Jej myśli - bez cenzury, cz. I
(pisownia oryginalna)
Rok 1997
Szczęśliwy rok dla mnie, ponieważ byłam zakochana i nie tylko. Zamieszkałam z Piotrem, zaczęłam sobie układać życie od nowa, po rozstaniu z mężem. Myślałam, że już nie znajdę kogoś, kogo pokocham, i że będę kochana, ale czas pokazał, że jest to możliwe. Wakacje spędziliśmy nad polskim morzem i zaczęliśmy urządzać mieszkanie na Żoliborzu na ul. Przy Agorze. To był fajny czas, o którym marzyłam. W tym czasie pracowałam w Ultimo na Świętokrzyskiej 20, a Piotrek podjął pracę w firmie przy telefonach. Radziliśmy sobie finansowo i dobrze nam się układało. Po dłuższej rozmowie z moim partnerem, który chciał zmienić pracę i przyjąć się do policji, zaczęła się batalia: badania, testy itd., później wyjazdy na szkolenia, a ja ciągle pracowałam w sklepie jako ekspedientka. Nie było to moim marzeniem, ale lubiłam tę pracę, ponieważ miałam kontakt z ludźmi, którzy mieli swoją historię.
Ja też mam swoją historię. Zaczęła się na początku grudnia właśnie w sklepie Ultimo, w którym pracowałam sześć lat, prawie od początku istnienia sieci Ultimo. To były czasy powstawania butików, lata dziewięćdziesiąte. Młoda dziewczyna, która zachwyciła się wielkim miastem i jego życiem, które z dnia na dzień rozwijało się bardziej, dobrze płatna praca, markowe ciuchy, pokazy mody itd. To było fajne, mogłam korzystać z życia, ale jeszcze nie wiedziałam, co mnie czeka...
Zostałam oskarżona o kradzież spodni za 149,90 zł w sklepie, w którym pracowałam ponad sześć lat; przypominam, że to były lata dziewięćdziesiąte, wtedy każdy korzystał z dobrodziejstwa, jakim są ubrania markowe i modne, ale to ja zostałam oskarżona o kradzież, bo musieli znaleźć kozła ofiarnego.
Prawdopodobnie do zwolnienia mnie z pracy przyczyniła się koleżanka. Pytanie: dlaczego? Bo pracowałam dobrze, bo byłam miła dla klientów i obroty były duże, bo liczyła się prowizja od utargu, co motywowało do pracy i do jak największej sprzedaży? Ponieważ zaczynając pracę w sieci Ultima pracowałam w spółce dwóch współwłaścicieli, a kończąc po latach pracę w sklepie, pracowałam już u jednego, bo zaczęło się między nimi psuć, wiadomo dlaczego (pieniądze). Każda z nas, to znaczy koleżanki miały taką możliwość wyboru, u kogo chcą pracować. Jak już wspomniałam, wybrałam pracę u drugiego wspólnika, pana Artura, w sklepie na ulicy Świętokrzyskiej, gdzie byłyśmy podzielone, jako dwie ekspedientki. Koleżanka pracowała dla innego niż ja, nawet ubrania były podzielone, ale wszystko wbijałyśmy na dwie kasy. Nie wspomnę o przekrętach, które panowały w sklepie i nie tylko zdrowa rywalizacja między dziewczynami i szefami, którzy mieli satysfakcję z liczby sprzedanych ubrań. Wszystko odbijało się na nas, no i właśnie, chcieli mnie się pozbyć, bo zwiększałam obroty sprzedaży, bo byłam dobra w tym, co robiłam, ale niektórym osobom się to nie podobało i trzeba było mnie zwolnić, zlikwidować zagrożenie i jedna z pracownic, kierowniczka w nowo otwartym sklepie na Nowym Świecie 36, przyczyniła się do zwolnienia mnie z pracy, żeby była jasność, ja byłam zatrudniona jeszcze w spółce. Udało się dopiąć ten cel, 6 grudnia zostałam wyrzucona prawie siłą ze sklepu, nawet była interwencja policji, piękny dostałam prezent mikołajkowy, ale to nic w porównaniu z tym, co mnie czekało, to co było przede mną.
Muszę przerwać pisać, bo emocje są silniejsze, jak wspominam te czasy... A teraz te czasy wspominam, przebywając w zakładzie karnym i spisując wspomnienia z tego okresu, ale ten wątek w dalszej części. Wracając do grudniowej historii 1997 roku, do feralnych dni, które mi się przytrafiły i były przeklęciem na moje dalsze losy życiowe.
Zwolnienie z pracy, brak pracy i co dalej, determinacja i szukanie prawdy, co jest przyczyną... Zaczęła się cała batalia, złożenie pozwu do sądu pracy, porady u radcy prawnego w tej sprawie - dlaczego zostałam zwolniona z pracy i dlaczego ja, znowu pytania i jak zwykle brak odpowiedzi. No cóż, takie jest życie, ktoś musi odpowiedzieć za przekręty tego świata.
Moje życie powoli upadało w gruzach, siedziałam w domu, w dodatku tuż przed świętami. Chcieliśmy zrobić święta nasze pierwsze na nowym miejscu i razem, to miały być magiczne rodzinne święta.
Grudzień 1997 roku zaczął się tragicznie, może inaczej, był przekleństwem dla mojej całej rodziny, a w szczególności dla mnie. W najgorszych snach nie pomyślałam, że coś tak okrutnego mnie spotka. Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że żałuję, że pracowałam w Ultimo, że nie słuchałam mojej mamy, jak mnie ostrzegała, żebym się zwolniła z pracy, jak przychodziłam i płakałam, że nie mam siły tam pracować. Pracowałyśmy na dużych obrotach, nabijając kasę dwóm facetom, którzy śmiali się z nas, z młodych dziewczyn, które były zafascynowane ubraniami. Powinnam zrezygnować z tej pracy, nawet po tym, jak mój były mąż, można tak ująć, zachwycił się moją koleżanką, może inaczej, koleżanka rozbiła moje małżeństwo i oczywiście stało się to w Ultimo. Po tym fakcie powinnam odejść, aby tego nie widzieć, ale znowu pytanie - dlaczego ja miałam ustąpić, jakby mieli honor, sami powinni odejść z pracy, ale nie mieli wstydu, myśleli, że tak musi być.
Wtedy byłam zła na cały świat, chciałam zagłuszyć tę wyrwę w moim sercu i zaczęłam korzystać z życia w postaci imprez, wyjazdów, spotkań towarzyskich, aby nie być samą i nie mieć żalu do siebie, że rozbito moje małżeństwo.
Ale to nie jest najważniejsze teraz - wracając do tematu tego feralnego grudnia. Jak wspomniałam, zostałam zwolniona z pracy za kradzież spodni za 149,90 zł i tak właśnie zaczął się mój koszmar. Zajęłam się przygotowaniem pozwu do sądu o niesłuszne zwolnienie mnie z pracy. I w dalszej codziennej walce dotarliśmy do daty 16 grudnia 1997 rok. Dzień jak co dzień, bardzo mroźny, prawie -15 stopni, zbliżały się święta. Wstaliśmy rano, w bardzo dobrych humorach, bo byliśmy razem, pojechałam do kosmetyczki na solarium, w międzyczasie zadzwonił ojczym Piotrka i zaprosił nas na kolację na żurek, który był specjałem pana Andrzeja, byłam tego dnia w kancelarii, aby doradzić się, co mogę zrobić w związku ze zwolnieniem z pracy, potem pojechaliśmy do rodziców na kolację. Byliśmy tam do wieczora, później pojechaliśmy do domu, a następny dzień był jeszcze gorszy. 17.12 dowiedzieliśmy się z wiadomości, że w sklepie Ultimo na Nowym Świecie 36 doszło do strzelaniny, a 18 grudnia zostałam wraz z Piotrkiem zatrzymana w naszym domu o szóstej, może siódmej rano przez grupę antyterrorystów. Weszli do naszego mieszkania jak bandyci, wyważyli drzwi, krzycząc, było ciemno, myślałam, że to jest napad na mieszkanie, nie wiedziałam, co się dzieje, ściągnęli nas na podłogę, ja leżałam w pokoju w sypialni, a Piotrek w następnym pomieszczeniu, krzycząc do nas, wzywając i zadając pytania, bo od razu zostaliśmy przeszukani na rzecz broni i pieniędzy, które zaginęły, może inaczej, zostały ukradzione ze sklepu. Dla mnie to był najgorszy dzień w moim życiu, nigdy nie miałam do czynienia z policją, a tu nagle antyterroryści, wielki cios, którego nie zapomnę do końca życia. Przeraźliwy płacz ogarnął mnie, nie mogłam wydobyć z siebie słowa, myślałam, że to sen. Nawet teraz, pisząc to, nie mogę złapać oddechu z tych emocji, bezsilności...
Leżałam dwie godziny na podłodze, pozwolili mi się ubrać, ciesząc się, że złapali bandytów, mogli odhaczyć, sprawa jest zamknięta, mamy sprawców. Zostaliśmy przewiezieni na komendę na ul. Wilczą i tam się zaczęły przesłuchiwania. Był dobry policjant i ten zły. Nie wiem, jak był przesłuchiwany Piotrek, ale mnie traktowali jak najgorszego bandytę. Kurwo, przyznaj się do winy, bo i tak zginiesz w więzieniu, straszyli mnie, że moja rodzina nie chce mnie znać, mówili mojej rodzinie, że przyznałam się do winy, że to ja zabiłam, że jestem morderczynią. Oczywiście nie mogłam się dowiedzieć, za co jestem zatrzymana, powiedzieli mi po jakimś czasie, że doszło do strzelaniny w sklepie Ultimo i że Dawid, mąż kierowniczki, zginął, a moja koleżanka została postrzelona.
Tak naprawdę nie wiedziałam, co on w ogóle do mnie mówi, nagle w mojej głowie powstała pustka i wielka cisza w uszach. Myślałam tylko o jednym, jak moja mama, babcia, czy one wierzą mi, przecież to nie jest możliwe, to zaraz się wyjaśni i powiedzą, że wracam do domu. Nie mogłam się skupić na niczym. Pytałam ciągle, dlaczego jestem oskarżona, co ja mam z tym wspólnego? Oczywiście nie było odpowiedzi, bo nikt nie chciał ze mną o tym rozmawiać, aż wreszcie znalazł się dobry policjant i wytłumaczył mi, że w zemście za zwolnienie mnie z pracy dopuściłam się tego okrutnego czynu, że zastrzeliłam męża mojej koleżanki, a ją postrzeliłam. Szczerze, policjant powiedział: ty dziewczyno nie wyglądasz mi na mordercę, będziesz miała ciężko i musisz mieć dobrego adwokata. Dotarło do mnie, że to nie sen i to jest prawda, zaczęłam walkę ze sobą, sto pytań do siebie i dlaczego ja.
Kolejne dni upływały na przesłuchaniach i wałkowaniu jednego i tego samego, aż w końcu usłyszałam w sądzie: 3-miesięczny areszt i przyjazd na Grochów. To jest areszt śledczy dla kobiet, zaczął się mój kolejny etap koszmaru. Wejście do więzienia, rozbieranie, ręce na ścianę, przeszukiwania i wejście na cele, gdzie przebywają osoby za różne artykuły, ja nawet nie wiedziałam, jaki mam artykuł, bo się nie znałam na tym, ktoś się pytał mnie, za co jestem, nie wiedziałam, co powiedzieć. Jedna z osadzonych kobiet przybliżyła się do mnie i mówi: jesteś za "łeb", a ja do niej spierdalaj stąd, nie zbliżaj się do mnie. Bałam się wszystkiego, byłam przerażona miejscem, ludźmi, którzy tam przebywali. Brud, śmierdzące materace, koce, brudne ściany, tak zwana przejściówka, i ja w tym wszystkim. Usiadłam na łóżku i zastanawiałam się, co dalej, myślałam, że otworzą się drzwi od celi i powiedzą: Pasik, wychodzisz, czekałam każdego dnia na tę chwilę.
Styczeń zaczął się od wizyt psychologów, wychowawców itd., każdy chciał zobaczyć tę morderczynię, o której tak było głośno medialnie. Więzienie jest okropnym miejscem na ziemi, ta tęsknota za bliskimi jest niewyobrażalna, kłębią się w głowie myśli, których nie można okiełznać. Ciężko mi pisać o samym zatrzymaniu, którego nigdy nie zapomnę, same te przesłuchania, śledczy i ich metody, abym się tylko przyznała. W AŚ przebywałam rok i dziesięć miesięcy. W październiku 1999 roku zapadł wyrok uniewinniający, to był szczęśliwy dzień dla mnie i dla mojej rodziny. W głowie miałam tylko jedno. Jestem niewinna, to słowo towarzyszyło mi przez długi czas. Nie mogłam uwierzyć, ale prawda zwyciężyła, przynajmniej tak mi się wydawało. Dzień był cudowny dla naszej całej rodziny, a przede wszystkim dla mojej mamy, która trzymała różaniec o godzinie dwunastej w południe i modląc się, płakała, żebym wróciła do domu. To był szczęśliwy dzień dla mnie nie tylko z tego powodu, że zostałam uniewinniona, ale z tego powodu, że zobaczę moją mamę, którą tak bardzo kocham, i modliłam się o jej zdrowie. Mój tata nie dożył tych czasów, jak mnie aresztowano, jak musiałam siedzieć w więzieniu z najgorszymi przestępcami - tak, może ktoś pomyśleć, że ja też kwalifikowałam się do tej grupy, ale ja wiedziałam i nie mogłam nic z tym zrobić, bo w naszym kraju to nie państwo ma nam udowodnić, czy ty jesteś niewinna, tylko ja sama muszę udowodnić swoją niewinność. Mam alibi na 16 grudnia, ale dla naszych władz to się nie liczy. Ciężko było mi wrócić do rzeczywistości, bo byłam osobą medialną, ciężko było mi znaleźć pracę i zacząć życie po tak tragicznych przeżyciach, których na własnej skórze doświadczyłam. Ale pomogła mi moja rodzina i ksiądz, który zatrudnił mnie jako gospodyni. Jestem mu bardzo wdzięczna za to, że wyciągnął do mnie rękę, nie bał się zatrudnić, jak by nie było z plakietką przybitą do mnie (morderczyni), bo takie słowa też słyszałam po wyroku uniewinniającym.
Ta gehenna nie kończyła się, bo zaczęła się następna batalia, poszkodowana odwołała się od wyroku i sprawa poszła do ponownego rozpatrzenia. Następny wyrok był znowu uniewinniający, znowu była radość, byłam na wolności i łatwiej mi było walczyć, bo byłam z rodziną. Czas na wolności powoli upływał, ale cały czas coś wisiało nade mną, niezakończona sprawa, niby korzystałam z życia, ale bałam się założyć rodzinę, bo czułam, że to nie koniec, bo po drugim wyroku uniewinniającym sprawa trafiła na wokandę po raz trzeci. W 2005 roku 21 lipca o godzinie piętnastej trzydzieści miał zapaść wyrok trzeci, uniewinniający, przynajmniej tak myślałam, że to jest tylko formalność.
Z bratem pojechaliśmy do sądu, pożegnałam się z mamą i jeszcze zrobiła mi znak krzyża na czole, płakałyśmy obie i to był ostatni raz, bo z sądu już nie wyszłam. Został ogłoszony wyrok skazujący, usłyszałam: dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności. To już był cios w samo serce, koszmar dopadł mnie znowu - słowo przeciw słowu. Sąd dał wiarę Magdzie za trzecim razem. Znowu wszystko poszło się jeb... tak pomyślałam o swoim życiu. Nie wróciłam już do domu, prosto z sądu do aresztu, do tego koszmaru na Grochowie.
Znowu zaczęłam batalię z wymiarem sprawiedliwości, ale bezskutecznie. Ja wiedziałam, jak pisałam jakiekolwiek pismo, jaka będzie odpowiedź. Nadal nic się nie działo: apelacja, kasacja, Strasburg, Rzecznik Praw Obywatelskich, prokuratura, minister sprawiedliwości, ułaskawienie itd. To wszystko przeszłam, moja mama walczyła i nic - głucha cisza.
Teraz, pisząc to wszystko, mam opisać swoje przeżycia. Szesnaście lat w więzieniu i rok i dziesięć miesięcy w areszcie. Nie wiem, czy zdołam to wszystko napisać, na pewno nie mogę wyrazić uczuć, które mi towarzyszyły i cały czas towarzyszą. Bo obecnie przebywam w Zakładzie Karnym nr 1 w Grudziądzu, w największym więzieniu dla kobiet, od szesnastu lat walczę cały czas o sprawiedliwość i o to, żeby prawda ujrzała światło dzienne.
No właśnie, pomaga mi w tym dziennikarz TVN pan Grzegorz Głuszak, który na swój sposób chce mi pomóc poprzez książkę. Te szesnaście lat minęło nie wiem kiedy, teraz tak mogę powiedzieć, bo nadal walczę. Siedzę i nie wiem, co zrobić, aby udowodnić, że to nie ja jestem morderczynią, żeby to piętno, które na mnie ciąży, było przeszłością. Grudziądz dał mi przez pięć lat korzystać z przepustek, ten czas poświęciłam mojej mamie, która w 2017 roku odeszła. Mogłam się z nią pożegnać, ale nie doczekała mojego wyjścia.
Został mi brat, który walczy ze mną dalej, który robi wszystko, abym wróciła do domu. Jestem mu wdzięczna za to i dziękuję mu za to, że jest ze mną i mnie wspiera.
Zabrano mi wszystko i zniszczono mnie i mój dom, ale nie zniszczono mojej wiary. Silnie wierzę, że przyjdzie ten dzień dobrych wieści.
Tę książkę chcę dedykować wszystkim, którzy są przy mnie, mojej nieżyjącej mamie, która szła do celu, aby uwolnić mnie z tych kajdan.
W tej chwili chcę podziękować mojemu bratu, Jackowi, który jest dla mnie wszystkim, bo wiem, jak walczy, mam nadzieję, że wiara, nadzieja i miłość zwyciężą pomimo tych wszystkich przeciwności. Dziękuję moim bratanicom, szwagierce i mojej najbliższej rodzinie.
Na koniec dodała jednak coś od siebie do mnie. Znaliśmy się w końcu już jakiś czas, telefonicznie oczywiście, bo spędziliśmy na słuchawkach dziesiątki godzin. Sam zresztą zastanawiałem się, ile już pieniędzy wydała na karty telefoniczne, na rozmowy ze mną. Za każdym razem zapewniałem ją, że robię, co mogę, ale niczego nie obiecuję. Mijały miesiące od pierwszego listu, który do mnie wysłała, a sprawa wciąż nie ruszyła się nawet o krok. No, może o jeden, malutki. W końcu przekonałem ją, żeby napisała kolejny wniosek o warunkowe przedterminowe zwolnienie, bo inaczej nie ma co liczyć na moją pomoc.
Panie Grzegorzu!
Pisząc do Pana list, chciałabym wszystko Panu powiedzieć, wyrazić swoją wdzięczność, żeby Pan zrozumiał, że nie mam do Pana żalu, że nie może Pan nic zrobić. Ja to rozumiem, bo sama wiem, jaka to jest ciężka praca, aby udowodnić niewinność osoby, która nic z tym nie miała do czynienia.
Panie Grzegorzu, opisując swoje przeżycia dotyczące sprawy, może wszystko chaotycznie spisałam, ale tak bardzo bym chciała wyrazić, że czasami brakowało mi tchu, aby to opisać. Wolę mówić, na pewno wielu rzeczy nie ujęłam, bo nie mogę, bo nadal przebywam w tym miejscu, a później to wszystko odbije się na mnie.
Może będzie taki czas, pora, aby opowiedzieć ze szczegółami fakty, które były istotne.
Pomimo to ten czas na pewno kiedyś wykorzystam, nie wiem, czy to będzie książka, film, ale na pewno usłyszą ci, którzy mnie bardzo skrzywdzili, i opowiem, co zrobiło to szesnaście lat pozbawienia wolności.
Panie Grzegorzu, jeszcze raz dziękuję za wszystko i pozdrawiam!!!
Po otrzymaniu pierwszego listu od Beaty ściągnąłem i przeczytałem całe akta sprawy. Już z nich jasno wynikało, że Beata została skazana, bo ktoś musiał skazany zostać. W przekonaniu o jej niewinności utwierdziło mnie zdanie odrębne przewodniczącej składu orzekającego, który skazał Beatę. Z sędzią Bańkowicz zresztą próbowałem się skontaktować przez osoby trzecie, bo jest już na emeryturze. Chciałem zapytać, czy nie ciąży jej na sumieniu, że nie potrafiła przekonać całego składu orzekającego do swoich racji? Niestety informacja od pani sędzi w stanie spoczynku była jasna i klarowna. Wszystko, co miała do powiedzenia, zawarła w dołączonym do uzasadnienia zdaniu odrębnym.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI