Czego Pan/Pani nie wie?
Zbigniew Mikołejko
Nie wiem właściwie wszystkiego. Każdy z nas zresztą jest skazany na niepewność, ale niektórzy nie chcą jej wziąć pod uwagę. Za wszelką cenę oczekują pewności, starają się o nią. Nawet drżący i zawsze niezdecydowany bohater jednego z filmów Zanussiego zapytany, dlaczego chce się dostać na studia fizyczne, po chwili wahania odpowiada: "Chcę mieć pewność". Ostatecznie jego pragnienie się rozwiewa - jak złoty sen. A on spada w życiową przepaść. Tak się zresztą z reguły dzieje, jeśli jesteśmy przyzwoici, wrażliwi.
Niektórzy oczywiście zaskorupiają się w pewnościach, trzymają się ich kurczowo. Nie dają sobie wmówić, że kategorie, obrazy świata, hierarchie, wartości, jakimi opisują świat i w jakich świat odczuwają, można zastąpić innymi. Ta cecha często charakteryzuje ludzi lękowych, którzy potrzebują trwałego porządku, struktury, na której mogliby się oprzeć. A przecież podstawowymi warunkami naszego życia są "bojaźń i drżenie" - jeśli połączą się ze świadomością kruchości poznawczej.
Nie ma przy tym sensu szukanie pewności za wszelką cenę. Grozi to wkroczeniem w autorytarny ład, poddaniem się cepom ideologii, które nas w końcu zmiażdżą. Albo, co jeszcze gorsze, przy pomocy których my będziemy miażdżyli. To jest bardzo niebezpieczne dla ludzi noszących w sobie odczucie niepewności. Marek Aureliusz, pisząc w Rozmyślaniach o wszach, które zjadły Sokratesa, miał na myśli właśnie nosicieli pewności. Tych, którzy wierzą, że istnieją światy absolutnie pewne. Absolutnie pewne wartości, style życia.
Tacy ludzie są skłonni do rozmaitych form przemocy. Do przemocy słownej, symbolicznej, ale też fizycznej. Ma to uzasadnić, pogłębić ich wiarę, nic zresztą tak dobrze nie namaszcza jak cudza krew przelana w imię niezbitych przekonań. Tymczasem to, co najcenniejsze w naszej europejskiej tradycji, co tę tradycję zbudowało, to właśnie poczucie niepewności. Przekonanie, że wobec tego świata zawsze trzeba stanąć z drżeniem. I powiedzieć: "A może...". Słynne zdanie: "Wiem, że nic nie wiem" w dość przewrotny sposób wyklucza wszelką pewność. Według Adama Krokiewicza, badacza filozofii starożytnej, Sokratejskie zdanie oznacza: "Ja to tylko wiem na pewno, że na pewno nic nie wiem". Sokrates, choć ma w sobie moc intelektualną, przyjmuje postawę prostaka. Kogoś, kto zakłada maskę. I greckie słowo eironeia, oznaczające właśnie maskę - w tym wypadku udawaną niewiedzę - stało się źródłem tego, co nazywamy ironią.
Ironia jest najlepszą bronią przeciwko tym, którzy mają pewność i w jej imię uciekają się do knuta i stosu. A postęp europejskiego ducha dokonał się właśnie dzięki ironicznym czy wręcz błazeńskim rewolucjom. Dzięki rozmaitym karnawałom kulturowym. Nie bez racji mówiliśmy choćby o karnawale Solidarności, intuicja podpowiadała to określenie.
W carskiej i komunistycznej Rosji jedynym człowiekiem, który mógł dokonać krytyki systemu, był jurodiwyj - szaleniec boży, skrywający mądrość i krytycyzm pod maską opętania. Jego rola była zbawienna i dlatego coraz bardziej przez władzę ograniczana.
Paradoksalnie posokratejski sceptycyzm może być też metodą zdobywania pewności, wyzwalania się ze złudzeń. Kartezjusz twierdzi chociażby, że łudzi nas sen, którego nie potrafimy odróżnić od jawy. Istnieje podejrzenie, że jakiś złośliwy demon nas mami, że obcujemy wreszcie z mętnością tekstów. Niech ten demon złudzenia wyczynia, co chce, przecież nigdy nie nakaże mi, żebym przestał myśleć, nawet wtedy, kiedy mylę się i błądzę. A że myślę, to jestem.
Kartezjanizm staje się podstawą nowoczesnej nauki, świadomości, nowoczesnego racjonalizmu. Jednak bliższa jest mi droga, którą wyznacza Montaigne - "pierwszy człowiek nowoczesny", jak się go często określa. Ten stoik i sceptyk, sporo zawdzięczający szyderstwu Rabelais'go i średniowiecznej kulturze karnawału, trwożnie wciąż zadaje pytanie, na które nie ma odpowiedzi: "Kim jestem?". Chce znaleźć schronienie w lekturze, w samotności. To idea poszukiwania kruchego punktu oparcia we własnym wnętrzu. Przejściowego - bo za chwilę będziemy gdzie indziej. Poniosą nas nowe fale, nowe doświadczenia. Nowe pragnienia i nowe błędy. Ważne są tu krytycyzm i autokrytycyzm. Poczucie, że wszystko jest nieuchwytne jak smugi światła.
Staram się manifestować swoją niepewność we wszystkich możliwych kwestiach. Jeśli jestem kategoryczny, to tylko w sytuacji, w której wyrażam sprzeciw wobec jakiejś części samego siebie. I wobec spraw, które mi się w świecie nie podobają. Tutaj działają przede wszystkim emocje, ale też pewne racjonalne oceny rzeczywistości. Do końca zresztą nie jestem pewien tej kategoryczności krytyki czy autokrytyki. Bo co może być pewnego na tym świecie?
Tylko śmierć jest pewna. Ale cóż ona znaczy? Nieistnienie i kres wszystkiego. Także naszego drżenia, naszej bojaźni. Tymczasem musimy heroicznie iść przez życie.
Jeśli chodzi o moje odczucie niepewności, zwłaszcza w sferze badawczej, wiele zawdzięczam profesor Barbarze Bieńkowskiej. Na jej seminarium otrzymaliśmy radę: "Nie udawajcie w pracach magisterskich i w późniejszych tekstach, że wiecie, że rozumiecie. Piszcie, że nie rozumiecie. I piszcie od siebie, używajcie pojedynczego głosu, mówcie zawsze "ja", a nie "my", nie stosujcie form bezosobowych". Wokół było wtedy pełno ludzi mających pewność: komunistów, katolików, pozytywistów, bo polską humanistykę zaczadzono wówczas pozytywizmem. Mieliśmy do czynienia z masową próbą zakorzenienia pewności w kolektywnym myśleniu. Z próbą schronienia się "ja" w zbiorowości i we wspólnotowej, bezpiecznej grypserze wiedzy.
A profesor Bieńkowska powtarzała: "Mówcie "nie wiem"". I była to bezcenna nauka.
ZBIGNIEW MIKOŁEJKO - filozof i historyk religii, eseista; kierownik Zakładu Badań nad Religią i profesor w Instytucie Filozofii Socjologii PAN, członek Akademii Amerykańskiej w Rzymie. Zmarł dwa miesiące przed wydaniem tej książki.