Wprowadzenie
Istnieje mnóstwo książek dotyczących straty, smutku, żałoby, żalu. Część z nich stała się klasykami, inne po prostu się pojawiają, po czym znikają i robią miejsce kolejnym. Wszystkie mają wspólną cechę - zostały napisane przez ludzi, którzy doświadczyli żalu po odejściu kogoś ukochanego. Każda z tych książek okazywała się niesłychanie osobista. Nawet jeśli pisane były wspólnie z psychologami, terapeutami czy też z wielu odmiennych perspektyw, wszystkie bazowały na jednostkowych przeżyciach. Te zaś w wielu przypadkach wyglądały podobnie, a jednak były odmienne, mimo że psychologia próbuje systematyzować i zbiorczo traktować zachowania i reakcje ludzi. W książkach często pojawia się stwierdzenie płynące z ust specjalistów - nie ma jednego sposobu na przeżywanie żałoby. W zasadzie masz prawo do wszystkiego. Do każdej reakcji, do każdego zachowania. Wydaje się to oczywiste, ale choć pozwala nam się na znacznie więcej, jesteśmy mimo wszystko ograniczeni warunkami kulturowymi, społecznymi czy zawodowymi. Zwłaszcza w pierwszym okresie żałoby. Problem polega jednak na tym, że dla osób z zewnątrz określenie "pierwszy okres" oznacza co najwyżej kilka miesięcy. Dla tych, którzy znaleźli się w kręgu śmierci, ten pierwszy okres może się nigdy nie skończyć.
Po lekturze każdej z tych książek, zwłaszcza jeśli były wyłącznie zapisem emocji i doświadczeń, a nie próbą wyjaśnienia mechanizmów żałoby, zastanawiałem się, czy można je w pełni zrozumieć, jeśli nie ma się za sobą takiego doświadczenia. Oczywiście one mogą być mniej lub bardziej przejmujące. Wzbudzać empatię w stosunku do autora lub autorki, ale w gruncie rzeczy stan, w którym znajduje się osoba po śmierci kogoś bliskiego, wydaje się trudny do wyobrażenia. Bliższy jest, gdy go doświadczymy i przeżyjemy. "Przeżyć śmierć" - w tym zwrocie można odczytać przewrotną esencję żałoby. Przeżywamy akt czyjejś śmierci.
Nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy osoby, które nie znalazły się w takiej sytuacji, są w stanie sobie wyobrazić, z czym wiąże się to wszystko. Nigdy wcześniej nie próbowałem stawiać się w roli kogoś, kto stracił bliskich, wiedząc, że wykracza to poza moje doświadczenie. Nie próbowałem mówić, że nie wiem, jak bym zareagował, właśnie dlatego, że nie wiedziałem.
Co więcej, często okazuje się, że nie ma znaczenia, kogo straciliśmy. To zupełnie nie podlega wartościowaniu. Być może to jeden z niewielu momentów w życiu, gdy rozumiemy, że nie ma znaczenia, czy ktoś może mieć lepiej, czy gorzej, być w mniejszym lub większym smutku. Każdy ból będzie odmienny i każdy może być bezgraniczny. Choć jedni będą rozpaczać, inni zamkną się w sobie, a jeszcze inni będą zachowywali się tak, jak gdyby nic się nie stało. Przynajmniej w obecności innych osób. Czy można wartościować, jaka i czyja śmierć jest ważniejsza i bardziej dojmująca? Syna, córki, brata, siostry, rodzica, dziadka, przyjaciela. Dziecka, które żyło 5 dni, 10 miesięcy czy 30 lat. Kogoś, kto odszedł powoli, w wyniku długotrwałej choroby, czy nagle, bez uprzedzenia. W wyniku nieszczęśliwego wypadku, czy dlatego że sam odebrał sobie życie. Nie ma to najmniejszego znaczenia. Nieadekwatne i nie na miejscu zdają się próby porównywania: "Wy chociaż przeżyliście z waszym synem 26 lat, a oni tylko 5". Żadna miara nie ma w tej sytuacji najmniejszego sensu.
Kiedy zdecydowałem się na napisanie tej książki, moją pierwszą myślą było uchylenie drzwi do nowego świata. Świata osób w żałobie, z których wiele potrzebuje uwagi, wsparcia i zrozumienia. Będzie to bardzo trudne, bo trwanie w żałobie w pewnych aspektach wydaje mi się swoistą grą, w której nie ma jasnych reguł. Nie wiemy, jak zareagujemy na przejawy wsparcia, pocieszenia czy chęci odwrócenia uwagi od najczarniejszych myśli. Jednego dnia niewinny żart może być odebrany z ulgą, drugiego wywoła wściekłość. Ale też nie chciałem, by była to jedna z tych indywidualnych historii, która pełni rolę terapeutyczną dla autora, u czytelników zaś wywołuje wzruszenie lub wzruszenie ramion. Pamiątką z tego trudnego czasu są moje notatki i zapiski. Nie muszę się nimi dzielić. Ważniejsze było dla mnie znalezienie sposobu, by inni mogli skorzystać w przyszłości z mojego doświadczenia. Przy czym nie roszczę sobie żadnych praw do sugerowania jakichkolwiek rozwiązań. Nie jestem terapeutą, nie aspiruję do bycia guru, coachem czy influencerem. Jedyne prawo, jakie posiadam, to doświadczenie świata, do którego nikt dobrowolnie nie chce wejść. Skoro już się w nim znalazłem, chcę pokazać, jak jest po tej drugiej stronie. Bo ten świat jest niesłychanie rozległy. Wszechobecny kult młodości, afirmacji życia i zabawy sprawia, że na tę ogromną przestrzeń zamykamy oczy i uszy. Lepiej nie myśleć o przykrych rzeczach, nie pogrążać się w nostalgii i smutkach, tak jest wygodniej. Wygodnie, dopóki ów istniejący wciąż obok nas świat się o nas nie upomni. Staramy się chronić dzieci i siebie samych przed doświadczeniem śmierci. Doświadczeniem powszechnym i nieuchronnym. Caitlin Doughty, pisząc o swojej pracy w przemyśle pogrzebowym, precyzyjnie wyraziła to słowami: "Nasi pradziadowie słyszeli, że dzieci znajduje się w krzakach jagód albo w kapuście; nasze dzieci słyszą za to, że zmarli zmienili się w kwiatki albo odpoczywają we wspaniałych ogrodach"[1].
Zostałem wepchnięty w świat żałoby z zaskoczenia i niespodziewanie. Wiele tygodni po śmierci mojego syna uderzyło mnie, jak wielu ludzi ma przejmujące doświadczenia życiowe, które trzeba zaakceptować, by móc dalej funkcjonować. Tylko oni sami wiedzą, jak ogromne są koszty istnienia w tej rzeczywistości, kiedy jest się równocześnie w swoim własnym mentalnym podziemiu, prawdziwym świecie mroku.
W wielu przypadkach czujemy się samotni. Na początku, bo ludzie dookoła starają się omijać osoby w żałobie, by czymś nie urazić, bo nie wiedzą, jak się zachować. W późniejszych miesiącach samotność wynika z niezrozumienia przez innych faktu, że upływ czasu wcale nie goi ran. A my, wciąż zbyt wrażliwi, nie wiemy, jak powiedzieć: "Nie umiemy wrócić do rzeczywistości "sprzed"".
Pandemia pokrzyżowała mi plany. Umówione rozmowy z innymi osobami i próba szerszego ujęcia tematu nie powiodły się. Próbowałem jeszcze inicjować rozmowy on-line, ale ostatecznie zostało wyłącznie moje własne, osobiste doświadczenie.
Nie lubię pisać z przerwami. Gdy tak robię, mam przekonanie, że moje myśli nie są spójne. Przy okazji tej książki nie dało się inaczej. W pierwszych miesiącach żałoby robiłem mnóstwo notatek, zapisywałem myśli rozpaczy, pomysły. Zacząłem czytać książki i artykuły o żałobie, zarówno popularnonaukowe, jak i beletrystykę. Zastanawiałem się, jak połączyć wszystkie nitki. Na początku nie chciałem, by było to wyznanie zbyt osobiste, a tym samym nudne dla czytelnika, który nie musi chcieć poznawać moich emocji i myśli. Z czasem jednak coraz bardziej skłaniałem się do tego, by jednak zawrzeć jak najwięcej elementów prywatnych. Bo te są po prostu prawdziwe. Kilkukrotnie w trakcie pisania robiłem dłuższe przerwy. Najdłuższa była ta już po uporządkowaniu rozdziałów i ukończeniu pierwszej wersji. Odnosiłem wrażenie, że nie czuję już emocji, które towarzyszyły tym pierwszym impulsom. Zastanawiałem się, czy na pewno taka książka jest komukolwiek potrzebna. Z pomocą przyszły mi dwie kobiety - redaktorka Małgorzata Wiśniowska-Deluga oraz MJ, którą pozwolę sobie nazwać redaktorką empatyczną, bo taką zdawała się pełnić rolę, zwracając uwagę na ważne według niej elementy. Obie podkreśliły, że moje przeżycia mężczyzny i ojca różnią się od tego, w jaki sposób żałobę przeżywają i opowiadają o niej kobiety, matki. Obie podkreśliły, jak ważne będzie pokazanie ogromu emocji przeżywanych w zupełnie inny, niezrozumiały dla nich sposób, a wyrażanych tak, że wiele kobiet ma często żal do swoich partnerów o pozorny brak uczuć.