Nie uśmiechaj się, bo się zakocham - Blue Jeans

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 4

Es­ter jest w domu dosłownie od paru mi­nut. Ze­gar w jej komórce wyświe­tla za dzie­sięć siódmą. To ozna­cza, że na­uczy­ciel fran­cu­skie­go za­raz tu będzie. Co za szczęście, że chłopak ku­zyn­ki zgo­dził się pomóc jej za dar­mo. W obec­nej sy­tu­acji ro­dzi­ce nie mo­gli­by so­bie po­zwo­lić na opłaca­nie jej ko­re­pe­ty­cji. A ona musi prze­cież za­li­czyć jakoś ten przed­miot.

Jed­nak w tym mo­men­cie dziew­czy­na jest myślami gdzie in­dziej. Dla­cze­go miała ochotę pocałować Bru­na w usta? Nig­dy dotąd jej się to nie przy­da­rzyło.

Prze­cież nie wy­da­rzyło się nic wyjątko­we­go. Jako naj­lep­si przy­ja­cie­le są so­bie bar­dzo bli­scy. To, co do nie­go czu­je, wy­da­je jej się oczy­wi­ste: to przy­jaźń, szcze­ra i czy­sta przy­jaźń. Jeśli zaś cho­dzi o jego uczu­cia... No cóż, co do tego Es­ter nie ma całko­wi­tej ja­sności. Cza­sem od­no­si wrażenie, że on w dal­szym ciągu czu­je do niej coś więcej i że usiłuje to ukryć. Spra­wia jej to przy­krość, bo na­prawdę bar­dzo jej na nim zależy, choć nie w tym sen­sie, w ja­kim on by tego chciał. Nadal ma w pamięci tam­ten ano­ni­mo­wy list, w którym przy­jaciel wy­znał jej swo­je uczu­cia. A ona mu­siała je od­rzu­cić.

Tym­cza­sem te­raz to ona o mały włos go nie pocałowała. Dla­cze­go? Czy mógł to być tyl­ko jed­no­ra­zo­wy im­puls? Zwa­rio­wać można!

Na­gle ktoś dzwo­ni do drzwi. Es­ter po­now­nie spogląda na ze­ga­rek. Za sie­dem siódma. Chłopak ku­zyn­ki trochę się pośpie­szył. Ro­dziców nie ma w domu, więc dziew­czy­na sama idzie otwo­rzyć.

- Cześć.

Na jedną chwilę ser­ce Es­ter prze­sta­je bić, by w następnej podjąć de­spe­rac­ki ga­lop. Czy to sen? Nie, to nie żaden sen. W każdym ra­zie mu­siałby to być kosz­mar.

- Cze... Cześć.

- Co u cie­bie?

- Ro­dri­go. Co ty tu... ro­bisz?

- Byłem w po­bliżu i... - Były tre­ner Es­ter od­wra­ca wzrok i wzdy­cha. Po­now­nie pa­trzy na nią i uśmie­cha się nieśmiało. - Praw­da jest taka, że miałem wielką ochotę cię zo­ba­czyć.

Wygląda pra­wie tak samo jak kil­ka mie­sięcy temu. Jed­nak coś zmie­niło się w wy­ra­zie jego twa­rzy. Tak, różnica jest wyraźna: jest te­raz mniej agre­syw­ny, złagod­niał. Wy­da­je się wręcz po­god­ny. Tak jak wte­dy, kie­dy spędza­li ra­zem czas po tre­nin­gach. Ale jego ru­chy zdra­dzają pew­ne napięcie.

- Wiesz... ja...

- Mogę wejść?

- Ja właśnie... Właśnie na kogoś cze­kam - od­po­wia­da z wa­ha­niem dziew­czy­na. Jest bar­dzo zde­ner­wo­wa­na, stając z nim tak nie­spo­dzie­wa­nie twarzą w twarz.

- Ach tak. Twój chłopak?

- Nie. Nie mój chłopak. To pry­wat­ny na­uczy­ciel. Słabo mi idzie fran­cu­ski. Dzi­siaj za­czy­nam. To chłopak mo­jej ku­zyn­ki. Ale jesz­cze go nie znam. Ja nie mam chłopa­ka.

Wy­rzu­ca to z sie­bie jed­nym tchem, bez żad­nej pau­zy, aż bra­ku­je jej po­wie­trza. Jak gdy­by wcześniej wy­uczyła się tej fra­zy na pamięć, a te­raz chciała ją po pro­stu jak naj­szyb­ciej powtórzyć. Sta­ra się uni­kać jego wzro­ku, jed­nak nie może się po­wstrzy­mać, żeby od cza­su do cza­su nie spoj­rzeć mu w oczy. Są piękne... Wpa­da w sidła jego spoj­rzenia i ob­le­wa się ru­mieńcem. Ro­dri­go jest na­prawdę przy­stoj­ny. W do­dat­ku te­raz uśmie­cha się, a jego twarz jest taka łagod­na. Zda­je się, że trochę mu ulżyło, kie­dy usłyszał, że gość na którego Es­ter cze­ka, nie jest jej chłopa­kiem.

- W ta­kim ra­zie le­piej już pójdę. Nie chcę prze­szka­dzać.

- W porządku.

- Za­dzwoń do mnie, jak będziesz miała chwilkę.

- Tego nie mogę obie­cać.

- Prze­myśl to.

- Do­bra, prze­myślę.

Ro­dri­go od­wra­ca się i już ma odejść, ale w ostat­niej chwi­li zmie­nia zda­nie, pa­trzy jej pro­sto w oczy i ner­wo­wo prze­cze­su­je dłonią włosy.

- Wy­rzu­ci­li mnie z drużyny siatkówki - mówi na­gle ku ogrom­ne­mu za­sko­cze­niu Es­ter.

- Co ta­kie­go? Kie­dy?

- W zeszłym ty­go­dniu. Je­stem kom­plet­nie zdołowa­ny.

Tego w życiu by się nie spo­dzie­wała. Nig­dy by nie zgadła, że Ro­dri­go przy­cho­dzi wy­znać jej coś ta­kie­go. Raz na jakiś czas spraw­dza w In­ter­ne­cie wy­ni­ki swo­jej byłej drużyny i wie, że dziew­czy­ny nadal są dru­gie w ta­be­li, za­raz za tam­ty­mi, które wy­gry­wały wszyst­kie me­cze. Mu­siało wy­da­rzyć się coś na­prawdę poważnego, sko­ro go zwol­ni­li.

Es­ter nie zna po­wo­du, i woli się nad nim nie za­sta­na­wiać, ale stojący przed nią młody mężczy­zna bu­dzi w niej te­raz pew­ne współczu­cie. Na tyle sil­ne, że prze­zwy­cięża zmie­sza­nie i za­pra­sza go do środ­ka. Ro­dri­go przyj­mu­je za­pro­sze­nie i wcho­dzi za nią do nie­wiel­kie­go sa­lo­nu. Sia­dają.

- Dla­cze­go cię wy­rzu­ci­li? Prze­cież je­steście na dru­giej po­zy­cji, praw­da?

- Tak, cho­ciaż te na pierw­szej mają o wie­le więcej punktów.

- Ale to i tak do­bre wy­ni­ki.

- No tak, niezłe. Ale to nie z po­wo­du wy­ników mnie wy­rzu­ci­li.

- Nie?

- Nie... Pokłóciłem się z pre­ze­sem.

- Pokłóciliście się?

- Tak. I to ostro. Zda­je się, że go ob­ra­ziłem. Cho­ciaż on zro­bił to pierw­szy.

- O rany.

- Po­pro­siłem go o większy budżet na ten se­zon. Żeby pod­nieść po­ziom. Ale on stwier­dził, że nie może pa­ko­wać w nas więcej kasy i że mamy ra­dzić so­bie z tym, co już do­sta­liśmy. Obaj zaczęliśmy wrzesz­czeć i osta­tecz­nie mnie wylał.

- Przy­kro mi.

- Dzięki. Sama wiesz, jaka to ważna część mo­je­go życia. Siatkówka i pra­ca tre­ne­ra.

- Wiem.

Były czymś więcej niż ważną częścią jego życia. Były całym jego życiem.

Milczą obo­je przez dłuższą chwilę. Es­ter sta­ra się nie pa­trzeć mu w oczy. Wciąż ma w pamięci świeży ślad tego, co jej zro­bił. Jed­nak, z dru­giej stro­ny, nosi też w so­bie żywe wspo­mnie­nie daw­nych uczuć do nie­go - wspo­mnie­nie czułej, uj­mującej i za­baw­nej stro­ny Ro­dri­ga. Na­prawdę go wte­dy ko­chała. Jak nig­dy przed­tem ni­ko­go.

- Właści­wie, to chciałem po­wie­dzieć ci coś in­ne­go.

- Co ta­kie­go? - pyta, za­sko­czo­na i nie­pew­na.

- Nie po­wi­nie­nem był cię tak po­trak­to­wać... Przy­szedłem cię prze­pro­sić.

Zno­wu wziął ją z za­sko­cze­nia. Jego wy­raz twa­rzy i sposób mówie­nia zdra­dzały wpraw­dzie, że w ciągu tych paru mie­sięcy do­ko­nała się w nim jakaś prze­mia­na, ale usłyszeć prze­pro­si­ny z jego ust, to znacz­nie więcej, niż Es­ter mogłaby so­bie wy­obrażać.

- Bar­dzo mnie zra­niłeś.

- Wiem. Byłem idiotą. I chcę cię pro­sić, żebyś wy­ba­czyła mi moje za­cho­wa­nie. To po to tu przy­szedłem - wy­zna­je, po­chy­lając się przy tym do przo­du i kładąc rękę na jej ko­la­nie.

Zno­wu wspo­mnie­nia. Zno­wu te uczu­cia. Na nowo odżywają za­po­mnia­ne już mo­men­ty. To nic ta­kie­go, zwykły do­tyk ręki, pew­nie od­ru­cho­wy. Mimo to kon­takt jego palców z jej ko­la­nem spra­wia, że Es­ter czu­je ści­ska­nie w dołku.

- Chy­ba trochę za późno na prze­pro­si­ny.

- Tak. Jest późno. I zro­zu­miem, jeśli nie ze­chcesz mi wy­ba­czyć. Po pro­stu mu­siałem cię zo­ba­czyć, żeby ci to po­wie­dzieć.

- Minęły czte­ry mie­siące, Ro­dri­go.

- Wiem. I domyślam się, że mu­siały być dla cie­bie trud­ne.

- Trud­ne?

Dziew­czy­na pry­cha i kręci głową. Łzy napływają jej się do oczu, ale nie za­mie­rza na nowo roz­pa­miętywać tam­tej sy­tu­acji i znów pogrążać się w bólu. Co to, to nie. Po pro­stu nie chce. Ser­ce bije jej jak sza­lo­ne, a nie­pokój, który ją opa­no­wu­je, jest tak sil­ny, że nie po­zwa­la jej ze­brać myśli. Ro­dri­go pod­no­si się z sofy i po­chy­la się przed nią. Ale ona na nie­go nie pa­trzy. Za­kry­wa twarz dłońmi. Nie po­zwo­li, żeby wi­dział, jak przez nie­go płacze.

- Wyrządziłem ci krzywdę i nie da się tego uspra­wie­dli­wić. Ale chcę, żebyś to ode mnie usłyszała, Es­ter: byłem pa­lan­tem, kom­plet­nym dup­kiem. Mój trud­ny cha­rak­ter oka­zał się sil­niej­szy ode mnie... od nas..., ale ja na­prawdę... cię ko­chałem.

Ona też go ko­chała. I to bar­dzo. Nie­mal ob­se­syj­nie. Zno­siła jego hu­mo­ry za każdym ra­zem, gdy zro­biła co­kol­wiek, co mu się nie spodo­bało. To­le­ro­wała wszyst­ko: jego krzy­ki, fo­chy, od­burk­nięcia... Wszyst­ko! Na­wet to, że winił ją za porażki drużyny, kie­dy im nie szło. Zakończe­nie ich związku to był naj­gor­szy dzień w jej życiu. Zarówno ze względu na to, jak to się odbyło, jak i przez to, co ich re­la­cja dla niej ozna­czała.

- To nie wy­star­czy, Ro­dri­go. Ale wy­ba­czam ci - mówi Es­ter, ze­braw­szy w końcu siły. - Wy­ba­czam ci.

- Dziękuję. To mi da trochę spo­ko­ju, cho­ciaż nig­dy nie za­pomnę tego, co ci zro­biłem.

- Nic już na to nie po­ra­dzisz... A te­raz... Jeśli nie masz nic prze­ciw­ko. Mój na­uczy­ciel fran­cu­skie­go za­raz tu będzie.

- Ja­sne.

Dziew­czy­na wsta­je, Ro­dri­go również się pod­no­si. W mil­cze­niu kie­rują się do wyjścia. Es­ter otwie­ra drzwi.

- Jesz­cze raz dziękuję - od­zy­wa się Ro­dri­go, wy­chodząc na ko­ry­tarz. - Mam na­dzieję, że dzięki tym ko­re­pe­ty­cjom za­li­czysz fran­cu­ski.

- Ja też.

Zno­wu mo­ment mil­cze­nia, tym ra­zem krótszy.

- Do zo­ba­cze­nia, Es­ter.

- Do zo­ba­cze­nia.

I żeby nie przedłużać już tej ago­nii, dziew­czy­na za­my­ka drzwi.

Uff. Od­dy­cha z tru­dem.

Kłębią się w niej najróżniej­sze uczu­cia. Czu­je dziwną, mie­sza­ninę lęku, nie­na­wiści i tęskno­ty. To nie fair, że gość, który zro­bił jej naj­gorszą rzecz w życiu, przyłazi te­raz do niej do domu i ni stąd, ni z owąd się przed nią uzewnętrznia.

Mu­siał cze­kać, aż wy­leją go z drużyny, żeby przyjść ją prze­pro­sić?

Co to właści­wie miało być?!

Ale nie czas te­raz na użala­nie się nad sobą. Roz­le­ga się dźwięk dzwon­ka. Es­ter ma na­dzieję, że to nie Ro­dri­go.

Wra­ca i otwie­ra drzwi. Nie, to nie Ro­dri­go.

Chłopak, który stoi przed nią, nie jest może zbyt wy­so­ki, ale za to bar­dzo przy­stoj­ny. Ma ja­sne oczy i włosy ze­bra­ne w ku­cyk. No i bar­dzo zmysłowy ak­cent.

- Cześć. Ty je­steś Es­ter?

- Tak. To ja...

- Miło mi cię po­znać. Ja je­stem Alan Re­no­ir, chłopak two­jej ku­zyn­ki Cri­sti­ny i twój nowy na­uczy­ciel fran­cu­skie­go.

ROZ­DZIAŁ 2

Hip­no­ty­zują go jej usta. Roz­ma­wia z nią i nie może ode­rwać wzro­ku od jej warg. Cza­sem nie do­cie­ra do nie­go na­wet treść tego, co ona mówi. Jest prześlicz­na.

- Bru­no! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

- Oczy­wiście.

- Tak? To o co cię pytałam?

- Czy trzy to do­bry wy­nik.

- No właśnie, do­bry?

- Nie. Po­win­no wyjść mi­nus trzy.

Es­ter wzdy­cha i opa­da na łóżko. Chłopak pod­cho­dzi bliżej i sia­da obok niej.

- Nie za­liczę tej mat­my - skarży się dziew­czy­na ze spoj­rze­niem wbi­tym w su­fit po­ko­ju przy­ja­cie­la.

- Zo­ba­czysz, że za­li­czysz. Nie idzie ci tak źle.

- Nie? Pew­nie masz rację - idzie mi go­rzej niż źle.

- Bez prze­sa­dy. Je­dy­ny błąd tu­taj po­le­ga na tym, że za­miast na mi­nu­sie wy­szedł ci wy­nik na plu­sie. Sposób roz­wiąza­nia jest po­praw­ny.

- Robię za dużo ta­kich błędów.

- To są nor­mal­ne błędy, je­stem pe­wien, że spraw­dzian na­pi­szesz świet­nie.

- Sko­ro tak twier­dzisz...

Ja­sne, że tak twier­dzi! I nie ma co do tego naj­mniej­szych wątpli­wości. Dałby so­bie rękę uciąć za to, że jego przy­ja­ciółka bez pro­ble­mu za­li­czy spraw­dzian z ma­te­ma­ty­ki kończący dru­gi try­mestr. Już jego w tym głowa, żeby pomóc jej się przy­go­to­wać jak naj­le­piej, nie­za­leżnie od tego, ile go­dzin mie­li­by na to poświęcić. Czyż nie po to są przy­ja­ciele, żeby po­ma­ga­li so­bie za­wsze i we wszyst­kim?

Cóż, Bru­no byłby szczęśliw­szy, gdy­by między nimi było coś więcej niż przy­jaźń.

Od całej tej spra­wy z Ro­dri­giem zbliżyli się do sie­bie jesz­cze bar­dziej, o ile było to w ogóle możliwe. Po tym, jak ją po­trak­to­wał tre­ner, Es­ter przez parę ty­go­dni nie mogła dojść do sie­bie. Bru­no nie tyl­ko służył jej wówczas ra­mie­niem, na którym mogła się wypłakać, ale zmo­bi­li­zo­wał też całą swoją wy­obraźnię, by skłonić przy­ja­ciółkę do uśmie­chu. Słuchał jej, oka­zy­wał jej zro­zu­mie­nie, po­cie­szał ją i opie­ko­wał się nią przez cały czas trwa­nia jej emo­cjo­nal­ne­go kry­zy­su. Za­wsze, gdy po­trze­bo­wała roz­mo­wy, był do jej dys­po­zy­cji.

Od tam­te­go cza­su minęły już po­nad czte­ry mie­siące, a Es­ter ani razu nie umówiła się z żad­nym chłopa­kiem. Zero flirtów - ani z rówieśni­ka­mi, ani ze star­szy­mi. W związku z tym Bru­no zaczął żywić cichą na­dzieję, że to on mógłby zo­stać jej wy­bran­kiem. A jed­nak dni mi­jają i nic właści­wie się nie dzie­je. Naj­gor­sze jest to, że uczu­cie, które już wcześniej nosił w ser­cu, przy­brało te­raz na sile, stając się jed­no­cześnie bar­dziej bo­le­sne niż kie­dy­kol­wiek wcześniej.

- Chcesz roz­wiązać to za­da­nie jesz­cze raz? - pyta z uśmie­chem.

- Nie. Nie ma sen­su robić w kółko tego sa­me­go. Poza tym będę już le­cieć, muszę jesz­cze dokończyć wy­pra­co­wa­nie i po­uczyć się fran­cu­skie­go. Bo mat­ma to nic w porówna­niu z fran­cu­skim.

- Raúl nie może ci pomóc?

- Nie, jest zbyt zajęty przy fil­mie.

- Nie je­stem naj­lep­szy z fran­cu­skie­go, ale jeśli chcesz, możemy po­uczyć się ra­zem.

- Nie, nie martw się o mnie. Udało mi się zna­leźć ko­re­pe­ty­to­ra.

- Co? Ko­re­pe­ty­to­ra z fran­cu­skie­go?

- Tak. To chłopak mo­jej ku­zyn­ki - od­po­wia­da Es­ter, wyciągając się na pra­wym boku. - Ma do mnie przyjść o siódmej.

- Po­znałaś go już?

- Nie, nig­dy go jesz­cze nie spo­tkałam. Daw­no już nie roz­ma­wiałam z tą ku­zynką. Aż do wczo­raj. Ona pra­wie nie ko­rzy­sta z Fa­ce­bo­oka i w ogóle z por­ta­li społecz­nościo­wych. Za to moi ro­dzi­ce wi­dzie­li się nie­daw­no z jej mamą i to ona opo­wie­działa im o tym chłopa­ku. Jest Fran­cu­zem, ale do­sko­na­le mówi po hisz­pańsku.

- I za­dzwo­niłaś do niej, żeby o nim po­plot­ko­wać?

- Nie! - woła dziew­czy­na, śmiejąc się lek­ko zmie­sza­na. Za­dzwo­niłam, żeby opo­wie­dzieć jej o mo­ich pro­ble­mach z fran­cu­skim. No do­brze, niech ci będzie... i żeby trochę po­plot­ko­wać.

- Wie­działem!

- No tak...

- Czy­li chłopak two­jej ku­zyn­ki będzie ci udzie­lał ko­re­pe­ty­cji, hm...

- Tak. Przez go­dzinę dzien­nie, od po­nie­działku do piątku, aż do zakończe­nia roku szkol­ne­go. I to za dar­mo...

Bru­no nie jest za­chwy­co­ny tym po­mysłem. Wpraw­dzie Es­ter nie miała zwykła za­da­wać się z pierw­szym lep­szym, a poza tym to chłopak jej ku­zyn­ki, ale nig­dy nie można być do końca pew­nym. Wca­le mu się nie po­do­ba, że jego przy­ja­ciółka będzie spędzać tyle cza­su sam na sam z ja­kim­kol­wiek in­nym chłopa­kiem niż on. Bo na­wet jeśli między nim a Es­ter jest wyłącznie przy­jaźń i na­wet jeśli spra­wia mu ból myśl, że nie może li­czyć na nic więcej, to jej to­wa­rzy­stwo i tak jest jedną z naj­lep­szych rze­czy, ja­kie ma w życiu.

- Mam na­dzieję, że dzięki nie­mu zdasz.

- Ja też, to dla mnie ostat­nia de­ska ra­tun­ku! - Es­ter sia­da na łóżku na­prze­ciw Bru­na.

Patrzą na sie­bie uśmiech­nięci, każde in­ne­go ro­dza­ju uśmie­chem.

Uśmiech Bru­na jest pełen re­zy­gna­cji, pod­czas gdy na twa­rzy Es­ter ma­lu­je się przede wszyst­kim wdzięczność. Do­brze się przy nim czu­je. W ciągu ostat­nich mie­sięcy stał się dla niej bar­dzo ważny. Gdy­by nie on, nie wie, jak po­zbie­rałaby się po tej ak­cji z Ro­dri­giem.

Co tak na­prawdę czu­je do swo­je­go przy­ja­cie­la? Czy to możliwe, żeby on jej się po­do­bał?

Ta ci­sza, wypełnia­na je­dy­nie przez ich spoj­rze­nia, nie jest między nimi czymś nor­mal­nym. Ich co­dzien­ne kon­tak­ty były zupełnie inne.

- Ko­cha­ni, co zje­cie na pod­wie­czo­rek?

Mama Bru­na po­ja­wia się na­gle, otwie­rając - jak zwy­kle bez pu­ka­nia - drzwi do po­ko­ju.

- Ja nic, dziękuję - od­po­wia­da szyb­ko Es­ter, wstając jed­no­cześnie z łóżka i wygładzając na so­bie ko­szulkę. - Właśnie miałam się zbie­rać.

- Już idziesz? Nie zjesz na­wet kawałka szar­lot­ki? Właśnie upiekłam, wyszła prze­pysz­na - mówi ko­bie­ta za­wie­dzio­nym to­nem.

- Jeśli zo­sta­wi pani dla mnie kawałek, to ju­tro chętnie skosz­tuję.

- A kie­dy zo­sta­niesz u na nas na ko­la­cji? - na­le­ga mat­ka Bru­na.

- Mamo, daj spokój. Je­steś natrętna. Prze­stań na nią na­ci­skać.

- Nie de­ner­wuj się - z uśmie­chem wcho­dzi mu w słowo Es­ter. - Bar­dzo chętnie zjem z wami ko­lację któregoś wie­czo­ra. Obie­cuję.

- Wi­dzisz? Po­wi­nie­neś uczyć się od Es­ter do­brych ma­nier. Je­steś taki nie­okrze­sa­ny, synu.

Uśmie­cha się do dziew­czy­ny na pożegna­nie, a następnie posyła pełne wy­rzu­tu spoj­rze­nie sy­no­wi, który z dez­apro­batą kręci głową.

- Nie bierz poważnie tego, co gada moja mat­ka. Ona już tak ma.

- O czym ty mówisz? Bar­dzo lubię twoją mamę.

- No tak. Bo ty wszyst­kich lu­bisz.

Na ustach Es­ter po­ja­wia się za­rys uśmie­chu. Dziew­czy­na bie­rze swoją teczkę i wy­cho­dzi z po­ko­ju. Bru­no od­pro­wa­dza ją do wyjścia.

- Na­piszę ci później, jak mi poszło z Fran­cu­zem.

- Okej.

"Mam na­dzieję, że będzie brzyd­ki, gbu­ro­wa­ty i jesz­cze niższy ode mnie".

Ale sam w to nie wie­rzy. Znając jego szczęście, gość okaże się ja­kimś fran­cu­skim aman­tem: wy­so­kim, przy­stoj­nym, o nie­bie­skich oczach. Będzie jej szep­tał do ucha czułe słówka w naj­bar­dziej zmysłowym i ro­man­tycz­nym języku świa­ta.

- Do ju­tra, Bru­no.

- To... do ju­tra.

Es­ter na­chy­la się ku nie­mu i całuje go w po­li­czek. Je­den pocałunek. Może trochę za bli­sko kącika ust, ale jed­nak wy­star­czająco da­le­ko, by uniknąć nie­po­ro­zu­mień. Przy­ja­ciel­ski pocałunek. Bar­dzo przy­ja­ciel­ski...

Bru­no lubi czuć na twa­rzy do­tyk jej warg, tym ra­zem cie­plej­szych niż zwy­kle. Jej całusy dają mu chęć do życia, choć jed­no­cześnie spra­wiają ból. Patrząc za schodzącą po scho­dach dziew­czyną, myśli o tym, jak bar­dzo mu się ona po­do­ba, jak bar­dzo ją ko­cha. Cza­sem ma wrażenie, że dłużej już tego nie wy­trzy­ma. I mimo że nie chce znów prze­cho­dzić przez to, co wcześniej, kie­dy sama myśl o niej nie po­zwa­lała mu od­dy­chać, to jed­nak nic nie może po­ra­dzić na skurcz, który czu­je te­raz w ser­cu.

Dla­cze­go nie wol­no mu li­czyć na nic więcej? Dla­cze­go nie mo­gli­by być ra­zem? Ale do­brze zna od­po­wiedź. Nosi ją wy­rytą w ser­cu ni­czym bo­le­sny ta­tuaż. Rze­czy­wi­stość. Okrut­na i sza­ra rze­czy­wi­stość.

Wzdy­cha i wra­ca do swe­go po­ko­ju w prze­ko­na­niu, że nie ma szans na nic więcej niż ta ich wiel­ka i wspa­niała przy­jaźń. A jed­nak Bru­no nie wie jesz­cze, że uczu­cia są rzeczą nie­prze­wi­dy­walną i że kil­ka chwil temu usta Es­ter już, już miały do­tknąć jego warg.

- Kie­dy wyślesz mi swoją fotkę?

Py­ta­nie nie jest dla niej za­sko­cze­niem. Nie pierw­szy już raz ją o to pro­si. Ale María jest ostrożna.

- Mówiłam ci już, że nie mam żad­nej.

- Ja­sne! Myślisz, że w to uwierzę?

- Słowo daję, nie mam żad­nych swo­ich fo­tek na kom­pu­te­rze.

To oczy­wiście kłam­stwo. Mimo że za­wsze ucie­ka przed obiek­ty­wem, to jed­nak ma na lap­to­pie parę swo­ich zdjęć.

- Ty już do­stałaś jedną moją. Te­raz ty po­win­naś mi jakąś przysłać, żeby było spra­wie­dli­wie, nie sądzisz?

- Pa­lo­ma, na­prawdę nie mam żad­nej na lap­to­pie.

- Nie wierzę ci.

- Więc uwierz, bo to praw­da.

- Kłamiesz. Trzy­maj się.

Użyt­kow­nik Pa­lo­ma­La­vi­gne nie jest już podłączo­ny do cza­tu.

Meri pry­cha i też za­my­ka stronę. Ostra jest. Ma dziew­czy­na cha­rak­ter. O ile to rze­czy­wiście dziew­czy­na. Sama nie wie, co myśleć. Ta­kie to już nie­bez­pie­czeństwa cza­tu, na którym "dziew­czy­ny po­szu­kują dziew­czyn".

Les­bij­ski czat... Jak ona tu tra­fiła?

Wcho­dzi na tę stronę od kil­ku ty­go­dni. Na początku robiła to z cie­ka­wości. Po pew­nym cza­sie prze­ro­dziło się to jed­nak w swe­go ro­dza­ju ob­sesję. Ma po­trzebę kon­tak­tu, roz­mo­wy z in­ny­mi dziew­czy­na­mi, które czują tak samo jak ona. Ano­ni­mo­wo i z za­cho­wa­niem bez­piecz­ne­go dy­stan­su, bez ry­zy­ka. Tyle tyl­ko, że do tej pory większość z nich oka­zała się fa­ce­ta­mi. Dla­te­go właśnie za­cho­wu­je taką ostrożność i dba o to, żeby po­da­wać na swój te­mat jak naj­mniej in­for­ma­cji. Nie daje ni­ko­mu swo­je­go nu­me­ru te­le­fo­nu, nie wysyła swo­ich zdjęć, nie go­dzi się na połącze­nia wi­deo ani tym bar­dziej na żadne spo­tka­nia.

Te­raz pod­no­si się z krzesła i prze­cha­dza się po po­ko­ju. Czu­je się sa­mot­na. Tyle zmian zaszło ostat­nio, i to w tak krótkim cza­sie. Nie ma obok sie­bie na­wet Ga­dei, żeby móc z nią po­ga­dać o czym­kol­wiek. Sio­stra w dal­szym ciągu jest u ojca w Bar­ce­lo­nie, gdzie po­je­chała osta­tecz­nie za­miast niej. Gdy­by tyl­ko Meri wie­działa wówczas, że jed­nak zo­sta­nie w Ma­dry­cie, nie odważyłaby się na tam­ten pocałunek. W dal­szym ciągu skry­wałaby swo­je uczu­cie do Es­ter. Te­raz nie można już tego odkręcić. Od tam­te­go wie­czo­ru minęły czte­ry mie­siące. Czte­ry dziw­ne mie­siące.

- To zna­czy, że je­steś les... bijką?

- Tak.

- Je­steś pew­na?

- To nie jest kwe­stia typu: "Którą su­kienkę na sie­bie założyć", Bru­no. To coś, co masz w środ­ku. To­bie po­do­bają się dziew­czy­ny. I mnie też.

- Nie było po to­bie widać.

- No cóż...

Nig­dy nie za­po­mni wy­ra­zu twa­rzy przy­ja­cie­la w trak­cie roz­mo­wy, którą od­by­li na­za­jutrz po wy­da­rze­niach tam­te­go wie­czo­ru w ka­wiar­ni mat­ki Va­le­rii, gdzie Odtrąceni wy­pra­wi­li jej pożegna­nie. To właśnie tam­te­go wie­czo­ru przy­da­rzył jej się ten nieszczęsny pocałunek. To był ostat­ni raz, kie­dy spo­tka­li się wszy­scy w kom­ple­cie. Tam­ten wieczór.

Z każdą ko­lejną od­po­wie­dzią na py­ta­nie przy­ja­cie­la, na jego twa­rzy ma­lo­wało się co­raz większe zdu­mie­nie.

- I od jak daw­na tak masz? To zna­czy... kie­dy się zo­rien­to­wałaś, że po­do­bają ci się dziew­czy­ny?

- Nie wiem dokład­nie. Mniej więcej rok temu.

- Kie­dy po­ja­wiła się Es­ter?

- Hm... chy­ba trochę wcześniej.

Za­pa­da ci­sza. Nie jest im łatwo pa­trzeć so­bie w oczy w cza­sie tej roz­mo­wy. W do­dat­ku obo­je wiedzą, że sy­tu­acja sta­nie się jesz­cze bar­dziej niezręczna, kie­dy dołączy do nich Es­ter.

- Je­steś w niej za­ko­cha­na?

- Tak samo jak ty, Bru­no.

Kar­ty na stół. Te­raz nie ma już między nimi se­kretów. Tych, których nig­dy wcześniej so­bie nie wy­zna­li, mimo że byli prze­cież prak­tycz­nie nie­rozłączni. Tyle tyl­ko, że te re­we­la­cje wca­le nie oczyściły at­mos­fe­ry między nimi. Wręcz prze­ciw­nie - bar­dzo ochłodziły ich re­lację. Ko­chając się w tej sa­mej oso­bie, nie mo­gli uniknąć tego typu kon­se­kwen­cji.

Z Es­ter nie poszło jej le­piej niż z Bru­nem. Meri prze­pro­siła ją, tłumacząc, że tam­ten pocałunek to był tyl­ko nagły im­puls. Przy­ja­ciółka to zro­zu­miała, uznała, że nie ma spra­wy, i sta­rała się, żeby nic się między nimi nie zmie­niło. Oka­zało się to jed­nak nie­możliwe. Kie­dy były ra­zem, María nie po­tra­fiła swo­bod­nie z nią roz­ma­wiać, a i Es­ter nie wie­działa do­brze, jak się za­cho­wać.

Tym spo­so­bem, cho­ciaż przy­jaźń prze­trwała, po­ja­wił się spo­ry dy­stans między Meri i jej dwoj­giem naj­lep­szych przy­jaciół. Pra­wie prze­sta­li ra­zem wy­cho­dzić, a ich kon­tak­ty w szko­le również się roz­luźniły. María zaczęła się izo­lo­wać, za­my­kając się co­raz bar­dziej we własnym świe­cie.

- Proszę, nie mówcie o tym ni­ko­mu.

- Va­le­rii i Raúlowi też nie?

- Nie. Nie chcę tego rozgłaszać.

Es­ter i Bru­no usza­no­wa­li prośbę Meri i nic ni­ko­mu nie po­wie­dzie­li. Jej ro­dzi­ce i sio­stra też nie mają o ni­czym pojęcia. Dziew­czy­na zda­je so­bie sprawę, że prędzej czy później jej se­kret będzie mu­siał uj­rzeć światło dzien­ne. Tym­cza­sem jed­nak musi się na to przy­go­to­wać, bo czu­je, że właściwy mo­ment jesz­cze nie nad­szedł.

ROZ­DZIAŁ 1

- Pocałujesz mnie?

- A gdzie?

- Za­skocz mnie.

Raúl uśmie­cha się, od­gar­nia jej włosy i po­chy­la się nad Va­le­rią, zbliżając war­gi do jej szyi. De­li­kat­nie mu­ska jej skórę, składając upra­gnio­ny pocałunek.

- I jak? - pyta, od­chy­lając się do tyłu, żeby zaj­rzeć jej w oczy.

- W porządku. Nie naj­go­rzej, ale...

- Ale co?

- Bywało le­piej.

- Ach tak?

- Tak.

- Dużo le­piej?

- Hm. Tak... Zde­cy­do­wa­nie tak.

Chłopak marsz­czy brwi i poważnie­je. Wy­zwa­nie. Lubi wy­zwa­nia. Po­now­nie przy­su­wa się do swo­jej dziew­czy­ny, ale tym ra­zem kon­cen­tru­je się na jej ustach. W jego pocałunku siła mie­sza się ze słodyczą. Va­le­rii aż za­pie­ra dech. Za­my­ka oczy i daje się po­nieść. Mi­jają se­kun­dy, mija po­nad mi­nu­ta. Wresz­cie, le­d­wie przy­tom­na, uwal­nia się od chłopa­ka, chci­wie łapiąc po­wie­trze.

- A te­raz? Le­piej?

- Wow.

- To chy­ba zna­czy, że ci się po­do­bało, praw­da?

- Jak­byś zgadł.

- Wej­dzie do pierw­szej dzie­siątki?

- Hm. Do pierw­szej dzie­siątki.

- Se­rio?

- Myślę, że tak.

- No proszę, na­prawdę mu­siało być świet­nie, żebyś to przy­znała.

- O co ci cho­dzi?

- O nic. Po pro­stu nie lu­bisz przy­zna­wać mi ra­cji.

- Nie­praw­da!

- Praw­da, praw­da.

- Na­zy­wasz mnie upar­ciu­chem?

- Obo­je nimi je­steśmy, czyż nie?

Va­le­ria mla­ska z nie­sma­kiem, ale za­raz uśmie­cha się i daje chłopa­ko­wi bu­zia­ka.

- Tym pocałunkiem z pierw­szej dzie­siątki zasłużyłeś so­bie na na­grodę - mówi roz­ba­wio­na i de­li­kat­nie stu­ka go pal­cem w nos. Wsta­je z sofy, na której sie­dzie­li, i kie­ru­je się do kuch­ni. Raúl ob­ser­wu­je ją, za­in­try­go­wa­ny. Co też ona zno­wu wymyśliła?

Ko­cha ją. Co­raz bar­dziej. Na­wet jeżeli... Tak, bar­dzo ją ko­cha.

W ciągu tych po­nad czte­rech mie­sięcy dużo ra­zem przeżyli. Mie­li wzlo­ty i upad­ki, były mo­men­ty eu­fo­rii i kil­ka kry­zysów. Na­wet parę razy mie­li to już zakończyć. Tym­cza­sem jed­nak ich związek wciąż się roz­wi­ja i każdy dzień ozna­cza ko­lej­ny krok naprzód, ko­lej­ne nowe doświad­cze­nie. A jed­nak nie wszyst­ko jest tak, jak mogłoby się wy­da­wać.

- Po co ci ten far­tu­szek? - pyta, zdzi­wio­ny, na wi­dok wra­cającej z kuch­ni Va­le­rii. - I mi­ska?

- Upiekę ci cia­sto.

- Prze­cież ty nie umiesz piec cia­sta.

- Jak to nie? Ha! Zupełnie we mnie nie wie­rzysz.

- Nie to, żebym nie wie­rzył, tyl­ko...

Ale Va­le­ria na­wet nie za­mie­rza go słuchać. Udając obrażoną, wra­ca po­spiesz­nie do kuch­ni, spe­cjal­nie głośno przy tym tupiąc.

Ile razy on już to wi­dział? Bawią go te jej fo­chy, cza­sem praw­dzi­we, cza­sem uda­wa­ne. Kie­dy ru­mie­nią jej się po­licz­ki, znów przy­po­mi­na tamtą nieśmiałą dziew­czynkę, którą po­znał jakiś czas temu, gdy miała czter­naście lat i nie była w sta­nie wy­du­sić z sie­bie słowa, kie­dy ją o coś pytał, a za każdym ra­zem, gdy szu­kał jej wzro­ku, od­wra­cała się zmie­sza­na. Od tam­te­go cza­su spo­ro się zmie­niło. Te­raz to dzięki tej dziew­czy­nie czu­je, że żyje, to z nią dzie­li radości i nie­po­ko­je. Bywa nie­znośna, ale zro­biłby dla niej wszyst­ko. Tyl­ko z nią jedną do tej pory upra­wiał seks i do niej jed­nej wzdy­cha dniem i nocą. Muza, której od tak daw­na po­szu­ki­wał i która po­ja­wiła się wresz­cie jego życiu.

Raúl wsta­je z sofy i dołącza do Va­le­rii w kuch­ni. Dziew­czy­na trzy­ma właśnie w rękach książkę ku­charską.

- Może być cze­ko­la­do­we? - pyta na jego wi­dok. - Moja mama ma tu­taj cze­ko­ladę, którą daje do ciast do ka­wiar­ni.

- Do­bra. Niech będzie.

- Nie, po­wiedz, po­wiedz, ja­kie chcesz cia­sto? Mogę zro­bić ja­kieś inne, jeśli wo­lisz.

- Cze­ko­la­do­we brzmi su­per.

- To świet­nie - stwier­dza zde­cy­do­wa­nym to­nem Va­le­ria. - Zo­bacz­my... Od cze­go po­win­nam zacząć?

Raúl pod­cho­dzi do dziew­czy­ny i wkłada jej do ręki swój Black­Ber­ry.

- To może za­dzwo­nisz do ka­wiar­ni?

- Głupek! - woła Va­le­ria i zwra­ca mu smart­fon. - Mam za­miar zro­bić do­mo­we cia­sto cze­ko­la­do­we. I będzie to... naj­lep­sze cia­sto, ja­kie w życiu jadłeś!

Chłopak wzru­sza ra­mio­na­mi i sia­da na nie­wiel­kim ku­chen­nym bla­cie. Ob­ser­wu­je, jak Va­le­ria wle­wa do mi­ski mle­ko, do­da­je cu­kier, cze­ko­ladę, masło i mie­sza wszyst­ko drew­nianą łyżką. Następnie prze­le­wa za­war­tość mi­ski do garn­ka, który sta­wia na wol­nym ogniu i znów za­czy­na mie­szać.

- Nieźle ci idzie.

- Oczy­wiście. A co myślałeś?

- No do­brze, ale to do­pie­ro początek. Nie bądź taka pew­na sie­bie. Temu cze­muś spo­ro jesz­cze bra­ku­je do cia­sta.

- Pomału. Tu­taj piszą, że to zaj­mie go­dzinę.

- Go­dzinę... o rany!

- Właśnie. Możesz więc so­bie iść i w tym cza­sie zająć się czymś in­nym. Dzi­siaj nie kręci­cie?

- Kręcimy, ale do­pie­ro o siódmej.

- To możesz pójść się przejść, a kie­dy wrócisz, będzie na cie­bie cze­kało naj­pysz­niej­sze cze­ko­la­do­we cia­sto na świe­cie.

- Nie chcesz, żebym ci pomógł?

- Nie - z po­wagą za­pew­nia Va­le­ria. - Po­wie­działam ci już, że sama się tym zajmę. Zo­ba­czysz, wyj­dzie ta­kie, że pal­ce lizać.

- Zo­ba­czy­my...

Raúl uśmie­cha się i ze­ska­ku­je z bla­tu. Obej­mu­je dziew­czynę, ona jed­nak nie prze­sta­je mie­szać gęstniejącej w garn­ku masy. Całuje ją czu­le w usta, ale Va­le­ria na­tych­miast uwal­nia się z jego objęć.

- Idź już so­bie! Jeśli nie wyj­dzie, to będzie two­ja wina!

- Idę już, idę.

Cze­ko­la­do­wy aro­mat za­czy­na wypełniać kuch­nię. Moc­ny, sma­ko­wi­ty za­pach szyb­ko opa­no­wu­je nie­wiel­kie po­miesz­cze­nie. Raúl zaciąga się nim i pogłaskaw­szy dziew­czynę po głowie, wra­ca do sa­lo­nu. Zakłada bluzę i wy­cho­dzi, wcześniej in­for­mując o tym Va­le­rię.

Dzień jest po­chmur­ny, wie­je lek­ki wiatr, a na ro­gach ulic liście for­mują się w nie­wiel­kie kup­ki. Raúl spa­ce­ru­je spo­koj­nym kro­kiem. Po­wo­li. Mija go­dzi­na...

Zamyślony, wyciąga z kie­sze­ni blu­zy swój smart­fon i wcho­dzi na Whats-Appa. Przegląda nowe po­sty do­da­ne w gru­pie osób za­an­gażowa­nych w reżyse­ro­wa­ny przez nie­go film. Wygląda na to, że ak­tor grający główną rolę nie może dziś przyjść. Za­wsze coś jest nie tak. Już w mo­men­cie, gdy się na to de­cy­do­wał, wie­dział, że nie będzie łatwo. Ale te­raz oka­zu­je się, że co­dzien­nie po­ja­wia się jakiś nowy pro­blem! Ale to nic. To prze­cież jego pierw­sze doświad­cze­nie reżyser­skie. Początki nig­dy nie są łatwe. Ważne, że w przyszłości na pew­no mu to pomoże. W tej wy­ma­rzo­nej przyszłości, w której ma zo­stać wiel­kim reżyse­rem fil­mo­wym. Cho­ciaż dzięki temu fil­mo­wi, choć krótko­me­trażowe­mu, zy­skał też już coś in­ne­go.

Sy­gnał komórki oznaj­mia na­dejście SMS-a. Raúl czy­ta z uśmie­chem:

Wy­bacz, że taki ze mnie upar­ciuch. Po głębszym za­sta­no­wie­niu muszę uznać, że pocałunek jed­nak nie łapie się do pierw­szej dzie­siątki.

I za­raz następna wia­do­mość:

Tak, bez wątpie­nia pla­su­je się w pierw­szej piątce.

Jest taka słodka.

Raúl myśli chwilę nad od­po­wie­dzią. Idzie da­lej, trzy­mając Black­Ber­ry w dłoni i czując na twa­rzy po­dmu­chy wia­tru. Zna drogę na pamięć, mimo że w ciągu ostat­nich dwóch mie­sięcy tyl­ko raz szedł tędy ra­zem z nią.

Je­stem pe­wien, że Two­je cia­sto też znaj­dzie się w piątce naj­lep­szych, ja­kie kie­dy­kol­wiek jadłem.

Wysyła. Za­trzy­mu­je się na czer­wo­nym świe­tle i pi­sze da­lej.

A na­wet jeśli nie, to masz przed sobą całe lata na roz­piesz­cza­nie i uwo­dze­nie mnie przy użyciu cu­kru i cze­ko­la­dy, Ko­mi­siu.

Ko­mi­siu. Kie­dyś, gdy roz­ma­wia­li na cza­cie na Tu­en­ti, Raúl po­my­lił się i połączył "kot­ka" z "mi­siem". Od tego cza­su te czułe "Ko­mi­sie" zaczęły co­raz częściej wkra­dać się do ich pi­sem­nych pożegnań.

Za­pa­la się zie­lo­ne światło i Raúl prze­cho­dzi na drugą stronę uli­cy. Do­sta­je ko­lejną wia­do­mość od Va­le­rii. Dziew­czy­na pi­sze mu, jak bar­dzo go ko­cha. Nie mógłby w to wątpić, w końcu oka­zu­je mu uczu­cie na każdym kro­ku.

Dla­te­go też, mimo że Raúl za­wsze po­wta­rza, że "praw­dziwą prawdą" jest nie to, co ktoś mówi, ale to, w co ktoś wie­rzy, to jed­nak boli go, że nie może prze­stać oszu­ki­wać Va­le­rii.

Bo prze­cież na ra­zie na­prawdę nie może.

PRO­LOG

Stojąc przed kom­pu­te­rem, nie od­ry­wa wzro­ku od mo­ni­to­ra. Próbuje wczuć się w rytm mu­zy­ki i śle­dzić jed­no­cześnie ru­chy sióstr Ci­mo­rel­li. Ma­ri­na za­wsze lubiła tańczyć. I śpie­wać. Uwiel­bia to. Za­my­ka oczy, daje się po­nieść mu­zy­ce i, ile tchu w płucach, wyśpie­wu­je re­fren pio­sen­ki Mi­lion Bucks, który zna już na pamięć.

- You and me is more than eno­ugh... 'Cau­se you make me feel like a mi­lion bucks!

Kładzie dłonie na bio­drach i ta­necz­nym kro­kiem prze­miesz­cza się w pra­wo, by zna­leźć się na­prze­ciw wiel­kie­go lu­stra. Za­trzy­mu­je się przed nim i wpa­tru­je się we własne od­bi­cie. Bawi się chwilę swy­mi długi­mi blond włosa­mi. Wdzięczy się, prze­chy­lając głowę to w lewo, to w pra­wo.

- Lu­ste­recz­ko, po­wiedz prze­cie... kto jest naj­większym pasz­te­tem na świe­cie?

Dziew­czy­na ob­ra­ca się na pięcie i pa­trzy na stojącego w pro­gu, nie­wie­le od niej młod­sze­go chłopa­ka z iro­ke­zem. Da­niel na­bi­ja się z niej z pa­skud­nym wy­ra­zem twa­rzy i z pal­cem wy­sta­wio­nym w obraźli­wym geście. Uśmie­cha się iro­nicz­nie, nie­przy­jem­nie.

- Kto ci po­zwo­lił wcho­dzić do mo­je­go po­ko­ju?!

- Nikt. Nie po­trze­buję po­zwo­le­nia.

- A właśnie, że po­trze­bu­jesz!

- Miesz­kam tu i mogę robić, co chcę.

- Nie w moim po­ko­ju.

- To nie jest twój dom.

- Ale pokój jest mój.

- Wiesz, że to nie­praw­da.

Ma­ri­na, wściekła, ru­sza w stronę bez­czel­ne­go in­tru­za. Próbuje za­mknąć drzwi, lecz on unie­możli­wia jej to, wsu­wając w nie stopę.

- Ty idio­to! Wynoś się z mo­je­go po­ko­ju!

- To nie jest twój dom!

- Tak samo mój jak i twój.

- Do­brze wiesz, że to nie­praw­da.

- Właśnie, że praw­da!

- Ale ty je­steś tępa. Po­szu­kaj so­bie in­ne­go domu i in­nych ro­dziców! Przybłędo!

Ma­ri­na tra­ci cier­pli­wość: par­ska, rzu­ca się do przo­du i z całych sił na­pie­ra na drzwi. Chłopak wy­su­wa stopę, za­po­mi­na jed­nak o dłoni, która zo­sta­je przy­trzaśnięta między drzwia­mi a fu­tryną. Ryk bólu jest roz­dzie­rający. Prze­rażona dziew­czy­na na­tych­miast otwie­ra drzwi.

- Co tu się dzie­je?

Car­men, wy­so­ka ciem­nowłosa ko­bie­ta, za­alar­mo­wa­na wrza­skiem i całym tym za­mie­sza­niem, po­ja­wia się, wy­cie­rając ręce w kwie­ci­sty far­tu­szek. Od razu spo­strze­ga opuch­niętą dłoń Da­nie­la, który, zbo­lały, sam nie wie, co z nią zro­bić. Pal­ce mu drżą.

- Prze... prze­pra­szam. Ale on... mi do­ku­czał.

- To boli!

- Czy wy chce­cie mnie wykończyć? - pyta ko­bie­ta, przy­trzy­mując de­li­kat­nie dłoń chłopa­ka. - Co ci się słało? Jak tyś to so­bie zro­bił?

- Przy­trzasnęła mnie drzwia­mi!

- Co ta­kie­go?

- To było... nie­chcący - tłuma­czy się Ma­ri­na, bla­da jak ścia­na.

- Kłamie! Zro­biłaś to spe­cjal­nie.

- Na­prawdę, nie mam już do was siły.

- Ja nic nie zro­biłem! To wina tej przybłędy!

- Nie mów tak o swo­jej sio­strze!

- Dla­cze­go? Prze­cież to ad­op­to­wa­na przybłęda!

Car­men kręci głową. Im star­sze są jej dzie­ci, tym bar­dziej napięte stają się sto­sun­ki między nimi. Nig­dy jed­nak nie przy­pusz­czała, że spra­wy zajdą aż tak da­le­ko. Nie mogą się wza­jem­nie ścier­pieć. Ściśle rzecz biorąc, to Da­niel nie cier­pi Ma­ri­ny. I to już od dłuższe­go cza­su. Ma­ri­na zresztą też nie może znieść Da­niela i ciągłego bra­ku sza­cun­ku z jego stro­ny.

- Trze­ba je­chać do le­ka­rza. Niech to obej­rzy.

- Ani mi się śni je­chać do le­ka­rza.

- Ja­sne, że po­je­dziesz! To za­czy­na wyglądać co­raz go­rzej!

- Boże! Wszyst­ko przez tę skończoną kre­tynkę!

- Da­niel! Dość tego! Na­tych­miast prze­stać obrażać swoją siostrę!

- Po co ty się w ogóle uro­dziłaś?!

- Da­niel!

Ma­ri­na czu­je, że za­raz pęknie jej ser­ce. Nie jest jed­nak w sta­nie za­re­ago­wać. Z za­czer­wie­nio­ny­mi, szkli­sty­mi ocza­mi sia­da bez słowa na łóżku. Krzyżuje ra­mio­na i wbi­ja wzrok w podłogę. Dłużej już tego nie wy­trzy­ma.

Tym­cza­sem wciąż do­cie­rają do niej wy­zwi­ska bra­ta i pro­te­sty usiłującej go uci­szyć mat­ki. Czy to jej wina, że bio­lo­gicz­ni ro­dzi­ce jej nie chcie­li? Nikt jej nie chce; nikt jej nie ko­cha. Czu­je się kom­plet­nie odtrącona. Zro­biła, co mogła, żeby przeżyć. Żeby wszyst­ko było w porządku. Zro­biła wszyst­ko, co tyl­ko się dało. Wszyst­ko. Ale...

- Głupia przybłędo! Zo­bacz, jak przez cie­bie wygląda moja ręka!

- Albo prze­sta­niesz się tak zwra­cać do sio­stry, albo...!

Ma­ri­na, roz­go­ry­czo­na, pod­no­si się z łóżka i rzu­ca się bie­giem w stronę bal­ko­nu. Jest za­mknięty, ale w tym mo­men­cie nie ma to dla niej żad­ne­go zna­cze­nia. W chwi­li zde­rze­nia cien­ka szy­ba, która dzie­liła ją od czy­hającej poza krawędzią bal­ko­nu pust­ki, tłucze się w drob­ny mak. Cała ta sce­na, choć wygląda jak z fil­mu, dzie­je się na­prawdę. Ciało Ma­ri­ny spa­da i ląduje na chod­ni­ku przy uli­cy, przy której dziew­czy­na miesz­ka, a za nim podąża prze­rażone spoj­rze­nie ko­bie­ty, która zde­cy­do­wała kie­dyś, że ta mała blon­dy­necz­ka o zie­lo­nych oczach zo­sta­nie jej córką.

ROZ­DZIAŁ 5

- Do­bra, ko­cha­ni, świet­na ro­bo­ta. Na dzi­siaj faj­rant. Pamiętaj­cie, że kręcimy ju­tro wie­czo­rem. Dam wam jesz­cze znać gdzie i o której.

Jest pra­wie dzie­wiąta. Wie­je te­raz moc­niej, niż kie­dy za­czy­na­li zdjęcia, a w po­wie­trzu czuć nad­chodzącą ulewę.

Cha­rak­te­ry­za­tor­ka May zbie­ra szyb­ko swo­je rze­czy i od­cho­dzi w to­wa­rzy­stwie Ju­lia, ope­ra­to­ra. Żegnają się jako pierw­si. Za­raz po nich zwi­ja się Aníbal, który gra chłopa­ka głównej bo­ha­ter­ki. Raúl i Alba zo­stają sami. Ostat­nio za­wsze zbie­rają się na końcu. On zo­staje dłużej, żeby przej­rzeć swo­je no­tat­ki i zo­ba­czyć, co udało im się zre­ali­zo­wać i co cze­ka ich w następnej ko­lej­ności. A ona lubi po pro­stu, kie­dy Raúl od­pro­wa­dza ją do domu.

- Idzie­my? - pyta Alba, za­rzu­cając na ramię ple­cak.

- Tak, chodźmy.

Po dro­dze dziew­czy­na ście­ra so­bie z twa­rzy ma­ki­jaż przy użyciu chu­s­tecz­ki do dema­ki­jażu, która zo­sta­wiła jej May.

- Mu­si­cie nakładać mi tyle ta­pe­ty? - skarży się.

- Dziew­czy­na umówiła się ze swo­im fa­ce­tem, to nor­mal­ne, że przy­cho­dzi uma­lo­wa­na.

- Ale Va­le­ria mówi, że nie po­do­bają ci się uma­lo­wa­ne dziew­czy­ny. To praw­da?

Raúl przygląda się koleżance z uśmie­chem. Na­prawdę jej o tym po­wie­działa? Cie­ka­we, co jesz­cze jej opo­wia­da. Ale się zdążyły za­kum­plo­wać od tam­te­go piątku w ka­wiar­ni Con­stan­za mie­siąc temu!

- Nie po­do­ba mi się moc­ny ma­ki­jaż. Ale odro­bi­na nie za­szko­dzi.

- I to niby ma być odro­bi­na?

- Wymóg sce­na­riu­sza.

Alba wy­bu­cha śmie­chem, nie prze­stając szo­ro­wać so­bie po­liczków. Idą właśnie wzdłuż uli­cy May­or.

- Ju­tro kręcimy bo­tellón1?

- Tak. Taki jest plan.

- A jak będzie padać?

- Jak będzie padać, to się zo­ba­czy.

- To ważna część fil­mu. Musi wyjść su­per.

- A niby cze­mu miałaby nie wyjść?

- Ja­sne, że wyj­dzie... A masz już sta­tystów?

Chłopak uśmie­cha się pod no­sem, a następnie pa­trzy na Albę.

- Tak... To zna­czy nie. No..., ale mam.

- I wszyst­ko ja­sne...

- No do­bra... Wiem już, kto to będzie, tyl­ko oni jesz­cze o tym nie wiedzą. Mam na­dzieję, że mogę na nich li­czyć.

- Co ta­kie­go? Nie wierzę! Chcesz, żeby to byli...

- Odtrąceni. Owszem.

Tym ra­zem wy­buch śmie­chu Alby, cho­ciaż głośniej­szy, ury­wa się szyb­ciej. Wca­le nie za­mie­rzała się z nich na­bi­jać, po pro­stu ciężko jej wy­obra­zić so­bie Meri czy Bru­na, występujących w fil­mie, a już zwłasz­cza w sce­nie bo­tellónu, choćby tyl­ko w roli statów.

- Faj­nie by było, żeby oni też mie­li swój udział w Su­gu­sie - stwier­dza wesoło - tyl­ko wątpię, żeby ze­chcie­li.

- Dla­cze­go? Prze­cież je­steśmy przy­ja­ciółmi. Poza tym nie muszą na­wet nic mówić. Wy­star­czy, że będą trzy­mać w ręku szklan­ki i uda­wać, że piją.

- Ale może trze­ba ich było wcześniej uprze­dzić?

- Po co? Żeby mie­li czas wymyślić ja­kieś wymówki? - pyta chłopak, wznosząc oczy ku nie­bu. Właśnie spadła na nie­go kro­pla desz­czu.

- Le­piej wziąć ich z za­sko­cze­nia i niech grają z mar­szu. Prze­cież to tyl­ko chwi­la.

- Ja tam nie wiem.

- Nie wi­dzisz tego?

- Jakoś nie.

- Kurczę, tak szcze­rze, to ja właści­wie też nie za bar­dzo. To może im zapłacę?

Nie­bie­skowłosa sze­ro­ko otwie­ra oczy, ale patrząc na Raúla, szyb­ko zda­je so­bie sprawę, że reżyser nie mówi poważnie.

- Jeśli za­mie­rzasz płacić sta­ty­stom, to spo­dzie­wam się, że główni ak­to­rzy, którzy godzą się na wy­mo­gi twe­go sce­na­riu­sza, do­staną kon­trak­ty z praw­dzi­we­go zda­rze­nia.

- Nie mam kasy na kon­trak­ty.

- To cho­ciaż za­proś nas na obiad. A jesz­cze le­piej na ko­lację.

- Jak skończy­my pro­dukcję, to pójdzie­my na obiad wszy­scy ra­zem.

- I ty płacisz.

- Oczy­wiście. Za sie­bie.

- Rany, ale skąpy szef mi się tra­fił!

Uśmie­chają się do sie­bie. Są właśnie przy ryn­ku San Mi­gu­el, kie­dy Raúl czu­je na twa­rzy ko­lejną kroplę desz­czu. A za chwilę jesz­cze jedną na głowie. I następną, większą. Chłopak naciąga na głowę kap­tur blu­zy, chro­niąc się przed przy­bie­rającym na sile desz­czem. Jed­nak Alba nie ma czym się przy­kryć.

- Całkiem prze­mok­niesz. Cze­mu nie wzięłaś pa­ra­sol­ki?

- To nic ta­kie­go. Nie uznaję pa­ra­so­lek.

Dziew­czy­na po­chy­la głowę i przyśpie­sza kro­ku. Raúl, idąc koło niej, też przyspie­sza. Od jej domu dzie­li ich jesz­cze ja­kieś dzie­sięć mi­nut, ale w tej chwi­li leje już jak z ce­bra.

- Jeśli się gdzieś nie scho­wa­my, to do­trzesz do domu jako zmokła kura.

- Nie szko­dzi.

- Właśnie, że szko­dzi. Je­steś gwiazdą mo­je­go fil­mu, po­trze­buję cię całej i zdro­wej, żeby móc da­lej kręcić. Dla­te­go...

- Co?

- Jed­nak spełnię two­je życze­nie. Za­pra­szam cię na ko­lację.

I nie cze­kając na od­po­wiedź, łapie ją za ramię i pociąga za sobą do wnętrza ja­kie­goś baru.

Lo­kal jest ciem­ny, prak­tycz­nie pu­sty i prze­siąknięty za­pa­chem smażenia. Poza ba­rem, przy którym kil­ku klientów dys­ku­tu­je namiętnie o piłce nożnej, w po­miesz­cze­niu są czte­ry usta­wio­ne pod ścianą sto­li­ki. Alba i Raúl sia­dają przy sto­li­ku, stojącym naj­bliżej drzwi.

- Chy­ba już wolę zmoknąć, niż coś tu­taj zjeść.

- No, nie bądź fran­cu­skim pie­skiem - od­pa­ro­wu­je Raúl, sięgając po leżącą na sto­li­ku nie­wielką la­mi­no­waną kartę. - Na pew­no mają tu same pysz­ności.

- Na pew­no.

- Wygląda na do­mową kuch­nię.

- Tego się właśnie oba­wiam.

W tym mo­men­cie roz­brzmie­wa me­lo­dia pio­sen­ki Call me may­be, Car­ly Rae Jep­sen, którą Alba ma usta­wioną jako dzwo­nek w komórce. Dziew­czy­na od­bie­ra na­tych­miast, wsta­je, szep­tem tłuma­czy Raúlowi, że dzwo­ni jej mama, po czym z te­le­fo­nem przy uchu kie­ru­je się w naj­bar­dziej od­ległą część lo­ka­lu.

Raúl przegląda kartę dań, ale kątem oka zer­ka na roz­ma­wiającą przez te­le­fon Albę. Nie wygląda mu to na miłą po­gawędkę. Alba wpraw­dzie nie pod­no­si głosu, ale z jej gestów można wy­czy­tać, że sy­tu­acja jest poważna. Naj­wy­raźniej o coś się kłócą. Tak na­prawdę nie­wie­le wie o jej ro­dzi­nie. Właści­wie można po­wie­dzieć, że na­wet ją samą le­d­wo zna. Wie, że ma szes­naście lat, że cho­dzi do pierw­szej kla­sy li­ceum i właści­wie nie­wie­le więcej. Nie­bie­skowłosa nie ma zwy­cza­ju mówić o so­bie. Pierw­szy i ostat­ni raz otwo­rzyła się trochę tam­te­go dnia, kie­dy ją po­zna­li. Opo­wie­działa im wówczas o zdra­dzie jej byłego chłopa­ka i o tym, jak ją właśnie wte­dy wy­sta­wił. Później już o tym gościu nie słysze­li. Naj­faj­niej­sze jest to, że tak się za­przy­jaźniła z Va­le­rią i w pew­nym sen­sie wypełniła pustkę po Elísa­bet. To właśnie Val uparła się, że Alba po­win­na za­grać główną rolę w jego fil­mie. Dzięki temu, mimo że Raúl i Alba co­dzien­nie po zakończe­niu zdjęć wra­cają ra­zem do domu, jego dziew­czy­nie przez myśl na­wet nie przej­dzie żadna sce­na za­zdrości. A znając ją, nie­trud­no zgadnąć, że gdy­by ob­sa­dził w tej roli inną ak­torkę, zaczęłyby się ja­kieś pro­ble­my. Raúl wie, co Val przeżywa, kie­dy zbliżają się do nie­go inne dziew­czy­ny.

Właśnie dla­te­go nie o wszyst­kim może jej po­wie­dzieć...

Ale ko­cha ją. Co do tego nie ma naj­mniej­szych wątpli­wości.

Siedzę z Albą w ba­rze i cze­ka­my, aż prze­sta­nie padać - pi­sze jej na What­sAp­pie. - Jak dotrę do domu, to po­ga­da­my, Ko­mi­siu.

Va­le­ria nie każe mu długo cze­kać na od­po­wiedź.

Okej. Baw­cie się do­brze. Ucałuj ode mnie Albę. Sam je­steś Ko­mi­siem.

Raúl uśmie­cha się i cho­wa Black­Ber­ry do kie­sze­ni blu­zy. Spogląda w głąb lo­ka­lu. Alba zakończyła już roz­mowę i właśnie wra­ca do sto­li­ka.

- Val prze­syła ci po­zdro­wie­nia - mówi, gdy dziew­czy­na zaj­mu­je swo­je miej­sce.

- Aha.

- Wszyst­ko w porządku? - pyta Raúl. - Jest jakaś nie­wy­raźna.

- Tak, nie przej­muj się. Po pro­stu moja mat­ka jest strasz­nie uciążliwa - od­po­wia­da, zmu­szając się do sze­ro­kie­go uśmie­chu. - Na­wet nie chce mi się o tym gadać.

- Na pew­no?

- Na pew­no - od­po­wia­da Alba sta­now­czo. - Do­brze, po­pa­trz­my, cóż to za pysz­ności tu ser­wują.

Oka­zało się, że je­dze­nie rze­czy­wiście nie było ta­kie złe. Obo­je zamówili po ka­nap­ce z kal­ma­ra­mi, po­pu­lar­nej w tej oko­li­cy, i po bu­tel­ce wody mi­ne­ral­nej. I cho­ciaż chleb nie był już pierw­szej świeżości, a po posiłku obo­je wyglądali, jak­by właśnie wy­mo­czy­li dłonie w oli­wie, to i tak było okej.

- No i jak?

- W su­mie miałeś rację. Całkiem to smacz­ne - od­po­wia­da dziew­czy­na, z tru­dem przeżuwając kęs ka­nap­ki.

- Ach tak? Sma­ku­je ci?

- Nie jest złe. Nie spo­dzie­wałabym się, że mogą tu mieć coś zja­dli­we­go.

Uśmie­chają się do sie­bie.

Tym­cza­sem deszcz z co­raz większą siłą dud­ni o ma­dryc­kie uli­ce. Ale to nie po­trwa długo. Za­le­d­wie kil­ka mi­nut, aku­rat tyle, ile siedząca w ba­rze para po­trze­bu­je na dokończe­nie swo­ich ka­na­pek. Następne­go dnia wyj­dzie piękne słońce i nie spad­nie już ani kro­pla desz­czu. Będzie to jed­nak dzień ob­fi­tujący w sy­tu­acje znacz­nie bar­dziej nie­spo­dzie­wa­ne niż dzi­siej­sza ule­wa.

ROZ­DZIAŁ 3

Wciąż jesz­cze czu­je w ustach smak cze­ko­la­do­we­go cia­sta, które upiekła dla nie­go Va­le­ria. Po raz ko­lej­ny go za­sko­czyła. Co za pysz­ności! Zjadł cia­sto jesz­cze gorące, nie miał cza­su na cze­ka­nie, aż osty­gnie, bo o siódmej mie­li na­gry­wać ko­lejną scenę fil­mu.

Dziś kręcą przy Pu­er­ta del Sol. Kie­dy Raúl do­cie­ra na umówio­ne miej­sce, wszy­scy już cze­kają: główna ak­tor­ka, chłopak grający rolę dru­go­pla­nową, ope­ra­tor ka­me­ry oraz dziew­czy­na od­po­wie­dzial­na za ma­ki­jaż i ko­stiu­my. Film jest ni­sko­budżeto­wy. Właści­wie "bez­budżeto­wy".

Raúl wita się z każdym po ko­lei. Roz­ma­wia z Albą i z Aníba­lem, ak­to­ra­mi, którzy mają wystąpić w dzi­siej­szej sce­nie. Bra­ku­je Sama, który na­pi­sał na Fa­ce­bo­oku, że dziś nie może przyjść, oraz grającej po­stać dru­go­pla­nową Niry, choć ona aku­rat nie jest dziś po­trzeb­na.

Raúl za­mie­nia parę słów z Ju­liem, ope­ra­to­rem, i usta­la kil­ka kwe­stii do­tyczących strojów z cha­rak­te­ry­za­torką May.

Po kwa­dran­sie wszyst­ko jest usta­lo­ne i...

- Go­to­wi? Ka­me­ra... Ak­cja!

Film nosi tytuł Su­gus. To hi­sto­ria dziew­czy­ny i chłopa­ka, którzy po­znają się w skle­pie ze słody­cza­mi, gdy ona po­ty­ka się i upusz­cza na podłogę paczkę cu­kierków Su­gus. On się schy­la, żeby je pod­nieść, i w tym mo­men­cie obo­je zo­stają rażeni strzałą Amo­ra. Ale to wszyst­ko nie jest ta­kie pro­ste. Obo­je mają już bo­wiem part­nerów i przez cały film będą roz­dar­ci pomiędzy wy­bo­rem ścieżki prze­zna­cze­nia, a do­cho­wa­niem wier­ności tym, których po­ko­cha­li wcześniej.

W sce­nie, którą mają dziś na­gry­wać, główna bo­ha­ter­ka spo­ty­ka się ze swo­im chłopa­kiem. Raúl chciał też nakręcić scenę, w której główny bo­ha­ter po­now­nie spo­ty­ka dziew­czynę, kil­ka dni po tym, jak się po­zna­li, ale oka­zało się, że muszą to przełożyć.

- Na­resz­cie! - woła młody ak­tor, wy­so­ki, nie­zgrab­ny chłopak o brązo­wych oczach.

- Prze­pra­szam. Nie zo­rien­to­wałam się, że już tak późno.

- Gdzie byłaś? Mie­liśmy się spo­tkać pół go­dzi­ny temu.

- Za­ga­piłam się.

- Nie mogłem się do cie­bie do­dzwo­nić.

- Prze­pra­szam. Nie za­uważyłam, że kończy mi się ba­te­ria i kie­dy za­dzwo­niłeś, wyłączył mi się te­le­fon.

Sce­na roz­wi­ja się pośród jego wy­rzutów i jej uspra­wie­dli­wień. Dziew­czy­na na­prawdę jest w tym do­bra. Po­tra­fi wie­le prze­ka­zać za po­mocą gestów i spo­so­bu, w jaki mówi. Ma do­pie­ro szes­naście lat, ale już jest świetną ak­torką. Raúl jest z niej na­prawdę za­do­wo­lo­ny. Miał szczęście, że na nią tra­fił. A po­zna­li się naj­zu­pełniej przy­pad­kiem, jakiś mie­siąc temu w ka­wiar­ni Con­stan­za.

- Prze­pra­szam, czy to krzesło jest wol­ne?

Va­le­ria i Raúl od­wra­cają się w kie­run­ku, z którego do­cho­dzi łagod­ny dziewczęcy głos. Jego właści­cielką oka­zu­je się na­sto­lat­ka o krótkiej ufar­bo­wa­nej na nie­bie­sko fry­zu­rze. Ubra­na jest w ładną białą su­kienkę dru­ko­waną w czar­ne nuty, a na twa­rzy ma dys­kret­ny ma­ki­jaż. Nie jest ani szczególnie ładna, ani brzyd­ka. Je­dy­nym, co ją wyróżnia jest ko­lor włosów oraz bar­dzo ja­sne i może trochę smut­ne oczy.

- Pew­nie, możesz je wziąć - od­po­wia­da spon­ta­nicz­nie Raúl.

Dziew­czy­na za­bie­ra krzesło i uśmie­cha się. Tym­cza­sem przy sto­li­ku, do którego się kie­ru­je, zwol­niło się już miej­sce. Sia­da więc na nim, a na przy­nie­sio­nym krześle kładzie to­rebkę, po czym za­czy­na bębnić pal­ca­mi w blat sto­li­ka. Za­ma­wia Coca-Colę li­ght, a następnie jej wzrok za­czy­na wędro­wać od ze­ga­ra ku te­le­fo­no­wi komórko­we­mu i z po­wro­tem. Spędza tak po­nad pół go­dzi­ny.

- Ktoś ją wy­sta­wił - mówi za­smu­co­na Va­le­ria do Raúla.

- Tę z nie­bie­ski­mi włosa­mi?

- Tak. Wygląda na to, że jakiś typ bez­czel­nie ją olał.

- A ty skąd możesz to wie­dzieć?

- To widać na pierw­szy rzut oka. Która dziew­czy­na wy­cho­dzi, ot tak so­bie, sama w piątek wie­czo­rem w ta­kiej su­kien­ce i w bu­tach na ob­ca­sie? W do­dat­ku taka młoda.

- Młoda? Prze­cież ona jest w two­im wie­ku.

- A ja to niby je­stem sta­ra?! Nie mam jesz­cze na­wet szes­na­stu lat!

Czas płynie i ko­lej­ni klien­ci wy­chodzą z Con­stan­zy, ale dziew­czy­na o nie­bie­skich włosach nie ru­sza się z miej­sca. Va­le­ria i Raúl po­sta­na­wiają nie wy­chodzić przed nią. Od cza­su do cza­su przyglądają się jej bacz­nie i zdają so­bie sprawę z jej smut­ku. Zamówiła ko­lejną Coca-Colę li­ght i sie­dzi te­raz wspar­ta na łokciach, z po­licz­kiem opar­tym na pra­wej dłoni.

- Ależ mi jej żal - szep­cze Val, wtu­lając się w ramię swo­je­go chłopa­ka. - Gdy­byś ty mi coś ta­kie­go zro­bił...

- Prze­cież nie wie­my na­wet, czy rze­czy­wiście ktoś ją wy­sta­wił.

- Cze­go ci jesz­cze bra­ku­je dla po­twier­dze­nia?

- Nie wiem, ale...

- Nie prze­sta­je spoglądać na ze­gar i na komórkę. Poza tym ma łzy w oczach. Z da­le­ka widać, że do­stała ko­sza.

- Równie do­brze może być smut­na, bo na przykład z kimś się pokłóciła albo ma ja­ki­kol­wiek inny pro­blem. Może wca­le nie cho­dzi o fa­ce­ta, tyl­ko o kogoś z ro­dzi­ny.

- Ja­sne, że cho­dzi o fa­ce­ta.

Na­gle nie­bie­skowłosa otwie­ra to­rebkę i cze­goś w niej szu­ka. Wzdy­cha. Naj­wy­raźniej tego nie znaj­du­je. Nie­spo­dzie­wa­nie kie­ru­je się w stronę Va­le­rii i Raúla, którzy mogą się te­raz le­piej jej przyj­rzeć. Rze­czy­wiście, ma za­czer­wie­nio­ne i wil­got­ne oczy.

- Ma­cie może... chu­s­teczkę? - Głos jej się łamie i pociąga no­sem.

- Tak, za­cze­kaj chwilę...

Va­le­ria wyciąga z to­reb­ki paczkę chu­s­te­czek i po­da­je jedną dziew­czy­nie, a ta uśmie­cha się nieśmiało i wy­cie­ra so­bie oczy, po czym wy­dmu­chu­je nos.

- Myślałam..., że można to jesz­cze na­pra­wić, ale_ te­raz widzę_ że to nie­możliwe. A prze­cież to on_ mnie zdra­dził.

W tym mo­men­cie Raúl pa­trzy na swoją dziew­czynę, której mina mówi mu: "Wi­dzisz? A nie mówiłam?". No tak, Va­le­ria wie­działa od razu. Od początku nie miała naj­mniej­szych wątpli­wości, że cho­dzi o fa­ce­ta.

- Usiądziesz z nami na chwilę? - przy­ja­ciel­sko pro­po­nu­je Val.

- Nie będę was za­nu­dzać swo­imi pro­ble­ma­mi.

- Nie ma spra­wy, nie za­nu­dzasz nas. Jeśli chcesz się wy­ga­dać... To fakt, że fa­ce­ci są bez­na­dziej­ni.

- Ekhm. Przy­po­mi­nam ci, że ja też je­stem fa­ce­tem - za­zna­cza Raúl. - Tak na wszel­ki wy­pa­dek.

- Nie wszy­scy je­steście iden­tycz­ni, ko­cha­nie. Jed­nak większość z was po­zo­sta­wia wie­le do życze­nia, trze­ba to przy­znać.

Ich sprzecz­ka rozśmie­sza nie­bie­skowłosą, która de­cy­du­je się z nimi usiąść, przy­nosząc so­bie krzesło i swoją szklankę z Colą.

- Nie wiem, czy wszy­scy są tacy sami, ale tak czy in­a­czej mój były to pa­lant. Nie dość, że za­da­wał się z inną, to jesz­cze nie po­ja­wia się, kie­dy ma do­stać ode mnie drugą szansę.

- Fa­ce­ci! Są do bani!

- Fa­ce­ci! - po­wta­rza dziew­czy­na z uśmie­chem i z oczy­ma znów pełnymi łez.

Od pierw­szej chwi­li nie­bie­skowłosa wzbu­dza w Va­le­rii in­stynk­towną sym­pa­tię. Czu­je, że w pe­wien sposób są do sie­bie po­dob­ne. Wygląda na zwy­czajną dziew­czynę, a cza­sem na­wet ru­mie­ni się, kie­dy coś mówi. Nie ma w so­bie nic szczególne­go i na­wet ten cu­dacz­ny ko­lor włosów zda­je się świad­czyć głównie o jej bra­ku pew­ności sie­bie, kom­plek­sach i chęci zwróce­nia jakoś na sie­bie uwa­gi. Smu­tek w oczach su­ge­ru­je, że jej życie nie jest usłane różami.

- Mam na imię Va­le­ria - mówi Val z uśmie­chem. - A to mój chłopak, Raúl.

- Ja je­stem Alba. Miło was po­znać.

To pierw­sze spo­tka­nie pociągnęło za sobą wie­le ko­lej­nych. Wszy­scy tro­je szyb­ko się za­przy­jaźnili, wy­mie­ni­li nu­me­ry te­le­fonów i ad­re­sy na por­ta­lach społecz­nościo­wych. Bru­no, Es­ter i María również po­zna­li i od razu po­lu­bi­li Albę. I cho­ciaż Odtrąceni nie spo­ty­ka­li się już tak często jak kie­dyś, a Alba w ni­czym nie przy­po­mi­nała Elísa­bet, to w pew­nym sen­sie udało jej się zająć miej­sce tam­tej. Zwłasz­cza w sto­sun­ku do Va­le­rii.

Fakt, że dziew­czy­na ma­rzyła o by­ciu ak­torką, do­dat­ko­wo uatrak­cyj­nił zna­jo­mość. Raúl nie za­wa­hał się przed zro­bie­niem jej próby do Su­gu­sa, ona zaś wy­padła tak do­brze, że z miej­sca do­stała główną rolę.

- Alba, możesz tu na chwilę po­dejść?

Alba pod­bie­ga do Raúla. Wygląda na za­do­wo­loną, od razu po niej widać, że uwiel­bia grać i pra­co­wać w ze­spo­le.

- Co jest, sze­fie?

- Nie mów do mnie sze­fie. Je­stem reżyse­rem - od­po­wia­da jej roz­ba­wio­ny.

- Prze­pra­szam, pa­nie reżyse­rze. Za­grałam coś nie tak?

- Nie, nie, wszyst­ko świet­nie. Tyl­ko kie­dy py­tasz: "Ty nig­dy się nig­dzie nie spóźniłeś?", to niech to nie brzmi tak agre­syw­nie. Spróbuj po­wie­dzieć to łagod­niej.

- Do­brze.

- Niech będzie widać, że na­prawdę jest ci przy­kro z po­wo­du spóźnie­nia, ale jed­no­cześnie, że je­steś zmie­sza­na, bo byłaś z in­nym chłopa­kiem, który ci się po­do­ba. Ma być ja­sne, że masz mętlik w głowie.

- Okej. Załatwio­ne.

- Dzięki.

- Coś jesz­cze?

- Nie. A właści­wie tak... Jesz­cze je­den dro­biazg - do­da­je chłopak, kie­dy Alba, odwrócona do nie­go ple­ca­mi, zmie­rza już na swo­je sta­no­wi­sko przed ka­merą. - Kie­dy całujesz Aníbala na prze­pro­si­ny, nie wpy­chaj mu języka do ust. To po­wi­nien być czuły a nie namiętny pocałunek.

Dziew­czy­na chi­cho­cze i pusz­cza do nie­go oko.

Wszy­scy wra­cają na miej­sca, żeby powtórzyć ujęcie. Raúl wy­da­je kil­ka dys­po­zy­cji i ak­to­rzy po­wta­rzają scenę.

Do­sko­na­le. Alba sto­su­je się do wszyst­kich jego in­struk­cji, a w do­dat­ku tym ra­zem jesz­cze le­piej od­gry­wa to, co już po­przed­nio wyszło jej świet­nie. Ma nie­sa­mo­witą zdol­ność chwy­ta­nia w lot wszyst­kich su­ge­stii. Raúl nie mógł tra­fić le­piej.

Tym­cza­sem jed­nak tej nie­bie­skowłosej na­sto­lat­ce o ja­snych oczach przyj­dzie nie­ba­wem ode­grać również inną, nie­prze­wi­dzianą w sce­na­riu­szu scenę.

Wyj­dzie wówczas na jaw, że nie ma fik­cji większej niż samo życie.

ROZ­DZIAŁ 6

Nuci pio­senkę Pa­bla Al­bo­ra­na, którą przed chwilą usłyszała w ra­diu Eu­ro­pa FM. Zda­je się, że prze­stało już padać. Żeby się co do tego upew­nić, Va­le­ria wygląda przez szybę w sa­lo­nie. No proszę, rze­czy­wiście nie pada. Otwie­ra więc okno i wy­sta­wia głowę na zewnątrz, wdy­chając za­pach wil­got­nej uli­cy. Po­wiew chłod­ne­go po­wie­trza ude­rza ją w twarz, ale to wca­le jej nie zniechęca. Uwiel­bia to uczu­cie.

Jest szczęśliwa, mimo że tęskni. Ma ogromną ochotę wysłać Raúlowi ko­lejną wia­do­mość przez What­sAp­pa, ale nie chce mu się na­rzu­cać. Cie­ka­we, czy nadal jest z Albą w ba­rze...

Musi uzbroić się w cier­pli­wość i po­cze­kać, aż to on do niej za­dzwo­ni. Na pew­no niedługo to zro­bi.

Wzdy­cha i z rękami za głową wyciąga się w fo­te­lu. Za każdym ra­zem, kie­dy aku­rat nie spędza cza­su ze swo­im chłopa­kiem, jej ulu­bio­nym zajęciem jest roz­myśla­nie o nim. Są ra­zem już od po­nad czte­rech mie­sięcy. Któż mógł prze­wi­dzieć, że tak to się ułoży? Zwłasz­cza pamiętając o tym, jak trud­no było jej wy­znać mu swo­je uczu­cia. Gdy­by on nie zro­bił pierw­sze­go kro­ku, wszyst­ko po­to­czyłoby się in­a­czej. Kto wie jak...

Światło lam­py razi ją w oczy, przy­my­ka więc po­wie­ki. Wspo­mi­na ich pierw­szy pocałunek. Jego słod­kie war­gi tam­te­go li­sto­pa­da. To było cu­dow­ne... Jak na­gle zisz­czający się sen. Wzru­szo­na, otwie­ra oczy i w tej sa­mej chwi­li roz­ma­rzo­ny uśmiech mo­men­tal­nie odpływa z jej warg. Coś właśnie prze­le­ciało nad jej głową. Coś, co można by porównać do małego ko­lo­ro­we­go szy­bow­ca. Va­le­ria jed­nym su­sem zry­wa się na równe nogi.

- Rany... Wiki, co ty tu ro­bisz?!

Jej papużka południo­wo­ame­ry­kańska po­win­na być prze­cież w klat­ce!

Pta­szek przy­sia­da na te­le­wi­zo­rze. Dziew­czy­na po­wo­li zmie­rza w jego stronę, gdy na­gle uświa­da­mia so­bie, że zo­sta­wiła prze­cież otwar­te okno. Je­den fałszy­wy ruch, a zwierzątko wy­bie­rze wol­ność.

De­cy­du­je się więc na zmianę pla­nu. W pierw­szej ko­lej­ności należy za­mknąć okno, a po­tem, na spo­koj­nie, spróbuje złapać pta­ka.

- Wiki, nie ru­szaj się stamtąd. Siedź, gdzie sie­dzisz.

Ale pta­szek, nic so­bie nie robiąc z po­le­ceń swo­jej pani, prze­miesz­cza się radośnie na okienną ramę, skrzecząc przy tym wy­zy­wająco.

- Wiki, proszę cię, siedź spo­koj­nie.

Krok po kro­ku, dziew­czy­na przy­bliża się do miej­sca, w którym usa­do­wiła się papużka. Musi bar­dzo uważać, żeby jej nie spłoszyć i żeby nie wy­frunęła przez okno. Va­le­ria czu­je w gar­dle rosnącą gulę. Jeśli jej pu­pil­ka uciek­nie za okno, może być bar­dzo trud­no ją później od­na­leźć. Jesz­cze kil­ka metrów. Tym­cza­sem pta­szy­na roz­poście­ra skrzydła i pa­ra­du­je w ten sposób po okien­nej ra­mie. Wygląda na to, że cała ta sy­tu­acja nie­zmier­nie ją bawi, cze­go z pew­nością nie można po­wie­dzieć o ze­stre­so­wa­nej Va­le­rii. Dziew­czy­na nie bar­dzo wie, co robić, choć ma pełną świa­do­mość, że kie­dy rzu­ci się łapać papużkę, musi wy­ka­zać się przy tym wyjątko­wym re­flek­sem.

- Wiki, nie bądź nie­do­bra, co? Proszę cię, na­wet nie myśl o tym, żeby wy­sko­czyć na ulicę - szep­cze błagal­nie. - Chodź tu do mnie. No już.

Jesz­cze nie­cały metr. Pta­szek prze­chy­la łebek na bok i pa­trzy z za­cie­ka­wie­niem. Na brzmie­nie głosu Va­le­rii wy­da­je z sie­bie gwizd, po­rzu­ca okienną ramę i po­dej­mu­je nieśpiesz­ny lot w kie­run­ku ra­mie­nia dziew­czy­ny, która wzdy­cha z ulgą. Całe szczęście! Wszyst­ko wy­da­je się być już pod kon­trolą, jed­nak dokład­nie w mo­men­cie, gdy Va­le­ria chce wziąć papużkę w dłonie, żeby za­nieść ją z po­wro­tem do klat­ki, Wiki roz­poście­ra skrzydła i jak wy­strze­lo­na z pro­cy leci przez okno wprost na ulicę.

- Nie­ee!

Va­le­ria wy­chy­la się przez okno, ale nig­dzie nie wi­dzi Wiki. Wiki prze­padła gdzieś tam, pośród noc­nych ciem­ności. Zde­spe­ro­wa­na dziew­czy­na ukry­wa twarz w dłoniach i wy­bu­cha płaczem. Stra­ciła właśnie nie tyl­ko swo­je­go uko­cha­ne­go ptasz­ka, ale jed­no­cześnie pre­zent po­da­ro­wa­ny jej przez Raúla dla uczcze­nia dwóch mie­sięcy ich związku.

- Ale prze­cież uma­wia­liśmy się, że nie ro­bi­my so­bie pre­zentów. Nie mam pie­niędzy, żeby ci coś kupić!

- Wiem, wiem. I wca­le nie mu­sisz mi nic ku­po­wać. Zresztą pre­zent, który mam dla cie­bie, nie kosz­to­wał mnie ani gro­sza.

- Jak to?

- Za pół go­dzi­ny będę u cie­bie i wszyst­ko ci wyjaśnię.

- Za pół go­dzi­ny?

- Tak, muszę wcześniej jesz­cze po coś pójść.

- Aleś ty ta­jem­ni­czy!

Va­le­ria rozłącza roz­mowę i zamyśla się. Co to może być za pre­zent? Iry­tu­je ją, że nie do­trzy­mał umo­wy i jed­nak kupił jej coś z oka­zji dwóch mie­sięcy by­cia ra­zem. Prze­cież wspólnie po­sta­no­wi­li tego nie robić. Ona wydała wcześniej wszyst­kie za­oszczędzo­ne pie­niądze na gwiazd­ko­we pre­zenty! Jed­nak, mimo wzbu­rze­nia, od środ­ka zżera ją cie­ka­wość.

Kie­dy Raúl po­ja­wił się u niej w domu z za­mkniętym w klat­ce ko­lo­ro­wym ptasz­kiem, jej za­sko­cze­nie było ogrom­ne.

- To papużka południo­wo­ame­ry­kańska. Po­tocz­nie na­zy­wa się je nie­rozłączka­mi.

- Skąd ją wziąłeś?

- Znikąd jej nie brałem, to ona mnie zna­lazła. Szedłem so­bie ulicą, kie­dy sfrunęła mi na głowę.

- Na pew­no ma właści­cie­la.

- Też tak pomyślałem. Dla­te­go przez po­nad go­dzinę pytałem we wszyst­kich oko­licz­nych do­mach, ale nikt nic nie wie­dział. Te ptasz­ki bar­dzo często i łatwo ucie­kają. Ale bez opie­ki nie przeżyją.

Va­le­ria po­chy­la się, żeby po­pa­trzeć na swe­go małego gościa. On tym­cza­sem zwra­ca się do niej przo­dem, prze­su­wa dzióbkiem po kra­tach klat­ki, a następnie wy­da­je z sie­bie słodki trel.

- Kurczę, ale słodziak.

- Chy­ba jej się spodo­bałaś.

Dziew­czy­na się uśmie­cha. Jej też spodo­bała się ta ko­lo­ro­wa pta­szyn­ka.

- Ma ja­kieś imię?

- Nie wiem. Wymyśl jej ja­kieś.

- A to sam­czyk czy sa­micz­ka?

- Pojęcia nie mam.

- Trze­ba będzie po­grze­bać w ne­cie i zo­ba­czyć, jak to się u nich spraw­dza.

- Jeśli chcesz, zajrzę później do Wi­ki­pe­dii.

- Wi­ki­pe­dia. Hm. Wiki... Ład­nie - Va­le­ria po­now­nie przygląda się papużce. Raúl nie­chcący właśnie pomógł wymyślić dla niej imię. - Tak, do tej buźki zde­cy­do­wa­nie pa­su­je imię Wiki.

Va­le­ria ma łzy w oczach, po­sta­na­wia jed­nak nie tra­cić cza­su na la­men­ty. Musi od­na­leźć małego łobu­za, za­nim będzie za późno. Prze­cież nie po­zwo­li, żeby zgu­bił się jej na za­wsze. Po­spiesz­nie opusz­cza miesz­ka­nie. Chcąc za­oszczędzić na cza­sie, wy­bie­ra scho­dy i z pełną prędkością prze­ska­ku­je po dwa stop­nie na­raz.

Kie­dy wy­cho­dzi na ulicę, przej­mu­je ją noc­ny chłód. Nie wzięła ze sobą nic do okry­cia. Rozgląda się do­okoła i prze­cie­ra wil­got­ne od płaczu oczy. Na­gle uświa­da­mia so­bie w pełni, jak trud­ne za­da­nie ją cze­ka. Prze­cież to jak szu­kać igły w sto­gu sia­na. Ale i tak spróbuje. Musi to zro­bić. Pta­szek uciekł dosłownie przed chwilą, a nie jest to jakiś jastrząb czy orzeł, żeby zdołał od­le­cieć da­le­ko.

W lewo czy w pra­wo? Oce­nia, że wiatr wie­je z le­wej stro­ny, więc ru­sza w pra­wo. Prze­cież nie­rozłączki to najmądrzej­sze ptasz­ki na świe­cie. Wiki nie jest głupia, nie będzie pchać się pod wiatr.

Va­le­ria idzie chod­ni­kiem, przy­pa­trując się każdemu mi­ja­ne­mu drze­wu oraz gzym­som naj­niższych bal­konów. Jest jed­nak zbyt ciem­no. Choćby miała Wiki na wyciągnięcie ręki, to i tak nie zdołałaby jej doj­rzeć. Czu­je się zupełnie bez­rad­na i znów za­czy­na płakać. Łzy spływają jej do ust, w cza­sie gdy gwiżdże i nawołuje swoją małą przy­ja­ciółkę.

Po za­le­d­wie pięciu mi­nu­tach po­szu­ki­wań, kil­ka metrów przed sobą wi­dzi jakąś po­stać, która unosząc dłoń do ra­mie­nia, ściąga z nie­go coś, co chwilę wcześniej mu­siało tam usiąść. Nie­możliwe... To chy­ba cud!

Z ufor­mo­wa­nych na kształt ko­szycz­ka dłoni mężczy­zny wy­sta­je ko­lo­ro­wy łebek nie­prze­stającej skrze­czeć papużki. Z walącym ser­cem Va­le­ria bie­gnie w kie­run­ku nie­zna­jo­me­go. Stając przed nim, sta­ra się ukryć łzy, przy czym do­dat­ko­wo jesz­cze się czer­wie­ni.

- Ten ma­luch jest może twój?

Ma wyjątko­wo przy­jemną barwę głosu. Val sza­cu­je, że może nie mieć na­wet dwu­dzie­stu pięciu lat. Jest nie­na­gan­nie ubra­ny, ma na so­bie ko­szulę i ele­gancką, choć nie­for­malną ma­ry­narkę. Nie jest to może jakiś za­pie­rający dech w pier­siach przy­stoj­niak, ale zde­cy­do­wa­nie ma w so­bie "to coś".

- Tak. Uciekła mi.

- To równie nie­grzecz­ne co in­te­li­gent­ne ptasz­ki.

- Mnie to mówisz? Nie mam pojęcia, w jaki sposób zdołała sama otwo­rzyć klatkę.

Mężczy­zna uśmie­cha się, de­mon­strując bie­lu­sieńkie, piękne i równe uzębie­nie. Va­le­ria zwra­ca na nie szczególną uwagę, wspo­mi­nając jed­no­cześnie swój apa­rat or­to­don­tycz­ny. Mogłaby się założyć, że on też kie­dyś nosił coś ta­kie­go.

- Proszę. U cie­bie będzie jej le­piej.

Wiki wra­ca więc do rąk swo­jej pani, która, gdy tyl­ko uda­je jej się za­mknąć ją w dłoniach, łaja ją po ci­chu.

- Ogrom­ne dzięki. Na­prawdę. Nie wiem, jak ci się od­wdzięczę.

- Po­sta­wisz mi kie­dyś kawę, okej? Mo­ment.

Choć używa tego utar­te­go zwro­tu, to naj­wy­raźniej trak­tu­je go jed­nak zupełnie poważnie. Z kie­sze­ni spodni wyj­mu­je skórza­ny port­fel, a z nie­go wyciąga wi­zytówkę. Właśnie ma ją wręczyć Va­le­rii, kie­dy uświa­da­mia so­bie, że dziew­czy­na ma zajęte obie ręce. Rzu­ca więc okiem na jej dżinsy i bez­czel­nie wsu­wa swoją wi­zytówkę do tyl­nej kie­sze­ni jej spodni. Val robi się na­gle czer­wo­na jak bu­rak.

- Ale.

- Mam na imię Mar­cos. Na wi­zytówce jest ad­res mo­je­go Twit­te­ra, nu­mer te­le­fo­nu i in­for­ma­cja o tym, czym się zaj­muję.

- Ja... je­stem Va­le­ria. I nie mam wi­zytówki.

- Nie przej­muj się - od­po­wia­da jej z uśmie­chem, a następnie cmo­ka ją w oba po­licz­ki. - Le­piej wra­caj do domu, za­nim two­ja papużka znów dokądś się wy­bie­rze.

- Tak... naj­le­piej właśnie... tak zro­bię.

- Miło było cię po­znać.

- Wza­jem­nie.

- No i spo­dzie­wam się nie­ba­wem za­pro­sze­nia na kawę.