ROZDZIAŁ PIERWSZY
Lily naciągnęła kapelusz, by osłonić oczy przed gorącym greckim słońcem, i łyknęła wody z butelki. Usiadła na spieczonej ziemi, podczas gdy jej przyjaciółka oczyszczała z grudek ziemi starannie oznaczony fragment rowu.
- Jeśli kiedykolwiek wspomnę o miłości, możesz mnie tu zakopać.
- To komora grzebalna. Wrzucę cię tam, jeżeli chcesz.
- Wspaniały pomysł. "Tu spoczywa Lily, która strawiła życie na studiowaniu dziejów gatunku ludzkiego i nie potrafiła zrozumieć mężczyzn".
Spojrzała ponad ruinami starożytnego miasta Aptery. Za ich plecami połyskiwało w upale piękno Gór Białych, a przed nimi rozciągał się migotliwy błękit Morza Kreteńskiego.
Brittany usiadła i otarła pot z czoła.
- Przestań się zadręczać. Ten facet to kłamliwy szczur. - Zerknęła ku grupie mężczyzn pogrążonych w rozmowie. - Na szczęście leci jutro do Londynu do swojej żony. Niech Bóg ma w opiece tę kobietę.
- Nie wypowiadaj słowa "żona". Czuję się koszmarnie.
- Powiedział ci, że jest singlem. To on kłamał. Jutro już nie będziesz musiała na niego patrzeć, a ja nie będę miała ochoty go zabić.
- A jeśli ona się dowie i zechce się rozwieść?
- Będzie miała szansę życia z kimś lepszym. Zapomnij o nim.
Jak mogła zapomnieć, skoro wciąż o tym myślała?
Czy tak bardzo pragnęła znaleźć kogoś wyjątkowego, że zignorowała znaki widoczne gołym okiem?
- Planowałam naszą przyszłość. Mieliśmy w sierpniu objechać wyspy greckie. Zanim wyjął z portfela zdjęcie rodzinne zamiast karty kredytowej. Te tulące się do niego dzieciaki. Jak mogłam popełnić tak koszmarny błąd w ocenie? Rodzina jest dla mnie świętością. Mając do wyboru rodzinę albo pieniądze, za każdym razem wybrałabym rodzinę. - Przyszło jej do głowy, że brakuje jej jednego i drugiego. - Nie wiem co gorsze: że w ogóle mnie nie znał czy że porównałam go ze swoją listą i wydał mi się doskonały.
- Z listą?
- Próba zachowania obiektywności. - Pomyślała o emocjonalnym ugorze, jakim była jej przeszłość, i doznała poczucia porażki. Czy tak miała wyglądać jej przyszłość? - Kiedy bardzo się kogoś pragnie, może to zakłócić proces podejmowania decyzji. Znam podstawowe cechy, jakimi musi się odznaczać mężczyzna, żeby zapewnić mi szczęście. Nie umawiam się z nikim, kto nie spełnia trzech warunków.
- Duży portfel, duże ramiona i duży…
- Nie! Jesteś okropna. - Lily się jednak roześmiała. - Po pierwsze musi być czuły. Po drugie musi być uczciwy, choć nie wiem, jak to sprawdzić. Myślałam, że profesor Ashurst też taki jest. Nie mówię już o nim "David". - Zerknęła na archeologa, który ją olśnił. - Masz rację. To kłamliwy drań.
- Nazwałam go kłamliwym szczu…
- Nigdy nie wypowiem tego słowa.
- Powinnaś. Ma moc terapeutyczną. Ale nie mówmy o nim. Profesor Dupek to już historia, jak wszystko, co wykopujemy. Co jestem numerem trzecim na twojej liście?
- Wiara w wartości rodzinne. Teraz wiem, dlaczego mnie zmylił. Bo już miał rodzinę. Moja lista ma wyraźną skazę.
- Nie. Potrzebny ci jest bardziej wiarygodny test na uczciwość. I może powinnaś dodać do tej swojej listy określenie "singiel". Musisz się odprężyć. Przestań szukać trwałego związku i zabaw się.
- Mówisz o seksie? Nic z tego. Muszę być w facecie zakochana, żeby z nim sypiać. Jedno z drugim jest w moim przypadku nierozerwalnie związane. A w twoim?
- Seks to seks, miłość to miłość. Jedno jest przyjemnością, drugiego należy za wszelką cenę unikać.
- Ja tak nie myślę. Coś ze mną nie tak.
- Wręcz przeciwnie. To nie zbrodnia pragnąć związku. Oznacza po prostu, że często łamiesz sobie serce. - Brittany odsunęła włosy z czoła. - Co za upał, a jeszcze nie ma dziesiątej.
- To lato, w dodatku Kreta.
- Dałabym wszystko za kilka godzin spędzonych w domu. Nie jestem przyzwyczajona do takiej pogody.
- Całe lato kopiesz nad Morzem Śródziemnym.
- I jęczę każdego dnia.
Brittany wyciągnęła nogi, a Lily poczuła ukłucie zazdrości.
- Wyglądasz w tych szortach jak Lara Croft. Niesamowicie.
- Za dużo łażenia w poszukiwaniu pradawnych reliktów. Posłuchaj, nie myśl więcej o tym facecie. Wybierz się z nami wieczorem na oficjalne otwarcie nowego działu muzeum archeologicznego, a potem spenetrujemy bar na wybrzeżu. Profesora tam nie będzie, więc zapowiada się wspaniały wieczór.
- Nie mogę. Rano dzwonili z agencji zatrudnienia i zaproponowali mi sprzątanie.
- Jesteś magistrem archeologii. Po co ci te fuchy?
- Muszę spłacić studia. Zresztą uwielbiam sprzątać. To mnie odpręża.
- Uwielbiasz?!
- Nie ma to jak doprowadzić czyjś dom do porządku, choć szkoda, że wypadło akurat dzisiaj. Na pewno świetnie bym się z wami bawiła, ale skupię się na pieniądzach. Płacą ekstra. Sytuacja awaryjna.
- Sprzątanie to sytuacja awaryjna?
- Czasem. Właściciel postanowił nagle wrócić. Większość czasu spędza w Stanach. Wyobrażasz sobie? Ktoś jest tak bogaty, że nie potrafi się zdecydować, w której posiadłości chce nocować?
- Jak się nazywa?
- Nie wiem. Ochrona wpuści nas o wyznaczonej porze, a cztery godziny później moje konto powiększy się o znaczną sumę.
- Cztery godziny? Co to, pałac minojski?
- Willa. Mam dostać plan parteru. I nie wolno mi robić kopii.
- Plan parteru? - Brittany omal nie zachłysnęła się wodą. - Zaintrygowałaś mnie. Mogę iść z tobą?
- Jasne… sprzątanie czyjejś łazienki jest o wiele bardziej ekscytujące niż koktajl na tarasie muzeum, kiedy nad Morzem Egejskim zachodzi słońce.
- To Morze Kreteńskie.
- Geograficznie wciąż Egejskie, ale tak czy owak zamiast iść na przyjęcie, będę czyściła podłogę. Czuję się jak Kopciuszek. A ty? Zamierzasz kogoś poznać i rozbudzić uśpione życie miłosne?
- Nie mam życia miłosnego, tylko seksualne, które na szczęście nie jest uśpione.
- Może masz rację. Muszę wykorzystywać mężczyzn erotycznie zamiast traktować każdy związek poważnie. Byłaś jedynaczką? Nie chciałaś mieć rodzeństwa?
- Nie, ale dorastałam na małej wyspie. To tak, jakby się żyło w dużej rodzinie. Wszyscy o wszystkim wiedzieli.
- Miałaś szczęście. Ja byłam chorowitym dzieckiem i nikt nie mógł długo ze mną wytrzymać. Cierpiałam na koszmarną egzemę, zawsze chodziłam w bandażach. Nikt nie chciał dzieciaka, któremu coś dolega.
- Jezu, Lily, rozdzierasz mi serce, a nie jestem sentymentalna.
- Zapomnij o tym. Powiedz mi o swojej rodzinie.
Uwielbiała słuchać takich historii. Przypominały jej barwny sweter, którego sploty zapewniały ciepło i chroniły przed chłodnymi wichrami życia.
- Jesteśmy normalną amerykańską rodziną. Rodzice rozwiedli się, kiedy miałam dziesięć lat. Mama nienawidziła życia na wyspie. W końcu wyszła ponownie za mąż i przeniosła się na Florydę. Tata był inżynierem i całe życie pracował na platformach wiertniczych. Mieszkałam z babcią na Puffin Island.
- Była ci bliska?
- Bardzo. Umarła kilka lat temu, ale zostawiła mi chatę nad morzem, żebym miała dokąd wracać. - Wsunęła łopatkę w ziemię. - Babcia nazwała ten dom Domem Rozbitka. Mówiła, że jest dla ludzi zagubionych w życiu, nie na morzu. Wierzyła, że ma uzdrawiającą moc.
- Chętnie spędziłabym tam miesiąc. Muszę się uzdrowić.
- Czuj się zaproszona.
- Może skorzystam. Wciąż nie wiem, co robić z sierpniem.
- Wiesz, czego ci potrzeba? Seksu. Dla samej przyjemności, bez tych uczuciowych bzdur.
- Nie znam takiego. Zawsze się zakochiwałam.
- Więc znajdź sobie kogoś, w kim nie mogłabyś się nigdy zakochać. Kogoś, kto zna się na sprawach łóżkowych. Nie będziesz niczym ryzykować. - Urwała, kiedy zbliżył się do nich Spyros, archeolog z miejscowego uniwersytetu. - Odejdź, Spy, to rozmowa dziewczyn.
- Jak myślisz, dlaczego się do was przyłączam? To bardziej interesujące niż rozmowa, którą przed chwilą prowadziłem. - Podał Lily puszkę coli dietetycznej. - To nieudacznik.
- Wiem. Otrząsnę się z tego.
Kucnął obok niej.
- Mam ci pomóc? Słyszałem coś o seksie. Jestem do usług.
- Jesteś koszmarnym flirciarzem. Nie ufam ci.
- Nie musisz, chodzi przecież o seks. Potrzebujesz prawdziwego mężczyzny. Greka, który wie, jak sprawić, żebyś poczuła się kobietą.
Lily parsknęła śmiechem. Nie miała rodziny, ale miała przyjaciół.
- Zapominasz, że kiedy nie sprzątam willi bogaczy ani nie haruję tu za darmo, to pracuję dla najczystszego okazu greckiej męskości.
- No tak. - Spyros się uśmiechnął. - Nik Zervakis. Szef potężnego ZervaCo. Przedmiot fantazji każdej kobiety.
- Nie mojej. Nie ma dla niego miejsca na mojej liście.
Brittany pokręciła głową.
- Zdradź co nieco. Chcę wiedzieć o nim wszystko. Począwszy od stanu konta, a skończywszy na tym, skąd u niego tak wspaniałe mięśnie, które widziałam na jakimś zdjęciu.
- Niewiele o nim wiem. Jest genialny i onieśmiela wszystkich. Na szczęście spędza większość czasu w San Francisco albo w Nowym Jorku. Odbywam u niego staż od dwóch miesięcy i przez ten czas odeszły dwie jego asystentki.
- Dlaczego?
- Nie wytrzymały. Robota jest nieludzka, niełatwo też dla niego pracować. Patrzy na człowieka tak, że ma się ochotę zniknąć. Ale jest przystojny. Kobiety gadają o nim cały czas.
- Wciąż nie rozumiem, dlaczego tam siedzisz.
- Próbuję tego i owego. Mój grant badawczy kończy się w tym miesiącu. Nie wiem, czy będę mogła to ciągnąć. Muzeum nie płaci zbyt dobrze, nie chcę zresztą mieszkać w dużym mieście. Uczyć też nie mam zamiaru…
- Jesteś ekspertem w ceramice.
- To tylko hobby.
- Masz talent. Powinnaś się tym zająć.
- Nie wyżyje się z tego, a marzenia nie pokryją rachunków. Czasem żałuję, że nie studiowałam prawa, ale nie nadaję się do roboty biurowej. Nie radzę sobie z techniką. Popsułam ostatnio fotokopiarkę, ale warto mieć w CV wzmiankę o tym, że pracowało się dla ZervaCo. I zanim mi powiecie, że wykształcona kobieta nie powinna się dać zastraszać, to spotkajcie się z nim.
Spyros wstał.
- Wielu ludzi się go boi. Dla niektórych jest bogiem.
Brittany schowała do plecaka butelkę wody.
- Dla tych, którym płaci, albo dla kobiet, z którymi sypia.
Lily zaczęła się wachlować kapeluszem.
- Jego ochrona ma trzymać je od niego z dala. Nie wolno nam łączyć żadnych rozmów, które nie były wcześniej umówione.
- Więc jego ludzie chronią go przed kobietami? Niesamowite. - Brittany była wyraźnie zafascynowana.
- Podziwiam go. Podobno nigdy nie kieruje się uczuciami. Stanowi moje przeciwieństwo. Wie, co powiedzieć, i to w każdej sytuacji. Chcę być taka jak on.
Brittany wybuchnęła śmiechem.
- Żartujesz.
- Nie. Jest jak maszyna do lodu. Też zamierzam taka być. A wy? Czy kiedykolwiek się zakochaliście?
- Nie! - zaprzeczył zdecydowanie Spy, ale Brittany milczała.
- Brittany? Byłaś kiedykolwiek zakochana?
- Nie wiem. Może.
- Coś takiego. Twarda Brittany ulega sile miłości - zauważył Spy.
Lily zignorowała go.
- Dlaczego uważasz, że się zakochałaś? Jakieś konkretne powody?
- Wyszłam za niego.
Spyros parsknął śmiechem, a Lily gapiła się tylko.
- No, fakt, to dobry powód.
- To był błąd. Wielki, jak zawsze w moim przypadku. Możesz to nazwać miłosnym tornadem.
- Wygląda bardziej na huragan. Jak długo trwało?
Brittany wstała.
- Dziesięć dni. Przestań się uśmiechać, Spy, bo wylądujesz w tym rowie.
- Chciałaś powiedzieć: dziesięć lat - zauważyła Lily.
- Nie. Dziesięć dni. Przeżyliśmy miesiąc miodowy, nie mordując się nawzajem.
- Co się stało?
- Uczucia zaćmiły mi zdrowy rozsądek. Od tamtej pory nigdy się nie zakochałam.
- Bo się nauczyłaś, jak tego nie robić. Podrzuć kilka wskazówek.
- Nie mogę. Unikanie emocjonalnego zaangażowania stanowiło coś naturalnego po tej historii z Zachem.
- Seksowne imię.
- Seksowny szczur.
- Jeszcze jeden. Ale byłaś młoda, a to wiele tłumaczy. A ja nie mam tej wymówki, poza tym jestem niepoprawną recydywistką. Trzeba mnie zaprogramować na nowo.
- Niekoniecznie. - Brittany wsadziła łopatkę do plecaka. - Jesteś po prostu ciepła, przyjacielska i urocza. Facetom się to podoba.
- Poza tym wystarczy na ciebie spojrzeć, by wiedzieć, że wyglądałabyś wspaniale nago - wtrącił Spy.
- Ciepła, przyjacielska, urocza? Wspaniałe cechy, ale niekoniecznie u kobiety. Podobno można się zmienić. No cóż, zamierzam to zrobić. Nie zakocham się więcej. Pójdę za twoją radą i zafunduję sobie niezobowiązujący seks.
- Dobry plan. - Spy zerknął na zegarek. - Zdejmij ubranie, a ja załatwię nam pokój.
- Mało śmieszne. - Lily spojrzała na niego ze złością. - Zamierzam znaleźć sobie kogoś, kogo w ogóle nie znam i do kogo nic nie czuję.
Brittany nie była przekonana.
- W twoich ustach brzmi to jak przepis na klęskę.
- Będzie idealnie. Muszę tylko wyszukać odpowiedniego faceta, który nie ma nic wspólnego z moją listą, i uprawiać z nim seks. Musi się udać. Operacja Lodowa Dama.
Nik Zervakis stał obrócony plecami do swojego gabinetu, wpatrując się w błękitne morze i słuchając swego asystenta.
- Zadzwonił?
- Zgodnie z pańskimi przewidywaniami. Podziwiam pańską domyślność. Biorąc pod uwagę takie pieniądze, już dawno straciłbym nerwy.
Nik mógł mu powiedzieć, że chodzi głównie o władzę.
- Skontaktowałeś się z prawnikami?
- Spotykają się jutro rano z przedstawicielami Lexosa. Sprawa załatwiona. Gratulacje szefie. Amerykańskie media biją się o wywiad z panem.
- Najpierw trzeba podpisać umowę. Potem wydam oświadczenie, ale żadnych wywiadów. Załatwiłeś rezerwację w Athenie?
-- Tak, ale wcześniej jest oficjalne otwarcie nowego działu w muzeum.
- Zapomniałem. Masz harmonogram?
Asystent zbladł.
- Nie, szefie. Wiem tylko, że chodzi o zabytki minojskie.
- Mam wygłosić mowę?
- Liczą na kilka słów z pana strony.
- Owszem, ale bez związku z kulturą minojską. - Nik poluzował krawat. - Przedstaw plan.
- Vassilis podstawi samochód o szóstej piętnaście, zdąży pan pojechać do willi i się przebrać. Po drodze zabiera pan Christine. Stolik zarezerwowano na dziewiątą.
- Coś jeszcze?
- Dzwonił pański ojciec. Kilka razy. Poprosił mnie o przekazanie wiadomości.
- Czyli?
- Pragnie panu przypomnieć, że bierze ślub w przyszłym tygodniu. Sądzi, że pan zapomniał.
Nik wcale nie zapomniał.
- Jeszcze coś?
- Oczekuje pana na uroczystości. I mam panu przypomnieć, że rodzina jest najważniejsza.
Nik nie skomentował tego. Dlaczego czwarty ślub miałby stanowić powód do świętowania? Dowodził tylko, że ktoś nie pojął wcześniej trzykrotnej lekcji.
- Zadzwonię do niego z samochodu.
- Jeszcze jedno… powiedział, że jeśli się pan nie pojawi, to złamie mu pan serce.
Było to typowe ojca. Zbyt emocjonalne.
Niklaus podszedł do biurka.
- Możesz odejść.
Gdy drzwi się zamknęły za asystentem, znów odwrócił się w stronę morza. Nie był nawykły do introspekcji, a przeszłość miała znaczenie tylko o tyle, o ile wpływała na przyszłość. Oddawanie się od dawna ignorowanym wspomnieniom nie było przyjemnym doświadczeniem.
Dlaczego tak się przejmował kolejnym ślubem ojca?
Nie był już naiwnym dziewięciolatkiem, zdruzgotanym przez zdradę matki i stęsknionym za poczuciem ładu i bezpieczeństwa.
Nauczył się, jak samemu o nie zadbać. Emocjonalnie przypominał niezdobytą twierdzę. Nigdy by nie pozwolił, by jakiś związek zakłócił jego spokój. Nie wierzył w miłość, a małżeństwo było dla niego czymś kosztownym i bezsensownym.
Ojciec, skądinąd człowiek inteligentny, nie podzielał jego poglądów. Potrafił stworzyć imperium biznesowe, ale w życiu miłosnym nie kierował się intelektem. Nik pomyślał, że gdyby z podobną beztroską traktował interesy, już dawno by zbankrutował.
Ojciec każdy swój związek traktował z romantycznym optymizmem, całkowicie niewłaściwym dla człowieka żeniącego się po raz czwarty. Wszelkie prośby, by zachować rozwagę, były określane jako cyniczne.
Nik zastanawiał się, jakim cudem tak dobrze radzi sobie w biznesie, podczas gdy jego rodzina przypomina spaghetti, które rozbryznęło się na podłodze.
Tym razem nie poznał panny młodej i nie zamierzał tego robić. Śluby go przygnębiały. Dwoje ludzi płacących fortunę za kolejny błąd.
Lily postawiła torbę w marmurowym holu i niemal otworzyła usta ze zdumienia. Willa Harmonia stanowiła przykład najwyższego luksusu.
Wyszła na taras.
Ogród przecinały maleńkie ścieżki prowadzące ku pomostowi nad samym morzem.
Wyrwana z oszołomienia przez uporczywy sygnał komórki, wyjęła ją z kieszeni. Okazało się, że to właściciel firmy sprzątającej. Poinformował ją, że pozostali pracownicy ulegli wypadkowi i nie dotrą na miejsce.
- Och, czy są ranni?
Usłyszała, że nie, ale że wóz został skasowany. Zrozumiała, że cała robota spadnie na nią.
- Jak mam sobie sama poradzić?
- Posprzątaj część mieszkalną i główną sypialnię. Zwłaszcza łazienkę.
Nie mając wyjścia, włożyła słuchawki i nucąc w takt Czarodziejskiego fletu, który wybrała na tę okazję, zabrała się do pracy.
Ten, kto tu mieszkał, z pewnością nie miał dzieci. Wszystko było wyrafinowane i odznaczało się smakiem.
Podśpiewując, dotarła kręconymi schodami do głównej sypialni i stanęła jak wryta.
W małym i dusznym pokoiku, który dzieliła z Brittany, stało jedno łóżko, tak wąskie, że już dwa razy z niego spadła. To łoże natomiast mogłoby pomieścić sześcioosobową rodzinę. Ustawiono je tak, by można było podziwiać z niego nieprawdopodobny widok na zatokę. Lily próbowała sobie wyobrazić, jak by to było spać w czymś takim.
Upewniwszy się, że nie ma w pobliżu nikogo z ochrony, wzięła komórkę i zrobiła zdjęcie łóżka i krajobrazu za oknem. Potem przesłała Brittany esemesa.
"Pewnego dnia będę uprawiała seks w czymś takim".
Brittany odpisała: "Mniejsza o łóżko, daj mi namiary na faceta, który jest jego właścicielem".
Lily poszła do łazienki. Duża wanna stała tuż przy oszklonej ścianie z widokiem na ocean. Kiedy już uporała się z wanną i wielkim oknem, jej uwagę przyciągnęła kabina prysznicowa ze skomplikowanym panelem.
Wcisnęła z ciekawości jeden z guzików i sapnęła gwałtownie, gdy uderzył w nią potężny strumień zimnej wody. Wcisnęła czym prędzej inny guzik i znów naraziła się na kąpiel; nic nie widziała, ubranie kleiło jej się do ciała. Waliła na ślepo w guziki, oblewana na przemian gorącą i lodowatą wodą. W końcu udało jej się zatrzymać tę powódź. Osunęła się na podłogę, próbując złapać oddech.
- Nienawidzę techniki.
Zebrała włosy w gruby węzeł i wycisnęła. Potem wstała, ale jej uniform ociekał i przywierał do ciała. Pomyślała, że jeśli w tym stanie wyjdzie z łazienki, to wszystko zachlapie i znów będzie musiała sprzątać.
Zdjęła ubranie i stała w bieliźnie, wyżymając swoje rzeczy, kiedy usłyszała jakieś odgłosy dochodzące z sypialni.
Sądząc, że to ktoś z ochrony, pisnęła przerażona.
- Halo? Proszę przez chwilę nie wchodzić, bo jestem…
Znieruchomiała, gdy w drzwiach stanęła jakaś kobieta.
Prezentowała się nieskazitelnie: szczupłe ciało okrywała jedwabna sukienka o barwie koralu, usta były starannie umalowane.
- Nik? - rzuciła kobieta przez ramię. - Twój popęd seksualny jest legendarny, ale warto czasem pozbyć się dziewczyny, zanim sprowadzi się nową.
- O czym mówisz? - dobiegł z sypialni męski głos, który Lily natychmiast rozpoznała. Wiedziała już, kto jest właścicielem tej willi.
Po chwili stanął w drzwiach, a ona po raz drugi w życiu zobaczyła Nika Zervakisa. Miała wrażenie, że pędzi na łeb na szyję po stromym zboczu. Nie potrafiła sobie wyobrazić, by ktoś był bardziej przystojny i pociągający.
Stał na szeroko rozstawionych nogach, jakby widok niemal nagiej kobiety w jego kabinie prysznicowej nie robił na nim najmniejszego wrażenia.
- No i?
To wszystko, co miał do powiedzenia?
Przygotowana na jakiś koszmarny wybuch, Lily wydukała:
- Mogę wyjaśnić…
- Byłoby dobrze - oznajmiła lodowatym tonem kobieta.
- Jestem sprzątaczką…
- Jasne. Sprzątaczki zawsze lądują nagie pod prysznicem swojego klienta. - Obróciła się gniewnie do mężczyzny. - Nik?
- Tak?
- Kto to jest?
- Słyszałaś. Sprzątaczka.
- Kłamie. Była tu cały dzień i odsypiała ostatnią noc.
Zmrużył tylko ciemne oczy.
Lily przypomniała sobie, jak ktoś mówił, że Nik Zervakis jest najgroźniejszy, kiedy okazuje spokój, i spodziewała się lada moment wybuchu, ale kobieta nie podzielała jej obaw.
- Wiesz co? Pół biedy, że jesteś kobieciarzem, tylko dlaczego podoba ci się ktoś tak otyły?
- Nie jestem otyła. - Lily próbowała zakryć się mokrym kombinezonem. - Mój wskaźnik masy ciała jest w normie.
- Czy to z jej powodu spóźniłeś się po mnie? - spytała kobieta, jakby nie słyszała słów Lily. - Ostrzegałam cię, Nik, żadnych zagrywek. Nie daję nikomu drugiej szansy i jeśli nie zamierzasz się wytłumaczyć, to ja nie zamierzam prosić o wyjaśnienia.
Nie czekając na jego odpowiedź, wyszła z pokoju, stukając szpilkami.
Lily milczała zakłopotana.
- Zdenerwowała się.
- Tak.
- Czy… ona wróci?
- Mam nadzieję, że nie.
Lily chciała mu powiedzieć, że dobrze na tym wyjdzie, ale uznała, że posada jest ważniejsza od szczerości.
- Naprawdę mi przykro…
- Niepotrzebnie. To nie była pani wina.
- Gdyby nie doszło do wypadku, miałabym na sobie ubranie, kiedy się tu zjawiła.
- Do wypadku? Nigdy nie pomyślałem, że mój prysznic może komukolwiek zagrażać, ale widocznie się myliłem. - Popatrzył na rozlaną wodę. - Co się stało?
- Pański prysznic jest jak kabina jumbo jeta! I nie ma tu żadnych instrukcji!
- Ja ich nie potrzebuję. - Przesunął po niej spojrzeniem. - Wiem, jak obsługiwać własny prysznic.
- Nie miałam pojęcia, które guziki wciskać!
- I wcisnęła pani wszystkie? Radziłbym nie dotykać niczego w jumbo jetcie.
- To nie jest śmieszne. Nie wiedziałam, że wróci pan tak wcześnie.
- Przepraszam. Nie mam zwyczaju nikogo uprzedzać. Skończyła pani sprzątać czy mam pokazać, które guziki trzeba wcisnąć?
Lily starała się zachować godność.
- Pański prysznic jest czysty. - Pragnęła wyjść stąd jak najszybciej. - Jest pan pewien, że ona nie wróci?
- Tak.
Odczuwała ulgę i jednocześnie wyrzuty sumienia.
- Zniszczyłam kolejny związek.
- Kolejny? Często się to pani zdarza?
- Owszem. Proszę posłuchać… gdyby mogło to w czymś pomóc, to zadzwonię do swojego szefa, a on poręczy za mnie. - Urwała, uświadamiając sobie, co by to oznaczało: wyznanie, że była półnaga pod prysznicem.
- Radziłbym to przemyśleć. Chyba że pani pracodawca jest bardzo liberalny.
- Chciałabym jakoś to wszystko naprawić. Zepsułam panu randkę, choć nie wydaje mi się, by ta kobieta była sympatyczna. Poza tym jest koścista i dzieci nie lubiłby się do niej tulić. - Uchwyciła jego spojrzenie. - Śmieje się pan ze mnie?
- Nie, ale zdolność przytulania dzieci nie jest dla mnie najważniejsza, jeśli chodzi o kobiety. - Rzucił niedbale marynarkę na oparcie sofy.
- Tak z ciekawości, dlaczego się pan nie bronił?
- Po co?
- Mógłby się pan wytłumaczyć, a ona by panu wybaczyła.
- Nigdy się z niczego nie tłumaczę. Zresztą… udzieliła pani wyjaśnień.
- Nie uznała mnie za wiarygodnego świadka. W pańskich ustach brzmiałoby to bardziej przekonująco.
- Zakładam, że powiedziała pani prawdę. Jest pani sprzątaczką?
- Oczywiście.
- Więc nie mógłbym niczego dodać.
Nie przejmował się jakoś faktem, że go porzucono.
- Nie wydaje się pan zdenerwowany.
- Dlaczego miałbym być zdenerwowany?
- Większość ludzi tak reaguje, kiedy kończy się ich związek.
- Ja to nie większość.
- I nie jest pan ani odrobinę smutny?
- Nie. Musiałbym się przejmować, a ja się nie przejmuję.
Genialne, pomyślała. Dlaczego nie rzuciła tego w twarz profesorowi Ashurstowi, kiedy ją zranił i wyraził z tego powodu nieszczere współczucie?
- Przepraszam.
Rzuciła się do swojej torby i wygrzebała z niej notes.
- Co pani robi?
- Zapisuję pańskie słowa. Ilekroć jestem porzucana, nie wiem co powiedzieć, ale następnym razem będę wiedziała, zamiast wylewać morze łez.
Zaczęła bazgrać, zalewając kartkę wodą.
- Porzucenie… często się pani zdarza?
- Dość często. Zakochuję się i łamię sobie serce. Staram się przerwać ten cykl.
Żałowała tego wyznania; to był jej sekret.
- Ile razy była pani zakochana?
- Trzy.
- Cristo, niewiarygodne.
- Dzięki, poczułam się lepiej. Założę się, że nigdy nie był pan nieszczęśliwie zakochany.
- Nigdy nie byłem zakochany.
- Nigdy nie spotkał pan właściwej osoby.
- Nie wierzę w miłość.
Zatkało ją.
- Więc w co pan wierzy?
- W pieniądze, wpływy i władzę. Wymierne cele.
- Może pan zmierzyć władzę i wpływy?
Poluzował krawat.
- Jak najbardziej.
- Jest pan niesamowity. Będzie pan dla mnie wzorem. Nigdy nie jest za późno, żeby się zmienić. Od tej chwili też będą mi przyświecać wymierne cele. A tak z ciekawości, jaki chce pan osiągnąć cel w każdym związku?
- Orgazm.
Poczuła, jak się czerwieni.
- No tak, to było głupie pytanie. Potrafi pan okazywać bezlitosną obojętność, kiedy rzecz dotyczy związku. Też chcę taka być. Zalałam panu podłogę. Proszę uważać, bo się pan poślizgnie.
Opierał się o ścianę, wyraźnie rozbawiony.
- Tak pani wygląda, kiedy okazuje pani bezlitosną obojętność?
- No, jeszcze nie zaczęłam tego robić. Od tej chwili moje serce to kevlar. - Uśmiechnęła się do niego przyjaźnie. - Uważa pan, że jestem szalona? To wszystko jest dla pana czymś naturalnym, ale nie dla mnie. To pierwszy etap mojej osobowościowej transplantacji. Chciałabym dokonać tego pod znieczuleniem i obudzić się jako ktoś inny, ale to niemożliwe, więc staram się robić to etapami.
Jej uwagę zwrócił wibrujący dźwięk.
- Pański telefon.
Wciąż się jej przyglądał.
- Tak.
- Nie odbierze pan? - Wstała z podłogi, przyciskając ręcznik do piersi. - Może to ona. Chce prosić o wybaczenie.
- Jestem tego pewien i dlatego nie odbiorę.
Lily była zachwycona.
- To właśnie pokazuje, dlaczego muszę być taka jak pan. Ja bym odebrała i oznajmiła, że wszystko w porządku.
- Ma pani rację. Przyda się pani pomoc. Jak pani na imię?
- Lily.
- Wydaje mi się pani znajoma. Spotkaliśmy się już kiedyś?
- Pracuję od dwóch miesięcy jako stażystka w pańskiej firmie. Dwa razy w tygodniu. Jestem drugą asystentką pańskiego osobistego asystenta.
To ja popsułam fotokopiarkę i ekspres do kawy, dodała w duchu.
- Spotkaliśmy się?
- Nie, widziałam pana tylko raz. Nie zliczę, ile razy chowałam się w łazience.
- W łazience?
- Wywalał pan pracowników. Nie chciałam się rzucać w oczy.
- Więc pracuje pani dla mnie dwa razy w tygodniu, a przez trzy jako sprzątaczka?
- Nie, tym się zajmuję tylko wieczorami. W dzień zajmuję się wykopaliskami.
Był wyraźnie zaintrygowany.
- Jest pani archeologiem?
- Tak. Ale nie zarabiam tyle, żeby spłacać pożyczkę studencką, więc muszę dorabiać.
- Ile pani wie o zabytkach minojskich?
- Więcej, niż powinna wiedzieć dwudziestoczteroletnia kobieta.
- Dobrze. Proszę się wysuszyć, a ja znajdę pani jakąś sukienkę. Otwieram dziś nowy dział w muzeum. A pani idzie ze mną.
- Nie ma pan dziewczyny?
- Miałem. A ponieważ to pani jest częściowo winna jej nieobecności, zajmie pani jej miejsce.
- Ale… muszę posprzątać willę.
Popatrzył na wodę pokrywającą podłogę łazienki.
- Zanim wrócimy, woda spłynie po schodach i umyje parter.
Lily parsknęła śmiechem. Miał poczucie humoru.
- Nie zwolni mnie pan?
- Więcej wiary w siebie. Zna się pani na artefaktach minojskich, a ja nie zwalniam ludzi przydatnych.
Zerwał z niej ręcznik, a ona została tylko w mokrej bieliźnie.
- Co pan robi? - pisnęła.
- Spokojnie. Nie jestem chyba pierwszym mężczyzną, który widzi panią półnagą.
- Nie lubię być oglądana w takim stroju, zwłaszcza gdy ktoś chudy jak szczapa powiedział, że jestem gruba… - urwała, gdy odszedł na bok. - Jeśli chciał znać pan moje rozmiary, mógł pan spytać!
Sięgnął po telefon i czekając na połączenie, przyglądał jej się z leniwym uśmiechem.
- Nie muszę pytać, thee mou. Już je znam.