Nie pytaj, jak się czuję - Klaudia Plichta

Kup ebooka

34.99 zł
30.44 zł (26,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Zanim zostałam mamą

W wieku dziewiętnastu lat skończyłam liceum ogólnokształcące.

Nie zdałam matury z matematyki.

Nigdy jej nie ogarniałam. Leciałam na dwójkach.

Do dziś matematyka to dla mnie czarna magia.

Nie planowałam studiów, więc powtarzałam, że matura nie jest mi potrzebna.

Ale moja mama - nauczycielka - mówiła: "Musisz ją mieć. Może sobie potem leżeć w szafie i czekać".

W weekendy dorabiałam w gastronomii.

Mama wykupiła mi korepetycje.

Przez dwa miesiące męczyłam się z tą przeklętą matematyką.

Zdałam i poczułam się wolna.

O ile w ogóle wiedziałam wtedy, co to znaczy.

Pod koniec szkoły poznałam chłopaka.

Zaczęliśmy się spotykać.

Wydawało się, że wszystko jest takie proste. Takie piękne.

I wtedy, w wieku dwudziestu lat, zaszłam w ciążę.

Okazało się, że to ciąża bliźniacza.

W tym czasie mieszkałam u mamy.

On czasem mnie odwiedzał. Czasem ja jeździłam do niego i zostawałam na noc.

Na początku ciąży jeszcze pracowałam. A potem pojawił się koronawirus i mnie zwolniono.

Zostałam w domu. Z myślami.

Już wtedy czułam, że coś między nami jest nie tak. Nie umiałam tego nazwać, ale to czułam.

Często nie odbierał telefonów. Nie odpisywał.

A ja siedziałam i zastanawiałam się: "Co zrobiłam? "Co jest ze mną nie tak?".

To było męczące.

Niepokojące.

Czułam się wtedy bardzo samotna. Jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek. Był to czas pandemii. Zakazy, nakazy, zamknięte drzwi.

Byłam przerażona ciążą z bliźniakami.

Miałam urodzić dwoje dzieci, całkowicie ode mnie zależnych.

Nie wyobrażałam sobie tego.

Zastanawiałam się, jak ja to ogarnę? Jak ja będę je karmić?

Pamiętam jeden wieczór. Byłam u mamy.

Pisałam do niego wiadomości. Dzwoniłam.

Ale odpowiadała mi cisza.

Poszłam spać z nadzieją, że rano przyjdzie jakaś odpowiedź.

Nie przyszła.

Odezwał się dopiero po południu. Odpisał, że spał.

Wierzyłam, że kiedy dzieci się urodzą, będzie lepiej.

Że wszystko się jakoś poukłada.

Było gorzej. Dużo gorzej niż przed dziećmi.

W szpitalu byłam sama. Ich tata spał.

Musiałam dzwonić do jego rodziców, żeby w ogóle się z nim skontaktować.

Kiedy urodziłam chłopców, on milczał.

Odezwał się dopiero po kilku godzinach.

Ze szpitala mnie i chłopców odebrała moja mama. Razem z nim.

Zamieszkaliśmy u jego rodziców.

Nie miałam z nimi dobrych relacji.

Czułam się wyobcowana. Odizolowana od świata. W ciągłym stresie.

Obcy dom. Obcy ludzie.

Ja - młoda dziewczyna z dwójką dzieci na rękach.

On - zajęty samochodem, kolegami albo spaniem.

Ja zajmowałam się dziećmi.

Między nami było wiele kłótni. Rozstania. Powroty.

I znowu to samo.

Nie mogłam już tak żyć.

Czułam się osamotniona w domu pełnym ludzi.

Przed roczkiem bliźniaków podjęłam decyzję: "Wyprowadzam się do mamy".

Tydzień przed przeprowadzką zostałam sama.

On wyjechał "do kumpli".

Do dziś nie wiem gdzie.

Zablokował mnie wszędzie.

Nie pomógł przy przenosinach.

Ale decyzja była już podjęta.

Nie było odwrotu.

W tym samym czasie zapisałam się na studia.

Nie wiedziałam, co będzie dalej.

Zaryzykowałam.

Niedługo potem znowu do siebie wróciliśmy i znowu zaczęły się kłótnie, unikanie, ciche dni.

Aż do dnia, w którym rozstaliśmy się na zawsze.

Na początku jeszcze odwiedzał dzieci, potem przestał.

Oliwier czasem pytał o niego. Mówił, że inne dzieci w przedszkolu mają tatusiów.

Bolało mnie to tak samo, jak wtedy, gdy sama byłam dzieckiem.

Bo wiedziałam, jak to jest nie mieć ojca. Mój też nie chciał wziąć na siebie tej odpowiedzialności.

A ja wzięłam ją całą.

Kiedy byłam młodsza, chciałam zostać psychologiem. Marzyłam, żeby studiować na uniwersytecie we Wrocławiu.

Później pomyślałam: "Jak miałabym pomagać innym, skoro nie potrafię pomóc samej sobie?".

Moja relacja z mamą nigdy nie była łatwa.

Przez znaczną część czasu byłyśmy same. Bez taty.

Bardzo przeżywałam jego brak. I chyba dlatego zawsze marzyłam o jednym: żeby mieć mężczyznę, który będzie dobrym ojcem.

Żeby wziąć ślub. Założyć rodzinę. Mieć duży dom.

Chyba każda dziewczynka o tym marzy, prawda?

Rozdział 2

Kiedy pojawił się Szymon

Kilka tygodni po rozstaniu z ojcem bliźniaków dowiedziałam się o kolejnej ciąży z mężczyzną, z którym się wtedy spotykałam.

Nie wierzyłam.

"To niemożliwe", myślałam.

A jednak.

Już wtedy kontakt z ojcem dziecka wisiał na włosku.

Kiedy mu powiedziałam, odpisał: "Wyślij zdjęcia testów. To nie moje".

W głowie krzyczałam: "Ty chuju, a czyje?".

Ja wiedziałam, że to jego. Nie musiałam się zastanawiać. Nie byłam dziewczyną, która sypia z każdym.

I wtedy zaczął się koszmar.

Nie wiedziałam, co robić. Co myśleć.

Byłam przerażona.

Miałam już dwójkę dzieci.

On się odwrócił. Zostałam sama.

Mamie nie powiedziałam. Bałam się.

Chodziłam do lekarzy w tajemnicy przed nią. Przeżywałam koszmar za koszmarem, dzień po dniu.

Wizyty przebiegały dobrze.

Ciąża rozwijała się prawidłowo. Nic nie wskazywało na to, że po porodzie coś będzie nie tak.

Na początku atakowałam jego tatę wiadomościami.

Potem odpuściłam.

Czasem on się odezwał.

I tak wyglądał nasz kontakt.

Przez całą ciążę widzieliśmy się tylko raz. Na samym początku.

Kontakt był ciężki i męczący.

A ja nosiłam naszego syna pod sercem i miałam w głowie tysiące myśli.

Nie cieszyłam się.

To nie była wymarzona ciąża. Po bliźniakach nie chciałam mieć więcej dzieci.

Ale w tamtym momencie nie bardzo mogłam cokolwiek z tym zrobić.

Płacz i pytania o to, jak to dalej będzie i jak sama poradzę sobie z wychowaniem trójki dzieci, towarzyszyły mi każdego dnia.

Cały czas była we mnie nienawiść do ojca dziecka, które miało się dopiero urodzić.

Myślałam: "Nie chcę cię więcej widzieć. Nigdy". Chłopak, w którym widziałam wszystko, nagle stał się kimś obcym.

Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę, ale musiałam żyć dalej.

Bo były bliźniaki i dla nich trzeba było żyć.

I dla syna, który był w drodze.

Pod koniec ciąży lekarz powiedział, że głowa dziecka jest trochę mniejsza niż powinna, ale żebym się nie martwiła, że USG nie zawsze pokazuje wszystko dokładnie.

Zlekceważyłam to.

Po każdej wizycie wysyłałam zdjęcia USG do jego taty.

Milczał albo reagował lajkiem.

Myślałam: "Może też się boi. Może nie wie, co dalej".

Tak to się toczyło.

Imię Szymon wybrałam od razu. Napisałam mu, że chciałabym, żeby takie imię nosił nasz syn i żeby miał jego nazwisko.

Ku mojemu zdziwieniu - zgodził się.

Byłam zaskoczona, ale się cieszyłam.

Pod koniec ciąży chciał się spotkać.

Do spotkania jednak nie doszło. A ja dalej byłam sama z dzieckiem pod sercem i strachem w głowie.

Termin porodu miałam wyznaczony na trzeciego listopada. Dwa tygodnie wcześniej lekarz powiedział, że jeśli do tego czasu nic się nie zacznie, mam zgłosić się do szpitala na wywołanie.

Przeraziłam się.

Z bliźniakami też miałam wywoływany poród i nie wspominałam tego dobrze.