PROLOG
Lewa dłoń spoczywała na chwytni, w prawej zaciskałem smyczek tak mocno, że zbielały mi knykcie. Mój oddech przyśpieszył, a przed oczami zamigały jasne punkciki, jak zawsze gdy zajmowałem miejsce na scenie. Ktoś mógłby pomyśleć, że po tylu latach powinienem do tego przywyknąć. Nic bardziej mylnego. Do tego uczucia nie dało się przyzwyczaić, tak samo jak nie istniały słowa, którymi można by je opisać.
Oto nadszedł ten moment.
Światła rozbłysły, na kilka sekund mnie oślepiając.
Po wnętrzu opery rozeszły się ciche szepty, dochodzące z widowni.
Serce łomotało mi w piersi z taką siłą, że szum płynącej w żyłach krwi zagłuszył wszelkie szemrania. Wyprostowałem się, zamknąłem oczy i przystawiłem smyczek do strun wiolonczeli. Ledwo nim przesunąłem, poczułem ucisk w klatce piersiowej. Trema powoli osiągała apogeum. Tym razem nie wyciszyły jej nawet pierwsze akordy Adagia, którym otwierałem swój występ. Zaniepokoiło mnie to.
Denerwowałem się przed każdym pokazem swoich umiejętności, jednak wystarczyło, bym zaczął grać, a stres się ulatniał. Teraz było inaczej. Winą obarczałem miejsce, bowiem opera Sydney1 nieustannie mnie onieśmielała - nieważne czy grałem tutaj pierwszy, czy - tak jak dzisiaj - setny raz.
Nabrałem powietrza do płuc, po czym powoli je wypuściłem. Wyobraziłem sobie, że jestem w swoim pokoju, a nie w sali koncertowej z prawie trzytysięczną publiką, i gram dla Niej. Sunąłem smyczkiem po strunach, wywołując Jej łzy. Ona jako jedyna całą sobą czuła wydostające się spod palców nuty i tony. Nie znałem nikogo innego tak wrażliwego na piękno dźwięków wydobywających się z wiolonczeli.
Grałem dla kobiety, która jako jedyna sprawiała, że ból w klatce piersiowej stawał się bardziej znośny, a nienawiść do świata mniejsza niż miłość do tego instrumentu.
Dałem się ponieść fali emocji, które wyzwalały we mnie dźwięki. Odpłynąłem jak zawsze, gdy pozwalałem muzyce przejąć nad sobą władzę. Opętała mnie niczym demon, który przybył, by zabrać moją duszę do jednego z kręgów piekielnych czeluści. Otuliła anielskimi skrzydłami, by pofrunąć ze mną do nieba bram. Bo tym właśnie była dla mnie muzyka - niebem i piekłem.
Dryfowałem wraz z poszczególnymi tonami - wyżej, niżej i znowu wyżej.
Każda część mojego ciała drżała od nadmiaru emocji i wsiąkających w skórę dźwięków. Wyśpiewywałem w głowie poszczególne tonacje, których nie mogłem z siebie wyrzucić, mimo że cisnęły się na usta. Znowu stałem się kimś innym. Antynomią samego siebie. Kimś, kogo hołubiłem i nie cierpiałem.
Przesunąłem duszę2 o pół milimetra. To zmieniło barwę brzmienia instrumentu i sprawiło, że zacząłem wracać do rzeczywistości. Jednak oczy otworzyłem dopiero, gdy utwór dobiegł końca, a na sali zapanowała cisza.
Po raz pierwszy prześledziłem wzrokiem zgromadzony w auli tłum.
Choć występowałem od siedemnastu lat, wciąż nie oswoiłem się z widokiem rzesz, które przychodziły mnie posłuchać. Nadal zakrawało to o abstrakcję, dlatego gdy uniosłem wiolonczelę i wstałem, by się ukłonić, dygotały mi nogi. Publiczność podążyła moim śladem i nagrodziła występ owacjami na stojąco. Moje ciało naprzemiennie zalewała fala zimna i gorąca. Przywołałem na twarz na wpół szczery uśmiech, po czym mechanicznie się ukłoniłem. Trwałem w takiej pozycji przez dłuższą chwilę, a kiedy się wyprostowałem, dostrzegłem jasny rozbłysk światła, po którym nastąpił głośny huk. Coś świsnęło mi nad ramieniem. Instynktownie padłem na ziemię, a wraz ze mną wiolonczela, która z łoskotem uderzyła o estradową podłogę.
Oszołomiony, zarejestrowałem, że ludzie krzyczeli i piszczeli z przerażenia, wskazując na coś za moimi plecami. Gdy odwróciłem głowę, by sprawdzić, co ich tak przestraszyło, zobaczyłem leżącą kilka metrów ode mnie dziewczynę. Była przytomna, bo próbowała się podnieść, jako podpórki używając skrzypiec. Członkowie orkiestry zamiast jej pomóc, uciekali za kulisy. Dopiero, gdy nieznacznie się obróciła, zauważyłem na jej nagim ramieniu i szyi krew. To napędziło mnie do działania. Poderwałem się i zbliżyłem do niej chwiejnym krokiem.
- Spokojnie - wyszeptałem nienaturalnie spiętym głosem, chwytając ją za nienaruszone przedramię. - Jesteś ranna. Potrzebujesz pomocy lekarza. - Starałem się zachować zdrowy rozsądek, choć przestraszył mnie widok dziurki o średnicy około centymetra w okolicach barku, z której sączyło się więcej krwi, niż początkowo zakładałem.
- Cholera - przeklęła z sykiem dziewczyna. - Ze wszystkich osób tutaj to naprawdę ty musisz mi pomagać? - Brzmiała na autentycznie zdumioną.
Skonfundowany, przemawiające przez nią niedowierzanie zrzuciłem na stan, w jakim się znajdowała.
- Dasz radę iść? - zapytałem z nadzieją, że padnie odpowiedź twierdząca. Nie przywykłem do noszenia kobiet, ale ostatecznie mógłbym się poświęcić.
Dziewczyna milczała, zaciskając zęby z bólu.
- Dasz radę czy nie? - ponagliłem, już wsuwając rękę pod jej kolana.
Gdy nasze ciała się zetknęły, cała się spięła.
- Co...
Nie dokończyłem, bo odnalazła swoim spojrzeniem moje i dosłownie mnie uwięziła. Te wielkie szare oczy, okalane długimi, ciemnymi rzęsami, które wyglądały jak niezapisane jeszcze nutami pięciolinie, sprawiły, że nie byłem w stanie się od nich uwolnić. Świdrowała mnie tak, jakby chciała zbadać najgłębsze zakamarki mojej duszy. Ciepło, jakie pozostawiał po sobie jej wzrok, wygrywało jakieś nieznane akordy w moim sercu, a wysyłane przez nią fluidy podstępem wdzierały się do mojego umysłu.
Ten stupor, który dopadł nas oboje, trwałby zapewne w nieskończoność, gdyby po wnętrzu opery nie rozszedł się kolejny huk. Nim zdołałem zareagować, odrzuciło mnie na bok i ponownie uderzyłem ciałem o deski. Zawirowało mi w głowie, a po chwili pole widzenia przysłoniła kurtyna ciemności.
Traciłem świadomość, a mimo to wiedziałem, że wciąż trzymam w swojej ręce drobną dłoń skrzypaczki.
1 Opera Sydney (Sydney Opera House) - gmach oper w stylu nowoczesnego ekspresjonizmu, położony na przylądku Bennelong Point w Sydney. Mieści kilka sal przystosowanych do różnego rodzaju widowisk - teatralnych, baletowych, operowych, muzycznych [wszystkie przypisy pochodzą od redaktora].
2 Dusza (część instrumentu) - drewniany patyczek będący elementem wszystkich instrumentów smyczkowych. Łączy płyty pudła rezonansowego, dzięki czemu przenosi drgania dźwiękowe z górnej na dolną płytę rezonansową.