Nie szkodzi, kiedyś zrozumiem - Johanna Bodor

Reflow text when sidebars are open.
Z impetem otworzyłam drzwi do naszego mieszkania i już w progu ryknęłam śmiechem. Mama i Tata przywykli do takich reakcji z mojej strony, więc z pogodnym wyrazem twarzy czekali, aż się uspokoję. Opowiedziałam, zaśmiewając się do rozpuku, jak to w trakcie pochodu Ceauşescu złapał mnie za tiulową spódniczkę. Podczas gdy ja w baletowej pozie stałam bez ruchu na krawędzi parkowej fontanny, on, rozpromieniony, zbliżył się do mnie. Kątem oka widziałam część funkcjonariuszy bezpieki - nie byli spokojni. Ludzie partii, z Eleną Ceauşescu na czele, uśmiechając się z zakłopotaniem, oklaskiwali to niekonwencjonalne zachowanie Wielkiego Wodza. Ceauşescu chwycił tiul, pocierając go nieco opuszkami palców. Słyszałam jękliwy, pełen skargi chrzęst materiału, a tymczasem na mojej twarzy uśmiech baleriny nie przygasał ani na moment. Cała scena trwała może kilka sekund. Na moje szczęście nie opisały jej gazety ani nie powstało zdjęcie ukazujące tę niezapomnianą chwilę.
Tamtego dnia na uroczystość otwarcia nowego parku wydelegowali uczniów różnych szkół, przedszkolaków, pionierów oraz chóry i orkiestry wojskowe. Ustawieni po obu stronach głównej alei, niczym elementy domina, zabawialiśmy defilującego Ceauşescu oraz wszystkich aparatczyków. My, uczennice szkoły baletowej, przyodziane w tutu i pointy, na szerokiej krawędzi fontanny tańczyłyśmy walca na cześć Wielkiego Wodza. Upięte włosy przyozdobiono nam sztucznymi kwiatami. Makijaż był dyskretny, walc - szlachetny, wyraz twarzy - przesadnie słodki. Popisy trwały kilka chwil, a każdy z nich mógł się rozpocząć dopiero wówczas, gdy maszerujący orszak dotarł na wysokość zespołu. No tak, ale przez to, że Ceauşescu był tamtego dnia w wyśmienitym humorze, nie zachowywał się w sposób zdyscyplinowany - czasem zatrzymywał się przed tą czy inną grupą, wznoszącą okrzyki na jego cześć, by z udawaną skromnością rozkoszować się aplauzem. I gdy dotarł wreszcie do nas, mógł podziwiać baletnice już tylko w pozie końcowej. Prawdopodobnie pomyślał sobie, że stoimy tam niczym żywe posągi, opromienione słońcem 23 sierpnia - wokół nas fruwały motyle, a naszymi tiulowymi spódniczkami i niesfornymi kosmykami włosów bawił się wiatr. Ja byłam najbliżej Ceauşescu, i to mnie spotkał ów kłopotliwy zaszczyt, Wielki Wódz był bowiem łaskaw do mnie podejść. Kiedy ruszyli dalej, poszukałam wzrokiem pani profesor, ona zaś wysoko uniesioną ręką nakazała, żebyśmy pozostały w pozie. Dopiero gdy konwój odszedł wystarczająco daleko, skinęła na nas, a my posłusznie zeskoczyłyśmy z krawędzi fontanny wykonanej z wapienia i niezgrabnie przedzierając się w pointach przez drobny żwir, dotarłyśmy do czekającego w pobliżu autokaru. W milczeniu zajęłyśmy miejsca. Nawet nie spojrzałyśmy po sobie. Stojąc już w naszym pokoju dziennym, przyjrzałam się bacznie tiulowej spódniczce i stwierdziłam, że dobrze by było oddać ją na wystawę, bo przecież tak niezmiernie ważny strój w historii Państwowej Szkoły Baletowej warto by było przechować za szkłem witryny - na wieczną pamiątkę.
Moi rodzice pokładali się ze śmiechu, bo ta zabawna historia nigdy by się nie wydarzyła, gdybyśmy nie żyli w kraju absurdów. Mój Tata dobrze nas znał, dlatego kręcił głową z lekkim niepokojem - dokładnie wiedział, jak długo będziemy z Mamą robić sobie z tego śmichy-chichy. Tylko z uwagi na Tatę uruchomiłyśmy cenzurę humoru.
Opowiem to, co pamiętam.
Od urodzenia byłam słodkim, przeuroczym dzieckiem. Moja naiwność i przesadna miłość do ludzi stanowiły śmiertelne niebezpieczeństwo - były niemal jak samobójstwo z uśmiechem na ustach. Wielokrotnie mogłam się wydawać zmanierowana lub obłudna, a moje zachowanie dla niejednego mogło być wręcz irytujące. Nie zauważałam tego w ogóle. Byłam odważna i zadowolona z siebie, nie przyjmując do wiadomości niepokojących sygnałów i nie chcąc pojąć, czy choćby dostrzec, czyhających zagrożeń. Tak więc to los mnie strzegł, ja zaś mogłam cieszyć się młodością pełną przygód. Naprawdę. I pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że moje dzieci podobnymi historiami nie wystawią kiedyś na próbę matczynych uczuć, jakie w sobie noszę...
Miałam szczęście, urodziłam się w fantastycznej rodzinie. Mój Tata jest człowiekiem pióra i spontanicznym wybawicielem, maszynką do załatwiania różnych spraw i skorym do poświęceń, spragnionym miłości mężczyzną. Moja Mama - twarda jak Sycylijka, z wyglądu przypominająca Francuzkę - jest nieskończenie mądra i ma błyskotliwe poczucie humoru. A jej gust, kultura i wytrzymałość są po dziś dzień dla nas wszystkich punktem odniesienia. Mój starszy brat jest tak bystry, że niekiedy aż wprawia w zakłopotanie, a przy całej swej skrytości jest prawdziwie romantycznym mężczyzną z dużym temperamentem. Zawsze trochę się go bałam, a jednocześnie bardzo chciałam być do niego podobna. Między nami jest osiem lat różnicy, lecz w tym wypadku to raczej jego trzeba żałować. Myślę, że długo nie mógł mi wybaczyć wszystkich tych nieprzyjemności, jakie mu sprawiałam choćby samym swoim istnieniem. Dzisiaj chyba już się z tym pogodził. W każdym razie wszystko to miało w moim życiu ogromne znaczenie, bo tak chciał los. To dzięki bratu szybko trafiłam w dobre towarzystwo, często też przebywałam z chłopcami - może też dlatego znacznie prędzej i łatwiej potrafiłam zaakceptować ową prostą różnicę, jaka istnieje między mężczyzną a kobietą.
Bardzo wcześnie pojęłam, dzięki czemu mężczyzna obdarza kobietę zaufaniem, szybko też nauczyłam się, co jest warunkiem, by naprawdę ją pokochał, i zrozumiałam, co sprawia, że dobrze się czuje w jej towarzystwie. Mojej rodzinie zawdzięczam także trafność swoich wyborów, od niej nauczyłam się, na co zwracać uwagę, a czego na pewno unikać, i działało to we mnie niemal jak instynkt. Dzięki mojej rodzinie dowiedziałam się, czego tak naprawdę szukam. Niezliczoną ilość razy próbowałam ubrać w sensowną i zrozumiałą dla innych formę wiążące się z tym moje zasady, prawdy i uczucia, które przedzierały się na świat przefiltrowane przez mój charakter, wychowanie i doświadczenia. Najczęściej jednak zderzałam się z nieprzeniknionymi refleksami, kliszami myślowymi, obawami, próżnością, dumą. Nie wiem, jak można usunąć zmarszczki na czole, zakorzenione złe nawyki, mówienie nie na temat, zbędne triki... To zresztą wcale nie moja sprawa. No tak, ale ja tyle razy byłam szczęśliwa. I bywałam nieszczęśliwa. Dane mi było wciąż od nowa przeżywać to, jak przychodzi, a potem odchodzi i szczęście, i nieszczęście.
To, że jestem dzisiaj tym, kim jestem, zawdzięczam - jak sądzę - głównie rodzinie, przyjaciołom moich rodziców oraz miejscu, w którym się urodziłam. Rumunii. Nie wiem jeszcze, od czego zacznę moją historię (moją powieść?), ale wiem, że rozpocznie się nie wcześniej niż w 1965 roku, bo wtedy się urodziłam: 23 października 1965 roku w Kolozsvárze. Potem sceną stanie się Bukareszt, gdzie dojrzewałam i gdzie stałam się dorosła.
*
Nie było dla mnie niczym nadzwyczajnym, kiedy jako mała dziewczynka siadywałam na kolanach wujka Gyuriego Haraga, wspaniałego człowieka teatru, znaczącej postaci tamtej epoki, a on snuł teatralne opowieści. Nic też dziwnego nie było w tym, że wieczorami - co należy rozumieć: każdego wieczoru - odbywało się u nas wielkie zbawianie świata. Nawet nie wiedziałam, co to jest i do czego służy. Wypijano ogromne ilości wódki i zjadano mnóstwo chleba ze smalcem, a goście zawsze mogli się sami obsłużyć, wziąć, co chcieli, z naszej skąpo zaopatrzonej lodówki. Myślę, że w ciągu tych dziesięciu lat razem z moim starszym bratem przygotowaliśmy z kilkaset litrów kawy po turecku. Pamiętam częste wizyty Jánosa Tauba, jego żony Évy i ich córki Esztery - János był tak inteligentny i tyle się razem śmialiśmy, że jak nie przychodzili przez kilka dni, to obserwowaliśmy u siebie objawy odstawienia niczym u alkoholików. Pamiętam dym z papierosów, łzy, rozpacz, strach. Pamiętam dialogi na migi, szepty, grę spojrzeń. Nieprawdopodobne wręcz rozmowy odbywały się w języku aluzji. To było pierwsze dziwne pojęcie, jakiego się nauczyłam. Świetnie było w głupawych zdaniach ukrywać kody. Bo przecież wiedzieliśmy o podsłuchu (produkcji amerykańskiej) i zachowywaliśmy ostrożność nie tylko z uwagi na nas samych, ale też dlatego, że baliśmy się o przyjaciół.
*
Epoka, w której żyłam, rodzina, w której się urodziłam, marzenia, które mnie prowadziły moją własną drogą, i moja natura - wszystko to stanowiło dar wobec losu, jaki był mi przeznaczony. To słodki ciężar być dzieckiem znanego ojca, uczyć się od matki posiadającej silną osobowość i wzrastać w cieniu niebywale mądrego brata.
W 1967 roku przeprowadziliśmy się do Bukaresztu. Parę lat później zapisano mnie do niemieckiego przedszkola, lecz nie czułam się tam dobrze. Mama i to wzięła pod uwagę - zostałam przeniesiona do placówki węgierskiej. W domu mówiliśmy po węgiersku, jednak opanowałam też rumuński. Pierwsze lata nauki spędziłam w węgierskiej szkole.
Pewnego wieczoru odwiedzili nas Péter Karikás, ówczesny attaché kulturalny węgierskiej ambasady, i jego żona, Edit Handel, była solistka zespołu baletowego w Pécsu. Trzydziestojednoletnia Edit, zwana Didus, po odbytych w Moskwie studiach mistrzowskich w zakresie sztuki tańca, mimo że oferowano jej świetną umowę w budapeszteńskiej Operetce, wybrała rodzinę i miłość, i wraz z mężem przeprowadziła się do Bukaresztu. Tamtego wieczoru Edit była w bardzo dobrym nastroju i niezwykle dowcipnie opowiadała o swojej karierze. O wszystkim, co przeżyła: o Państwowej Szkole Baletowej, o studiach w Związku Radzieckim, o życiu artysty, a na dodatek tam, w naszym pokoju dziennym, wszystkim nam zaprezentowała elementy podnoszenia. Śmialiśmy się i piszczeliśmy z radości. Péter był człowiekiem bardzo wykształconym, niezmiernie dowcipnym, w głębi duszy wciąż zresztą pozostał aktorem. Ich relacja, wzajemne uwielbienie i duchowy związek stały się dla mnie wzorem. To wtedy, w wieku jedenastu lat, zdecydowałam, że ja też będę taką Didus! Już następnego dnia oświadczyłam, że chciałabym zostać baleriną. Mamie odebrało mowę. Tata wpadł w rozpacz. Mój brat ryczał ze śmiechu.
Argumentowałam tym, że poprzedniego wieczoru na własne oczy widziałam, z jakim podziwem wszyscy patrzyli na Didus, i obiecywałam, że nie będę ani jakąś tam byle baletnicą w zespole, ani osobą niedokształconą. Cóż im pozostawało, skoro byli liberalnymi rodzicami, jak pozwolić mi, bym spróbowała podejść do egzaminu wstępnego.
Przygotowała mnie Didus, całymi tygodniami prowadząc lekcje baletu w salonie willi dla dyplomatów. Na jednej ze ścian kazała zamontować lustro, a przed nim drążek. W tych lekcjach oprócz mnie brały udział także dwie córki ambasadora Francji. Didus prowadziła trening codziennie. Była prawdziwą profesjonalistką, a w swoich ruchach miała utrwalone wszystko, czego nauczyła ją moskiewska szkoła. Już później, patrząc z perspektywy na tamte moje odczucia, pojęłam, że oprócz piękna i doskonałości z ruchów i spojrzenia Edit Handel promieniowała także siła, i to właśnie ta siła mnie oczarowała. Niewielu balerinom tak dobrze służyły ukazujące się gdzieś ponad techniczną dokładnością dramatyczne piękno, estetyczna rozkosz, idealne w sensie artystycznym wykonywanie ruchów. Piękno przenikające jej ciało ani nie było puste, ani nie stanowiło jedynie wyrażającego romantyczną uczuciowość dopełnienia. Mówimy tu o prawdziwej artystce, która nigdy nie pozwoliłaby sobie na to, by własne walory fizyczne i wiedzę techniczną wykorzystać i oszukać nas, swoje uczennice, albo widzów. Wymagania i oczekiwania wobec samej siebie utrzymywały jej zawodową czujność na niezmiennie właściwym poziomie. Jej opętanie. Choć wówczas jeszcze w ogóle nie znałam się na balecie, z zachwytem patrzyłam na ruchy Didus, na linię mięśni, na jej cudowne podbicie. Nie było trudno entuzjazmować się tą profesją, gdy człowiek miał przed oczami taki przykład.
Egzamin wstępny zakończył się sukcesem. Jak się okazało dziesięć lat później, Didus nie była zachwycona moimi warunkami i obawiała się, że czeka mnie smutna przyszłość, co zresztą mi przepowiadała. Dlatego też rodzice z niepokojem przyglądali się mojej determinacji, wręcz fanatyzmowi, z jakim już jako uczennica Państwowej Szkoły Baletowej w Bukareszcie rzuciłam się w wir pracy. Nastąpiły ciężkie lata, jako że świat zewnętrzny także stawał się coraz bardziej okrutny. W kraju szalała już dyktatura.
Państwowa Szkoła Baletowa też jest instytucją dyktatorską, z tą jednak różnicą, że w tym zawodzie to konieczne. Uczeń czy uczennica mogą najwyżej namiętnie rozkochać się we wszystkim, co - jako wychowankom Państwowej Szkoły Baletowej - dane im będzie zobaczyć w budynku Opery. Kulisy, magazyn strojów, fosa orkiestry, nadscenie, charakteryzatornia, wypełniony kopytami warsztat szewski, zapach żywicy, proces wyrabiania point, który mogą śledzić od początku do końca, dotknięcie kurtyny od wewnątrz - wszystko to są dowody na to, że i taki świat istnieje. Pusta scena, garderobiane, sale baletowe w Operze potrafią sprawić, iż uczniowie uwierzą, że oni też mogą przynależeć do tego świata i mieć nadzieję, że być może kiedyś wszystko to stanie się w pewnym stopniu i ich własnym imperium. Postawią na to wszystko i dadzą wiarę, że warto pracować, warto wytrzymać. Te marzenia i mnie uratowały przed okropnościami zewnętrznego świata. Duchowe znieczulenie działało bez zarzutu, bo przecież stale byłam potwornie zmęczona, a każda myśl owładnięta była tą moją namiętnością. To była idealna droga ratunku.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.