Nie umiem przyjmować komplementów - Jak powiedzieć "dziękuję" zamiast natychmiast udowadniać, że wcale nie jesteś taki fajny - Max Paradox

Kup ebooka

29.99 zł

-
Proszę czekać

INTRO

Ktoś mówi ci: "Świetnie dziś wyglądasz". Normalny człowiek podobno odpowiada: "Dziękuję". Ty jednak nie należysz w tej chwili do normalnych ludzi. W ciągu pół sekundy uruchamiasz procedurę obronną. "Co ty, włosy mam tragiczne, ta koszula jest stara, a poza tym prawie nie spałem". Osoba, która przed chwilą chciała powiedzieć ci coś miłego, dowiaduje się właśnie, że fatalnie ocenia rzeczywistość. Ty natomiast możesz odetchnąć. Komplement został skutecznie unieszkodliwiony.

Nie było łatwo, ale kryzys zażegnany.

Inna sytuacja. Szef mówi: "Bardzo dobra prezentacja". Zamiast przyjąć informację, zaczynasz składać raport z okoliczności łagodzących. "No wiesz, Paweł mi pomógł z danymi, Kasia zrobiła wykresy, ja właściwie tylko to zebrałem, a slajd trzeci trochę mi nie wyszedł". Po trzydziestu sekundach człowiek, który właśnie pochwalił twoją pracę, zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem rzeczywiście nie przecenił twojego udziału. Jeśli będziesz odpowiednio wytrwały, być może uda ci się nawet przekonać go, że prezentację wykonał przypadkowy przechodzień, a ty jedynie trzymałeś laptopa.

Komplementy bywają zaskakująco niewygodne. Krytyka? Proszę bardzo. Krytykę można analizować godzinami. Jedno lekko uniesione "hmm" podczas spotkania wystarczy, żeby wieczorem odtworzyć całą rozmowę w jakości 4K, z komentarzem reżyserskim i trzema alternatywnymi zakończeniami. Ale pochwała? Tu nagle system nie wie, co robić. "Jesteś świetny w tym, co robisz" trafia do głowy jak przesyłka bez adresata. Mózg obraca ją chwilę w rękach, po czym uznaje: podejrzane.

I właśnie dlatego wiele osób przyjmuje komplement mniej więcej tak, jak kot przyjmuje tabletkę.

Najpierw opór. Potem próba ucieczki. Na końcu wszyscy są zmęczeni.

Problem nie polega zwykle na tym, że nie rozumiesz znaczenia słowa "dziękuję". Prawdopodobnie używasz go codziennie. Ktoś podaje ci kawę - dziękuję. Kurier wręcza paczkę - dziękuję. Człowiek przytrzymuje drzwi - dziękuję. Nikt nie musi organizować trzydniowych warsztatów pod hasłem "Wdzięczność w praktyce". Sytuacja komplikuje się dopiero wtedy, gdy dobre słowo dotyczy bezpośrednio ciebie. Nagle proste "dziękuję" zaczyna brzmieć we własnej głowie jak: "Tak, wiem. Jestem niezwykły. Proszę ustawić się w kolejce po autograf".

Więc się bronisz. Umniejszasz. Żartujesz z siebie. Odbijasz piłeczkę. "Ładnie wyglądasz." - "Ty chyba potrzebujesz okularów." "Dobra robota." - "Przypadkiem wyszło." "Masz świetne mieszkanie." - "Tylko nie patrz na listwy za kanapą." Komplement dostaje około czterech sekund życia, zanim udowodnisz wszystkim obecnym, że pojawił się wskutek błędu pomiarowego.

Czasem robimy to z fałszywie pojętej skromności. Chcemy uniknąć wrażenia, że jesteśmy zarozumiali, więc wybieramy drugi koniec skali i zaczynamy aktywnie przekonywać świat, że właściwie nie ma czego chwalić. Jakby istniały tylko dwie możliwości: albo na komplement odpowiadasz "dzięki", albo wspinasz się na stół i ogłaszasz, że od dziś należy zwracać się do ciebie "Wasza Doskonałość".

Na szczęście istnieje jeszcze środek.

Możesz uważać, że zrobiłeś coś dobrze, i nadal nie być nieznośnym człowiekiem. Możesz wiedzieć, że dobrze wyglądasz, bez zamawiania własnego pomnika. Możesz przyjąć pochwałę za projekt, nawet jeśli ktoś ci pomógł. Możesz usłyszeć "jesteś świetnym rodzicem", "dobrze sobie z tym poradziłeś", "masz talent", "świetnie to powiedziałaś", "ładnie dziś wyglądasz" i nie rozpoczynać natychmiast śledztwa mającego wykazać, że osoba chwaląca została wprowadzona w błąd.

To wydaje się drobiazgiem, ale sposób przyjmowania komplementów potrafi powiedzieć sporo o tym, jak traktujemy samych siebie. Jeśli każdą pozytywną informację musisz natychmiast pomniejszyć, wyjaśnić, podważyć albo obrócić w żart, trudno będzie ci zbudować realistyczny obraz własnych mocnych stron. Krytyczne dane przyjmujesz bez kontroli granicznej. Pozytywne zatrzymujesz na lotnisku i pytasz, czy mają ważną wizę.

Nie chodzi przy tym o przechodzenie na drugą stronę barykady i rozpoczęcie codziennego rytuału przed lustrem: "Rafale, jesteś drapieżnikiem sukcesu, ludzie czują twoją energię, a gospodarka rośnie, kiedy wchodzisz do pokoju". Spokojnie. Nie będziemy budować poczucia własnej wartości metodą reklamy suplementu diety. Chodzi o znacznie mniej spektakularną umiejętność: nauczyć się tolerować fakt, że ktoś może powiedzieć o tobie coś dobrego, a ty nie musisz natychmiast tego unieważniać.

W tej książce zajmiemy się właśnie tym dziwnym odruchem, który każe człowiekowi dostać prezent i natychmiast próbować go zwrócić. Zobaczymy, dlaczego komplement może wywoływać skrępowanie, dlaczego samokrytyka bywa społecznie wygodniejsza niż zwykłe uznanie własnej wartości oraz skąd bierze się przekonanie, że przyjęcie pochwały automatycznie oznacza brak skromności. Przyjrzymy się też temu, co dzieje się w rozmowie, kiedy nieustannie odrzucasz dobre słowa - bo czasem wydaje ci się, że okazujesz pokorę, podczas gdy druga osoba słyszy: "Twoja opinia jest błędna i zaraz ci to szczegółowo wyjaśnię".

Będzie też konkretnie. Nauczysz się reagować na zwykłe komplementy bez robienia z tego ceremonii wręczenia Oscara. Zobaczysz, co powiedzieć, kiedy pochwała naprawdę cię krępuje, jak przyjmować uznanie w pracy, jak nie odbierać sobie zasług tylko dlatego, że inni również mieli udział w sukcesie i jak reagować wtedy, gdy ktoś komplementuje cechę, z którą sam masz trudną relację. Będzie też miejsce na sytuacje bardziej skomplikowane: komplementy przesadzone, niezręczne, dwuznaczne albo takie, które wcale nie brzmią jak prezent.

Bo "świetnie wyglądasz jak na swój wiek" nie jest dokładnie tym samym produktem co "świetnie wyglądasz".

Opakowanie podobne. Skład trochę gorszy.

Nie będziemy próbować zamienić cię w człowieka, który po każdym miłym zdaniu uśmiecha się jak ambasador luksusowej marki zegarków. Nie chodzi o pozowanie do życia. Chodzi o to, żeby twoja pierwsza reakcja na uznanie nie polegała automatycznie na samoponiżeniu. Żebyś potrafił powiedzieć: "Dziękuję, miło mi", i przeżyć kolejne pięć sekund bez dopowiedzenia: "Ale tak naprawdę to nic wielkiego".

Na początku może być dziwnie. Możesz czuć, że jesteś nienaturalny, zarozumiały albo że rozmówca oczekuje jeszcze jakiegoś wyjaśnienia. Nie oczekuje. Najczęściej powiedział coś miłego i chciał, żebyś to usłyszał. To wszystko. Nie trzeba przedstawiać kontrargumentów, świadków ani opinii biegłego.

Masz prawo przyjąć dobrą opinię o sobie bez składania apelacji.

I właśnie tego będziemy się uczyć.

Rozdział 1 - Dlaczego "dziękuję" nagle robi się takie trudne

Koleżanka patrzy na ciebie i mówi: "Naprawdę świetnie ci w tej marynarce". Sytuacja powinna być prosta. Dwa słowa, lekki uśmiech, koniec transmisji. Tymczasem twoja głowa zachowuje się tak, jakby właśnie poproszono cię o ustne wyjaśnienie budżetu państwa bez wcześniejszego przygotowania. "Eee, stara jest. Kupiłem na wyprzedaży. W ogóle trochę za ciasna. Z tyłu chyba źle leży".

Gratulacje. W trzy sekundy udało ci się przeprowadzić pełny audyt marynarki.

To ciekawe, bo komplement sam w sobie nie stawia przed tobą żadnego zadania. Nie musisz go naprawiać, rozwijać ani zasłużyć na niego w czasie rzeczywistym. Ktoś przekazuje ci pozytywną opinię. Tyle. A jednak wiele osób odczuwa wtedy niewygodę, która domaga się natychmiastowego działania. Trzeba coś powiedzieć. Wyjaśnić. Pomniejszyć. Odbić. Cokolwiek, byle nie pozostać przez chwilę z prostym faktem, że ktoś właśnie dobrze cię ocenił.

Dlaczego?

Jednym z powodów jest konflikt pomiędzy tym, co słyszysz, a tym, co sam o sobie myślisz. Jeżeli masz w głowie obraz siebie jako osoby przeciętnej w pracy, a ktoś mówi: "Masz naprawdę talent do prowadzenia zespołu", pojawia się zgrzyt. Informacja nie pasuje do istniejącej dokumentacji. Mózg ma wtedy dwa wyjścia: poprawić trochę własny obraz siebie albo uznać, że rozmówca najwyraźniej nie zna wszystkich faktów.

Drugie rozwiązanie jest często szybsze.

"Gdyby wiedział, jak często improwizuję, nie mówiłby tego."

"Gdyby widziała mnie rano, nie powiedziałaby, że dobrze wyglądam."

"Gdyby wiedzieli, ile razy poprawiałem ten raport, nie chwaliliby mnie za kompetencje."

To trochę tak, jakbyś posiadał tajne archiwum kompromitujących materiałów na własny temat i uważał, że każdy komplement wynika wyłącznie z tego, że pozostali ludzie nie dostali jeszcze dostępu do folderu.

Ty masz dostęp administratora.

Oni widzą tylko wersję publiczną.

Problem polega na tym, że twoja wersja "pełna" niekoniecznie jest bardziej obiektywna. Znasz wszystkie swoje wahania, pomyłki, gorsze dni, nieudane próby, teksty napisane i skasowane, spotkania, podczas których przez dwadzieścia minut udawałeś, że wiesz, dokąd zmierza dyskusja. Innych ludzi oceniasz głównie po rezultatach. Siebie - również po kulisach.

Widzisz kogoś, kto wygłosił świetną prezentację, i myślisz: "Ale jest dobry". Wygłaszasz świetną prezentację i myślisz: "Gdyby widzieli mnie wczoraj o 23:40, jak przesuwałem ten sam wykres o dwa piksele w lewo i zastanawiałem się nad sensem życia, byliby mniej zachwyceni".

Nie byliby.

Najwyżej zapytaliby, dlaczego przesuwałeś go o dwa piksele.

Dochodzi jeszcze kwestia wychowania i norm społecznych. Wielu z nas od małego słyszało, że nie należy się chwalić, zadzierać nosa ani uważać za lepszego. Sama zasada jest rozsądna. Problem zaczyna się wtedy, gdy "nie wywyższaj się" zamienia się w "nigdy nie przyznawaj, że zrobiłeś coś dobrze". Skromność zostaje pomylona z obowiązkiem natychmiastowego umniejszania wszystkiego, co mogłoby wskazywać na jakąkolwiek wartość.

Dostałeś piątkę?

"Test był łatwy."

Awansowałeś?

"Miałem szczęście."

Ktoś chwali twoje mieszkanie?

"Jeszcze trzeba zrobić łazienkę."

Wygrałeś maraton?

"Trasa była właściwie z górki."

Przy odpowiednim zaangażowaniu możesz doprowadzić do sytuacji, w której zdobycie Nagrody Nobla skomentujesz słowami: "No, akurat w tym roku konkurencja chyba była słabsza".

Skromność nie wymaga jednak fałszowania rzeczywistości. Możesz powiedzieć: "Dziękuję, dużo nad tym pracowałem" i nie stajesz się przez to narcyzem. Możesz przyznać, że coś ci wyszło, bez drukowania wizytówek z napisem "człowiek sukcesu". Możesz nawet być z siebie zadowolony. Żadna międzynarodowa komisja do spraw pokory nie odbierze ci certyfikatu przyzwoitego człowieka.

Inny mechanizm jest bardziej subtelny: umniejszanie komplementu daje poczucie bezpieczeństwa. Jeśli sam szybko powiesz o sobie coś negatywnego, inni nie zdążą zrobić tego pierwsi. To rodzaj prewencyjnego ataku na własną reputację.

"Świetne zdjęcie."

"Ta, tylko światło dobre."

W ten sposób zabezpieczasz się przed hipotetycznym scenariuszem, w którym rozmówca miałby nagle odpowiedzieć: "Rzeczywiście, po dokładniejszym przyjrzeniu się odwołuję komplement".

Co, nawiasem mówiąc, dzieje się niezwykle rzadko.

Wyobraź sobie taką rozmowę:

- Świetnie wyglądasz.

- Dziękuję.

- Chwileczkę. Przyjąłeś komplement bez umniejszenia sobie?

- Tak.

- W takim razie wycofuję. Popełniłem błąd.

Raczej nie.

Odruch odrzucania pochwały często działa automatycznie. Nie planujesz go. Nie wstajesz rano z postanowieniem: "Dzisiaj przy pierwszej okazji skutecznie podważę każdą pozytywną opinię na swój temat". Po prostu wypracowałeś odpowiedź, która pojawia się szybciej niż refleksja.

I to jest dobra wiadomość.

Skoro to nawyk, można go zmienić.

Najpierw warto rozpoznać swoje najczęstsze strategie. Zwykle powtarzamy kilka tych samych.

Pierwsza to umniejszenie.

"Świetnie ci poszło."

"E tam, nic takiego."

Druga to przeniesienie całej zasługi.

"Naprawdę dobry projekt."

"To właściwie wszystko Marta."

Nawet jeśli Marta dostarczyła trzy liczby w Excelu i powiedziała: "Zrób z tym coś".

Trzecia to kontratak na siebie.

"Ładnie wyglądasz."

"Tylko dopóki nie zdejmę kurtki."

Czwarta to natychmiastowe oddanie komplementu.

"Masz świetne włosy."

"Ty też!"

Nie ma nic złego w odwzajemnianiu życzliwości, ale jeśli robisz to automatycznie, komplement zaczyna przypominać gorącego ziemniaka. Dostałeś - szybko oddaj, zanim zacznie parzyć.

Piąta strategia to przesłuchanie rozmówcy.

"Naprawdę tak uważasz?"

"Serio?"

"Nie mówisz tego tylko dlatego, że jesteśmy znajomymi?"

Jeśli ktoś jest szczególnie cierpliwy, możesz poprosić jeszcze o pisemne uzasadnienie w trzech egzemplarzach.

Pierwszym praktycznym krokiem nie jest więc nauczenie się idealnej odpowiedzi. Jest nim zauważenie własnego automatu. Przez kilka najbliższych sytuacji nie próbuj niczego naprawiać na siłę. Złap moment, w którym pojawia się potrzeba wyjaśnienia komplementu.

Ktoś mówi coś miłego.

Co pojawia się w głowie jako pierwsze?

"Muszę zaprzeczyć"?

"Przesadza"?

"Nie zna prawdy"?

"Teraz wyjdę na zarozumiałego"?

"Trzeba powiedzieć coś miłego o nim"?

Samo zauważenie tej reakcji daje ci kilka dodatkowych sekund. A kilka sekund to już luksus. Większość katastrof komplementowych wydarza się w pierwszych dwóch.

Następnie zastosuj najprostszą możliwą metodę: nie poprawiaj cudzej pozytywnej opinii o sobie.

Nie musisz jej potwierdzać.

Nie musisz w nią wierzyć.

Nie musisz od razu poczuć głębokiej samoakceptacji.

Masz tylko nie prowadzić natychmiastowej kampanii przeciwko niej.

Jeżeli ktoś mówi: "Świetnie dziś wyglądasz", wystarczy:

"Dziękuję."

Możesz dodać:

"Miło mi."

Albo:

"Dzięki, fajnie to usłyszeć."

Koniec.

Nie musisz uzupełniać:

"...ale światło tutaj robi robotę."

Nie.

Światło poradzi sobie bez rzecznika prasowego.

Jeśli samo "dziękuję" brzmi dla ciebie sztucznie, użyj wersji przejściowej: "Dziękuję, miło że tak mówisz". To dobra odpowiedź, bo nie wymaga od ciebie pełnego przyjęcia oceny. Nie mówisz: "Tak, jestem wybitny". Przyjmujesz po prostu intencję drugiej osoby.

To ważna różnica.

Możesz nie uważać, że wyglądasz wyjątkowo dobrze, a mimo to docenić, że ktoś chciał powiedzieć ci coś miłego. Możesz mieć zastrzeżenia do własnej pracy i jednocześnie przyjąć, że ktoś zauważył jej mocne strony. Komplement nie jest wyrokiem sądu. Nie trzeba ustalać obiektywnej prawdy ponad wszelką wątpliwość.

To informacja od człowieka.

Czasem po prostu ją przyjmij.

Jeśli dziś masz energię mniej więcej na poziomie ziemniaka, twoje zadanie jest jeszcze prostsze: przy następnym komplementcie nie dodawaj zdania zaczynającego się od "ale".

"Świetnie zrobiłeś ten raport."

"Dzięki."

Nie:

"Dzięki, ale..."

Właśnie to "ale" jest często małym przyciskiem kasującym wszystko, co wydarzyło się wcześniej.

"Dziękuję, ale to nic wielkiego."

"Dziękuję, ale miałem szczęście."

"Dziękuję, ale każdy by to zrobił."

Naprawdę każdy?

Sprawdzałeś?

Przeprowadziłeś badanie na reprezentatywnej próbie?

Jeżeli nie, pozostawmy "każdego" w spokoju.

Na tym etapie nie musisz jeszcze kochać komplementów. Wystarczy przestać je natychmiast demolować. Potraktuj "dziękuję" nie jako zgodę na twierdzenie, że jesteś najwspanialszym stworzeniem chodzącym po Ziemi, ale jako zwykłe przyjęcie czyjejś życzliwości.

To pierwszy krok.

I jest podejrzanie krótki.

Rozdział 2 - Skromność to nie konkurs w umniejszaniu sobie

Na firmowym spotkaniu kończysz prowadzić trudny projekt. Wynik jest dobry, klient zadowolony, termin dotrzymany, nikt nie uciekł do lasu. Dyrektor mówi przy kilku osobach: "Świetnie to poprowadziłeś". Odpowiadasz: "To zasługa całego zespołu".

Brzmi dobrze.

I często rzeczywiście jest dobrą odpowiedzią.

Problem zaczyna się chwilę później.

"Ja właściwie niewiele zrobiłem."

Nieprawda.

"Oni wykonali całą pracę."

Też nie.

"Miałem po prostu szczęście."

Oczywiście. Projekt najwyraźniej sam się zarządzał, terminy przypadkiem się zgadzały, konflikty rozwiązały się dzięki korzystnemu ustawieniu planet, a ty byłeś tam tylko dekoracyjnie.

Witamy w przedziwnym miejscu, w którym skromność przestaje być eleganckim uznaniem roli innych ludzi, a zaczyna przypominać fałszowanie protokołu.

Skromność ma dobrą reputację i słusznie. Nikt nie marzy o pracy z człowiekiem, który po wspólnym sukcesie wchodzi do pokoju i mówi: "Tak, zespół też trochę pomógł". Nie chodzi więc o to, żebyś zaczął zagarniać wszystkie zasługi. Chodzi o coś bardziej normalnego: nie oddawaj swoich.

Można dzielić sukces bez znikania z własnej historii.

To zdanie warto zapamiętać, bo wiele osób funkcjonuje według dziwnej zasady: jeśli uznam swój wkład, odbiorę coś innym. Jakby uznanie miało stałą pojemność. Jest jeden tort pochwały i każde "dziękuję, dużo nad tym pracowałem" zabiera komuś kawałek kremu.

Nie zabiera.

Możesz powiedzieć:

"Dzięki. Zespół zrobił świetną robotę i cieszę się, że udało mi się to dobrze poprowadzić."

W jednym zdaniu pomieścili się wszyscy.

Nikt nie został ranny.

Jeszcze trudniej robi się wtedy, gdy komplement dotyczy cechy, którą sam uważasz za coś zwyczajnego. "Masz świetne podejście do ludzi." "No co ty, przecież po prostu z nimi rozmawiam." "Bardzo dobrze tłumaczysz skomplikowane rzeczy." "To nic specjalnego." "Jesteś niesamowicie zorganizowana." "Nie widziałaś mojej szuflady z kablami."

Szuflada z kablami nie jest miarodajnym narzędziem psychometrycznym.

To, co przychodzi ci naturalnie, może być realną umiejętnością. Właśnie dlatego często jej nie zauważasz. Nie widzisz własnej łatwości jako czegoś szczególnego, bo mieszkasz z nią na stałe. Jeśli bez większego wysiłku wyłapujesz błędy, dobrze negocjujesz, uspokajasz napięte sytuacje, gotujesz, organizujesz podróże albo potrafisz rozmawiać z dziećmi tak, że rzeczywiście ci odpowiadają, możesz uznać: "Przecież to normalne".

Nie dla każdego.

Człowiek, który świetnie gotuje, często mówi: "Przecież to tylko makaron". Tymczasem inny człowiek potrafi przypalić wodę niemal wyłącznie siłą charakteru.

Przyjmowanie komplementów wymaga więc nie tylko nauczenia się odpowiedniej odpowiedzi. Trzeba także przestać traktować własne kompetencje jak powietrze: skoro są stale dostępne, najwyraźniej nie mają wartości.

Mają.

Nie wszystko, co przychodzi ci łatwo, jest łatwe dla wszystkich.

Skąd jednak bierze się obawa przed wyjściem na osobę zadufaną? Często z tego, że mylimy uznanie faktu z przechwalaniem się. Tymczasem różnica jest duża.

"Tak, dobrze sobie z tym radzę" to uznanie faktu.

"Nikt nie robi tego tak dobrze jak ja" to już coś innego.

"Dziękuję, jestem zadowolony z efektu" jest normalną odpowiedzią.

"Tak, też uważam, że moje kompetencje są wyjątkowym darem dla tej organizacji" może wymagać odrobiny regulacji.

Nie musisz jednak bać się pierwszego zdania tylko dlatego, że istnieje drugie.

To trochę tak, jakbyś unikał używania soli z obawy, że możesz kiedyś zjeść całą solniczkę.

Granica pomiędzy zdrowym przyjęciem uznania a przechwalaniem się jest dość prosta. Przyjmujesz konkretną pozytywną informację bez potrzeby udowodnienia, że jesteś lepszy od innych. Nie tworzysz rankingu. Nie podnosisz stawki. Nie dokładasz świadectw własnej wielkości.

Ktoś mówi:

"Świetnie poprowadziłaś to spotkanie."

Odpowiadasz:

"Dzięki, zależało mi, żeby było konkretnie."

To nie jest samochwalstwo.

To rozmowa.

Jeśli natomiast odpowiesz:

"Dzięki. Wiesz, od dawna ludzie mówią, że mam wyjątkowy talent przywódczy. Nawet na studiach wszyscy zawsze chcieli być w mojej grupie."

Rozmówca prawdopodobnie zacznie żałować.

Czyli zasada jest prosta: przyjmij, nie rozbudowuj pomnika.

Wiele osób ma również problem z komplementami dotyczącymi wyglądu. Tu mechanizm umniejszania działa szczególnie sprawnie, bo każdy zna swoje odbicie w najbardziej niekorzystnych warunkach. Widziałeś siebie chorego, zmęczonego, z włosami po nocy wyglądającymi jak eksperymentalna instalacja artystyczna. Masz więc materiał dowodowy przeciwko twierdzeniu, że możesz wyglądać dobrze.

Ktoś mówi:

"Ładnie wyglądasz."

Ty odpowiadasz:

"Tylko dzisiaj."

Po co?

Czy rozmówca podpisał właśnie umowę długoterminową?

Nie. Ocenia dzisiejszy stan.

Możesz powiedzieć:

"Dziękuję."

Albo:

"Dzięki, sam lubię tę koszulę."

To drugie bywa szczególnie trudne, bo zawiera niebezpieczną deklarację: "Ja również uważam, że coś jest ze mną w porządku". Dla człowieka długo trenującego samoumniejszanie brzmi to niemal jak publiczne ogłoszenie własnej boskości.

A jednak świat się nie kończy.

Praktycznym ćwiczeniem jest nauczenie się trzech poziomów odpowiedzi.

Poziom pierwszy: czyste przyjęcie.

"Dziękuję."

To najlepsza opcja, gdy nie wiesz, co powiedzieć.

Poziom drugi: przyjęcie z emocją.

"Dzięki, naprawdę mi miło."

"Dziękuję, fajnie to słyszeć."

Poziom trzeci: przyjęcie z krótkim kontekstem.

"Dziękuję, sporo nad tym pracowałem."

"Dzięki, długo szukałam tej sukienki."

"Dziękuję, cieszę się, że to zauważyłeś."

Każda z tych wersji jest bezpieczna. Żadna nie wymaga natychmiastowego oddawania komplementu ani robienia przypisu o wszystkich osobach, okolicznościach i zbiegach losu, które przyczyniły się do sukcesu.

Oczywiście są sytuacje, w których warto podkreślić rolę innych. Jeżeli ktoś chwali projekt zespołowy, naturalne jest powiedzenie: "Dziękuję, wszyscy naprawdę się przyłożyli". Różnica polega na tym, że nie dodajesz: "Ja w zasadzie byłem zbędny".

Można powiedzieć:

"Dziękuję. Mieliśmy naprawdę mocny zespół."

Zamiast:

"To oni, ja nic."

Pierwsze zdanie dzieli uznanie.

Drugie usuwa cię z dokumentacji.

Ciekawą pułapką jest również zasada wzajemności. Ktoś mówi coś miłego, więc natychmiast czujesz, że powinieneś odpowiedzieć tym samym.

- Świetnie dziś wyglądasz.

- Ty też!

Co jest trochę dziwne, jeśli właśnie rozmawiasz z kurierem w kamizelce odblaskowej, który chciał tylko powiedzieć, że masz fajne buty.

Komplement zwrotny jest dobry, jeśli rzeczywiście chcesz go powiedzieć. Nie powinien być opłatą manipulacyjną za przyjęcie własnego.

Nie jesteś winien komplementu za komplement.

To nie handel wymienny.

Jeżeli przyjmowanie pozytywnych słów budzi dyskomfort, zrób mały eksperyment. Przez tydzień odpowiadaj na każdy szczery komplement jednym z trzech zdań:

- "Dziękuję." - "Dziękuję, miło mi." - "Dzięki, fajnie że to zauważyłeś."

I nic więcej.

Nie dopowiadaj.

Nie koryguj.

Nie rób przypisu.

Na początku może pojawić się cisza. Ta cisza będzie wydawała się dłuższa niż w rzeczywistości. Twój mózg może krzyczeć: "Powiedz coś! Wyjaśnij! Dodaj, że buty były przecenione!"

Nie dodawaj.

Rozmowa prawdopodobnie pójdzie dalej.

To ważne doświadczenie, ponieważ pokazuje, że większość napięcia istnieje w tobie, nie w sytuacji. Rozmówca nie oczekuje, że będziesz odpierać zarzuty o bycie atrakcyjnym, kompetentnym albo sympatycznym. Powiedział coś miłego i właśnie pije kawę.

Tylko twój wewnętrzny dział prawny nadal pracuje.

Plan B jest potrzebny wtedy, gdy "dziękuję" naprawdę nie chce przejść przez gardło. W takim przypadku nie zmuszaj się do deklarowania zgody. Odpowiedz na intencję:

"Miło, że tak mówisz."

"Doceniam, że to powiedziałeś."

"Fajnie to usłyszeć."

To wystarczy. Nie musisz jeszcze całkowicie wierzyć w pochwałę. Najpierw naucz się jej nie odrzucać.

Z czasem może pojawić się coś jeszcze: zaczniesz zauważać, że przyjęcie komplementu jest również formą szacunku wobec osoby, która go daje. Ktoś poświęcił chwilę, zauważył coś i zdecydował się powiedzieć to głośno. Kiedy odpowiadasz: "E tam, głupoty", nie tylko umniejszasz sobie. Trochę umniejszasz też jego ocenie.

Wyobraź sobie, że dajesz komuś prezent.

On otwiera pudełko i mówi:

"Nie, nie, to jest za dobre dla mnie. Poza tym kolor mi pewnie nie pasuje. I na pewno przepłaciłeś."

Entuzjazm darczyńcy delikatnie opada.

Komplement jest podobny. Nie musisz robić z niego wielkiego wydarzenia. Wystarczy go nie rzucać z powrotem.

Skromność nie polega na przekonywaniu świata, że jesteś mniej kompetentny, mniej atrakcyjny, mniej interesujący czy mniej wartościowy, niż ludzie rzeczywiście cię widzą. Polega raczej na tym, że nie potrzebujesz budować swojej wartości kosztem innych.

To zupełnie inna rzecz.

Następnym razem, gdy ktoś powie ci coś miłego, nie próbuj być skromniejszy niż rzeczywistość.

Powiedz "dziękuję".

Reszta może mieć wolne.

Rozdział 3 - Dlaczego krytyce wierzysz szybciej niż pochwałom

Masz za sobą całkiem dobry dzień. Spotkanie poszło sprawnie, klient zaakceptował pomysł, współpracownik powiedział, że świetnie poprowadziłeś rozmowę, a jeszcze ktoś inny pochwalił sposób, w jaki rozwiązałeś problem. Wracasz do domu z trzema pozytywnymi informacjami na własny temat.

Potem przypominasz sobie jedno zdanie:

"Tylko następnym razem slajd z kosztami mógłby być trochę czytelniejszy."

No i po dniu.

Trzy pochwały spokojnie stoją sobie w kącie, podczas gdy uwaga o slajdzie przejmuje cały budynek. Analizujesz, czy rzeczywiście był nieczytelny. Jak bardzo? Czy inni też tak pomyśleli? Może tylko nic nie powiedzieli? Może prezentacja wcale nie była dobra? Może klient zaakceptował ją z grzeczności? Może w branży istnieje zamknięta grupa na komunikatorze zatytułowana "Ludzie, którzy robią fatalne slajdy", a właśnie ktoś dodał tam twoje nazwisko.

Mózg potrafi z jednej uwagi zrobić serial.

I oczywiście zamówi drugi sezon.

To nie jest szczególnie sprawiedliwy system oceny rzeczywistości, ale jest bardzo ludzki. Negatywne informacje często przyciągają uwagę silniej niż pozytywne. Dawniej szybkie zauważenie zagrożenia miało oczywisty sens. Ktoś, kto ignorował podejrzany szelest w krzakach, mógł nie mieć później okazji do szczegółowej refleksji nad własnym stylem poznawczym. Współczesny problem polega na tym, że krzaki zostały zastąpione przez maila od szefa, komentarz pod zdjęciem i człowieka, który powiedział: "Ogólnie bardzo dobrze, tylko jedna rzecz...".

I właśnie ta jedna rzecz zostaje.

Dlatego możesz usłyszeć dziesięć razy, że dobrze wyglądasz, a następnie jedną osobę mówiącą: "Jesteś jakiś zmęczony?" i spędzić pół wieczoru przed lustrem, sprawdzając, czy rzeczywiście wyglądasz jak człowiek, który od 2017 roku nie miał urlopu.

Pozytywna informacja często dostaje u ciebie status "miłe, ale pewnie przesadzone".

Negatywna?

"Wreszcie ktoś powiedział prawdę."

To ciekawy standard dowodowy.

Jeżeli ktoś mówi: "Jesteś świetny w tym, co robisz", natychmiast potrzebujesz dokumentacji, trzech przykładów i niezależnej komisji eksperckiej.

Jeżeli ktoś mówi: "Trochę się pogubiłeś w tym wyjaśnieniu", odpowiadasz wewnętrznie:

"Wiedziałem."

Bez dochodzenia.

Bez apelacji.

Wyrok prawomocny.

Właśnie dlatego problem z przyjmowaniem komplementów nie zawsze polega wyłącznie na niezręczności społecznej. Czasem chodzi o nierówne traktowanie informacji. To, co dobre, uznajesz za podejrzane. To, co złe, przyjmujesz jako bardziej wiarygodne tylko dlatego, że boli.

A ból nie jest certyfikatem prawdy.

Możesz mieć poczucie, że krytyczne uwagi są "bardziej szczere", bo wymagają od drugiej osoby większej odwagi. Nie zawsze. Ludzie mówią rzeczy negatywne z wielu powodów: bo rzeczywiście widzą problem, bo mają inny gust, bo są w złym humorze, bo porównują cię do własnych oczekiwań, bo chcą pomóc albo dlatego, że właśnie spędzili czterdzieści minut w korku i świat chwilowo wydaje im się zasadniczo wadliwy.

Tak samo komplement może być szczery albo powierzchowny.

Nie chodzi więc o to, żeby od dziś wierzyć każdemu miłemu zdaniu i ignorować każdą krytykę. Chodzi o stosowanie podobnych zasad wobec obu.

Jeżeli krytykę analizujesz, analizuj również pochwałę.

Jeżeli pochwałę uznajesz za czyjąś opinię, krytykę też traktuj jako opinię, dopóki nie ma powodów, żeby nadać jej większą wagę.

Proste?

W teorii bardzo.

W praktyce twój mózg prowadzi księgowość, w której jedna krytyczna uwaga ma kurs wymiany mniej więcej pięciu komplementów.

Czasem piętnastu.

Ważny jest też sposób, w jaki budujemy obraz siebie. Jeśli przez lata przyzwyczaiłeś się myśleć: "Nie jestem szczególnie dobry w wystąpieniach", każdy słabszy moment staje się potwierdzeniem. Zaciąłeś się raz podczas prezentacji? Dowód. Zapomniałeś słowa? Kolejny dowód. Ktoś ziewnął? Proszę bardzo, sprawa zamknięta.

Kiedy natomiast pięć osób mówi, że prezentacja była świetna, pojawia się cała grupa podejrzanych wyjaśnień:

"Byli mili."

"Nie chcieli mnie stresować."

"Temat był łatwy."

"Po prostu dobrze się przygotowałem."

To ostatnie jest szczególnie piękne.

Dobrze się przygotowałeś, więc sukces się nie liczy.

Według tej logiki dobry wynik liczy się tylko wtedy, gdy został osiągnięty bez przygotowania, przypadkiem, przy wyłączonym świetle i najlepiej jedną ręką.

W rzeczywistości przygotowanie jest częścią kompetencji.

Tak samo wysiłek.

Tak samo doświadczenie.

Jeżeli ktoś mówi ci, że świetnie prowadzisz spotkania, a ty odpowiadasz we własnej głowie: "Tylko dlatego, że wcześniej wszystko planuję", właśnie podałeś argument za tym komplementem, nie przeciwko niemu.

To jak powiedzieć:

"On wcale nie jest dobrym kierowcą. Po prostu patrzy na drogę, przestrzega przepisów i nauczył się dobrze parkować."

No właśnie.

Jest jeszcze jeden mechanizm: krytyka często daje możliwość działania. Jeśli ktoś mówi, że coś zrobiłeś źle, możesz to poprawić. Masz zadanie. A zadania uspokajają, bo dają poczucie kontroli.

Komplement nie daje zadania.

"Świetnie ci poszło."

I co teraz?

Nic.

Masz pozwolić temu zdaniu istnieć.

Dla osoby przyzwyczajonej do poprawiania siebie to wręcz bezczelna propozycja.

Być może dlatego tak szybko dodajesz:

"Tak, ale następnym razem zrobię lepiej."

Nie musisz.

Możesz coś zrobić dobrze i przez chwilę tego nie ulepszać.

Firma się nie zawali.

Cywilizacja przetrwa.

Dobrym ćwiczeniem jest stworzenie sobie tej samej procedury oceny dla pochwały i krytyki.

Kiedy słyszysz ważną opinię na własny temat, zadaj sobie trzy pytania:

- Czy ta osoba ma podstawy, żeby to oceniać? - Czy podobną informację słyszałem wcześniej od innych? - Czy widzę konkretne fakty, które ją potwierdzają?

Załóżmy, że ktoś mówi:

"Świetnie radzisz sobie z trudnymi klientami."

Zamiast natychmiastowego "e tam", sprawdź.

Czy ta osoba widziała cię w takich sytuacjach?

Tak.

Czy ktoś wcześniej mówił coś podobnego?

Tak.

Czy rzeczywiście rozwiązujesz takie sytuacje skutecznie?

Najczęściej tak.

W takim razie istnieją całkiem przyzwoite podstawy, żeby dopuścić możliwość, że komplement nie został wygenerowany przez awarię systemu.

Nie musisz od razu tatuować sobie na ramieniu "Mistrz trudnych klientów".

Wystarczy:

"Możliwe, że rzeczywiście jestem w tym dobry."

Dla niektórych ludzi właśnie to zdanie jest większym wyzwaniem niż wystąpienie przed dwustu osobami.

Spróbuj zrobić podobną rzecz z krytyką.

"Beznadziejnie to wytłumaczyłeś."

Kto mówi?

Czy ma kompetencje, żeby ocenić?

Czy chodzi o jeden przypadek czy powtarzający się problem?

Czy inni reagowali podobnie?

Czy krytyka dotyczy konkretnego zachowania, czy jest po prostu ogólną etykietą?

Nagle okazuje się, że nie każda negatywna opinia zasługuje na marmurową tablicę w twojej głowie.

Niektóre są wartościowym sygnałem.

Niektóre są gustem.

Niektóre są informacją o rozmówcy.

A niektóre są po prostu kiepskim wtorkiem.

Jeśli chcesz nauczyć się przyjmować komplementy, zacznij także archiwizować dobre dane. Nie chodzi o prowadzenie pamiętnika pod tytułem "Dowody mojej niezwykłości, tom pierwszy". Wystarczy zwykła notatka. Kiedy ktoś mówi ci coś konkretnego i wartościowego, zapisz to.

"Dobrze uspokajasz napięte rozmowy."

"Masz talent do pisania."

"Zawsze można na tobie polegać."

"Świetnie tłumaczysz."

"Masz dobre wyczucie stylu."

Po kilku tygodniach możesz zauważyć powtarzające się motywy. Jedna przypadkowa pochwała może niczego nie znaczyć. Dziesięć podobnych opinii od różnych ludzi zaczyna być informacją.

To trochę jak recenzje restauracji.

Jedna osoba pisze: "Najlepsza pizza na świecie".

Może była głodna.

Pięćset osób pisze, że pizza jest świetna?

Być może kucharz coś potrafi.

Jeśli natomiast za każdym razem, kiedy otrzymujesz pozytywną informację, natychmiast ją usuwasz, nigdy nie budujesz pełnego obrazu siebie. Zostają głównie błędy, porażki i rzeczy do poprawienia. Nic dziwnego, że potem komplement brzmi obco. Nie pasuje do bazy danych, bo od lat przechowujesz w niej głównie reklamacje.

Warto więc wprowadzić prostą zasadę: pozytywne informacje również są danymi.

Nie musisz się nimi zachwycać.

Nie musisz każdej uznawać za prawdę absolutną.

Ale przestań automatycznie je kasować.

Jeśli ktoś mówi:

"Jesteś naprawdę dobrym przyjacielem."

Nie odpowiadaj od razu:

"Przecież ostatnio nie odpisałem ci przez dwa dni."

Jedno nie wyklucza drugiego.

Dobry przyjaciel również może nie odpisać.

Dobry pracownik może popełnić błąd.

Atrakcyjna osoba może wyglądać fatalnie po czterech godzinach snu.

Kompetentny człowiek może czegoś nie wiedzieć.

Dobry rodzic może stracić cierpliwość.

To, że istnieje kontrprzykład, nie unieważnia całej pozytywnej cechy.

Właśnie tu wiele osób wpada w pułapkę perfekcjonizmu. Komplement wydaje się prawdziwy tylko wtedy, gdy nie można znaleźć żadnego wyjątku.

"Jesteś cierpliwy."

"Nie zawsze."

Oczywiście, że nie zawsze.

"Dobrze gotujesz."

"Raz spaliłem kurczaka."

Prokuratura przyjęła materiał dowodowy.

Sprawa szefa kuchni zamknięta.

Nie musisz spełniać danej cechy przez sto procent czasu, żeby mogła być prawdziwa.

Ktoś może być punktualny i raz się spóźnić.

Może być zabawny i powiedzieć fatalny żart.

Może być kompetentny i zadać głupie pytanie.

Może dobrze wyglądać i posiadać zdjęcie z dowodu osobistego.

Ludzkość jest pełna sprzeczności.

Na szczęście.

Jeśli więc następny komplement wywoła w tobie automatyczną potrzebę znalezienia dowodu przeciwnego, zatrzymaj się. Nie pytaj: "Czy to jest prawdą zawsze?". Zapytaj: "Czy istnieją rozsądne podstawy, żeby to było prawdą często?".

To znacznie uczciwsze kryterium.

Najmniejsza wersja ćwiczenia jest banalna: przez jeden dzień łap momenty, w których twoja głowa bez dyskusji akceptuje krytykę, ale rozpoczyna proces sądowy wobec pochwały.

Nie musisz jeszcze niczego zmieniać.

Tylko zauważ proporcję.

Być może odkryjesz, że twój wewnętrzny system ocen nie jest sceptyczny.

Jest po prostu jednostronnie podejrzliwy.

A skoro już mamy prowadzić śledztwa, róbmy je przynajmniej uczciwie.

Rozdział 4 - Samokrytyka nie jest dowodem inteligencji

Ktoś mówi:

"Naprawdę świetnie sobie z tym poradziłeś."

Odpowiadasz:

"Bez przesady. W drugiej części totalnie się pogubiłem."

Ktoś mówi:

"Masz talent do pisania."

"E tam. Powinieneś zobaczyć pierwszą wersję."

"Ładnie wyglądasz."

"Poczekaj, aż zobaczysz mnie jutro rano."

Po kilku takich rozmowach można odnieść wrażenie, że prowadzisz całodobowe biuro informacji o własnych wadach.

Czynne również w święta.

Samokrytyka bywa atrakcyjna, bo daje poczucie rozsądku. Człowiek, który zauważa własne niedoskonałości, wydaje się bardziej świadomy niż ten, który uważa, że wszystko robi znakomicie. I rzeczywiście - zdolność do oceny własnych błędów jest ważna. Bez niej trudno się rozwijać, współpracować i nie zostać osobą, która po fatalnej prezentacji mówi: "Publiczność chyba nie była gotowa na mój poziom".

Problem zaczyna się wtedy, gdy samokrytyka przestaje być narzędziem do poprawiania zachowania, a staje się podstawowym językiem opisywania siebie.

Wtedy nie mówisz:

"W tej prezentacji za szybko mówiłem."

Mówisz:

"Jestem fatalny w prezentacjach."

Nie:

"Nie przygotowałem się wystarczająco do rozmowy."

Tylko:

"Ja się do takich rzeczy nie nadaję."

Nie:

"Nie podoba mi się, jak wyglądam w tej koszuli."

Tylko:

"Ja generalnie źle wyglądam."

Jedna rzecz zmienia się w wyrok dotyczący całej osoby.

Mózg uwielbia promocje.

Jedna porażka, a dostajesz pięć negatywnych wniosków gratis.

Przyjmowanie komplementów staje się wtedy trudne, ponieważ pozytywna opinia zderza się nie tylko z chwilowym skrępowaniem, lecz także z utrwalonym sposobem mówienia o sobie. Jeśli przez lata na pytanie "jak ci poszło?" odpowiadasz odruchowo, wymieniając najpierw trzy błędy, trudno nagle powiedzieć: "Dobrze".

Tak po prostu.

Bez gwiazdki.

Bez regulaminu.

Bez zdania drobnym drukiem: "Ocena nie obejmuje błędu popełnionego o 14:37".

Warto więc odróżnić samokrytykę użyteczną od samokrytyki rytualnej.

Użyteczna wygląda tak:

"Za mało przygotowałem dane. Następnym razem sprawdzę je dzień wcześniej."

Jest konkretna. Dotyczy zachowania. Prowadzi do działania.

Rytualna brzmi:

"Jak zwykle wszystko robię na ostatnią chwilę. Jestem beznadziejny."

Nie prowadzi do niczego poza pogorszeniem nastroju i być może ceremonialnym otwarciem lodówki.

Jeszcze raz.

Może tym razem pojawił się sernik.

Samokrytyka jest wartościowa tylko wtedy, kiedy pomaga coś poprawić. Jeśli jedynym jej rezultatem jest to, że czujesz się gorzej, ale zachowujesz się dokładnie tak samo, nie jest szczególnie produktywna.

To po prostu marudzenie w trybie wewnętrznym.

Co gorsza, częste umniejszanie sobie może wyglądać jak pokora, ale czasem zaczyna utrudniać relacje. Wyobraź sobie, że komplementujesz znajomą:

"Świetnie wyglądasz na tych zdjęciach."

Ona odpowiada:

"Nie, jestem gruba."

Mówisz:

"Naprawdę dobrze wyglądasz."

"Nie, fatalnie."

"Serio, bardzo ładnie."

"Ty po prostu jesteś miły."

Po chwili rozmowa przestaje dotyczyć komplementu. Zostajesz zatrudniony w charakterze adwokata, którego zadaniem jest przekonanie drugiej osoby do pozytywnej wersji jej samej.

Proces trwa.

Strona przeciwna jest wyjątkowo zawzięta.

Podobnie dzieje się w pracy.

"Świetnie poradziłaś sobie z tym klientem."

"Nie, wcale nie."

"Naprawdę dobrze."

"Ale na początku się zestresowałam."

"Mimo tego dobrze rozwiązałaś sytuację."

"Mogłam zrobić to lepiej."

Po kilku rundach osoba chwaląca może mieć ochotę powiedzieć:

"Dobra. Cofam. Idę po kawę."

Nie dlatego, że zmieniła zdanie. Dlatego, że komplement zaczął wymagać zaskakująco dużo pracy administracyjnej.

Warto zauważyć, że odrzucanie pochwał bywa też sposobem na wyprzedzenie cudzej krytyki. Jeśli sam powiesz o sobie coś negatywnego, przejmujesz kontrolę.

Ktoś mówi:

"Super przemówienie."

Ty:

"Pierwsze pięć minut było fatalne."

W pewnym sensie komunikujesz: "Spokojnie, widziałem swoje błędy. Nie musisz ich wskazywać".

To może dawać krótkotrwałe poczucie bezpieczeństwa. Pokazujesz, że jesteś świadomy swoich słabości, więc nikt nie może cię nimi zaskoczyć.

Problem w tym, że zaczynasz używać gaśnicy w pomieszczeniu, w którym nic się nie pali.

Ktoś cię chwali.

Nie atakuje.

Nie musisz zabezpieczać pozycji.

Nie musisz dowodzić, że jesteś człowiekiem wystarczająco samokrytycznym, aby zasługiwać na dalsze przebywanie w społeczeństwie.

Możesz po prostu przyjąć informację.

Dobrym sposobem jest wprowadzenie zasady "najpierw odbierz, potem analizuj".

Jeżeli ktoś mówi:

"Świetna prezentacja."

Twoją pierwszą odpowiedzią jest:

"Dziękuję."

Kropka.

Jeżeli rzeczywiście chcesz potem przeanalizować prezentację i znaleźć rzeczy do poprawy, zrób to później.

Nie w tej samej sekundzie.

To bardzo ważne rozdzielenie.

Komplement nie musi natychmiast uruchamiać spotkania działu jakości.

Możesz wieczorem pomyśleć:

"Ogólnie poszło dobrze. Przy trzecim slajdzie mówiłem trochę za szybko. Następnym razem zwolnię."

Zauważ różnicę.

"Ogólnie poszło dobrze" pozostaje prawdą.

"Mogę poprawić trzeci slajd" również.

Te dwa zdania potrafią żyć razem.

Nie musisz wybierać.

To jedna z najważniejszych rzeczy do nauczenia się: uznanie mocnej strony nie odbiera ci możliwości rozwoju.

Czasem ludzie boją się, że jeśli powiedzą sobie "jestem w tym dobry", stracą motywację. Jakby rozwój był możliwy wyłącznie pod warunkiem regularnego obrażania własnych kompetencji.

Nie jest.

Sportowiec może wiedzieć, że jest dobry, i nadal trenować.

Kucharz może wiedzieć, że świetnie gotuje, i nadal się uczyć.

Manager może być zadowolony ze sposobu prowadzenia zespołu i jednocześnie poprawiać komunikację.

Ty możesz dobrze wyglądać i nadal kupić nową fryzurę.

Nie trzeba najpierw uznać się za katastrofę, żeby cokolwiek ulepszyć.

Przydatna jest tu prosta konstrukcja:

"To było dobre, a to mogę poprawić."

Nie:

"To było dobre, ale..."

Słowo "ale" często kasuje pierwszą część.

"Spotkanie poszło dobrze, ale trochę się zaciąłem."

Co zostaje w głowie?

Zacięcie.

Spróbuj:

"Spotkanie poszło dobrze. Trochę się zaciąłem przy odpowiedzi o budżecie i następnym razem przygotuję ten fragment lepiej."

To samo zdarzenie.

Zupełnie inny bilans.

Nie robisz sobie sztucznej reklamy. Nie twierdzisz, że było idealnie. Po prostu nie wyrzucasz dziewięćdziesięciu procent dobrego wyniku dlatego, że pozostałe dziesięć mogło wyglądać lepiej.

Ta metoda przydaje się szczególnie osobom, które po każdej sytuacji rozpoczynają coś w rodzaju wewnętrznego audytu.

Spotkanie zakończone.

Lista błędów:

- powiedziałem "yyy" trzy razy, - pomyliłem nazwisko, - nie odpowiedziałem idealnie, - powinienem był inaczej zakończyć, - mogłem siedzieć bardziej prosto, - dlaczego trzymałem długopis w ten sposób?

Po godzinie analizujesz już ustawienie łokcia.

Tymczasem warto dodać drugą kolumnę:

Co zrobiłem dobrze?

Nie po to, żeby poprawić sobie humor na siłę. Po to, żeby raport zawierał komplet danych.

Jeśli umiesz zauważyć pięć błędów, powinieneś przynajmniej spróbować zauważyć kilka rzeczy, które zadziałały.

Może dobrze odpowiedziałeś na trudne pytanie.

Może utrzymałeś spokój.

Może prezentacja była czytelna.

Może ludzie byli zaangażowani.

Może osiągnąłeś cel spotkania.

To nie jest afirmacja.

To księgowość.

A księgowość, która zapisuje wyłącznie wydatki i ignoruje wszystkie wpływy, również pokaże katastrofę finansową.

Samokrytyka często pojawia się też pod postacią humoru. Ktoś cię chwali, więc odpowiadasz żartem:

"Tak, raz na rok coś mi wychodzi."

"Przypadek. Nie przyzwyczajaj się."

"No widzisz, jednak jestem do czegoś przydatny."

Może być zabawnie.

Raz.

Problem zaczyna się, gdy każdy komplement przerabiasz na żart własnym kosztem. Wtedy humor przestaje być dodatkiem, a staje się systemem ochronnym. Nie musisz przyjmować uznania, ponieważ zanim zrobi się poważnie, zamieniasz wszystko w kabaret.

Spróbuj czasem nie robić żartu.

To może być zaskakująco niekomfortowe.

"Świetną robotę zrobiłeś."

"Dziękuję. Naprawdę się cieszę z efektu."

I nic.

Bez:

"Pierwszy raz od 2009 roku."

Bez:

"Zapisz datę."

Bez:

"Sam jestem w szoku."

Przez chwilę możesz mieć wrażenie, że rozmowa stała się podejrzanie dorosła.

Przetrwasz.

Jeżeli natomiast samokrytyczny humor jest ważną częścią twojego stylu, nie musisz go całkowicie usuwać. Zmień kolejność.

Najpierw przyjmij komplement.

Potem ewentualnie żartuj.

"Świetnie ci poszło."

"Dzięki, naprawdę się przyłożyłem. Sam fakt, że komputer nie zawiesił się pięć minut przed prezentacją, traktuję jako dodatkowe zwycięstwo."

Komplement został przyjęty.

Humor został.

Godność również.

Przydatne jest też ćwiczenie językowe: przez tydzień unikaj po komplementach trzech zwrotów:

"To nic."

"Każdy by to zrobił."

"Miałem szczęście."

Nie dlatego, że są zawsze fałszywe. Czasem rzeczywiście miałeś szczęście. Czasem zadanie było proste. Chodzi o zauważenie, jak często używasz ich automatycznie.

Jeżeli pochwaliłem cię za przygotowanie świetnej kolacji, a ty przez trzy godziny gotowałeś sześć potraw, to "to nic" jest dość kreatywnym opisem sytuacji.

To było coś.

Ziemniaki same się nie obrały.

Możesz powiedzieć:

"Dzięki. Trochę się napracowałem, więc fajnie, że smakowało."

Normalne.

Nie zarozumiałe.

Prawdziwe.

Jeśli masz trudność z uznawaniem własnego wkładu, użyj techniki "co powiedziałbym komuś innemu?". Załóżmy, że zrobiłeś błąd w projekcie, ale całość zakończyła się bardzo dobrze. Co powiedziałbyś współpracownikowi w identycznej sytuacji?

Prawdopodobnie:

"Ogólnie zrobiłeś świetną robotę. Ten jeden błąd można poprawić."

A sobie?

"Ale jestem idiotą."

Interesujące warunki zatrudnienia.

Dla innych jesteś rozsądnym kierownikiem.

Dla siebie prowadzisz obóz dyscyplinarny.

Nie chodzi o to, żeby traktować siebie jak delikatny porcelanowy przedmiot. Chodzi o stosowanie podobnych standardów. Jeśli u innych potrafisz widzieć jednocześnie kompetencje i niedoskonałości, możesz próbować tego samego wobec siebie.

Wersja minimum tego rozdziału jest bardzo prosta.

Gdy dostaniesz komplement i poczujesz potrzebę natychmiastowego wskazania własnej wady, zatrzymaj pierwsze zdanie.

Zamiast:

"Dzięki, ale..."

powiedz:

"Dzięki."

Jeśli naprawdę istnieje coś do poprawy, zajmiesz się tym później.

Nie musisz za każdym razem odbierać nagrody i natychmiast wygłaszać mowy oskarżycielskiej przeciwko laureatowi.

Samokrytyka ma ci pomagać.

Nie zarządzać całym działem komunikacji.

A jeśli ktoś właśnie powiedział ci coś dobrego, czasem naprawdę wystarczy mu uwierzyć na tyle długo, żeby odpowiedzieć:

"Dziękuję."

Reszta analizy może poczekać.

Rozdział 5 - Nie odbijaj komplementu jak piłeczki pingpongowej

Ktoś mówi:

"Masz świetną kurtkę."

Ty odpowiadasz:

"A ty masz super buty!"

I już. Komplement został zwrócony nadawcy, saldo emocjonalne wynosi zero, żadnych zobowiązań, można się rozejść.

Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda bardzo uprzejmie. Ktoś powiedział coś miłego, ty powiedziałeś coś miłego, świat jest trochę lepszym miejscem. Problem pojawia się wtedy, gdy robisz to za każdym razem, automatycznie i zanim w ogóle zdążysz przyjąć to, co usłyszałeś. Wtedy komplement przestaje być czymś, co przyjmujesz, a zaczyna być przedmiotem, którego trzeba się natychmiast pozbyć.

Gorący kartofel w wersji społecznej.

- Świetnie wyglądasz.

- Ty też!

- Dobrze to powiedziałeś.

- Ty zawsze świetnie tłumaczysz!

- Masz genialne poczucie humoru.

- Ty jesteś dużo zabawniejszy!

Jeszcze chwila i oboje będziecie przerzucać się uznaniem do momentu, aż ktoś w końcu przyzna drugiej osobie medal i opuści pomieszczenie.

Odwzajemnianie komplementów samo w sobie nie jest złe. Jest naturalne, sympatyczne i często szczere. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy pełni funkcję ucieczki. Nie potrafisz przez trzy sekundy pozostać osobą, o której właśnie powiedziano coś dobrego, więc przenosisz reflektor na rozmówcę.

"Nie patrzcie na mnie. Proszę skierować uwagę tam. Tam też jest fajny człowiek."

To bywa szczególnie częste u osób, które dobrze czują się w roli wspierającej innych. Łatwo powiedzieć przyjacielowi, że świetnie wygląda. Łatwo pochwalić pracownika za dobry wynik, partnera za obiad czy dziecko za występ. W drugą stronę pojawia się lekki systemowy błąd.

Dawanie jest bezpieczne.

Przyjmowanie wymaga pozostania przez moment w centrum uwagi.

A centrum uwagi dla wielu ludzi przypomina krzesło ustawione pośrodku sceny i oświetlone reflektorem.

"Nie, nie, dziękuję. Postoję przy ścianie."

To samo dzieje się, kiedy natychmiast zmieniasz temat.

"Świetnie wyglądałaś wczoraj na imprezie."

"Dzięki. A widziałaś nowy samochód Tomka?"

Bardzo płynne.

Prawie nie było widać ucieczki.

Taka reakcja może wynikać ze skrępowania, ale często stoi za nią coś jeszcze: poczucie, że przyjęcie czegoś dobrego tworzy dług. Jeżeli ktoś cię chwali, powinieneś się odwdzięczyć. Tak jakby komplement był usługą podlegającą rozliczeniu.

Dostałeś "ładnie wyglądasz"?

Masz siedem dni na przekazanie równoważnego świadczenia.

Nie istnieje taki regulamin.

Kiedy ktoś mówi coś miłego, nie zawierasz umowy. Nie musisz natychmiast wyrównać rachunku. Najlepszą odpowiedzią często jest po prostu przyjęcie życzliwości.

"Dziękuję, miło mi."

I tyle.

Jeśli za minutę zauważysz coś, co naprawdę chcesz pochwalić u drugiej osoby, powiedz to. Ale nie dlatego, że właśnie spłacasz kredyt.

Warto zwrócić uwagę na subtelną różnicę pomiędzy szczerym komplementem zwrotnym a automatycznym odbiciem. Szczerze brzmi:

"Masz świetną koszulę."

"Dzięki, bardzo ją lubię. A swoją drogą, twoja nowa fryzura naprawdę ci pasuje."

Najpierw przyjąłeś. Potem powiedziałeś coś od siebie.

Automatyczne odbicie wygląda tak:

"Masz świetną koszulę."

"Ty też!"

Nawet jeżeli rozmówca ma na sobie bluzę z logo firmy transportowej.

System nie zdążył przeanalizować danych.

Uruchomiła się procedura.

Podobnie działa minimalizowanie komplementu przez przenoszenie uwagi na przedmiot.

"Świetnie wyglądasz w tej sukience."

"Sukienka jest świetna."

Owszem.

Być może.

Ale komplement dotyczył ciebie w sukience.

To mały językowy trik pozwalający przyjąć pozytywną ocenę bez przyjęcia jej do siebie. Sukienka dostaje całe uznanie. Ty pełnisz funkcję mobilnego wieszaka.

"Masz naprawdę piękne mieszkanie."

"Projektantka wszystko wymyśliła."

"Świetnie prowadzisz ten zespół."

"Mam po prostu dobrych ludzi."

"Dobrze wyglądasz."

"To fryzjer."

Jeżeli będziemy konsekwentni, okaże się w końcu, że twoje życie jest serią sukcesów odniesionych przez fryzjera, krawca, współpracowników, pogodę oraz korzystny kurs euro.

Ty przypadkiem występujesz w środku.

Oczywiście inni ludzie mają znaczenie. Warto doceniać ich wkład. Ale zauważ, czy przypadkiem nie używasz ich jako tarczy przed uznaniem własnego.

Możesz powiedzieć:

"Dzięki. Fryzjer naprawdę dobrze trafił z cięciem."

To nadal przyjęcie.

Zamiast:

"To tylko fryzjer."

Słowo "tylko" jest tu często małym buldożerem.

Wjeżdża i wyrównuje teren.

"To tylko dobry aparat."

"To tylko dobrze dobrane światło."

"To tylko zespół."

"To tylko przypadek."

"To tylko sukienka."

Po kilku latach takich odpowiedzi możesz rzeczywiście dojść do wniosku, że nic, co wychodzi ci dobrze, nie ma z tobą większego związku.

Dziwne, że przy porażkach ta teoria nie działa równie sprawnie.

Jeśli przypalisz obiad, rzadko mówisz:

"To tylko patelnia."

Nagle odpowiedzialność wraca do właściciela.

Warto więc wprowadzić prostą zasadę: nie przekazuj całej zasługi automatycznie dalej.

Jeżeli ktoś chwali rezultat, do którego przyczyniło się kilka osób, odpowiedz w sposób, który mieści wszystkich:

"Dzięki. Naprawdę dobrze nam to wyszło."

"Dziękuję. Zespół zrobił kawał dobrej roboty i jestem zadowolony z tego, jak to poprowadziliśmy."

"Dzięki. Dużo osób dołożyło swoją cegiełkę."

Zauważ, że nie musisz wskazywać dokładnego procentowego podziału zasług.

Nie jesteś notariuszem sukcesu.

W relacjach podobnie. Partner mówi:

"Świetnie zorganizowałeś ten wyjazd."

Możesz odpowiedzieć:

"Dzięki, fajnie że ci się podoba."

Nie musisz natychmiast wyciągać informacji:

"No bez przesady, ty znalazłaś hotel."

Możliwe, że znalazła hotel.

Ty zrobiłeś pozostałe piętnaście rzeczy.

Oboje możecie mieć zasługi bez ogłaszania konkursu.

Kolejną formą odbijania jest żart kierowany z powrotem do rozmówcy.

"Ale ty świetnie wyglądasz."

"Ty chyba za długo siedziałeś na słońcu."

Z pozoru lekko. W praktyce zrobiłeś dwie rzeczy: odrzuciłeś komplement i zasugerowałeś, że osoba go wypowiadająca ma zaburzoną ocenę.

Bardzo wydajna odpowiedź.

Dwa problemy w jednym zdaniu.

Sam żart może oczywiście działać, jeśli relacja na to pozwala. Ale jeśli każdy komplement wymaga ośmieszenia jego autora, warto sprawdzić, czy humor nie pełni funkcji zasłony dymnej.

Spróbuj raz odpowiedzieć całkowicie serio.

"Ładnie wyglądasz."

"Dziękuję. Miło mi."

Pierwsze kilka razy może się wydawać, że po pokoju przetoczyła się emocjonalna kula siana.

Cisza.

I co teraz?

Nic.

Druga osoba prawdopodobnie uśmiechnie się albo rozmowa pójdzie dalej.

To właśnie trzeba oswoić: brak potrzeby działania.

Nie musisz niczego zwracać.

Nie musisz niczego dodawać.

Nie musisz zmieniać tematu w tempie prowadzącego teleturniej.

Szczególnie przydatna jest metoda trzech sekund. Kiedy dostajesz komplement, odpowiedz "dziękuję" i daj sobie trzy sekundy, zanim powiesz coś więcej. Nie musi to być teatralna cisza z patrzeniem rozmówcy głęboko w oczy. Po prostu nie uruchamiaj automatycznej dokładki.

"Świetnie ci dziś poszło."

"Dzięki."

Raz.

Dwa.

Trzy.

Jeżeli nadal chcesz dodać:

"Naprawdę sporo nad tym siedziałem i cieszę się, że było to widać."

Świetnie.

Jeżeli chcesz powiedzieć:

"Ale przecież mogłem zrobić to pięć razy lepiej, poza tym Jarek bardzo mi pomógł, a dane były łatwe" - właśnie zobaczyłeś swój automat, zanim przejął sterowanie.

Trzy sekundy potrafią uratować wiele komplementów.

Możesz też sprawdzić, jak reagujesz na komplementy od różnych osób. Czasem z bliskimi jest łatwo, a w pracy trudno. Albo odwrotnie. Być może pochwała od partnera zostaje natychmiast odrzucona jako "bo mnie kocha", ale identyczną opinię od obcej osoby przyjmiesz.

To też ciekawy mechanizm.

"Partner uważa, że dobrze wyglądam? Wiadomo, stronniczy."

"Przypadkowa pani w windzie powiedziała, że mam fajny płaszcz? Oto niezależny audyt."

Bliskość nie unieważnia obserwacji.

Oczywiście ludzie, którzy nas kochają, mogą być bardziej życzliwi. Ale nie oznacza to, że wszystko, co mówią, jest propagandą.

Jeżeli partner piętnasty raz mówi, że pięknie śpiewasz, można przynajmniej rozważyć hipotezę, że nie prowadzi wieloletniej operacji dezinformacyjnej.

Inaczej wygląda sytuacja, gdy komplement jest ewidentnie wymuszony, manipulacyjny albo ma coś "załatwić". Ktoś mówi:

"Ty zawsze tak świetnie ogarniasz Excela... słuchaj, mam małą tabelkę."

Aha.

Komplement z załącznikiem.

Wtedy oczywiście nie musisz traktować go jak czystego wyrazu uznania. Możesz przyjąć miłe słowa i osobno zdecydować, czy chcesz spełnić prośbę.

"Dzięki. A z tabelką dziś niestety nie pomogę."

To ważne: przyjęcie komplementu nie oznacza zgody na dalszy ciąg rozmowy.

Nie kupujesz pakietu premium.

Podobnie w relacjach, w których ktoś używa pochwał jako sposobu na uzyskanie przysługi.

"Nikt nie robi takich deserów jak ty..."

I nagle okazuje się, że w sobotę przychodzi dwanaście osób.

Możesz odpowiedzieć:

"Dzięki. Deseru tym razem nie zrobię."

Komplement pozostał komplementem.

Granica pozostała granicą.

To dobra lekcja, bo część trudności w przyjmowaniu pochwał bierze się właśnie z lęku przed zobowiązaniem. Gdy zauważysz, że możesz przyjąć dobre słowo bez kupowania wszystkiego, co pojawi się po nim, robi się znacznie łatwiej.

Wersja minimum na najbliższy tydzień jest prosta: nie odwzajemniaj komplementu w tym samym zdaniu.

Ktoś mówi:

"Masz świetne poczucie humoru."

Ty:

"Dziękuję, miło mi."

Koniec pierwszej części.

Jeśli potem naprawdę chcesz powiedzieć coś miłego o tej osobie, zrób to później i niezależnie.

Niech jej komplement będzie jej komplementem.

Twój będzie twój.

Nie trzeba prowadzić wymiany barterowej.

Nikt nie sprawdza salda.

A jeśli przez trzy sekundy niczego nie oddasz, urząd skarbowy od komplementów naprawdę się nie odezwie.