Z czegoś muszę zrezygnować: z nauczania dzieciaków albo z teatru eksperymentalnego. Obie prace są ważne, obie dają mi satysfakcję. Teatr eksperymentalny dodatkowo przynosi pieniądze, których tak bardzo mi potrzeba. A jednak wybieram kółko teatralne "Maski". Nie mogę inaczej - praca z dzieciakami jest niezbędnym składnikiem przepisu na szczęście, który próbuję ostatnio ułożyć. Bez naszych wspólnych zajęć zupełnie bym się pogubiła.
Moi koledzy z teatru nie znoszą tego najlepiej. Patrzą na mnie z wyrzutem, a ja czuję się jak Cezar w idy marcowe.
- Nie wierzę, że się sprzedałaś - mówi Roman, szef nieformalnego Teatru Performatywno-Eksperymentalnego.
Chcę mu powiedzieć, że nie mam zamiaru skończyć jak on (jest po czterdziestce i wynajmuje od swojego siostrzeńca osiem metrów pokoju na dalekim Targówku), ale to by tylko pogorszyło sprawę, więc jak prawdziwa wojowniczka po prostu zaciskam zęby.
Najgorsze jest to, że on ma rację. W jakiś sposób się sprzedałam, zrezygnowałam z własnej godności, pisząc wtedy do Xaviera. Nie czuję się z tym najlepiej.
Powinnam dostawać role ze względu na swój talent, a nie znajomości. Obiecuję sobie, że to pierwszy i ostatni raz. Zresztą, Xavier zatrudnił mnie, bo owszem, zna mnie, ale też dzięki temu wie, że jestem dobrą aktorką. Przynajmniej taką mam nadzieję.
- Nie słuchaj go - mówią An, moja ulubiona osoba w całym teatrze. - Po prostu jest zazdrosny. To dla ciebie wielka szansa!
Przytulam An z całej siły. Tylko na nich mogę liczyć.
- I załatw mi bilety w pierwszym rzędzie na premierę. Najlepiej gdzieś obok Julii Wieniawy.
Z jakiegoś powodu An są ogromnymi fanami Julii. Reklamę Apartu grali na zapętleniu aż do kwietnia.
- Dokończysz chociaż ten sezon z nami? - pyta Laura, moja dublerka i szatniarka w jednym.
Wzdycham ciężko. Od wczoraj Xavier wysłał mi z dziesięć wiadomości o tym, że wynajął już salę w teatrze i chciałby zacząć próby jak najszybciej. Nie wiem, co znaczy jak najszybciej ani ile będą trwały próby. Skaczę w ten spektakl na główkę i z zamkniętymi oczami. Oby chociaż ratownik był przystojny.
- Postaram się dokończyć, ale... na twoim miejscu szykowałabym się na wielki debiut.
Po jej minie trudno stwierdzić, czy się cieszy, czy smuci, nigdy nie była specjalnie ekspresywna.
Cztery godziny później, po skończonym spektaklu, kiedy staram się zmyć niebieską farbę z moich naturalnie ciemnych włosów, do garderoby wkracza Xavier.
Nie mam pojęcia, skąd wiedział, żeby mnie tu znaleźć. Raczej nie chwalę się tym spektaklem, który, nawet jak na eksperymentalne standardy, jest dość odjechany. Gram w nim ostatniego rajskiego ptaka, który wykluwa się i przemierza świat zniszczony przez konsumpcjonizm. Na końcu spektaklu ludzie-kruki rozdziobują mnie jak orzeł wątrobę Prometeusza.
Xavier jest dokładnie taki, jak go zapamiętałam - tak wysoki, jak rudy i jeszcze bardziej nadęty. Ma na sobie pasiasty golf i, oczywiście, okulary zerówki. Pod nosem wyrasta mu mikrowąsik w stylu osiedlowego Clarka Gable'a. Podchodzi do mnie i całuje powietrze z każdej strony mojej głowy, omijając policzki o dobre kilkanaście centymetrów.
- Hooola, Flooora! - wita mnie swoim przeciągłym nosowym głosem.
Jego kłujący wzrok zatrzymuje się na mojej twarzy, na farbowanych gołębich piórach, które przykleiły mi się do facjaty niczym wenecka maska.
Zamiast, jak każda normalna osoba, odkleić pierze z nosa, próbuję je zdmuchnąć, sapię przy tym jak parowóz i zezuję na środek nosa. Domyślam się, że Xavier umiera z żenady, obserwując moje starania. Kolana mi miękną, nic jeszcze nie podpisaliśmy, jeszcze ma szansę się wycofać, gdy tylko zobaczy, jaką niewydarzoną niedorajdą jestem. Czy dlatego tu przyszedł? Żeby się wycofać?! Mam paść przed nim plackiem i błagać go, żeby jednak dał mi szansę?
- Ten spektakl to... gorąca-kupa-łajna - mówi, podając mi chusteczkę do demakijażu.
Czyli przyszedł mnie obrazić. Fantastycznie, właśnie tego potrzebuję. Aby nadęty kandydat do Oscara gapił się, jak oskubuję sobie dekolt z piór i kpił z mojego dorobku artystycznego.
- Ale ty byłaś niezła. Dobra nawet. Myślę, że prawdziwy reżyser jest w stanie wyciągnąć z ciebie całkiem sporo.
Mówi o sobie. Oczywiście, że mówi o sobie. Przecież wszystko, nawet moja egzystencja, istnieje wyłącznie w odniesieniu do niego. Ktoś musi wskrzesić Kopernika i powiedzieć mu, że się mylił. Nasz świat jest Xavierocentryczny.
- Co tu robisz? - pytam.
Mieliśmy się zobaczyć dopiero jutro. Chciałam się przygotować psychicznie do tej rozmowy. Pomedytować, wypić melisę albo się zjarać, zrobić cokolwiek, co pozwoli mi do jutra osiągnąć stan nirwany, z której nawet Xavier mnie nie wyciągnie. Planowałam być spokojna i zrobić dobre wrażenie.
Czy to się stało? Oczywiście, że nie. A minęło dopiero pierwsze czterdzieści sekund, jeszcze się rozgrzewam.
- Jutro zobaczymy się zawodowo. A dzisiaj, moja droga, chciałbym uraczyć się twoim towarzystwem na stopie czysto prywatnej. Chcę się przekonać, kim jest Flora Mikołajczyk.
Tylko nie to. Żadne poznawanie Flory Mikołajczyk. Nawet ja jej dobrze nie znam, nie czuję się na tyle kompetentna, żeby opowiadać o niej innym.
Niestety, nie mam wyboru. Przez chwilę rozważam ucieczkę przez okno, ale obawiam się, że to stanowiłoby odpowiedź samą w sobie: Flora Mikołajczyk jest zaburzona emocjonalnie i nie należy jej angażować w żaden poważny projekt.
Zabieram z toaletki swoją torebkę i bez słowa, z przyklejonym do twarzy uśmiechem, ruszam za Xavierem Dąbrowskim w majową noc.
Zajmujemy stolik w pięknej restauracji, na którą na pewno mnie nie stać. Zanim jeszcze spojrzę w menu, wiem, że kolacja tu będzie kosztować tydzień mojego budżetu na jedzenie.
Dobrze, że Mela czasem gotuje. Może uda mi się żywić resztkami jej obiadów do następnego piątku. Albo energią słoneczną - Stachursky'emu ponoć się udaje.
Gdy kelner przychodzi, zamawiam drugą najtańszą rzecz z karty. Nie chcę zamawiać tej najtańszej, żeby nie wyjść na biedaka lub jeszcze gorzej - skąpca. Xavier ewidentnie nie ma takich rozterek. Zamawia przystawkę, danie główne, deser i karafkę wina.
Nie mam pojęcia, gdzie on to wszystko zmieści, typ jest chudszy od mleka, które piję. I od mojego portfela, a to już spory wyczyn.
- Co u ciebie, moja droga? Nie widzieliśmy się od ukończenia szkoły. To aż pięć lat, tyle musiało się zmienić! Opowiedz mi wszystko, wujcio słucha.
Dużo mnie kosztuje, żeby nie przewrócić oczami. Nie tyle, co kolacja Xaviera, ale nadal dużo. Jak można być aż tak pretensjonalnym?
- Nie wiem, czy aż tyle się zmieniło. Nie dostałam nominacji do Oscara, nie zgarnęłam stada Złotych Lwów, nie dostałam nawet porządnego angażu.
- Nieprawda. Miałaś bardzo ładny epizod w "Ojcu Mateuszu".
- Jako martwe ciało.
- I podobno chcieli cię wziąć do "Tańca z Gwiazdami".
- Każdego już biorą. Podobno ostatnio złożyli propozycję kosmetyczce Blanki Lipińskiej.
- Nie przesadzaj, kochanieńka. Na pewno z czegoś jesteś dumna.
Hmm, tego nie byłabym taka pewna. Jasne, jestem zadowolona z wielu rzeczy - z tego, jak blisko jestem ze swoją rodziną, że zawsze kasuję bilet w tramwaju, nawet jeśli jadę tylko jeden przystanek. Z tego, ile filmów udało mi się zobaczyć w zeszłym roku (238). Ale żeby być dumna?
- Chyba z mojej pracy z dziećmi - mówię, bo taka jest prawda.
W zeszłym roku z najstarszą grupą wystawiliśmy "Szklaną menażerię" i no, to było coś. Główna aktorka dostała się potem do szkoły aktorskiej w Łodzi. Nadal mamy kontakt. Jeśli jest coś, co sprawia, że czuję się choć trochę wartościowa, to właśnie świadomość, że pięknie udało mi się oszlifować diament, jakim jest Hania - zaraz później dostała się z pierwszego miejsca do łódzkiej filmówki.
Czasem myślę, że powinnam porzucić mrzonki o wielkiej scenie i po prostu poświęcić się dydaktyce.
Jeśli ten spektakl nie wypali, tak właśnie zrobię, postanawiam.
- Kształtujesz młode umysły. To piękne. A jak twoje życie uczuciowe?
O nie, teraz to dowalił jak w "The Room". Biorę łyk wina, żeby zyskać na czasie. Zastanawiam się, jak powiedzieć, że moje życie uczuciowe jest martwe jak Elvis, i jednocześnie zachować godność. W moim przypadku "skupiam się na karierze" odpada, bo ta jest chyba bardziej martwa niż Elvis i moje życie uczuciowe razem wzięte.
- Kiedyś umawiałaś się z Maksem, ale to chyba skończone, prawda?
Wino, które właśnie połykałam, staje mi w gardle. Krztuszę się w stylu wczesnej gruźlicy, a para obok patrzy na nas z niesmakiem.
- Ja i Maks? Chyba sobie żartujesz?! - Z winem w krtani brzmię jak stara menelica.
- Nie spotykaliście się?
- Miałabym się spotykać z tym bufonem z kwadratem zamiast szczęki? Po moim trupie. Typ jest gogusiem z szarymi komórkami, które da się policzyć na palcach jednej ręki. To znaczy ja mogę policzyć, nie wiem, czy on da radę.
Może trochę przesadzam. Z tego, co pamiętam, Maks, pomimo twarzy osiłka, nie był głupi. Czytał nawet więcej niż ja, cytował Kanta i znał trzy języki obce. I to byłoby na tyle. Poza tym przeglądał się w każdej sklepowej witrynie czy łyżeczce, w lśniącej trumnie własnego ojca też by się pewnie przejrzał.
Z jakiegoś powodu Xavier rumieni się i szybko zmienia temat. Zaczyna mówić o swoich sukcesach i nie przestaje aż do końca wieczoru.
Słucham go jednym uchem. Moje myśli wędrują do czasów studenckich, kiedy byliśmy z Maksem na jednym roku. Od tego czasu minęło pięć lat, a ja nadal muszę studzić krew na samą myśl o tym, co się wtedy wydarzyło. Te wspomnienia są jak żywe i wracają do mnie za każdym razem, gdy widzę jego głupio wykrzywioną twarz reklamującą kolejny film o kobietach, mężczyznach czy też psach mafii.
Ze swoimi dwoma metrami wzrostu i ramionami jak trzy szafy z Ikei mój kolega z roku szybko stał się ulubieńcem reżysera. Gra chyba we wszystkich jego hitach. Oraz w kilku komediach romantycznych z białym plakatem i Karolakiem. Jest zaangażowany w tyle produkcji, że czasami czuję, jak jego niebieskozielone oczy śledzą mnie z każdego budynku w Warszawie. Doskonale spożytkował ostatnie pięć lat. Dobrze, że Superman nie może być Polakiem, bo z jego muskulaturą, szczęką i idealnie równym przedziałkiem dostałby tę rolę bez mrugnięcia okiem, a wtedy już nawet za granicą nie uciekłabym od jego wymuskanej, wyprasowanej w Photoshopie facjaty, co - jeśli chcecie znać moje zdanie - łamałoby wszystkie prawa człowieka, łącznie z konwencją genewską.
Następnego dnia jedziemy z Melą do domu rodziców na rodzinną kolację.
Mama i tata naciskają, żebyśmy odwiedzali ich przynajmniej raz w tygodniu. Chyba mają syndrom opuszczonego gniazda.
To musi być dziwne, przez tyle lat mieć szóstkę dzieci w domu i nagle zostać samemu. Ciekawe, czy zaczęli robić coś ekscentrycznego, na przykład chodzić nago po mieszkaniu albo uprawiać tantryczną jogę.
- Zgarniamy kogoś po drodze? - pytam Meli, szukając na jej playliście czegoś, co nie będzie pochodziło z musicalu na Broadwayu lub noworocznego koncertu w Wiedniu.
- Pola prosiła, żeby po nią wstąpić.
- Karol jej nie podrzuci? - pytam zaskoczona.
- Karol jest w Indonezji. Pisze reportaż o jakiejś lekkoatletce bez nogi.
Ten to ma życie. Dopiero co wrócił z Iranu, a już siedzi w Indonezji.
- A co z Klimkiem, Lilą i Leną?
- Klimek ma dzisiaj dyżur, nie będzie go. A Lila powiedziała, że złapie ubera prosto z pracy.
- Lila pracuje w niedzielę?
- Cisną nadgodziny.
Jakim cudem Mela to wszystko wie? Naprawdę czyta te wszystkie wiadomości na rodzinnym czacie? I czy ja jestem wyrodna i niewdzięczna, jeśli tego nie robię?
- Okej, a Lena będzie?
- Kto wie. To raczej ty powinnaś wiedzieć, co się u niej dzieje.
Prawda. Ze wszystkich sióstr z Leną jestem najbliżej. Jesteśmy w podobnym wieku i obie mamy artystyczne dusze. Z tym że Lena jest malarką. I to naprawdę dobrą. Przed trzydziestką miała swoją retrospektywę w Zachęcie. Tymczasem ja... no nic, mam nadzieję, że rodzice podadzą wino do obiadu.
Zatrzymujemy się przy jednym z kabackich apartamentowców, z którego z rozwianym włosem wybiega moja młodsza siostra Pola. Jej piegowata twarz jest uśmiechnięta, ale ciemne oczy rażą mnie nietypowym dla nich smutkiem.
Patrzę pytająco na Melę, ale ona kręci przecząco głową - uniwersalny znak, że mam odpuścić. Jasna sprawa, i tak nie mam teraz na to siły.
- Zakład, ile zwierząt mają teraz nasi rodzice? - pyta Pola, wskakując na tylne siedzenie.
- Za dużo - mówię. - Czy wygrałam pralkę?
- Nie ma czegoś takiego jak za dużo zwierząt - odpowiada Pola, gdy ruszamy. - Zwierzęta to czysta miłość.
Jest jeszcze młoda, myślę, nie wie, że za dużo miłości też nie jest dobre.
Podjeżdżamy pod nasz dom rodzinny, a ja czuję ten dziwny miks nostalgii i stresu, który od niedawna towarzyszy mi za każdym razem, gdy tu jestem. To miejsce - położone pod Warszawą, otoczone naturą i ciszą, która, gdy tylko przekroczy się próg, zmienia się w rozmowy, szczekanie psów i muzykę - zawsze było moim azylem. Noszę je zawsze ze sobą - ślady gliny na meblach, okruszki po ciastkach na dywanie, świeże kwiaty w ręcznie robionych wazonach. Kocham ten dom, a jednak coś mi rośnie w gardle za każdym razem, kiedy muszę tu wrócić.
Mela łapie mnie za rękę i pyta, czy wszystko w porządku. Kiwam głową i wysiadam z samochodu.
Zanim zdążę dotrzeć do drzwi, słyszę tętent psich łap, które chwilę później powalają mnie na ziemię. Rozbestwione mordki zlizują mi makijaż z twarzy, domagając się całej miłości, którą mam w sobie, ale gdy tylko próbuję je pogłaskać - uciekają, jakby sobie przypomniały, z kim mają do czynienia.
Moja miłość do zwierząt jest jak każda w moim życiu - nieodwzajemniona.
Lena wychodzi z domu i uśmiechając się szeroko, pomaga mi wstać.
- Musisz przestać zwozić tu wszystkie zwierzęta, jakie wpadną ci w ręce - mówię, otrzepując się z ziemi.
- Rodzice muszą nas kimś zastąpić - odpowiada mi.
- My żyjemy! A nawet gdyby nie, to nas była tylko szóstka! Tutaj zaczyna się robić minizoo.
- Zamieniamy jedną arkę Noego na drugą - mówi mama, jakby w odpowiedzi na moje myśli. - A kotów mamy już pięć.
Nigdy nie wyjdę z zachwytu nad urodą naszej mamy. Wszyscy jesteśmy do niej trochę podobni - niektórzy odziedziczyli po niej ciemne loki, inni pełne usta, każde z nas ma piegi. Ale nikt w naszej rodzinie nie jest tak niezaprzeczalnie piękny jak ona.
Ubrana w białą koszulę i dżinsowe ogrodniczki, prowadzi nas do środka, gdzie tata i Pola nakrywają do stołu, próbując uratować nasz obiad przed zgrają wygłodniałych psów. W rękach trzyma naręcze zboża, stając się personifikacją nadchodzącego lata.
- Florencja! Florentyna! Fauna i Flora! - woła tata, przytulając mnie. Pachnie domem: farbą, drewnem, iglakami.
Uśmiecham się. Jego obecność zawsze mnie uspokaja.
On i moja mama to dwie bardzo odmienne energie, które jednak idealnie się uzupełniają. Tata jest spokojnym i ciepłym światłem słonecznym, a mama nieprzewidywalnie zmienną energią wiatru. Jeśli nadal, pomimo wszystkich nieudanych związków, wierzę w miłość, to właśnie dzięki moim rodzicom.
Upewniam się w tym za każdym razem, kiedy mama wkracza do domu, a tata patrzy na nią, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Jakby schodziła w zwolnionym tempie po krętych schodach w komedii romantycznej, z ckliwą muzyką w tle.
- Jaka szkoda, że nie ma Klimka, byłaby cała rodzina w komplecie - mówi mama, a jej oczy robią się smutne. - Nie pamiętam, kiedy ostatnio widzieliśmy się całą ósemką... Nie mówiąc o tym, że Karola to nie widzieliśmy chyba dwa lata...
Pola, która nalewa zupę do talerzy, ściąga brwi.
- Był na kolacji wigilijnej, mamo.
- To było cztery miesiące temu! Prawie pięć!
- Cztery miesiące to nie dwa lata, mamuś. - Jasna cera mojej siostry robi się jeszcze bledsza pod drogą mleczną piegów.
- Mamo, chodź, pomóż mi nakryć do stołu. Chciałabym zjeść z tych talerzy, które skończyłaś szkliwić miesiąc temu. Tych z niebieskim wzorem - mówi Mela, zgarniając po drodze wdzięczny uśmiech Poli.
Odrywam wzrok od naszego trójnogiego psa Kikutka, który goni się po całej kuchni z kotem, i dołączam do rodziny w jadalni. Naprawdę, ktoś tym zwierzętom chyba dosypuje amfetaminy do karmy.
W jadalni każdy ma własne krzesło. Takie, które sam wybrał, które w jakiś sposób pasowało do niego, pozwalając jednocześnie odróżnić się od reszty. Stoją pstrokato wokół stołu giganta powstałego z trzech płyt tektonicznych starych blatów. Tata zbił je w jeden jadalniany kontynent tuż przed szesnastymi urodzinami Meli. Mówiliśmy mu, że jest za duży, że aż takiego nie potrzebujemy, ale on odpowiedział, że chce, aby przy tym stole zawsze było miejsce dla wszystkich - dla naszych chłopaków, dziewczyn, przyjaciół.
To właśnie są moi rodzice i kierująca nimi polityka otwartego domu. W dzieciństwie pilnowali, aby nie zabrakło świeżej pościeli dla tych, którzy wpadli z wizytą, a do tablicy korkowej były przyczepione wszystkie restrykcje dietetyczne krewnych i znajomych królika, każdego z naszego stada. Dobrze wiem, że gdybym teraz otworzyła szafkę, znalazłabym w niej najnowszą partię ciastek owsianych z kawałkami czekolady; mama piecze je co dwa dni, mimo że żadne z nas już tu nie mieszka i nie ma ich kto przejadać.
Siadam na krześle z obiciem w czerwone maki. To klasyczne z lakierowanego drewna obok mnie należy do Meli. Na jej kolanach grzecznie leży pies, ten sam, który przed chwilą próbował oskubać naszego kota. Moja siostra ma kojący wpływ na zwierzęta, którym brakuje piątej klepki.
Mama nakłada wszystkim szalone porcje i nie obchodzi jej, że takich posiłków nie wyzeruje nawet zawodnik sumo.
- Mamo, muszę być na diecie do nowej roli - tłumaczę, próbując pozbyć się z talerza przynajmniej połowy jadalnego masywu górskiego, Kilimandżaro wegetariańskiej zapiekanki, który zasłania mi twarz siedzącej naprzeciwko mnie Poli.
- O ile nie grasz anorektyczki albo więźniarki wojennej, nie musisz - odpowiada mama.
- Nie gram też kobiety w ciąży - odcinam się.
- W co dzisiaj gramy? - pyta tata, zupełnie ignorując nasze próby odchudzenia talerzy.
- Może w "największy obciach"? - rzuca Lena.
- Tylko nie "największy obciach" - odpowiada Mela.
- Mówisz tak, bo nigdy w to nie wygrywasz!
- Wybacz, że moje życie nie przypomina festiwalu żenady. Zagrajmy w "fałszywe przysłowia".
- Nuuudyyy! - wołamy razem z Leną.
- To może w "kiedy ostatnio"? - proponuje Pola i żadne z nas nie wyraża sprzeciwu.
- Tylko jeszcze włączę obiadową playlistę numer dwadzieścia osiem.
Lena i ja wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia. Od kiedy moi rodzice odkryli Spotify i opcję tworzenia dzielonych playlist, każde z nas przed obiadem musi dorzucić przynajmniej trzy piosenki. A potem siedzimy przy stole, jak te dzieciaki z "Madeline", póki składanka się nie skończy, co czasami trochę zajmuje. Klimek wrzucił kiedyś dla żartu "The Rise and Fall of Bossanova Section 4", która trwa dwieście czterdzieści minut. Siedzieliśmy przy stole, aż się ściemniło.
Tym razem też nie będzie łatwo - razem z Leną uwielbiamy wrzucać do playlisty muzykę, która doprowadza innych do szału.
- Ja zacznę - mówi mama i odwraca się do Lili, która siedzi po jej prawej na swoim zniszczałym krześle z jedną dosztukowaną nogą.
- Kiedy ostatnio śmiałaś się tak bardzo, że bolał cię brzuch?
- Jakiś tydzień temu. Antek z zespołu wyjechał na urlop, więc podmieniliśmy wszystkie zdjęcia jego dzieci na biurku na zdjęcia Karolaka. Jego mina... bezcenna.
- Wymienił je z powrotem? - pytam.
- Nie. Teraz jego biurko to ołtarzyk najlepszego aktora w historii polskiej kinematografii.
- Nawet gwiazdy porno nie mają seksowniejszej szparki - wtrąca Lena.
- Udam, że tego nie słyszałam - mówi mama, ale widzę w jej oczach, że trochę ją to rozbawiło.
Lila odwraca się do Poli.
- Kiedy ostatnio się z kimś pokłóciłaś?
Pola marszczy czoło.
- Nie wiem... nie przypominam sobie.
- Znasz zasady, siostro, musisz odpowiedzieć albo nie będzie deseru - mówi Lila tonem nieznoszącym sprzeciwu. Jest projektantką gier komputerowych, więc nawet głupią zabawę obiadową traktuje śmiertelnie poważnie. Żadnych obejść, żadnych ulg - zasady to zasady.
Pola wydyma usta w podkówkę. Doskonale wie, że się nie wymiga.
- Chyba z Karolem. Wyjechał do Indonezji i zostawił brudne kubki w swoim pokoju. Jak tam weszłam, była na nich warstwa pleśni. Napisałam mu, co o tym myślę. Chyba można to uznać za kłótnię...
- Znając ciebie, na końcu go jeszcze przeprosiłaś.
Pola rumieni się lekko i nic nie mówi. Zaczyna robić przełęcz w swojej zapiekance.
- Jak on się trzyma w ogóle? - pyta Lena.
- Raczej dobrze... biorąc pod uwagę sytuację.
Karol niedawno musiał oddać dziadka, z którym mieszkał, do domu opieki, bo demencja pochłonęła już większość mózgu staruszka. Z tego, co wiem, chłopak nie może dojść do siebie. Zmienił się nie do poznania. Dni, kiedy wraca od dziadka, który go nie poznaje, są szczególnie trudne. A biedna Pola znosi je z cierpliwością Penelopy.
- Kiedy ostatnio przesadziłaś z alkoholem? - pyta wyraźnie zmieszana Lenę.
Patrzę na Polę ze współczuciem. Temat Karola zawsze był dla niej drażliwy, teraz jest jeszcze gorzej. Naprawdę jej współczuję, nieszczęśliwa miłość to suka o stalowych szczękach. Łapie z całych sił i nie puszcza, chociaż boli.
Lena z typową dla siebie gracją przejmuje konwersację.
- Słabe pytanie, siostro. Dobrze wiesz, że nie piję od czasu, gdy najebałam się winem na własnym wernisażu i narzygałam na buty tego kolekcjonera z Australii. Skubaniec i tak kupił wtedy trzy obrazy. Chory pojeb, teraz na pewno się do nich masturbuje.
- Jeeezuuu, co to za jazgot? - pyta Mela, gdy playlista przełącza się na kolejną piosenkę. Tłumię śmiech udawanym atakiem kaszlu.
- Żaden jazgot, moja droga, tylko Die Antwoord, ostatnio dobrze mi się do nich maluje - mówi Lena i zaczyna coś, co jest albo tańcem, albo atakiem apopleksji. Dwa psy podnoszą się spod stołu i dołączają do niej, ujadając dziko.
- Kiedy ostatnio byłaś z siebie dumna? - rzuca i nie przerywając swojego tańca, wskakuje na krzesło i wymachuje rękoma.
To pytanie jest skierowane w moją stronę.
- Wczoraj! Kiedy dostałam tę rolę!
- Właśnie, Flo! Gratuluję! - woła mama, podnosząc kieliszek z winem.
Wznosimy toast, a ja zastanawiam się, o co zapytać Melę, która patrzy na Lenę trochę jak na cyrkową atrakcję, a trochę jak na ekshibicjonistkę w parku.
- Kiedy ostatni raz umarłaś ze wstydu? - decyduję się na dość łagodną szpilkę.
- Kiedy sobie przypomniałam, że jesteś moją siostrą - odpowiada Mela, nadal nie odrywając wzroku od Leny. - Ewentualnie teraz.
Lena zeskakuje z krzesła i robi w powietrzu krzywy piruet, prezentując Meli swoje dwa środkowe palce.
- Nie liczy się! - woła w rytm melodii.
- To chyba nigdy. Wstyd jest zbędną emocją.
- Wyczuwam blef! - wtrąca Lila.
- Dobrze, dobrze. Ostatnio na padlu uderzyłam się własną rakietą w twarz i prawie zemdlałam. To było upokarzające.
- Pewnie i tak wygrałaś ten mecz - mówię pod nosem.
- Oczywiście, że tak, to właśnie był rozstrzygający gem, ale i tak było mi głupio. Taki brak koordynacji nie jest w moim stylu.
Jakim cudem my w ogóle jesteśmy spokrewnione? To jest niemożliwe, któraś z nas musi być adoptowana i sądząc po sportowym zacięciu reszty mojego rodzeństwa, to raczej nie ja.
- Tato, kiedy ostatnio zrobiłeś coś dla siebie? - Mela kontynuuje grę.
- Cały czas coś robię. Powoli kończę odrestaurowywać ten motocykl. Po obiedzie wam pokażę. Jutro muszę pojechać po specjalną farbę i to będzie już ostatnia prosta.
Tata ma niezdrową obsesję na punkcie rzeczy z pchlich targów. Parafrazując kultową pastę o ojcu wędkarzu: mój stary to fanatyk staroci.
- Będzie się dało na nim jeździć?
- Oczywiście, że tak. Razem z Leonem planujemy podróż do Prowansji.
- Leon też ma motocykl?
- Kupił miesiąc temu dziką bestię. Dwa razy większą od mojej.
- Kryzys wieku średniego - wtrąca mama, całując tatę w policzek.
- No już, już moja droga, w moim życiu nie ma nic średniego, włącznie z wiekiem. Lepiej powiedz, kiedy ostatnio zasnęłaś podczas oglądania filmu.
- Wcale nie spałam! Zamknęłam tylko na chwilę oczy.
- Twoja chwila trwała od pierwszej reklamy po napisy końcowe. A to był film na Polsacie, jedna reklama trwa dwie dekady.
- To nie moja wina, że wybrałeś taką nudę.
- "Terminator" nie jest nudny! To ty nie doceniasz jego kunsztu.
- Mężczyzna cofa się w czasie, aby zapłodnić kobietę, w której zdjęciu się zakochał. Naprawdę uważasz, że to dobry pomysł na scenariusz filmu?
To trochę potrwa, więc nurkuję w swoją potrawkę jarzynową.
Gdy tata i mama kończą się sprzeczać o ocenę geniuszu filmu ze Schwarzeneggerem, gramy jeszcze kilka rund, a potem, ku wielkiemu rozczarowaniu rodziców, zaczynamy się zbierać.
- Musicie kiedyś zostać na noc. Tęsknimy za wami. Regularnie ścieramy kurze w waszych nietkniętych zębem czasu pokojach.
- Oj, mamo, nie mów tak, bo będę się czuła winna - odpowiadam.
- Masz w sobie tyle wina, że już powinnaś się tak czuć - dodaje Mela, wkładając górę resztek do bagażnika.
Robię zbolałą minę. Komediantka od siedmiu boleści. Chyba powinnam ją zapisać na jakiś standapowy wieczór.
Rano wstaję z lekkim bólem głowy. Tak już jest, gdy organizm dobija powoli do trzydziestki - dwie lampki wina do obiadu, potem jeszcze dwie w mieszkaniu i rano czujesz się jak zwłoki. Dzięki, organizmie, rozumiem, że gwarancja się właśnie skończyła.
Patrzę na zegar w telefonie i wiem, że Xavier mnie zabije. Albo gorzej: wyrzuci mnie ze sztuki. Jedną ręką biorę prysznic, drugą myję zęby. Gdybym miała trzecią, rozczesałabym nią włosy albo się pomalowała. Niestety, resztki makijażu z wczoraj będą musiały wystarczyć.
Nalewam kawę do kubka podróżnego i... Jasna cholera! Oczywiście, potykam się o tego przeklętego kota! Połowa zawartości ląduje na mojej koszuli, ale trudno, nie mam czasu się przebrać. Może nikt nie zauważy. Najwyżej powiem, że to nowa moda. Albo że oszczędzam wodę, piorąc rzadziej. Obiecuję sobie znaleźć w końcu najbliższego taksydermistę, po czym wsiadam do samochodu i ruszam w trasę.
Warszawa wita mnie deszczem i korkami. Zaczynam się pocić. Nienawidzę się spóźniać. Wybija mnie to z rytmu. Mam wrażenie, że nie da się jednocześnie spóźnić i zrobić dobrego wrażenia.
Do teatru docieram dosłownie na styk. Desperacko szukam miejsca parkingowego. Widzę jedno i właśnie dziękuję wszystkim bogom z imienia i nazwiska za ich cenny dar, kiedy jakiś palant z piskiem opon wchodzi w wiraż i zajeżdża mi drogę.
Trąbię na niego wściekle i wyklinam od najgorszych, używając każdego brzydkiego słowa, jakiego nauczyła mnie Lena. Oczywiście, że ten dupek w samochodzie dwa razy droższym od mojego życia, zajmuje moje wymodlone miejsce parkingowe. Ono było moje. MO-JE! Już je praktycznie polizałam, dałam na zapowiedzi i wpisałam do testamentu.
Chcę wysiąść i poprzebijać opony temu złodziejowi miejsc, ale nie mam na to czasu. Parkuję dwie ulice dalej, muszę jeszcze znaleźć parkomat. Mój telefon brzęczy jak naćpana pszczoła, ale nie odbieram - wiem, że to Xavier.
Gdy spocona, przemoczona i spóźniona o dwadzieścia minut dobiegam do budynku, mam serdecznie dość. Chciałabym, żeby moje życie było jedną z gier Lili. Zapauzowałabym, wyszłabym do menu głównego i zaczęła ten dzień jeszcze raz. Zamiast tego biorę głęboki wdech i wchodzę do środka.
Xavier patrzy na mnie jak na kota, który zrzygał się na dywan.
- Hola, Flora! Co jest? Wyglądasz jak coś, co przykleja się do butów freegan, gdy nurkują w śmietnikach.
- Zaspałam - odpowiadam. - Ale widzę, że mojego nowego kolegi jeszcze nie ma, więc chyba bez tragedii.
- Tak się składa, że już jest. Po prostu miał dość czekania na ciebie, więc poszedł zamówić nam kawę.
No świetnie, zrobię cudowne pierwsze wrażenie. Spóźniona, niedomyta, z brudną koszulą i sianem na głowie. Trudno, taką Psyche sobie wybrali, to taką mają. Dlaczego urodziłam się sobą i jak to odwołać? Gdzie składa się reklamacje w tej sprawie? Wymienia wadliwe egzemplarze osobowości?
- Przepraszam, byłabym o czasie, gdyby nie to, że jakiś dupek zajął moje miejsce parkingowe - mówię zrezygnowana.
- Wymówki, wymówki, młyn na puste główki. Może spróbuj doprowadzić się do porządku?
- Może powiesz mi w końcu, kto będzie moim partnerem?
Xavier stanowczo kręci głową.
- Gdybyś się nie spóźniła, to już byś wiedziała.
- No weź, nie bądź taki. Obiecuję nie być wybredna. Ostatnim razem, gdy u ciebie grałam, moim partnerem był Maks Stankiewicz. Gorzej przecież nie bę... Kurwa mać! - wyrywa się z moich ust, kiedy dokładnie w tym momencie, z trzema kubkami ze Starbucksa w rękach, wchodzi do sali oczywiście, oczykurwawiście, nie kto inny jak Maks Stankiewicz.
Ja pierdolę, trzeba było dać się zjeść kotu Meli.