Spis treści
Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomymi
Dowód drugi
Co się zdarzyło w hotelu
Niefart
Nigdy nie oceniaj ludzi... nikogo... po ubraniu
W Barze na Rogu
Powrót do domu
Być jak Jaga Biel
Stolica mody
Małżeńskie spotkanie
Przy rodzinnym stole
Schizofrenia — dziwny przypadek Krystiana Ptysia
Różne tezy, lecz bez wniosków
Suka, a do tego dziwka
Zdradzić gnoja
O czarnym kocie trzynastego w piątek
Pogaduchy
Kilka tez z wnioskami
Rzeź w pubie
Rozważny i romantyczny
Leniwa sobota
W wariatkowie
O czym rozmawiali Krystian i Katarzyna
Dworzec Wschodni
Głupi prezes
Telewizja to zło
Telefony
Telefony, telefony
Maile, a właściwie listy
Jeszcze głupszy prezes
Robert Brown i Roman Kęs
Taki sobie zwykły wieczór
Plan akcji
Opętanie żuli
Napad
Do dupy
Samotność
Frazeologia
Wieści stąd i stamtąd
Milczenie mediów
Konsumpcjonizm
Felietonistka
Wartości rodzinne
Miłość
W oparach absurdu
Ostatnie śniadanie
Akcja, akcja, w końcu akcja
Biedna Róża
Ja się boję
Sześć godzin później
Spotkanie, a właściwie kilka spotkań
Janusz przemówił
Janusz i Jagoda
Przemówił i Bob Brown
Ciężka noc
Nocne prawie Polaków rozmowy
Warto rozmawiać
Przy rodzinnym stole po raz drugi
Jogging
Posągi
Jeszcze jak warto rozmawiać
Decyzje
Głosy
Rozczarowania
Co zrobić z Bobem?
Trudne wybory
Wyznanie Wacka
Przebaczenie i wiekuista przystań
Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomymi
Kiedy zachodziło ponure grudniowe słońce, w parku na Szmulowiźnie zjawiła się pewna postać. W zasadzie tych postaci było więcej, ale dla nas interesujący jest jeden gość, który – prawdę powiedziawszy – zjawił się w parku kilka godzin wcześniej. Był 7 grudnia 2013 roku, sobota, dzień po ogromnej śnieżycy, która na kilka godzin sparaliżowała Warszawę. Przez parę godzin sypały się z nieba płatki wielkości paznokcia gigantycznego babska. Wiało, asfalt pokryła warstewka lodu, były stłuczki, korki i ogólny chaos. Miasto się zatrzymało. Dzień później wszystko wracało jednak do normy. Wtedy pojawił się nasz bohater, by przez kilka godzin błąkać się po parku i okolicy. I na tym się teraz skupimy, bo to jest w tym momencie najważniejsze. Na gigantyczną babę przyjdzie czas nieco później...
Gość wyglądał i zachowywał się dziwnie. Żywo reagował na wszelkich napotkanych pijaczków, których było tu kilku. Przystawał, chował się za drzewami i przyglądał się im z ukrycia, często drapiąc się w łysiejącą czaszkę. Był rudy, ryżawy raczej. Nos miał jak kartofel, oczka małe, przekrwione. Niebieskawe. Wyblakłe. Przyglądał się z wielką uwagą żulkom, jakby miał wobec nich jakieś oczekiwania. Pierwsza myśl – to również żulek, który chce się dołączyć do kompanii, napić i rozgrzać. Nieśmiały tylko jest albo nietutejszy. Ale nie, było w nim coś nieżulkowatego. Twarz miał czerwonawą – pasuje, uszyska i nochal wielkie, z kępkami szorstkich włosów. Pasuje. Paluchy grube, paznokcie połamane, z cienką nitką brudu. Pasuje. Utykał lekko na jedną nogę, bo jedną stopę miał wyraźnie krótszą. Pewnie amputowane palce cukrzyka. Zdarza się pijaczkom, zwłaszcza bezdomnym. Ale, ale... stopy, warto zatrzymać się na stopach. Właściwie na butach: były odświętne, błyszczące, to były wyglancowane trzewiki o długich, ostrych noskach. Jak do teatru, na biznesowy lunch albo do trumny. Gość miał eleganckie buty! Miał również prawie elegancki płaszcz z grubym futrzanym kołnierzem (z wilka, jak dowiedzą się czytelnicy, którzy dotrą do strony 126). Dziwne, ale jako jedyny tego dnia w Warszawie nie wydawał się zziębnięty. Płaszcz miał rozpięty, nie nosił czapki, szalika, rękawic. Dziwne. Grzał go alkohol? Po kilku godzinach jego moc przestałaby działać. Amnezja poalkoholowa? Możliwe...
Facet miał wypieki na polikach, pod jego krótką szyją sterczała żałośnie odbarwiona, kiedyś granatowa mucha, źle zawiązana, satynowa. Pod płaszczem biała koszula, spodnie – też z satyny. Żul wracał z wesela czy jak? W sobotę rano? Kto w piątek robi wesele?
Płaszcz miał swoje lata, przetarty na łokciach, utytłany, nieco obskurny, dawno zatracił swą elegancję. Było coś nieadekwatnego w tym stroju, niespójnego z pogodą – bo przecież było zimno jak diabli. A strój tego człowieka, oprócz solidnie wyglądającego, ciężkiego płaszcza, pasował raczej do wiosny. Na majowy wieczór, po majowym przyjęciu.
Od wczesnych godzin rannych facet błąkał się po parku i jego okolicach. Łaził z miejsca na miejsce. Przyglądał się ludziom z uwagą i często sprawiał wrażenie, jakby kogoś rozpoznawał. Szedł za rozpoznanym, a kiedy śledzona osoba na przykład spotykała znajomego lub znikała w bramie, facet znowu wracał do parku.
Ponure grudniowe słońce rozpoczęło właśnie swoją senną wędrówkę. Była 15.15, kiedy nasz bohater spojrzał w stronę szarego wieżowca, z wyrazem twarzy sugerującym, że zauważył coś ciekawego. To dziwne, bo wieżowiec od parku dzieliła spora odległość. Raczej niemożliwe było uchwycenie ludzkim okiem szczegółów, zwłaszcza otwartego okna klatki schodowej na jedenastym piętrze. A to właśnie okno i stojąca w nim kobieta przykuły uwagę gościa.
W oknie klatki schodowej bloku przy ulicy Łomżyńskiej 15, na najwyższym, jedenastym piętrze, stała Jagoda Bielińska-Ptyś, kobieta w równym stopniu nieszczęśliwa, co wkurwiona. Poczucie nieszczęścia przyplątało się do niej już kilkanaście lat temu, wkurwienie zjawiło się nagle, tu i teraz, na nieszczęsnym jedenastym piętrze. Nieszczęście podchodziło powoli, dzień po dniu, właściwie od dnia ślubu Jagody. A może nawet od kilku miesięcy przed ślubem, kiedy w samym rozkwicie swojej sportowej kariery usłyszała okrutne słowa ginekologa: "Tak, pani Jago, widzę tutaj ciążę. Ciąża jak ta lala, proszę pani". Nie urodziła się z tej ciąży lala, urodził się syn, a po roku drugi. Zamiast zdobywać kolejne medale, Jagoda wpadła w niemowlęce kaszki, przetwarzane z niespotykaną u dorosłych prędkością na niemowlęce kupy, niemowlęce siki, niemowlęce ulania, niemowlęce ryki. Kiedy po sześciu latach synowie osiągnęli poziom rozwoju pozwalający Jagodzie pomyśleć o sobie, ten gnój, Janusz, zrobił jej syna numer trzy. I tak od pierwszego poczęcia w jej łonie zaczął się proces jej wchodzenia w nieszczęście. Początkowo się łudziła, miała nadzieję, że ta droga prowadzi do jakiegoś sensownego celu. Wychowanie dzieci, rozwijanie ich talentów, niedzielne obiadki, duma z wyników sportowych synów, w końcu – rozkwitający przez dwie ostatnie dekady biznes Janusza. Tym żyła, to dawało jej wiarę, że warto żyć. Dzień po dniu życie kopało jednak jej zmęczone serce oraz z roku na rok coraz większy tyłek. Kop. Andrzej ożenił się z Nancy, nie wrócił z Anglii, nie skończył studiów. Ma dwoje dzieci, dziewczynki. "Jesteś babcią, mamo". Kurwa, babcią przed czterdziestką! Ja pierdolę, wybacz, synu, ale jakoś mnie to nie cieszy. Maciek popisał się jeszcze lepiej. Wprawdzie studia skończył, ale zaraz po nich wyjechał po samochód pod francuską granicę. Nie wrócił do domu przez następnych siedem miesięcy, a potem przywiózł Udke. UDKE! Moje synowe to Nancy i Udke... Ja pierdolę. Najmłodszy, Krystian, nigdy nie był jej nadzieją. Od dzieciństwa rozkapryszony, płaczliwy, tłusty. Wielka, gruba buła. Leniwa i pozbawiona sił witalnych. Owszem, rysy odziedziczył po ojcu, ładną twarz, wysokie czoło, ciemne oczy. Ale reszta się rozlazła nie wiedzieć czemu. Oboje z Januszem w młodości mieli świetne sylwetki. Ona siatkarka, on znany wioślarz. Ona – Jaga Biel – cud polskiej reprezentacji początku lat osiemdziesiątych, on – Janusz Ptyś – czterokrotny medalista mistrzostw świata. Przełomowe spotkanie na balu mistrzów sportu. Pierwsze pocałunki, namiętność, szaleństwo miłości, ciąża, ciąża i ciąża. Rodzina, biznes. A teraz wszystko tak po prostu diabli wzięli...
Dawna chwała minęła na doglądaniu dzieci, księgowaniu przychodów i rozchodów – i choć przychody rosły, miłość między małżonkami topniała. Rok po roku, dzień po dniu... I żeby chociaż ta żałosna historia zakończyła się jak u większości takich par: żyli długo i nudno, ona przy serialach w swojej sypialni, on ze szklanką jakiegoś trunku, dajmy na to whiskey, śledzący w salonie jakieś rozgrywki jakiejś ligi, wszystko jedno jakiej, siatkówka, piłka kopana, rugby. Wszystko jedno co, ważne z kim. Mógłby siedzieć z bratem, wspólnikiem, jakimś dawnym kumplem. Ale nie... Okazało się, że nietracący na swej atrakcyjności Janusz nie popija whiskey w domu, tylko delektuje się czerwonym winem. Z tą suką sekretarką. Podejrzewała to już od jakiegoś czasu, ale lekceważyła. Sama nie bardzo rwała się do spraw łóżkowych, jakoś przestała mieć na to ochotę. Przeszkadzało światło, obwisły brzuch, cycki jak balony... Tęskniąc za dawną sobą, nie miała wiele do zaoferowania mężowi. Wiele za to oferowała sekretarka. Bardzo wiele, skoro ten gnojek wysyłał takie SMS-y. "Joleńko, słońce moich poranków, dzisiaj o 17?" Albo: "Będę Cię lizał centymetr po centymetrze". Lub: "Tenis jak zawsze o 14?". Oraz: "Kocham Cię, dzisiaj porozmawiam z Jagodą o rozwodzie".
Przeczytała je dzisiaj, w ten grudniowy poranek. I choć wiele poprzednich wywołało w niej obrzydzenie, to ten ostatni wbił ją w ziemię. O ROZWODZIE.
Kurwa, dwadzieścia osiem lat prania gaci, dogadzania, znoszenia humorów bandy facetów, w tym trzech dorastających, przepoconych osiłków, kurwa, za to całe gotowanie, ślęczenie nad papierami firmy, pozyskiwanie kredytów, pilnowanie spłat, doglądanie budowy domu, potem budowy sklepu i warsztatu, za utraconą młodość, za zastępowanie sekretarki co czwartek od trzynastej, bo matka chora, a to, kurwa, o tenis z Januszem chodziło, kurwa, tenis jak zawsze o czternastej! I teraz on, kurwa, porozmawia z nią o rozwodzie.
"Zabiję tę sukę" – to postanowienie wypchnęło tego dnia Jagodę z domu. To ono skierowało ją w tę mglistą ponurą sobotę do wieżowca na jedenaste piętro, do klatki, w której mieszkała rzeczona suka.
"Odpierdol się, dziwko, od mojego męża". Nie, nie, zbyt emocjonalnie. "Nie chcę się przed nią płaszczyć". "Jolu, wiem wszystko o twoim romansie z Januszem. Zwalniam cię z pracy, moja droga. I obiecuję, że jeśli pojawisz się kiedykolwiek w pobliżu mojego męża, nie zawaham cię zatłuc, ty kurwo pierdolona..." Spokojnie... "Nie zawaham się, nie zawaham się, przed niczym się nie zawaham". Właśnie tak. Spokojnie, z godnością, a nawet z wyższością jej powiem... He, he... "Szczególnie przy moim wzroście powiem to z wyższością. Tej drobniutkiej, filigranowej jebanej Joli Kozłowskiej".
"Więc powiem to tak: "Jolu, wiem wszystko o twoim romansie z moim mężem. Rozumiem, że chciał się zabawić, wiesz, zawsze miał tę przypadłość. Janusz po prostu lubi takie łatwe, pustawe dziewczyny. Miał ich kilka w swoim życiu. Godziłam się na to, bo cóż... nie jest dla mnie już tak atrakcyjny jak kiedyś. Nie martwi mnie, że bzyknie sobie COŚ na boku. Więc, Jolu, wracając do tematu..."".
Plan jest dobry – z tym przekonaniem Jagoda stanęła przed domofonem pod klatką Joli. Zadzwoniła.
– Kto tam?
Co za kurwa, co za dziwka...
– Cześć, Jolu, to ja, Jagoda. Przejeżdżałam w pobliżu i pomyślałam, że porozmawiamy chwilę o... o... o przygotowaniach imprezy świątecznej dla pracowników. Wolę to zrobić poza firmą...
– Dobra, już otwieram. Zostawię otwarte drzwi do mieszkania, bo wyszłam spod prysznica i muszę się powycierać. Wejdź, zrób sobie kawkę lub herbatkę, ja zaraz będę gotowa.
Będziesz gotowa, że hej... Kawkę, kurwa, herbatkę, kurwa, jak ci przyjebię w tę łepetynkę, to, kurwa, iskiereczki przed oczkami zobaczysz.
I oczywiście winda była zepsuta. Wejdź na dziesiąte piętro w futrze z norek, w czapce, szaliku, swetrze, kozakach, rajstopach pod spodniami. "Kurwa, po co ja się tak ubrałam?" Wejdź na dziesiąte piętro w całym tym emocjonalnym amoku, pośpiechu, wejdź spocona jak szczur, czerwona na twarzy i oznajmij z niewymuszoną godnością kochance męża, że oto ty, dumna żona, nie życzysz sobie czegoś. Jagoda przemknęła najciszej, jak umiała, obok uchylonych drzwi kawalerki Joli i bezszelestnie weszła na kolejne piętro. Otworzyła okno, zdjęła futro, rozpięła sweter. "Muszę ochłonąć" – pomyślała. Z torebki wyjęła paczkę chusteczek, wyjęła jedną, przetarła pachę, powąchała. Kurwa. Machając zgiętymi rękoma w łokciach jak kura, wychyliła się na chłodne powietrze. "Muszę ochłonąć, muszę się uspokoić" – powtarzała w myślach, choć szum w jej głowie coraz bardziej narastał.
– Skacz, skacz, niewiasto... – usłyszała tuż przy uchu cichuteńki szept.
Co jest, kurwa, co to za facet, jak tu wszedł, skoro nie usłyszała jego kroków, choć był bardzo blisko?
– Niewiasto, skocz... Zniszcz duszę swoją dla mojej chwały... – choć malutki grubasek szeptał cicho, Jagoda słyszała go wyraźnie. – Skacz, uczyń mi to... tfu... błogosławieństwo...
– Kurwa, gościu, odpierdoliło ci? Wypad mi stąd, dziadu.
– Skacz, niewiasto, Twój mąż zhańbił twoje imię i imię twego rodu. Pogarda ludzka i złe języki odtąd czekać na ciebie będą. Udręka wieczna... Skacz, żywot twój się dokonał...
– Kurwa, spierdalaj pan, bo ci jebnę. – Jagoda szybkim ruchem odeszła od okna. – A w ogóle jak tutaj wszedłeś i czemu nie masz zadyszki? Mieszkasz na tym piętrze? I, kurwa, skąd wiesz o moim mężu?
Nieznajomy już otworzył usta, ale na piętrze pod nimi skrzypnęły drzwi. Z mieszkania wyszła na palcach Jola. Jagoda poznała ją po drobnych kroczkach.
– Jagoda, Jagoda... – rozległo się nawoływanie. – Idziesz? – I nastąpił głupi chichot po słowie "idziesz". – Bo przecież nie jedziesz. Janusz, nie ma jej tutaj. Dobry miałeś pomysł z tą blokadą windy... Tłusta krowa nie dała rady wejść na dziesiąte piętro. Nie, nie, zostaw zablokowaną, bo może przyjdzie jeszcze raz. O ciąży powiemy jej od razu?
Jagoda wychyliła się do przodu i spojrzała ostrożnie w dół. Jola w kusej sukienczynie i Janusz. Z góry dobrze widać łysiejący placek na czubku jego głowy. Może tak napluć mu na ten łeb? Nawyzywać i rzeczywiście rzucić się z tego pierdolonego okna?
– Tak, tak, moja niewiasto, to zaiste trafna idea. Dokończ żywota, by uniknąć hańby.
Drzwi poniżej zamknęły się z trzaskiem, ale i tak Jagoda słyszała piskliwy śmiech tej suki.
– Kurwa, facet, odpierdol się! Sam sobie skacz, palancie.
– Nic by to nie dało, droga niewiasto. Pozwól, że zapytam, dlaczego mowa twa tak plugawa? Niegodna ona matrony...
– Kurwa, pajacu jebany, czegoś się przyczepił? Wypierdalaj! – Jagoda wycedziła te słowa cicho przez zaciśnięte zęby, choć złość trzęsła nią tak wielka, że w tej chwili trudno było jej nie zabić. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że powinna być cicho, bo jeszcze ta dziwka ją usłyszy i zobaczy tu, na jedenastym piętrze z tym kurdupelkiem. Jezu, ale jazda. Ja pierdolę...
– Niewiasto, pojmuję twe wzburzenie, jednakowoż mogłabyś wyartykułować je innymi słowy. Na myśl mi przychodzi: do kroćset.... oby ci koza zdechła, błaźnie dla wszystkiego, co na ziemi i pod ziemią, szatańskiego węża potomku i chuju zagięty. Świński ty ryju, kobyli zadzie, psie rzeźnika, niechrzczony łbie[1].
– Ja pierdolę. Mam do ciebie mówić jak jakiś Zagłoba? Kim ty, kurwa, jesteś? Spierdalaj, śmierdzielu.
– Ooo, znam jeszcze kilka innych możliwości wyrażenia wzburzenia. Chociażby mogłabyś do mnie, niewiasto, rzec... Zaraz, jak to szło... Ty świński ogonie, ty świńska nóżko, ty golonko, ty fałdo, ty żłobie, ty gnomie, ty glisto, ty zarazo pełzakowa, ty gadzie, ty jadzie, ty ospo, ty dyfteroidzie, ty pasożycie, ty trutniu, ty trądzie![2]
Jagoda jednak już nie słuchała, ubrała się powoli, cicho zamknęła okno i najciszej, jak umiała, zaczęła schodzić w dół.
– Ja pierdolę, ale scena. Ten chuj u tej dziwki i jeszcze ten pierdolony namolny dziadyga. Mój Boże, niewiarygodne, że jednego dnia mogą się komuś przytrafić takie rzeczy. I co mam teraz zrobić? Ja pierdolę...
Na trzecim piętrze poczuła, że uleciała z niej cała energia życiowa. Wszystko straciła. Z pięknej dziewczyny zamieniła się w zwiotczałego wieloryba. "Czemu nie zadbasz o siebie, nie schudniesz trochę?" – Janusz zadał jej to pytanie po raz pierwszy ponad piętnaście lat temu. Czy gdyby wtedy go posłuchała, nie siedziałby dzisiaj na tych schodach?
– Tak bardzo chciałam być szczęśliwa. I co? Już nie ma na to żadnych szans. – Łzy napłynęły jej do oczu. W krtani zapiekł niewyobrażalny ból. – Co ja teraz zrobię? Muszę się wysmarkać. Gdzie te pierdolone chusteczki, miałam je przecież. No tak, zostawiłam na parapecie. Kurwa, co ja mam zrobić? No, na razie to chusteczki muszę kupić. – Jagoda podniosła się i ruszyła na dół.
Czekał na nią przy klatce. Jak to możliwe? Na schodach przecież jej nie minął, a winda nie działała. Jagoda przyspieszyła kroku. Facet ruszył za nią.
– Niewiasto, wróć do okna. To dobra śmierć, szybka, w sekundę. Inne mogą być bardziej bolesne, a z niektórych to mogą cię nawet odratować i wstyd będzie. Trucizny teraz już nie takie...
– Człowieku, jak się tutaj znalazłeś? Przecież byłeś na górze.
– No cóż, słowo "człowieku" jest dla mnie dyshonorem...
– Kurwa, a jakie słowo będzie dla ciebie satysfakcjonujące?
– Wysil nieco umysł swój, niewiasto, a szybko myśli twoje odgadną mą istotę.
– Jezu, gościu, daj mi spokój. Nie widzisz, że mam dość i bez twoich zagadek?
– Niewiasto! Tylko bez imienia Jezu, błagam, pali mnie w trzewiach od tego słowa.
– Jezu, Jezu, Jezu, Jezu, gadaj, kim jesteś, albo będę tu wrzeszczeć, Jezu Chryste, Matko Maryjo, wszyscy święci, Aniele Boży, Jezu, Jezu, Jezu, w Świętej Trójcy wszyscy święci... – głos z jej gardła był donośny, dźwięczny.
"Jak u starej dewoty" – pomyślała z uśmiechem, widząc, co dzieje się z jej rozmówcą. Twarz mu pobladła, język wywalił na wierzch fioletowy. Jakby gość opił się atramentu. Poczuła przypływ opętańczej energii i satysfakcji, kiedy ohydna gęba nieznajomego skręcała się coraz mocniej w grymasie bólu.
– Jezu, Jezu, Jezu – Jagoda zaśpiewała nieswoim głosem. – Chrystusie, Matko Boska, wszyscy święci, wszyscy diabli...
– Diabli... – wycharczał nieznajomy. – Przestań, "diabli" to jest to słowo, diabli. Zgadłaś.
– Jesteś diabłem? Ja pierdolę. Diabłem z wariatkowa. Poczekaj, muszę kupić chusteczki, w tym sklepie pewnie są. Daj mi jakiś dowód, mój diabełku, bo jakoś ci nie wierzę.
Weszli do sklepu. Sprzedawca podał paczkę chusteczek, Jagoda poprosiła o papierosy.
– Wiem – szepnęła prosto do kosmatego ucha swego nowego znajomego. – Diabełku miły, uczyń mnie w tej chwili piękną i pociągającą, o taaakkk... – podbródkiem wskazała okładkę kolorowego pisma dla kobiet.
– Niech się spełni – wyszeptał nieznajomy.
W jednej sekundzie Jagoda zdębiała. Poczuła, jak wszystkie włosy i włoski na jej ciele sztywnieją, a skórę przechodzi dotkliwe zimno. W witrynie sklepu zobaczyła wystającą znad kołnierza jej futra gładką jak porcelana umywalki twarz Angeliny Jolie. Błyszczące oczy, usta jak dojrzały pomidor bawole serce, wyniosły łuk brwi. Poczuła suchość w gardle.
– Ja pier... – przełkniecie śliny – ...niczę... Mam zwidy? O kurw... cze...
Jagoda niepewnie spojrzała w stronę sprzedawcy. Wyraz jego twarzy, oczy wybałuszone tak szeroko, że widać było ich każdą żyłkę, i usta wygięte w głupawym uśmieszku były dowodem, że zobaczył nad futrem to samo, co ona zobaczyła w swoim odbiciu w szybie. Niewiele myśląc, nie zapłaciwszy za chusteczki, gwałtownym ruchem otworzyła drzwi sklepiku i puściła się pędem przez mroczą ulicę... Vaculleus popędził za nią...
[1] "Pismo Kozaków zaporoskich do sułtana Mehmeda IV".
[2] Edward Stachura "Kropka nad Ypsylonem".
Dowód drugi
Sensacyjna wiadomość obiegła Warszawę w kilka sekund. Następnego ranka tytuły tabloidów ogłosiły: "Angelina Jolie w restauracji na warszawskiej Pradze". "Mucha Nie Siada na Ząbkowskiej wybrana przez gwiazdę Hollywood". "Angelina i jej tajemniczy brat". "Oszustwa Hollywood – Angelina gruba jak ciężarówka".
Jagoda z nową twarzą, oszołomiona niewiarygodnymi zdarzeniami, po krótkim biegu, w którym diabeł ledwie nadążał, a ona sama niemal nie wyzionęła ducha, zdecydowała, że trzeba usiąść. Knajpkę wybrała pierwszą lepszą, ale na szczęście – jak się po kilku minutach okazało – najdalszy stolik na sali. Usiadła najpierw przodem do wejścia, ale po chwili, speszona dziwnym zainteresowaniem jej osobą, przesiadła się, pokazując światu swoje plecy. Jej towarzysz usiadł naprzeciwko.
– Więc twierdzisz, że jesteś diabłem?
– Twierdzenie, szanowna niewiasto, to sformalizowana wypowiedź, stosowana we wszystkich naukach ścisłych, składająca się z dwóch zbiorów zdań, które łączy relacja implikacji. Pierwszy zbiór zdań ściśle określa warunki, dla których dane twierdzenie jest spełnione, i nazywa się założeniem twierdzenia, a drugi zbiór zdań jest właściwym sądem, będącym istotną treścią wypowiadanego twierdzenia, i zwany jest tezą twierdzenia. Twierdzenie od sylogizmu, który posiada podobną strukturę zdaniową, odróżnia to, że teza twierdzenia nie wynika bezpośrednio z założeń i wymaga osobnego dowodu[1]. Więc zgodnie z tą definicją ja nie twierdzę...
Jagoda oniemiała. Co on, kurwa, bredzi? Zdumienie na moment odebrało jej mowę. Na moment!
– Co to, kurwa, jest? – zapytała cicho, pochylając się w stronę diabła.
– Wikipedia – odpowiedział. – Znam tego sporo. – Uśmiechnął się zadowolony i wyraźnie dumny, po czym zaczął kolejną wypowiedź: – Metafizyka klasyczna albo filozofia pierwsza, z greki ta meta ta physika, czyli "to, co po fizyce, ponad fizyką"; zobacz także: ontologia, to dziedzina wiedzy ukonstytuowana przez Arystotelesa, rozważająca byt jako byt oraz jego istotne własności i ostateczne przyczyny...[2]
– Zamknij się, kurwa, i skończ z tym beznadziejnym wywodem. I odpowiadaj na pytania. Bo wiesz, co cię czeka. – Jagoda groźnie zmarszczyła brwi, choć musiała przyznać, że twarzą Angeliny niełatwo było się zmarszczyć. Jakby coś ją sztucznie napinało na czole. Na wszelki wypadek dodała więc groźnym głosem: – Jezu.
– Jestem diabłem – odpowiedział szeptem nieznajomy.
– Więc w tej chwili odczaruj mi tę mordę – wycedziła Jagoda. – Chcę mieć swoją twarz.
– Nic z tego! Teraz już rozumiem, co znaczy twierdzenie, że kobiecie nigdy nie dogodzisz, że la donna mobile. Sama chciałaś, to teraz masz.
– May I help you? – kelner podszedł do nich cichutko. Kurwa, następny, co się skrada.
– Dwie herbaty poprosimy.
– Zielone czy....
– Czarne jak smoła – syknęła Jagoda, groźnie patrząc w twarz młodziutkiego kelnera.
Zmarszczenie brwi znowu jej nie wyszło. I oczy też były jakieś dziwne, nieruchome. Sztywne powieki. Dosłownie widziała rzęsy sterczące nad nimi.
– Zmień mi w tej chwili tę mordę na moją własną, bo zaraz usłyszysz "Ave Maria"! – powiedziała ostro przez zaciśnięte zęby.
– Nie znasz słów, nie strasz mnie – odparował bezczelnie nieznajomy.
– Znam słowa "Lulajże, Jezuniu"!
– Wytrzymam, znasz tylko jedną zwrotkę. I jedną "Przybieżeli do Betlejem", ale to mi nie robi...
– Coś ty nagle po ludzku zaczął gadać, gdzie twoja "niewiasta" i te wszystkie śmieszne słowa? "Do kroćset"... – Jagoda nieco się zmieszała, więc naprędce zmieniła temat. Fakt faktem, "Lulajże, Jezuniu" znała jedną zwrotkę.
– Przypomniał mi się nabór z ubiegłego roku. Wiesz, spora grupa Polaków trafia do nas co roku.
– Nie zagaduj mnie, dziadu, tylko oddaj mi moją twarz. – Zmieszanie minęło. Powróciła energia.
– Więc już mi wierzysz?
No tak, trudno było Jagodzie nie wierzyć, skoro miała to coś umieszczone na szyi. Ja pierdolę, ale absurd. Mam najbardziej pożądaną babską twarz na świecie, a wyglądam jak czysta ironia! Czemu ten diabeł jest takim debilem? Jak można zmienić kawałek kobiety, nie zmieniając pozostałych kawałków? Główka na szyi i cielsko pod szyją to dwie oddzielne planety, kurwa, galaktyki oddzielne. Ja pierdolę – Picasso nie potrafił bardziej zniekształcić kobiety. Dalej jestem wielka jak Pałac Kultury, tylko iglicę mam ze złota. Ja pierdolę! Kwiatek do kożucha, pięść do nosa, siodło do świni, ale jazda.
– Wierzę ci, debilu, że dużo możesz – powiedziała w stronę diabła.
Osoba patrząca z boku na ten dialog mogłaby pomyśleć, że dwie postacie pochylające się ku sobie nad stolikiem, rozmawiające twarzą w twarz, są sobie bliskie, że to wyznania kochanków. Chociaż dziwny byłby romans kobiety o pięknej twarzy z siedzącym naprzeciw niej mężczyzną, którego przewyższała o trzy głowy. Dziwne również mogłoby się wydawać to, że kobieta wyrzuca pod stołem to jedną nogę, to drugą, wyraźnie chcąc utrafić w goleń mężczyzny.
– Ale, kurwa, proszę cię bardzo, nie drażnij się ze mną – kolejne syknięcie przez zęby – i oddaj mi moją twarz.
– Hello, Angelina, please, give me... – Tym razem do stolika zbliżyła się dziewczyna wcześniej obsługująca kasę.
– Spierdalaj, dziewucho, nie przeszkadzaj nam – warknęła Jagoda.
***
"Polskie korzenie Angeliny", "Biedny Brad. Jak on z nią wytrzymuje?", "Gruba i wulgarna" – krzyczały następnego dnia dzienniki. Oto nowa sensacja, nowa woda na młyn, nowe perły do rzucania przed naród. Nim jednak zacznie się ten kolejny dzień, przed Jagodą i nieznajomym, od którego czuła się teraz zależna, było jeszcze kilka godzin rozmów. Ponieważ w restauracji rozmawiać się nie dało, bo co chwilę któryś idiota podchodził i gadał coś po angielsku, Jagoda i diabeł bez konsultacji, równo, jak starzy znajomi, poderwali się krzeseł i ruszyli w stronę drzwi wyjściowych. Jagoda rzuciła na stół dwadzieścia złotych. Na ulicy podniosła kołnierz futra, na głowę naciągnęła czapkę. Rozejrzała się. Ulica Ząbkowska po ciemku wyglądała jak każdy inny kawałek miasta. Fabryka wódek wręcz stylowo. Kuta żelazna brama, czerwone cegły. Czysto we wszystkich oświetlonych miejscach. Nieznajomy rozejrzał się również.
– Koneser – przeliterował.
Nagły wiatr poderwał z chodnika kilka przybrudzonych ulotek. Jagoda poczuła zimny podmuch wzdłuż kręgosłupa. Zadrżała. A może to dreszcz emocji?
– Nie zimno ci, diable? – zapytała spokojnie, tonem w zasadzie miłym i przyjaznym.
– Nie, chociaż wolę, żeby nie było wkoło tego białego świństwa. Razi mnie w oczy. Wolę szarówkę. Zresztą – sama się przekonasz, że zima tego roku będzie bez śniegu, ciepła i szara.
Nieznajomy przystanął, przymknął oczy i bezgłośnie poruszył wargami. Kiedy otworzył powieki, jedno oko zmieniło kolor na zielonkawy.
– Masz zielone oko... – zauważyła Jagoda.
– Czasem tak mamy, że zielenieje jedno. Kiedy używamy pierwszego poziomu mocy.
– Aha – Jagoda usiłowała z pobłażaniem wydąć usta. Również wargi nie współpracowały. Stanowczo wolałaby mieć teraz swoją własną twarz. – Zmęczona jestem, chciałabym się gdzieś położyć. Chodźmy do hotelu, bo nie mam siły do tych gapiących się ludzi – powiedziała w końcu, dziwnie uspokojona.
– Nie boisz się nieznajomego?
– Jakoś nie. A co mi możesz zrobić? Zgwałcić? Zabić? Oszpecić? W sumie to superpomysł – zabij mnie, zatłucz na śmierć. Byłoby to jakieś rozwiązanie.
– Zabić nie mogę, nie mogę nic zrobić własnymi rękoma – odpowiedział diabeł z pełną powagą. – To poniżej mojej diabelskiej godności. Mogę cię nakłonić do złego. Zgwałcić... – Diabeł wyglądał, jakby się zaczął zastanawiać. – Wybacz, ale nie jesteś w moim typie...
– Z oszpecaniem idzie ci za to łatwo... – Jagoda wciąż zachowywała spokój.
– Przecież sama chciałaś – poirytował się tym razem diabeł.
– Debiluuu!!! Piękny wygląd to harmonia, udana całość, a nie łeb lalki na ciele goryla. Ja pierdolę. Masakra! Nie mogłeś mi kompletu zrobić, tylko taką groteskę?
– Dałem ci to, co chciałaś...
Jagoda puściła mimo uszu głupie uwagi diabła. O tym, co sama chciała, i o niebyciu w typie diabła. Szybko usunęła z myśli szczególnie tę ostatnią uwagę. Nie chciała już drążyć, w czyim typie nie jest, bo lista bardzo długa była. Przy wzroście stu osiemdziesięciu siedmiu centymetrów i wadze rzadko schodzącej poniżej wartości trzycyfrowej raczej nie była w typie nikogo. W niczyim typie. Więc i tego kurdupelka również.
Skupiła się więc na temacie numer jeden.
– To dlatego chciałeś, abym wyskoczyła przez okno.
– Ano dlatego.
– Co by ci to dało?
– Miałbym jednego samobójcę do kolekcji.
– Do kolekcji? Po co kolekcjonujesz samobójców?
– Nie kolekcjonuję. Muszę zgubić dziesięć dusz tutaj, na ziemi, abym mógł wrócić do piekła.
– Nie jesteś tu z własnej woli?
– Nie, wyrzucili mnie, a teraz oczekują mojego... hmmm... odkupienia win.
– A co nabroiłeś?
– Eh... długo by opowiadać.
– Opowiadaj, mamy czas.
– Miałem pilnować sektora ludzkiego numer trzynaście, ale nie upilnowałem.
– Pilnować sektora ludzkiego? Po co? Pilnować w kamieniołomach, żeby się ze smoły nie wynurzali, czy jak?
– Aleś ty naiwna... Naopowiadali wam głupot na tej ziemi. W piekle ludzie leżą na łóżkach bezczynnie. Na łóżkach, pryczach, czasem na leżakach na gorącym słońcu przy basenie. Czasem leżą bezpośrednio na ziemi. I mają nic nie robić. Żadnych rozmów, żadnych działań. Leżysz, patrzysz się w sufit albo w niebo i tak bezczynnie tkwisz przez całe stulecia. Umysł i ciało od tego drętwieją, ludzie cierpią niewyobrażalnie. Wiesz, leżysz, leżysz, leżysz i nic się nie dzieje.
– Jak na wakacjach w Tunezji – mruknęła Jagoda. – I co, pilnowałeś takich leżących?
– No, leżących na plaży na piasku. Pilnowałem przez ostatnie sześdziesiąt siedem lat, po pełnej setce miałbym prawo do emerytury. Ale jeden z leżących się poruszył, wzrokiem wskazał mi, abym podszedł, wiec podszedłem. I wtedy zapytał, czy założę się z nim, że wygra ze mną w karty... W pokera!!! Od lat nie grałem w pokera, więc cóż... słaby jestem i zagrałem. A wtedy cały ten plażowy sektor zaczął się ruszać, rozmawiać, ktoś się zaśmiał... Podnieśli się z piachu, zaczęli biegać nad morzem, jak kretyni skakać przez fale. Kroćset diabłów musiało ich uspokoić, a i tak ludzie mieli potem wspomnienia, którymi będą karmić mózgi przez stulecia. Wspomnienia buntu. Szef się wściekł na mnie, sprzedał mi kopa w tyłek i pogonił na ziemię.
– Szczerze ci współczuję – niemal bez ironii w głosie powiedziała Jagoda. – Naprawdę, przeżyłeś koszmar. Prawie jak ja dzisiaj. Kurczę, sama nie wierzę, że przetrwałam ten dzień. Ale teraz marzę o jednym: spokojny kąt i kąpiel. Jest mi bardzo potrzebna.
– To prawda, capisz gorzej niż...
– Lepiej nie kończ, gnoju, bo... Jezu...
– Dobra, dobra, masz swój hotel. Git Hotel może być?
– Może, może, ale ty idź załatw formalności, bo ja z tą mordą znowu jakąś aferę zrobię. Meldowałeś się kiedyś w hotelu? Poradzisz sobie?
– Poradzę.
Nie poradził, przyszedł po minucie czerwieńszy na twarzy bardziej niż zwykle. – Chcą, abym zapłacił z góry. Masz pieniądze? – Diabeł wydawał się zakłopotany.
– Jesteś diabłem, wyczaruj jakąś kasę! Kurwa, co za oferma! – Jagoda poczuła kolejną falę irytacji.
– Jestem diabłem, a nie czarodziejem. Kasę to ja mogę ukraść, ale to trochę potrwa, a przecież jesteś taka zmęczona... Zresztą, co mnie to, do kroćset, obchodzi! Ja jestem zmęczony, ja chcę się kąpać? Idę stąd, sama sobie radź... – I diabeł zrobił w tył zwrot.
– Diabełku, diabełku, no nie gniewaj się... Proszę, masz tu pieniążki, ile potrzebujesz? Dwie stówki? Trzy? Cztery? Trzy... Nie mam czterech... Oj, nie bądź taki, no, wracaj, no, proszę, no... Jezu, Jezu... nie obrażaj się.
Wrócił. Bez słowa wziął banknoty i wszedł do środka. Po chwili był z powrotem.
– Mamy dwójkę z łożem małżeńskim, ale za to dla palących!
– Ja pierdolę, kretynie, nie wyobrażaj sobie, że się położę...
– Idziesz czy będziesz tu kwękać?
***
Pokój nie zrobił na Jagodzie dobrego wrażenia. Mały, z ogromnym łóżkiem pośrodku, które na dodatek nie dało się rozdzielić. "Zrzucę gnoja na podłogę" – pomyślała. Tymczasem – sikanie i kąpiel, długa i gorąca.
Przyglądając się "sobie" w lustrze, naga i wykąpana, z pełną świadomością poczuła absurd, w który się wplątała. Gładka, napięta buźka otoczona ciemnymi włosami. Cud nad cuda, miód, malina. Ogromne oczy, mały nos, namiętne usta. I ta beznadziejna granica na szyi, gruba linia, pod którą skóra ma zupełnie inny odcień i strukturę. Jest wiotka, pełna piegów, pieprzyków, przebarwień. Wszystkie te Tunezje i Egipty z poprzednich lat dały o sobie znać. Po co jej to było? To prażenie cielska na słońcu. Brrr... Jagoda przypomniała sobie niemiły incydent z ostatnich rodzinnych wakacji. Po kąpieli w basenie wskoczyła na leżak, który złamał się pod nią z hukiem. I śmiech, który rozległ się wokół... Od tego czasu nie chciała już żadnych wakacji, żadnego opalania. Było to pięć, sześć lat temu? Janusz zaczął wyjeżdżać sam. A może już wtedy wyjeżdżał z tą krową?
Gładziutka twarz, a pod nią monstrualne cielsko o masywnych ramionach, wydętym brzuchu, fałdach układających się w trójwarstwowy tłuszczospad na plecach. Z prawej strony trzy fałdy, z lewej strony trzy fałdy. Cyce jak balony, co tam balony, arbuzy. "Namiot masz?" – zapytał ją kiedyś mały Krystianek, kiedy zobaczył ją, jak wkładała biustonosz. A wtedy jeszcze była stosunkowo szczupła, no... szczuplejsza. "Monstrualna baba to ja" – powiedziała Jagoda swemu odbiciu w lustrze. Powiedziała to, patrząc na piersi, brzuch, atletyczne uda i pośladki. Tym ciałem można załatwić niejedną bieżnię...
A dzisiaj jest szansa, aby to wszystko zmienić. Będzie miła dla diabełka, poprosi go, przekupi, zrobi mu... Zrobi mu cokolwiek, byleby tylko dał jej boskie ciało. Piękne jak u prawdziwej właścicielki jej obecnej twarzy. Ciało, jakie by miała, gdyby przez te wszystkie lata dbała o nie wraz ze sztabem ludzi tak jak Angelina. Ciało z czasów kariery, nie, nie, dojrzalsze. Ciało, którego nie udałoby jej się zniszczyć, utuczyć, upstrzyć znamionami. Swoje ciało, zadbane i wypielęgnowane. A twarz? Co z twarzą? "Nie mogę zostać z tą sztywną mordą. Chcę mieć swoją własną, ale piękną i doskonałą, piękną i pociągającą dla wszystkich mężczyzn, na których spojrzę. Co tam – na tych, którzy spojrzą na mnie choć raz... A wtedy pójdę do Janusza i... Słodka zemsto!"
– I jesteś tego pewna na sto procent? – usłyszała chrypiący głos przez dziurkę od klucza.
– Podglądasz mnie, gnoju? – Jagoda również zachrypiała.
– Miałaś być miła dla diabełka, przypominam ci twoje własne postanowienie. Nie muszę cię podglądać ani podsłuchiwać. Widzę i słyszę bez tego.
– O kurwa... – Jagoda szybko okryła biust i brzuch ręcznikiem, zbyt małym, aby okryć również uda.
– To co jeszcze szanowana pani sobie życzy? Zróbmy to raz, a dobrze...
– A coś ty taki miły dla mnie? Czy oczekujesz czegoś w zamian? – z lekkim zażenowaniem i chyba zawstydzeniem zapytała Jagoda.
– Co to, to nie... oczekuję czegoś, owszem, ale wybacz, tego NIE oczekuję – w głosie diabła zabrzmiało obrzydzenie.
– Nawet jak mnie uczynisz piękną, to nie poczujesz pożądania? – Jagoda zdziwiła się szczerze. Do pięknych kobiet faceci czują pożądanie.
– Kobieto, do kroćset. Przyjrzyj się sobie. Jesteś wredna i podła, klniesz jak budowlaniec albo jakiś rzeźnik po pijaku. Jak ty chcesz wzbudzić pożądanie? Że ładna buzia wystarczy? Popukaj się mocno w swoje czoło. Albo nie pukaj. I tak nic nie poczujesz, bo źle przewodzi dotyk. Mogę cię za to kopnąć w tyłek, na pewno trafię.
– I kto jest wredny? – Jagoda próbowała być twarda, ale głos jej się złamał. Zadrżał przez moment, zakołysał.
– Chodź tu i określ dokładnie, czego chcesz. Dam ci to, a ty w zamian dasz mi trzy dusze. Doprowadzisz do szaleństwa jakichś trzech kretynów, którzy posiekają się wzajemnie w jakimś pojedynku.
– Teraz nie ma pojedynków – odpyskowała Jagoda, bo energia powróciła do niej znowu.
– No dobra – ustąpił diabeł – jeden drugiemu odstrzeli łeb, a trzeci się powiesi z rozpaczy. Będę miał trzy duszyczki na dobry początek.
Jagoda owinięta jak tylko się dało we wszystkie ręczniki znalezione w łazience (wszystkie cztery) wyskoczyła gwałtownie, przerywając nagle diabłu.
– A czemu trzy dusze? Gdzie tu sprawiedliwość? Ty mi jedną przysługę, a ja trzy dusze?
– Jaką jedną, jaką jedną? A ta twarz?
– Kretynie, to żadna przysługa, a nawet powiedziałbym, że przysługa ujemna! Zrobiłeś ze mnie jakiegoś frankensteina z gładkim ryjem doklejonym do mięsa poniżej. Spójrz, sam zobacz, jak to wygląda...
– No dobra, dobra... No nie pokazuj, do kroćset... Fuj! Nie będę na to patrzył... Zmieniajmy to cielsko po raz drugi... W tej chwili, teraz, już!
[1] Twierdzenie, Wikipedia, http://pl.wikipedia.org/wiki/Twierdzenie [dostęp: 6 maja 2015].
[2] Metafizyka klasyczna, Wikipedia, http://pl.wikipedia.org/wiki/Metafizyka_klasyczna [dostęp: 6 maja 2015].
Co się zdarzyło w hotelu
Kolejne trzy doby Jagoda spędziła w pokoju hotelowym. Świat jej się zawęził do tego dusznego miejsca, z kaloryferem buchającym gorącem prosto z piekła oraz z oknem, którego lepiej było nie otwierać, bo hałas z ulicy zabijał każdą myśl. Jagoda jednak w te dni myślała mało. Całkowicie pochłonęły ją czynności innego rodzaju. Płakała i śmiała się na przemian, biegała naga, rozsuwała zasłony i stawała w oknie. Patrzyła na swoje odbicie w lustrze, w kabinie prysznicowej, w szybie, raz nawet nago wybiegła na korytarz, aby przejrzeć się w lustrze na półpiętrze.
– Jestem piękna, jestem piękna – powtarzała raz za razem. – Piękna, piękna, piękna!
Diabeł po trzech dobach był już nieco znudzony, odczuwał jednak dużą satysfakcję z efektów rewitalizacji baby. Choć sama przemiana nie zachodziła łatwo, bo baba była mało konkretna i niespójna w swoich oczekiwaniach, ostateczny wynik zadowolił i jego.
– Włosy. Przyciemnij, jeszcze, jeszcze... Dobra, niech tak zostanie. Albo nie. Idźmy w rudy... No nie, ten pomarańcz jest nietwarzowy. Kasztan, słoneczny kasztan. Słoneczny, mówię, a nie brunatny. Dobra. Niech tak zostanie. Czy wiesz, co to trwała depilacja laserowa? To zrób mi tak. Tak, tam również! Albo nie, zostaw ścieżkę, czekaj, czekaj. Nie, nie zostawiaj. A co myślisz o małym pieprzyku na policzku, takim w stylu Marilyn? Kurwa, małym miało być, mówię wyraźnie chyba? Nie, pieprzyka nie chcę. Paznokcie trochę bardziej w kształt migdała... Podbródek wydłuż. Kurwa, wydłuż, a nie rozszerz. Nie rób ze mnie Clooneya, ja pierdolę.
Piersi, uszy, kolana, pępek, pośladki, kciuki, pięty, szyja, plecy, ramiona, łokcie, dłonie, skóra, oczy, nos, łydki, czoło, uda, brzuch, talia, zęby. I tak przez dziewięć godzin. A potem baba oszalała.
– Jestem piękna, piękna, cudowna. Ja, Jaga Biel. Piękna Jaga. Piękna jak Jaga. "Chcę być piękna jak Jaga Biel, od zawsze ją podziwiam". Tak, tak... Jolu. Wkrótce wypowiesz te słowa.
I znowu chwila przed lustrem. Jagoda zasłoniła oczy dłońmi i powoli je odsłoniła. Gestowi towarzyszył niepohamowany śmiech.
Ciężkie do niedawna brwi nabrały subtelnej linii i równymi czarnymi łukami wyginały się nad ciemnymi oczami. Wielkie, głębokie bruzdy u nasady nosa zniknęły bez śladu. Zniknęły cienie na skroniach i spod oczu, plamy na piersiach, twarzy, dłoniach, wszystkie piegi, pieprzyki. Zniknęły.
Na czterdziestosiedmioletnią Jagodę patrzyła z lustra trzydziestokilkuletnia kasztanowowłosa kobieta i trzęsła się ze śmiechu.
– Co, ładna jestem?[1] – krzyknęła po raz setny do diabła, który znudzony wywrócił oczami. – Spójrz na te nogi, na tę talię, na ten tyłeczek. No, popatrz, proszę... No, no, no... Ach, czuję w sobie tyle energii, taką radość, że mogłabym latać, fruwać...
– A mogłabyś... Mogłabyś, do kroćset.
– I dziękuję, za to zmniejszenie... Siedem centymetrów. Tak, to było w sam raz. Od teraz nie będę już patrzyła na ludzi z góry, ha, ha. W końcu będę mogła mieć złudzenia, że nie wszyscy faceci mają łysy placek na czubku głowy. Jesteś kochany, złociutki, no daj buzi...
Diabeł wykrzywił się z obrzydzeniem, a z oczu Jagody polały się łzy szczęścia. Dwunasty raz tej doby. W pierwszej dobie płakała gwałtownie czterysta trzydzieści dwa razy, w drugiej jedynie cztery z powodu oniemienia i jakby paraliżu czy też otępienia. Trzecia doba była najgorsza, bo Jagoda gadała jak najęta i na dodatek w kółko ten sam tekst:
– Jestem piękna, jestem piękna, jestem piękna...
– Do kroćset, wolałem cię w poprzedniej wersji. Jakieś życie było w tobie, jakaś pasja, gniew i plany. A teraz? Żenada, nuda. Kobieto, ocknij się wreszcie!
– Jestem piękna, jestem piękna, jestem piękna... Mogłabym latać, fruwać... Piękna, młoda, niższa... Jestem...
***
Przełom nastąpił późną nocą.
Diabeł włączył telewizję. Nocne wiadomości podały komunikat:
"Dzisiaj w godzinach porannych policja aresztowała znanego polskiego sportowca i biznesmena Janusza P. oraz jego wieloletnią kochankę Jolantę Zdzisławę K. Aresztowanie wiąże się ze zniknięciem żony Janusza P. Jagody Bielińskiej-Ptyś, która wyszła z domu 7 grudnia bieżącego roku i dotychczas nie wróciła. Jagoda Bielińska-Ptyś to znakomita polska siatkarka, w latach osiemdziesiątych reprezentantka naszego kraju, od wielu lat kobieta biznesu. Zaginięcie zgłosił zrozpaczony syn kobiety Krystian. Już dzisiaj pewne się wydaje, że Bielińska-Ptyś została zamordowana przez własnego męża. P. i K. zostali aresztowani po tym, jak policja odnalazła na posesji należącej do Jolanty Zdzisławy K. paczkę chusteczek higienicznych z odciskami palców zaginionej oraz plamę krwi, prawdopodobnie również należącą do zaginionej".
– Jakiej krwi? Jakiej posesji? – pierwszy raz od momentu poznania diabeł i Jagoda wykrzyknęli coś zgodnie.
A potem już każde podążyło za własnym tokiem myśli.
– Kurwa, Zdzisiunia... he, he... jakoś nigdy, suko, nie przyznałaś się do tego imienia. Dobrze ci tak, krowo jedna. Małpo, nie daruję ci. Jak świnia w chlewie zgnijesz w tym kiciu, już ja ci to załatwię...
– Do kroćset, cóż za zabawna komplikacja. Może ten Janusz się powiesi w areszcie albo ta Jolanta? Może połkną cyjanek? Czy to się będzie wtedy liczyło do moich zasług? Czy jam temu winien, czy ta baba? Jednakowoż jam, bo baba jest ze mną. Gdyby nie była ze mną, nie uznano by jej za zaginioną. Tych dwoje nie poszłoby do lochów. Tak, to będą moje duszyczki. Moja przepustka do piekła. A może powieszą się oboje? Och, cudnie by było. Dwa wisielczyki. Zaiste – dobry początek.
I tak oboje, marząc o wspaniałościach najbliższej przyszłości, usnęli w zmiętej pościeli, wśród rozrzuconych ręczników i resztek jedzenia, które diabeł znosił do pokoju przez ostatnie trzy dni.
***
Kolejny dzień rozpoczął się dla Jagody wyjątkowo wcześnie i wyjątkowo konstruktywnie. Zerwała się z łóżka, kiedy wokół panowały zupełne ciemności. Pełna energii zawołała radośnie:
– Dosyć tego dobrego, diabełku. Trzeba działać. Działać! A jak ty właściwie masz na imię? Czy diabły mają imiona? A nazwiska? Ksywki? Nicki? Pseudonimy?
– Vaculleus... – odpowiedział rozespany diabeł. – Bardziej po polsku to może by było Wakuleusz, jakoś tak...
– He, he, bardziej po polsku to by było Wacek, Wacuś, he, he... No proszę, proszę, diabeł Wacek i piękna Jagoda. No dobra, Wacek, nie ma co marudzić. Ja spadam, mam swoje sprawy. Słyszałeś, co powiedzieli. Zrozpaczony syn. Jadę do domu, do Krystiana. Ktoś się musi zaopiekować maleństwem, skoro tatuś w kiciu siedzi.
– Hola, hola, a co ze mną? Co z naszą umową? – Diabeł poderwał się na równe nogi.
– Co z tobą? Duży jesteś, sam się sobą zajmij. A umowa? Umowa nie ucieknie. Daj mi kilka dni, potem się spotkamy i pomyślimy nad sposobem, jak by ci te twoje dusze dostarczyć. Poza tym najpierw muszę sprawdzić, jak to wszystko zadziała, czy na pewno sprawy ułożą się tak, jak się z tobą umówiłam. Wiesz, faceci, uwielbienie i te sprawy. Spadam...
– O czwartej nad ranem? Kobieto, sądzisz, że syn czeka na ciebie o tej porze? Uspokój się trochę i pośpij jeszcze.
– Ale jestem taka podekscytowana, mogłabym...
– Fruwać, latać? Wiem, mówiłaś to już jakby kilka razy.
– Serce wali mi młotem, krew pulsuje. Czuję się taka młoda, piękna... Cały świat stoi przede mną otworem! Czy mogę cię o coś spytać?
– Pytaj, kobieto.
– Czemu masz jedną stopę krótszą? Czyżbyś tam miał kopytko? Pokaż.
– Straciłem stopę w wypadku wiele lat temu. Straciłem ją w Polsce, pod Skierniewicami, ale nie chcę wdawać się w szczegóły.
– Oj, biedny Wacek – z nieukrywanym wstrętem zaśmiała się Jagoda. – Więc to nie kopytko? A różki masz? A ogon?
– Mam, z przodu!
– Świntuch!
– No tak, szanowna pani, zapomniałem, że mam do czynienia z damą. Wcieleniem subtelności. Aniołem delikatności. Zwiewną muzą poetycką. Czy raczysz mi wybaczyć mój chamski żart, o nadobna Jagodo, pani szlachetnego serca i umysłu czystego. – Vaculleus ohydnie wykrzywiał twarz, jakby nie był szpetny i bez tego wykrzywiania.
– Spierdalaj! – odpowiedziała Jagoda. Odwróciła się plecami do diabła. Ten z obrażoną miną zaplótł ręce na piersi.
Z bliska był jeszcze brzydszy. Skórę miał spierzchniętą, czerwoną, łuszczącą. Cielsko kędzierzawe, porośnięte mocno skręconymi kępkami ryżych włosów. Jagoda przyjrzała mu się uważnie, kiedy zdjął swoje eleganckie spodnie oraz brudnobiałą koszulę. Fuj! Najgorsze jednak były zęby. Drobne i żółte jak ziarenka soi. Kły za to dorodne, ostre jak u wyżła lub rotwailera. Do tego łysiejący rudy łeb. Uszy ogromne, jakby zniekształcone na końcach. Wystawała z nich ostra szczecina, tym razem dla odmiany czarno-siwa. Ohyda. Jedno tylko nie pasowało do całości wizerunku tego człowieka, tfu, diabła. Zapach. Jagoda, patrząc na jego brudne paznokcie, no, pazuropaznokcie, brudne zęby, uszy, ubranie, spodziewała się przykrego zapachu, smrodu wręcz. A Vaculleus pachniał. Był to zapach tajemniczy, korzenny, nieznajomy, dziwnie pociągający. Jak kadzidła hinduskie czy może bardziej – marokańskie przyprawy. Zdarzyło się jej również, gdy nie patrzyła na jego nikczemną posturę i fizys, odczuwać pewną przyjemność na dźwięk jego głosu. Czasem rzęził chrapliwie, czasem popiskiwał, ale kiedy opowiadał o czymś zajmującym go, głos mu się obniżał, poważniał. Gdyby tak zamknąć oczy i wąchać go i słuchać, mogłoby to być ucztą dla zmysłów.
– Nawet o tym nie myśl, nawet nie próbuj. Jesteś mi wstrętną, kobieto... – Myśli Jagody przerwał zdecydowany głos.
– Dziadu podły, wyłącz ten tryb szpiegowski. Nie dotknęłabym ciebie nawet kijem, nawet łopatą, nawet przez ścierkę. Tfu!
– Co się tak podniecasz? – Vacull zawadiacko łypnął zielonym okiem i odrzucił rudy łeb do tyłu. – I tak wiem, o czym myślisz – zachichotał. – Jeśli raz jeszcze pomyślisz w ten sposób, to będę śmierdział i piszczał.
Jagoda puściła tę uwagę mimo uszu. Wiedziała, że w tej chwili najbezpieczniej jest zmienić temat. Ten skubany diabeł, kurwa, bywa irytujący. Poza tym miała ciekawsze tematy.
– Ilu was, tych diabłów, było już na ziemi?
– No, kilku było. Mefistofeles, Woland, Azazel, Behemot, Marek... – zaczął wymieniać Vaculleus. – Karierę zrobił Woland... Kobiety go dziwnie mocno polubiły.
– Oj, bo przystojny był i seksowny, ta sylwetka, laseczka, inteligencja... Nie to, co u innych. – Jagoda spojrzała wymownie. – Co u niego teraz słychać?
– Nie uwierzysz... Awansował za ten numer w Moskwie, został finansowym, potem przez moment wice, zaraz po generalnym. – Vacull podrapał się po łysinie. – Szybko jednak zaczęły go drażnić te wszystkie przywileje, wiesz, kopanie niższych rangą, poniżanie, pełne koryto. Ostatecznie przeszedł na drugą stronę, w zamian za mały pokoik, ogródek i wielką bibliotekę. Z tego, co wiem, przychodzi do niego taka jedna i no, jakby to powiedzieć... No wiesz, robią ze sobą te rzeczy...
– "Te rzeczy" mówisz? Co dokładnie? – złośliwość Jagody nabrała rumieńców, tak jak zarumienił się sam Vacull.
– No wiesz, teges, fiku-miku, bara-bara... No, do kroćset, domyśl się sama, kobieto – rozzłościł się.
– Masz na myśli seks? W niebie?!
– Oj, w piekle seksu nie ma. W piekle się leży i tyle. Bezruch, beznadzieja, apatia. Seks mają w niebie. Piekło to nuda... – Vacull ziewnął przeciagle.
– Przez pół mego małżeństwa byłam w piekle. A zapowiadało się tak cudownie, bal sportowców... – Jagoda westchnęła na wspomnienie pierwszych miłosnych uniesień. Głupich i niepotrzebnych uniesień.
– No tak, pani sportsmenka. Jakie to dziwne, że trenowałaś siatkówkę, spodziwałbym się raczej rzutu młotem. – Złośliwość tym razem błysnęła w zielonym oku Vaculla.
– A czy mógłbyś być przez chwilę miły? – Jagoda znowu westchnęła. – Chciałam ci się zwierzyć jak przyjacielowi, no, kumplowi, dobra – psychiatrze. My, ludzie, czasem potrzebujemy się wygadać...
– Dobra, dobra, mów, ile chcesz, kobieto. – Vacull ziewnął. – Gdybym się lekko zdrzemnął w tym czasie, to się nie przejmuj. Bo chodzi o to, żebyś ty się wygadała, a nie o to, żebym ja słuchał. Przecież i tak znam tę całą... hrrr... historię...
– Ot, faceci... – Jagoda ziewnęła, układając się wygodniej w łóżku. – W sumie można jeszcze chwilę pospać.
[1] Michał Bułchakow "Mistrz i Małgorzata".
Niefart
Jagoda podniosła się łóżka na minutę przed siódmą. Plan był jasny – ubrać się cicho, nie budząc Wacka, i czmychnąć stąd jak najprędzej. Jeśli się da, to czmychnąć trwale. Bo ostatecznie diabeł nie diabeł, ale adresu jej nie zna. Mogłaby spokojnie się oddalić, nie regulując rachunku za dwie niezapłacone doby spędzone w pokoju. Wacka aresztują, ona wróci do siebie i rozpocznie nowe życie, cudownie wolna i cudownie... wolna.
Plan w każdym calu doskonały. W przyszłym tygodniu wyda przyjęcie dla dawnych koleżanek z drużyny. Upije się i będzie się naśmiewać z głupoty swojego "byłego".
Teraz tylko cichutko musi się ubrać. Nie rozsuwając zasłon ani nie zapalając światła, Jagoda wymacała części swojej garderoby. Wsunęła majtki na – ach, jakie zgrabne! – nogi, sięgnęła po biustonosz. Jakoś dziwnie się zapinał, więc Jagoda nerwowo podniosła się z łóżka. Majtki opadły, zatrzymując się na wysokości szeroko rozstawionych kolan.
– Kuuurwa! – Fakt, który właśnie do niej dotarł, zniweczył wszystkie starannie opracowane w ostatnich dwóch minutach plany i marzenia. – Kurwa, Wacek, nie mam się w co ubrać!
Ubrania w rozmiarze 46, które służyły Jagodzie od prawie pięciu lat, nijak nie pasowały do okrycia ciała w jego nowej formie. 46 minus 36 daje sporą różnicę, na tyle dużą, że poprzednie ubrania, choć drogie i prawie nowe, nie nadawały się do włożenia.
– Wacuniu kochany, wstawaj szybko. Zrób teraz te swoje czary-mary i stwórz mi tutaj jakąś sukieneczkę, powiedzmy w kolorze... burgund. A może bakłażan będzie lepszy? Potrzebuję do tego bielizny, kozaczków, płaszcza i kilku dodatków. No, ruszaj się...
Vaculleus ani drgnął.
– Wacku, ogłuchłeś? Zrobiłeś mnie niekompletną. Kobieta potrzebuje ubrań. No, dawaj. Budź się.
Vaculleus znowu się nie poruszył ani nie odpowiedział. Jagoda poczuła napływającą złość. Jednocześnie zdawała sobie sprawę z tego, że nie ma co diabła obrażać, że po raz kolejny to on jest górą. Sytuacja wymagała rozwagi, dyplomatycznego podejścia, prawdopodobnie negocjacji i ostatecznej ugody, choć Jagoda najchętniej pierdolnęłaby debila krzesłem w łeb. Przez jego niedopatrzenie zawala się doskonała wizja jej najbliższych godzin.
– Wacuniu, kobieta pięknie ubrana lepiej działa na mężczyzn, w seksownej kiecce zbajeruję kilku więcej. Doprowadzę ich do szaleństwa i będą twoi. Jeszcze dzisiaj dostaniesz ode mnie trzech, no dobra, czterech... pięciu?
Vacull otworzył jedno oko.
– Nie wyczaruję ci szmat, bo nie mam mocy stwarzania przedmiotów. Mogę tylko wpływać na ludzi.
– Nie mogę! Miernota z ciebie, nie diabeł. Do reklamacji cię oddam. Wielkie mi co – kieckę wyczarować.
– To wyczaruj.
– Oj, nie łap mnie za słowa. Pomóż mi, nie wyjdę przecież goła na ulicę. Wiesz co? Mam pomysł. Zrobisz tak: weź moje futerko, sprzedaj je na bazarze Różyckiego, kup mi spodnie dresowe, bluzę i kurtkę, jakąś w rozmiarze S poproszę. Ale na wysoką osobę. Za futro weź minimum dwa tysiące, bo nowe jest i bardzo wysokiej klasy. No, ewentualnie potarguj się.
– Dziesięć dusz będziesz mi za to winna.
– Oszalałeś? Dziesięć? A może dwadzieścia zażycz sobie od razu? Powiedziałam pięć i to wszystko. I ruchy, diable, bo zwariuję tutaj z tej nudy!
– Dobra, pójdę zaraz, tylko przestań, babo, tak wrzeszczeć. Do kroćset, jak ten mąż z tobą wytrzymywał. Ja na jego miejscu znalazłbym sobie kochankę, zanim bym poznał ciebie. Uspokój się, idę już.
Wyszedł. W pierwszej godzinie Jagoda skupiła się na oglądaniu telewizji. Przeszukując kanał za kanałem w nadziei, że uzyska nowe wiadomości o swoim zaginięciu, od czasu do czasu wstawała, podchodziła do okna i wypatrywała Vaculla. Ten jednak nie nadchodził. W drugiej godzinie powoli dopadł ją niepokój, w trzeciej wyraźnie się nasilił. Jagoda owinęła się kołdrą, bo z emocji zrobiło jej się zimno. Wyłączyła telewizor.
"A może to on zostawił mnie? Z tymi za dużymi szmatami, bez kasy i bez futra. Kurwa mać. Co tu robić?" – Jagoda zadrżała pod kołdrą. Wtedy dojrzała go przemykającego obok ścian hotelu, z tobołkiem zwiniętym pod pachą. Uff, jest, nie zostawił mnie. Diabeł, a porządniejszy od niejednego faceta.
W pokoju był po niecałej minucie, ale wszedł jakiś mniejszy, zgarbiony i przygaszony. Od razu było widać, że coś jest nie tak. Jagoda spojrzała pytająco. Vaculleus milczał.
– Co jest? Jak ci poszło? I dlaczego tyle to trwało?
– Nie chcieli kupić futra, powiedzieli, że za drogie, za dobre. Poziom za wysoki. Ale był tam taki jeden... Zaproponował tysiąc złotych i kazał wejść za sobą na zaplecze. Rozumiesz, zaplecze takiej metalowej budki. Powiedział, żebym czekał, że tylko wyjmie pieniądze z kasetki czy coś takiego. Dwóch innych czekało już w tej kanciapie, jeden walnął mnie w łeb, drugi wyrwał futro i ziuuu... tyle go było. Właściwie uciekli wszyscy trzej, a do kanciapy wpadła jakaś baba i wrzasku narobiła, że złodziej. Policję chciała wzywać, ledwie się wyrwałem.
– Ja pierdolę, nie powiem nawet, co o tym myślę. Co tam masz pod pachą?
– Zdobyłem ubrania dla ciebie, nie są takie wielkie jak te twoje.
– Zdobyłeś? W jaki sposób? – wykrzyknęła, trzęsąc się trochę ze złości, a trochę z powodu hamowanego śmiechu, który dopadł ją od pasa w górę. Ja pierdolę, ale kretyn.
– Och, wpadłem na ten pomysł przypadkiem. Wiesz, na niektórych podwórkach stoją takie blaszane kubły w kolorze waniliowym, tak go chyba nazywacie. Na odzież używaną.
– Dałeś sobie ukraść futro, a potem włamałeś się do kubła z odzieżą używaną, żeby mi przynieść ubrania? Powiem ci, diable – moc twoja ogromna jest. Iście diabelska. No, no – moc i potęga, i chwała... ja pierdolę, dawaj te ciuchy, kretynie. – Jagoda odwróciła się, kąciki jej ust zadrżały.
– Wcale się nie włamałem, lecz ubłagałem kobietę, która właśnie chciała ubrania wrzucić do kontenera, aby podzieliła się z ubogim. Ubrania były po jej zmarłym mężu, zaprawdę piękną opowieść o życiu i zgonie opowiedziała...
– Nie kończ już, proszę, bo jebnę cię za chwilę. Dawaj te szmaty.
– Ów małżonek wysoki był i mało tęgi, więc rozmiarowo powinno to wszystko pasować.
– Dobrze, że trupa nie rozebrałeś dla mnie. Pasowałoby to do ciebie. Jezu, ja pierdolę, ale kreację mi uszykowałeś. A gacie masz?
– O gaciach nic nie mówiłaś!
Jagoda z obrzydzeniem wkładała odzież po zmarłym, choć w duchu musiała przyznać, że wszystko było świeże, wyprane, odprasowane. Poczuła jakąś żałość, wyobrażając sobie wdowę składającą wszystkie te pamiątki po mężu. Pewnie była dla niego dobra, a on jej nie zdradzał z kim popadło. Włożyła jasne, siwe spodnie w kant, wyprane skarpetki, białą koszulę, brązową kamizelkę, rudobrązową marynarkę z dawnych lat, w delikatne prążki, z prawdziwej krempliny, jaką pamiętała z dzieciństwa, oraz zgniłozieloną kurtkę myśliwską.
– I jak wyglądam? – zapytała obrażonym tonem.
– No... jakby to powiedzieć, jakoś nienowocześnie.
– Nienowocześnie? Kurwa, jak facet z lat siedemdziesiątych, debilu jeden. Kurwa, nienowocześnie. Nawet mi nie tłumacz, co masz na myśli. Co teraz? Nie mam już kasy, a za hotel musimy zapłacić.
– Już zapłacone.
– Zapłacone? Jak to zrobiłeś bez pieniędzy?
– Wdowę wzruszyłem, dała mi...
***
Czy ktoś z was wyszedł kiedyś w grudniu w luźnych, staromodnych, przykrótkich spodniach w kancik, szerokich w pasie i obwisających w kroku, majtających się wokół nóg, włożonych na nagie ciało bez bielizny spodniej? Tylko nieliczni poznali to uczucie wszechogarniającego zimna, wiatru podwiewającego od spodu, wdzierającego się nogawkami i kłującego w miejsca, które zwykle są otulone szczelnie przylegającą bawełną albo jakimś syntetykiem, bo teraz taka moda. Jagoda aż zapiszczała z bólu i zimna.
– Muszę mieć zaraz jakąś bieliznę. Drapią mnie te portki, gryzie koszula, podwiewa mi tu wszystko, ja pierdolę... Niedaleko jest centrum handlowe, idziemy do sklepu z bielizną. Masz jeszcze jakąś kasę?
– Mam stówę...
– Dobra, pospiesz się... Idziesz ze mną.
Nie taki diabeł
Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-7942-820-5
? Maria Krzak i Novae Res s.c. 2015
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Szymon Błaszkowski
KOREKTA: Dominik Wódz, Hubert Korczyc
OKŁADKA: Piotr Blechacz
KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl
NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE
al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia
tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.
Wydawnictwo Novae Res jest partnerem
Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.