknąłem na niego, żeby nie przeszkadzał kuzynom.
- Beznadziejne to jest - burknął mój drugi brat, Abdullah.
- Przypomina mi się, jak fantazjowałem o Dżasminie - dorzucił Saif.
- Dzieci słuchają - cicho upomniała go Usna.
- Nie wiedzą, o czym mowa. - Saif wzruszył ramionami.
Ja wiem, chciałem mu powiedzieć. Tylko że tak naprawdę nie wiedziałem. Coś mi jednak mówiło, że ma to jakiś związek z rozmową Ammi i cioci Khali o mężu dla Amira, a także z tymi dziwnymi łaskotkami w moim brzuchu.
Zdawałem sobie sprawę, że Dżasmina uchodzi za ładną, a jej strój jest seksowny. Z tego, co mówił mój brat, można było się domyślić, że kiedyś go pociągała. Tylko że dla mnie Dżasmina była nieistotna. Za to Aladyn... Tak, od niego nie mogłem oderwać wzroku. Miał piękną twarz o delikatnych rysach, tak jak kuzyn Amir. Widząc go z nagim torsem, czułem najmocniejsze łaskotki.
Po Aladynie zaczęliśmy oglądać Małą syrenkę, ale płyta DVD była porysowana, więc w połowie filmu daliśmy sobie spokój i poszliśmy spać.
Aby pomieścić wszystkich gości, musieliśmy się trochę nagimnastykować. Amir i ja dostaliśmy nieszczelny nadmuchiwany materac w salonie. Spaliśmy na nim przez cały tydzień i nigdy nic się nie stało, nie licząc tego, że czasem rano bolał mnie kark.
W nocy śnił mi się Aladyn. Siedzieliśmy we dwóch na dywanie, tylko że to nie był tamten filmowy latający dywan, lecz dywan z naszego meczetu. Czułem we śnie, jak pachnie piżmem.
Aladyn miał nagi tors, a ja wodziłem dłonią po jego gładkiej skórze. I nie był postacią z kreskówki, tylko prawdziwym człowiekiem. W moim śnie zmienił się w kuzyna Amira. Dywan mknął w przestworzach, a ja tuliłem się do niego tak jak Dżasmina do Aladyna w filmie.
Materac zmienił położenie. Uchyliłem powieki, a to, co do tej pory było tylko lekkim łaskotaniem, zakwitło mocniej, fala mrowienia rozlała się po całym moim ciele i skupiła w jednym pulsującym punkcie pomiędzy nogami.
Chłodny powiew wiatru zaszeptał w uchylonym oknie. Otworzywszy oczy do końca, zobaczyłem, że obejmuję Amira. Moje ramię, ciepłe i lepkie od potu, leżało w poprzek jego piersi. W sercu miałem spełnienie. Zrozumiałem, w tej właśnie chwili, kim jestem.
Materac znów się poruszył i Amir otworzył oczy.
- Co...? - Urwał w pół słowa, tak samo spłoszony jak poprzednim razem, kiedy myślał, że chcę go upomnieć za picie sprite'a bez umiaru. - Co ty robisz? - dokończył, spoglądając na moją rękę.
Cofnąłem ją szybko.
- Komar - skłamałem.
Kuzyn Amir odwrócił się na drugi bok i zasnął z powrotem, ale ja leżałem wyciągnięty jak struna, gdyż bałem się do niego zbliżyć, aby się nie domyślił, że coś jest ze mną bardzo, bardzo nie w porządku. Nazajutrz przeniosłem się ze spaniem na kanapę, skarżąc się, że Amir kopie w nocy, i nie dałem się już ani razu namówić na oglądanie samolotów. Było mu przykro, ale wyjaśniłem sobie, że lepsza uraza niż odraza.
W pierwszy piątek po wyjeździe kuzynów Abu zapytał, czy pójdę na popołudniową modlitwę. Lubiłem chodzić z nim do meczetu, bo miałem wtedy tatę dla siebie, ale nauczono mnie, że Allah widzi serce człowieka. Zobaczyłby mnie. Na to nie mogłem pozwolić. Odpowiedziałem, że znudziły mnie modlitwy.
Abu westchnął, marszcząc czoło, ale nie nalegał. Saif przetarł już ten szlak. Ojciec uznał, że po prostu się buntuję. Że chcę żyć po amerykańsku. Nie wyprowadzałem go z błędu.
Nigdy wcześniej go nie okłamałem. To był pierwszy raz.
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ III
NATHANIEL
Kiedy miałem siedem lat, mój ojciec przeczytał mi po raz pierwszy Władcę Pierścieni.
- Tylko nie mów mamie - szepnął mi do ucha.
- Dlaczego on jeszcze nie śpi? - zapytała mama pół godziny później, widząc, że wciąż czytamy, a ja jestem bardziej rozbudzony niż w ciągu dnia, bo głowę miałem pełną elfów i orków. - Miałeś go położyć.
Tata schował wtedy książkę pod kołdrę i puścił do mnie oko.
- Ty i ja - powiedział cicho, kiedy mama wyszła. - Jak Frodo i Sam.
- Drużyna - zachichotałem.
- Drużyna dwóch. - Tata wziął długopis i zanotował coś na marginesie swojego Władcy Pierścieni, a potem schował gruby tom pod moim łóżkiem.
Drużyna, czyli nas dwóch - plus mama. We dwóch wędrowaliśmy po lasach, jednego dnia szukaliśmy jadalnych grzybów, a drugiego - entów. We dwóch potrafiliśmy spędzić całą noc pod gołym niebem, czekając na zaćmienie księżyca (nic z tego nie wyszło, niebo zasnuły chmury). We dwóch łaziliśmy po drzewach, budowaliśmy bazy albo jechaliśmy na spontaniczną wycieczkę - co z tego, że rano musiałem iść do szkoły i nie mieliśmy żadnych ubrań na zmianę.
- Po co nam to wszystko, kolego? - mówił tata. - Ty masz mnie, a ja mam ciebie. I to nam wystarczy.
Kiedy mama powiedziała mi, że odchodzi, nawet się nie zmartwiłem. W końcu przecież miałem tatę, a tata miał mnie.
- Przykro mi, Nathanielu - westchnęła. - Nie mogę dalej żyć z dwoma małymi chłopcami.
Chciała zabrać mnie z sobą do Kalifornii, gdzie jest więcej słońca.
- Sam powiedz, nie byłoby fajnie? - zapytała.
Nie, nie byłoby. Nie miałem ochoty wyjeżdżać do Kalifornii. Chciałem zostać u siebie, tam, gdzie miałem znajomych i tatę. W końcu przecież byliśmy drużyną.
- Nie zostawię cię samego z tym dorosłym dzieckiem - zagroziła mama, a kiedy powiedziałem o tym tacie, poprosił babcię Mary, żeby z nami zamieszkała.
- Skoro ona jest taka dorosła, to czemu ucieka od własnego syna, który ma dopiero osiem lat? - zapytała babcia, gdy już postawiła w przedpokoju swoją kwiecistą walizkę i wyjęła z torebki parę gumowych rękawiczek, jakby wiedziała, że w zlewie czeka na nią stos niepozmywanych naczyń. - Nic się nie bój - dodała, zeskrobując z talerza trzydniową jajecznicę. - Wychowałam twojego ojca, wychowam i ciebie. - Obejrzała się na tatę, który siedział w piżamie na kanapie i czytał dowcipy w gazecie. - Albo może i ciebie, i jego.
Tata puścił do mnie oko, a ja zrozumiałem go bez słów. Ja i ty. Drużyna dwóch.
Babcia Mary zajęła pokój, w którym do tej pory sypiali rodzice, a tata wprowadził się do mnie, bo miałem jedno wolne łóżko. I momentalnie zrzekł się roli, która właściwie nigdy mu nie pasowała. Już nie byliśmy ojcem i synem, ale prawdziwą drużyną. Siedzieliśmy razem do późnej nocy, gadając o wszystkim i o niczym. Czy istnieje poza Ziemią inteligentne życie? Tata był tego prawie pewien. Czy to możliwe, że tak naprawdę ludzie wcale nie żyją, tylko są postaciami z gry komputerowej, w którą gra ktoś inny? Tata dopuszczał taką możliwość. Snuliśmy plany naszych przyszłych wypraw. Tata chciał zobaczyć ukryte świątynię Angkor Wat. Mnie marzyło się pojechać do Nowego Jorku, do studia Saturday Night Live, bo akurat wtedy zacząłem oglądać ten program, chociaż nadawali go bardzo późno.
- Załatwione - obiecywał tata, dopisując kolejne nazwy do naszej listy. - Wszędzie pojedziemy. Zobaczymy cały świat, razem.
- Drużyna dwóch - mówiłem mu.
I tak mijały lata. Moje życie toczyło się dalej. Poszedłem do szkoły, gdzie jesienią grałem w piłkę nożną, a wiosną w baseball. Byłem niezłym miotaczem i całkiem dobrze mi szło na pierwszej bazie, a trener twierdził, że mam szansę na miejsce w objazdowej drużynie. Babcia Mary robiła zakupy, sprzątała dom i opiekowała się nami.
Tata dalej pracował jako informatyk, ale nie miał już stałej posady; mówił teraz, że jest "wolnym strzelcem". Mama nazywała to inaczej, ale kilka lat po rozwodzie wyszła ponownie za mąż, urodziła drugie dziecko i przestała narzekać na pracę taty. Przestała też pytać mnie, czy przeprowadzę się do niej do Kalifornii.
Babcia Mary miała swoje przyzwyczajenia. Codziennie wkładała ten sam marszczony fartuch. Co niedzielę chodziła do kościoła, zawsze na tę samą mszę. Pachniała kremem Nivea i mydłem Palmolive. I zawsze miała kaszel. Z początku nikt nie zauważył, że jej kaszel zaczyna się nasilać i jest coraz bardziej suchy. Nikt też nie widział zakrwawionych chusteczek, bo spuszczała je w toalecie.
Pewnego razu dopadło ją przeziębienie, które rozwinęło się w zapalenie płuc. W szpitalu zrobili jej rentgen, który wykazał raka płuc. Lekarze powiedzieli, że nowotwór jest w czwartym stadium.
Tyler, mój kolega z drużyny baseballowej, miał wujka, który zmarł na raka okrężnicy. To on wyjaśnił mi, co znaczy termin "czwarte stadium". Tata nie chciał w to uwierzyć. Ciągle powtarzał, że babcia wyzdrowieje.
- W czwartym stadium nie można wyzdrowieć - twierdził Tyler.
- Tata coś wymyśli - powtarzałem mu to, co słyszałem wiele razy od ojca, który całymi godzinami siedział w internecie i jednego dnia kupował uzdrawiające kryształy, drugiego sproszkowaną chrząstkę rekina. Był taki moment, kiedy już zamawiał bilety do Izraela, gdzie pojawiła się jakaś nowa metoda leczenia raka za pomocą komórek macierzystych, ale nie mógł zapłacić kartą kredytową - odrzucono transakcję, co pokrzyżowało jego plany.
- Mama wyzdrowieje - twierdził uparcie, a tymczasem babcia była coraz bardziej chora. Przeszła dwa kursy chemioterapii, ale potem przestała ją brać.
- Jak mam się wami zajmować, skoro co pięć minut muszę biegać do łazienki? - mruknęła.
Któregoś dnia wróciłem do domu z treningu. Babcia leżała na podłodze, a tata, cały we łzach, siedział nad nią po turecku i trzymał ją za rękę.
- Nie żyje? - zapytałem go.
- Nie wiem. Nie wiem - odpowiedział.
Podbiegłem i przyłożyłem jej palec do szyi, jak to widziałem w telewizji. Dało się wyczuć tętno. Miałem dopiero jedenaście lat, ale zachowałem spokój, jakbym wiedział, co robić. Jakbym od dawna szykował się na tę chwilę.
Przyjechało pogotowie.
- Jak długo chora nie reaguje na bodźce? - zapytał jeden z ratowników.
Obejrzałem się na ojca, który dalej siedział na podłodze, dokładnie w tym samym miejscu, chociaż przeszkadzał ratownikom.
- Tato, kiedy to się stało?
- Nie wiem. Nie wiem - odpowiedział, kołysząc się w przód i w tył.
Babcia leżała w szpitalu przez trzy tygodnie. Lekarze mówili, że najprawdopodobniej już stamtąd nie wyjdzie.
- Niedoczekanie! - zdenerwował się tata i na żądanie wypisał ją do domu. - Ona teraz potrzebuje być z daleka od tej instytucji, gdzie tylko pompują w nią różne trucizny.
Babcia nie mogła samodzielnie podjąć decyzji w tej sprawie, a on był osobą dorosłą. Lekarze musieli go posłuchać.
Ale to nie on, tylko ja rozmawiałem z kierownikiem hospicjum. To ja wypełniłem dokumenty, ja namówiłem tatę, żeby złożył podpis, dzięki któremu dostarczono nam do domu szpitalne łóżko, a babcia miała zapewnioną fachową opiekę.
Pielęgniarz z hospicjum miał na imię Hector. Babcia umierała powoli przez całe lato, a on przychodził do niej prawie codziennie, z początku tylko na godzinę, żeby podać właściwą dawkę leków przeciwbólowych i sprawdzić, czy jest jej wygodnie.
- Gdzie twój ojciec? - pytał mnie, kiedy taty nie było w domu.
- W pracy - kłamałem. Bo nie wiedziałem, gdzie on jest. Mógł pójść na spacer. Albo na bilard. Albo do lasu, szukać lekarstwa na raka.
Kiedy stan babci się pogorszył, Hector spędzał u nas coraz więcej czasu. Potrafił przesiedzieć przy niej całe popołudnie, nawet pod sam koniec, kiedy właściwie już tylko spała. Czasami zajrzał do kuchni, gdzie siedziałem, a raz upiekł dla mnie jakiś owoc, który wyglądał jak zielony banan, ale to był tak zwany plantan, czyli banan warzywny. Smakował bosko. Oprócz tego zawsze siedział z babcią i nacierał jej dłonie emulsją, czesał włosy albo po prostu mówił do niej lub śpiewał.
- Czy ona to słyszy? - zapytałem go.
- Myślę, że tak. - Zaprosił mnie gestem, abym się zbliżył. Niechętnie wchodziłem do pokoju chorej. Czuć tam było jakąś kwaśną woń, coś jakby psujące się mleko, i słychać było oddech babci, przeraźliwie ciężki i charczący. Ale przy Hectorze bałem się o wiele mniej.
Stanąłem obok niego, a on spokojnie robił swoje. Twarz miał pogodną, niemal szczęśliwą. Nie mogłem tego zrozumieć.
- Czy to nie jest smutne, kiedy się widzi tak wielu umierających ludzi? - zagadnąłem.
- Każdy z nas kiedyś umrze - odparł Hector, masując nadgarstki babci. - To jedyna pewna rzecz w życiu, a także jedyna, która łączy nas ze wszystkim, co istnieje na tej planecie. - Wziął mnie za rękę i włożył jej dłoń do mojej dłoni. Wyczułem puls, słaby jak u królika.
- Uważam, że to zaszczyt, być przy ludziach, kiedy odchodzą z tego świata - powiedział.
- Zaszczyt?
- Zaszczyt - przytaknął. - I powołanie. Kiedy uświadomiłem sobie, że to właśnie chciałbym robić, byłem mniej więcej w twoim wieku.
- Naprawdę?
- Moja babcia też umierała, a ja byłem przy niej. Mieszkałem jeszcze wtedy w Nowym Jorku, w dzielnicy Washington Heights, bo stamtąd pochodzę. Babcia od wielu tygodni nie odezwała się ani słowem, ale tuż przed samą śmiercią usiadła na posłaniu i nagle się ożywiła. Przez dwie godziny mówiła do kogoś. Po hiszpańsku. Ja słabo znałem hiszpański, więc nie mówiła do mnie.
- W takim razie do kogo?
- Tylko ona wiedziała na pewno, ale ja byłem przekonany, że rozmawia z moim dziadkiem, który zmarł dwadzieścia lat wcześniej. Nigdy go nawet nie poznałem, ale w tamtej chwili miałem pewność, że jest razem z nią, przyszedł towarzyszyć jej w dalszej drodze.
Dreszcz przebiegł mi po plecach.
- Widziałem potem takie rzeczy niezliczoną ilość razy - opowiadał dalej Hector. - Jak umierający rozmawiają ze zmarłymi. Jak zmarli prowadzą umierających w dalszą drogę.
- A co właściwie jest dalej? - zapytałem.
Uśmiechnął się.
- Tego nie wiem. A niestety, każdy z nas dowie się tego, dopiero gdy przyjdzie jego kolej. Tylko że wtedy nie będzie już mógł nikomu przekazać, czego się dowiedział.
Dwa tygodnie później babcia Mary spokojnie umarła. Jeśli ktoś zjawił się, aby towarzyszyć jej w dalszej drodze, to zachowywał się niezwykle cicho.
- Teraz zostaliśmy już tylko ty i ja - powiedział tata, kiedy zabrali jej ciało. Ale po raz pierwszy zabrzmiało to raczej jak groźba niż obietnica.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
ROZDZIAŁ PIERWSZY. Nie wiem, gdzie jestem
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ I. FREYA
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ II. HARUN
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ III. NATHANIEL
ROZDZIAŁ DRUGI. Wszystko gra
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ IV. NATHANIEL
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ V. FREYA
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ VI. HARUN
ROZDZIAŁ TRZECI. Pragnienie
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ VII. FREYA
ROZDZIAŁ CZWARTY. Trzeba to zrobić we właściwy sposób
ROZDZIAŁ PIĄTY. Szczęście
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ VIII. HARUN
ROZDZIAŁ SZÓSTY. Plany awaryjne
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ IX. NATHANIEL
ROZDZIAŁ SIÓDMY. Noc pochłania sekrety
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ X. FREYA
ROZDZIAŁ ÓSMY. Cała Sabrina
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ XI. HARUN
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY. Złamane serca
STRATA ZA STRATĄ. CZĘŚĆ XII. NATHANIEL
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY. Tylko my
PODZIĘKOWANIA