Ksiądz Grzegorz
Bardzo młody, niewiele starszy ode mnie. Z lekką nadwagą i przyjaznym, okrągłym obliczem. Bardziej pasował na DJ-a niż na księdza.
- Co ksiądz jej powiedział?
Skrzywił się nieznacznie.
- Nie było sensu tłumaczyć, nie uwierzyłaby i tak, więc...
- Więc?
- Przypomniałem jej, że to ja decyduję, kto daje kwiaty na ołtarz. One bardzo rywalizują o to z Zimowiecką. Każda chce być wyczytana na ambonie. Proboszcz wolał kwiaty od Zimowieckiej, a teraz ja wybieram, bo niestety zajmuję się w tej parafii takimi właśnie duperelami.
- Czyli szantażyk? Milczenie za kwiatki?
- Myślę, że to zadziała. - Uśmiechnął się szeroko. - Już poznałem nieco mentalność tutejszych parafian. Ale przyszedłem w innej sprawie. - Przesunął się z krzesłem do cienia. - A mianowicie twoja ciocia... przepraszam, możemy sobie mówić po imieniu?
- Jasne. Nastka.
- Grzegorz. Twoja ciocia mówiła mi, że masz uprawnienia do pracy z dziećmi...
- Mam - przytaknęłam. Coraz bardziej podobał mi się ten niespodziewany gość.
- Ufff. - Ksiądz błysnął uśmiechem. - Bo widzisz, katechetka mi się połamała, miała wypadek i leży w szpitalu. Na drugim końcu Polski.
- Ale ja jestem polonistką. Właściwie będę nią dopiero w czerwcu, jeśli dobrze pójdzie.
- Nie szkodzi. - Machnął ręką. - Nie potrzebuję nauczycielki, tylko pomocy do organizacji pierwszej komunii. Scenariusz jest, ale trzeba napisać podziękowania i ćwiczyć z tymi dzieciakami. Sam nie dam rady. Nie nadaję się. Potrzebuję kobiecej i polonistycznej ręki - zakończył.
Oniemiałam.
- Oczywiście zapłacę ci.
Ooo!!! To zmieniało postać rzeczy. Kasa - jakakolwiek - była mile widziana.
- Ekhe... - Splotłam dłonie. - Zaskoczyłeś mnie.
- Za miesiąc komunia, niebawem koniec roku szkolnego, wszystkie katechetki wokoło obstawione. - Rzucił mi spojrzenie mopsa.
- Ile tych dzieci?
- Ośmioro.
I tym sposobem zostałam panią od komunii. Może odrobinę pochopnie, bo kompletnie nie wiedziałam, co mnie czeka. Poza tym od jakiegoś czasu - dokładnie od momentu, gdy w moim życiu pojawił się Olek - nie byłam najlepszą katoliczką. Zawsze wychodziłam z założenia, że jeśli już się jest wierzącym i praktykującym, to należy trzymać się zasad. Inaczej chodzenie do kościoła nie ma sensu. Straciłam więc ten sens, gdy zaczęłam sypiać z Olkiem, bo przecież zdawałam sobie sprawę, że pójście do spowiedzi nie rozwiąże problemu. Nie żałowałam moich grzechów ani trochę. Lubiłam te dni, gdy urywaliśmy się z zajęć, żeby pobyć ze sobą. Zazwyczaj spotykaliśmy się u mnie, bo prawdopodobieństwo, że któreś z rodziców wpadnie do domu w godzinach między jedenastą a trzecią, było nikłe. Uwielbiałam atmosferę naszych spotkań, zachłanność Olka i jego stanowczość, lubiłam, jak mnie później rysował, drzemiącą, i jak chodził boso. Czasami, podczas tego rysowania, zasypiałam naprawdę mocno i gdy się budziłam, Olek siedział w fotelu i mi się przyglądał.
- Gapiłeś się, gdy spałam - mówiłam, uśmiechając się.
- Pilnowałem, czy wszystko okej - odpowiadał poważnie.
- A co niby miało być nie okej? - mruczałam pod nosem, wygrzebując się spod koca i zakładając koszulkę.
- Mogłaś spaść albo coś. Dobrze wiesz, że przez sen wierzgasz.
Nie żałowałam niczego, przestałam więc chodzić do kościoła. Czułam, że to nie jest miejsce dla mnie, bo nie dość, że sypiałam z facetem bez ślubu, to na dodatek ten facet nie był moim oficjalnym facetem. Był kimś bliskim, kto chwilowo pomieszkiwał w moim życiu.
W sumie więc byłam bardzo kiepską kandydatką na panią od komunii. Zdawałam sobie z tego sprawę. Ale Grzesiek o tym nie wiedział, a ja pilnie potrzebowałam pieniędzy. Poza tym wyjechałam na wieś, by uciec od Olka, istniała więc szansa, że się nawrócę.
***
Kolejny dzień, zgodnie z planem, poświęciłam magisterce. Dopiero późnym popołudniem wybrałam się na wycieczkę rowerową - postanowiłam z większym zaangażowaniem popracować nad kondycją. Po drodze minęłam pusty jeszcze dom mojej babci - zimę spędzała w mieście, u cioci Trudzi, na wieś miała przybyć lada dzień. Dojechałam aż pod willę wujków i widząc światło w kuchni, postanowiłam wejść. Ciocia piekła ciasto i bardzo się ucieszyła z mojej wizyty.
- Wycieczka rowerowa bez psów? - zapytała.
- Zostawiłam je, bo mają jakieś rewolucje żołądkowe. A gdzie Michał?
- Smaruje świnie.
Wybałuszyłam oczy.
- Świnie mamy chore. Reumatyzm. I trzy razy dziennie je smarujemy - wyjaśniła ciocia, a ja dostałam ataku śmiechu, bo wyobraziłam sobie, jak Michał przekonuje prosiaki, by oddały się zabiegom kosmetycznym i w tym celu wyciągnęły nóżkę.
Ciocia też się roześmiała i pogroziła mi palcem.
- Nie ma się z czego śmiać, tylko robota z nimi i problemy. Co się doprowadzimy do porządku, to znowu musimy do nich iść, bo pora smarowania.
W tym momencie trzasnęły drzwi wejściowe i do środka wtargnął mało przyjemny zapach.
- Pod prysznic! - huknęła ciocia. - Dobrze, że mamy teraz tyle łazienek - uśmiechnęła się.
Wujek i Michał zastali nas przy herbatce i cieście. Oczywiście chwilę później zostałam wyciągnięta na górę, bo wszystko już pomalowano. Michał był dumny ze swego dzieła.
- Jutro przywożą łóżka, a za tydzień resztę mebli. Teraz tylko musimy zrobić zdjęcia na stronę internetową. Znalazłem też piękną klacz, ale nie wiem, jak o tym powiedzieć Baśce...
- Czemu? - zapytałam, siadając na materacu. Był to jedyny mebel w zielonym, ogromnym pokoju, przeznaczonym w przyszłości dla rodziców z dzieckiem.
- Bo żeby ją kupić, muszę sprzedać auto. - Michał poczochrał swoją czuprynę w geście zakłopotania. - Baśki rodzice mają samochód, moi też, a za rok, może za dwa lata kupimy własny. Na dzień dzisiejszy bardziej potrzebuję klaczy, bo jazda konna ma być jedną z atrakcji.
Uśmiechnęłam się.
- Zawsze marzyłeś o stadninie.
Usiadł obok mnie.
- Życie polega na spełnianiu marzeń. Na niczym więcej.
Ciocia przyniosła nam galaretki. Mnie - czerwoną, jemu - zieloną. Poczułam się jak nastolatka, bezpiecznie i radośnie. Wszelkie strachy zostały za drzwiami. Pachniało farbą i wiosną. Jedliśmy na leżąco, wspominając nasze wakacyjne przygody sprzed lat. Michał karmił mnie swoją galaretką, bo twierdził, że zielona jest lepsza.
Tak nas zastała Baśka.