Nie tylko o łajdakach - Magdalena Kulus

Kup ebooka

20.90 zł
17.35 zł (17,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Olek

Student katowickiej ASP. Niezwykle wyluzowany i leniwy osobnik o żółwim profilu. Niezbyt przystojny, ale charakterystyczny blondyn. Miałam mu pozować raz czy dwa, skończyło się na aktach. Zabierał mnie ze sobą w plenery, wpadał do mnie coś przegryźć. Zostałam jego modelką i od czasu do czasu lądowałam z nim w łóżku. Bez zobowiązań, niestety.

- A stu­dia rzu­casz? - za­py­tał ta­ta. O dzi­wo, bo w su­mie to mia­łam wra­że­nie, że od daw­na nie in­te­re­su­je go mo­je ży­cie.

- We­zmę lap­to­pa i bę­dę pi­sać ma­gi­ster­kę. Mam książ­ki, no­tat­ki i kse­rów­ki, po co mia­ła­bym tu sie­dzieć, jak mo­gę po­od­dy­chać świe­żym po­wie­trzem? Za­bio­rę psy. - Wszyst­ko do­kład­nie prze­my­śla­łam.

- Nie wiem, czy to jest do­bry po­mysł. - Ta­ta jak zwy­kle był scep­tycz­ny.

- Na pew­no chcesz go tam po­ta­jem­nie spro­wa­dzić - rze­kła z prze­ko­na­niem ma­ma.

Prze­cież ja od nie­go ucie­ka­łam...!

Olek po­ja­wił się w mo­im ży­ciu na­gle - za­dzwo­nił pew­ne­go wie­czo­ru z proś­bą o spo­tka­nie, cho­ciaż zna­li­śmy się tyl­ko z wi­dze­nia. Mie­li­śmy wspól­nych zna­jo­mych, spo­ty­ka­li­śmy się pod­czas róż­ne­go ro­dza­ju im­prez, ale ni­g­dy nie roz­ma­wia­li­śmy. Je­go te­le­fon zdzi­wił mnie więc, ale wy­gra­ła cie­ka­wość - po­szłam, mi­mo że ko­bie­ca in­tu­icja pod­po­wia­da­ła mi, iż nie cho­dzi o ro­man­tycz­ną ko­la­cję, a ra­czej o in­te­res. Nie my­li­łam się. Olek nie owi­jał w ba­weł­nę - od ra­zu wy­ło­żył ka­wę na ła­wę, jak to on. Wpa­dła mu w oko mo­ja przy­ja­ciół­ka - Lu­iza, zwa­na przez wszyst­kich Lu, czar­no­wło­sa i zja­wi­sko­wo pięk­na, do­oko­ła któ­rej nie­ustan­nie krą­ży­ły tłu­my męż­czyzn. Ol­ko­wi trud­no się by­ło prze­bić, po­sta­no­wił więc zro­bić to przy po­mo­cy mo­jej skrom­nej oso­by.

Ujął mnie tym, że był szcze­ry, nie krę­cił i miał fe­no­me­nal­ne po­czu­cie hu­mo­ru - je­go mi­ster­nie wy­my­ślo­ny plan bar­dzo mnie roz­ba­wił. Wie­dzia­łam, że u Lu nie ma szans. Ona wo­la­ła pa­nów w ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach, a nie ar­ty­stów, cze­go oczy­wi­ście przed nim nie ukry­wa­łam.

- Chcę spró­bo­wać - upie­rał się.

Od tej po­ry spę­dza­li­śmy ze so­bą spo­ro cza­su - za­bie­ra­łam go na im­pre­zy i wy­pa­dy, w któ­rych uczest­ni­czy­ła Lu. Od­pu­ścił do­pie­ro, gdy zo­ba­czył ją w to­wa­rzy­stwie wła­ści­cie­la jed­ne­go z naj­bar­dziej po­pu­lar­nych klu­bów w mie­ście, wsia­da­ją­cą do wy­pa­sio­ne­go bmw. Miał zła­ma­ne ser­ce, nie­usta­ją­ce pro­ble­my fi­nan­so­we, wiel­kie ar­ty­stycz­ne am­bi­cje i kło­po­ty ro­dzin­ne. Wpa­dał po­ga­dać, wy­ża­lić się, po­oglą­dać fil­my. Sta­li­śmy się nie­roz­łącz­ni, ja się za­ko­cha­łam, a je­mu po pro­stu tak by­ło wy­god­nie.

Wes­tchnę­łam.

- I bę­dziesz go tam utrzy­my­wać na nasz koszt. - Ma­ma kon­ty­nu­owa­ła roz­po­czę­ty wą­tek.

- On wy­jeż­dża w gó­ry. - Czu­łam, że za­czy­na mi bra­ko­wać cier­pli­wo­ści.

- W każ­dym ra­zie pa­mię­taj, że nie ży­czę so­bie te­go nie­ro­ba w mo­im do­mu!

Gośka

Moja maszkarkowa sąsiadka, niewiele ode mnie starsza matka Polka. Dwoje dzieci - bliźnięta. Gospodarstwo maleńkie, należące do teścia, z którym właściwie nie utrzymywała kontaktów, chociaż z nim mieszkała (!). Zazwyczaj szorstka, dla mnie jednak całkiem miła.

- Na­st­ka! - Obu­dził mnie jej wrzask, a dar­ła się jak praw­dzi­wa wiej­ska ba­ba. - Na­st­ka!

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Pierw­sza po po­łu­dniu. Oczy­wi­ście psy spa­ły, jak­by był śro­dek no­cy. W koń­cu ja­ki pan, ta­ki kram. Od­sło­ni­łam ro­le­ty i słoń­ce wla­ło się do po­ko­ju.

Wrzask do­bie­gał zza drzwi wej­ścio­wych. Otwo­rzy­łam.

- Cho­le­ra, my­śla­łam, że umar­łaś - oświad­czy­ła Goś­ka. Oczy­wi­ście prze­la­zła przez płot, bo bra­mę za­mknę­łam na łań­cuch, jak przy­ka­za­no. - Nie strasz mnie tak.

- Wchodź - za­pro­si­łam ją z pew­ny­mi wy­rzu­ta­mi su­mie­nia, bo wy­ob­ra­zi­łam so­bie, co po­wie­dzia­ła­by mo­ja ma­ma, gdy­by wie­dzia­ła, że wpu­ści­łam ko­goś do ta­kie­go ba­ła­ga­nu. Na sto­li­ku sta­ły brud­ne na­czy­nia, łóż­ko by­ło nie­po­ście­lo­ne, a na krze­słach wi­sia­ła ma­low­ni­czo mo­ja gar­de­ro­ba.

- Dzwo­nią do mnie od ra­na, że wy­łą­czy­łaś te­le­fon - po­wie­dzia­ła, po­dą­ża­jąc za mną do kuch­ni.

- Ka­wu­si?

- Chęt­nie.

Gdy za­sia­dły­śmy na we­ran­dzie z kub­ka­mi w rę­kach, Goś­ka za­py­ta­ła:

- Co z tą two­ją ko­mór­ką?

- Nic. - Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. - Po­trze­bu­ję tro­chę spo­ko­ju.

- Tak mam im po­wie­dzieć?

Wła­ści­wie za­mie­rza­łam włą­czyć ten głu­pi te­le­fon ra­no, ale wpa­dłam na ge­nial­ny po­mysł.

- Po­wiedz, że nie wzię­łam ła­do­war­ki.

Ha!

- W po­rząd­ku. - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, nie za­da­jąc zbęd­nych py­tań. - Jak tam chcesz.

***

Po­byt w mo­im SPA po­sta­no­wi­łam roz­po­cząć od wy­ciecz­ki ro­we­ro­wej. Wy­cią­gnę­łam sta­ry skła­dak i ru­szy­łam na orzeź­wia­ją­cą wy­pra­wę - tak mi się przy­naj­mniej wy­da­wa­ło.

Przez pierw­sze pół go­dzi­ny my­śla­łam tyl­ko o tym, czy na pew­no wszyst­ko do­brze po­za­my­ka­łam. Po­tem za­czę­łam do­go­ry­wać, bo zro­bi­ło się do­syć cie­pło, a mo­ja kon­dy­cja po­zo­sta­wia­ła wie­le do ży­cze­nia. To­wa­rzy­szą­cy mi Bru­no, pięk­ny gol­den, za­trzy­mał się w cie­niu i sa­pał, a Fuk­siu, ma­ły, czar­ny kun­de­lek, bie­gał ner­wo­wo do­oko­ła z wy­wa­lo­nym ję­zy­kiem.

- Chło­pa­ki, prze­rwa. - Rzu­ci­łam się na tra­wę i po­la­łam im do py­sków wo­dę mi­ne­ral­ną, prze­zor­nie za­bra­ną z do­mu.

Nie­dłu­go po­tem wra­ca­łam z po­czu­ciem klę­ski - spo­co­na, zdy­sza­na i wy­koń­czo­na. Jak na pierw­szy raz ta eska­pa­da by­ła zde­cy­do­wa­nie za dłu­ga. Cze­ka­łam, kie­dy za­cznę char­czeć i wy­plu­wać płu­ca.

Pro­wa­dząc ro­wer, z da­le­ka zo­ba­czy­łam, że przy Masz­kar­ce stoi sa­mo­chód i ja­kiś męż­czy­zna.

- Wu­jek! - Szcze­rze się ucie­szy­łam. Bo o furt­kę opie­rał się wu­jek Sta­siek.

Telewizor Venus

Wszystkie przedmioty i meble na Maszkarce były z poprzedniej epoki ustrojowej albo i starsze. Kredens wydobyty z jakiejś szopy, kanapa od mamy Olka, zabytkowy stół ze strychu babci. Najbardziej lubiłam telewizor Venus - przypominał mi moje (nie tak odległe, ale jednak) dzieciństwo. Ogólnie wystrój tego domu był odważny i nonszalancki, a ilość kiczowatych przedmiotów budziła spore zainteresowanie gości.

Włą­czy­łam so­bie ja­kiś film, za­bra­łam do łóż­ka Bru­no­na i mar­mo­la­dę przy­wie­zio­ną przez wuj­ka. Za­wsze to zdrow­sze niż nu­tel­la. Mę­czy­ło mnie jed­nak, że nie spraw­dzi­łam pom­py od ka­na­li­za­cji, więc po fil­mie ru­szy­łam na dwór. By­ło kosz­mar­nie ciem­no, a na nie­bie ro­iło się od gwiazd. Zwie­rza­ki roz­bie­gły się po ogro­dzie.

- Na­st­ka! - usły­sza­łam od pło­tu. - My­śla­łam, że śpisz. Ma­ma do cie­bie dzwo­ni.

Prze­ję­łam ko­mór­kę od Go­chy.

- Hel­lo, ma­mo!

- Cześć. Co z tą two­ją ła­do­war­ką?

- Nie wiem, nie ma jej.

- A w sza­fie spraw­dza­łaś?

- Tak.

- A pod sza­fą?

- Nie.

- To po­szu­kaj. Pro­si­łam cio­cię Alę i wuj­ka Sta­sia, że­by ci tam po­mo­gli, jak­by co.

- Za­pro­si­li mnie na obiad.

- Jak nie znaj­dziesz tej ła­do­war­ki, to ta­ta ci przy­wie­zie w we­ek­end.

- Nie!!! Znaj­dę na pew­no!!!

I tym spo­so­bem zo­sta­łam zmu­szo­na do włą­cze­nia ko­mór­ki. Jej wy­świe­tlacz pi­kał jak osza­la­ły od ra­zu po przy­wró­ce­niu go do ży­cia. Sześć nie­ode­bra­nych po­łą­czeń od ma­my, jed­no od Lu, ese­mes od Je­rzy­ka, kum­pla ze stu­diów, jak zwy­kle mrocz­ny i pe­sy­mi­stycz­ny, z proś­bą o po­ży­cze­nie książ­ki (Je­rzyk kon­tak­to­wał się ze świa­tem tyl­ko w sta­nie wyż­szej ko­niecz­no­ści, czy­li wte­dy, gdy cze­goś po­trze­bo­wał) i jed­no nie­ode­bra­ne po­łą­cze­nie od Ol­ka.

Ostat­ni raz wi­dzie­li­śmy się przed Wiel­ka­no­cą, tuż przed mo­im wy­jaz­dem. Był na­dą­sa­ny, nie lu­bił świąt i sku­tecz­nie obrzy­dzał je tak­że mnie. Za­wsze ku­po­wa­łam mu z tej oka­zji ja­kiś drob­ny upo­mi­nek i li­czy­łam na naj­mniej­szy gest z je­go stro­ny. Ale mój wy­bra­nek - za­rów­no pod­czas Wiel­ka­no­cy, jak i Bo­że­go Na­ro­dze­nia - wpa­dał w de­pre­sję. Nic nie po­ma­gał mój opty­mizm, nie­spo­dzian­ki i po­go­da du­cha. Świę­ta we­dług Ol­ka trze­ba by­ło prze­cze­kać. Oczy­wi­ście z de­pre­sją łą­czył się też chro­nicz­ny brak pie­nię­dzy na pre­zent nie tyl­ko dla mnie, ale też dla je­go ro­dzi­ców czy ro­dzeń­stwa. Dla­te­go tro­chę mi ulży­ło, gdy oka­za­ło się, że w tym ro­ku wy­jeż­dża­my na wieś, a on, od ra­zu po świę­tach, ma ja­kiś stu­denc­ki wy­pad do Za­ko­pa­ne­go.

Olek każ­de­go ran­ka wy­sy­łał mi sy­gnał ko­mór­ką - ta­ki mie­li­śmy zwy­czaj. Ja wsta­wa­łam za­zwy­czaj wcze­śniej, więc to on da­wał znać, że oto roz­po­czął dzień. Oby­dwo­je pro­wa­dzi­li­śmy ak­tyw­ny tryb ży­cia - ja po­ma­ga­łam w fun­da­cji na rzecz zwie­rząt i sta­le za­ła­twia­łam so­bie ja­kieś prak­ty­ki, Olek ma­lo­wał, ba­lo­wał, cho­dził re­kre­acyj­nie po gó­rach. Nie ogra­ni­cza­li­śmy się na­wza­jem, ale ten sy­gnał ra­no mu­siał być.

Nie zda­rzy­ło się, bym mu nie od­po­wie­dzia­ła - wte­dy, gdy wy­łą­czy­łam ko­mór­kę na ca­łą do­bę, to był pierw­szy raz. Pierw­sza ozna­ka mo­je­go bun­tu.

Spraw­dza­jąc nie­ode­bra­ne po­łą­cze­nia, uświa­do­mi­łam so­bie, że o wy­jeź­dzie nie za­wia­do­mi­łam Lu. W przy­pły­wie ży­wej tę­sk­no­ty po­sta­no­wi­łam, że za­dzwo­nię do niej na­stęp­ne­go dnia, bo już by­ło za póź­no na po­ga­węd­ki - mo­ja przy­ja­ciół­ka cho­dzi­ła spać z ku­ra­mi, po­nie­waż dba­ła o ce­rę. Tak­że z my­ślą o ce­rze spo­ży­wa­ła ogrom­ne ilo­ści so­ku mar­chwio­we­go, a na im­pre­zach tyl­ko uda­wa­ła, że pi­je wód­kę. Ja nie­spe­cjal­nie dba­łam o ce­rę, a tak­że o tłuszcz, któ­ry we­dług Lu nie­ustan­nie wę­dro­wał w kie­run­ku na­szych brzu­chów.

W środ­ku no­cy zgłod­nia­łam i zo­rien­to­wa­łam się, że nie ku­pi­łam chle­ba. Zja­dłam więc pasz­tet, ka­wa­łek cia­sta i schab ze śliw­ką. Cu­dow­ne nie­zdro­we je­dze­nie o nie­do­zwo­lo­nej po­rze - to lu­bi­łam naj­bar­dziej, w prze­ci­wień­stwie do Lu, któ­ra sta­le by­ła na die­cie.

***

Po­ra­nek za­sko­czył mnie desz­czem i sy­gna­łem od Ol­ka - jak wi­dać, mo­je mil­cze­nie nie­spe­cjal­nie zro­bi­ło na nim wra­że­nie. Od­po­wie­dzia­łam tym sa­mym. Smęt­nie cho­dzi­łam od okna do okna, przy­dep­tu­jąc pi­ża­mę i po­pi­ja­jąc owo­co­wą her­ba­tę. W koń­cu wró­ci­łam do łóż­ka i opa­tu­lo­na koł­drą wy­bra­łam nu­mer przy­ja­ciół­ki.

- Hel­lo, Lu!

- Hel­lo, ko­cha­na! Co z to­bą? Nie mo­głam się do­dzwo­nić.

- Je­stem na wsi i tro­chę po­za za­się­giem.

- Kie­dy wra­casz?

- Nie wiem...

- Ucie­kłaś?

- No­oo... Przy­je­dziesz do mnie?

- Przy­ja­dę. Ale nie w tym ty­go­dniu, bo po­zna­łam su­per­fa­ce­ta. Za ty­dzień. Zro­bi­my so­bie bab­ską im­prez­kę.

- Tyl­ko pa­mię­taj, że ja mu­szę pil­no­wać do­mu.

- A kto po­wie­dział, że nie bę­dzie­my pil­no­wać? Koń­czę, bo szef się ga­pi.

- Pa.

Po­le­ża­łam jesz­cze chwi­lę, jed­nak roz­są­dek zwy­cię­żył. Za­mknę­łam w do­mu mo­ich pu­pi­li i ru­szy­łam po pro­wiant - tym ra­zem pie­szo, bo nie mia­łam kurt­ki prze­ciw­desz­czo­wej i mu­sia­łam za­brać pa­ra­sol. La­ło jak z ce­bra. Skie­ro­wa­łam się do skle­pu w cen­trum wsi. Do­tych­czas jeź­dzi­łam tam au­tem, z ro­dzi­ca­mi. Nie są­dzi­łam, że jest tak da­le­ko. Szłam, szłam i jed­ną rę­ką ści­ska­łam w kie­sze­ni te­le­fon. Mo­że do nie­go za­dzwo­nić? W grun­cie rze­czy wy­je­cha­łam bez sło­wa. Wy­stu­ka­łam nu­mer Ol­ka i wraz z pierw­szym sy­gna­łem usły­sza­łam za so­bą grom­kie:

- Przy­je­cha­li­ście!

Szyb­ko się roz­łą­czy­łam i scho­wa­łam ko­mór­kę. Z wy­cią­gnię­ty­mi ra­mio­na­mi zmie­rza­ła do mnie pa­ni Ko­zi­ko­wa.

Ważne!

Wypuszczać psy na podwórko! Wszyscy się ich bali i dzięki temu nikt nie miał odwagi składać nam wizyt.

W skle­pie ku­pi­łam so­bie pa­rę sma­ko­ły­ków, ale ku mo­jej roz­pa­czy nie zna­la­złam żad­nych mro­żo­nek ani go­to­wych dań, by­łam więc ska­za­na na gril­la.

***

Przez ko­lej­ne dni ca­ły czas pa­da­ło. Czy­ta­łam książ­ki, prze­glą­da­łam no­tat­ki i... gło­do­wa­łam. To zna­czy - tę­sk­ni­łam za obia­dem, po­rząd­nym, so­lid­nym obia­dem. Nie­ste­ty, kom­plet­nie nie po­tra­fi­łam go­to­wać. Za nic w świe­cie nie za­dzwo­ni­ła­bym do ma­my z proś­bą o wska­zów­ki, bo wie­lo­krot­nie wy­słu­chi­wa­łam, ja­ka to je­stem nie­po­rad­na ku­li­nar­nie (ży­cio­wo zresz­tą też). W so­bo­tę po­je­cha­łam do skle­pu i ku­pi­łam sztu­kę mię­sa. Na­stęp­nie usia­dłam przy lap­to­pie i po­szu­ka­łam w In­ter­ne­cie prze­pi­sów.

Że też wcze­śniej nie wzię­łam się za go­to­wa­nie z wuj­kiem Go­ogle!

Wpraw­dzie nie mia­łam goź­dzi­ków, któ­re by­ły prze­wi­dzia­ne przez au­to­ra prze­pi­su, jed­nak wy­szło nie­źle. Tro­chę za ma­ło pi­kant­ne, tro­chę za twar­de, ale mię­so to mię­so. Usma­ży­łam so­bie do te­go ziem­nia­ki i zro­bi­łam sa­łat­kę z po­mi­do­rów. Mio­dzio! By­ła szan­sa, że u wuj­ków nie rzu­cę się na obiad ni­czym wy­głod­nia­ły zwierz.

***

I do południa budzikom śmierć, a po pół­no­cy niech dzwo­ni kto chce, ra­no trze­ba wstać, ra­no to jest tak gdzieś po pierw­szej, bo póź­niej już nie.1)

W nie­dzie­lę obu­dzi­łam się w po­łu­dnie, czy­li do­kład­nie w tym mo­men­cie, gdy w naj­bliż­szym ko­ście­le koń­czy­ła się ostat­nia te­go dnia msza. Wy­peł­złam z do­mu na po­dwór­ko - słoń­ce świe­ci­ło i wy­glą­da­ło na to, że bę­dzie po­go­da. Psia­ki za­chę­ca­ły mnie do za­ba­wy, więc za­czę­łam rzu­cać im pa­ty­ki, kie­dy na­gle uświa­do­mi­łam so­bie, że prze­cież od ra­zu po mszy mia­łam je­chać do wuj­ków! Pod mo­ją bra­mą, jak za ski­nie­niem różdż­ki, po­ja­wił się bia­ły mer­ce­des i wy­siadł z nie­go Mi­chał.

1) Tekst An­drze­ja Pia­secz­ne­go do pio­sen­ki Ro­ber­ta Choj­nac­kie­go pt. Bu­dzi­kom śmierć.

Ciocia Ala

Drobna blondynka o jasnych oczach, stanowcza i bezpośrednia. Moja ulubiona!

Za­sie­dli­śmy do sto­łu w ma­łym sa­lo­ni­ku. Cio­cia nie roz­cza­ro­wa­ła mnie ku­li­nar­nie - był i ro­so­łek z mar­che­wecz­ką, i fan­ta­stycz­ne pier­si z kur­cza­ka, o su­rów­kach nie wspo­mi­na­jąc. Do te­go kom­po­cik z wi­śni, a na ko­niec ser­nik z pian­ką.

- Te­raz to ja mam pro­fe­sjo­nal­ną kuch­nię, zgod­nie z prze­pi­sa­mi! - chwa­li­ła się. - Spo­ro by­ło z tym ro­bo­ty, ale pra­wie wszyst­ko jest za­pię­te na ostat­ni gu­zik. A jak to­bie się tam sa­mej miesz­ka? - za­tro­ska­ła się. - Nie bo­isz się?

- Nie, mam psy. No i są­sia­dów. A gdzie two­ja na­rze­czo­na? - za­py­ta­łam Mi­cha­ła, bo od po­cząt­ku dziw­ne mi się wy­da­wa­ło, że Baś­ki nie ma.

- Pra­cu­je - wy­ja­śnił krót­ko.

- Wiecz­nie ma­ru­dzi - po­skar­ży­ła się cio­cia.

- Ma­mo, daj spo­kój - wes­tchnął.

Gdy po­szli­śmy oglą­dać po­ko­je prze­wi­dzia­ne w przy­szło­ści dla tu­ry­stów, za­py­ta­łam wprost:

- Cze­mu Baś­ka ma­ru­dzi?

Mi­chał wy­glą­dał przez okno.

- Bo chcia­ła zo­stać w Ir­lan­dii. Tam miesz­ka­li­śmy sa­mi, nikt się do ni­cze­go nie wtrą­cał, mie­li­śmy pie­nią­dze.

- A ty nie chcia­łeś?

- Na­st­ka, po­patrz. - Po­cią­gnął mnie za rę­kę do okna. Wi­dać by­ło przez nie bu­dyn­ki go­spo­dar­skie, spa­ce­ru­ją­ce ku­ry i wy­le­gu­ją­ce się le­ni­wie ko­ty. Po pra­wej stro­nie wzrok przy­cią­gał sad, a w nim kwit­ną­ce ja­bło­nie. Da­lej by­ły po­la, aż po ho­ry­zont, aż po błę­kit­ne nie­bo. - Ro­zu­miesz?

- Ro­zu­miem. - Kiw­nę­łam gło­wą, bo ko­cha­łam tę wieś pra­wie tak sa­mo jak on.

Kie­dy Mi­chał od­wiózł mnie na Masz­kar­kę, po raz pierw­szy po­czu­łam się tro­chę sa­mot­nie. Za­pro­si­łam go na her­ba­tę, ale spie­szył się do Baś­ki. Po­ba­wi­łam się z psa­mi, wy­pi­łam ka­kao, spraw­dzi­łam pocz­tę i pół wie­czo­ru be­cza­łam. Spra­wi­ło mi to du­żą ulgę i sa­tys­fak­cję, bo w koń­cu mo­głam so­bie po­chli­py­wać jaw­nie, a nie w po­dusz­kę. By­łam jak bo­ha­ter­ka ro­man­tycz­nych ko­me­dii - sa­mot­na, opusz­czo­na, ocze­ku­ją­ca na wiel­kie zmia­ny, świe­tla­ną przy­szłość i księ­cia na bia­łym ru­ma­ku.

***

Na­stęp­ne­go dnia wsta­łam rześ­ka i wy­spa­na, z po­sta­no­wie­niem, że nie dam się chan­drze. Wio­sen­ne sło­necz­ko grza­ło, więc stwier­dzi­łam, że war­to się nie­co po­opa­lać. Za­ło­ży­łam czer­wo­ne bi­ki­ni, wy­cią­gnę­łam le­żak i uda­łam się do ogro­du. Za­pla­no­wa­łam mak­sy­mal­ny re­laks - włą­czy­łam MP3, za­ło­ży­łam słu­chaw­ki na uszy i od­cię­łam się od świa­ta. Wie­trzyk za­wie­wał, a ja się wy­le­gi­wa­łam. Zro­bi­ło się na ty­le przy­jem­nie, że wpa­dłam na po­mysł, by cho­ciaż chwi­lę po­opa­lać się to­pless. Prze­ciw­wska­zań nie by­ło, bo Go­cha po­je­cha­ła do ma­my, jej mąż - Fra­nek - był w pra­cy, bliź­nia­ki w szko­le, a mój dru­gi są­siad przy­jeż­dżał na swo­ją dział­kę tyl­ko w so­bo­ty, że­by za­dbać o plan­ta­cję i w spo­ko­ju wy­pić z ko­le­gą pi­wo. Z jed­nej stro­ny za­sła­niał mnie dom, z dru­giej by­ły po­la, nie mia­łam więc obaw, że ktoś mnie zo­ba­czy. Śpie­wa­łam so­bie na głos Chło­pa­ki nie pła­czą i by­łam w peł­ni szczę­śli­wa, mia­łam wszyst­kich i wszyst­ko do­kład­nie gdzieś.

W pew­nym mo­men­cie, w prze­rwie mię­dzy pio­sen­ka­mi, usły­sza­łam szcze­ka­nie Fuk­sa (Bru­no - ary­sto­kra­ta nie zni­żał się do po­zio­mu po­spól­stwa i dźwię­ków z sie­bie ra­czej nie wy­da­wał). W po­pło­chu się­gnę­łam po sta­nik i w tym mo­men­cie zo­ba­czy­łam czer­wo­ną szmat­kę za pło­tem, w po­lu. Szyb­ko zro­zu­mia­łam, że wy­wia­ło mi biu­sto­nosz. Od­wró­ci­łam się więc, za­sła­nia­jąc le­ża­kiem, i jęk­nę­łam - nie tyl­ko w du­chu. Od stro­ny do­mu zmie­rzał w mo­im kie­run­ku... ksiądz!

- Szczęść Bo­że! - Po­ma­chał do mnie, nic so­bie nie ro­biąc z ob­ska­ku­ją­cych go psów.

- Szczęść Bo­że... - wy­du­ka­łam. - Nie­ste­ty, nie mam jak księ­dza god­nie po­wi­tać, bo mi wy­wia­ło bie­li­znę - wy­zna­łam, a ksiądz onie­miał.

- Wy­wia­ło? - za­py­tał i wi­dzia­łam, że pró­bu­je ogar­nąć sy­tu­ację.

- Gó­rę od ko­stiu­mu mam na po­lu, więc jak ksiądz ma do mnie spra­wę, to pro­szę sko­czyć do do­mu, tam na ka­na­pie le­żą wy­pra­ne ko­szul­ki. Ubio­rę się i po­ga­da­my. - Sta­ra­łam się nie być ner­wo­wa, ale trud­no roz­ma­wia się z oso­bą du­chow­ną, za­sła­nia­jąc so­bie biust le­ża­kiem.

Ksiądz w koń­cu po­jął, że je­stem pół­na­ga, po­kra­śniał i po­biegł czym prę­dzej do Masz­kar­ki. My­śla­łam, że już go­rzej być nie mo­że, ale w tym mo­men­cie zo­ba­czy­łam na mo­im po­dwór­ku pa­nią Ko­zi­ko­wą. Psy za­ję­ły się go­ściem w su­tan­nie, mia­ła więc dro­gę wol­ną, mo­gła za­spo­ko­ić cie­ka­wość i mnie od­wie­dzić.

- Przy­nio­słam se­rek... - zdą­ży­ła po­wie­dzieć i w tej chwi­li na ścież­ce po­ja­wił się ksiądz, wy­ma­chu­jąc mo­ją nie­bie­ską ko­szul­ką.

Mia­łam wra­że­nie, że śni mi się kosz­mar. Te­raz wszy­scy mie­li­śmy ob­li­cza w róż­nych od­cie­niach czer­wie­ni.

- No, wie ksiądz... - obu­rzy­ła się Ko­zi­ko­wa, oglą­da­jąc mo­je go­łe no­gi wy­sta­ją­ce zza le­ża­ka. - So­do­mia i Go­mo­ria... Idę do pro­bosz­cza i księ­dza wy­ślą do bu­szu, zo­ba­czy ksiądz! Bę­dzie ksiądz czar­nu­chów na­wra­cał! - Zro­bi­ła w tył zwrot i ru­szy­ła w kie­run­ku furt­ki.

Dusz­pa­sterz rzu­cił mi ko­szul­kę i po­biegł za nią. Kie­dy wró­cił, by­łam już kom­plet­nie ubra­na, a od­zy­ska­ny sta­nik le­żał w ko­szu na pra­nie.

- Ka­wy? - za­py­ta­łam jak­by ni­g­dy nic.

- Chęt­nie.

Usie­dli­śmy na we­ran­dzie.

Ksiądz Grzegorz

Bardzo młody, niewiele starszy ode mnie. Z lekką nadwagą i przyjaznym, okrągłym obliczem. Bardziej pasował na DJ-a niż na księdza.

- Co ksiądz jej po­wie­dział?

Skrzy­wił się nie­znacz­nie.

- Nie by­ło sen­su tłu­ma­czyć, nie uwie­rzy­ła­by i tak, więc...

- Więc?

- Przy­po­mnia­łem jej, że to ja de­cy­du­ję, kto da­je kwia­ty na oł­tarz. One bar­dzo ry­wa­li­zu­ją o to z Zi­mo­wiec­ką. Każ­da chce być wy­czy­ta­na na am­bo­nie. Pro­boszcz wo­lał kwia­ty od Zi­mo­wiec­kiej, a te­raz ja wy­bie­ram, bo nie­ste­ty zaj­mu­ję się w tej pa­ra­fii ta­ki­mi wła­śnie du­pe­re­la­mi.

- Czy­li szan­ta­żyk? Mil­cze­nie za kwiat­ki?

- My­ślę, że to za­dzia­ła. - Uśmiech­nął się sze­ro­ko. - Już po­zna­łem nie­co men­tal­ność tu­tej­szych pa­ra­fian. Ale przy­sze­dłem w in­nej spra­wie. - Prze­su­nął się z krze­słem do cie­nia. - A mia­no­wi­cie two­ja cio­cia... prze­pra­szam, mo­że­my so­bie mó­wić po imie­niu?

- Ja­sne. Na­st­ka.

- Grze­gorz. Two­ja cio­cia mó­wi­ła mi, że masz upraw­nie­nia do pra­cy z dzieć­mi...

- Mam - przy­tak­nę­łam. Co­raz bar­dziej po­do­bał mi się ten nie­spo­dzie­wa­ny gość.

- Ufff. - Ksiądz bły­snął uśmie­chem. - Bo wi­dzisz, ka­te­chet­ka mi się po­ła­ma­ła, mia­ła wy­pa­dek i le­ży w szpi­ta­lu. Na dru­gim koń­cu Pol­ski.

- Ale ja je­stem po­lo­nist­ką. Wła­ści­wie bę­dę nią do­pie­ro w czerw­cu, je­śli do­brze pój­dzie.

- Nie szko­dzi. - Mach­nął rę­ką. - Nie po­trze­bu­ję na­uczy­ciel­ki, tyl­ko po­mo­cy do or­ga­ni­za­cji pierw­szej ko­mu­nii. Sce­na­riusz jest, ale trze­ba na­pi­sać po­dzię­ko­wa­nia i ćwi­czyć z ty­mi dzie­cia­ka­mi. Sam nie dam ra­dy. Nie na­da­ję się. Po­trze­bu­ję ko­bie­cej i po­lo­ni­stycz­nej rę­ki - za­koń­czył.

Onie­mia­łam.

- Oczy­wi­ście za­pła­cę ci.

Ooo!!! To zmie­nia­ło po­stać rze­czy. Ka­sa - ja­ka­kol­wiek - by­ła mi­le wi­dzia­na.

- Ekhe... - Splo­tłam dło­nie. - Za­sko­czy­łeś mnie.

- Za mie­siąc ko­mu­nia, nie­ba­wem ko­niec ro­ku szkol­ne­go, wszyst­kie ka­te­chet­ki wo­ko­ło ob­sta­wio­ne. - Rzu­cił mi spoj­rze­nie mop­sa.

- Ile tych dzie­ci?

- Ośmio­ro.

I tym spo­so­bem zo­sta­łam pa­nią od ko­mu­nii. Mo­że od­ro­bi­nę po­chop­nie, bo kom­plet­nie nie wie­dzia­łam, co mnie cze­ka. Po­za tym od ja­kie­goś cza­su - do­kład­nie od mo­men­tu, gdy w mo­im ży­ciu po­ja­wił się Olek - nie by­łam naj­lep­szą ka­to­licz­ką. Za­wsze wy­cho­dzi­łam z za­ło­że­nia, że je­śli już się jest wie­rzą­cym i prak­ty­ku­ją­cym, to na­le­ży trzy­mać się za­sad. Ina­czej cho­dze­nie do ko­ścio­ła nie ma sen­su. Stra­ci­łam więc ten sens, gdy za­czę­łam sy­piać z Ol­kiem, bo prze­cież zda­wa­łam so­bie spra­wę, że pój­ście do spo­wie­dzi nie roz­wią­że pro­ble­mu. Nie ża­ło­wa­łam mo­ich grze­chów ani tro­chę. Lu­bi­łam te dni, gdy ury­wa­li­śmy się z za­jęć, że­by po­być ze so­bą. Za­zwy­czaj spo­ty­ka­li­śmy się u mnie, bo praw­do­po­do­bień­stwo, że któ­reś z ro­dzi­ców wpad­nie do do­mu w go­dzi­nach mię­dzy je­de­na­stą a trze­cią, by­ło ni­kłe. Uwiel­bia­łam at­mos­fe­rę na­szych spo­tkań, za­chłan­ność Ol­ka i je­go sta­now­czość, lu­bi­łam, jak mnie póź­niej ry­so­wał, drze­mią­cą, i jak cho­dził bo­so. Cza­sa­mi, pod­czas te­go ry­so­wa­nia, za­sy­pia­łam na­praw­dę moc­no i gdy się bu­dzi­łam, Olek sie­dział w fo­te­lu i mi się przy­glą­dał.

- Ga­pi­łeś się, gdy spa­łam - mó­wi­łam, uśmie­cha­jąc się.

- Pil­no­wa­łem, czy wszyst­ko okej - od­po­wia­dał po­waż­nie.

- A co ni­by mia­ło być nie okej? - mru­cza­łam pod no­sem, wy­grze­bu­jąc się spod ko­ca i za­kła­da­jąc ko­szul­kę.

- Mo­głaś spaść al­bo coś. Do­brze wiesz, że przez sen wierz­gasz.

Nie ża­ło­wa­łam ni­cze­go, prze­sta­łam więc cho­dzić do ko­ścio­ła. Czu­łam, że to nie jest miej­sce dla mnie, bo nie dość, że sy­pia­łam z fa­ce­tem bez ślu­bu, to na do­da­tek ten fa­cet nie był mo­im ofi­cjal­nym fa­ce­tem. Był kimś bli­skim, kto chwi­lo­wo po­miesz­ki­wał w mo­im ży­ciu.

W su­mie więc by­łam bar­dzo kiep­ską kan­dy­dat­ką na pa­nią od ko­mu­nii. Zda­wa­łam so­bie z te­go spra­wę. Ale Grze­siek o tym nie wie­dział, a ja pil­nie po­trze­bo­wa­łam pie­nię­dzy. Po­za tym wy­je­cha­łam na wieś, by uciec od Ol­ka, ist­nia­ła więc szan­sa, że się na­wró­cę.

***

Ko­lej­ny dzień, zgod­nie z pla­nem, po­świę­ci­łam ma­gi­ster­ce. Do­pie­ro póź­nym po­po­łu­dniem wy­bra­łam się na wy­ciecz­kę ro­we­ro­wą - po­sta­no­wi­łam z więk­szym za­an­ga­żo­wa­niem po­pra­co­wać nad kon­dy­cją. Po dro­dze mi­nę­łam pu­sty jesz­cze dom mo­jej bab­ci - zi­mę spę­dza­ła w mie­ście, u cio­ci Tru­dzi, na wieś mia­ła przy­być la­da dzień. Do­je­cha­łam aż pod wil­lę wuj­ków i wi­dząc świa­tło w kuch­ni, po­sta­no­wi­łam wejść. Cio­cia pie­kła cia­sto i bar­dzo się ucie­szy­ła z mo­jej wi­zy­ty.

- Wy­ciecz­ka ro­we­ro­wa bez psów? - za­py­ta­ła.

- Zo­sta­wi­łam je, bo ma­ją ja­kieś re­wo­lu­cje żo­łąd­ko­we. A gdzie Mi­chał?

- Sma­ru­je świ­nie.

Wy­ba­łu­szy­łam oczy.

- Świ­nie ma­my cho­re. Reu­ma­tyzm. I trzy ra­zy dzien­nie je sma­ru­je­my - wy­ja­śni­ła cio­cia, a ja do­sta­łam ata­ku śmie­chu, bo wy­ob­ra­zi­łam so­bie, jak Mi­chał prze­ko­nu­je pro­sia­ki, by od­da­ły się za­bie­gom ko­sme­tycz­nym i w tym ce­lu wy­cią­gnę­ły nóż­kę.

Cio­cia też się ro­ze­śmia­ła i po­gro­zi­ła mi pal­cem.

- Nie ma się z cze­go śmiać, tyl­ko ro­bo­ta z ni­mi i pro­ble­my. Co się do­pro­wa­dzi­my do po­rząd­ku, to zno­wu mu­si­my do nich iść, bo po­ra sma­ro­wa­nia.

W tym mo­men­cie trza­snę­ły drzwi wej­ścio­we i do środ­ka wtar­gnął ma­ło przy­jem­ny za­pach.

- Pod prysz­nic! - huk­nę­ła cio­cia. - Do­brze, że ma­my te­raz ty­le ła­zie­nek - uśmiech­nę­ła się.

Wu­jek i Mi­chał za­sta­li nas przy her­bat­ce i cie­ście. Oczy­wi­ście chwi­lę póź­niej zo­sta­łam wy­cią­gnię­ta na gó­rę, bo wszyst­ko już po­ma­lo­wa­no. Mi­chał był dum­ny ze swe­go dzie­ła.

- Ju­tro przy­wo­żą łóż­ka, a za ty­dzień resz­tę me­bli. Te­raz tyl­ko mu­si­my zro­bić zdję­cia na stro­nę in­ter­ne­to­wą. Zna­la­złem też pięk­ną klacz, ale nie wiem, jak o tym po­wie­dzieć Ba­ś­ce...

- Cze­mu? - za­py­ta­łam, sia­da­jąc na ma­te­ra­cu. Był to je­dy­ny me­bel w zie­lo­nym, ogrom­nym po­ko­ju, prze­zna­czo­nym w przy­szło­ści dla ro­dzi­ców z dziec­kiem.

- Bo że­by ją ku­pić, mu­szę sprze­dać au­to. - Mi­chał po­czo­chrał swo­ją czu­pry­nę w ge­ście za­kło­po­ta­nia. - Baś­ki ro­dzi­ce ma­ją sa­mo­chód, moi też, a za rok, mo­że za dwa la­ta ku­pi­my wła­sny. Na dzień dzi­siej­szy bar­dziej po­trze­bu­ję kla­czy, bo jaz­da kon­na ma być jed­ną z atrak­cji.

Uśmiech­nę­łam się.

- Za­wsze ma­rzy­łeś o stad­ni­nie.

Usiadł obok mnie.

- Ży­cie po­le­ga na speł­nia­niu ma­rzeń. Na ni­czym wię­cej.

Cio­cia przy­nio­sła nam ga­la­ret­ki. Mnie - czer­wo­ną, je­mu - zie­lo­ną. Po­czu­łam się jak na­sto­lat­ka, bez­piecz­nie i ra­do­śnie. Wszel­kie stra­chy zo­sta­ły za drzwia­mi. Pach­nia­ło far­bą i wio­sną. Je­dli­śmy na le­żą­co, wspo­mi­na­jąc na­sze wa­ka­cyj­ne przy­go­dy sprzed lat. Mi­chał kar­mił mnie swo­ją ga­la­ret­ką, bo twier­dził, że zie­lo­na jest lep­sza.

Tak nas za­sta­ła Baś­ka.