Mikołaj, koniec lat 90., czwartek
Tylko na nich popatrz, jak idą, przygięci upałem: dzieci czasu pięści i przymkniętego oka.
Chłopak i jego młodszy brat brną przez miasto, w milczeniu i z mozołem,
przecinają kolejne blokowiska, parkingi i place zabaw. Sierpniowe słońce
wygląda jak wnętrze delicji, kiedy osuwa się w nagrzany beton za ich
plecami, ściany wieżowców ani drgną. Bracia wzięli z domu po pół
słonecznika na drogę.
Chłopak ma na imię Mikołaj. Jego brat ma na imię Kamil.
Wychodzą z miasta i ruszają polną dróżką obok niszczejącego kloca
szpitala, którego budowę przerwano dawno temu. Stopy chłopców wzbijają
kurz ponad suchą łąką, w której szaleje maciupkie, bzyczące życie.
Promienie słoneczne lepią się do chłopięcych przedramion, bracia pocą
się nieśmiertelnością. Łupinki słonecznika i komary, ich skromne
trajektorie krzyżują się.
Myślisz, że będzie Patrycja, odzywa się wreszcie chłopak, że przyjedzie
potem na skwer?
Patrycja, powtarza brat. Nie wiem, czy Patrycja przyjedzie potem na
skwer. Masz pieniądze dla Nika?
Chłopak uśmiecha się przez chwilę.
Pieniądze, mówi, to brzmi tak bardzo poważnie.
Brat aż się zatrzymuje. Rzuca w trawę wyskubany słonecznik.
Ty nie masz pieniędzy dla Nika.
Kiedy masz siedemnaście lat, przywykasz, że w każdej chwili mogą ci
zrobić krzywdę. Zazwyczaj to nic osobistego.
No chodź, chłopak ponagla brata i idą dalej.
Ty nie masz dla niego pieniędzy, brat kręci głową i wierzchem dłoni
wyciera pot znad górnej wargi. Jest wysoki i wiotki, kiedy idzie,
kołysze się lekko, jego stawy poddają się ciepłym podmuchom, które gonią
ich, odkąd wyszli z miasta.
Niko cię za to, człowieku, zatłucze. Mikołaj, powiedz mi, dlaczego nie
masz tych pieniędzy?
Chłopak czerwieni się.
Pomyliłem rubryki w kalendarzu. Zaznaczyłem, że mam zapłacić w czwartek
za tydzień, a nie dzisiaj. Trudno spamiętać to wszystko.
A co ty masz do pamiętania w wakacje, Mikołaj?
Wszystko, odpowiada cicho chłopak i nie mówią nic więcej.
Stefanka to knajpa w baraku stojącym przy pętli autobusowej, z kilkoma
plastikowymi stolikami w środku i stołem do ping-ponga na zewnątrz, na
którym nikt nigdy nie gra. Papierosowy dym sączy się przez wypaczone
okno. W środku jest ciasno i czuć potem, za ladą stoi kobieta, u której
mężczyźni ze wsi zamawiają wódkę na kieliszki i kanapki z salcesonem.
Telewizor pod sufitem pokazuje bezgłośnie serial o agentach FBI i UFO.
Dzieciaki z miasta, stłoczone przy najmniejszym stoliku, piją piwo z sokiem, palą L&M-y i czekają na braci. Cyprian, Miller i Monika.
To te buty.
Tak, to te buty.
Cyprian wyciąga szyję, zajebiste. Tylko dlaczego wcześniej w nich nie
wychodziłeś?
Dasz mi chusteczkę, chłopak prosi Monikę i starannie wyciera obuwie z kurzu.
Reebok kamikaze 2, recytuje. Oszczędzałem je, mówi chłopak, szkoda mi
ich tak na co dzień na osiedle.
Grałeś w nich już?
One nie są do grania.
Jak to? To są buty do grania, człowieku.
Tylko raz w nich byłem, mówi chłopak, w kościele.
Siada na krześle bokiem do stołu i zakłada stopę na kolano, by wszyscy
widzieli wyraźnie. Oczy lśnią mu w kłębach dymu.
Artefakt z obcego porządku, technologia o większej gęstości, która
inaczej odbija światło. Granatowy but przecięty przez biały zygzak,
piktogram oznaczający dynamikę i umiejętności, guma piszcząca na
lśniącym parkiecie, refleks kalifornijskiego słońca na obręczy. Chłopak
ubrany jest w szorty i jego szczupła łydka ginie w bulwiastym, jakby
zbyt dużym obiekcie. Reebok kamikaze 2. Dzieciaki patrzą i wiedzą, że to
jest piękne, i może nawet chciałyby dowiedzieć się, jak pachnie skóra, z której te buty zostały uszyte.
Kobieta za barem kaszle, pochylona nad krzyżówkami, jej twarz ma tę samą
fakturę, co pokryte styropianową tapetą ściany. Dzieciaki bywają tu
często, lecz kobieta jest dla nich zbyt stara, by zapamiętały jej imię
czy nazwisko.
Cypku, mówi chłopak i krzywi się w sposób zrozumiały tylko dla
dzieciaków przy stole.
Wiesz, gdzie ja mam twoje "Cypku", mruczy Cyprian, lecz podnosi się,
odgarniając długie włosy za uszy.
Jest trochę otyły i bardzo przystojny. Patrzy na reeboki chłopaka, a potem na swoje adidasy, po które pojechał do sklepu w większym mieście,
po czym odchodzi do baru.
Ej, woła po chwili do dzieciaków, autor Dział Navarony, do krzyżówki.
Barmanka patrzy wyczekująco. Wzruszają ramionami.
Cyprian wraca z dwoma szklankami piwa z sokiem, które stawia przed
braćmi.
Myślicie, pyta chłopak, że Patrycja będzie dzisiaj na skwerze?
Niko cię szukał na osiedlu, mówi Monika.
Dłoń z piwem zatrzymuje się w pół drogi do ust.
Szukał mnie?
Mówiłam, że przyjdziesz na skwer, dodaje Monika.
Chłopak powoli upija łyk.
Dajcie mi papierosa, mówi.
Mikołaj, ty już nie palisz, mówi jego brat.
Rzeczywiście, nie palę, odpowiada chłopak z roztargnieniem.
Miller chichocze.
No to sprawdźmy, czy będzie Patrycja.
Cyprian wyciąga z kieszeni komórkę, wybiera numer i puszcza komuś
strzałę, a następnie odkłada telefon na plastikowy blat.
Cyprian, weźże, szepcze chłopak.
Masz te pieniądze dla Nika? Miller bezwiednie dotyka palcami twarzy w miejscach, gdzie rosną pryszcze.
Wtedy alcatel Cypriana dzwoni przez chwilę, po czym milknie. Cyprian
szczerzy się i oddzwania. Wyrzuca z siebie pytanie, będziesz dziś na
skwerze, jak najszybciej, jakby to była jedna sylaba, i się rozłącza,
uśmiechnięty. Dzieciaki przyglądają się w oczekiwaniu.
Alcatel znowu się rozdzwania, a Cyprian pozwala mu dzwonić, drugi,
trzeci, czwarty dzwonek. Gwar w baraku cichnie i mężczyźni podnoszą
głowy. Dzieciak jako jedyny ma tu komórkę.
Słowo daję, mruczy Monika, ktoś ci ją w końcu zapierdoli.
Cyprian odbiera i po chwili rozłącza się.
Patrycja będzie, obwieszcza.
Chłopak kiwa głową.
Mikołaj, masz te pieniądze dla Nika, powtarza pytanie Miller.
No właśnie nie mam, odpowiada chłopak.
Dzieciaki nie wiedzą, czy żartuje, więc wybuchają śmiechem, na wszelki
wypadek, a potem długo dyskutują o magicznych mieczach i obrażeniach
zadawanych bestiom z gier, i o efektach specjalnych w teledyskach z MTV,
i nawet o tym, że ktoś ukradł rakietę ziemia- -powietrze z fabryki
amunicji, w której pracują ich rodzice. Gadają o tych wszystkich
rzeczach, traktując je jak równie realne, dopóki barmanka nie wygania
wszystkich znad pustych szklanek. Wychodzą w noc, która pachnie tak, że
aż kręci im się w głowach.
MacLean, mówi pod nosem Monika. Ten autor Dział Navarony.
To czemuś nie powiedziała?
Bo jej nie lubię, uśmiecha się dziewczyna.
Zobaczcie, Miller schyla się po coś pod stołem do ping-ponga. Dwa dobre
jabłka. Chcecie?
Kiedy kręcą głowami, że nie chcą, Miller ogląda się na bar Stefanka i po
chwili wahania chowa owoce do plecaka, na którym niebieskim tuszem
wymalowane jest: Love Peace Noise.
Poczekajcie, pójdę jeszcze do kibla, mówi i wraca do baraku.
Pamiętacie, zaczyna cicho Cyprian, jak kiedyś zimą, za małolata, spadł
śnieg i całe osiedle wyszło robić bałwany? I potem w nocy jechałem z tatkiem zamknąć sklepy i widziałem, jak Miller wyjmuje marchewki z tych
bałwanów, zbiera do reklamówki i niesie do domu.
Jezu, Cypek, Monika przewraca oczami, ileż razy możesz to opowiadać.
Dziewczyna odwraca się do Mikołaja.
A Niko to nie przychodzi do ciebie na matmę?
Przychodzi, odpowiada chłopak, w soboty. Robimy zadania już na czwartą
klasę. On, zaczyna chłopak ostrożnie, chciał mi płacić, ale przecież nie
będę brał od niego pieniędzy. Osiem lat chodziliśmy do jednej klasy.
Miller dołącza do dzieciaków.
Dasz mi fajkę?, pyta Monikę.
Cyprian ci da fajkę, odpowiada dziewczyna. Tak myślałam, Monika mruży
oczy, że się wrócisz i jej powiesz, że to MacLean.
Miller uśmiecha się i pierwszego macha wydmuchuje prosto w gwiazdy.
Sierpniowa noc smakuje dymu z papierosa i rozrywa go.
Dzieciaki są razem, mogą wracać do miasta. Nie zapamiętają tej chwili,
lecz emocja, silna i dyskretna, wniknie głęboko w ich serca, by w przyszłości współtworzyć to, kim mają się stać. Jej ślady odkrywać będą
po latach, we włosach i na opuszkach, to będzie powidok, który rozbudzi
tęsknotę za czymś, o czym nie da się opowiedzieć, być może tylko za
pokrzepiającym byciem w miejscu, które bywało niedobre. Dziwny i nieścisły stan, którego wtedy, nieco pijani jednym piwem, wypitym w barze Stefanka, nie odważyliby się nawet w rozbieganych nastoletnich
myślach nazwać młodzieńczą przyjaźnią.
* * *
Tej samej nocy dzieciaki patrzą na kobietę, która na czworakach wspina
się na górkę. Na szczycie wzniesienia rośnie samotna śliwa, jedna z blizn po martwych gospodarstwach, które zostały w mieście między
blokami. Kobieta ma na sobie garsonkę w kolorze cienia, w dłoni ściska
papierową torbę. Dzieciaki znają kobietę z liceum, uczy ich fizyki.
Nauczycielka wczołguje się na górkę i wpełza w cień śliwy, gdzie wciąż
na leżąco, zaczyna zbierać owoce w trawie. Dzieciaki patrzą po sobie.
Widzieliście?
Miller wchodzi na górkę. Schyla się po coś po drodze i pokazuje
dzieciakom, które patrzą w milczeniu.
Zgubiła pani portmonetkę, mówi Miller.
Kobieta obraca się.
Portmonetka, powtarza Miller i podaje ją leżącej nauczycielce, po czym
wraca do dzieciaków. Odchodzą bez pożegnania i żadne z nich się nie
ogląda. Myślą o jabłkach w podpisanym plecaku.
Nadal jest gorąco i miasto nie zasnęło jeszcze, samotne auta rozmazują
po ulicach ciepły smród. Dzieciaki mijają odrapane fasady bloków,
wymalowane w mrówki The Prodigy, ukoronowany RTS Widzew, krzyże
celtyckie i swastyki. Ponad ich głowami świecą równe piksele okien.
Dzieciaki, ta piątka i wszystkie pozostałe, przejęły miasto, jak każdej
nocy w lecie, i teraz każda studzienka jest ich, każda ławka i poręcz
przy schodkach, każda kamienna donica, w której rośnie dzika róża,
wszystkie sfatygowane deski każdej z piaskownic, wszystkie drzwi do
klatek schodowych i puste gniazda lamp nad tymi drzwiami, ze zbitym
kloszem i bez żarówki, jak miejsca po wybitych zębach, każdy domofon ze
stopionymi przyciskami i każda metalowa skrzynka z czaszką i piszczelami, każde nie dotykać! urządzenie elektryczne. Dzieciaki biorą
sobie te wszystkie miejsca, bo są do wzięcia. Dorośli oddają je bez
walki, bo kto by, kurwa, chciał się o coś takiego szarpać.
Dzieciaki idą na skwer, do innych, takich jak one. Ktoś woła za nimi z mroku.
Przystają, patrzą po sobie, czekają. Tamci podchodzą we dwóch, mają
długie włosy i koszulki z metalowymi zespołami. Jeden ma okulary z grubymi szkłami, drugi trzyma foliową torbę, w której brzęczą butelki z piwem. Dzieciaki kojarzą ich z osiedla, byli kilka klas wyżej w tej
samej podstawówce. Na tego w okularach wołają "Biskup".
Biskup wita się z Cypkiem i pyta o fajki.
Cyprian go częstuje.
Ale masz dwie ostatnie, mówi Biskup.
W porządku, odpowiada Cyprian.
To ja już wezmę z ramą może, mówi Biskup i Cyprian kiwa głową.
Dzieciaki rozglądają się. Pusto na tej ulicy i cicho.
Dobra koszulka, mówi Biskup.
Cyprian ma na sobie bordowy tiszert z twarzą Jezusa, w którego czoło
powbijane są gwoździe.
Ceremonia sprzeczności, mówi Biskup, pokazując napis na koszulce.
Tak, odpowiada niepewnie Cyprian.
Wyskakuj z niej, mówi Biskup.
Słucham?
Wyskakuj z niej, mówię.
Cyprian kręci głową. Ogląda się na dzieciaki. Biskup bije go w twarz,
otwartą dłonią, mocno. Dzieciaki podskakują, zaskoczone, a ulicą niesie
się głośny trzask. Cyprian zatacza się i musi przytrzymać ściany. Chowa
głowę nisko i obserwuje Biskupa.
Wyskakuj z niej, grubasie.
Serca dzieciaków łomoczą. Chłopak czuje, jak wilgotnieją mu oczy i wstydzi się tego.
Ej, mówi Monika, nie lejcie go.
Nikt nie rusza się z miejsca. Cyprian prostuje się powoli i po jego
olbrzymich oczach widać, że nie ma pojęcia, co robić.
Chłopak myśli o przedmiotach, z których go krojono. Był w pierwszej
klasie podstawówki, kiedy starszy uczeń podszedł do niego i oznajmił, że
przypinki są w szkole zakazane, po czym wypiął mu z mundurka nową, z Johnem Rambo, i odszedł. Kilka lat później, kiedy pożegnawszy
nauczycielkę, wracali przez miasto ze szkolnego rajdu, z knajpy wyszło
kilku mężczyzn. Jeden z nich po prostu zdjął mu z głowy czapkę z logo
New York Yankees i wrócił do baru. Chłopak zapamiętał ich twarze na
zawsze i przyglądał im się, kiedy potem mijał ich na ulicy, o czym oni
nie mieli pojęcia.
Kurwa, no, popędza Cypriana Biskup.
Cypek już się nie cofnie, ma za sobą ścianę.
Dobry wieczór, mówi ktoś za ich plecami i wtedy świat zatrzymuje się i czeka, aż Niko przejdzie przez ulicę.
Za Nikiem, jak zawsze, idzie Piotruś. Niko i Piotruś przybijają piątkę z tymi dwoma, którzy tylko patrzą po sobie. Potem witają się z Cypkiem i braćmi. Mają na sobie dresy i adidasy. Dres Nika jest biały i z grubego
ortalionu, taki z czerwonymi zatrzaskami wzdłuż lampasów na nogawkach.
Już w porządku, przerywa ciszę Niko, lecz oczy Cypriana nie potrafią się
uspokoić.
Biskup milczy, zarumieniony, i nie spuszcza z Nika wzroku.
Cześć, Monika, mówi Piotruś do dziewczyny, co słychać?
Stare kurwy nie chcą zdychać, odpowiada Monika i Piotruś się do niej
szczerzy. Jest zarośnięty i masywny, jakby ktoś wypchał go woreczkami z grochem, używanymi na lekcjach wuefu.
Dałem Samaela do posłuchania mamuśce, Niko wskazuje na koszulkę
Cypriana. Podobało jej się, powiedziała, że taka będzie opera w dwudziestym pierwszym wieku.
Chłopak dostrzega ruch w oknie na parterze, jakiś dziadek obserwuje ich
zza firanki w kuchni.
Niko mówi do Biskupa, że odwiedzi go jutro, żeby mu wypalił gry, a potem
żegna się z nimi i metale odchodzą.
To odważne chłopaki, mówi dzieciakom Niko, kiedyś w kiblu w Jubilatce
żeśmy przystawili Biskupowi pistolet do głowy. Niby tylko gazówka, ale
nie wiedział na sto procent, a nawet jeśli, to lufa jest lufa, co nie.
Dojechaliśmy go w kabinie i pistolet na czoło, a ten zdjął te swoje
bryle i mówi: myślisz, że nie celowali już do mnie wcześniej?
Było nacisnąć, mruczy Cyprian.
Niko uśmiecha się w odpowiedzi.
Dziękuję, Niko, dodaje cicho Cyprian.
Będzie mi, cymbał, kolegów z osiedla kroił.
Ej, na co się, kurwo, gapisz, wykrzykuje nagle Piotruś do obserwującego
ich starca, ukrytego za firanką, może mam wejść tam do ciebie, kurwa,
czy co?
W kuchni gaśnie światło i Niko odwraca się do dzieciaków.
Idziecie do domu czy na skwer?
Siwa, 2025
Przyszła ich setka, głównie mężczyźni, a ja wychodzę im naprzeciw i czuję, że jestem całkiem sama. Stoję prosto i patrzę im w oczy, pewnie
każdy tutaj jest wyższy ode mnie. W półmroku sali zlewają się w jedną
istotę, lśniącą od potu i bardzo namacalną.
Gasną światła i robi się cicho. Woda kapie z nisko zawieszonego sufitu.
Słyszę ich oddechy i moje bijące serce. Pieką mnie policzki i czuję, że
zrobiły się czerwone.
- Dobry wieczór - mówię do mikrofonu i słyszę własny głos, który
spotęgowany, odbija się od ścian piwnicy i wraca, jakby przedrzeźniały
mnie duchy. - Jesteśmy Skis, gramy hardcore punk i was kochamy.
Przed pierwszym krzykiem wracam do chwili, w której kazano mi pocałować
martwego człowieka. Kiedy stojący za mną zespół gra otwierający akord,
wrzeszczę i rzucam się w tłum.
Kiedy tak mówię, że jesteśmy Skis i że ich kochamy, wcale nie kłamię, bo
jestem tu dla nich i myślę o nich przez cały czas. Śpiewam i krzyczę,
tańczę dla nich i z nimi, odbijam się od ich ciał, śpiewam i krzyczę, i tańczę, a moja dłoń, która ściska mikrofon, uderza mnie czasem po
brzuchu i po udzie, uderza mnie w skroń, i nawet zdarza jej się uderzyć
kogoś z nich, kiedy tak śpiewam o krzywdzie i godności, kiedy
wywrzaskuję im miłość. Czasem oni śpiewają ze mną, dzielimy się
mikrofonem i wtedy czuję, jak pachną, bo wszyscy pachniemy, mocno i pięknie, w tej dusznej piwnicy. Kiedy słyszę, jak śpiewamy razem,
zachrypnięci i nierówno, czuję, jakbym unosiła się pod sam wilgotny,
pokryty grzybem sufit.
Jesteśmy Skis i tej nocy gramy tylko dla nich. Śpiewam i tańczę, a piosenki, które napisałam dwadzieścia lat temu, znowu stają się wspólne.
Otwieram oczy i widzę, że klęczę, a na posadzce są krople krwi. Podrywam
się, nie mając pojęcia, czy to moja. Tu jest jak w saunie, włosy lepią
mi się do twarzy, koszulkę i dżinsy można by wyżąć. Podrywam się i proszę ich, by uważali na siebie nawzajem.
Jesteśmy Skis i gramy hardcore punk. Kocham ich i mam im do powiedzenia
to wszystko, czego nie odważyłabym się powiedzieć inaczej niż do
mikrofonu, lecz moi ludzie poganiają mnie, startują z kolejnymi
numerami. To nasza noc, naszej muzyki i moich opowieści. Opowieści to
magia.
Przed ostatnim numerem muszę odkaszlnąć i wypluć, rozcieram to trampkiem
po podłodze i zataczam się wtedy ze zmęczenia.
Opowieści wyczarowują wspólnotę, tych, którzy mówią, i tych, co
słuchają.
- Dziękujemy - chrypię do nich na pożegnanie. - Byliście najwspanialsi.
Dobrej nocy.
Wspólnota, choćby najbardziej nietrwała, tylko na czas snucia opowieści.
Ktoś włącza światło. Biją brawo i gwiżdżą, przybijam z nimi piątkę.
- No i co - uśmiecham się do mojego zespołu, z dłońmi opartymi na udach,
wciąż szukając tchu - dobrze chyba było.
Patrzą po sobie, jakby nie mogli sobie czegoś przypomnieć, a ja jestem
zbyt zmęczona, by to wyłapać.
Powinnam była zorientować się już wtedy.
Sprzątamy po sobie, ja zwijam kable, cała mokra i jakby lżejsza, i to
jest najlepsze uczucie. Sala pustoszeje, ludzie przenoszą się do baru.
Puszczam oko do stojącego pod ścianą Tytusa. Tytus jest młody i bardzo
wysoki, ma na sobie sportowe szorty i podkoszulek bez rękawów. Stoi sam,
z rękami założonymi na piersi, i nawet z tej odległości widzę, że na
jego masywnych przedramionach pojawiły się nowe tatuaże. Wkrótce
pójdziemy do kawalerki, którą na czas studiów kupiła mu matka, gdzie
Tytus otworzy wino i będzie mnie rozśmieszał, a ja go rozbiorę,
sprawdzając, co nowego kazał wytatuować sobie na ciele. Na samą myśl o tych poszukiwaniach czuję, jakby ta piękna lipcowa noc skradła mi
całusa. Chodzimy do niego kilka razy do roku, po koncertach, które gram,
i tych, na które przychodzę tylko posłuchać.
Tytus uśmiecha się do mnie z daleka, śliczny i taki młody, a ja
rozglądam się jeszcze po sali, czy nie ma Mikołaja. Jestem na siebie
zła, że go szukam, i jednocześnie zła, że czuję rozczarowanie, kiedy
Mikołaja nie znajduję.
Wynoszę resztę naszych rzeczy na parking przed centrum kultury. Jest po
północy i pokryte kurzem miasto pozwala odetchnąć swobodniej. Ptaszki
poukrywane w koronach drzew śpiewają już.
Zespół muzyczny Skis stoi w świetle latarni, obok jeepa Kaśki, i kłóci
się oczywiście. Milkną, kiedy się zbliżam, lecz wyczuwam, że moja
obecność nie kończy sporu. Wchodzę w ciszę pomiędzy nimi jak na ring
przed walką.
Kaśka gra na gitarze i śpiewa ze mną w refrenach. Jest wysoka, ma piękne
rude włosy i charyzmę skandynawskiej hokeistki. Obecnie przechodzi fazę
kowbojską, pomimo upałów nosi kraciaste koszule, denimowe dżinsy i skórzane kozaki z grawerowaną cholewką.
Na perkusji gra Szoszon. Pot paruje mu z ramion i długich włosów,
zlepionych w mokre strąki. Szoszon dużo się śmieje i kiedy trzeba,
uważnie słucha. To jego ludzie lubią najbardziej.
Tomeczek równo gra na basie i tak samo myśli. Ubiera się i czesze tak,
jakby chciał, by nikt nie zapamiętał, jak wygląda.
Nie mam siły dochodzić powodu kłótni. Bez słowa odkładam klamoty na pakę
i wracam przez pusty parking do środka, do baru. Czuję, jak odprowadzają
mnie wzrokiem.
Powinnam była zorientować się już dawno.
* * *
Dziewczyna wita się grzecznym dobry wieczór. Jest drobniutka i niemal
tak niska jak ja, i jeśli pełnoletnia, to od niedawna. Spod koszulki z blackmetalowym zespołem wystaje krótka sukienka w kwiaty. Dziewczyna ma
kolczyk w nosie, włosy zaplecione w dwa krótkie warkocze i tęczowe
vansy, a na chudych przedramionach wytatuowane czarno-białe pozornie
przypadkowe przedmioty. Pije colę zero z puszki i w sumie mogłaby mieć
na imię Julka.
- Cześć - odpowiadam.
Widziałam, że czai się od dłuższego czasu, a kiedy już podeszła, nie
bardzo wiedziała co dalej. Opowiada wreszcie, że jej się podobało, jak
zawsze, że była energia i emocje, a wtedy ja recytuję, że to bardzo
miłe. Ponad jej głową, pośród tłumku na patio, szukam wzrokiem Tytusa,
który poszedł po kolejne piwa i przepadł. Zostało jeszcze sporo ludzi,
słuchacze koncertu wymieszali się z sobotnimi imprezowiczami.
- Była pani świetna - dodaje dziewczyna, patrząc gdzieś nisko i obok
mnie, a ja, widząc jej zawstydzenie, chciałabym ją przytulić.
- Oj weźże. Siwa.
- Słucham?
- Jestem Siwa.
- Julka - przedstawia się dziewczyna. Ściskam jej dłoń, drobną i silną,
i ona wreszcie patrzy mi w oczy. - Playground Juarez.
- Bardzo miło cię poznać, Julka - mówię, lecz w jej spojrzeniu jest coś
nieustępliwego, zbyt poważnego na tę rozmowę w środku nocy, co każe mi
zatrzymać się i zastanowić. - Czekaj, mówisz, że skąd?
- Playground Juarez - powtarza i wtedy zapada cisza.
Zaczynam rozumieć, przed nami zagrali dziś nasi starzy znajomi, metale z powodzeniem podszywający się pod punków. Przed nimi z kolei wystąpiły
jakieś dzieciaki, a nazwa ich zespołu skojarzyła mi się z filmem
Sicario.
- O rany. - Stawiam pustą butelkę na kostkę pokrywającą patio, po czym
długo trę oczy. - Kurde, Julia.
- Julka - natychmiast poprawia mnie Julka.
- Julka, tak. - Dziewczyna słucha uważnie. - Przepraszam cię, Julka, że
was dziś nie widziałam.
- No hej, Julka. - Tytus pojawia się z piwem dla mnie.
- W porządku - mówi Julka.
- Nie wiem, czy w porządku. Powinnam być od początku i was posłuchać. Ty
śpiewasz?
Julka odpowiada, że śpiewa i że gra na gitarze.
Podchodzi do nas mój zespół.
Mówię, że to świetnie, że śpiewa i gra, i powtarzam, że to wcale nie w porządku, że mnie nie było, jak grali. Julka wzrusza ramionami, a ja
gadam dalej, bo patrzę na tę młodziutką kobietę i przed oczami staje mi
tamta Siwa sprzed lat. Opowiadam coś o scenowej solidarności, o wzajemnym szacunku i moich ciepłych uczuciach wobec wszystkich, którzy
przychodzą posłuchać, i o tych, którzy stoją z rękami założonymi na
piersi, żeby zaraz sobie pójść, i że nie oceniam, i staram się pamiętać,
że to nic osobistego, bo wszyscy mają swoje sprawy i ja też.
Kaśka i Szoszon wymieniają spojrzenia, kiedy tak gadam, i wyczuwam
między nimi napięcie, które przeszkadza mi, jakbym założyła
niedoschniętą bieliznę. Robię się zła, bo się wstydzę, i te emocje nie
pozwalają mi przestać mówić.
- Dobrze było - przerywa mi Szoszon, a ja dopiero po chwili orientuję
się, że on mówi o zespole Julki. - Gratki.
Dziewczyna uśmiecha się do niego, a ja nabieram powietrza, by
kontynuować przemowę, ale Kaśka mi nie pozwala.
- Poczekaj - mówi i patrzy mi w oczy, a na twarzy rozlewają jej się
czerwone plamy.
Zamykam usta.
- Uderzyłaś dzieciaka mikrofonem - mówi cicho Kaśka, a ja mam wrażenie,
że się przesłyszałam. - Mikrofonem - powtarza. - Chłopaczka. Poleciał na
ziemię i kiedy wstał, ktoś go zabrał z sali. I chyba już nie wrócił.
Podłoga jest nierówna, jakbym się po niej zsuwała. Chciałabym oprzeć się
o Tytusa, ale stoi zbyt daleko. Julka tylko patrzy na swoje vansy.
Próbuję sobie przypomnieć.
- Nawet - kontynuuje Kaśka - kurwa, nie zauważyłaś.
Zapada cisza. Zamykam oczy, ale kiedy je otwieram, oni nadal tu są.
- To się mogło zdarzyć - mówią moje usta - jeśli podszedł blisko. -
Chichoczę nerwowo i nienawidzę się za to.
Kaśka patrzy na Tomeczka.
- Stał pod samą ścianą - mówi nasz basista. - Obok Tytusa.
Tytus milczy.
- Czemu nie przerwałaś? - pytam Kaśkę już nieco pewniej. - Skoro
widziałaś, co się stało, dlaczego nie zrobiłaś: hej, stop, zobaczmy, co
się stało?
Ona znowu spogląda na Tomeczka, który gapi się w podłogę i dłubie
palcami w czymś na policzku.
- Ty tego nawet nie zauważyłaś, tylko on - mówię. - Czemuś, Tomek, nie
zareagował?
Tomeczek wzrusza ramionami, wydaje z siebie nieokreślony dźwięk.
Wszyscy wiemy, że on nigdy nie podjąłby decyzji o przerwaniu piosenki,
jest człowiekiem, który woli, żeby ktoś decydował za niego, co przekąsi
podczas postoju na stacji benzynowej. A teraz z pewnością najbardziej na
świecie chciałby być w jakimś innym miejscu. Sorry, Tomek, myślę
sobie, mamy tu z Kaśką coś do załatwienia i jak zwykle potrzebujemy
publiczności.
- W porządku. - Szturcham go w ramię. - To nic.
Jadwiga mawia: wy z Kaśką jesteście jak toksyczni rodzice, walczący ze
sobą ponad dzieciakami z zespołu.
Oczy Kaśki robią się coraz większe, jakby nie dosłyszała.
- Czy ty chcesz mi powiedzieć - szepcze Kaśka i wszyscy wiemy, że gdyby
nie szeptała, to wrzeszczałaby - że to jego wina?
Wzruszam ramionami. Nie wiem, co odpowiedzieć. Nawet nie wiem, co
myśleć, jakbym miała w mózgu przelewającą się galaretę.
- Siwa przeprasza cię na chwilę, Tytus - cedzi Kaśka.
Wychodzimy na parking, w noc i chłód, i wtedy oni wyrzucają mnie z zespołu, który założyłam dwadzieścia lat temu.
Mówi Kaśka, oczywiście. Tłumaczy precyzyjnie i już spokojnie, ma to
przemyślane. Zastanawiali się nad tym od dawna i nabrali pewności.
Formuła się wyczerpała, to najlepszy moment, by zakończyć działalność.
By się rozstać. Słowa, które wypowiada, od razu znikają, nie zapamiętam
ich. Zapamiętam tylko emocje i konkluzje tego, co ma do powiedzenia. Ich
decyzję tłumaczy w taki sposób, że od razu domyślam się, że oni wcale
nie chcą rezygnować z grania. Będą grali dalej i najpewniej razem, i to
samo, myślę sobie, bo niczego innego nie umieją. To samo, tylko że beze
mnie. Tu nie chodzi o wyczerpaną formułę zespołu Skis. Chodzi o mnie w moim zespole, o to, żeby mnie w nim nie było.
- Wy nie rozwiązujecie zespołu - mówię do nich, czując, jak rośnie we
mnie wściekłość. - Wy odchodzicie z zespołu, mojego.
Słyszę, jak fatalnie brzmi to ostatnie zdanie, lecz wściekłość już
rozpycha się we mnie, gorąca i niecierpliwa. W ich oczach widzę ulgę, że
ta rozmowa już się odbywa, i wtedy czuję, że jestem zupełnie sama.
Twarze ludzi z mojego zespołu rozmywają się w bańkach, obłych i brzydkich.
Mojego zespołu.
Odchodzę na kilka metrów i wycieram łzy w koszulkę. Wolę już wściekłość.
Przestaję ją dławić, wołam ją z powrotem.
Wracam i krzyczę na nich, wywrzaskuję różne rzeczy, a oni pozwalają mi,
i to jest najgorsze. Kto z was taki zdolny, mówię, skąd weźmiecie wokal,
bo wiem, że Kaśka nie bardzo umie śpiewać, kiedy jednocześnie gra, a wtedy Szoszon odruchowo ogląda się na centrum kultury, w którym została
Julka, jej vansy, warkocze i cola zero, Julka, która śpiewa i gra na
gitarze.
Czuję, że zaczyna mi brakować powietrza. Moje policzki płoną jak przed
pierwszą zagraną dziś piosenką.
- Wszystko już macie przemyślane, co? - mówię i czuję się, jakbym zbyt
wcześnie zrywała strupka. Potem obrażam ich jeszcze i odchodzę bez
pożegnania.
Kaśka woła za mną.
- Zdjęcie, Siwa.
Nie wierzę własnym uszom.
- Chodź - mówi miękko Kaśka. Słyszę, że jest zmęczona. - Zrobimy sobie
fotkę pod jeepem, to ją wrzucę od razu.
- Pierdolę twojego jeepa - odpowiadam. - I twoje fotki, i sto lajków pod
nimi.
Mówi, że zrobią zdjęcie beze mnie.
Wierzę jej. Wracam.
Wołają Tytusa, który ciumka e-papierosa i obserwuje nas z oddali. Kiedy
podchodzi, czuję zawstydzenie, choć nie bardzo wiem dlaczego. Stajemy we
czworo przy aucie, Kaśka mówi Szoszonowi, że mógłby zdjąć koszulkę, i on
się zgadza, po czym instruuje Tytusa, jak ma trzymać smartfona. Tak
powstaje ostatnie zdjęcie zespołu Skis, na którym oczy naszej czwórki
lśnią jakoś wyjątkowo w gęstym świetle latarni.
Nasze najlepsze zdjęcie.
* * *
Wracam sama, piechotą. Miasto śpi, a ta jego część, która jeszcze nie,
chowa się przede mną, przemyka innymi chodnikami. Słyszę zwierzęta,
ukryte w mroku śmietników, jak wyjadają coś z porozrywanych worków.
Bloki stoją równo i kategorycznie. Latarnie, oklejone wlepkami, pracują
w ciszy, kiedy tak idę, samiuteńka, z myślami, których jest za dużo i które niezbyt lubią mnie tej nocy.
Zespół Skis. Dwadzieścia lat działalności, sześć albumów i niecałe sto
piosenek w serwisach streamingowych. Do kilkunastu koncertów rocznie i nominacja do Paszportów Polityki, która przydarzyła nam się kilka lat
temu. Całe moje życie. Dobrze wiem, co to znaczy. Nie ma mnie bez mojego
zespołu. Albo nawet gorzej: bez niego jestem osobą, którą nigdy nie
chciałam zostać, jakby ktoś zerwał mi z głowy słuchawki w połowie
piosenki. Piosenki z młodości.
Tytus dogonił mnie jeszcze pod centrum kultury i namawiał, żebyśmy
poszli do niego. Nie rozumiał, że nie możemy, bo był na parkingu i wszystko usłyszał, stając się częścią tego, co się wydarzyło. Chodźmy do
mnie, powtarzał, możemy tylko poleżeć obok siebie, nie musimy nic robić.
Nie miałam siły nawet wywrócić oczami.
W drodze do domu kilkakrotnie przystaję i wysyłam wściekłe wiadomości do
Kaśki. Literki skaczą po wyświetlaczu od piwa i wściekłości. Nie
poprawiam błędów, żeby to, co piszę, zabrzmiało najszczerzej.
W mieszkaniu jest ciemno i duszno, czuć, że zjedli kolację na ciepło. W progu małego pokoju, rozświetlonego poświatą laptopa, stoi młody
mężczyzna. Jest bosy, ubrany w piżamę z postaciami z komiksu, i pachnie
szamponem dla dzieci. Ma na imię Maurycy i tylko u nas mieszka,
cokolwiek to znaczy.
- Dobra fotka. - Uśmiecha się. - Ta z parkingu.
W przedpokoju szeptem opowiadam mu, co się stało.
- O rany, Siwa. - Maurycy zakłada ręce na piersi. - Jutro pewnie zmienią
zdanie.
Odpowiadam, że nie, i on tylko kiwa głową. Bardzo bym chciała, żeby mnie
teraz przytulił. Maurycy tego nie potrafi, wycofuje się do pokoju, który
ode mnie wynajmuje, i delikatnie zamyka za sobą drzwi.
Nie wiem, ile tak stoję, sama, wpatrując się w kobietę w lustrze.
Nie wiem, kogo tam widzę.
Rozwaliłam mikrofonem głowę jakiemuś chłopcu.
Straciłam zespół.
Zdejmuję trampki i - najciszej jak potrafię - wchodzę do sypialni córki.
Plastikowy muchomorek, wsadzony do kontaktu, udaje, że świeci. Klękam
przy łóżku i delikatnie opieram twarz na ramieniu Gabrysi. Zapach
zdrowia i życia, dotykam policzkiem jej policzka i wtedy w moim wnętrzu
dochodzi do najmilszej eksplozji, dyskretnej i wspaniałej, tej samej od
ośmiu lat. Gabrysia uśmiecha się do mnie przez sen, mruczy, nie
otwierając oczu, a ja klęczę nad nią i dzielę z nią poduszkę. Nie mam
siły wstać.
Za oknem świta, kiedy kładę się do łóżka. Myślę o Maurycym, który pewnie
dopiero zasypia w pokoju obok, i o Mikołaju, który nie dotarł na
dzisiejszy koncert, choć zapowiadał, że będzie. Maurycy ma dwadzieścia
kilka lat i mieszka ze mną i Gabrysią już drugi rok. Mikołaj jest ojcem
Maurycego i jest moim przyjacielem jeszcze z dzieciństwa, chyba jedynym
prawdziwym, jakiego wtedy miałam. Mieszka w stolicy, dwie godziny drogi
stąd. Kilka dni temu zadzwonił i zapowiedział, że przyjeżdża. Wiem, że
będzie chciał wrócić do tajemnicy, której strzegę przed nim od
dwudziestu pięciu lat.
Mikołaj, koniec lat 90., czwartkowy wieczór
Dzieciaki idą na skwer, zieloną przestrzeń między pocztą, sklepem
monopolowym a gmachem domu kultury, przez którą biegnie zawijas
chodnika. Wzdłuż stoi kilkanaście ławek. W dzień obsiadają je starcy i matki z dziecięcymi wózkami. Nocami ławki są zajęte przez dzieciaki,
które rozmawiają w grupkach, trochę piją i dużo palą, śmieją się głośno
i gestykulują. Są doskonale świadome siebie nawzajem, jak nietoperze.
Brat chłopaka poszedł do domu. Monika też chciała iść, lecz powstrzymali
ją.
Ojciec będzie wściekły, westchnęła, otwierając piwo, które w monopolowym
kupił im Cyprian.
Zajęli jedną z ławek. Niko i Piotruś odeszli do swoich, szeleszczących
ortalionem, i chłopak z ulgą przyjął to, że Niko nie spytał go o pieniądze za buty. Dzieciaki gadają o pierdołach i jaki alkohol
przyniosą jutro na urodziny Cypriana. Chłopak zerka w dół. Reebok
kamikaze 2.
Monika opowiada o czymś i rozpuszcza włosy, po czym przeczesuje je
palcami, jakby strząsała z nich noc, pachnącą i ciężką. Patrzy na
chłopaka niespodziewanie poważnie i wydaje mu się wtedy jak dorosła.
Chłopak na chwilę zapomina, że Cyprian i Miller siedzą obok.
Tysiąc czterysta siedemnaście i tysiąc czterysta osiemnaście, uśmiecha
się Monika, patrząc na dziewczyny, które podchodzą do ławki, przy której
stoją chłopcy w dresach.
Obie są ubrane w spodnie rybaczki. Odkąd zaczęło się lato, Monika liczy
dziewczyny w rybaczkach. Sama nosi rozszerzane dżinsy i nigdy nie
zakłada szortów. Tego wieczoru ma na sobie bluzkę z krótkim rękawem i chłopak dostrzega gęsią skórkę na jej przedramionach. Wyjmuje z plecaka
kraciastą koszulę, którą dali ojcu jako przydział w fabryce.
Śmierdzi mielonymi, mówi Monika, kiedy ją wkłada.
To oddaj.
Nie. Dziewczyna łapie za kołnierzyk i opatula nim szyję.
Zobaczcie, mówi Cyprian.
Przy chodniku zatrzymuje się renault, z którego wypełzają dziewczyny
niczym owady jednego gatunku. Prostują się powoli, jakby sprawdzały, czy
ich stawy jeszcze tak potrafią, obsiadają najbliższą ławkę, palą
papierosy, obserwują. Dzieciaki znają je z widzenia, one chodzą do tego
samego liceum, do klasy o profilu biologiczno-chemicznym. Wszystkie chcą
iść na medycynę, jak kiedyś ich rodzice. Z auta wysiada ktoś jeszcze,
blondynka w dżinsowej kurtce i bawełnianej letniej sukience.
O, Patrycja, mruczy Cyprian, chociaż przecież wiedzą. Przywiózł ją
starszy brat, tłumaczy, mój tatko spotkał się z nim dzisiaj w interesach.
Rodzina Patrycji przeprowadziła się do miasta tego lata. Cyprian zdążył
ją poznać i dowiedział się, że od września będzie chodziła z nimi do
jednej klasy, i ta wiadomość wywołała w dzieciakach ekscytację. Chłopak
też spotkał ją wcześniej. Stali w większej grupie, a Patrycja mówiła
niewiele i miał wrażenie, że wszyscy dokoła mylili jej powagę z inteligencją i niesprecyzowaną tajemnicą.
Renault odjeżdża. Patrycja macha do Cypriana.
Dzieciaki podchodzą i Cyprian przedstawia je Patrycji, podają sobie
ręce. Monika patrzy na kolorowe paznokcie dziewczyn z innej klasy i chowa dłonie do kieszeni. Patrycja nosi sukienkę, jakby to samo lato ją
dla niej wybrało.
Kiedy chłopak myśli o tym, że będą chodzić do tej samej klasy, czuje
się, jakby ktoś kazał mu stanąć na deskorolce, po czym zepchnął go ze
stromej ulicy.
Mam taką samą koszulę, mówi Patrycja do Moniki.
To jego, odpowiada Monika.
Nie oddawaj mu, mówi poważnie Patrycja.
Chyba tak zrobię, uśmiecha się Monika.
A my się już z Mikołajem jakby znamy, mówi Patrycja. Byłeś tu kilka dni
temu, prawda?
Tak, odpowiada chłopak, czując, że deskorolka przyspiesza.
Patrycja wyjmuje z kieszeni kurtki paczkę. Cyprian przypala dziewczynie
papierosa, dłoń przy dłoni, twarz przy twarzy, wiatr zawiewa mu na
policzek jej włosy. Chłopak przełyka ślinę.
Patrycja opowiada, że przyjechali tu spod Wrocławia całą rodziną, tata,
dorosły brat i drugi malutki, bo ojciec otworzył szwalnię w magazynach
pod miastem. Dzieciaki słuchają uważnie, jakby w tym, co mówi, ukryte
były wskazówki do rozwiązania detektywistycznej zagadki. Wtedy zjawia
się Niko.
Jedziemy na dyskotekę do Jubilatki, rzuca gdzieś między nich, a wy
jedziecie z nami.
Ale tam nie wpuszczają w bluzach z kapturem, uśmiecha się jedna z dziewczyn.
Mnie wpuszczą, Niko odwzajemnia uśmiech.
A wy, Patrycja zwraca się do Moniki, jedziecie z nami?
Co ty, Patrycja, szczerzy się Niko, oni zostaną, żeby wymyślać przygody
do swoich gier o smokach i krasnalach. Majtki czasu, pieluchy zagłady.
Monika nie odpowiada, dziewczyny śmieją się głośno.
Mikołaj, mówi Niko. Chodź no na chwilę.
Odchodzą we dwóch kilka metrów, chłopak nie jest pewien, czy Niko może
dosłyszeć, jak serce łomocze mu w piersi. Wokół ławki robi się cicho.
Pieniądze, mówi pogodnie Niko. Trzyma ręce w kieszeniach bluzy.
Chłopak zerka na reeboki i zaczyna się tłumaczyć.
Niko kiwa głową i nie wygląda na zawiedzionego. Niko kopie go w twarz.
Tępy trzask, uliczne lampy jak splątane choinkowe światełka, hałas z wnętrza czaszki, po którym skóra policzka drapie po chodniku. Chłopak
zaciska powieki, choć wcale nie boli tak bardzo. Tylko wstyd piecze
mocno, chłopak wolałby nie musieć otwierać oczu.
Przyjdę w sobotę, głos Nika dobiega z góry, po moje pieniądze i lepiej,
żebyś je miał.
Potem już jest cicho i tylko drzewa szumią dokoła, jakby przez nie też
płynęła krew z żył chłopaka, który wie, że teraz trzeba będzie wstać, a oni wszyscy będą patrzeć. Otwiera wreszcie oczy i podnosi się powoli,
odruchowo otrzepując szorty. Czuje, jak puchnie mu twarz, zastanawia
się, czy widać to w świetle latarni. Dzieciaki na skwerze nie spuszczają
z niego wzroku.
Na ławce siedzą Miller i Monika. Chłopak rozgląda się i widzi grupkę,
która oddala się ulicą. Nikt z nich się nie ogląda.
Cypek pojechał z nimi, mówi chłopak, do Jubilatki. Na dyskotekę.
Tak, odpowiada Monika. Chodźmy do domu.
Odprowadzę cię, proponuje chłopak. Ostrożnie dotyka skóry na policzku,
zdartej kopniakiem.
Idziesz z nami, pyta Monika i Miller długo patrzy jej w oczy.
Nie, odpowiada.
* * *
Monika mieszka w najstarszej części miasta. Trzeba przejść wiaduktem nad
torami kolejowymi i wtedy spocona dłoń Moniki znajduje jego dłoń.
Ostatnio mam lęk wysokości, tłumaczy dziewczyna, patrząc przed siebie. I najgorzej jest nocą.
W porządku.
Wcale nie, uśmiecha się smutno ona.
Gdzieś w oddali rozszczekują się psy. Jezu, stary mnie zabije, dodaje
szeptem, jakby ojciec mógł ją teraz usłyszeć. Miałam być w domu dwie
godziny temu.
Gdy schodzą z wiaduktu, Monika nie puszcza ręki chłopaka. On nie wie, co
to znaczy, czy to w ogóle coś znaczy i czy chciałby, żeby znaczyło, lecz
ściska jej dłoń, być może mocniej, niż to konieczne, i czuje dumę, która
go zaskakuje i której pochodzenia może się tylko domyślać. Idą razem,
ramię w ramię, dziewczyna i chłopak, przyjaciele i jednocześnie jak
jakaś para. Idą jak jacyś inni ludzie, inne dzieci, jak dorośli, czując,
że ten spacer może nawet trochę ich zmienia, lecz oboje nie znają efektu
tej zmiany, a brak tej wiedzy ich ekscytuje i zmniejsza
odpowiedzialność, której na co dzień czują zbyt dużo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki