Rozdział 5
Hania
Przesadziłam z tą suknią i kwiatami, z wyobraźnią i z działaniem. Na samą myśl o sobie, stojącej jak kretynka na stacji metra, robi mi się gorąco.
Nie, nie chcę, to wcale nie ja! Nie jestem zdesperowana, nienormalna ani nawet nachalna. Jestem po prostu samotna.
Coraz głębiej i rozpaczliwiej, coraz bardziej panicznie i coraz mocniej - samotna.
Obecnie z łatwością użalam się nad sobą. Kiedyś mocno się przed tym broniłam. Siedziałam w okopach i ani myślałam wychylić głowę. Teraz sama wyszłam na przedpole, pozwalając, by co chwila jakaś kula trafiała mnie i powalała na łopatki.
A czas nie zawsze leczy rany. Nieraz wykrzywia, przeżera, osłabia. Mnie się to zdarzyło.
Samotność, kiedyś tak naturalna i tolerowana jak każdy inny "problem", z czasem stała się upiorem, który z całą radością usiadł mi na sercu i rozgościł się tam na dobre.
Skrzydlata bezwzględna bestia. Wiecznie głodna, wytrącająca z równowagi, wysysająca energię wampirzyca. Codziennie cięższa, waży tonę. Już nie potrafię oswoić się z tym, że jest, tylko myślę o niej i umartwiam się.
Jedyne, na co mnie stać, to przetrwać. Mogę żyć, funkcjonować, iść do przodu. Czasem czymś się cieszyć, odżywić nadzieją. Usłyszałam kiedyś, że tam, gdzie umiera nadzieja, zaczyna się pustka, która wprowadza w stan otępienia i choroby. Nie godzę się na przejście do świata cieni. Ale często mam wrażenie, że jestem blisko, niebezpiecznie blisko...
Depresja?
Nie, to nie moja broszka. Ja nie dam się wtłoczyć w taką przypadłość.
Depresja?
Nie, w żadnym razie. Jeszcze mogę wiele, wiele marzeń mam w głowie, wiele radości z najbłahszych chwil. Wysysam je łapczywie i bardzo szybko, żeby choć na chwilę nasycić świat barwami. Udaje się. To, że jestem samotna, nie oznacza, że sama. Mam wokół siebie ludzi.
Depresja?
Nie boję się tego słowa. Po prostu cierpię na inną chorobę. Ponoć cywilizacyjną. Podobno tak mają młodzi, bo za szybko żyją, bo przedkładają karierę nad rodzinę, bo wolą najpierw zaspokajać swoje przyjemności, a dopiero potem myślą o zakładaniu gniazda.
Jakie szybkie życie? Jaki brak myślenia o rodzinie? Sięgam pamięcią do dwudziestoletniej Hani i widzę tam dziewczynę, która chciała tego wszystkiego. Ktoś napisał dla niej gorzki scenariusz, scena za sceną, coś nie gra. W fabule zgrzyta, świszczy, nie daje nadziei. To ja źle wybierałam? Czy byłam wybierana? Dałam się wybrać?
Teraz nie jestem ani wybrana, ani też nie należę do wybierających. Na pewno nie do przebierających. Taka ze mnie zwyczajna Hania.
Hanię nieco wymiętosiło życie. Żadna tam patologia czy kiepski start. Żadne wielkie dramaty. Ale jednak coś sprawiło, że moja uwaga musiała się skupić na wielu rzeczach jednocześnie.
Najbardziej "lubię" decydować o swoim "być albo nie być". Stać na rozstaju dróg i zastanawiać się, która z kamienistych ścieżek ma szansę wyprowadzić mnie z mroku, a która jest zgubna. Jeżeli samotność jest chorobą cywilizacyjną, to znam jeszcze drugą: strach. Przyjdzie czas, że będę się mniej bała i ryzykowała coraz więcej, ale zawsze wbrew sobie.
Nie jestem bojaźliwa. Ale im więcej mam lat, tym więcej przybywa mi lęku. Wolałabym zmarszczki. Albo kilogramy. Cokolwiek.
Ze strachu człowiek robi różne rzeczy. Mniej dba o siebie, za dużo bierze na barki. Długo nie czuje ciężaru, jak heros dźwiga wszystko jednym palcem. Dopiero kiedy łamie się kręgosłup, prawda wychodzi na jaw. Herosi nie istnieją. Są tylko ludzie, którzy ukrywają prawdę tak głęboko, że sami nie mogą jej znaleźć. A ona ujawnia się zawsze w złym momencie. Najbardziej lubi pojawiać się wtedy, gdy jest już za późno. Po ptakach.
Tak to już jest, że o strachu i depresji myślę częściej, kiedy na weekend wybieram się do rodziców.
Matka wydzwania już od kilku tygodni. Muszę w końcu się zebrać i pojechać. Dobrze mi zrobi oderwanie się od Warszawy. Do innego świata, który widywany raz na jakiś czas bywa nawet miłym antidotum. To znaczy miłym do momentu, w którym nie napotykam zatroskanego wzroku mamy. A będzie to tak:
|SCENA I|
- Oj, Hanuś, ty moja Hanuś. I co tam w tej Warszawie słychać?
Czytaj: "Masz już mężczyznę?".
- Nic, mamuś. To, co zawsze. Protesty, dużo samochodów na ulicach i zgiełk.
Mama tradycyjnie wywróci oczami, ale to nie koniec.
|SCENA II|
- Oj, Hanuś, jak ja to czekam, aż ty z kimś przyjedziesz. Coś tam się zadziało ostatnio?
- Nic, mamuś. Zupełnie nic takiego - odburknę coraz bardziej zniecierpliwiona.
Potem wchodzi trzeci aktor. Wkracza, sapiąc głośno, a mnie jak zawsze serce ściśnie się boleśnie.
|SCENA III|
- Tato...
- Hanuś moja, dawno cię nie widziałem! Tak mi się córunia w wielkim świecie zagubiła!
Rozczulam się często na takie słowa i tracę czujność, co jest katastrofalne w skutkach. Ojciec ma niezwykły dar uderzania w najczulsze struny duszy z precyzją osławionego wirtuoza.
- Hanulku moja ty słodka, ty to chyba potwornie samotna w tej Warszawie jesteś - mawia, a w jego oczach nie ma litości czy żalu, ale głębokie współczucie. Staram się nie patrzeć, ale tata rozbraja mnie z łatwością. Przytulam się więc mocno, myśląc: "Dobijasz mnie, tatulku".
Tatulek i mamulka mieszkają na Podlasiu. I ja tam właśnie mieszkałam przez całe swoje dzieciństwo, do momentu, gdy zrozumiałam, że czas wybrać inną drogę niż rodzice.
Łatwo mi sięgnąć pamięcią do dawnych lat.
Choroba ojca, niezaradność matki, moje wieczne poczucie winy.
Ja - licealistka chodząca do szkoły ze świadomością, że trzeba coś zrobić, ratować ich jak najszybciej. Uciec przed biedą, ale lepiej wygonić ją z domu. Jak wielu ludzi z tych stron, kocham te oszałamiające pejzaże, łany zboża, dróżki, gospodarstwa, lasy.
A jednak. Wieczorami, słuchając świerszczy za oknem i odganiając roje much, uciekam myślami do innego świata. Wiem, że chcę wyjechać. Do miasta, które ma autobusy, także nocne, zabudowane przystanki, tramwaje, może nawet metro. Do miasta, w którym do mieszkania wjeżdżasz windą, a balkon to twój jedyny ogród.
Wiem, że chcę zarabiać dużo pieniędzy, odciąć się, odnaleźć siebie. Nie patrzeć na kochanych ludzi, którzy nie radzą sobie w życiu, ledwo wiążą koniec z końcem, w tej swojej poczciwości stając się godnymi politowania.
Muszę się wyrwać, pomóc im, pomóc sobie. Przekonać się, czy ta prosta, nudna Hania może podbić świat i działać tam, gdzie nie ma łanów zbóż, cykad, rzek i łosi wybiegających bez ostrzeżenia na drogę.
Żal mi tylko mojego brata, Kuby. Brata ciotecznego. Nie wychowujemy się w jednym domu, ale mieszkamy dosyć blisko. Jako jedynaczka zawsze miałam świadomość, że on wysłucha, pomoże, wesprze.
Dzieciństwo u boku Kuby mignęło błyskawicznie. Jak na rodzeństwo cioteczne byliśmy zawsze bardzo zgodni. Pokrewne dusze. Zanim mój ojciec zachorował, potrafiliśmy całe dnie włóczyć się po bagnach, podglądać świat, podążać tropem wilków. Czasem po prostu siedzieć pod drzewem i rzucać kamieniami.
Kuba nie jest w stanie zatrzymać galopujących myśli. Zresztą, on doskonale wie, co się dzieje. Zna moje myśli, ale nikogo nie ocenia. Właśnie to uwielbiam w nim najbardziej. Magiczną, oderwaną od ludzkiej natury umiejętność nieoceniania innych. Zwłaszcza po pozorach. Nawet ja, w całym moim analitycznym myśleniu, nie potrafię tak zaufać i przyjąć stanu rzeczy bez narzekania.
Tymczasem już jako licealistka analizuję, czy zostać na Podlasiu. Zarabiać jak wszyscy. Prowadzić agroturystykę. Zostać przewodnikiem. Szukać pieniędzy, gdzie się da.
Nie chcę. Za blisko rodziców. Czuję, że się duszę. Tak im nie pomogę.
- A ty wiesz, Haniu, że ty imię masz po tej Hance z Chłopów? - mawia nieraz mama, która jest niesamowicie dumna, że tak to sobie wymyśliła. Reymontowska wieś, bardzo szczera i niełatwa, bohaterka złożona i ciekawa. I moje imię na cześć genialnego twórcy.
- Tak, mamuś - odpowiadam zawsze. - Dobrze, że mnie Jagna nie nazwaliście. Wtedy musiałabym nucić piosnki i ulegać miejscowym.
Ojciec za to, prawdziwy mistrz analiz literackich, dorzucił kiedyś taką refleksję:
- To by się, Hanulku, zgadzało. Zobacz, ta Hanka to taka szara, skromna myszunia była. Ale potem to ją życie zahartowało. I co? I wyszła z niej kobieta silna, najzaradniejsza, przyćmiewająca Jagnę!
To naprawdę nie fair z jego strony, że mnie z Hanką porównuje. Idąc tym tropem, widzę, że muszę zebrać od losu niezłe cięgi, żeby wydostać się ze skorupy zahukanej, prostej, nudnej dziewuchy ze wsi.
Moi rodzice to ludzie, którzy dali mi nie tylko życie. W pakiecie dostałam sporo wiedzy, inteligencję, miłość do literatury, przyrody, innych ludzi. To, czego od nich nie chciałam przyjąć, to właśnie ta nieumiejętność poradzenia sobie z wymagającą rzeczywistością.
Kiedy ojciec zachorował, nikt z naszej trójki nie potrafił udźwignąć ciężaru. Brakowało i pieniędzy, i spokoju. Miłość musiała wystarczyć, żeby to wszystko jakoś posklejać. A Hanka licealistka musiała dojrzeć nieco szybciej i snuć nie marzenia, ale bardzo realne plany.
Tak więc, słuchając za oknem świerszczy, widziałam kilka opcji.
|SCENARIUSZ I|
Agroturystyka, łapanie się wszelkich sposobów zarabiania pieniędzy, zostanie równocześnie na Podlasiu.
PLUSY: Zostaję w rodzinnych stronach.
MINUSY: Potrzebny spory budżet na początek. Zostaję w rodzinnych stronach i duszę się...
|SCENARIUSZ II|
Studia, wyjazd do większego miasta. Podjęcie pracy i regularna pomoc finansowa dla rodziców.
PLUSY: Zmieniam otoczenie. Zmieniam siebie. Otwieram się na świat. Ratuję rodzinę.
MINUSY: Dźwigam na barkach brzemię utrzymywania siebie i innych.
Najchętniej studiowałabym polonistykę, może kulturoznawstwo... Turystykę? Nic już nie wiem. To, z czym kojarzą mi się pieniądze, to kierunki ścisłe.
Czasem te rozważania młodej dziewczyny wydają mi się naiwne. Mam ochotę nieco nią potrząsnąć i powiedzieć, cytując Mrożkowego Stomila: No masz! Przecież ja cię cały czas namawiam: buntuj się6.
6 S. Mrożek, Tango, Warszawa 2014, s. 54.
Na myśl o tym jakaś część mnie ma ochotę odpowiedzieć cytatem, który widnieje dosłownie wiersz poniżej: Czy ojciec nie rozumie, że odebraliście mi ostatnią szansę?7.
I tak oto przyszłość zaczyna nabierać realnych kształtów. Marketing i zarządzanie. Kierunek, po którym możesz robić wszystko. Albo nic. Wyjeżdżam na studia.
Biorę ze sobą tylko to, co jest mi bardzo potrzebne. Sporą walizkę. Tyle zaskórniaków, ile rodzina zdołała zebrać na imprezie pożegnalnej. I kredyt studencki, który zaciągam po to, żeby od razu pomagać rodzicom.
Ciotka mieszkająca pod Piasecznem wie, jak jest. Przygarnia mnie na początek, daje mały kąt w mieszkaniu. Żywi. A ja kupuję bilet miesięczny strefowy, dojeżdżam na uczelnię i od pierwszych dni robię wszystko, żeby sobie poradzić. Mój cel nadrzędny: wysyłać złotówki, potem setki do domu. A jeszcze lepiej przywozić je osobiście.
Przyjmuję ten stan rzeczy nie jako brzemię, ale element życia.
Los jest w miarę łaskawy. Mam oczy i uszy otwarte. Daję sobie radę, coraz bardziej, lepiej, sprawniej. Już po trzecim roku studiów pracuję za niezłe pieniądze. Lawiruję, godzę dwa światy. Znajduję czas na wszystko. Prawie wszystko. Kto by się przejmował, że kroczę samotnie przez świat? Kto miałby czas na przelotne znajomości, randki, wdzięczenie się? Nie ja.
Zaczynam mieć przyjaciół. Tylko dwoje z nich przechodzi do grona tych prawdziwych. I tylko oni, Aśka i Kamil, wiedzą, jak żyję. Wiedzą i akceptują to, że wszystkie oszczędności wędrują ze mną na Podlasie. Wiedzą, że trzeba spłacać kredyt, że nie jeżdżę na wakacje, wypady, czyli wszędzie tam, gdzie trzeba płacić.
Im to nie przeszkadza, choć może inni ludzie, ci niepoinformowani, mają mnie za wycofaną, skąpą, bezbarwną. Taką sobie Hanię.
W tych wszystkich latach kalkulowania każdego grosza pozwalam sobie tylko na jedno: samodzielne mieszkanie. Maleńka kawalerka, wyszperana na Mokotowie, niedaleko metra, kosztuje mnie tysiąc złotych miesięcznie. Do tego rachunki, media. Świadomość, że jestem samodzielna, wolna, dorosła, jest osłodą. Wolę być panią siebie i nie musieć dzielić przestrzeni z kimś obcym.
Asia i Kamil to para. Jasne, że proponowali mi wspólne mieszkanie. Czemu nie? Mam ochotę przemilczeć ten temat.
Otacza mnie mały chaos zaklęty w wielkim porządku. Wrażenie, że wszystko, co robię, jest obwarowane ryzykiem. Walczę o swój byt, o dom. Kiedy wsuwam mamie w rękę banknoty, zawsze czuję ulgę. Nie narzekam. Los daje mi w końcu całkiem niezłą posadę w korporacji. Asystuję, reguluję, pilnuję.
Trochę czasu zajmuje uwierzenie, że ta praca jest, będzie. Że dochód jest stały, jak w zegarku, a ja jako pionek nikomu się nie narażam. Jestem sobie. Taka zwyczajna Hania z biura, całkiem zaradna "spoko" dziewczyna.
Kiedy w końcu czuję, że wszystko zaczyna się układać, kiedy ostatecznie mogę powiedzieć sobie, że jest tak, jak planowałam...
Właśnie wtedy przeszywa mnie ból. Cholerna pustka. Duszność. Bezsens.
Zdumiona, rozglądam się wokół siebie i nie wierzę. Ta dziewczyna, która dała się wtłoczyć w rytm codzienności, to ja? Hania, która wychodzi po ośmiu godzinach z biura, to też ja? Czasem wpadnie do Aśki i Kamila, czasem pójdą razem coś zjeść albo do kina. Ma swoje pasje - zawsze znajdzie zajęcie. Ale coś nie gra. Brakuje kogoś. Ta potrzeba, zepchnięta w podświadomość, przykryta całymi tonami zmartwień, w końcu zaczęła przebijać. Nieśmiało, cichutko, niezauważenie.
Nie usłyszałam jej na czas. Wyśmiałam, odgoniłam jak roje much z werandy rodziców. Więc wróciła. Ze zdwojoną siłą, wściekłością, rozpaczą. Nie jestem na nią gotowa.