Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro - Karolina Domagalska


Reflow text when sidebars are open.
W serii ukazały się ostatnio:
Norman Lewis Grobowiec w Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej
Gellert Tamas Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści
Angelika Kuźniak Papusza
Peter Robb Sycylijski mrok
Michał Książek Jakuck
Luca Rastello Przemytnik doskonały. Jak transportować tony kokainy i żyć szczęśliwie
Stefano Liberti Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy
V. S. Naipaul Indie. Miliony zbuntowanych
Magdalena Grochowska Wytrąceni z milczenia (wyd. 2 zmienione)
Florian Klenk Kiedyś był tu koniec świata
Angelika Kuźniak Marlene (wyd. 2)
Elisabeth ?sbrink Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia
Frank Westerman Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny
Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy
Paweł Smoleński Oczy zasypane piaskiem
Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci
Mateusz Janiszewski Dom nad rzeką Loes
Norman Lewis Neapol '44. Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch
Witold Szabłowski Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji (wyd. 2 rozszerzone)
Peter Harris Słuszny opór. Konstruktorzy bomb, rebelianci i legendarny proces o zdradę stanu
Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach
Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista
Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny
Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen
Iza Klementowska Samotność Portugalczyka
V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów
Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka
Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii
Ewa Winnicka Angole
Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie
Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii
Grzegorz Szymanik Motory rewolucji
V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności
W serii ukażą się m.in.:
Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach
Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen
Obserwowanie kropli żywej krwi powiększonej pod mikroskopem tysiąc czterysta razy to jak oglądanie bajki Było sobie życie. Makrofagi, komórki, które powinny niszczyć bakterie i wirusy, siedzą nieruchomo. Dwie pary komórek zjadają siebie nawzajem, mimo że nie powinny. Wzdłuż ścianki wiją się złogi stresowe powstające pod wpływem kortyzolu. Ale to wszystko jest tylko tłem głównego przedstawienia. Krwinki czerwone, kształtem przypominające małe monety, zamiast pływać i raźno roznosić tlen w organizmie, posklejały się, jakby ktoś chciał zbudować z nich wieżę.
- To się nazywa rulonizacja. Krwinki, zamiast działać całą swoją powierzchnią, aktywne mają tylko boki - wyjaśnia niezbyt rozgarnięta laborantka, która trochę irytuje właścicielkę krwi. Agnieszka przyszła się zbadać, ponieważ mamy styczeń, a do października musi schudnąć dwadzieścia kilogramów. Liczyła, że dostanie jakieś odkrywcze wskazówki co do diety. O tym, że jej organizm sam się wykańcza, wie i bez wydawania stu czterdziestu złotych na oglądanie tego smutnego przedstawienia.
Poliendokrynopatia, na którą cierpi od wielu lat, powoduje, że jej organizm wytwarza antyciała i atakuje tarczycę, trzustkę i jajniki. W efekcie, gdy miała dwadzieścia kilka lat, przeszła przedwczesną menopauzę. Z kolei choroba Hashimoto, także efekt najazdu jej własnego organizmu na tarczycę, wywołuje nieprawdopodobne zmęczenie, porównywalne z depresją.
Oprócz schudnięcia do października Agnieszka musi przejść również rekonwalescencję kręgosłupa, gdyż wypadł jej kręg. Embriolożka z kliniki leczenia niepłodności powiedziała, że statystyki zajścia w ciążę z komórki dawczyni spadają mocno po czterdziestym czwartym roku życia. A Agnieszka w maju skończy czterdzieści dwa lata. Jest też bez pieniędzy. Zaciskając pasa, spłaca trzy poprzednie in vitro, ale nawet gdy zacznie dostawać pensję nieobciążoną spłatą, zanim uzbiera na kolejną próbę, miną wieki. Dlatego pewnie znów się zapożyczy.
Bo jeśli miałoby być tak jak przy pierwszym dziecku, że potrzebne będą trzy próby, to nie pozostanie jej nic innego, niż zrezygnować z tego, że dzieci będą biologicznie spokrewnione. In vitro z komórki dawczyni i nasienia ojca jej pierwszego dziecka, przyjaciela z Izraela, to koszt około trzynastu tysięcy złotych. Adopcja zarodka kosztuje mniej więcej trzy i pół tysiąca złotych.
Życie Agnieszki przypomina grę Tetris. Klocki o różnych kształtach spadają z góry, trzeba je szybko umiejscowić tak, żeby dopasowały się do reszty i zrobiły miejsce dla nowych. Odkąd urodziła się Ania, klocki przyśpieszyły, Agnieszka przeszła do kolejnego etapu, ale nie nadąża. Jeden nieprawidłowy ruch i klocki spadają bezładnie jeden na drugi, zlepiają się jak jej krwinki czerwone i blokują oddech.
W dniu trzecich urodzin córki Agnieszka poczuła niespodziewaną ulgę. Rozejrzała się po sali - otaczała ją cała rodzina: dziadkowie, ciotki, rodzeństwo i przyjaciele. Przyjechali wcześniej, aby zawiesić dekoracje, piekli gofry, śpiewali ludowe przyśpiewki wraz z zespołem, który wynajęła. Nawet ojciec wyglądał na wzruszonego. Popatrzyła na córkę, na jej ramiona w za dużych różowych bufkach, blond głowę z wiankiem ze świeżych kwiatów, który zamówiła dla niej w osiedlowej kwiaciarni, i błyszczące oczy. W głębi serca celebrowała symboliczny koniec połogu.
Kilka dni po oglądaniu kropli krwi dostała podwyżkę, która trochę przyśpieszyła spłacenie ostatnich rat. Łącznie oddała czterdzieści dziewięć tysięcy. Poklepała się po ramieniu. Miesiące mozolnego zapisywania wszystkich wydatków w specjalnym programie, oglądanie dwa razy każdej złotówki, którą miała wydać, odmawianie sobie nie tylko czerwonych paznokci i fryzjera, ale nawet znieczulenia u dentysty, przyniosły efekty.
Udało jej się teraz odłożyć tysiąc złotych. I świerzbią ją te pieniądze. Tak strasznie chciałaby wreszcie wydać je na coś innego niż starania o dziecko. Chyba wyremontuje mieszkanie. Od lat nie może patrzeć na obdrapany przedpokój, pamiątkę po ludziach, którym wynajmowała lokal, gdy mieszkała w Izraelu. I wymieni okna. W całym dziesięciopiętrowym bloku jest chyba ostatnią osobą, która tego nie zrobiła. Zadzwoniła z tej okazji do ojca i zapytała, czy mógłby sprezentować jej jedno, to większe, okno.
Podobnie czuła się ostatnio, gdy wyciągnęła stary obraz i pokryła go werniksem. Tak zupełnie zwyczajnie zrobiła coś, co nie było opiekowaniem się dzieckiem, staraniem o drugie i zarabianiem na życie. Kilka maźnięć normalności.
Ale starania to stan przewlekły, nie dają się tak łatwo zawiesić na kołku. W tyle głowy Agnieszki od razu pojawia się myśl, że jeśli ciąża byłaby trudna, to pewnie musiałaby się przeprowadzić bliżej przedszkola. A wtedy wyremontowane mieszkanie można by wynająć, i to po normalnej cenie, a nie obniżonej ze względu na stan. Rozmawiała też już z panią Teresą, która czasem zajmuje się Anią, i w razie trudnej ciąży, a po urodzeniu to już na pewno, zatrudniłaby ją na etat.
No i znalazła świetnego dietetyka, schudła już dwa kilogramy. Niebawem ruszy też ze sportem, bo zapisała się wreszcie na rehabilitację kręgosłupa.
*
Siedemnaście lat wcześniej. Inna płytka pod mikroskopem. Agnieszka przygląda się swojej ślinie powiększonej sześćdziesiąt osiem razy. Jeśli zobaczy wzory przypominające paprotkę, wie, że ma owulację. Dzisiaj się z mężem kochać nie będą.
Tomka poznała, gdy była na studiach. Pobrali się po roku - z jego inicjatywy. Po kolejnym roku już się rozwodzili. W czasie małżeństwa Agnieszka uważała, żeby nie zajść w ciążę. Po ślubie poczuła, że nie będzie z niego dobry ojciec. Nie wiedziała, że to była jedyna w jej życiu szansa, aby począć naturalnie.
Rozwiedli się polubownie. Agnieszka nie miała wątpliwości, że to dla niej dobre. Mijały miesiące, mijały lata, a ona nie potrafiła zbudować nowego związku. Nie miała z kim założyć rodziny. Tej wymarzonej, wielodzietnej, najchętniej z sześciorgiem dzieci.
Drogi rodzicu nasiennego rodzeństwa mojej córki,
dostałam e-mailem informację, że moja córka Annika ma przyrodnie rodzeństwo w Belgii. Wow... Jestem już w kontakcie z jedną szwedzką mamą, która skorzystała ze spermy "naszego" dawcy.
Kim jesteś i kim jest Twoje dziecko? Ja jestem szczęśliwą solo mamą Anniki, która urodziła się 22 kwietnia 2010 roku. Annika jest słodką, szczęśliwą dziewczynką i mówi bardzo dużo (w porównaniu z innymi dziećmi w jej wieku, tak sądzę). Mieszkamy w Uppsali, blisko Sztokholmu. Jeśli chcesz zobaczyć, jak wygląda Annika, chętnie wyślę Ci jakieś zdjęcia.
Będzie mi bardzo miło, jeśli odpiszesz.
Najserdeczniejsze pozdrowienia,
Emma
- Dla mnie to zawsze było ekstremum, domena feministek, lesbijek, sama nie wiem kogo. Coś najdziwniejszego na świecie. - Pięćdziesięcioletnia Lisa jest jak Bridget Jones po menopauzie. Atrakcyjna, bezpośrednia, i taką siebie lubi. Bez oporów opowiada o tym, że zanim sama stała się solo mamą, była pełna uprzedzeń i obaw. - Najbardziej uwierał mnie fakt, że nigdy nie poznam dawcy. Czy to nie przedziwne, że miałabym mieć dziecko z kimś, kogo nigdy nie zobaczę?
Pomogły jej dwie rzeczy: amerykańskie forum internetowe Single Mothers by Choice i podróż, a dokładniej - książka, którą w tę daleką podróż zabrała. - To była książka o dwóch gejach, którzy założyli rodzinę. Jeden z nich powiedział w niej: "To ja idę oglądać zdjęcia dawców spermy". Czyli można ich zobaczyć? To był dla mnie punkt zwrotny. Jeśli można zobaczyć zdjęcie dorosłego dawcy, a nie tylko jego zdjęcie z dzieciństwa, jak to zazwyczaj bywa, to może nie jest to aż tak dziwaczne?
Forum Single Mothers by Choice z kolei pokazało Lisie, że dziecko z nasienia dawcy to nie domena wariatek. - To były wspaniałe, inteligentne kobiety, bez nich bym sobie nie poradziła - wspomina. Znalazła tam wszystkie swoje obawy, lęki. Przekonała się jednak, że decyzyjna dwubiegunówka od "mam już czterdzieści lat, czas działać", do "nie, nie mogę za żadne skarby", i znów do "muszę to zrobić, jeśli tego nie zrobię, nie będę miała dzieci!", nie oznacza, że nie chce mieć dziecka. To tylko część procesu dojrzewania do decyzji. Po dwóch latach zaczęła szukać dawcy. Ale wcale nie było tak łatwo znaleźć oferty z aktualnymi zdjęciami. Oglądała i załamywała ręce.
- Dla mnie było ważne, żeby ten facet mi się naprawdę podobał. Nie mogłabym mieć dziecka z kimś, kto wydawał mi się nieatrakcyjny, to by było zbyt dziwne.
Aż w końcu znalazła. Był idealny: mężczyzna, z którym, gdyby nie różnica wieku (on dwadzieścia trzy lata, ona czterdzieści), mogłaby się umówić. I do tego pochodzenie - irlandzko-norweskie. - Moja rodzina pochodzi z Irlandii, więc to był strzał w dziesiątkę. Okazało się, że jest bardzo popularny, więc musiałam stanąć w kolejce. Kilka miesięcy potem zadzwonili, że mają dla mnie porcję.
Lisa przeszła przez dwie inseminacje i jedno in vitro. - Za każdym razem każda komórka w moim ciele mówiła: nie rób tego. Ale ja powtarzałam sobie: wyjdź z autobusu, wejdź do kliniki, pójdź do gabinetu i będzie po wszystkim. Zmuszałam się i okazało się, że to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłam. Należę do osób, dla których wszystko jest raczej skomplikowane. Jak już poznałam miłość swojego życia, to miałam czterdzieści jeden lat i byłam akurat pomiędzy inseminacjami a in vitro z dawcą z banku spermy - śmieje się.
Po kilku tygodniach znajomości wiedziała, że to coś poważnego. Oznajmiła więc: - Nick, w przyszłym roku będę miała dziecko. Nie oczekuję, że zostaniesz ojcem, dopiero się poznaliśmy, ale musisz wiedzieć, że takie są moje plany.
Nick nie chciał się rozstawać z tego powodu, ale przewidział, że to ich rozdzieli. Przez jakiś rok byli razem, było wspaniale, ale gdy zbliżały się jej czterdzieste drugie urodziny, Lisa powiedziała: - Nick, ja muszę to zrobić, nie chcę wywierać na tobie presji, ale muszę zapytać, czy ty chciałbyś mieć ze mną dziecko?
Nick poprosił o tydzień do namysłu. Miał dwoje nastoletnich dzieci i niezbyt podobała mu się rola ojca, nie bardzo chciał do tego wracać.
- Znalazłam się w bardzo dziwnej sytuacji. Byłam w związku, ale zamierzałam zrobić sobie dziecko przy użyciu spermy kogoś innego. Nick zawiózł mnie nawet do kliniki. To było in vitro, udało się za pierwszym razem. W pierwszej chwili spanikowałam, przygniótł mnie strach. Pomyślałam, że oddam dziecko siostrze. Ale po kilku godzinach się uspokoiłam. Z Nickiem byliśmy razem jeszcze pół roku.
Ogromne dzięki za e-maila ze wszystkimi informacjami i słodkimi zdjęciami.
To naprawdę dziwne uczucie poznawać przyrodnie siostry Anniki. Bo tak myślę o Twoich córkach. Czy to nie jest dziwne, że nawet nie wiemy, jak powinnyśmy je nazywać? To znaczy, w pewnym sensie jesteśmy pionierkami. Nie mamy do czego się przyrównać. Nie byłam na to przygotowana, gdy zaczęłam to wszystko... Wyobrażałam sobie, że będzie typowo: znajdę miłego mężczyznę, wyjdę za mąż, pojawią się dzieci. Nie przypuszczałam, że przyjdzie mi się zastanawiać, jak powiedzieć córce, że nie ma ojca i tym podobne.
Ciekawe, ile jest nas wszystkich razem. To trochę przerażające, prawda? A jeśli jest nas setka? Ale to też fascynujące, że na świecie jest tyle dzieci połączonych z naszymi. Patrząc na piątkę nasienio-rodzeństwa Anniki - brata ma w Norwegii, siostrę w Szwecji i Twoje bliźniaczki - wydaje mi się, że dawca ma mały, trochę wklęsły nos i jasnoniebieskie oczy, trochę migdałowate. Nie sądzisz?
A tak przy okazji - jakie miałaś informacje o dawcy? U mnie to była cała przeprawa, żeby je zdobyć.
To takie wielkie przeżycie czytać o Tobie i Twoich bliźniaczkach. Czekam na kolejne wiadomości.
Najserdeczniejsze pozdrowienia,
Emma
"Muszę ci coś powiedzieć" - na takie słowa wokół żołądków matek zaciska się żelazna klamra. Szczególnie gdy córka przyjeżdża specjalnie sto kilometrów, aby to coś wyjawić. Mama Lisy była pewna, że chodzi o raka albo inną śmiertelną chorobę.
- Jestem w ciąży, ale to nie jest dziecko Nicka - gruchnęła Lisa.
- O, nie - westchnęła mama.
- Ojcem jest dawca - wyjaśniła Lisa.
- Zrobiłaś to, co musiałaś zrobić - odparła z ulgą mama. Wiadomość, że nie chodzi o romans albo o jednonocną przygodę, bardzo ją ucieszyła. Wieczorem przyszła do łóżka córki, wzięła ją za rękę i powiedziała: - Nie musisz się o nic martwić.
- Moja mama jest irlandzką katoliczką przed osiemdziesiątką. Wiedziałam, że jeśli jej powiem wcześniej, będzie próbowała mnie od tego odwieść. Bałam się, że zwariuje, ale ona była wspaniała. Wzięła na siebie poinformowanie naszej rozległej rodziny i kuzynów, którzy mogli mieć problemy z zaakceptowaniem mojej decyzji.
Problemów nie było, matki kuzynów, którzy nie mają dzieci, tylko wzdychają: - Oj, gdyby oni tak mogli zrobić.
Problemów nie robił też ksiądz, do którego Lisa napisała list wyjaśniający całą sytuację. - Potrzebowałam jego rekomendacji, gdy chciałam posłać Briana do szkoły katolickiej. W odpowiedzi na list ksiądz zaprosił nas do siebie. Byłam pewna, że mnie ekskomunikuje, ale on powiedział: "To nieznane wody, będziecie potrzebować wsparcia, moje macie w pełni" - opowiada Lisa. - Nie zgadzam się z Kościołem w wielu kwestiach, ale chciałam dać synowi katolickie wychowanie. Katolicka szkoła uczy tolerancji, wrażliwości. Myślę, że to dla niego bezpieczniejsze środowisko niż szkoły publiczne. Myślę też, że Kościołowi może się nie podobać, co ja zrobiłam, ale mój syn tego nie odczuje. Wielka Brytania to kraj świecki, Kościół musi reagować trochę inaczej. Szczególnie w Londynie, gdzie samotne matki z wyboru to już nie jest nic nowego.
Gdy Brian zamyka szufladę, której Lisa by nawet nie zauważyła, jego mama wie, że to dziedzictwo dawcy. W eseju o sobie dawca napisał, że należy do osób, które zawsze rano muszą pościelić łóżko. Brian lubi też konkurować, stawia sobie poprzeczkę wysoko. Pewnie i to ma po dawcy.
Dzięki Donor Sibling Registry, amerykańskiej stronie internetowej zrzeszającej rodziny dawców, przez którą można się skontaktować z przyrodnim rodzeństwem, a nawet z samymi dawcami, Lisa wie, że Brian ma około czterdzieściorga rodzeństwa lub - jak o sobie mówią - dawceństwa. W rzeczywistości ma ich zapewne dużo więcej, ale z czterdzieściorgiem może się skontaktować, ponieważ zapisali się do DSR. Co najmniej ośmioro z nich urodziło się w tym samym roku.
- Brian jest bardzo rodzinny, zaciąga przyjaciół do domu, pyta znajomych, czy są rodziną. Może będzie bardzo szczęśliwy, gdy się dowie, że ma tak dużo rodzeństwa. Chciałabym pojechać z nim do USA, by ich poznać. Jest też pewna rodzina z Anglii. Z jedną kobietą wymieniłam się zdjęciami. Ma bliźniaki, szczególnie chłopiec jest podobny do Briana, ma takie same, lekko orientalne oczy. Jak migdały.
Ale to wszystko za chwilę. Najpierw Lisa musi się przyzwyczaić do myśli, że na świecie jest tyle osób z nimi połączonych. Dosłownie cała sieć.
E-maile od Ciebie przynoszą mi dużo radości. Dziękuję Ci bardzo za to, że poświęciłaś mi swój czas (rozumiem, że jest bardzo cenny... te kilka chwil, które masz, gdy obydwie śpią) i za wysłanie mi zdjęć. Nie mogę przestać patrzeć na Twoje dziewczyny, są takie słodkie! To bardzo poruszające widzieć dwoje dzieci, które tak bardzo przypominają Annikę. Myślę, że masz rację: kiedy Annika była noworodkiem, wyglądała bardziej jak Lina, a teraz wygląda bardziej jak Ina. Wyraz oczu mają taki sam.
Ja z początku nie wiedziałam o możliwości odnalezienia przyrodniego rodzeństwa. Dowiedziałam się, gdy byłam w ciąży, ale wtedy myślałam, że powinnam zostawić tę decyzję córce. Ale potem doszłam do wniosku, że przecież zalecenia są takie, aby od razu mówić dzieciom, jak powstały, żeby być otwartym. Więc jeśli jest taka możliwość, aby skontaktować się z rodzeństwem, to lepiej, żeby dorastała z tą wiedzą, a nie dowiedziała się nagle w wieku 15 lat, że ma 50 przyrodniego rodzeństwa.
Ciekawe, że sama kupiłaś spermę z European Sperm Bank. Gdy ja robiłam inseminację w Kopenhadze, nie wiedziałam o tym, że banki spermy udostępniają rozszerzone profile. Mogłam zdecydować tylko na podstawie koloru włosów, oczu i wzrostu, więc powiedziałam położnym, żeby same wybrały. Dopiero potem wykupiłam w European Sperm Bank jego profil rozszerzony. Też mam to jego zdjęcie jako dzieciaka w słodkim T-shircie.
Na początku, gdy przeczytałam jego profil, byłam trochę rozczarowana. Najbardziej zdziwiło mnie to, że mimo iż jest sprzedawany jako dawca otwarty, napisał, że ma nadzieję, że dzieci nie będą chciały się z nim skontaktować. Zmartwiło mnie też to, że zrobił to głównie dla pieniędzy. Ale potem zaczęłam myśleć, że wydaje się mocno stąpać po ziemi i nie martwić za dużo, co będzie świetną przeciwwagą dla mnie, która martwi się na zapas. Może dobrze, że córka ma geny, które są bardziej pragmatyczne. Jestem bardzo, bardzo szczęśliwa, że trafiła mi się Annika i nikt inny, więc jestem też naprawdę zadowolona, że dostałam Hugona jako dawcę.
Serdeczne pozdrowienia,
Emma
Targi Płodności, Londyn 2013. Trzysta stanowisk sprzedających marzenia o szczęściu, rodzinie, zwycięstwie życia nad śmiercią. Czyli o różowym bobasie, który spogląda z plakatów na co drugim stoisku. Jak co roku prezentują się tu kliniki z całego świata, producenci leków i sprzętu wspierającego płodność, doradcy, dietetycy, organizacje pacjenckie. Jest nawet jedna astrolożka. "Przy użyciu astrologii Nicola pomoże wybrać "szczęśliwy moment" parom, które próbują IVF i innego leczenia. Przeciętna para ma dwa i pół szczęśliwego momentu w roku, czy nie lepiej byłoby zainwestować dwadzieścia tysięcy funtów w leczenie właśnie w trakcie tego czasu?"
Jest też bogaty program prelekcji, które odbywają się równocześnie w czterech salach mieszczących około stu pięćdziesięciu osób każda. Kilka wykładów adresowanych jest do samotnych matek z wyboru. Na prelekcji Caroline Spencer, solo mamy, która jest trenerką osobistą specjalizującą się w solo macierzyństwie, przekrój ludzi jak w wagonie londyńskiego metra.
- Pierwsze dwoje dzieci miałam mieć w wieku lat dwudziestu, drugie dwoje, gdy skończę trzydziestkę - zaczyna Spencer, prostowłosa blondynka w sukience podkreślającej talię. - Aż tu nagle okazało się, że lat mam czterdzieści pięć, a dzieci zero.
Potem Spencer opowiada o wielu bolesnych porażkach, wyczekiwaniu w kolejkach i podróżach do Hiszpanii, ponieważ ze względu na wiek potrzebna też była komórka dawczyni. Po kilku latach powiła syna.
- Kiedyś dzieci rodziły się głównie w związkach, teraz czasy się zmieniły. Trzeba sobie poradzić z tym, że marzenie o założeniu rodziny z partnerem się nie spełni. Przetrawić to, zaakceptować, bez tego trudno będzie być szczęśliwą solo mamą - doradza.
Caroline Spencer i jej klientki należą do stale powiększającej się grupy kobiet, które decydują się na samotne macierzyństwo, korzystając z inseminacji nasieniem dawcy. Donor Conception Network (DCN), organizacja wspierająca rodziny z dawstwa, deklaruje, że jedna czwarta ich członków to solo mamy. Spośród ponad trzech tysięcy członkiń amerykańskiego stowarzyszenia Single Mothers by Choice - założonego w 1981 roku przez psychoterapeutkę Jane Mattes, która zaszła w ciążę i postanowiła urodzić, mimo iż wiedziała, że ojciec nie będzie obecny przy wychowywaniu - dwie trzecie skorzystało z nasienia dawcy. Cryos i European Sperm Bank, dwaj najwięksi eksporterzy spermy w Europie, około pięćdziesięciu procent swojej oferty dostarczają samotnym kobietom.
Olivia Montuschi z Donor Conception Network na prelekcji o rodzinach powstałych przy wykorzystaniu komórek z dawstwa również podkreśla, że najważniejsze jest, aby przejść żałobę. - Dla niektórych będzie to żałoba po wymarzonym, kochającym się związku, dla innych po biologicznym potomstwie. Dajcie sobie czas, to może trwać dwa tygodnie, a może i dwa lata - wyjaśnia.
Jest też wykład o sytuacji prawnej samotnych matek, o wadach i zaletach dawców anonimowych i otwartych oraz o leczeniu za granicą. Na targach wystawia się też HFEA, Human Fertilisation and Embryology Authority, brytyjska instytucja państwowa, która od 1991 roku reguluje prawo dotyczące medycyny reprodukcyjnej oraz aktywnie reaguje na nowe potrzeby pacjentów. W przeciwieństwie do Niemiec, Francji, Szwecji, Austrii i Włoch Wielka Brytania nie odmawia samotnym kobietom dostępu do technologii wspomaganego rozrodu. Brytyjki podróżują za granicę ze względu na koszty i kolejki po komórki rozrodcze.
Na wykładzie doktor Victorii Walker z hiszpańskiej kliniki Institut Marqu?s specjalizującej się w komórkach dawczyń sala wypełniona jest po brzegi. Późne macierzyństwo to coraz częstsze zjawisko. Doktor Walker przekonuje, że Hiszpania to dobry wybór, ponieważ zapewnia: kulturowy komfort ("łatwy dojazd, dobre jedzenie, dobre napoje"), anonimowość ("to bardzo dobrze, że twarz dawczyni nie stanie między tobą a dzieckiem"), świetne statystyki ("w 2012 roku powodzeniem zakończyło się siedemdziesiąt trzy procent procedur z wykorzystaniem komórki dawczyni, czyli siedemdziesiąt trzy procent "take home baby""). Na koniec doktor Walker opowiada o najświeższej innowacji - muzyce puszczanej w inkubatorach, co podnosi skuteczność zapłodnienia o pięć procent. Twoje dziecko może powstać, gdy w tle będzie lecieć Madonna albo Nirvana, o czym mają przypominać rozdawane przez hostessy słuchawki z logo kliniki.
Po wyjściu z wykładu wpadam na Emily, która wygląda na bardzo niezadowoloną. - Gdzie tu myślenie o dziecku? Cała ta medyczna gadka nie bierze ich pod uwagę. Take home baby, co to jest? Czy oni liczą kurczaki? - oburza się w drodze do stanowiska Donor Conception Network, gdzie opiekuje się grupą solo mam. Sama jest nią od osiemnastu lat.
Gdy Emily podejmowała swoją decyzję, był początek lat dziewięćdziesiątych. Brakowało artykułów w gazetach, grup wsparcia, forów internetowych. Społeczeństwo nie było też zbyt entuzjastyczne. Po narodzinach Louise Brown, pierwszego dziecka powstałego dzięki technologii in vitro, brytyjski rząd zwołał komisję, której celem było zbadanie sytuacji na polu medycyny reprodukcyjnej. Warnock Report (Raport Warnock, od nazwiska filozofki Mary Warnock, która przewodniczyła pracom komisji) z 1984 roku legł u podstaw Human Fertilisation and Embryology Act z 1990 roku, pierwszego aktu normalizującego te zagadnienia oraz ustanawiającego powstanie Human Fertilisation and Embryology Authority. W tych pierwszych ustaleniach pojawiło się zalecenie, aby lekarze leczący pacjentki brali pod uwagę to, że dziecko potrzebuje ojca. W efekcie lekarze znajdowali różne wymówki, żeby nie leczyć samotnych kobiet. Niektóre kłamały, że mąż jest na platformie wiertniczej albo w wojsku. Emily wybrała British Pregnancy Advisory Service (BPAS), organizację charytatywną, która do dziś zajmuje się planowaniem rodziny i aborcją. W latach dziewięćdziesiątych słynęła ona również z tego, że oferowała samotnym matkom i lesbijkom inseminację nasieniem dawcy. Pieniądze uzyskane z pomocy przy inicjowaniu ciąż chcianych finansowały przerywanie ciąż niechcianych.
Nietrudno zgadnąć, że organizacja często znajdowała się na celowniku konserwatystów. Ale gdy w 1991 roku kraj obiegły historie kobiet, które w BPAS zachodziły w ciąże i rodziły dzieci, będąc dziewicami, prawica oszalała. "[...] taka praktyka jest niezgodna z podstawowymi wartościami chrześcijaństwa, wzywamy rząd do natychmiastowego zaprzestania tej odrażającej, niemoralnej i nienaturalnej praktyki" - grzmiała Partia Konserwatywna w parlamencie.
- Ciekawe, że w kraju chrześcijańskim potępia się niepokalane poczęcie - wspomina z ironią Emily. - Czy tylko kobieta aktywna seksualnie może chcieć mieć dziecko? Czy akt seksualny sprawi, że będzie lepszą matką? A może historia nieudanych związków robi z ciebie lepszego rodzica? Znam dwie kobiety: jedna jest niepełnosprawna i nie mogła znaleźć partnera, druga była wykorzystywana seksualnie przez ojca. Ta druga w medycznym rozumieniu mogła nie być dziewicą, ale nie chciała nigdy wyjść za mąż ani mieć nic wspólnego z seksem. Mimo to obie te kobiety chciały mieć dziecko, i mają!
Histeria wokół "dziewiczych porodów" nie wpłynęła jednak na HFEA. Wręcz przeciwnie, w 2008 roku zapis o potrzebie ojca został zastąpiony zapisem o potrzebie "wspierającego rodzicielstwa".
"Co się dzieje z dziećmi pozbawionymi ojca" - głosi tytuł e-maila wysłanego do grupy internetowej alt.feminism w sierpniu 1998 roku.
Dzieci wychowywane bez ojca:
8 razy częściej trafiają do więzienia
5 razy częściej popełniają samobójstwa
mają 20 razy częściej problemy z zachowaniem
mają 20 razy większe prawdopodobieństwo zostania gwałcicielem
I tak dalej w podobnym tonie.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.