Nie?słusznie skazany - Mateusz Gostyński

Kup ebooka

36.90 zł
30.26 zł (29,76 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Brud

Jorge, Los Angeles, apartament pod Sky Barem

Zo­ba­czy­łem, że Ja­vier zbli­ża się do nas. Nió­sł tecz­kę i ja­kieś urządze­nie. Po­ło­żył do­ku­men­ty na sto­le i po­pra­wił oku­la­ry na no­sie.

- To wszyst­ko, co uda­ło mi się zna­le­źć. Nie ma tego zbyt wie­le. Po­trze­bu­ję wi­ęcej cza­su.

- A co trzy­masz w ręku? - za­py­ta­łem i usły­sza­łem tłu­mio­ny śmiech.

- Smart­fon - od­po­wie­dział.

- Wiem, co to jest, ale nie wiem, do cze­go mia­łby mi się przy­dać. Dwie de­ka­dy ży­łem poza świa­tem, nie po­do­ba­ją mi się two­je drwi­ny. Wte­dy zo­sta­łem nie­słusz­nie ska­za­ny, te­raz wy­rok będzie spra­wie­dli­wy - za­żar­to­wa­łem, ale do­strze­głem, że Ja­vier się prze­stra­szył.

- Za­in­sta­lo­wa­łem na nie­go apli­ka­cję śle­dzącą po­ło­że­nie te­le­fo­nu An­ge­la Mar­ti­ne­za. Dzi­ęki temu będziesz wie­dział, gdzie jest.

- Pew­nie jest ja­kieś "ale". - By­łem tego cie­kaw.

- Je­śli nie za­blo­ku­je sy­gna­łu albo nie zo­sta­wi gdzieś te­le­fo­nu.

- Wie­dzia­łem. Dzi­ęku­ję, Ja­vier.

- Je­że­li znaj­dę coś wi­ęcej, prze­ślę ci to na smart­fo­na. - Sło­wo "smart­fon" wy­po­wie­dział wol­no i wy­ra­źnie, jak­by mó­wił do oso­by ogra­ni­czo­nej umy­sło­wo.

- Ro­zu­miem. - Wzi­ąłem tecz­kę i po­sze­dłem do win­dy.

Do­go­ni­ła mnie Pa­tri­cia. Chcia­łem wy­jść bez po­że­gna­nia, ale naj­wy­ra­źniej mi się nie uda­ło. Na­ci­snąłem przy­cisk i ocze­ki­wa­łem dźwi­ęku otwie­ra­jących się drzwi.

- Gdzie two­ja kul­tu­ra? - za­py­ta­ła za­czep­nie.

- No, tak, na­wet się nie po­że­gna­łem - uda­łem prze­jęte­go.

- Wła­śnie. Spo­koj­nie, dla mnie to też była jed­no­ra­zo­wa przy­go­da, ale mam na­dzie­ję, że kie­dyś to po­wtó­rzy­my. - Po­ca­ło­wa­ła mnie w po­li­czek. - Masz, to kar­ta do win­dy. Je­śli kie­dyś będziesz cze­goś po­trze­bo­wał, przy­je­dź od razu do apar­ta­men­tu. Przy­ja­ciel pana Ca­sta­na jest na­szym przy­ja­cie­lem.

- Do zo­ba­cze­nia - po­że­gna­łem się.

W au­cie usia­dłem na skó­rza­nej ta­pi­cer­ce i otwo­rzy­łem tecz­kę, któ­rą wręczył mi Ja­vier. Za­wie­ra­ła bi­lin­gi, wy­ci­ągi z ban­ku i plik kar­tek. Dla mnie istot­ny był do­ku­ment pod­pi­sa­ny przez An­ge­la: umo­wa z me­ce­na­sem Thomp­so­nem. Mia­łem wresz­cie na­ma­cal­ny do­wód na to, że Mar­ti­nez in­ge­ro­wał w moje ska­za­nie. Cie­ka­we, jak na ten wi­dok za­re­ago­wa­ła­by Car­men - po­my­śla­łem.

Ru­szy­łem do domu. Po­trze­bo­wa­łem cza­su, żeby prze­my­śleć, gdzie ude­rzyć, by za­bo­la­ło to An­ge­la. Choć na­dal nie mia­łem pew­no­ści, że wro­bił mnie w mor­der­stwo Die­ga w po­je­dyn­kę. Nie chcia­łem dzia­łać po­chop­nie. Jak do­tąd nic się nie kle­iło. Nie zna­łem mo­ty­wu ani fak­tów zwi­ąza­nych ze śmier­cią syna Mar­ti­ne­zów.

Nocą pal­my, pia­sek i fale oce­anu wy­gląda­ły obłęd­nie. Blask ksi­ęży­ca od­bi­jał się w ta­fli wody. Był nie­mal na­ma­cal­ny. De­lek­to­wa­łem się na­tu­rą. Mia­łem ocho­tę wy­jść z sa­mo­cho­du, wsko­czyć do oce­anu i za­nu­rzyć się w ksi­ęży­co­wej po­świa­cie.

By­łem już bli­sko domu Mi­gu­ela. Mi­ja­łem jed­ną z ostat­nich wil­li na uli­cy, kie­dy zo­ba­czy­łem mu­stan­ga Car­men. Już jako na­sto­lat­ka nie po­tra­fi­ła od­pu­ścić i wsa­dza­ła nos w nie swo­je spra­wy. Nie sie­dzia­ła w au­cie. Otwo­rzy­łem więc bra­mę i wje­cha­łem do ga­ra­żu. Gdy wy­sia­dłem z wozu, usły­sza­łem kro­ki w sy­pial­ni na gó­rze.

Sze­dłem po scho­dach po­wo­li. Do­my­śla­łem się to­żsa­mo­ści wła­my­wa­cza, ale wo­la­łem nie ry­zy­ko­wać. Może Car­men mnie zwo­dzi i jest w zmo­wie z An­ge­lem? Wsze­dłem na pi­ętro.

- Wy­cho­dź! - krzyk­nąłem. - Tyl­ko dzie­ci ba­wią się w cho­wa­ne­go!

Dziew­czy­na sta­nęła przede mną, trzy­ma­jąc w ręku zdjęcie Mi­gu­ela. Pła­ka­ła, a ja po­czu­łem się jak jej na­sto­let­ni kum­pel i opie­kun.

- Kto to, kur­wa, jest?! - wy­krzy­cza­ła. - W co ty po­gry­wasz?

Nie ro­zu­mia­łem, o co jej cho­dzi. W tam­tej chwi­li to ja po­wi­nie­nem być zde­ner­wo­wa­ny, a nie ona. Wy­gląda­ło na to, że kom­plet­nie jej od­bi­ło.

- Ja po­gry­wam? Prze­cież to ty się do mnie wła­ma­łaś! Może po­wi­nie­nem za­dzwo­nić na po­li­cję i za­ła­twić ci noc­kę w aresz­cie. Wy­star­czy? Twój oj­ciec zor­ga­ni­zo­wał mi dwu­dzie­sto­let­ni noc­leg w wi­ęzie­niu.

- Py­tam, kim jest ten fa­cet.

- Ni­kim, kogo mo­gła­byś znać. - Pa­mi­ęta­łem o za­cho­wa­niu in­for­ma­cji dla sie­bie.

- Tak? - za­py­ta­ła i rzu­ci­ła zdjęciem o ścia­nę, a szkło z ram­ki roz­sy­pa­ło się po po­ko­ju. - Ten czło­wiek był wspól­ni­kiem mo­je­go ojca!

Nie mia­łem o tym po­jęcia. Mi­gu­el mi o tym nie po­wie­dział. Przy­jąłem za pew­nik, że Mar­ti­nez jest na­szym wspól­nym wro­giem, ale wła­ści­wie ni­g­dy nie do­wie­dzia­łem się dla­cze­go. Mój na­uczy­ciel i men­tor ni­g­dy nie był ze mną do ko­ńca szcze­ry. Go­dzi­nę wcze­śniej my­śla­łem, że zbli­żam się do sed­na tej spra­wy, a tu w ci­ągu se­kun­dy Car­men spro­wa­dzi­ła mnie na zie­mię i po­ka­za­ła prze­pa­ść dzie­lącą mnie od roz­wi­ąza­nia.

- Mów, co wiesz - po­pro­si­łem.

- Pa­mi­ętam jak przez mgłę. By­łam mała, o wie­le mniej­sza niż wte­dy, kie­dy się po­zna­li­śmy. Tata ota­czał się wte­dy ró­żny­mi lu­dźmi, ale tę gębę do­brze za­pa­mi­ęta­łam. Był okrop­ny. Często kłó­cił się z oj­cem w biu­rze. Wspo­mnie­nie o nim przy­pra­wia mnie o dresz­cze. Na szczęście znik­nął z na­sze­go ży­cia mniej wi­ęcej mie­si­ąc przed śmier­cią Die­ga. - Prze­sta­ła mó­wić, coś so­bie przy­po­mi­na­jąc. - Mi­gu­el Ca­sta­no. Tak się na­zy­wa!

Mia­ła ra­cję. Nie po­twier­dzi­łem, że roz­po­zna­ła oso­bę na zdjęciu. Tyl­ko co łączy­ło mo­je­go przy­ja­cie­la z ro­dzi­ną Mar­ti­ne­zów? Zbie­ra­łem my­śli, za­nim za­re­ago­wa­łem.

- Cze­go mi nie mó­wisz? - za­py­ta­ła.

- Spędzi­łem z tym czło­wie­kiem te wszyst­kie lata w wi­ęzie­niu.

- To nie może być przy­pa­dek! - la­men­to­wa­ła.

- Na­dal chcesz mi po­móc? - Ski­nęła gło­wą. - Na po­czątek spójrz na to.

- Co to jest? - spy­ta­ła.

- Do­ku­ment łączący two­je­go ojca z moim ad­wo­ka­tem.

Ob­ser­wo­wa­łem, jak jej oczy uwa­żnie śle­dzi­ły ka­żdą li­nij­kę tek­stu. Wzdy­cha­ła, czy­ta­jąc ko­lej­ne zda­nia, aż do­szła do pod­pi­su ojca i spu­ści­ła gło­wę.

- Prze­pra­szam, mia­łeś ra­cję.

- Wie­rzysz mi te­raz, że ze śmier­cią Die­ga wi­ąże się ja­kaś kosz­mar­na ta­jem­ni­ca?

- Tak, ale co z tym zro­bisz?

- Mu­si­my od­wie­dzić sta­re­go zna­jo­me­go.

Nie chcia­łem, żeby wie­dzia­ła, że mogę...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Porzucona

Carmen, droga do Malibu, dzień końca odsiadki Jorgego

Je­cha­łam po nie­go z na­dzie­ją, że będę mu w sta­nie po­móc. Przez lata wi­dzia­łam tyle ano­ma­lii w na­szym ro­dzin­nym biz­ne­sie, że na­bra­łam pew­no­ści, iż to był nie on, a ra­czej ktoś uwi­kła­ny w in­te­re­sy taty. Nade wszyst­ko Jor­ge nie miał mo­ty­wu i ko­chał mo­je­go bra­ta.

Nie uwie­rzył w moje do­bre in­ten­cje, wy­sia­dł z sa­mo­cho­du na środ­ku dro­gi. By­łam za­ła­ma­na. Nie mog­łam go do ni­cze­go zmu­sić, dla­te­go za nim nie po­je­cha­łam. Czy mo­gła­bym mu po­móc do­jść do praw­dy, nie będąc z nim? - za­sta­na­wia­łam się. Nic nie przy­cho­dzi­ło mi do gło­wy. Pod wpły­wem im­pul­su wró­ci­łam do miej­sca na­sze­go roz­sta­nia.

W gło­wie mi się nie mie­ści­ło nie tyl­ko to, że mój oj­ciec mia­łby być od­po­wie­dzial­ny za śmie­rć wła­sne­go dziec­ka, ale też to, że to Jor­ge stał za mor­der­stwem Die­ga. To ra­czej był ktoś, kto zro­bił to z ze­msty na na­szej ro­dzi­nie. W ko­ńcu ten in­te­res wy­ma­gał twar­dej ręki i ge­ne­ro­wał wie­lu wro­gów. Chcia­łam do­wie­ść nie­win­no­ści Jor­ge­go, lecz ta­kże upew­nić się, że mój oj­ciec jest czło­wie­kiem ho­no­ru, za ja­kie­go się po­da­je.

Mi­ja­łam ko­lej­ne przy­stan­ki au­to­bu­so­we, wy­pa­tru­jąc Jor­ge­go. By­łam pew­na, że nie za­sze­dł da­le­ko. Upał tego dnia da­wał się we zna­ki. Prze­je­cha­łam kil­ka mil, aż zo­ba­czy­łam sta­cję ben­zy­no­wą. W ostat­niej chwi­li do­strze­głam Jor­ge­go wcho­dzące­go do środ­ka. Ukry­łam sa­mo­chód za bocz­ną ścia­ną i ob­ser­wo­wa­łam.

Nie­ba­wem mój daw­ny przy­ja­ciel wy­sze­dł z bu­dyn­ku i udał się w to­wa­rzy­stwie nie­zna­ne­go mi mężczy­zny do auta. Nie wie­dzia­łam, czy zna­li się wcze­śniej. Po­cze­ka­łam, aż kie­row­ca uru­cho­mi sil­nik i wy­je­dzie na dro­gę. Do­pie­ro wte­dy prze­kręci­łam klu­czyk w sta­cyj­ce i ru­szy­łam za nimi. Mu­sia­łam trzy­mać się na tyle bli­sko, żeby ich nie zgu­bić, i na tyle da­le­ko, żeby nie zo­rien­to­wa­li się, że są śle­dze­ni.

Do­je­cha­łam za nimi do sa­me­go Ma­li­bu. Jor­ge wy­sia­dł z sa­mo­cho­du przy molo i za­nim od­sze­dł, wzi­ął coś od kie­row­cy. Po­sze­dł w kie­run­ku uli­cy bie­gnącej wzdłuż brze­gu oce­anu. Co on tu robi? - za­sta­na­wia­łam się. Nie przy­je­chał do ro­dzi­ny.

Zdzi­wi­łam się, gdy otwo­rzył drzwi do jed­nej z wil­li. Za­par­ko­wa­łam nie­opo­dal. By­łam pew­na, że nie wy­czuł mo­jej obec­no­ści. Przez kil­ka go­dzin ob­ser­wo­wa­łam oko­li­cę. Za­nu­dzi­ło mnie to na śmie­rć, ale nie mo­głam za­pu­kać i po­ja­wić się w pro­gu. W ko­ńcu nie by­łam mile wi­dzia­na.

W pew­nym mo­men­cie z ga­ra­żu wy­je­chał pi­ęk­ny che­vy ca­ma­ro, wy­pro­du­ko­wa­ny pew­nie w tym sa­mym cza­sie co mój mu­stang. Nie do­wie­rza­łam wła­snym oczom, gdy zo­ba­czy­łam w nim Jor­ge­go. Prze­cież on na­wet nie miał pra­wa jaz­dy. Spra­wy co­raz bar­dziej się kom­pli­ko­wa­ły.

Wi­ęk­szo­ść dnia spędzi­łam na pa­trze­niu, jak Jor­ge robi za­ku­py. Co chwi­lę tar­gał do auta tor­by wy­pcha­ne mar­ko­wy­mi ciu­cha­mi. Na ko­niec wy­sze­dł z cen­trum z nową fry­zu­rą. Wy­glądał obłęd­nie.

Po­tem wró­cił do domu, a ja na­dal go szpie­go­wa­łam, cze­ka­jąc na roz­wój wy­da­rzeń. Tuż po za­cho­dzie sło­ńca ośle­pi­ły mnie świa­tła re­flek­to­rów sa­mo­cho­du Jor­ge­go. Skręcił i kie­ro­wał się w kie­run­ku mo­je­go za­par­ko­wa­ne­go auta. Scho­wa­łam gło­wę mi­ędzy ko­la­na, li­cząc, że mnie mi­nie. Istot­nie, prze­je­chał obok. Po chwi­li po­je­cha­łam za nim.

Pędzi­li­śmy dro­gą pro­wa­dzącą do Mia­sta Anio­łów. Stąd po­cho­dził Jor­ge. Za­cho­dzi­łam w gło­wę, po co tu przy­je­chał. Za­par­ko­wał prze­czni­cę przed Sky Ba­rem. Do­my­śli­łam się, że wła­śnie tu zmie­rzał. Po­szłam za nim.

Zo­ba­czy­łam, jak wcho­dzi do baru, ale mu­sia­łam się za­trzy­mać - przed we­jściem sta­ła dłu­ga ko­lej­ka. Po­sta­no­wi­łam sko­rzy­stać z mo­ich atu­tów, choć moja ro­dzi­na nie żyła w do­brych sto­sun­kach z wła­ści­cie­lem tego lo­ka­lu.

Ob­ci­ągnęłam su­kien­kę, wy­pi­ęłam pier­si i z pod­nie­sio­ną gło­wą ru­szy­łam w kie­run­ku ochro­nia­rza wpusz­cza­jące­go go­ści.

- Pro­szę na ko­niec ko­lej­ki. - Za­trzy­mał mnie.

- Nie zro­bisz dla mnie wy­jąt­ku, przy­stoj­nia­ku? -Za­trze­po­ta­łam rzęsa­mi, ro­bi­ąc ma­śla­ne oczy.

- Wszyst­kich obo­wi­ązu­ją te same za­sa­dy. Na ko­niec ko­lej­ki, pro­szę! - po­wtó­rzył.

Nic z nim nie wskó­ra­łam. Cof­nęłam się do mo­je­go shel­by i za­głębi­łam w fo­te­lu. Sko­ro nie mogę we­jść, po­cze­kam, aż Jor­ge wyj­dzie.

Lek­ko przy­sy­pia­łam. Oczy same mi się za­my­ka­ły i już pra­wie za­pa­dłam w sen, gdy wi­dok Jor­ge­go z nie­zna­ną ko­bie­tą otrze­źwił mnie w oka mgnie­niu. Ob­ser­wo­wa­łam, do­kąd idą. Wy­sia­dłam z auta i po­szłam za nimi. Dziew­czy­na wy­da­ła mi się ta­nią pro­sty­tut­ką, do­brą do za­li­cze­nia w ciem­nej alej­ce po dłu­giej od­siad­ce. A może by­łam za­zdro­sna o Jor­ge­go?

Do­strze­głam, że wy­gląda o wie­le le­piej niż przed­tem: miał na so­bie do­pa­so­wa­ną ko­szu­lę na pi­ęk­nie wy­rze­źbio­nych mi­ęśniach i je­an­sy, któ­re uwy­dat­ni­ły jego umi­ęśnio­ne po­ślad­ki. I ten błysk w oku. Roz­pły­nęłam się na wi­dok tego mężczy­zny. Na­gle usły­sza­łam od­gło­sy szar­pa­ni­ny w ulicz­ce, w któ­rą skręci­li. Po­tem wy­je­chał z niej bus. Po Jor­gem i ko­bie­cie nie było ani śla­du. Bar­dzo dziw­ne. Wte­dy do mnie do­ta­rło, że Jor­ge nie jest już słod­kim na­sto­lat­kiem, w któ­rym się pod­ko­chi­wa­łam. I że na­dal coś do nie­go czu­ję.

Zre­zy­gno­wa­łam z sie­dze­nia w sa­mo­cho­dzie przed klu­bem i cze­ka­nia na nie wia­do­mo co. Ko­lej­ka na­dal była prze­szko­dą. Wró­ci­łam więc do Ma­li­bu. Uchy­li­łam szy­bę w au­cie i usta­wi­łam fo­tel w po­zy­cji le­żącej. Ocze­ki­wa­łam wła­ści­wie nie wiem na co. Może na ryk sil­ni­ka ca­ma­ro Jor­ge­go. Od dziec­ka nie po­tra­fi­łam usie­dzieć w miej­scu, te­raz ta­kże wy­sia­dłam z wozu i sta­nęłam przed wil­lą, w któ­rej Gar­cía się za­trzy­mał. Nie­wie­le my­śląc, prze­sko­czy­łam przez nie­zbyt wy­so­ki płot. Na szczęście ani nie włączył się alarm, ani nie po­gry­zł mnie stró­żu­jący pies. Na­ci­snęłam na klam­kę, ale drzwi były za­mkni­ęte. Po­szłam na tyły domu, li­cząc na to, że Jor­ge w po­śpie­chu za­po­mniał za­mknąć okno ta­ra­so­we.

Malibu Beach

Jorge

- Twój oj­ciec wie, że tu je­steś? - spy­ta­łem oschle.

- Gdy­by to po­dej­rze­wał, z pew­no­ścią nie po­zwo­li­łby mi wy­jść z domu.

Otwo­rzy­łem drzwi i wsia­dłem do auta. Umo­ści­łem się na fo­te­lu pa­sa­że­ra i za­cząłem przy­glądać się Car­men. Za­pa­mi­ęta­łem ją jako małą dziew­czyn­kę, któ­ra za­wsze podąża­ła za mną i Die­giem. Była młod­sza od nas o pięć lat. Trud­no było mi oce­nić jej wzrost. Sie­dzia­ła za kie­row­ni­cą i wy­da­wa­ła się nie­wie­le ni­ższa ode mnie. Czar­ne kręco­ne wło­sy opa­da­ły jej na ra­mio­na, co łącz­nie z jej ciem­ną kar­na­cją czy­ni­ło z niej ty­po­wą Mek­sy­kan­kę. Jej okrągłe pier­si prze­ci­nał pas bez­pie­cze­ństwa, ni­żej opar­ty na pła­skim brzu­chu. Do­ra­sta­jąc, zde­cy­do­wa­nie wy­pi­ęk­nia­ła.

- Za­wieź mnie do Ma­li­bu. - Spoj­rza­łem jej w oczy. - A w dro­dze prze­ko­naj mnie do sie­bie.

Ru­szy­ła po­wo­li, a ja jesz­cze raz spoj­rza­łem na wi­ęzie­nie sta­no­we Lan­ca­ster. Po­czu­łem, że to nie tyle ko­niec mo­je­go wy­ro­ku, co po­czątek spra­wie­dli­wo­ści, któ­ra ni­g­dy nie na­sta­ła. Wie­dzia­łem, że mu­szę roz­wi­ązać za­gad­kę za­bój­stwa nie tyl­ko dla sie­bie sa­me­go. By­łem to win­ny mar­twe­mu przy­ja­cie­lo­wi.

- Nic w tej spra­wie nie pa­su­je - za­częła Car­men.

- Tego mi nie mu­sisz mó­wić. Po­wiedz coś, cze­go nie wiem.

- Nie mia­łeś mo­ty­wu.

- Wie­dzie­li o tym wszy­scy, co nie prze­szko­dzi­ło w ska­za­niu mnie. - Od­wró­ci­łem gło­wę w jej kie­run­ku. - By­łem na miej­scu mor­der­stwa. Po­li­cjant, któ­ry pierw­szy mnie do­pa­dł, ze­znał, że trzy­ma­łem w rękach na­rzędzie zbrod­ni. Tech­ni­cy zna­le­źli pod pa­znok­cia­mi Die­ga mój na­skó­rek, a to wszyst­ko ra­zem świad­czy­ło prze­ciw­ko mnie.

- We­dle ze­zna­nia po­li­cjan­ta? - za­py­ta­ła.

- Po­cze­kaj, prze­słu­chu­jesz mnie? Prze­cież to ty mia­łaś mnie prze­ko­nać do sie­bie, nie na od­wrót.

- Czy­ta­łam ra­port z za­trzy­ma­nia i wy­da­wał mi się zbyt dro­bia­zgo­wy i kom­plet­ny. Wszyst­ko wy­gląda­ło tak, jak­by było usta­wio­ne. Tyl­ko przez kogo?

- Mu­szę od­po­wia­dać na to py­ta­nie? Szu­kaj we włas­nym domu.

- Chcesz po­wie­dzieć, że mój oj­ciec jest w to za­mie­sza­ny?! W śmie­rć wła­sne­go dziec­ka?! - wrza­snęła.

- To wszyst­ko jest bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne, niż ci się wy­da­je. Nie wiesz tak na­praw­dę nic ani o tym zda­rze­niu, ani o swo­jej ro­dzi­nie. Może chcesz wie­dzieć, kto opła­cił mo­je­go chu­jo­we­go ad­wo­ka­ta?

- No, kto?

- An­gel Mar­ti­nez. - Pa­trzy­łem uwa­żnie na jej re­ak­cję i całe jej wy­obra­że­nie o ojcu za­czy­na­ło roz­pa­dać się jak do­mek z kart.

- Kła­miesz - rze­kła.

- Czy ja mam po­wód, żeby kła­mać? - Zmarsz­czy­łem czo­ło. - Wy­sa­dź mnie tu­taj. Nie do­ga­da­my się.

- Nie, po­cze­kaj.

- Na nic nie będę cze­kał. Sta­waj! Ale już! - roz­ka­za­łem.

Usły­sza­łem pisk opon i auto się za­trzy­ma­ło. Aż było czuć dym ze star­tych pod­czas ha­mo­wa­nia opon. Wy­sia­dłem na bez­dro­żu, mniej wi­ęcej w po­ło­wie dro­gi do Ma­li­bu. Wie­dzia­łem, że nie będzie to ła­twa prze­pra­wa, ale lep­sza niż to­wa­rzy­stwo ko­go­kol­wiek z ro­dzi­ny Mar­ti­ne­zów. Od­sze­dłem, nie od­wra­ca­jąc się. Po­ma­cha­łem ręką Car­men, kie­dy śmi­gnęła obok mnie.

Mi­ja­łem ko­lej­ne przy­stan­ki au­to­bu­so­we. Nie było mnie stać na bi­let. Sze­dłem przed sie­bie, nie wie­dząc do­kąd. By­łem pew­ny je­dy­nie tego, że zbli­żam się do celu. Od Ma­li­bu dzie­li­ło mnie ja­kieś pi­ęćdzie­si­ąt mil.

Z nie­ba lał się żar. Zdjąłem ko­szul­kę i owi­nąłem nią gło­wę. Wci­ąż sze­dłem, ma­jąc na­dzie­ję, że w ko­ńcu tra­fię na ja­kieś miej­sce, w któ­rym cho­ciaż na chwi­lę się za­trzy­mam.

Czu­łem nie­zno­śne pra­gnie­nie, dla­te­go ucie­szył mnie wi­dok sta­cji ben­zy­no­wej. Sze­dłem, czu­jąc, że nogi same się pode mną ugi­na­ją. Zo­ba­czył to je­den z mężczyzn, aku­rat tan­ku­jący wóz. Prze­sze­dł obok mnie, bacz­nie mi się przy­gląda­jąc. Jak­by mnie roz­po­zna­wał. Spra­wa mor­der­stwa Die­ga była bar­dzo me­dial­na w ostat­nich la­tach, a moja twarz przez ja­kiś czas go­ści­ła we wszyst­kich te­le­wi­zjach.

Wsze­dłem na sta­cję, od­pro­wa­dza­ny wzro­kiem mężczy­zny. Si­ęgnąłem do lo­dów­ki po wodę i uda­łem się do kasy, żeby zo­sta­wić w niej ostat­nie pie­ni­ądze, ja­kie mia­łem. Wie­dzia­łem, że bez pi­cia nie ujdę na­wet stu me­trów. Mia­łem już wy­cho­dzić, kie­dy usły­sza­łem zza ple­ców:

- Ja cie­bie znam.

- Tak? - My­śla­łem, że za­raz usły­szę zna­jo­my epi­tet: "mor­der­ca".

- Je­steś tym chło­pa­kiem, któ­re­go dwa­dzie­ścia lat temu wro­bi­li w mor­der­stwo ko­le­gi.

Po­czu­łem się dziw­nie. Pierw­szy raz ktoś obcy sta­nął po mo­jej stro­nie.

- Zga­dza się. - Za­mu­ro­wa­ło mnie i nic wi­ęcej nie by­łem w sta­nie po­wie­dzieć.

- Mogę ci ja­koś po­móc?

- Dla­cze­go mia­łby pan chcieć po­móc ska­za­ne­mu?

- Sam od­sie­dzia­łem nie­spra­wie­dli­wy wy­rok. Uwa­żam, że ka­żdy za­słu­gu­je na dru­gą szan­sę.

Wy­szli­śmy przed sta­cję.

- Do­kąd idziesz? - za­py­tał.

- Do Ma­li­bu.

- Na pie­cho­tę? - Zdzi­wił się. - W tej tem­pe­ra­tu­rze da­le­ko nie zaj­dziesz. Jadę do LA, ale mogę zbo­czyć tro­chę z tra­sy i cię pod­rzu­cić. - Spoj­rzał na mnie, cze­ka­jąc na re­ak­cję. - Wska­kuj, nie przyj­mu­ję od­mo­wy - po­wie­dział.

Nie mia­łem lep­sze­go wy­jścia, więc wsia­dłem do jego sa­mo­cho­du. Je­cha­li­śmy w ci­szy. Kie­row­ca mil­czał. Wi­dać wy­czuł, że nie mam za­mia­ru roz­ma­wiać o mo­jej od­siad­ce. Po­dzi­wia­łem kra­jo­braz sło­necz­nej Ka­li­for­nii i czu­łem, jak bar­dzo przez te wszyst­kie lata bra­ko­wa­ło mi wol­no­ści i jak bar­dzo nie by­łem pa­nem sa­me­go sie­bie. W ko­ńcu te­raz mo­głem od­dy­chać pe­łną pier­sią.

Do­je­cha­li­śmy do Ma­li­bu, mia­sta na wy­brze­żu Pa­cy­fi­ku z pi­ęk­ny­mi sze­ro­ki­mi pla­ża­mi. Wy­sia­dłem i pod­sze­dłem do wozu od stro­ny kie­row­cy.

- Gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wał, dzwoń. - Mężczy­zna po­dał mi kart­kę z nu­me­rem te­le­fo­nu.

Po­dzi­ęko­wa­łem i od­sze­dłem w kie­run­ku oce­anu. Wy­sa­dził mnie przy sa­mej pla­ży. Nie zdra­dzi­łem kie­row­cy swo­je­go kon­kret­ne­go celu. Nikt nie mógł wie­dzieć, gdzie mam za­miar się za­trzy­mać.

W LA, gdzie wszyst­ko się za­częło, nie mia­łem cze­go szu­kać. Po­cho­dzi­łem z Mia­sta Anio­łów, jed­nak nie czu­łem się tam mile wi­dzia­ny. Poza tym nie chcia­łem, żeby pier­do­lo­ny An­gel miał mnie na wy­ci­ągni­ęcie ręki.

Pod­sze­dłem do brze­gu. Czu­łem, jak bry­za przy­jem­nie chło­dzi mi twarz. Wi­dok bez­kre­sne­go oce­anu przy­nió­sł mi spo­kój. Choć nikt nie zwró­ci mi stra­co­nych lat, pra­gnąłem, by ży­cie od­da­ło mi spra­wie­dli­wo­ść.

Ob­ser­wo­wa­łem lu­dzi na pla­ży. Wszyst­ko przez te dwa­dzie­ścia lat zmie­ni­ło się nie do po­zna­nia i wy­da­wa­ło się wy­ol­brzy­mio­ne: wszech­obec­na na­go­ść, brak za­ha­mo­wań, a na­wet

ob­no­sze­nie się z tym. Ja tu nie pa­so­wa­łem.

Nie mia­łem cza­su na ta­kie re­flek­sje, mu­sia­łem się wzi­ąć do ro­bo­ty. Po dwóch de­ka­dach ki­cia li­czy­ła się dla mnie ka­żda se­kun­da. Gdy sze­dłem w stro­nę molo, wy­jąłem z ple­ca­ka kart­kę z ad­re­sem: "Ma­li­bu Co­lo­ny Road 23556" i klucz. Pre­zen­ty z wi­ęzie­nia.

Szu­ka­łem ad­re­su, za­sko­czo­ny tym, że mi­ja­ne wil­le oka­za­ły się nad­spo­dzie­wa­nie luk­su­so­we. Sta­nąłem przed tą ozna­czo­ną nu­me­rem 23556. Za­ma­rłem. Prędzej spo­dzie­wa­łem się ma­łe­go skła­dzi­ku czy ka­wa­ler­ki w dzia­dow­skiej dziel­ni­cy.

Tro­chę nie­pew­nie pod­sze­dłem do drzwi. Nie mia­łem pew­no­ści, czy gdy prze­kręcę klucz w zam­ku, nie uru­cho­mi się alarm. Klucz za­sko­czył, ad­res był wła­ści­wy.

Wsze­dłem do środ­ka, pro­sto do sa­lo­nu. Dom skła­dał się z czte­rech sy­pial­ni i dwóch ła­zie­nek. Był luk­su­so­wy. Podło­gi po­kry­wał bia­ły mar­mur, a ho­no­ro­we miej­sce w sa­lo­nie zaj­mo­wał ko­mi­nek. Wy­strój wnętrz wy­glądał, jak­by po­cho­dził sprzed stu­le­ci, je­dy­nie elek­tro­ni­ka była wspó­łcze­sna. Zwró­ci­łem uwa­gę na drzwi w sa­lo­nie wy­cho­dzące na drew­nia­ny ta­ras. Roz­po­ście­ra­ła się z nie­go pa­no­ra­ma oce­anu, któ­rą wcze­śniej po­dzi­wia­łem z pla­ży.

Niespodziewane

Jorge

Czu­łem od­de­chy podąża­jących za nami osób. Skry­tych w cie­niu, nie­mal nie­ma­te­rial­nych. Uda­wa­łem, po­zwa­la­łem im zre­ali­zo­wać plan. Na ko­ńcu alej­ki sta­nęli­śmy przed ścia­ną.

- I co da­lej? - za­py­ta­łem.

- Sen - wy­szep­ta­ła.

Do­sta­łem cios w tył gło­wy, ale nie stra­ci­łem przy­tom­no­ści. Za­mknąłem oczy i uda­wa­łem, że od­pły­nąłem. Na­ło­ży­li mi wo­rek na gło­wę i zwi­ąza­li ręce. Po­czu­łem, jak mnie pod­no­szą i nio­są. Rzu­ci­li mnie na zim­ną podło­gę busa. Sa­mo­chód ru­szył i sły­sza­łem gło­sy w tle, cho­ciaż nie po­tra­fi­łem ich zło­żyć w lo­gicz­ną ca­ło­ść. Otępia­ły od ude­rze­nia, czu­łem, że co chwi­lę zmie­nia­li kie­ru­nek jaz­dy. Po kil­ku­na­stu prze­je­cha­nych mi­lach sa­mo­chód wje­chał na dro­gę szu­tro­wą i się za­trzy­mał.

Usły­sza­łem otwie­ra­nie drzwi auta. Pró­bo­wa­łem usta­lić, do­kąd mnie wy­wie­źli. Wo­kół było tak ci­cho, że mo­gły to być przed­mie­ścia. Po­czu­łem, jak po­ry­wa­cze pod­no­szą mnie i gdzieś nio­są. Szczęk­nęły me­ta­lo­we drzwi, a po chwi­li po­sa­dzi­li mnie na krze­śle. Pod sto­pa­mi czu­łem twar­dą ubi­tą zie­mię, a na skó­rze po­wiew wia­tru.

Zdjęli mi wo­rek z gło­wy. Przed sobą zo­ba­czy­łem mężczy­znę wy­glądem przy­po­mi­na­jące­go Mi­gu­ela z po­cząt­ku mo­jej od­siad­ki, i blon­dyn­kę, któ­ra wci­ąg­nęła mnie w za­sadz­kę. Zdo­ła­łem oswo­bo­dzić skrępo­wa­ne za ple­ca­mi ręce. Nie wsta­łem jed­nak, za­cho­wu­jąc po­zo­ry.

- Skąd masz wi­zy­tów­kę? - za­py­tał mężczy­zna nie­na­tu­ral­nie ni­skim gło­sem.

- Zna­la­złem w dro­dze do klu­bu - pal­nąłem bez­czel­nie.

Ude­rzył mnie w szczękę i po­czu­łem stru­żkę krwi pły­nącą mi z ust. Nie za­sło­ni­łem się, cho­ciaż mo­głem, ręce mia­łem wol­ne. W trak­cie po­by­tu w wi­ęzie­niu wy­zby­łem się części od­ru­chów, a przede wszyst­kim pa­no­wa­nia nad bó­lem.

- Kto cię przy­słał? Ha­bla, jo­der!1) - krzy­czał.

1) Ga­daj! Ja pier­do­lę!

- Two­ja mat­ka - od­po­wie­dzia­łem roz­ba­wio­ny.

Znów mnie ude­rzył. Tym ra­zem po­dej­rza­łem, gdzie ma broń. Wa­żna in­for­ma­cja. Da­wa­ła mi pew­no­ść, że trze­cie­go razu nie będzie.

- Od­po­wia­daj, kur­wa, kto cię przy­słał?!

Pró­bo­wał wy­pro­wa­dzić ko­lej­ny cios, ale by­łem szyb­szy. Zro­bi­łem unik, skon­tro­wa­łem pra­wym sier­po­wym i nim mężczy­zna upa­dł na zie­mię, lewą ręką za­bra­łem mu pi­sto­let. Blon­dyn­ka pa­trzy­ła z prze­ra­że­niem. Ude­rzy­łem mężczy­znę z wy­czu­ciem, tak moc­no, żeby upa­dł, i tak sła­bo, żeby na­dal mógł roz­ma­wiać.

- Sia­daj! - wska­za­łem mu krze­sło.

- Co jest? - za­py­tał, pa­trząc, jak wyj­mu­ję ma­ga­zy­nek.

- Wie­dzie­li­ście, kto mnie przy­sy­ła. Dla­cze­go ba­wi­cie się w prze­słu­cha­nie?

- Czy­li jed­nak je­steś Gar­cía i przy­słał cię pan Ca­sta­no? - rze­kł zdzi­wio­ny i prze­ra­żo­ny.

Dziew­czy­na sko­rzy­sta­ła z oka­zji i rzu­ci­ła się do uciecz­ki. Po paru me­trach bie­gu w wy­so­kich szpil­kach ru­nęła jak dłu­ga. Gdy ją pod­no­si­łem, krzy­cza­ła, żeby ją zo­sta­wić.

- Stój, szko­da two­ich pi­ęk­nych nóg. - Uśmiech­nąłem się. - Te­raz po­słu­chaj­cie obo­je. Po­zwo­li­łem wam na ten cały test tyl­ko dla­te­go, że ina­czej by­ście mi nie uwie­rzy­li. Za­sta­na­wia mnie tyl­ko, któ­re z was wy­my­śli­ło po­rwa­nie.

- Mu­sie­li­śmy być pew­ni, że je­steś tym, za kogo się po­da­jesz. Prze­pra­szam - po­wie­dział po­ry­wacz.

- Nie ży­wię ura­zy. Wsta­waj!

- Leo. A to Pa­tri­cia - przed­sta­wił ko­bie­tę i uści­snął mi dłoń.

- Jor­ge. - Od­wza­jem­ni­łem uścisk. - Mo­że­my wró­cić tam, skąd mnie po­rwa­łaś?

- Tak, wsia­daj - rze­kła blon­dyn­ka.

Je­cha­li­śmy po wła­snych śla­dach. Pa­mi­ęta­łem ka­żdy za­kręt tak do­kład­nie, że by­łbym w sta­nie wró­cić tą dro­gą z za­mkni­ęty­mi ocza­mi. W wi­ęzie­niu moje zdol­no­ści per­cep­cji wy­ostrzy­ły się. Tych dwo­je w trak­cie po­rwa­nia nie zmie­nia­ło lo­so­wo tra­sy. Wy­bra­li naj­szyb­szą dro­gę do ma­ga­zy­nu, w któ­rym pla­no­wa­li mnie prze­słu­chi­wać.

Do­je­cha­li­śmy do klu­bu. Omi­nęli­śmy ko­lej­kę i po­szli­śmy do win­dy. Wsia­da­jąc za pierw­szym ra­zem, za­uwa­ży­łem, że mogę wje­chać tyl­ko na naj­wy­ższy po­ziom. Pa­tri­cia przy­ło­ży­ła ma­gne­tycz­ną kar­tę i od­blo­ko­wa­ła przy­cisk po­ni­żej gu­zi­ka z na­pi­sem "dach".

Drzwi win­dy otwo­rzy­ły się po cha­rak­te­ry­stycz­nym dźwi­ęku dzwon­ka. Moim oczom uka­zał się apar­ta­ment pe­łen lu­dzi. Do­my­śla­łem się, że to gang Mi­gu­ela. W po­ko­ju było mnó­stwo sprzętu in­for­ma­tycz­ne­go. Ob­raz prze­stęp­ców, jaki mia­łem przed sobą, od­bie­gał od tego po­zna­ne­go w wi­ęzie­niu. Tu­taj nic nie dzia­ło się przy­pad­ko­wo. Kon­tro­lo­wa­li po­ło­że­nia GPS ró­żnych lu­dzi. Wi­ęk­szo­ści przed­mio­tów znaj­du­jących się w po­miesz­cze­niu wcze­śniej nie wi­dzia­łem, ale wie­dzia­łem, że mają ja­kąś funk­cję.

- Ja­vier, cho­dź tu! - za­wo­łał Leo, a po chwi­li po­ja­wił się ni­ski, mniej wi­ęcej dwu­dzie­sto­let­ni chło­pak. - To jest se­?or Jor­ge Gar­cía. Prze­ka­żesz mu wszyst­ko, co tyl­ko ze­chce.

- Pro­szę za mną - po­wie­dział Ja­vier i za­pro­wa­dził mnie do jed­ne­go ze sta­no­wisk kom­pu­te­ro­wych. - Jak mogę po­móc?

- Po­trze­bu­ję wszyst­kie­go na te­mat An­ge­la Mar­ti­ne­za. Chcę szcze­gó­ło­wo wie­dzieć, co robi od świ­tu do nocy, przej­rzeć wszyst­kie do­ku­men­ty ksi­ęgo­we i prze­ana­li­zo­wać ka­żdą spra­wę, któ­rą za­mió­tł pod dy­wan przez ostat­nich trzy­dzie­ści lat.

- Tego od te­qu­ili? - za­py­tał za­cie­ka­wio­ny.

- Wła­śnie tego. To ja­kiś pro­blem?

- Nie, ale to po­trwa.

- Za­cze­kam. Umiem być cier­pli­wy - za­pew­ni­łem go.

Usia­dłem na skó­rza­nej ka­na­pie obok Pa­tri­cii. Nie mia­łem ocho­ty roz­ma­wiać. Mu­szę przy­znać, że była na­praw­dę pi­ęk­na, a moja dłu­ga se­pa­ra­cja po­lu­zo­wa­ła ha­mul­ce.

- Gdzie się tego na­uczy­łeś? - spy­ta­ła, nie kry­jąc po­dzi­wu.

- Mia­łem do­bre­go na­uczy­cie­la.

- Mam na­dzie­ję, że nie je­steś na nas zły. - Przy­su­nęła się do mnie.

- By­wa­ło go­rzej. Zro­bi­li­ście, co uwa­ża­li­ście za słu­szne.

- Nie je­steś za bar­dzo roz­mow­ny, co?

- Nie nad­uży­wam języ­ka.

- W ka­żdej sfe­rze? - Prze­ci­ągnęła się po­wo­li, a pod opi­ętą na pier­siach su­kien­ką zo­ba­czy­łem ster­czące sut­ki.

Do­sko­na­le zro­zu­mia­łem alu­zję, ale jej nie pod­chwy­ci­łem. Ob­ser­wo­wa­łem za­cho­wa­nie dziew­czy­ny. Było wi­dać, że wpa­dłem jej w oko. Zbli­ża­ła się do mnie co chwi­lę, a jesz­cze parę mi­nut temu za­mie­rza­ła mnie tor­tu­ro­wać. Uzna­łem, że uczci­wy będzie wet za wet i tym ra­zem to ja ją wy­ko­rzy­stam.

- Może na­pi­je­my się drin­ka, cze­ka­jąc, aż mło­dy sko­ńczy ro­bo­tę? - Spoj­rza­łem jej w oczy.

- Je­śli nie szko­da ci języ­ka. - Za­śmia­ła się.

Na sto­le sta­ły bu­tel­ka ko­nia­ku i kie­lisz­ki. Nie był to szczyt ma­rzeń, ale też nie było na co na­rze­kać. Na­la­łem i wznio­słem to­ast.

- Za nową zna­jo­mo­ść.

Pa­tri­cia owi­nęła swo­ją rękę wo­kół mo­jej i w tej po­zy­cji rów­no­cze­śnie prze­chy­li­li­śmy kie­lisz­ki. Po­tem zło­ży­ła na moim po­licz­ku mo­kre­go ca­łu­sa.

- Taki zwy­czaj, gdy po­zna­je się ko­goś no­we­go - wy­tłu­ma­czy­ła.

- Ro­zu­miem. A kie­dy już ko­goś zna się bli­żej, są ko­lej­ne ry­tu­ały? - prze­ko­ma­rza­łem się.

- Nie wiem, czy wy­star­czy ci na to języ­ka. - Ro­ze­śmia­ła się.

- To wy­zwa­nie? Chy­ba zdąży­łaś za­uwa­żyć, że je­stem dość spraw­ny.

- Przy świad­kach się nie li­czy - pod­pusz­cza­ła mnie.

- To cho­dźmy w ja­kieś ustron­ne miej­sce.

Wsta­łem pierw­szy i cze­ka­łem na jej re­ak­cję. Do­łączy­ła do mnie i po­szła przo­dem, pro­wa­dząc mnie w nie­zna­ne. Mi­ja­li­śmy ko­lej­ne po­ko­je, apar­ta­ment zaj­mo­wał chy­ba całe pi­ętro wie­żow­ca. Pa­tri­cia otwo­rzy­ła drzwi do znaj­du­jące­go się po pra­wej stro­nie ko­ry­ta­rza po­miesz­cze­nia przy­po­mi­na­jące­go pral­nię. We­szli­śmy do środ­ka, a ja za­mknąłem drzwi na klucz.

- Wy­star­cza­jąco ustron­nie? - za­py­ta­ła.

Nie od­po­wie­dzia­łem, po pro­stu zła­pa­łem ją w ta­lii i po­sa­dzi­łem na pral­ce. Po­pa­trzy­łem dziew­czy­nie pro­sto w oczy. Czu­łem, jak jej ser­ce i od­dech za­czy­na­ją przy­spie­szać. Trzy­ma­łem ją chwi­lę w nie­pew­no­ści. Kie­dy zbli­ża­ła swo­je usta do mo­ich, od­su­nąłem gło­wę. W ko­ńcu nie wy­trzy­ma­ła, wbi­ła mi moc­no pa­znok­cie w szy­ję i przy­ci­ągnęła mnie do sie­bie. We­pchnęła swój spręży­sty i mo­kry język w moje usta w na­mi­ęt­nym po­ca­łun­ku.

Po­ło­ży­łem rękę na jej pier­si i za­cząłem moc­no ści­skać. Od­chy­la­ła gło­wę do tyłu, od­sła­nia­jąc szy­ję. Wie­dzio­ny żądzą, wbi­łem w nią zęby. Pa­tri­cia wy­da­ła lek­ki jęk. Opu­ści­łem ra­mi­ącz­ko z jej le­we­go bar­ku, wci­ąż przy­gry­za­jąc szy­ję. Chwi­lę pó­źniej opu­ści­łem całą su­kien­kę do wy­so­ko­ści pęp­ka ozdo­bio­ne­go kol­czy­kiem z krysz­ta­łem.

Ści­ska­łem moc­no pier­si, a ona nie po­zo­sta­wa­ła mi dłu­żna. Ener­gicz­nie zła­pa­ła za moje kro­cze. Roz­pi­ęła spodnie i opu­ści­ła ra­zem z bok­ser­ka­mi do ko­stek. Po­cie­ra­ła mo­je­go twar­de­go fiu­ta w górę i w dół, pod­czas gdy dru­gą rękę wsu­nęła so­bie pod su­kien­kę. Przy­gry­za­łem twar­de sut­ki dziew­czy­ny, zo­sta­wia­jąc śla­dy śli­ny.

Zdjąłem ją z pral­ki, a ona z wła­snej fan­ta­zji klęk­nęła przede mną i wzi­ęła mo­je­go ku­ta­sa do ust. Od lat ma­rzy­łem o do­brym lo­dzie, a Pa­tri­cia była w tym per­fek­cyj­na. Li­za­ła mo­je­go pe­ni­sa do­kład­nie, jak­by sta­ra­ła się go wy­czy­ścić swo­ją śli­ną, nie po­mi­ja­jąc żad­ne­go miej­sca. Czu­łem, że od­pły­wam, lata świetl­ne od sek­su­al­nej abs­ty­nen­cji.

- Wstań - roz­ka­za­łem.

Ob­ró­ci­łem dziew­czy­nę przo­dem do pral­ki i pod­wi­nąłem su­kien­kę do góry. Pa­tri­cia mia­ła na so­bie czar­ne ko­ron­ko­we strin­gi. Zda­rłem je z niej i scho­wa­łem do kie­sze­ni na pa­mi­ąt­kę. Na­plu­łem na dłoń i prze­je­cha­łem nią od łech­tacz­ki do pupy. Nie było to ko­niecz­ne, bo dziew­czy­na była go­to­wa praw­do­po­dob­nie już od pro­gu pral­ni.

Wsu­nąłem w Pa­tri­cię mo­je­go twar­de­go chu­ja. Jęk­nęła przy­jem­nie. To był sy­gnał, że chce, że­bym ją je­bał jak zwy­kłą sukę. Zła­pa­łem ją moc­no za wło­sy, oplo­tłem je wo­kół dło­ni i szep­nąłem jej do ucha:

- Ni­g­dy tego nie za­po­mnisz.

Za­cząłem po­ru­szać się bar­dzo szyb­ko. Czu­łem wszech­ogar­nia­jące pod­nie­ce­nie. Moje ru­chy były ryt­micz­ne. Było sły­chać dźwi­ęk obi­ja­nych o sie­bie ciał. Wsu­wa­łem całą swo­ją dłu­go­ść, czu­łem ka­żdy cal wnętrza Pa­tri­cii. Jęcza­ła co­raz gło­śniej i co­raz bar­dziej z niej ka­pa­ło. Po­czu­łem, jak za­ci­ska się wo­kół mnie, co spo­tęgo­wa­ło roz­kosz. Wy­jąłem z dziew­czy­ny fiu­ta i spro­wa­dzi­łem ją po­now­nie do klęku.

- Patrz na mnie.

Wsa­dzi­łem pe­ni­sa w jej dłoń, a ona za­częła go trze­pać. By­łem tak bli­sko, że wy­star­czy­ło kil­ka ru­chów i za­cząłem try­skać. Gdy to zo­ba­czy­ła, otwo­rzy­ła usta i przy­spie­szy­ła. Jej twarz i język po­kry­ły się moim gęstym na­sie­niem.

Po wszyst­kim wy­ta­rła twarz wi­szącym na su­szar­ce ręcz­ni­kiem.

- Gdzie moje majt­ki? - do­py­ty­wa­ła.

- Nie będą ci już po­trzeb­ne - od­po­wie­dzia­łem z uśmie­chem.

Kie­dy do­pro­wa­dzi­li­śmy się do ładu, wró­ci­li­śmy na ka­na­pę, nie da­jąc po so­bie po­znać, co za­szło. Ocze­ki­wa­nie na in­for­ma­cje oka­za­ło się bar­dzo przy­jem­ne.

Sojusznik

Jorge

Kie­dy wy­sia­dłem z sa­mo­cho­du, nie by­łem już "nowy". Prze­sze­dłem tę samą pro­ce­du­rę jak za pierw­szym ra­zem, z tą ró­żni­cą, że tym ra­zem mia­łem tra­fić do blo­ku dla naj­gro­źniej­szych prze­stęp­ców. Na­sto­la­tek mi­ędzy człon­ka­mi gan­gów, gwa­łci­cie­la­mi i mor­der­ca­mi - zwie­rzę w ła­pach dra­pie­żni­ków. Bez żad­nych per­spek­tyw uciecz­ki.

Na no­wym po­ma­ra­ńczo­wym uni­for­mie, co­dzien­nym i odświ­ęt­nym stro­ju przez na­stęp­ne dwie de­ka­dy, mia­łem na ple­cach nu­mer. Sta­łem się cy­frą, jed­ną z abs­trak­cyj­ne­go wi­ęzien­ne­go zbio­ru.

Wi­ęzie­nie sta­no­we o za­ostrzo­nym ry­go­rze nie było wy­ma­rzo­nym miej­scem do star­tu w do­ro­sło­ść. Moja sy­tu­acja nie mia­ła żad­nej do­brej stro­ny, a przy­szło­ść za­po­wia­da­ła się chu­jo­wo.

Kla­wisz za­pro­wa­dził mnie do celi. Za kra­ta­mi cze­kał na mnie wspó­łwi­ęzień. Nie mu­sia­łem py­tać, za co sie­dzi. Na twa­rzy miał wy­pi­sa­ną przy­na­le­żno­ść do gan­gu. W prze­no­śni i do­słow­nie, po­nie­waż cała była po­kry­ta ta­tu­aża­mi. Był ogrom­ny, a jego spoj­rze­nie przy­pra­wia­ło mnie o pa­nicz­ny strach. Spo­dzie­wa­łem się wszyst­kie­go naj­gor­sze­go, gdy usły­sza­łem za sobą szczęk za­my­ka­nych krat.

- Świe­żak, gór­na pry­cza two­ja - po­in­for­mo­wał mnie mężczy­zna.

- D-do­brze - wy­jąka­łem.

- Dam ci radę. Niech to będzie ostat­ni raz, kie­dy oka­za­łeś strach. Ina­czej sko­ńczysz w pla­sti­ko­wym wor­ku.

- Nie robi mi to ró­żni­cy. I tak nie mam do cze­go wra­cać.

- Za co sie­dzisz? - za­py­tał.

- Mor­der­stwo pierw­sze­go stop­nia, któ­re­go nie po­pe­łni­łem - od­po­wie­dzia­łem wku­rzo­ny.

- Zo­staw tyl­ko pierw­szą część zda­nia. Tu­taj wszy­scy są nie­win­ni. - Ro­ze­śmiał się. - Dłu­go?

- Dwa­dzie­ścia lat.

- Za­zdrosz­czę, będziesz miał jesz­cze oka­zję zo­ba­czyć, jak wy­gląda świat.

- A ty?

- Ja? Po­wiedz­my, że to dłu­ga hi­sto­ria, rów­nie dłu­ga jak mój wy­rok.

Wie­dzia­łem, że nie na­le­ży do­py­ty­wać. Je­śli ze­chce, sam opo­wie.

- Jor­ge. - Wy­ci­ągnąłem dłoń w jego kie­run­ku.

- Mi­gu­el - od­po­wie­dział, ale nie po­dał mi ręki.

Za­uwa­ży­łem, że ma bo­ga­tą bi­blio­te­kę. Wbrew po­zo­rom nie był zwie­rzęciem. Był in­te­li­gent­ny i znał za­sa­dy lo­gi­ki. Nie poj­mo­wa­łem, dla­cze­go zna­la­zł się w ta­kim miej­scu.

Od mo­je­go pierw­sze­go dnia jako ska­za­ne­go za­le­ża­ło, jak będą mnie po­strze­gać inni wi­ęźnio­wie. Rób do­bre wra­że­nie - po­le­cił mi to­wa­rzysz z celi. Usły­sza­łem dźwi­ęk dzwon­ka, po któ­rym otwo­rzy­ły się kra­ty.

- Spa­cer­niak - rze­kł Mi­gu­el.

Ru­szy­łem za nim jak cień. Czu­łem się przy nim bez­piecz­nie. Wy­szli­śmy na dwór, ale pro­mie­nie sło­necz­ne na twa­rzy nie były tak miłe jak na wol­no­ści. Wszy­scy, może z wy­jąt­kiem mnie, rzu­ca­li so­bie na­wza­jem po­sęp­ne spoj­rze­nia. Sta­ra­łem się nie ła­pać z ni­kim kon­tak­tu wzro­ko­we­go. Sta­nąłem przy pło­cie i ob­ser­wo­wa­łem ko­le­gę z celi.

Co chwi­lę pod­cho­dzi­li do nas ró­żni lu­dzie. Mi­gu­el był kimś w ro­dza­ju ap­te­ka­rza, roz­pro­wa­dzał w wi­ęzie­niu wszyst­ko, cze­go du­sza za­pra­gnie. Mia­łem wra­że­nie, że je­śli będę się go trzy­mał, bez żad­ne­go wy­si­łku zdo­będę sza­cu­nek. Bar­dziej nie mo­głem się po­my­lić. W pew­nym mo­men­cie ze­bra­ła się wo­kół nas grup­ka wi­ęźniów. Wy­czu­łem ich wro­gie na­sta­wie­nie.

- To on za­je­bał syna Mar­ti­ne­zów! - usły­sza­łem.

- Zo­staw go, spodo­bał mi się świe­żak - od­pa­rł Mi­gu­el.

- Może jed­nak po­dzie­lisz się mło­dym mi­ęskiem? - Do­ta­rło do mnie py­ta­nie.

- Wy­glądam na ko­goś, kto się dzie­li? Wy­pier­da­laj do sie­bie! - krzyk­nął Mi­gu­el do zwy­ro­la.

Po­tem pod­sze­dł i opa­rł się o płot ja­kiś metr ode mnie.

- Je­steś mi wi­nien przy­słu­gę - oznaj­mił. - Pa­mi­ętaj, że nie za­wsze będę w po­bli­żu, a oni wró­cą.

Ze spa­cer­nia­ka po­szli­śmy na sto­łów­kę, w miej­sce, w któ­rym od wy­glądu je­dze­nia gor­sze były tyl­ko za­pach i smak. Był to mój pierw­szy dzień, więc moje kub­ki sma­ko­we były nie­przy­sto­so­wa­ne. Wzi­ąłem, co na­kła­da­li, i sze­dłem do sto­li­ka, przy któ­rym sie­dział Mi­gu­el. Po dro­dze ktoś wy­bił mi tacę z ręki, a całe je­dze­nie wy­lądo­wa­ło na mnie.

- Pan An­gel prze­sy­ła po­zdro­wie­nia! - po­wie­dział żar­tow­niś i na­chy­lił się nade mną. - Pa­mi­ętaj, pan Ca­sta­no nie za­wsze będzie z tobą, a wte­dy roz­li­czy­my się za śmie­rć dziec­ka Mar­ti­ne­zów.

Za spra­wą tego in­cy­den­tu po­zna­łem na­zwi­sko Mi­gu­ela. Wi­dzia­łem, że ob­ser­wo­wał całą sce­nę, ale nie miał za­mia­ru in­ter­we­nio­wać. W ko­ńcu nie by­łem dla nie­go ni­kim wa­żnym. Wró­ci­łem do sto­li­ka i usia­dłem na­prze­ciw­ko. Pa­trzył mi głębo­ko w oczy swo­im zim­nym wzro­kiem, a mnie ob­le­ciał strach.

- Co z tym zro­bisz? - rzu­cił chłod­no.

- A co mó­głbym zro­bić? - spy­ta­łem prze­ra­żo­ny.

- Je­że­li będziesz na to po­zwa­lał, zje­dzą cię żyw­cem. Nie je­stem two­im oj­cem, żeby sta­wać w two­jej obro­nie za ka­żdym ra­zem. - Zmarsz­czył po­sęp­nie czo­ło.

- Masz ra­cję. - Opu­ści­łem gło­wę.

Za­uwa­ży­łem, że de­lek­to­wał się je­dze­niem jak da­niem z naj­lep­szej re­stau­ra­cji i że na jego ta­le­rzu nie było żad­nej z po­traw ser­wo­wa­nych przez wi­ęzien­ną kuch­nię.

- Mogę o coś za­py­tać?

- Prze­cież już to ro­bisz - za­uwa­żył traf­nie.

- Dla­cze­go jesz coś in­ne­go niż te po­my­je?

- Le­d­wie przy­by­łeś, a już za­da­jesz py­ta­nia. Ob­ser­wuj, a wszyst­kie­go się do­wiesz. Sta­raj się przy tym nie zgi­nąć.

To zda­nie przy­ku­ło moją uwa­gę. In­for­ma­cja w wi­ęzie­niu była cen­na po­nad wszyst­ko. Ży­cie nie było dla ni­ko­go war­to­ścią. By­łeś żywy, a za chwi­lę mo­głeś nie żyć. Zro­zu­mia­łem to wkrót­ce.

Mi­gu­el ko­ńczył obiad, kie­dy po­now­nie usły­sze­li­śmy dźwi­ęk dzwon­ka, po­dob­ny do szkol­ne­go. By­łem pew­ny, że ozna­cza to po­wrót do celi.

- Prysz­nic - oznaj­mił głos przez me­ga­fon.

Ob­ser­wo­wa­łem, co robi Mi­gu­el, i sta­ra­łem się go na­śla­do­wać. Do­szli­śmy do wiel­kie­go po­miesz­cze­nia pe­łne­go uno­szącej się pary. Jak się pó­źniej do­wie­dzia­łem, przy­wi­lej bra­nia cie­płej kąpie­li był rzad­ki. Po­bra­łem ręcz­nik od kla­wi­sza i za pa­ra­wa­nem zrzu­ci­łem z sie­bie ubra­nia. Owi­nąłem się ręcz­ni­kiem i za­cząłem szu­kać wol­ne­go miej­sca. Stra­ci­łem z oczu Mi­gu­ela i czu­łem się przez to mniej pew­nie. Prze­mie­rza­łem to wiel­kie za­pa­ro­wa­ne po­miesz­cze­nie, kie­dy usły­sza­łem do­cho­dzący zni­kąd głos:

- Gar­cía.

Ob­ró­ci­łem się. Nim zdąży­łem coś po­wie­dzieć, po­czu­łem zim­ne sta­lo­we ostrze wbi­ja­jące mi się w brzuch. Nie był to ty­po­wy nóż, ra­czej brud­na sa­mo­rób­ka z ży­let­ki i ze szczo­tecz­ki do zębów. Ukląkłem na mo­krej podło­dze, a nade mną na­chy­lił się mój opraw­ca.

- Świe­żak, pan Mar­ti­nez prze­sy­ła po­zdro­wie­nia. Idź do dia­bła! - po­wie­dział i wy­buch­nął gło­śnym śmie­chem.

Upa­dłem bez­wład­nie. Le­ża­łem w ka­łu­ży krwi wy­mie­sza­nej z bru­dem. Tra­ci­łem świa­do­mo­ść, a ostat­nią rze­czą, jaką pa­mi­ętam, była twarz Mi­gu­ela, któ­ry za­wo­łał:

- Stra­żnik, kur­wa, mamy ran­ne­go! Dzwo­ńcie na izbę szpi­tal­ną!

Od­zy­ska­łem przy­tom­no­ść w łó­żku w części wi­ęzie­nia, do któ­rej nikt nie chciał tra­fić. Opa­trzo­no mnie. Le­karz zo­ba­czył, że się bu­dzę, pod­sze­dł do mnie i po­świe­cił mi la­tar­ką w oczy, spraw­dza­jąc re­ak­cję na świa­tło.

- Gar­cía wra­ca do celi! - krzyk­nął do stra­żni­ków.

Kur­wa mać! Le­d­wo od­zy­ska­łem świa­do­mo­ść i już od­sy­ła­ją mnie do tego syfu. Wsta­łem z bó­lem z łó­żka i z po­mo­cą stra­żni­ków przy­wlo­kłem się do celi. Mi­gu­el sie­dział na po­sła­niu i czy­tał ksi­ążkę.

- Świe­żak, my­śla­łem, że już mi ko­goś no­we­go wsa­dzą, a ja nie lu­bię zmian. - Uśmiech­nął się do mnie.

- Dzi­ęku­ję.

- Nie przej­muj się, od­pra­cu­jesz. Tu nie ma nic za dar­mo. Na­uczę cię ra­dzić so­bie z ta­ki­mi sy­tu­acja­mi.

Skazany

Jorge

Pa­mi­ętam mo­ment za­trzy­ma­nia mnie przez po­li­cję. Sta­łem nad cia­łem przy­ja­cie­la z bro­nią w ręku. Z pi­sto­le­tem, z któ­re­go do nie­go strze­la­no. Ze­zna­nia po­li­cjan­ta nie były praw­dzi­we - nie wi­dział mnie tuż po strza­le. Przy­był na miej­sce, kie­dy się ock­nąłem, zna­la­złem obok sie­bie na­rzędzie zbrod­ni i od­ru­cho­wo je pod­nio­słem.

Nie mia­łem zie­lo­ne­go po­jęcia, dla­cze­go ja i Die­go zna­le­źli­śmy się w ciem­nej alei na przed­mie­ściach Los An­ge­les. Nie pa­mi­ęta­łem wie­lu szcze­gó­łów tam­te­go wie­czo­ru. W trak­cie za­trzy­ma­nia mia­łem wra­że­nie, jak­bym był na­ćpa­ny, czy­mś odu­rzo­ny. W ko­mi­sa­ria­cie funk­cjo­na­riu­sze przy­gląda­li mi się i czu­łem, że wi­dzą we mnie mor­der­cę zdol­ne­go za­bić z zim­ną krwią. We­dług me­try­ki by­łem dziec­kiem, ale nikt mnie tak nie trak­to­wał.

Za­bra­li mnie na ba­da­nia krwi, żeby stwier­dzić, co za­ży­wa­łem, i wy­klu­czyć odu­rze­nie przez ko­goś in­ne­go. By­łem w szo­ku - w moim or­ga­ni­zmie nie wy­kry­to śla­dów ja­kich­kol­wiek sub­stan­cji odu­rza­jących.

W trak­cie prze­szu­ka­nia po­li­cja zna­la­zła w mo­jej kie­sze­ni kil­ka­na­ście gra­mów ko­ka­iny, pew­nie pod­rzu­co­nych. Dzi­ęki temu ide­al­ny na­głó­wek w ga­ze­tach gło­sił: "Di­ler za­bi­ja syna jed­ne­go z naj­wi­ęk­szych pro­du­cen­tów te­qu­ili". By­łem na prze­gra­nej po­zy­cji. Pro­ku­ra­tor czuł pre­sję, by mnie ska­zać, zresz­tą wszyst­ko wska­zy­wa­ło na moją winę. Brak ka­mer na miej­scu zda­rze­nia rów­nież za­dzia­łał na moją nie­ko­rzy­ść.

Gwo­ździem do trum­ny były ze­zna­nia oso­by, któ­ra rze­ko­mo wi­dzia­ła nas w po­bli­żu miej­sca, gdzie zna­le­zio­no zwło­ki. Ja tym­cza­sem by­łem pe­wien, że ani ja, ani Die­go nie przy­szli­śmy tam na wła­snych no­gach.

Po prze­szu­ka­niu tra­fi­łem do po­ko­ju prze­słu­chań. Spra­wa do­ty­czy­ła wa­żne­go przed­si­ębior­cy, więc prze­słu­chi­wał mnie sam po­rucz­nik. Za­nim prze­sze­dł do wy­ko­ny­wa­nia swo­ich czyn­no­ści, mu­siał za­cze­kać na przy­by­cie ad­wo­ka­ta z urzędu. Za­sy­pał mnie gra­dem py­tań, kie­dy tyl­ko próg prze­kro­czył mężczy­zna z za­ci­śni­ętym pod szy­ją kra­wa­tem.

- Sam Thomp­son. Wy­na­jęto mnie, że­bym cię bro­nił - przed­sta­wił się me­ce­nas.

- Jak to wy­na­jęto? Nie stać mnie na praw­ni­ka.

- Ktoś inny się tym za­jął.

Wte­dy nie mia­ło dla mnie zna­cze­nia, kim był ten ktoś. Wa­żne było tyl­ko to, żeby jak naj­szyb­ciej stam­tąd wy­jść. My­śla­łem, że po prze­słu­cha­niu wy­pusz­czą mnie do domu, do ro­dzi­ny.

- Po­rucz­nik Da­niel Or­te­ga. Będę pro­wa­dził prze­słu­cha­nie - śled­czy zwró­cił się do ad­wo­ka­ta.

- Sam Thomp­son. Ad­wo­kat pana Gar­cíi.

- Dla­cze­go za­bił pan Die­ga Mar­ti­ne­za? - za­py­tał po­rucz­nik.

- Nie za­bi­łem go! Był moim przy­ja­cie­lem. Nie mó­głbym tego zro­bić! - wrza­snąłem.

- Za­prze­cza pan za­tem, że był pan w to­wa­rzy­stwie de­na­ta prze­czni­cę da­lej od miej­sca zna­le­zie­nia zwłok?

- Nie wiem, nie pa­mi­ętam.

- Za­prze­cza pan za­tem, że w chwi­li za­trzy­ma­nia miał pan w ręku na­rzędzie zbrod­ni?

- To nie tak - szu­ka­łem ra­tun­ku u ad­wo­ka­ta.

- Su­ge­ru­ję sko­rzy­stać z pi­ątej po­praw­ki - rze­kł mój praw­nik.

Tak zro­bi­łem i po pod­pi­sa­niu do­ku­men­tów wy­pu­ści­li mnie z za­mkni­ęte­go po­ko­ju. Gdy sta­łem na ko­ry­ta­rzu, sku­ty w kaj­dan­ki jak zwy­kły zbir, wda­łem się w roz­mo­wę z ad­wo­ka­tem.

- Kie­dy stąd wyj­dę?

- Szcze­rze mó­wi­ąc, sy­tu­acja jest na tyle bez­na­dziej­na, że naj­le­piej będzie, je­śli przy­znasz się do winy. To po­zwo­li zre­du­ko­wać wy­rok do mi­ni­mum i zdążysz wy­jść z wi­ęzie­nia przed śmier­cią.

- To nie­mo­żli­we! - krzyk­nąłem, czu­jąc, jak ko­la­na się pode mną ugi­na­ją.

- Roz­waż to - rze­kł Thomp­son i od­sze­dł.

Wzbie­ra­ła we mnie zło­ść. By­łem pe­wien, że choć ni­cze­go nie pa­mi­ętam, nie mo­głem tego zro­bić. Tar­ga­ły mną ne­ga­tyw­ne uczu­cia. Przede wszyst­kim żal do mat­ki, któ­ra tyl­ko po to przy­je­cha­ła do ko­mi­sa­ria­tu, by swo­im pod­pi­sem umo­żli­wić od­by­cie się mo­je­go prze­słu­cha­nia. Sta­ra­łem się wy­ma­zać z pa­mi­ęci jej twarz pe­łną po­gar­dy dla wła­sne­go syna, ale ten wi­dok wra­cał do mnie jak bu­me­rang.

Z ko­mi­sa­ria­tu prze­wie­zio­no mnie bez­po­śred­nio do wi­ęzie­nia sta­no­we­go, gdzie z in­ny­mi wi­ęźnia­mi ocze­ki­wa­łem na pro­ces. Po­cząt­ko­wo w blo­ku prze­jścio­wym przy­sto­so­wy­wa­łem się do sy­tu­acji. Ka­żdy chciał wie­dzieć, czy ża­łu­ję po­pe­łnio­ne­go czy­nu i czy będę spra­wiał kło­po­ty. Nikt, kur­wa, nie za­py­tał, czy rze­czy­wi­ście ko­goś za­bi­łem. Łat­kę mor­der­cy przy­kle­jo­no mi już w ko­mi­sa­ria­cie. Na do­miar złe­go w za­kła­dzie kar­nym wszy­scy, ta­kże win­ni, mie­li się za nie­win­nych.

W blo­ku "no­wych" było ca­łkiem przy­jem­nie. Wi­ęk­szo­ść z nas była prze­ra­żo­na sy­tu­acją i żyła z dnia na dzień. Re­cy­dy­wi­stów kie­ro­wa­no do blo­ków zgod­nie z kla­sy­fi­ka­cją po­pe­łnio­ne­go czy­nu. By­li­śmy od­izo­lo­wa­ni od resz­ty wi­ęzie­nia. Z per­spek­ty­wy dwu­dzie­stu lat spędzo­nych w od­osob­nie­niu te trzy mie­si­ące w ocze­ki­wa­niu na wy­zna­cze­nie ter­mi­nu roz­pra­wy wspo­mi­nam jako najła­god­niej­sze.

Pa­mi­ętam jak dzi­siaj, kie­dy kla­wisz przy­sze­dł po mnie do celi z in­for­ma­cją o tej da­cie. Od tej chwi­li za­cząłem od­li­czać dni. Praw­nik po­in­for­mo­wał mnie, że gro­żą mi mak­sy­mal­nie dwa lata w wi­ęzie­niu o mi­ni­mal­nym ry­go­rze. Po­nie­waż wi­ęk­szo­ść do­wo­dów zo­sta­ła po­zy­ska­na nie­le­gal­nie, do­bro­wol­nie pod­da­łem się ka­rze. Do tego by­łem nie­let­ni. Roz­pra­wa w sądzie mia­ła być for­mal­no­ścią, a wy­rok od­czy­ta­ny przez sędzie­go za­ko­ńczyć oba­wy przed dłu­gą od­siad­ką.

Na salę roz­praw by­łem kon­wo­jo­wa­ny ade­kwat­nie do sta­wia­ne­go mi za­rzu­tu, w kaj­dan­kach na rękach i kost­kach nóg, do­dat­ko­wo umiesz­czo­ny w spe­cjal­nej klat­ce za­mon­to­wa­nej na pace w wi­ęzien­nym bu­sie. Spo­dzie­wa­łem się ła­god­niej­sze­go po­trak­to­wa­nia, ale sądzi­łem, że ta pro­ce­du­ra jest ru­ty­no­wo prze­wi­dzia­na pra­wem. Kon­wój za­trzy­mał się na ty­łach sądu. Gdy wy­sze­dłem z sa­mo­cho­du, ośle­pił mnie blask fle­szy. Dzien­ni­ka­rze za­da­wa­li py­ta­nia. Z gło­wą na­kry­tą ka­wa­łkiem szma­ty prze­sze­dłem z par­kin­gu do bu­dyn­ku sądu, pro­wa­dzo­ny przez kon­wo­jen­tów.

Idąc ko­ry­ta­rzem do sali roz­praw, mi­ja­łem zna­jo­me oso­by. An­gel ze swo­ją żoną Ma­ríą rzu­ci­li mi za­bój­cze spoj­rze­nia. By­łem osa­mot­nio­ny, nie mia­łem ni­ko­go po swo­jej stro­nie, do­pó­ki ktoś nie klep­nął mnie przy­ja­ciel­sko po ra­mie­niu - to mój dzia­dek obec­no­ścią i tym ge­stem da­wał mi wspar­cie. Wia­rę we mnie miał wy­pi­sa­ną na twa­rzy.

We­szli­śmy do sali. Po­sa­dzo­no mnie po le­wej stro­nie po­miesz­cze­nia, obok me­ce­na­sa Thomp­so­na. Po pra­wej zo­ba­czy­łem po­sęp­ne miny lu­dzi za­sia­da­jących w ła­wie przy­si­ęgłych. Coś było nie tak. Gdy tyl­ko sędzia otwo­rzył po­sie­dze­nie, ad­wo­kat wstał.

- Mój klient chcia­łby do­bro­wol­nie pod­dać się ka­rze - po­wie­dział.

- Czy to praw­da, pa­nie Gar­cía? - za­py­tał sędzia.

- Praw­da.

- W ta­kim ra­zie za­my­kam prze­wód sądo­wy i za­pra­szam ław­ni­ków na na­ra­dę. Wró­ci­my za go­dzi­nę.

W sali sły­chać było po­mru­ki zdzi­wie­nia. Nie wie­dzia­łem, co o tym my­śleć. W tłu­mie od­szu­ka­łem twarz dziad­ka i zo­ba­czy­łem, jak łzy pły­ną mu po po­licz­kach.

Wy­pro­wa­dzo­ny do spe­cjal­ne­go po­ko­ju, w eskor­cie dwóch kon­wo­jen­tów ocze­ki­wa­łem ogło­sze­nia wy­ro­ku. Nie mia­łem z nimi na­wet kon­tak­tu wzro­ko­we­go, nie mó­wi­ąc o ja­kiej­kol­wiek roz­mo­wie. Po go­dzi­nie wró­ci­li­śmy na salę.

- Pro­szę ławę przy­si­ęgłych o od­czy­ta­nie wer­dyk­tu - rze­kł sędzia.

- Ława przy­si­ęgłych uzna­je szes­na­sto­let­nie­go Jor­ge­go Gar­cíę za win­ne­go mor­der­stwa pierw­sze­go stop­nia i ska­zu­je go na dwa­dzie­ścia lat po­zba­wie­nia wol­no­ści w wi­ęzie­niu sta­no­wym Lan­ca­ster. Bez mo­żli­wo­ści wcze­śniej­sze­go zwol­nie­nia.

Naj­pierw zro­bi­ło mi się sła­bo, a po chwi­li po­czu­łem wście­kło­ść.

- Oszu­ka­łeś mnie, śmie­ciu! - krzyk­nąłem do me­ce­na­sa.

Sza­mo­cząc się jak ryba w sie­ci, po­wa­lo­ny na zie­mię przez kon­wo­jen­tów, wi­dzia­łem, jak praw­nik pod­cho­dzi do An­ge­la i po­da­je mu rękę. Zo­sta­łem wy­pro­wa­dzo­ny do busa, któ­ry miał mnie wy­wie­źć na dłu­gie lata do Lan­ca­ster.

Prolog

Jorge

Tego dnia sie­dzia­łem w swo­jej celi z in­nym na­sta­wie­niem niż zwy­kle. Ra­czo­ny obec­no­ścią wspó­łwi­ęźnia, czu­łem pod­eks­cy­to­wa­nie zbli­ża­jącym się ko­ńcem mo­je­go wy­ro­ku.

Dwa­dzie­ścia lat temu ska­za­no mnie za mor­der­stwo, któ­re­go nie po­pe­łni­łem. Choć by­łem wte­dy nie­let­ni, sąd po­trak­to­wał mnie jak oso­bę do­ro­słą. Za­da­łem się z nie­od­po­wied­ni­mi lu­dźmi i pła­ci­łem za to przez dłu­gie lata.

Po wy­jściu w ko­ńcu będę mógł roz­li­czyć się ze wszyst­ki­mi, któ­rzy przy­czy­ni­li się do mo­ich cier­pień.

- Je­steś go­to­wy? - za­py­tał Mi­gu­el, któ­re­go po­zna­łem w trak­cie od­siad­ki w za­kła­dzie kar­nym. Był ode mnie star­szy. Ni­g­dy tak na­praw­dę nie zdra­dził, ile ma lat, ale sądząc po wy­glądzie, miał oko­ło sze­śćdzie­si­ąt­ki. Wy­rok od­sia­dy­wał, jak ja, za za­bój­stwo, jed­nak w jego przy­pad­ku nie było mowy o tym, że kie­dy­kol­wiek wyj­dzie z wi­ęzie­nia. Dzi­ęki Mi­gu­elo­wi zna­la­złem cel i siłę do tego, żeby prze­trwać nie­sko­ńcze­nie dłu­gie dni i noce w tym okrop­nym miej­scu. Oka­za­ło się rów­nież, że mamy wspól­ne­go wro­ga.

- Je­stem go­to­wy od dwu­dzie­stu lat - od­po­wie­dzia­łem.

- Pa­mi­ętaj o wszyst­kim, cze­go cię na­uczy­łem. Będę do cie­bie dzwo­nił, gdy tyl­ko będę mógł.

Roz­mo­wę prze­rwał nam gad, któ­ry pu­kał do me­ta­lo­wych drzwi - mo­jej bra­my do wol­no­ści.

- Gar­cía, wy­cho­dzisz!

W wi­ęzie­niu czu­łem, jak­by na­zwi­sko do mnie przy­wa­rło. Rzad­ko kto­kol­wiek uży­wał mo­je­go imie­nia. Mia­łem wra­że­nie, że je za­po­mnia­łem. "Jor­ge", mat­ka na­zwa­ła mnie tak po dziad­ku. Czło­wie­ku, któ­re­go da­rzy­łem naj­wi­ęk­szym sza­cun­kiem. Nie­ste­ty przez ten pier­do­lo­ny wy­rok nie dane mi było go po­że­gnać. Z uwa­gi na mój sta­tus tak zwa­nej "enki".

Szli­śmy ko­ry­ta­rzem, a za nami echo nio­sło gło­śne po­że­gna­nia mnie przez wi­ęźniów. Część przy­po­mi­na­ła, żeby o nich nie za­po­mnieć, inni do­ma­ga­li się wy­świad­cze­nia im przy­słu­gi. Do­sze­dłem w ob­sta­wie kla­wi­sza przed dy­żur­kę.

- Gar­cía, tor­ba, port­fel, te­le­fon. Pod­pisz! - Dy­żur­ny po­dał mi kwit po­twier­dza­jący od­biór rze­czy.

- Po­wie­dzia­łbym do wi­dze­nia, ale mam na­dzie­ję, że ni­g­dy was nie zo­ba­czę - rzu­ci­łem i wy­sze­dłem przez otwar­te kra­ty, ostat­nią ba­rie­rę dzie­lącą mnie od wol­no­ści.

Sta­łem przed bu­dyn­kiem wi­ęzie­nia i na­bra­łem w płu­ca świe­że­go po­wie­trza. Ni­czym nie ró­żni­ło się od tego, któ­rym od­dy­cha­łem przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat, ale dzi­siej­sze­go dnia sma­ko­wa­ło wy­jąt­ko­wo do­brze. Szu­ka­łem wzro­kiem zna­jo­mej du­szy. Wie­dzia­łem, że nie uj­rzę mat­ki, któ­ra skre­śli­ła mnie z chwi­lą ogło­sze­nia wy­ro­ku. Uzna­ła mnie za win­ne­go.

Chcia­łbym zo­ba­czyć dziad­ka, ale on już nie żył. Był je­dy­ną oso­bą z ro­dzi­ny, któ­ra do ko­ńca wie­rzy­ła w moją nie­win­no­ść. Nie­ste­ty uma­rł, nim wy­sze­dłem.

Za­rzu­ci­łem tor­bę na ra­mię i ru­szy­łem przed sie­bie. Za­trzy­mał mnie gło­śny klak­son. Ro­zej­rza­łem się i roz­po­zna­łem w trąbi­ącym na mnie sa­mo­cho­dzie - shel­by z 67 roku, cac­ko mo­to­ry­za­cji. Pod­sze­dłem i za­ma­rłem, gdy do­strze­głem za kie­row­ni­cą sio­strę mo­je­go przy­ja­cie­la, któ­re­go rze­ko­mo z zim­ną krwią po­zba­wi­łem ży­cia.

- Car­men, co ty tu ro­bisz? - za­py­ta­łem zdzi­wio­ny.

- Wiem, że to nie ty za­bi­łeś Die­ga. Wska­kuj!

Przez całe dwa­dzie­ścia lat nie do­sta­łem od niej żad­nej wia­do­mo­ści. Na­wet nie pró­bo­wa­ła na­wi­ązać ze mną kon­tak­tu. Le­d­wie pięć mi­nut temu opu­ści­łem celę, a już świat za­czął mnie za­ska­ki­wać.

Miasto Aniołów

Jorge

Wró­ci­łem z ta­ra­su do wil­li. Nie chcia­łem tra­cić ani chwi­li. W głów­nej sy­pial­ni był sejf, któ­ry otwie­rał się po wpro­wa­dze­niu ośmio­cy­fro­we­go kodu. Wpi­sa­łem ciąg liczb, wry­ty w pa­mi­ęci od lat, i otwo­rzy­łem me­ta­lo­we drzwicz­ki. Wśród rze­czy były do­ku­men­ty, stos pie­ni­ędzy, te­le­fon, klu­cze do auta i broń z za­tar­ty­mi nu­me­ra­mi. Mój przy­ja­ciel za­dbał o to, że­bym na wol­no­ści był do­brze za­bez­pie­czo­ny.

Po­ło­ży­łem się na łó­żku i uru­cho­mi­łem te­le­fon. Gdy tyl­ko za­lo­go­wał się do sie­ci, usły­sza­łem dźwi­ęk dzwon­ka.

- Halo? - za­py­ta­łem.

- Jak ci się po­do­ba? - usły­sza­łem głos Mi­gu­ela.

- Do ko­ńca mo­jej od­siad­ki prze­mil­cza­łeś parę rze­czy.

- My­śla­łem, że cię na­uczy­łem - im mniej wiesz, tym le­piej. Jor­ge, do rze­czy! Po­je­dziesz wie­czo­rem do Los An­ge­les.

- Tak, pa­mi­ętam. Po­ka­żę ochro­nia­rzo­wi wi­zy­tów­kę z two­je­go sej­fu, wja­dę na górę win­dą i usi­ądę przy ba­rze.

- Moja na­uka nie po­szła jed­nak w las. - Wy­obra­ża­łem so­bie, jak się uśmie­chał, mó­wi­ąc to. - Sky Bar, 8440 Sun­set Bo­ule­vard.

- Za­ła­twio­ne.

- Po­cze­kaj, nim się roz­łączysz, chcę o coś za­py­tać. Mia­łeś ja­kieś pro­ble­my po dro­dze?

- Ode­bra­ła mnie Car­men, cór­ka pier­do­lo­ne­go Mar­ti­ne­za. Chcia­ła mnie uro­bić, że niby wie­rzy w moją nie­win­no­ść, ale nie po­wie­dzia­ła nic, cze­go bym nie wie­dział.

- Jor­ge, pa­mi­ętaj! Przy­ja­ciół trzy­maj bli­sko, a wro­gów jesz­cze bli­żej - po­wie­dział i roz­łączył się.

Nie mo­głem ru­szyć do Los An­ge­les ubra­ny w sta­re ciu­chy. Cze­ka­ły mnie za­ku­py. Spa­ko­wa­łem pie­ni­ądze, te­le­fon, klu­czy­ki i zsze­dłem kręty­mi scho­da­mi w dół do ga­ra­żu. Stał tam pi­ęk­ny che­vro­let ca­ma­ro z 69 roku. Zna­łem ten sa­mo­chód do­sko­na­le z opo­wia­dań Mi­gu­ela: pi­ęcio­li­tro­we v8 pod ma­ską, sze­śćset dwa­dzie­ścia pięć koni me­cha­nicz­nych, po­kry­ty błękit­nym la­kie­rem i dwie­ma war­stwa­mi ce­ra­mi­ki. Mia­łem dbać o to cac­ko bar­dziej niż o wła­sne ży­cie.

Na­ci­snąłem pi­lot i otwo­rzy­ła się bra­ma ga­ra­żo­wa. Prze­kręci­łem klu­czyk w sta­cyj­ce i usły­sza­łem przy­jem­ny ryk sil­ni­ka. Ktoś mu­siał przez te lata do­glądać do­byt­ku Mi­gu­ela. Ru­szy­łem po­wo­li do naj­bli­ższe­go cen­trum han­dlo­we­go w Ma­li­bu Co­un­try Mart. Ostat­ni raz pro­wa­dzi­łem jako na­sto­la­tek, na do­da­tek bez pra­wa jaz­dy. Prze­mie­rza­łem uli­ce, czu­jąc na so­bie wzrok prze­chod­niów. Przez to auto mie­li mnie za wa­żnia­ka. Tak na­praw­dę by­łem ni­kim dzi­ęki uprzej­mo­ści sądu i mo­je­go nie­oce­nio­ne­go praw­ni­ka.

Za­par­ko­wa­łem przed głów­nym we­jściem. Poza wo­zem jako fa­cet w sta­rych i znisz­czo­nych ubra­niach przy­ci­ąga­łem mniej po­chleb­ne spoj­rze­nia. Nie przej­mo­wa­łem się tym. Mó­wią, że nie wszyst­ko zło­to, co się świe­ci.

W Ma­li­bu wi­ęk­szo­ść miesz­ka­ńców była za­mo­żna. Dla­te­go kie­dy wcho­dzi­łem do skle­pów, sprze­daw­cy pa­trzy­li mi na ręce na ka­żdym kro­ku. Inni omi­ja­li mnie sze­ro­kim łu­kiem, bo nie chcie­li tra­cić cza­su na go­ścia, któ­re­go na nic nie stać. Nie mo­gli wie­dzieć, że dzi­ęki mo­je­mu przy­ja­cie­lo­wi mo­głem wy­ku­pić cały to­war. Wła­ści­wie sam sie­bie mu­sia­łem ob­słu­gi­wać, ale nie prze­szka­dza­ło mi zda­nie się na sie­bie.

Po kil­ku go­dzi­nach cho­dzi­łem obła­do­wa­ny tor­ba­mi pe­łny­mi za­ku­pów. Na ko­niec po­sze­dłem do fry­zje­ra, by z dala od brzy­twy i ma­szyn­ki sa­mo­rób­ki sko­rzy­stać z usług spe­cja­li­sty. W lu­strze na­prze­ciw­ko fo­te­la po raz pierw­szy od daw­na zo­ba­czy­łem swo­je od­bi­cie, bo w wi­ęzie­niu uni­ka­łem go jak ognia: ciem­ne brązo­we oczy, śnia­da cera po­kry­ta krót­kim czar­nym jak węgiel za­ro­stem i ostro za­ry­so­wa­na szczęka. Już nie wy­gląda­łem jak dziec­ko.

Po­de­szła do mnie fry­zjer­ka. Była pierw­szą oso­bą tego dnia, któ­ra nie pa­trzy­ła na mnie z góry.

- Jak strzy­że­my? - za­py­ta­ła cie­pło.

- Jak pani uwa­ża.

Była do­kład­na. Ob­ci­ęła mnie krót­ko, przy oka­zji za­jęła się też moim za­ro­stem. Po­czu­łem się świe­żo. Za­pła­ci­łem, zo­sta­wia­jąc so­wi­ty na­pi­wek, a fry­zjer­ka po­da­ła mi pa­ra­gon. Za­uwa­ży­łem, że za­pi­sa­ła mi na nim swój nu­mer te­le­fo­nu - mu­sia­łem jej wpa­ść w oko. Za­cho­wa­łem go.

W domu rzu­ci­łem tor­by z za­ku­pa­mi na ka­na­pę. Wzi­ąłem szyb­ki prysz­nic, na­wy­kły do po­śpie­chu z po­wo­du zim­nej wody pły­nącej z wi­ęzien­nych rur. Wło­ży­łem ko­szu­lę i je­an­sy. Pod­wi­nąłem ręka­wy do łok­ci i wzu­łem czar­ne buty. Nie chcia­łem spędzać za dużo cza­su bez­czyn­nie, więc od razu wró­ci­łem do auta i ru­szy­łem w dro­gę zgod­nie ze wska­zów­ka­mi Mi­gu­ela.

Je­cha­łem wzdłuż wy­brze­ża Pa­cy­fi­ku. Czu­łem się wol­ny, cho­ciaż ci­ąży­ło mi wła­sne zo­bo­wi­ąza­nie do roz­wi­ąza­nia za­gad­ki wro­bie­nia mnie w za­bój­stwo Die­ga. Bez­kre­sny oce­an za­wsze mnie uspo­ka­jał.

Do­je­cha­łem do cen­trum Mia­sta Anio­łów. Mia­łem wra­że­nie, że jest ono ca­łkiem inne, niż je za­pa­mi­ęta­łem. Wszyst­ko było jak­by nowe. Auto za­par­ko­wa­łem prze­czni­cę da­lej od klu­bu, do któ­re­go zmie­rza­łem.

Sta­nąłem przed bu­dyn­kiem i spoj­rza­łem w górę. Mały wo­bec ogro­mu cze­ka­jące­go mnie za­da­nia. Cze­ka­łem dwa­dzie­ścia lat, by móc oczy­ścić swo­je imię.

Sky Bar był mod­nym miej­scem w Los An­ge­les i przed we­jściem wiła się dłu­ga ko­lej­ka. Nie mia­łem za­mia­ru cze­kać, więc pod­sze­dłem do mężczy­zny, któ­ry wpusz­czał go­ści, i po­ka­za­łem mu wi­zy­tów­kę. Od razu roz­pi­ął scze­pio­ne ze sobą ba­rier­ki i wska­zał mi dro­gę do win­dy.

Na­ci­snąłem przy­cisk "dach". Po­czu­łem szyb­ki pęd w górę i w mgnie­niu oka zna­la­złem się na po­zio­mie trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go pi­ętra. Wy­sia­dłem, gdy tyl­ko otwo­rzy­ły się drzwi. Czu­łem na so­bie wzrok mi­ja­nych osób. U mężczyzn wy­ra­żał za­zdro­ść, u ko­biet po­żąda­nie. Ca­łkiem ina­czej, niż gdy ro­bi­łem za­ku­py.

Wdra­pa­łem się na sto­łek przy ba­rze i przy­wo­ła­łem bar­ma­na.

- Po­pro­szę raz Old Fa­shio­ned. - Po raz pierw­szy mo­głem le­gal­nie na­pić się al­ko­ho­lu.

- Robi się.

Chło­pak wzi­ął się do przy­go­to­wa­nia drin­ka. Po­dał mi go. Cho­ciaż nie mia­łem ocho­ty na pi­cie, po­trze­bo­wa­łem atry­bu­tu, by tym ła­twiej wto­pić się w tłum. Sie­dzia­łem i cze­ka­łem, nie do ko­ńca wie­dząc na co. Mi­gu­el obie­cał mi kon­takt z lu­dźmi ma­jący­mi mi po­móc do­pa­ść Mar­ti­ne­za. Wy­czy­ta­łem mi­ędzy wier­sza­mi, że byli to jego daw­ni pra­cow­ni­cy. Przy­po­mnia­łem so­bie jego ostrze­że­nie, by spo­dzie­wać się nie­spo­dzie­wa­ne­go.

- Do­sta­łam wi­zy­tów­kę. Je­steś Gar­cía? - spy­ta­ła ja­kaś ko­bie­ta.

Od­wró­ci­łem się i prze­ska­no­wa­łem ją wzro­kiem od stóp do głów. Była mło­da, śred­nie­go wzro­stu, mia­ła na ręce ta­tu­aż: ser­ce prze­bi­te ko­ścią, po­dob­ny do tego, jaki wi­dzia­łem u Mi­gu­ela, szczu­pła, krągła, gdzie trze­ba. Ja­sna grzyw­ka opa­da­ła jej na czo­ło, a oczy błęki­tem przy­po­mi­na­ły oce­an. Ob­ci­sła su­kien­ka pod­kre­śla­ła ide­al­ne kszta­łty.

- Za­le­ży, kto pyta - od­po­wie­dzia­łem oschle. We­dług nauk Mi­gu­ela mia­łem nie od­da­wać żad­nej in­for­ma­cji za dar­mo.

- Chcesz do­stać to, po co przy­sze­dłeś? - za­py­ta­ła, a po jej to­nie wy­wnio­sko­wa­łem, że jest zi­ry­to­wa­na. - Je­śli tak, to za­pra­szam.

Ru­szy­ła ku win­dzie. Zje­cha­li­śmy na dół, nie od­zy­wa­jąc się do sie­bie. Od­da­li­li­śmy się o kil­ka prze­cznic od klu­bu. Pro­wa­dzi­ła mnie w ciem­ną alej­kę. Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że pro­sto w za­sadz­kę. Mimo to po­zwo­li­łem wy­da­rze­niom biec i spo­dzie­wa­łem się nie­spo­dzie­wa­ne­go.

Córeczka tatusia

Carmen

Jor­ge i Die­go za­wsze byli nie­roz­łącz­ni, a ja snu­łam się za nimi jak cień. Ro­dzi­ce często zo­sta­wia­li mnie pod ich opie­ką. Wie­dzia­łam, że by­wa­łam dla nich kulą u nogi, cho­ciaż ni­g­dy nie dali tego po so­bie po­znać. Ró­żni­ca wie­ku mi­ędzy nami ni­g­dy nie była prze­szko­dą w na­szych do­brych kon­tak­tach. Uwiel­bia­łam Jor­ge­go, a wła­ści­wie to na­wet się w nim pod­ko­chi­wa­łam.

Dzień, który na zawsze zmienił życie mojej rodziny, dzień śmierci mojego brata

Tam­te­go roku lato było upal­ne. Żar lał się z nie­ba i był nie do wy­trzy­ma­nia. Ta­kich tem­pe­ra­tur w Be­ver­ly Hills nie od­no­to­wa­no ni­g­dy wcze­śniej. Wy­jąt­ko­wo obu­dzi­łam się, za­nim go­spo­dy­ni zro­bi­ła mi po­bud­kę. Wsta­łam z łó­żka i snu­łam się po ko­ry­ta­rzach na­sze­go wiel­kie­go domu. Przy­sta­nęłam na chwi­lę, gdy mi­ja­łam uchy­lo­ne drzwi do biu­ra mo­je­go ojca, zwa­bio­na krzy­ka­mi.

Mój tata kłó­cił się z Die­giem. Nie wiem o co, i to wy­ra­źnie mój brat był po­iry­to­wa­ny, chy­ba coś ojcu wy­rzu­cał. Nie zdąży­łam się przy­słu­chać, bo tato wy­czuł moją obec­no­ść i za­mknął mi drzwi przed no­sem. Usły­sza­łam tyl­ko coś o ja­ki­chś li­stach, ale nie mia­łam po­jęcia, o co może cho­dzić.

Ze­szłam kręty­mi scho­da­mi do holu, a pó­źniej po­szłam do kuch­ni, gdzie cze­kał Jor­ge. Za­wsze, kie­dy go wi­dzia­łam, jego de­li­kat­na, le­d­wie po­kry­ta za­ro­stem twarz wpra­wia­ła moje ser­dusz­ko w ta­niec. Ni­g­dy nie wy­da­łam się z mo­imi uczu­cia­mi. Był przy­ja­cie­lem mo­je­go star­sze­go bra­ta.

- Cze­ść, ma­lut­ka, już wsta­łaś? - za­py­tał, spo­gląda­jąc na mnie brązo­wy­mi ocza­mi.

- Nie je­stem mała. Sko­ńczy­łam je­de­na­ście lat - wy­ja­śni­łam mu. Czu­łam się pra­wie do­ro­sła.

- Gdzie Die­go? - spy­tał.

- Na gó­rze z oj­cem.

- Kłó­cą się?

Po­ki­wa­łam w od­po­wie­dzi gło­wą. Do kuch­ni we­szła na­sza go­spo­dy­ni.

- Pa­nien­ko Car­men, wresz­cie uda­ło się pa­nien­ce wstać o od­po­wied­niej po­rze. - Po­gła­ska­ła mnie de­li­kat­nie po gło­wie. - Czas na śnia­da­nie. - Od­wró­ci­ła się do Jor­ge­go. - Die­go za chwi­lę zej­dzie na dół. Pro­sił, że­byś po­cze­kał na nie­go w ogro­dzie.

Ob­ser­wo­wa­łam, jak chło­pak wy­cho­dzi z kuch­ni i idzie w kie­run­ku wiel­kich szkla­nych drzwi pro­wa­dzących do ogro­du. Car­me­li­ta, na­sza go­spo­dy­ni, po­da­ła mi płat­ki na mle­ku, moje ulu­bio­ne śnia­da­nie. Mie­sza­łam ły­żką w mi­secz­ce, chwi­la­mi ba­wi­ąc się je­dze­niem, ale tak, żeby nikt nie za­uwa­żył. W ko­ńcu by­łam już dużą dziew­czyn­ką.

Z kuch­ni mo­głam ob­ser­wo­wać, kto wcho­dzi po scho­dach lub z nich scho­dzi. W pew­nym mo­men­cie zo­ba­czy­łam, że Die­go bie­gnie, po­ko­nu­jąc po parę stop­ni na­raz. Wy­da­wa­ło mi się, że do­strze­głam na jego twa­rzy śla­dy łez, ale z da­le­ka, więc nie by­łam tego pew­na. Tuż po nim na scho­dach po­ja­wi­li się ro­dzi­ce. Szli po­wo­li, gło­śno na sie­bie krzy­cząc.

Kie­dy oj­ciec doj­rzał, że wy­krzy­wiam usta w pod­ków­kę, za­raz do mnie pod­bie­gł i wzi­ął mnie na ręce.

- Coś ci wpa­dło do oka. - Przy­tu­lił mnie i po­sta­wił na podło­dze. - Leć do chło­pa­ków! I przy­pil­nuj ich, żeby nie zro­bi­li so­bie krzyw­dy.

Bie­głam do nich co sił w no­gach. Sie­dzie­li na ław­ce w ogro­dzie. Zda­wa­ło mi się, że Jor­ge po­cie­sza mo­je­go bra­cisz­ka, ale gdy do nich po­de­szłam, Die­go przy­brał ja­kiś sztucz­ny wy­raz twa­rzy - taki niby uśmiech.

- Po­je­dzie­my na pla­żę? - po­pro­si­łam.

- Jak so­bie ży­czysz, ksi­ężnicz­ko. - Die­go wstał z ław­ki i ukło­nił mi się.

- Nie śmiej się ze mnie!

- Czyż nie tak na­zy­wa cię oj­ciec? Ma­lut­ka, po­je­dzie­my, po­proś Car­me­li­tę, żeby cię spa­ko­wa­ła - drwił ze mnie.

Po­bie­głam z po­wro­tem do domu. Jesz­cze od­wró­ci­łam się w ich stro­nę i wi­dzia­łam, że znów dys­ku­to­wa­li. Bez­sil­na i zlek­ce­wa­żo­na, czu­łam, że wszy­scy mają mnie za dziec­ko i chcą coś przede mną ukryć.

Car­me­li­ta spa­ko­wa­ła nas i wraz z kie­row­cą po­je­cha­li­śmy na pla­żę. Wy­sa­dził nas przy San­ta Mo­ni­ca Pier. Oj­ciec ka­zał mu zo­stać na par­kin­gu, ale tak na­praw­dę pa­trzył na ka­żdy nasz ruch. Nie tyl­ko nas wo­ził, lecz ta­kże jako ochro­niarz dbał o na­sze bez­pie­cze­ństwo.

By­li­śmy w moim ulu­bio­nym miej­scu. Roz­ło­ży­li­śmy się jak naj­bli­żej dia­bel­skie­go mły­na. Jor­ge zła­pał mnie za rękę i po­szli­śmy ra­zem do wody. By­łam w siód­mym nie­bie. Szko­da tyl­ko, że nie po­zwo­lił mi po­ka­zać, jak do­brze pły­wam. Był bar­dzo opie­ku­ńczy.

Kie­dy wró­ci­li­śmy na koc, obok Die­ga sta­ły dwie dziew­czy­ny mniej wi­ęcej w wie­ku chło­pa­ków. Nie zdzi­wi­ło mnie to. Obu uwa­ża­łam za bar­dzo przy­stoj­nych.

- To two­ja cór­ka? - za­py­ta­ła jed­na z nich.

- Sio­stra - od­po­wie­dział bra­ci­szek. - Po­znaj­cie Jor­ge­go, o któ­rym wła­śnie wam opo­wia­da­łem.

Po­de­szły do nie­go, przy­wi­ta­ły się ca­łu­sem w po­li­czek, a ja po­czu­łam za­zdro­ść.

- Wpad­nie­cie wie­czo­rem na im­pre­zę w Be­ver­ly Hills? - spy­tał Die­go.

- Ja­sne, za­pisz nam ad­res i swój nu­mer.

Uśmiech­ni­ęte, do­sta­ły, o co po­pro­si­ły. Chwi­lę pó­źniej po­że­gna­ły się i po­szły. Jor­ge tyl­ko cze­kał, aż odej­dą, by coś po­wie­dzieć. Pod­sze­dł do bra­cisz­ka i na­chy­lił się nad nim tak, że­bym nie sły­sza­ła. Uda­wa­łam za­jętą i że by­naj­mniej nie pod­słu­chu­ję.

- Zwa­rio­wa­łeś? Prze­cież twój oj­ciec się wściek­nie - per­swa­do­wał Jor­ge.

- Nie ob­cho­dzi mnie to - oznaj­mił Die­go.

Wró­ci­li­śmy do domu, gdzie w naj­lep­sze trwa­ły przy­go­to­wa­nia do im­pre­zy. Przy­wy­kłam do częstych wi­zyt. W ko­ńcu oj­ciec był wła­ści­cie­lem jed­nej z naj­wi­ęk­szych ma­rek te­qu­ili. Re­gu­lar­nie spo­ty­kał się z in­we­sto­ra­mi, ze wspól­ni­ka­mi i z przy­ja­ció­łmi. Moja ro­dzi­na bar­dzo dba­ła o re­la­cje z in­ny­mi lu­dźmi.

Kie­dy we­szli­śmy do kuch­ni, wi­dzia­łam, że mi­ędzy ro­dzi­ca­mi na­dal wrze. Rzu­ca­li so­bie na­wza­jem mor­der­cze spoj­rze­nia. Nic z tego nie ro­zu­mia­łam. Gdy tyl­ko mnie zo­ba­czył, oj­ciec pod­bie­gł do mnie i swo­im zwy­cza­jem wzi­ął mnie na ręce. By­łam ca­łym jego świa­tem.

- Wło­żysz dzi­siaj su­kien­kę, ksi­ężnicz­ko? - za­py­tał.

- Tak, tyl­ko po­móż mi wy­brać któ­rą. - Wy­rwa­łam się z jego ob­jęć i za­ci­ągnęłam go do mo­je­go po­ko­ju.

Przy­mie­rza­łam su­kien­ki jed­ną po dru­giej i prze­cha­dza­łam się po po­miesz­cze­niu jak mo­del­ka, a tata wsze­dł w rolę ar­bi­tra mody. Pod­pa­rł bro­dę ręką i po ko­lei opi­nio­wał moje kre­acje. Ba­wi­li­śmy się świet­nie i czu­łam, że już za­po­mniał o kłót­ni z mamą. Po dłu­gim na­my­śle wy­bra­li­śmy w ko­ńcu bia­łą su­kien­kę z mo­ty­wem kwia­tów. Jed­ną z mo­ich ulu­bio­nych. Oj­ciec wzi­ął mnie na ko­la­na i za­czął roz­cze­sy­wać mi wło­sy. Uwiel­bia­łam to. Był do­kład­ny i de­li­kat­ny, czu­łam, że ta chwi­la jest tyl­ko dla nas i zo­sta­nie z nami na za­wsze.

- Za­ple­ciesz mi war­kocz? - po­pro­si­łam.

Uśmiech­nął się i od razu za­czął za­ba­wę. Zbie­rał ko­smy­ki wło­sów i prze­pla­tał je ze sobą, aż po­wstał z nich pi­ęk­ny dłu­gi war­ko­czyk. Uści­ska­łam tatę i po­bie­głam po­ka­zać chło­pa­kom, jak wy­glądam. Po­de­szłam do Jor­ge­go, dy­gnęłam i okręci­łam się.

- I jak? - za­py­ta­łam.

- Jak praw­dzi­wa ksi­ężnicz­ka. - Jor­ge po­gła­skał mnie po gło­wie.

By­łam wszędzie, nie umia­łam usie­dzieć w miej­scu, bie­ga­łam po ko­ry­ta­rzach domu. Wtem zno­wu usły­sza­łam kłót­nię do­cho­dzącą z biu­ra ojca. Tym ra­zem roz­ma­wiał z ja­ki­mś ob­cym mężczy­zną. Sta­nęłam przy ścia­nie, żeby mnie nie za­uwa­ży­li, i sta­ra­łam się pod­słu­chać, co mó­wią.

- Mar­ti­nez, masz czas do dzi­siaj, żeby zna­le­źć roz­wi­ąza­nie. W prze­ciw­nym wy­pad­ku ja się tym zaj­mę.

- Nie masz dość sil­nej po­zy­cji, żeby sta­wiać mi ta­kie żąda­nia. Pa­mi­ętaj, z kim roz­ma­wiasz, i zwa­żaj na swój ton. Uwierz mi, że je­stem o wie­le bar­dziej wkur­wio­ny od cie­bie - od­po­wie­dział tata.

- Masz czas do dzi­siaj - po­wie­dział mężczy­zna i wy­sze­dł z po­ko­ju z ta­kim im­pe­tem, że o mało mnie nie prze­wró­cił.

Nie wie­dzia­łam, o co cho­dzi­ło, zresz­tą by­łam za mała, żeby mieć ja­kie­kol­wiek po­jęcie o funk­cjo­no­wa­niu świa­ta. By­łam pew­na je­dy­nie tego, że nie chcę, żeby oj­ciec zno­wu przy­ła­pał mnie na pod­słu­chi­wa­niu. Za­nim pod­sze­dł do drzwi, ucie­kłam.