Nie ufam ci - Michaela Winglycke

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 7

Piątek, 20 lipca

- Po­pro­szę sto czter­dzie­ści dzie­więć ko­ron.

Far­ma­ceutka za białą ladą wy­glą­dała na za­wsty­dzoną i mó­wiła tak ci­cho, że Jo­se­phine Carl­berg le­d­wie ją sły­szała. Szyb­kimi ru­chami umie­ściła pro­dukt w to­rebce, pil­nu­jąc, aby po­zo­stałe osoby w ko­lejce do kasy go nie zo­ba­czyły.

Jo­se­phine spo­koj­nie wy­jęła port­fel z torby, a po­tem przy­ło­żyła kartę do ter­mi­nala. W prze­ci­wień­stwie do star­szej ko­biety przy ka­sie w ogóle nie przej­mo­wała się swoim za­ku­pem. Być może miało to zwią­zek z tym, że jesz­cze nie znała zbyt wielu osób w no­wym miej­scu za­miesz­ka­nia, dla­tego nie mo­gły za­szko­dzić jej cie­kaw­skie spoj­rze­nia miesz­kań­ców ma­łego mia­steczka.

Ko­bieta na­dal spra­wiała wra­że­nie za­że­no­wa­nej, kiedy Jo­se­phine wpro­wa­dzała czte­ro­cy­frowy kod PIN i za­twier­dzała kwotę.

- Pro­szę bar­dzo. - Wrę­czyła jej wresz­cie pla­sti­kową to­rebkę z lo­giem ap­teki.

Po wyj­ściu Jo­se­phine skrę­ciła w kie­runku sklepu ICA, aby ku­pić obiad przed po­ko­na­niem pie­szo nie­wiel­kiej od­le­gło­ści do no­wego miej­sca za­miesz­ka­nia jej i Wil­liama, przy­tul­nego domku pod sie­lan­ko­wym ad­re­sem B?t­smans­bac­ken, czyli Wzgó­rze Bos­mana.

Wciąż nie mo­gła się na­dzi­wić, że wy­na­jęli dom w tak ni­skiej ce­nie. W Sztok­hol­mie, gdzie do­ra­stała, za ta­kie samo lo­kum za­pła­ci­liby cztery razy wię­cej. Jed­nak Vim­merby nie było Sztok­hol­mem. Być może na­le­żało mieć na uwa­dze, że w sto­licy pła­ciło się rów­nież za bli­skość skle­pów i re­stau­ra­cji, za wiel­ko­miej­ski puls i nie­zli­czone moż­li­wo­ści zna­le­zie­nia pracy. Jo­se­phine na­dal cie­szyła się z ich de­cy­zji o opusz­cze­niu du­żego mia­sta na rzecz baj­ko­wego mia­steczka w Sma­lan­dii. Lu­biła spo­kój i do­ce­niała to, że może w kilka mi­nut do­trzeć w ja­kieś uro­cze miej­sce na spa­cer lub po­bie­gać.

Po otwar­ciu drzwi wej­ścio­wych i zdję­ciu bu­tów szybko roz­pa­ko­wała za­kupy, umiesz­cza­jąc je na od­po­wied­nich miej­scach w lo­dówce, za­mra­żarce lub spi­żarni. Kiedy skoń­czyła, zde­cy­do­wała się ku­pić coś jesz­cze, więc po­now­nie wło­żyła buty, które zo­stały nie­dbale zrzu­cone na wy­cie­raczkę przy wej­ściu.

Wie­działa, że Wil­liam do­ceni kie­li­szek wina do kre­we­tek, które ku­piła. Był pią­tek, a on miał przed sobą wolny week­end. Poza tym w ciągu kilku go­dzin będą mieć co świę­to­wać.

Jo­se­phine nie miała jesz­cze cał­ko­wi­tej pew­no­ści, ale była prze­ko­nana co do tej kwe­stii na tyle, na ile tylko można być, nie ma­jąc kon­kret­nego do­wodu.

Rozdział 8

Piątek, 20 lipca

Wil­liam odło­żył do­ku­menty, któ­rymi zaj­mo­wał się przez ostat­nie pół go­dziny, do se­gre­ga­tora, z któ­rego je wy­jął. Z lek­kim roz­tar­gnie­niem spoj­rzał na ze­ga­rek i zdał so­bie sprawę, że już czas iść do domu. Li­piec, let­nie upały i week­end. Po­czuł dreszcz roz­ko­szy prze­szy­wa­jący ciało, gdy wy­obra­ził so­bie sie­bie i Jo­se­phine je­dzą­cych ko­la­cję na we­ran­dzie, kiedy słońce bę­dzie za­cho­dziło nad da­chami.

Mi­nęło za­le­d­wie dwa i pół mie­siąca od ich prze­pro­wadzki ze Sztok­holmu do jego ro­dzin­nego mia­sta Vim­merby. Ni­gdy nie są­dził, że znowu tu za­mieszka, i nie spo­dzie­wał się, na­wet w naj­śmiel­szych ma­rze­niach, że Jo­se­phine bę­dzie w sta­nie so­bie wy­obra­zić ży­cie tu­taj. Z ja­kie­goś po­wodu jed­nak przez ostat­nie lata oboje zmę­czyli się stre­sem w wiel­kim mie­ście i cią­głą pre­sją zwią­zaną z ro­bie­niem ka­riery. Po­nadto praca Wil­liama wią­zała się z du­żym ry­zy­kiem, dla­tego Jo­se­phine nie­ustan­nie się o niego mar­twiła. Kiedy nie­spo­dzie­wa­nie otrzy­mał pro­po­zy­cję pracy w nie­wiel­kim ko­mi­sa­ria­cie w ro­dzin­nym mie­ście, de­cy­zja za­pa­dła za­ska­ku­jąco szybko. Jo­se­phine do­stała rów­nież pracę w jed­nym z tu­tej­szych ban­ków, ale miała za­cząć do­piero we wrze­śniu.

Wil­liam, mimo że miał do­piero trzy­dzie­ści trzy lata, czuł zmę­cze­nie prze­mocą i zbrod­niami, które nie na­le­żały do rzad­ko­ści w sto­licy. Co prawda tro­chę się mar­twił, że tu może mu się nu­dzić. Jed­no­cze­śnie myśl ta wy­da­wała mu się oso­bliwa, gdyż su­ge­ro­wała, że chciałby, aby lu­dzie po­peł­niali prze­stęp­stwa, bo wów­czas jego praca nie robi się nudna i ma sens. Moż­liwe, że kie­ro­wało nim po­czu­cie winy zwią­zane z tym, że nie bę­dzie już do dys­po­zy­cji tam, gdzie jego wy­siłki były naj­bar­dziej po­trzebne. Za­raz się jed­nak upo­mniał, że małe mia­steczko rów­nież po­trze­buje ochrony, bez­pie­czeń­stwa i wy­miaru spra­wie­dli­wo­ści.

Za­trzy­mał się przed biu­rem ko­le­żanki z pracy, Emi­lii Sund­berg.

- Idę do domu. Pew­nie zo­ba­czymy się w po­nie­dzia­łek.

Emi­lia sie­działa roz­parta przed ekra­nem kom­pu­tera. Spo­glą­da­jąc w górę, za­ło­żyła za ucho ko­smyk krótko ścię­tych blond wło­sów. Orze­chowe oczy wpa­try­wały się w niego prze­ni­kli­wie.

- Pew­nie? - od­po­wie­działa zło­śli­wie. - Czy masz już nas dość tu na wsi i za­mie­rzasz prze­nieść się z po­wro­tem do Sztok­holmu?

Wil­liam ro­ze­śmiał się, wi­dząc jej za­do­wo­lone spoj­rze­nie.

- Do zo­ba­cze­nia w po­nie­dzia­łek - po­wtó­rzył, pod­kre­śla­jąc "do zo­ba­cze­nia". - Od­pocz­nij w week­end.

Ostat­nie słowa miały być przy­ty­kiem, ale peł­nym sym­pa­tii. Od kiedy za­czął pra­co­wać w ko­mi­sa­ria­cie w Vim­merby, zdą­żył usły­szeć od ko­legi Ra­miego Mo­rada o nie­zli­czo­nych rand­kach Emi­lii.

- Ni­czego nie mogę obie­cać! - krzyk­nęła, kiedy wy­cho­dził na duże schody na ze­wnątrz bia­łego bu­dynku.

Na dwo­rze było praw­do­po­dob­nie wciąż bli­sko trzy­dzie­stu stopni, a ściana go­rąca ude­rzyła Wil­liama w taki sam spo­sób jak wtedy, gdy wy­sia­dał z sa­mo­lotu w cie­płych kra­jach. Szybko zbiegł po scho­dach, ale za­śmiał się w du­chu, gdy zdał so­bie sprawę, że po­wrót do domu zaj­mie mu mak­sy­mal­nie kilka mi­nut.

Po pra­wie pię­ciu la­tach spę­dzo­nych ra­zem Wil­liam na­dal co­dzien­nie po pracy chęt­nie wra­cał do domu, do Jo­se­phine. Chciał roz­ma­wiać z nią o róż­nych roz­ter­kach oraz o tym, co się działo w ciągu dnia, i wie­dział, że ona li­czy na to samo.

Do­brze się uzu­peł­niali. Po­ma­gał jej zejść na zie­mię, kiedy po­chła­niały ją my­śli i obawy, które czę­sto nie miały opar­cia w rze­czy­wi­sto­ści, a ona spra­wiła, że za­czął mó­wić o rze­czach, o któ­rych wcze­śniej my­ślał, że nie po­trafi roz­ma­wiać. Te­raz w końcu zna­leźli rów­no­wagę, za­ak­cep­to­wali na­wza­jem wszyst­kie swoje ce­chy, a jed­no­cze­śnie trosz­czyli się wza­jem­nie o swoje po­trzeby.

- Cześć, ko­cha­nie! - za­wo­łała pod­eks­cy­to­wana Jo­se­phine, gdy tylko zo­ba­czyła Wil­liama wcho­dzą­cego do kuchni.

- Cześć! - od­po­wie­dział, śmie­jąc się z niej, i jed­no­cze­śnie nie mógł się na­dzi­wić, po­dob­nie jak wiele razy wcze­śniej, że pra­wie trzy­dzie­sto­let­nia ko­bieta może wy­glą­dać jak dziecko w Wi­gi­lię.

Uśmiech­nęła się do niego. Cie­pły, szczery uśmiech, który po­ko­chał, od­kąd zo­ba­czył ją po raz pierw­szy. Spo­tkali się w Bar­ce­lo­nie wiele lat wcze­śniej. Była stu­dentką na wy­mia­nie, pod­czas gdy on sam prze­by­wał tam na wa­ka­cjach z paczką przy­ja­ciół. Po ma­gicz­nym week­en­dzie, który spę­dzili ra­zem, ich drogi się ro­ze­szły i do­piero kilka lat póź­niej spo­tkali się po­now­nie.

- Je­dze­nie nie jest jesz­cze go­towe - po­wie­działa.

Wil­liam zdą­żył już zo­ba­czyć sto­jący na pa­tio, ład­nie na­kryty stół.

Na ku­chen­nym bla­cie stały fo­remki z ło­so­siem i pu­rée ziem­nia­cza­nym, które miały tra­fić do pie­kar­nika. Obok nich znaj­do­wały się też mi­ski z kre­wet­kami i różne sosy oraz ku­pione dziś przez Jo­se­phine wino.

- Szy­kuje się coś eks­tra - po­wie­dział z uzna­niem Wil­liam.

Lu­bili z Jo­se­phine kli­ma­tyczne wie­czory i po­tra­fili spra­wić, że każdy z nich był nieco wy­jąt­kowy. Przede wszyst­kim mieli zwy­czaj ro­bić wszystko ra­zem. Je­dli ko­la­cję, oglą­dali te­le­wi­zję albo ja­kiś se­rial, czę­sto szli na spa­cer i za­sy­piali ra­zem. Trzeba było jed­nak przy­znać, że tak wy­kwintny po­si­łek na­le­żał do rzad­ko­ści.

- Czy mamy coś do uczcze­nia? - za­py­tał, pa­trząc na nią czule. - Nie wiem, czy na to wszystko za­słu­guję - do­dał, pusz­cza­jąc oko.

Jo­se­phine na­gle wpa­dła w za­kło­po­ta­nie. Pe­łen szczę­ścia uśmiech, który zo­ba­czył, kiedy wró­cił do domu, znik­nął. Na jej twa­rzy ma­lo­wała się tro­ska, czoło prze­cięły zmarszczki.

To chyba nie mo­gło być nic złego?

Rozdział 1

Czwartek, 19 lipca

- Nie są­dzisz, że de­cy­zja o przyj­ściu tu aku­rat dziś była nieco po­chopna?

He­lena Gren rzu­ciła mę­żowi po­iry­to­wane spoj­rze­nie. Nie wie­działa, co naj­bar­dziej ją w nim drażni. Czy to, że le­dwo ro­zu­mie, co on do niej mam­ro­cze, czy to, że głos Ste­fana ni­gdy nie od­da­wał za­rzutu za­war­tego w jego sło­wach. A naj­wy­raź­niej za tą wy­gła­dzoną fa­sadą kryła się pewna na­gana. Nie­wy­po­wie­dziane upo­mnie­nie, które nie mo­gło się prze­ro­dzić w otwartą dys­ku­sję. Nie pierw­szy raz He­lena pra­gnęła, aby Ste­fan się na nią wku­rzył, wy­krzy­czał wprost, co mu się nie po­doba, za­miast ukry­wać nie­za­do­wo­le­nie pod płasz­czy­kiem wy­mam­ro­ta­nej, tak­tow­nej wy­po­wie­dzi, która pro­wa­dziła do­ni­kąd. Zu­peł­nie jakby uwa­żał, że im ci­szej bę­dzie mó­wić, tym mniej do­tkną ją jego słowa.

- Tak, ale już tro­chę za późno, aby o tym my­śleć. Już tu je­ste­śmy - od­po­wie­działa.

Słońce pra­żyło z błę­kit­nego nieba, a He­lena była, ra­zem z po­zo­sta­łymi miesz­kań­cami Szwe­cji, za­chwy­cona tym, że szwedz­kie lato ofe­ruje tem­pe­ra­tury, które przy­wo­dzą na myśl kli­mat śród­ziem­no­mor­ski. Wy­tarła wil­goć z czoła i od­gar­nęła przy­kle­jony do po­liczka ko­smyk ciem­no­brą­zo­wych wło­sów, jed­no­cze­śnie czu­jąc, że kro­ple potu za­czy­nają po­ja­wiać się na­wet na gór­nej war­dze. Być może nie był to naj­lep­szy dzień na bie­ga­nie za pię­cio­lat­kiem i sied­mio­latką po Świe­cie Astrid Lind­gren, ale wi­dząc ra­dość w oczach dzieci, nie zmie­niła de­cy­zji.

To ona za­pro­po­no­wała, by w tym roku spę­dzili urlop w Vim­merby, za­miast je­chać na ten sam stary kem­ping na Olan­dii, gdzie spę­dzali wa­ka­cje przez kilka ostat­nich lat. Oczy­wi­ście mo­gli zro­bić i jedno, i dru­gie, ale fakt, że mieli tylko dwa ty­go­dnie wspól­nego urlopu, a także skąp­stwo Ste­fana, czy też ra­czej jego eko­no­miczna na­tura, jak sam wo­lał je na­zy­wać, spra­wiły, że po wielu "je­śli" i "ale" zre­zy­gno­wał z miej­scówki na Olan­dii na rzecz kil­ku­dnio­wego po­bytu na kem­pingu w Vim­merby. He­lena użyła po­nadto naj­brzyd­szej moż­li­wej sztuczki, wy­ko­rzy­stu­jąc dzieci, aby wpły­nąć na de­cy­zję męża. Po tym jak po­ka­zała im w in­ter­ne­cie kilka zdjęć ze Świata Astrid Lind­gren, bez trudu prze­cią­gnęła je na swoją stronę, a tym sa­mym prze­ko­nała Ste­fana.

Wy­glą­dał na za­sko­czo­nego, kiedy po raz pierw­szy po­ru­szyła ten te­mat. He­lena wie­działa, jak ważna jest dla niego ru­tyna. Myśl o tym, że każde lato bę­dzie wy­glą­dać iden­tycz­nie jak po­przed­nie, po­ma­gała mu upo­rać się z pracą przez całą wio­snę. Wsty­dziła się tro­chę, że to wła­śnie świa­do­mość, że nowe plany urlo­powe wy­wrócą cały świat Ste­fana do góry no­gami, po­mo­gła jej po­sta­wić na swoim. Kie­dyś w końcu mu­siał się na­uczyć, że nie można żyć we­dle tego sa­mego sche­matu z dnia na dzień, z roku na rok.

He­lena była prze­ko­nana, że wła­śnie przez strach Ste­fana przed wszyst­kim, co nie­znane i nie­bez­pieczne, pło­mień ich mał­żeń­stwa i wspól­nego ży­cia le­d­wie się tlił. A do­kład­niej nie­chęć męża do zmian w po­łą­cze­niu z tym, że ona sama do­ko­nała co naj­mniej sa­mo­lub­nego wy­boru i po­trzeby za­spo­ka­jała gdzie in­dziej.

Nie wie­działa, jak wy­glą­dałby dziś ich zwią­zek, gdyby nie dzieci. Jed­no­cze­śnie po­dej­rze­wała, że Ste­fan w ży­ciu nie zdo­byłby się na od­wagę, by za­koń­czyć ich mał­żeń­stwo. Ni­gdy nie spo­tkała osoby, która tak bar­dzo oba­wia­łaby się kon­fliktu. Ste­fan jakby ne­go­wał fakt, że można się roz­wieść. Ca­łym sobą wy­ra­żał do­pa­so­wa­nie się. Do­pa­so­wa­nie i ma­razm. Może na­wet nie czuł re­zy­gna­cji, tylko jego ro­zu­mie­nie opie­rało się na spo­koj­nym za­ło­że­niu, że ży­cie jest, ja­kie jest - nie­zmienne.

- Mamo, czy mo­żemy wejść do Willi Śmiesz­notki?

He­lenę wy­rwała z za­my­śle­nia po­godna, sied­mio­let­nia córka, Fi­lippa. He­lena po pro­stu mu­siała się uśmiech­nąć, wi­dząc ja­sne loki córki, która za­wsze na­peł­niała jej serce nie­mal odu­rza­jącą mi­ło­ścią. Wie­działa, że re­kom­pen­so­wa­nie so­bie mi­ło­ścią do dziecka braku uczu­cia mię­dzy nią a Ste­fa­nem jest błę­dem. Wie­działa też, że obar­cza córkę zbyt dużą od­po­wie­dzial­no­ścią za do­bre sa­mo­po­czu­cie ca­łej ro­dziny. Od kiedy He­lena się­gała pa­mię­cią, Fi­lippa miała ta­lent do wy­czu­wa­nia na­pię­tej at­mos­fery, więc opra­co­wała też nie­zli­czone stra­te­gie roz­luź­nia­nia jej. Dla­tego pa­trzyła na młod­szego brata w taki spo­sób, jakby była świa­doma, że bez niej so­bie nie po­ra­dzi. Przez te okropne wy­rzuty su­mie­nia, które te­raz stały się bar­dziej re­gułą niż wy­jąt­kiem, He­lena po­czuła ucisk w żo­łądku. Mru­gnęła, aby po­zbyć się na­tręt­nej łzy, która po­ja­wiła się w ką­ciku oka. Po­trzą­snęła głową, pró­bu­jąc od­pę­dzić od sie­bie drę­czące ją my­śli. Byli na wa­ka­cjach. Cze­kał ich miły czas.

- Tak, ko­cha­nie. Mo­że­cie. Tylko trzy­maj Ol­lego cały czas za rękę.

Fil­lippa spoj­rzała na nią z wy­rzu­tem, tak jakby ta uwaga była zbędna.

- Ja­sne, nie pusz­czę go.

He­lenę wzru­szyło, że może li­czyć na córkę. Skoro za­pew­niła, że nie pu­ści dłoni młod­szego brata, to tak wła­śnie bę­dzie. Mimo że Fi­lippa try­skała ra­do­ścią i ener­gią, w ob­li­czu przy­dzie­lo­nego za­da­nia nie wy­ka­zy­wała im­pul­syw­no­ści i bez­myśl­no­ści.

- Idź­cie na chwilę do Fizi, a jak wró­ci­cie, ku­pimy lody - krzyk­nęła He­lena do dzieci, po­dej­mu­jąc da­remną próbę za­głu­sze­nia wy­rzu­tów su­mie­nia.

He­lena i Ste­fan cze­kali, sto­jąc przed Willą Śmiesz­notką. Do­koła nich bie­gały szczę­śliwe i pod­eks­cy­to­wane dzieci w róż­nym wieku, które nie chciały prze­ga­pić żad­nej z atrak­cji ofe­ro­wa­nych przez park roz­rywki. Ro­dzice nieco star­szych po­ciech po­zwo­lili so­bie na re­laks na ław­kach lub gła­zach, które też mo­gły słu­żyć za sie­dzi­ska, pod­czas gdy ci z młod­szymi dziećmi trzy­mali się bli­sko żół­tego domku z krzy­wymi oknami i okien­ni­cami w róż­nych ko­lo­rach. He­lena i Ste­fan na­le­żeli do tej dru­giej ka­te­go­rii ro­dzi­ców. Mu­sieli co chwilę spo­glą­dać uważ­nie na dzieci, aby te nie znik­nęły w mo­rzu lu­dzi.

Willa Śmiesz­notka znaj­do­wała się na tra­wia­stej wy­spie oto­czo­nej wodą, gdzie ko­twi­czył sta­tek pi­racki, na który pro­wa­dził chy­bo­tliwy trap. Sta­tek sta­no­wił po­pu­larne miej­sce za­baw. Przed do­mem czu­wał biały koń w czarne plamki, któ­rego nie­ustan­nie ota­czała długa ko­lejka dzieci chcą­cych spró­bo­wać jazdy na Al­fon­sie oraz ro­dzi­ców po­ma­ga­ją­cych im wsiąść na tego wy­so­kiego ko­nia.

He­lena uświa­do­miła so­bie, że zna­leźli się w raju dla ro­dzin z dziećmi, i za­sta­na­wiała się, dla­czego do­piero te­raz tu przy­je­chali. Fi­lippa ko­chała Fi­zię Poń­czo­szankę, a Olle czę­sto pro­sił, aby włą­czyć mu je­den z fil­mów o Emilu Svens­so­nie. Nie­trudno było się do­my­ślić dla­czego. Od czasu, kiedy Fi­lippa skoń­czyła ro­czek, od tego lata, kiedy to z nie­mow­laka zmie­niła się w małą dziew­czynkę, jeź­dzili na Olan­dię z przy­czepą.

Ro­dzice Ste­fana od dawna jeź­dzili co lato na Olan­dię. Dla­tego uznali za oczy­wi­ste, że ich je­dyny syn, zgod­nie z tra­dy­cją, bę­dzie ro­bić to samo. He­lenę mar­twiło, jak duży wpływ ma na Ste­fana jego oj­ciec, zu­peł­nie jakby nie wolno mu się było w ża­den spo­sób sprze­ci­wić. Poza tym uwa­żała, że tata Ste­fana za bar­dzo rzą­dzi jego mamą. Cza­sami miała wra­że­nie, że ob­ser­wuje ją, nie­ustan­nie go­towy wy­tknąć jej błąd. He­lena uśmiech­nęła się, zu­peł­nie nie było jej smutno, że tego lata nie spę­dzi z te­ściami kilku ty­go­dni.

Mu­siała jed­nak przy­znać, że pod­czas pierw­szego wy­jazdu cał­kiem miło spę­dzili czas. Przy­czepa, choć uży­wana, dla nich była jak nowa. Ste­fa­nowi udało się ją ku­pić nie­drogo przez ko­legę z firmy mo­to­ry­za­cyj­nej, w któ­rej pra­co­wał jako do­radca ser­wi­sowy. Fi­lippa na­uczyła się wtedy za­ta­czać koła na pia­sku wo­kół miej­sca, gdzie w dzień spę­dzali czas na plaży. Czuli się wów­czas szczę­śliwi. Z pew­no­ścią bar­dziej niż te­raz.

W końcu, po kilku la­tach sta­rań o dziecko, dzięki za­płod­nie­niu in vi­tro po­ja­wiła się Fi­lippa. Ży­ciem Ste­fana już wów­czas rzą­dziła ru­tyna, ale nie tak kom­pul­syw­nie jak te­raz. Bar­dziej przy­po­mi­nało to nie­szko­dliwą ce­chę cha­rak­teru, która draż­niła He­lenę. Nie była to jesz­cze ta po­trzeba kon­troli, która obec­nie bu­dziła sko­ja­rze­nie z falą przy­spie­sza­jącą z każ­dym dniem i ukrad­kiem po­chła­nia­jącą wszystko, co na­po­tka na swo­jej dro­dze. Nie miało jed­nak zna­cze­nia, jak bar­dzo He­lena sta­rała się ide­ali­zo­wać prze­szłość we wła­snej gło­wie, gdyż w głębi du­szy wie­działa, że to, co łą­czyło nie­gdyś ją i Ste­fana, po­psuło się jesz­cze na długo przed na­ro­dzi­nami Fi­lippy. I ona sama zna­cząco się do tego przy­czy­niła.

- Mamo, tato, pa­trz­cie!

He­lena i Ste­fan spoj­rzeli w górę, w kie­runku znaj­du­ją­cego się na pię­trze Willi Śmiesz­notki okna, w któ­rym zo­ba­czyli dwie zna­jome twa­rze. Fi­lippa ma­chała z za­pa­łem, pod­czas gdy Olle, jak zwy­kle bar­dziej zdy­stan­so­wany, uniósł tylko dłoń w ge­ście, który można było uznać za po­zdro­wie­nie. Na pewno jed­nak się uśmie­chał.

Cu­dow­nie było wi­dzieć, że Olle jest za­do­wo­lony. W dni po­wsze­dnie uda­wało jej się czę­sto wy­pie­rać ze świa­do­mo­ści fakt, że mina jej syna jest z re­guły po­dej­rza­nie po­nura. Ła­twiej było o tym za­po­mnieć, za­przą­ta­jąc my­śli przed­szko­lem, szkołą, pracą i róż­nymi czyn­no­ściami. Pod­czas urlopu, kiedy to prze­by­wali ra­zem dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę, He­lena za­uwa­żyła jed­nak, że Ol­lego ota­cza aura smutku. Na szczę­ście ubó­stwiał star­szą sio­strę i chęt­nie zga­dzał się, by się nim zaj­mo­wała, zresztą była je­dyną osobą umie­jącą do­pro­wa­dzić go do śmie­chu. Cza­sami He­lena od­no­siła wra­że­nie, że Olle lubi Fi­lippę bar­dziej niż ją. Wma­wiała so­bie, że to dla­tego, że Fi­lippa jest bar­dziej przy­stępna, po­nie­waż nie ogra­ni­czają jej prze­szkody w po­staci obaw i wy­rzu­tów su­mie­nia. Po raz drugi w tak krót­kiej chwili obu­dziło się w niej po­czu­cie winy z po­wodu zbyt du­żej od­po­wie­dzial­no­ści spo­czy­wa­ją­cej na Fi­lip­pie.

Kilka mie­sięcy wcze­śniej Ste­fan mocno ją za­sko­czył, rzu­ca­jąc uwagę, że Olle spra­wia wra­że­nie nieco przy­gnę­bio­nego. Py­tał, czy przy­cho­dzi jej do głowy ktoś, kto może źle trak­to­wać Ol­lego w przed­szkolu. W He­le­nie za­pa­liła się iskierka na­dziei, że być może ist­nieje szansa na wy­do­sta­nie się z tej ot­chłani ci­szy i sta­gna­cji, w któ­rej tkwili przez ostat­nie lata. Po roz­mo­wie z wy­cho­waw­cami Ol­lego w przed­szkolu, któ­rzy za­pew­nili ich, że nikt nie trak­tuje go źle oraz że Olle do­brze ra­dzi so­bie w gru­pie, cho­ciaż jest dość ci­chy, ko­lejna próba wza­jem­nego po­ro­zu­mie­nia się oka­zała się nie­udana.

- No, coś ta­kiego! - za­wo­łała He­lena gło­sem, który na­wet w jej uszach brzmiał sztucz­nie. - Je­ste­ście w domu Fizi?

Ste­fan też z za­do­wo­le­niem spoj­rzał na dzieci, za­nim wró­cił do lek­tury bro­szury in­for­ma­cyj­nej, która po­chła­niała go przez więk­szość dnia. Cały Ste­fan, po­my­ślała He­lena. Mógł bez naj­mniej­szego pro­blemu spę­dzić cały dzień w Świe­cie Astrid Lind­gren na pla­no­wa­niu, w ja­kiej ko­lej­no­ści będą zwie­dzać różne atrak­cje oraz które przed­sta­wie­nia zo­ba­czą.

Do tej pory zdą­żyli spo­tkać za­równo Emila Svens­sona, jak i Ma­dikę, a kiedy przed chwilą do­tarli do Willi Śmiesz­notki, wpa­dli też na Fi­zię Poń­czo­szankę. Po po­łu­dniu mieli obej­rzeć przed­sta­wie­nie z Ronją, córką zbój­nika oraz Braćmi Lwie Serce. Po­nie­waż dzieci tak bar­dzo lu­biły przed­sta­wie­nia z Fi­zią Poń­czo­szanką, He­lena przy­pusz­czała, że czeka ich do­dat­kowa wi­zyta w Willi Śmiesz­notce.

Przez krótką chwilę roz­glą­dała się do­koła. Więk­szość ro­dzi­ców, któ­rych wi­działa wcze­śniej tego dnia, miała naj­wy­raź­niej ja­kąś ob­se­sję na punk­cie uwiecz­nia­nia te­le­fo­nem ko­mór­ko­wym każ­dego kroku po­tom­stwa, i te­raz znów za­uwa­żyła to zja­wi­sko. Co prawda Ste­fa­nowi nie można było za­rzu­cić, że zbyt wiele uwagi po­święca iPhone'owi, ale kon­taktu z dziećmi miał za mało. Naj­czę­ściej po­chła­niało go nie­ustanne pla­no­wa­nie w celu usta­le­nia jak naj­bar­dziej prak­tycz­nego i efek­tyw­nego pro­gramu dnia, przy czym za­po­mi­nał o wła­snych do­świad­cze­niach. Tylko kim wła­ści­wie była, aby go osą­dzać? Na ile ona sama była obecna ze swoim ty­sią­cem my­śli i nie­usta­ją­cym nie­po­ko­jem?

- To przed­sta­wie­nie od­bę­dzie się po­now­nie pięt­na­ście po dru­giej. - Mo­gło się zda­wać, że Ste­fan czyta jej w my­ślach i chce ją roz­draż­nić. - Je­śli się po­spie­szymy, zdą­żymy zo­ba­czyć się po dro­dze z Ra­smu­sem i zjeść obiad przed po­wro­tem tu­taj.

He­lena zdu­siła głę­bo­kie wes­tchnie­nie. Zdała so­bie sprawę, że jej spon­ta­niczna obiet­nica bę­dzie mu­siała za­cze­kać do pory po­obia­do­wej, ale nie miała siły się te­raz spie­rać.

- Do­brze - od­po­wie­działa zmę­czo­nym gło­sem.

Rozdział 2

Czwartek, 19 lipca

Re­becca Bränd­sten wzięła głę­boki od­dech, za­nim wy­szła z klatki scho­do­wej na ulicę. Mimo po­łowy lipca za bramą za­stała ba­rierę w po­staci nie­prze­rwa­nego stru­mie­nia lu­dzi.

Dziś ra­dość Re­bekki zwią­zana z po­wro­tem do sto­licy, która przez dłuż­szy okres jej ży­cia sta­no­wiła dla niej spo­kojny dom, prze­mie­szana była ze stra­chem. Dziś mia­sto spra­wiało wra­że­nie ob­cego, może na­wet nieco prze­ra­ża­ją­cego.

W bu­ti­kach przy Drot­t­nings­ga­tan otwarto drzwi, a wszyst­kie wi­tryny ku­siły du­żymi re­kla­mami z in­for­ma­cją o trwa­ją­cej wy­prze­daży. Słońce świe­ciło wy­soko na nie­bie, więc już po kilku mi­nu­tach Re­becca po­czuła, że pod cienką kwie­ci­stą su­kienką za­czyna się po­cić.

Wi­działa spa­ce­ru­ją­cych tu­ry­stów, ocza­ro­wa­nych pra­wie każ­dym ele­men­tem oto­cze­nia, któ­rych można było roz­po­znać po apa­ra­tach na opa­lo­nych szy­jach, a także po roz­bie­ga­nych spoj­rze­niach. Re­becca za­uwa­żyła jed­nak mro­wie lu­dzi prze­miesz­cza­ją­cych się na­przód w zdu­mie­wa­jąco du­żym tem­pie. Cho­ciaż liczba męż­czyzn w gar­ni­tu­rach i ko­biet w opię­tych stro­jach była nie­wąt­pli­wie zna­cząco mniej­sza niż w in­nych po­rach roku, za­ska­ku­jąco dużo chyba było ze­stre­so­wa­nych ka­rie­ro­wi­czów pę­dzą­cych na różne spo­tka­nia. Nie po­winna jed­nak się dzi­wić nie­wy­star­cza­ją­cej licz­bie Szwe­dów na urlo­pie, w końcu sama zna­la­zła się w sto­licy w związku z pracą.

Spo­tka­nia z wy­dawcą nie dało się prze­ło­żyć, po­nie­waż nowa książka miała się uka­zać je­sie­nią tego roku. Trzeba było omó­wić ostat­nie zmiany i upew­nić się, że obie strony będą za­do­wo­lone z okładki. Cho­ciaż w wieku czter­dzie­stu sied­miu lat Re­becca miała za sobą pu­bli­ka­cję trzech ksią­żek, eks­cy­to­wała ją myśl, że już wkrótce bę­dzie trzy­mać po raz pierw­szy w dłoni nowe dzieło. To było nie­wąt­pli­wie coś szcze­gól­nego, zwłasz­cza w przy­padku tej kon­kret­nej książki, wień­czą­cej pracę, którą wy­ko­nała w ca­łym ży­ciu za­wo­do­wym, a chyba też pry­wat­nym, swo­isty ma­ni­fest we wszyst­kich kwe­stiach, które były dla niej nie­zwy­kle ważne.

Jesz­cze jako bar­dzo młoda ko­bieta miała zde­cy­do­wane opi­nie i ce­cho­wało ją nie­zwy­kle duże za­an­ga­żo­wa­nie jak na osobę w jej wieku. W szkole zo­stała człon­ki­nią wszel­kich sto­wa­rzy­szeń, które dzia­łały na rzecz do­bro­bytu, rów­no­ści i spra­wie­dli­wo­ści. To za­an­ga­żo­wa­nie mo­gło ła­two stać się prze­sadne, sta­no­wiąc nie­jako śro­dek wy­razu drze­mią­cego w niej buntu, a nie szczere za­in­te­re­so­wa­nie rów­no­ścią wszyst­kich lu­dzi, która była jej praw­dziwą siłą na­pę­dową. Re­becca zna­la­zła spo­sób na ukie­run­ko­wa­nie gniewu. Za­miast nie­ustan­nie wście­kać się na nie­spra­wie­dli­wość tego świata i kie­ro­wać obu­rze­nie prze­ciwko wszyst­kiemu i wszyst­kim, po­sta­no­wiła, że spró­buje sama stać się zmianą, którą chciała wi­dzieć w spo­łe­czeń­stwie.

Po ukoń­cze­niu stu­diów dzien­ni­kar­skich przez kilka lat pra­co­wała w róż­nych lo­kal­nych ga­ze­tach, aż w końcu do­stała ofertę pracy w du­żym cza­so­pi­śmie. Przez pe­wien czas przy­go­to­wy­wała re­por­taże i wy­wiady oraz pi­sała fe­lie­tony i ar­ty­kuły dys­ku­syjne do­ty­czące po­li­tyki i kul­tury, ale pra­wie za­wsze z fe­mi­ni­stycz­nym, a przy­naj­mniej kry­tycz­nym wo­bec spo­łe­czeń­stwa wy­dźwię­kiem.

W wieku trzy­dzie­stu je­den lat Re­becca uro­dziła swoje je­dyne dziecko, Si­mone. Ona i Jör­gen, oj­ciec Si­mone, po­znali się kilka lat wcze­śniej na ko­la­cji u wspól­nych zna­jo­mych. Re­becca, która już dawno po­sta­no­wiła, że ni­gdy nie odda serca męż­czyź­nie, mu­siała przy­znać, że zo­stała zdo­byta. Prze­pa­dła bez reszty, była to mi­łość od pierw­szego wej­rze­nia, z ja­kiej kie­dyś śmiała się z po­gardą i uwa­żała za zja­wi­sko na­le­żące do świata ba­śni.

Praca Jör­gena róż­niła się od jej za­ję­cia. Był in­for­ma­ty­kiem i pro­wa­dził wła­sną firmę, po­dob­nie jak i te­raz, ale mimo to wza­jem­nie się sobą za­in­te­re­so­wali. W końcu Re­becca spo­tkała męż­czy­znę, który też po­tra­fił go­dzi­nami roz­ma­wiać o ży­ciu i wy­da­rze­niach na ca­łym świe­cie. Ni­gdy nie pro­sił jej, żeby się uspo­ko­iła lub wy­my­śliła coś ła­twiej­szego. Po pro­stu po­zwo­lił jej być sobą.

Wszyst­kie książki Re­bekki za­wie­rały ten sam, po­wra­ca­jący mo­tyw prze­mocy męż­czyzn wo­bec ko­biet. Cza­sami Re­becca za­sta­na­wiała się, ja­kim cu­dem prze­brnęła przez całą ciem­ność i zło. Za każ­dym ra­zem, gdy po­ja­wiały się wąt­pli­wo­ści, znaj­do­wała spo­sób na we­wnętrzne wy­ci­sze­nie się, w prze­ko­na­niu, że ta­kie jest jej po­wo­ła­nie. Była tu­taj, aby się tym za­jąć.

Osiem lat temu Jör­gen pew­nego dnia nie­spo­dzie­wa­nie za­py­tał Re­beccę, czy bie­rze pod uwagę wy­pro­wadzkę ze Sztok­holmu. Naj­pierw mu­siała to prze­my­śleć. Mieli zo­sta­wić wszystko, co zbu­do­wali ra­zem? To, co za­jęło im pra­wie de­kadę? To, dzięki czemu mo­gli żyć tak, jak chcieli? Willa na przed­mie­ściu, szkoła Si­mone, wszy­scy przy­ja­ciele, a zwłasz­cza puls Sztok­holmu, mia­sta, które dało jej in­spi­ra­cję dla tylu my­śli i tek­stów. Im dłu­żej jed­nak roz­wa­żała jego pro­po­zy­cję, tym bar­dziej ku­sząca się sta­wała. Jör­gen miał moż­li­wość albo na­dal pro­wa­dzić swoją firmę, albo bez trudu zna­leźć nową pracę. Ona sama nie była już ni­g­dzie za­trud­niona, ale utrzy­my­wała się z pi­sa­nia ksią­żek, bloga i oka­zjo­nal­nych fe­lie­to­nów dla róż­nych ga­zet, które na­dal uwa­żały jej na­zwi­sko za in­te­re­su­jące w gro­nie szwedz­kich dzien­ni­ka­rzy zaj­mu­ją­cych się kry­tyką spo­łeczną.

Pod­czas gdy ona sama po­cho­dziła z oko­lic Sztok­holmu, Jör­gen do­ra­stał w Sma­lan­dii. Jego ro­dzice nie żyli od kilku lat, a on i Re­becca spę­dzili sto­sun­kowo nie­wiele czasu w jego ro­dzin­nej oko­licy. Kiedy za­częli szu­kać miejsc, w któ­rych mo­gliby za­miesz­kać, Jör­gen od­krył ja­kąś ukrytą, nie­uświa­do­mioną tę­sk­notę za ro­dzin­nymi stro­nami. Za pie­nią­dze, które do­stali za dom, byli w sta­nie ku­pić so­bie oka­załą willę w Vim­merby. Si­mone po­szła do szkoły i szybko się od­na­la­zła w no­wym miej­scu. Kilka lat póź­niej, z per­spek­tywy czasu, Re­becca nie ża­ło­wała swo­jej de­cy­zji. Po­znali no­wych przy­ja­ciół, a ona sama osią­gnęła spo­kój du­cha. Obawa, że nie bę­dzie mieć cie­ka­wych po­my­słów tylko dla­tego, że nie znaj­duje się już w cen­trum wy­da­rzeń, rów­nież stop­niowo ustą­piła.

Re­becca miała spo­tkać się ze swoją naj­lep­szą przy­ja­ciółką An­ge­licą na wspól­nym lun­chu. An­ge­lica była naj­bliż­szą przy­ja­ciółką Re­bekki przez wiele lat, to ona pierw­sza za­chę­ciła ją do blo­go­wa­nia. Sama Re­becca się wa­hała. Cho­ciaż do­ce­niano jej fe­lie­tony, wąt­piła, by kto­kol­wiek za­in­te­re­so­wał się czy­ta­niem jej co­dzien­nych roz­te­rek. W końcu jed­nak pod­jęła de­cy­zję i za­ło­żyła bloga, który dziś był jed­nym z naj­chęt­niej czy­ta­nych w Szwe­cji.

Do­tarła do bo­ga­tej ulicy Stran­dvägen z szy­kow­nymi miesz­ka­niami oraz pięk­nego na­brzeża Ny­bro­ka­jen, z któ­rego tu­ry­ści mo­gli po­pły­nąć ło­dziami na ar­chi­pe­lag.

W ogródku re­stau­ra­cyj­nym ro­iło się od cie­szą­cych się urlo­pem miesz­kań­ców mia­sta i tu­ry­stów, ale Re­becca od­na­la­zła w tłu­mie An­ge­licę. To samo w so­bie nie było dziwne, skoro ta wstała i ma­chała go­rącz­kowo rę­kami, gło­śno wy­krzy­ku­jąc imię przy­ja­ciółki. To była tylko jedna ze wszyst­kich rze­czy, które Re­becca ko­chała w An­ge­lice: jej bez­par­do­no­wość. W rze­czy­wi­sto­ści An­ge­lica była, na­wia­sem mó­wiąc, bar­dziej kla­sycz­nie mę­ska niż ko­bieca, cho­ciaż Re­becca nie lu­biła ka­te­go­ry­zo­wać we­dług tra­dy­cyj­nych ról płcio­wych. Był to tylko ko­lejny spo­sób na dal­sze trzy­ma­nie lu­dzi w ra­mach spo­łecz­nych, nie­do­pusz­cza­nie do od­stępstw od normy.

- Cześć! Na­resz­cie! Mam wra­że­nie, że nie wi­dzia­ły­śmy się od lat! - wy­krzyk­nęła An­ge­lica w ty­powy dla sie­bie wy­lewny spo­sób. - Tak się cie­szę, że cię wi­dzę!

Z roz­ma­chem od­gar­nęła na ra­mię śred­niej dłu­go­ści włosy w ko­lo­rze mio­do­wego blondu, po czym uca­ło­wała przy­ja­ciółkę w po­liczki i mocno ją uści­snęła. Re­beccę zdu­miało, nie pierw­szy już raz, że An­ge­lica za­wsze po­trafi po­ca­ło­wać w po­li­czek w taki spo­sób, że ani nie wy­daje się to po­wierz­chowne, ani nie przy­po­mina za­cho­wań wyż­szych sfer. Cho­ciaż An­ge­lica po­cho­dziła z ro­dziny za­miesz­ka­łej w dziel­nicy Öster­malm, dużo le­piej sy­tu­owa­nej niż więk­szość oby­wa­teli, miała wy­jąt­kową oso­bo­wość i igno­ro­wała opi­nie osób oce­nia­ją­cych in­nych po wy­kształ­ce­niu czy za­sob­no­ści port­fela. Może przy­ło­żył się do tego fakt, że wbrew tra­dy­cji ro­dzin­nej nie stu­dio­wała prawa jak jej ro­dzice i star­sza sio­stra, tylko zo­stała dzien­ni­karką.

- To dla­tego, że ni­gdy nie wpa­dasz z wi­zytą, cho­ciaż obie­cu­jesz - od­po­wie­działa Re­becca, ale pu­ściła oko i uśmiech­nęła się, by po­ka­zać, że nie mówi tego z wy­rzu­tem.

Cho­ciaż ko­le­żanki nie spo­ty­kały się tak czę­sto, jak chciały, łą­czyła je przy­jaźń, rów­nie ser­deczna pod­czas każ­dego spo­tka­nia.

- Wiem, prze­pra­szam. Za dużo pra­cuję. Obie­cuję, że wpadnę w sierp­niu!

An­ge­lica wy­cią­gnęła kciuk do Re­bekki, aby po­ka­zać, że tym ra­zem ma za­miar do­trzy­mać słowa.

- Nie mogę się do­cze­kać!

Re­becca uśmiech­nęła się do przy­ja­ciółki, ob­ser­wu­jąc za­tło­czony ogró­dek i lu­dzi do­koła niej. Po­my­ślała, że tak czy ina­czej faj­nie cza­sem przy­je­chać do du­żego mia­sta. Usia­dła na krze­śle i za­częła z roz­tar­gnie­niem prze­glą­dać jedno z menu, które An­ge­lica do­stała wcze­śniej.

- A co u cie­bie? - Po wzroku przy­ja­ciółki wi­dać było, że nie za­do­woli się sztam­po­wym za­pew­nie­niem, że wszystko jest w po­rządku. - Tak na­prawdę?

Re­becca ze zdu­mie­niem po­czuła, że jej oczy na­gle za­szły łzami. Dla­czego An­ge­lica za­wsze miała na nią taki wpływ? Tylko przed nią je­dyną na świe­cie Re­becca nie po­tra­fiła ni­czego ukryć.

Czuła się ocię­żała i zmę­czona. Pod­czas spo­tka­nia z wy­dawcą stłu­miła nie­po­kój i roz­terki, jak zwy­kle wcie­la­jąc się w rolę upar­tej pi­sarki i dzien­ni­karki, która bez wa­ha­nia pi­sze ko­lejne strony o prze­mocy w bli­skich re­la­cjach, te­mat wciąż po­zo­sta­jący tabu.

Roz­mowa, za­nim zdą­żyła się za­cząć, zo­stała prze­rwana przez ru­do­włosą młodą kel­nerkę. Re­becca po­wstrzy­mała łzy i sta­rała się stłu­mić nie­po­kój oraz chęć pła­czu. Miała na­dzieję, że udało jej się po­ka­zać uśmiech za­do­wo­le­nia, który za­wsze ra­to­wał ją przed za­nie­po­ko­jo­nymi spoj­rze­niami lu­dzi.

- Czy zna­la­zły pa­nie w kar­rh­cie coś in­ter­reh­su­ją­cego? - za­py­tała młoda ko­bieta skań­skim dia­lek­tem.

Zło­żyły za­mó­wie­nie, a gdy kel­nerka znik­nęła po­now­nie, An­ge­lica spoj­rzała na nią z nie­cier­pli­wo­ścią.

- Wi­dzę, że coś cię mar­twi. Czy to jest to, o czym my­ślę?

Re­becca zdą­żyła tylko ski­nąć głową, za­nim pierw­sze łzy za­częły po­woli pły­nąć po jej po­licz­kach.

Rozdział 3

Czwartek, 19 lipca

W si­łowni nie ćwi­czyło tego dnia dużo osób. Było to zro­zu­miałe, bio­rąc pod uwagę let­nie upały. Przy wy­so­kiej tem­pe­ra­tu­rze na ze­wnątrz lu­dzie mieli za­pewne lep­sze rze­czy do ro­boty niż po­ce­nie się na ma­szy­nach. Po­nadto liczba osób uczęsz­cza­ją­cych do klu­bów fit­ness z re­guły spada w okre­sie let­nim. Praw­do­po­dob­nie wielu lu­dzi re­zy­gnuje, kiedy uświa­do­mią so­bie, że już za późno na uzy­ska­nie pla­żo­wej syl­wetki w obec­nym se­zo­nie. Prze­stają cho­dzić, obie­cu­jąc so­bie roz­po­cząć przy­go­to­wa­nia do ko­lej­nego wraz z roz­po­czę­ciem je­sieni.

Wil­liam John­son wy­ko­nał ostat­nie osiem po­wtó­rzeń wy­ci­ska­nia na ławce, po czym uznał, że jest go­towy. Sił ani kon­dy­cji nie miał już ta­kich jak kie­dyś, ale był na do­brej dro­dze do od­zy­ska­nia ich.

Jako na­sto­la­tek świet­nie grał w ho­keja, wielu po­kła­dało w nim na­dzieje, a Wil­liam skła­małby, gdyby po­wie­dział, że jego ma­rze­niem nie było za­ję­cie się ho­ke­jem na sto pro­cent. Jed­nak kon­tu­zja barku po­ło­żyła kres tym ma­rze­niom i od tego czasu ho­kej po­zo­stał co prawda jego przed­mio­tem za­in­te­re­so­wa­nia, ale nie był już głów­nym za­ję­ciem. Przez kilka lat Wil­liam na­dal grał dla roz­rywki, ale nie mo­gąc po­świe­cić mu się w pełni, szybko się tym zmę­czył.

Wy­cie­ra­jąc czoło ręcz­ni­kiem, po­my­ślał, że może z tego po­wodu wy­brał za­wód po­li­cjanta. Jako re­kom­pen­satę za to, że ni­gdy nie udało mu się osią­gnąć za­ło­żo­nych ce­lów w ho­keju.

Przed zło­że­niem po­da­nia do szkoły po­li­cyj­nej przez pe­wien czas in­ten­syw­nie tre­no­wał, a przy­naj­mniej na tyle in­ten­syw­nie, na ile po­zwa­lał mu bark. Miał do­bre wa­runki fi­zyczne. Świet­nie mu po­szło, a w te­stach spraw­no­ścio­wych zdo­był je­den z naj­lep­szych wy­ni­ków. W ostat­nich la­tach za­nie­dbał jed­nak nieco tre­ningi, sku­pia­jąc się na czym in­nym. Nie dbał też o dietę. To miało się zmie­nić w przy­szło­ści. Zwłasz­cza te­raz, gdy pracę, si­łow­nię i dom miał w pro­mie­niu kil­ku­set me­trów. Nie było wy­mó­wek.

Wil­liam po­my­ślał o Jo­se­phine, która w tej chwili pew­nie pich­ciła coś w naj­lep­sze. Była taka miła, za­wsze tak samo hojna i ugo­dowa. Nie wie­dział, ile razy już mó­wił, że mogą go­to­wać ra­zem, kiedy wróci do domu. Cała od­po­wie­dzial­ność nie mu­siała spo­czy­wać na niej tylko dla­tego, że obec­nie nie pra­cuje. Śmie­jąc się, krę­ciła głową i od­po­wia­dała, że cie­szy się, że może to dla niego ro­bić. Jo­se­phine uwiel­biała go­to­wać, więc z pew­no­ścią nie było to dla niej po­świę­ce­nie, ale Wil­liam był przy­zwy­cza­jony do rów­no­upraw­nie­nia jesz­cze w domu ro­dzin­nym i trudno mu było się po­go­dzić z wi­ze­run­kiem męż­czy­zny, który wraca domu i wszystko ma pod­sta­wione pod nos. Miał na­dzieję, że za­wsze tro­chę zre­kom­pen­suje brak za­an­ga­żo­wa­nia w przy­go­to­wa­nie je­dze­nia my­ciem na­czyń, sprzą­ta­niem i pra­niem.

Po­my­ślał o tym, jak wdzięczny jest matce Ylvie, która do­pil­no­wała tego, by na­uczył się za­równo zaj­mo­wać do­mem, jak i od­po­wied­nio trak­to­wać ko­bietę. Na pewno swój udział miał też jego oj­ciec Ro­bert, sym­pa­tyczny i to­wa­rzy­ski Ame­ry­ka­nin. Wil­liam jed­nak naj­le­piej za­pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa nie­spo­żytą cier­pli­wość mamy, która czy­tała mu książki, za­nim po­szedł spać, lub cza­sami, ku jego wiel­kiej ra­do­ści, opo­wia­dała wy­my­ślane na po­cze­ka­niu hi­sto­rie. Za­wsze miała też czas, aby z pe­da­go­gicz­nym po­dej­ściem wy­ja­śnić mu wszystko, co go za­sta­no­wiło.

Wil­liam cie­szył się, że miał oka­zję do­ra­stać z ro­dzi­cami, któ­rzy tak mocno się ko­chali. Ni­gdy nie wi­dział, by się kłó­cili lub ry­wa­li­zo­wali. Ich mał­żeń­stwo było na­prawdę nie­ty­powe i na­dal trwało.

Po raz ko­lejny po­czuł, że prze­peł­nia go uf­ność. De­cy­zja o prze­pro­wadzce w jego ro­dzinne oko­lice, którą pod­jęli ra­zem z Jo­se­phine, była słuszna. Pla­no­wali dzieci w naj­bliż­szej przy­szło­ści, a nie chciał, by wy­cho­wy­wały się z dala od jego ro­dzi­ców i Ja­mesa.

Na myśl o młod­szym bra­cie Wil­liam znie­ru­cho­miał. Wie­dział, że de­cy­zja o wy­pro­wadzce z ro­dzin­nego mia­sta w celu wy­szko­le­nia się na po­li­cjanta nie tylko wią­zała się z bra­kiem bli­sko­ści i opieki ro­dzi­ców, ale także unik­nię­ciem wszel­kich pro­ble­mów z bra­tem. Pod­czas gdy Wil­liam był wzo­ro­wym uczniem, Ja­mes cho­dził na wa­gary, mu­siał zo­sta­wać po lek­cjach i wda­wał się w nie­zli­czone kon­flikty z na­uczy­cie­lami. Po­rzu­cił szkołę śred­nią, a ko­lejne lata mi­nęły mu na im­pre­zo­wa­niu i cią­głym pod­ry­wa­niu dziew­czyn, które lu­biły ta­kich fa­ce­tów jak on. Bez­ro­bot­nych męż­czyzn, któ­rzy ma­jąc po­nad dwa­dzie­ścia lat, na­dal miesz­kają w domu z ro­dzi­cami oraz re­gu­lar­nie są ka­rani przez wy­miar spra­wie­dli­wo­ści.

Wil­liam wszedł do szatni, aby za­brać swoje rze­czy. Po­nie­waż nie miał da­leko, za­mie­rzał wziąć prysz­nic w domu. Pa­ku­jąc się, pró­bo­wał po­zbyć się nie­spo­koj­nych my­śli o młod­szym bra­cie. Ja­mes rze­czy­wi­ście doj­rzał w ostat­nich la­tach. Spo­tkał Sarę, z którą do­cze­kał już te­raz pra­wie rocz­nego syna The­odora. Nie­dawno ku­pili też dom. Wil­liam w głębi du­szy pra­gnął, aby po wielu la­tach błą­dze­nia jego brat wró­cił na wła­ściwą drogę. Nie opusz­czało go jed­nak uczu­cie nie­po­koju. Tak czy ina­czej nic nie mo­gło ze­psuć tego wie­czoru. Po od­zy­ska­niu czę­ści po­przed­niej pew­no­ści sie­bie otwo­rzył drzwi, wy­szedł z si­łowni, spoj­rzał na słońce i przez mo­ment cie­szył się chwilą, za­nim ru­szył w stronę domu.

Wszystko bę­dzie do­brze.

Rozdział 4

Piątek, 20 lipca

Słońce nie da­wało z po­wro­tem za­snąć. Zresztą na­wet gdyby nie upo­rczywe świa­tło i cie­pło, He­lena i tak pew­nie by nie po­spała długo, skoro sły­szała już, że ich dzieci ba­wią się w na­mio­cie sta­no­wią­cym przed­sio­nek na­le­żą­cej do nich przy­czepy.

Za­trzy­mali się na kem­pingu po­ło­żo­nym na obrze­żach Vim­merby, nie­da­leko je­ziora Nos­sen. Zna­leźć tu można było ką­pie­li­sko, mi­ni­golfa i mały plac za­baw, więc dzie­ciom na­prawdę się po­do­bało.

He­lena do­sko­nale wie­działa, jaki jest dzień. W tej sa­mej se­kun­dzie, kiedy prze­szła ze snu do stanu wy­bu­dze­nia, ta myśl ude­rzyła ją z całą mocą. Na myśl, że nie jest w domu i znaj­duje się da­leko od swo­jej skrzynki pocz­to­wej, w któ­rej na pewno cze­kał na nią ko­lejny bu­kiet kwia­tów za­wi­nięty w sze­lesz­czący pa­pier, czuła za­równo ulgę, jak i po­de­ner­wo­wa­nie. Miło było nie zo­ba­czyć tym ra­zem kar­teczki z jej imie­niem na­pi­sa­nym czar­nymi li­te­rami, ale rów­nie oczy­wi­ste było to, że bę­dąc z dala od domu, od­su­nęła od sie­bie nie­po­kój i strach o przy­szłość. Miała na­dzieję, że wszystko wkrótce się skoń­czy.

Rzut oka na miej­sce do spa­nia Ste­fana po­twier­dził jego nie­obec­ność. Spo­dzie­wała się tego. Ste­fan każ­dego ranka o szó­stej prze­bie­gał dzie­sięć ki­lo­me­trów i ro­bił to przez cały rok, bez względu na po­godę. Praw­do­po­dob­nie dzięki tym tre­nin­gom mógł po­chwa­lić się dużą spraw­no­ścią. Nie był szcze­gól­nie umię­śniony, bar­dziej ży­la­sty i gibki, co da­wało mu siłę. He­lena zresztą nie zwra­cała na to więk­szej uwagi, ciało Ste­fana nie było dla niej atrak­cyjne. I do­sko­nale zda­wała so­bie sprawę, że to uczu­cie jest wza­jemne. Mi­nęło wiele lat, od­kąd jej skóra pło­nęła pod piesz­czo­tami Ste­fana, je­śli kie­dy­kol­wiek tak w ogóle było.

Po­znali się już w li­ceum w Lund. Mieli wów­czas po szes­na­ście, a te­raz po trzy­dzie­ści pięć lat. Mi­nęło pra­wie dwa­dzie­ścia dłu­gich lat i żadne z nich nie pa­mię­tało, kiedy coś za­częło się psuć. Od razu po ukoń­cze­niu szkoły śred­niej prze­nie­śli się do Hel­sing­borga. Ste­fan już jako młody czło­wiek znał się na sa­mo­cho­dach, zaś dzięki zna­jo­memu swo­jego taty do­stał pracę jako kon­sul­tant ser­wi­sowy w fir­mie sa­mo­cho­do­wej, w któ­rej pra­co­wał do dziś.

He­lena na­to­miast za­czy­nała jako kel­nerka w ho­telu kon­fe­ren­cyj­nym, a kilka lat póź­niej otrzy­mała ofertę pracy w re­cep­cji. Po­czuła sa­tys­fak­cję i zde­ner­wo­wa­nie jed­no­cze­śnie, ale zgo­dziła się. Od dzie­wię­ciu lat przez więk­szość dni no­siła spód­nicę i ma­ry­narkę, z uśmie­chem ob­słu­gu­jąc go­ści ho­te­lo­wych. Cza­sem go­to­wość do by­cia nie­ustan­nie uprzejmą i po­mocną sta­wała się stre­su­jąca, ale to, że praca ta od­wra­cała jej uwagę od wszyst­kich mrocz­nych my­śli, prze­wa­żała nad wa­dami.

Po­brali się w wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat. Zor­ga­ni­zo­wali ka­me­ralny ślub cy­wilny, na któ­rym je­dy­nymi go­śćmi byli ro­dzice Ste­fana oraz oj­ciec He­leny z żoną. Nie było praw­dzi­wego mie­siąca mio­do­wego, ale przy­naj­mniej spę­dzili dwie noce w ho­telu w Ko­pen­ha­dze.

Być może to po ślu­bie coś się zmie­niło. Nie wy­da­rzyła się żadna po­ważna ka­ta­strofa, żadne z nich nie prze­żyło kry­zysu. Przy­po­mi­nało to bar­dziej lekką go­rycz, po­czu­cie, że ży­cie nie ma już nic wię­cej do za­ofe­ro­wa­nia. He­lena nie do końca ro­zu­miała dla­czego. Byli mło­dzi, do­piero się po­brali i mieli przed sobą całe ży­cie. Mimo to coś po­szło nie tak. Może to, jak się od sie­bie róż­nili, spra­wiało, że cią­gle ha­mo­wali się na­wza­jem, za­miast się wza­jem­nie mo­ty­wo­wać.

Mimo ci­szy i pustki sta­rali się o dzieci. He­lena wie­lo­krot­nie za­sta­na­wiała się, dla­czego już wów­czas, za­nim po­ja­wiły się obo­wiązki zwią­zane z po­sia­da­niem po­tom­stwa, nie sko­rzy­stała z oka­zji, by zo­sta­wić co­dzienny smu­tek na rzecz cze­goś in­nego. Cze­goś, co jej zda­niem by­łoby lep­sze. Oczy­wi­ście ni­gdy nie ża­ło­wała, że ma swoje dwie po­cie­chy, ale i tak nie ro­zu­miała, co nią kie­ro­wało. Za­miast odejść, zo­stała z nim i da­lej sta­rali się o dziecko. Na­ro­dziny córki ozna­czały bar­dzo po­żą­daną prze­rwę od wszel­kich trosk, dla­tego któ­re­goś roku ich wcze­śniej­sze szare dni za­stą­piła ra­dość.

Po ko­lej­nych dwóch la­tach He­lena za­szła w ciążę, ku jej za­sko­cze­niu - na­tu­ral­nie, i uro­dził się Olle. Nie­stety dru­gie dziecko nie miało ta­kiego sa­mego wpływu na ich zwią­zek jak pierw­sze. Nie dla­tego, że ko­chali Ol­lego mniej niż Fi­lippę, po pro­stu wszystko za­szło już tak da­leko, że na­wet dziecko nie mo­gło na­pra­wić tego, co nie dzia­łało od tak dawna.

- Mamo, śnia­da­nie!

He­lena od­wró­ciła się w kie­runku drzwi przy­czepy kem­pin­go­wej, ale zdą­żyła tylko zo­ba­czyć, jak ja­sne włosy Fi­lippy zni­kają z pola wi­dze­nia.

Po­my­ślała, że dzieci są pełne ener­gii i szczę­śliwe. Cze­kał ich drugi dzień w Świe­cie Astrid Lind­gren. Ku­pili wcze­śniej bi­lety na dwa dni. Była za­do­wo­lona z tej de­cy­zji, po­nie­waż park ofe­ro­wał zbyt wiele atrak­cji, żeby za­li­czyć wszyst­kie w je­den dzień.

Szybko wło­żyła dżin­sową spód­nicę do ko­lan i białą bluzkę. Ubra­nia te wy­da­wały się tak zwy­czajne i mdłe jak ona, ale ostat­nią rze­czą, na jaką miała te­raz siłę, były za­kupy. Chwile spę­dzone w skle­pach odzie­żo­wych po­świę­ciła za­spo­ko­je­niu po­trzeb dzieci. Kilka szyb­kich ru­chów szczotką i upięła śred­niej dłu­go­ści włosy w zwy­kły kok. Pra­wie ni­gdy nie na­kła­dała ma­ki­jażu, cza­sem ma­lo­wała do pracy rzęsy, po­dej­mu­jąc da­remną próbę po­pra­wie­nia zmę­czo­nego wy­glądu. Wła­ści­wie po­winna na­ło­żyć coś na cie­nie pod oczami, ale ile­kroć wcho­dziła do sklepu z ko­sme­ty­kami, onie­śmie­lały ją za­dbane sprze­daw­czy­nie, więc szybko wy­cho­dziła. W du­żym domu to­wa­ro­wym, w któ­rym ro­biła więk­sze za­kupy do domu, można było wpraw­dzie za­ku­pić ko­sme­tyki po­pu­lar­nych ma­rek, lecz na­wet tam czuła się skrę­po­wana.

Na bia­łym pla­sti­ko­wym stole przed przy­czepą Ste­fan na­krył do śnia­da­nia. Chleb, ma­sło, ser, szynka, jo­gurt i mu­sli. I kawa. Śnia­da­nia na wa­ka­cjach stały się nieco bar­dziej spar­tań­skie niż w domu. Żadne z nich nie pró­bo­wało ugo­to­wać ja­jek ani po­kroić owo­ców, ce­lem było na­sy­ce­nie na dłu­żej, a nie wspa­niałe wra­że­nia sma­kowe.

He­lena miała wła­śnie usiąść na jed­nym z czte­rech bia­łych pla­sti­ko­wych krze­seł, które stały wo­kół kwa­dra­to­wego, lekko chwiej­nego stołu, kiedy na­gle za­marła w po­ło­wie tej czyn­no­ści. Stała jak spa­ra­li­żo­wana, czu­jąc, jak zimny pot spływa jej po ple­cach. Serce za­częło jej ko­ła­tać i za­bra­kło jej tchu. Miała wra­że­nie, że to­nie w ciem­nej zim­nej wo­dzie.

- Co się stało? - za­py­tał Ste­fan.

Rzu­cił jej py­ta­jące spoj­rze­nie, a He­lena od razu do­strze­gła, że jego oczy wy­ra­żały brak za­in­te­re­so­wa­nia. Jakby i tak nie miał siły słu­chać jej od­po­wie­dzi. Za­pie­ra­jąca dech w pier­siach pa­nika nie po­ma­gała w ra­dze­niu so­bie z ma­lu­jącą się na twa­rzy Ste­fana obo­jęt­no­ścią. Czuła, jak strach mie­sza się z ro­dzącą się fru­stra­cją.

- Co to jest? - za­py­tała, dy­sząc i wska­zu­jąc na bu­kiet kwia­tów za­wi­nięty w roz­darty pa­pier, znaj­du­jący się na jed­nym z ich le­ża­ków w po­bliżu wej­ścia do przed­sionka.

Ste­fan naj­pierw spoj­rzał na nią nic nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem, a po­tem oprzy­tom­niał.

- Cóż... tak, to bu­kiet kwia­tów. Le­żał przed na­mio­tem dziś rano, więc my­ślę, że ktoś mu­siał go zgu­bić. Nie zdą­ży­łem spraw­dzić, czy jest ja­kaś kar­teczka. Mo­żemy od­dać go w re­cep­cji, za­nim wyj­dziemy. Dzieci roz­darły pa­pier, za­nim zdą­ży­łem im coś po­wie­dzieć.

- Jest sześć bia­łych goź­dzi­ków, mamo - po­wie­dział z dumą Olle, któ­remu udało się po­li­czyć kwiaty.

He­lena zi­gno­ro­wała syna i zwró­ciła się do męża.

- Na pewno nie wi­dzia­łeś, kto je tu zo­sta­wił?

Sama sły­szała, jak ostry jest jej ton. Nie­świa­do­mie po­de­szła do Ste­fana, jakby więk­sza pre­sja miała zmu­sić go do wy­ja­wie­nia cze­goś.

- Nie, o co ci cho­dzi? - od­po­wie­dział zi­ry­to­wany. - To chyba nie jest ta­kie ważne?

Po­darła resztę bia­łego pa­pieru, w który za­wi­nięto bu­kiet. Na wi­dok sze­ściu bia­łych goź­dzi­ków za­krę­ciło jej się w gło­wie i mu­siała chwy­cić się le­żaka, aby nie stra­cić rów­no­wagi. Szybko wy­jęła białą małą kar­teczkę przy­cze­pioną do jed­nej z ło­dyg i ukryła ją w kie­szeni spód­nicy.

Na­stęp­nie zwró­ciła się do dzieci, które sie­działy obok sie­bie na le­ża­kach sto­ją­cych w su­chej tra­wie.

- Czy któ­reś z was wi­działo, kto zo­sta­wił te kwiaty? - za­py­tała su­rowo. - Nie wolno wam kła­mać, ważne, aby­ście po­wie­dzieli prawdę!

Tym ra­zem za­uwa­żyła, że jej głos nie tylko brzmi ostro, ale też hi­ste­rycz­nie. Po­czuła przy­pływ pa­niki i mu­siała wal­czyć o to, by jej nie ulec.

Za­sko­czone dzieci po­krę­ciły gło­wami.

- Fi­lippo?

He­lena zmru­żyła oczy, pa­trząc na córkę, która prze­stra­szona wpa­try­wała się w stół.

- Nie, na­prawdę nie.

Za­miast tego zwró­ciła wzrok na syna.

- Olle?

Po­trzą­snął głową.

- Nie.

Ste­fan na­dal wy­glą­dał, jakby nie ro­zu­miał, o co ona pyta.

- To było tro­chę dziwne - po­wie­dział obo­jęt­nie - ale te­raz my­ślę, że po­win­ni­śmy coś zjeść, je­śli mamy zdą­żyć do Świata Astrid Lind­gren. Jest już kwa­drans po ósmej.

Oczy­wi­ście, jak zwy­kle my­ślał tylko o cza­sie. Do­póki trzy­mał się swo­jego har­mo­no­gramu, nic in­nego nie miało zna­cze­nia. Na­wet fakt, że żona ma na jego oczach atak pa­niki.

- Mu­szę tylko iść do ła­zienki - mruk­nęła He­lena.

To­a­lety kem­pin­gowe znaj­do­wały się za­le­d­wie kilka me­trów od ich przy­czepy, po dru­giej stro­nie utwar­dzo­nej drogi pro­wa­dzą­cej z par­kingu w dół do ką­pie­li­ska. Szybko we­szła na schody i za­częła po nich zbie­gać.

Le­d­wie zdą­żyła pod­nieść de­skę to­a­lety i przy­kuc­nąć, zwy­mio­to­wała wczo­raj­szą ko­la­cję. Szlo­cha­jąc, miała wra­że­nie, że zwraca każdą odro­binę je­dze­nia, które spo­ży­wała przez ostat­nie kilka dni. Na ko­niec wy­tarła usta ka­wał­kiem pa­pieru to­a­le­to­wego i na­ci­snęła spłuczkę. Pa­trzyła, jak za­war­tość żo­łądka znika i zo­staje za­stą­piona czy­stą wodą.

Trzę­sła się i szczę­kała zę­bami, a słone łzy spły­wały jej po po­licz­kach.

In­stynk­tow­nie się­gnęła do kie­szeni spód­nicy, biała kar­teczka pa­liła ją w udo przez dżin­sowy ma­te­riał.

Rozdział 5

Piątek, 20 lipca

Je­sper Bro­man miał wolne, ale nie udało mu się po­now­nie za­snąć, mimo że nie­wielu rze­czy pra­gnął w tej chwili tak jak snu. Le­żał na ple­cach w łóżku i wpa­try­wał się w trzy­many w dłoni te­le­fon ko­mór­kowy. Chyba po raz dzie­siąty prze­czy­tał wia­do­mość, którą wy­słała mu w nocy. Miała już dość. Po tym wszyst­kim, przez co prze­szli ra­zem, już go nie chciała.

Cho­ciaż He­lena ni­gdy nie na­le­żała do niego, miał na­dzieję, że go nie opu­ści. Był prze­ko­nany, że pew­nego dnia zo­stawi Ste­fana. Ich wspólne ży­cie nie speł­niało jej ocze­ki­wań, sama nie­raz to przy­znała. Je­sper wie­dział, że może za­ofe­ro­wać jej o wiele wię­cej. Wy­ra­ził na­wet chęć zaj­mo­wa­nia się dziećmi, mimo że ni­gdy ich nie po­znał.

Cięż­kim kro­kiem ru­szył w stronę ty­ciej kuchni w ma­leń­kiej, ale do­brze roz­pla­no­wa­nej ka­wa­lerce. Na ku­chen­nym stole le­żały resztki taj­skiego je­dze­nia, które ku­pił, wra­ca­jąc do domu po­przed­niego wie­czoru, a w zle­wie i na bla­cie stały brudne na­czy­nia. Szybki rzut oka wy­star­czył, by uznać, że przy­da­łoby się od­ku­rzyć pod­łogę. Zer­k­nąw­szy do lo­dówki, Je­sper uświa­do­mił so­bie, że jego dzi­siej­sze śnia­da­nie bę­dzie się skła­dać z trzech go­to­wa­nych ja­jek i pie­czywa chrup­kiego bez ma­sła lub in­nych do­dat­ków. To był mi­nus pracy w roz­jaz­dach i braku ro­dziny. Lo­dówka za­wsze świe­ciła pust­kami.

Je­sper był wiecz­nie zmę­czony swoim ży­ciem. Małe miesz­ka­nie, sa­mot­ność, nie­ure­gu­lo­wane go­dziny pracy i cią­gła tę­sk­nota. Za­wsze cier­piał z tę­sk­noty za He­leną. Świa­do­mość, że ona spę­dza czas w swoim sze­re­gowcu z ro­dziną, pod­czas gdy on sie­dzi tu sam, spra­wiała, że wie­czory i noce były pra­wie nie do znie­sie­nia. A te­raz wy­brali się na ro­dzinne wa­ka­cje do Vim­merby. To He­lena za­pro­po­no­wała, żeby tam po­je­chali, wie­dział o tym. Nie ro­zu­miał jed­nak dla­czego. Albo nie chciał ro­zu­mieć. Ucisk w klatce pier­sio­wej ustę­po­wał je­dy­nie na myśl, że praw­do­po­dob­nie nie ba­wią się zbyt do­brze.

Przy­po­mniał so­bie je­den z nie­licz­nych razy, kiedy po­dró­żo­wał ra­zem z He­leną. To było kilka lat temu. Po­wie­działa Ste­fa­nowi, że od­wie­dzi dawną ko­le­żankę z pracy, która się prze­pro­wa­dziła do Göte­borga, a tym­cza­sem ra­zem z Je­spe­rem po­je­chali aż do Halm­stadu i za­trzy­mali się gdzieś w ho­telu zlo­ka­li­zo­wa­nym w re­zy­den­cji poza mia­stem. Je­dli smaczne ko­la­cje, pili wino, spa­ce­ro­wali po oko­licy i roz­ma­wiali. Po raz pierw­szy wi­dział, jak He­lena wy­cho­dzi ze swo­jej sko­rupy. Poza tym czę­sto po­zo­sta­wała za­mknięta w so­bie i nie­do­stępna.

To był także ten week­end, kiedy po raz pierw­szy opo­wie­działa mu o swo­jej prze­szło­ści. O rze­czach, o któ­rych na­wet Ste­fan nie miał bla­dego po­ję­cia. Może mię­dzy nimi było ina­czej, po­nie­waż nie byli mał­żeń­stwem i nie skła­dali żad­nych obiet­nic ani nie mieli żad­nych zo­bo­wią­zań. Pew­nie dla­tego ła­twiej jej było się przed nim otwo­rzyć.

Je­sper wciąż nie mógł się na­dzi­wić, jak szybko się w niej za­ko­chał, ni­gdy wcze­śniej tego nie do­świad­czył. Za­nim ją po­znał, miał pewne wy­obra­że­nie o ko­bie­tach, głów­nie jako mat­kach, ale w niej ja­kimś spo­so­bem do­strzegł wię­cej. Mimo że po­trze­bo­wała opieki bar­dziej niż ja­ka­kol­wiek znana mu osoba, wzbu­dziła w nim także zu­peł­nie nowe po­żą­da­nie.

Póź­niej jed­nak coś się stało, na­gle oka­zało się, że He­lena jest w ciąży. Wie­dział, że ona i Ste­fan sta­rali się o dziecko, jesz­cze za­nim on po­ja­wił się w jej ży­ciu. Nie miał jed­nak po­ję­cia, że kon­ty­nu­owali, kiedy He­lena już się z nim spo­ty­kała. Pod­czas spo­tkań za­wsze dbała o to, aby się za­bez­pie­czyć, tym­cza­sem za jego ple­cami na­dal brała udział w ba­da­niach płod­no­ści i za­bie­gach in vi­tro ra­zem z mę­żem.

He­lena cał­ko­wi­cie z nim ze­rwała, kiedy za­szła w ciążę. Zde­spe­ro­wany, nie wie­dział, co ro­bić, ale w tro­sce o swoją god­ność po­sta­no­wił spró­bo­wać o niej za­po­mnieć. Z wielu po­wo­dów, jak są­dził, próba ta oka­zała się nie­udana, a gdy He­lena kilka lat po na­ro­dzi­nach Fi­lippy od­no­wiła z nim kon­takt, oczy­wi­ście nie był w sta­nie się jej oprzeć.

Roz­my­śla­nia Je­spera o tym wszyst­kim prze­rwał dźwięk sto­ją­cego na zle­wie mi­nut­nika. Mi­nęło dzie­więć mi­nut, jego trzy jajka na twardo były już go­towe.

Kiedy usiadł przy ku­chen­nym stole, po­now­nie prze­czy­tał SMS-a od He­leny.

"Prze­pra­szam, wiem, że tego nie chcesz, ale mu­szę po­my­śleć te­raz o so­bie i mo­ich dzie­ciach. Wiesz, czym mu­szę się za­jąć. Mu­szę się na tym sku­pić i zro­bić to sama. Pro­szę, nie kon­tak­tuj się ze mną. Je­śli mnie ko­chasz, zo­staw mnie w spo­koju".

W pew­nej chwili Je­sper uświa­do­mił so­bie, co po­wi­nien zro­bić, więc smu­tek za­stą­piły de­ter­mi­na­cja i chęć dzia­ła­nia. Musi spo­tkać się z He­leną. Może ona na­dal nie zdaje so­bie sprawy, jak wiele dla niego zna­czy. Ja­koś musi wy­ja­śnić jej, że po­stę­puje nie­słusz­nie. Z tak wielu po­wo­dów. Sie­dze­nie w domu i uża­la­nie się nad sobą nie bę­dzie do­brym roz­wią­za­niem. Wy­jazd za He­leną i jej ro­dziną do Vim­merby na pewno jest głupi i na­iwny, ale fak­tycz­nie ist­nieje szansa, że ona zmieni zda­nie.

I on musi tę szansę wy­ko­rzy­stać.

Rozdział 6

Zmu­sił ją, aby usia­dła na przed­nim sie­dze­niu sa­mo­chodu. Nie od­wa­żyła się sta­wić oporu szorst­kim dło­niom. Sły­szała Jego słowa, a bio­rąc pod uwagę to, w jaki spo­sób na nią pa­trzył, nie wąt­piła, że jest w sta­nie speł­nić swoje groźby.

Wciąż była w szoku, łzy spły­wały jej po po­licz­kach, serce wa­liło w piersi. Trudno było zro­zu­mieć, co się wła­śnie wy­da­rzyło. Nie mo­gła ze­brać ko­tłu­ją­cych się my­śli. Kim On jest? Czego od niej chce? Czuła po­tworny strach na myśl o tym, do­kąd może ją za­brać. Na­gle przy­po­mniała so­bie wszyst­kie prze­czy­tane w ży­ciu ar­ty­kuły pra­sowe opo­wia­da­jące o ko­bie­tach, które zo­stały po­rwane, a póź­niej zna­le­ziono je mar­twe.

Za­drżała mimo cie­pła, dy­go­tała, choć jed­no­cze­śnie strużka potu spły­wała jej po ple­cach, wzdłuż krę­go­słupa. W ja­sno­nie­bie­skim vo­lvo było go­rąco. Zdała so­bie sprawę, że sa­mo­chód mu­siał przez dłuż­szy czas stać za­par­ko­wany na słońcu. We­wnątrz pa­no­wał cha­rak­te­ry­styczny za­duch, a obite ma­te­ria­łem sie­dze­nia były na­grzane. Opa­rzyła się o me­ta­lową sprzączkę, gdy pró­bo­wała po­lu­zo­wać za­pięty pas, który zda­wał się ją du­sić.

Męż­czy­zna szyb­kimi kro­kami okrą­żył sa­mo­chód i za­jął miej­sce za kie­row­nicą. Wrzu­cił pierw­szy bieg i zwol­nił ha­mu­lec ręczny, a po­tem od­je­chał z pi­skiem opon. Szlo­cha­jąc hi­ste­rycz­nie i - o dziwo - tłu­miąc okrzyk, zo­ba­czyła, jak jej dom znika w bocz­nym lu­sterku. Kiedy do­je­chali do końca ulicy, a On skrę­cił w lewo, za­uwa­żyła małe dziecko wy­bie­ga­jące na drogę. Pa­trzyło za nimi.

Do­piero gdy jej wła­sne dziecko znik­nęło jej z oczu, za­uwa­żyła ma­łego chłopca, który sie­dział na tyl­nym sie­dze­niu sa­mo­chodu i pa­trzył na nią z prze­ra­że­niem. Na oko mu­siał mieć nie wię­cej niż dzie­sięć lat, a na jego twa­rzy ma­lo­wała się bez­rad­ność. Obec­ność chłopca uspo­ko­iła ją na chwilę. Prze­cież nie może jej chyba skrzyw­dzić w jego obec­no­ści? Wkrótce jed­nak strach wró­cił. Ten nie­roz­ważny lęk we­wnątrz niej, który po­wo­do­wał tak duży ból, że nie wie­działa, co ze sobą zro­bić. Jed­nak nie od­wa­żyła się po­ru­szyć w za­uwa­żalny dla Niego spo­sób, nie mó­wiąc już o pa­trze­niu w Jego kie­runku.

Wkrótce opu­ścili znane jej ulice i wy­je­chali poza ob­szar mia­sta. Gę­sto za­lud­nione te­reny miesz­kalne zo­stały za­stą­pione le­śnymi dro­gami. Przy każ­dym zjeź­dzie serce pod­cho­dziło jej do gar­dła, a tętno ska­kało, gdy za­sta­na­wiała się, czy męż­czy­zna wy­bie­rze je­den z nich i tu ją za­bije. Co in­nego miałby z nią zro­bić? Myśl o tym, że naj­pierw ją skrzyw­dzi, wy­wo­łała pa­ra­li­żu­jący strach. A fakt, że być może dziecko bę­dzie świad­kiem tego wszyst­kiego, spo­wo­do­wał skurcz w żo­łądku. Raz po raz sta­wały jej przed oczami wła­sne dzieci, które mu­siały się za­sta­na­wiać, gdzie się po­działa, dla­czego je zo­sta­wiła.

Co zrobi? Czy od­waży się spró­bo­wać uciec po­mimo Jego słów, Jego ostrze­że­nia, że jej dzieci zginą, je­śli się Mu sprze­ciwi?

Sie­działa ci­cho i cze­kała. Mi­jali mia­sta, gminy i wsie, a cza­sem pro­ste od­cinki drogi bez żad­nej za­bu­dowy. Nikt w sa­mo­cho­dzie nie wy­po­wie­dział ani słowa.

Wresz­cie zwol­nił i skrę­cił, wjeż­dża­jąc do mia­sta, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie od­wie­dziła, i za­trzy­mał się przed nie­po­zor­nym do­mem z czer­wo­nej ce­gły.

Od­wró­cił się do niej i uśmiech­nął, za­nim wy­po­wie­dział słowa, przez które po­czuła, że cały jej tu­łów sztyw­nieje, od szyi w dół.

- Wró­ci­li­śmy do domu.