Jezioro sięgnęło ich goahti. Błękitne drzwi stały otworem, a kolorowe listewki odbijały się w wodzie. Czy drzwi się poruszyły? I?dze musiało się coś przywidzieć. Tej letniej nocy nie było wiatru, w słońcu jezioro lśniło jak masło, a może jak tran. Tłusty i lodowaty. Wszystko się ze sobą stapiało: jezioro, góry, wioska. Na brzegu, który przestał być brzegiem, I?gá stała w milczeniu. Próbowała coś powiedzieć, nie była w stanie. Jezioro jakby pochłaniało jej słowa. Znajdowały się gdzieś pod powierzchnią i wyciągały się do niej.
Obok niej stała Rávdná i trzymała się brzozy, a kawałek dalej na kamieniu kołysała się Ciotka Ánne. Wyglądało to tak, jakby poruszał nią wiatr, choć nie wiało. Nad nimi krążyły dwa małe ptaki - podróżniczki - i szczebiotały. C?ii, c?ii. I?gá spoglądała na kępę traw na jeziorze, gdzie w gnieździe siedział trzeci ptaszek. Bardziej szary. Czubkami skrzydeł muskał wodę.
Jezioro dochodziło do szczebliny i poruszało łuszczącą się białą farbą. Rávdná zawsze rugała córkę, gdy ta podważała paznokciem odchodzące płatki. Co stanie się z łuskami pod wodą? Czy po namoknięciu te suche okruchy będą się lepiej trzymać, czy od razu odpadną? Koło okien, na wyłożonych darnią ścianach, kwiaty czekały na swoją kolej.
Pośród tego wszystkiego panowała cisza.
I?gá ukucnęła i wyciągnęła z wody filiżankę. Na cienkiej białej porcelanie herbaciane różyczki marzły jak kwiaty zaskoczone przez śnieg. Filiżanka była lodowato zimna. I?gá jej nie poznawała. Nie należała do nich. Odłożyła ją więc z powrotem na mech i już miała się podnieść, kiedy Rávdná wydarła się na całe gardło.
I?gá straciła równowagę, ale mimo wszystko ustała.
- Neavrri e?gelat - krzyczała jej matka. - Wy, anioły z piekła rodem. Mogliście chyba poczekać, przeklęci piekielnicy - wydzierała się w stronę ciężkiej wody. - Nigdy więcej tak nie róbcie.
Potem dalej wołała coś, czego I?gá nie rozumiała. Krzyk wznosił się jakby z dołu, przechodził przez mech do nóg. Owijał się wokół kostek niczym trawa, potem przesuwał się do oplatających buty tasiemek i tak napinał utkane nici, że odcinały dopływ krwi.
I?gá wprawdzie nieraz słyszała, jak matka się wścieka, ale czegoś takiego jeszcze nie doświadczyła.
Ciotka Ánne ostrożnie się wyprostowała i objęła Rávdnę w talii.
- Dee, dee - uspokoiła ją.
Ta, która unikała wszelkiego dotyku, przytuliła teraz swoją drobną starszą siostrę.
I?gá odeszła od nich kawałek. Opadła na intensywnie żółty wełniany koc, który leżał do połowy w wodzie. Wokół kwitły na fioletowo bodziszki. Ciepłe barwy. Był środek nocy, ale słońce wciąż świeciło złociście. W jego świetle roślinność aż lśniła. Niskie pokrzywione brzozy. Trawa. Pod wodą wszystko miało wyrazistsze barwy niż na lądzie.
Nagle rozległ się plusk i I?gá się odwróciła.
Rávdná weszła do jeziora. Trzęsąc się z zimna, parła przez wodę do darniowego goahti, w którym dotąd mieszkały. Gdziekolwiek spojrzeć, ludzie z wioski brodzili w wodzie zatoki, jakby tylko czekali na znak. Rávdná najpierw podciągała gákti, ale gdy woda sięgnęła jej do kolan, dała sobie z tym spokój i szeroka spódnica unosiła się teraz wokół niej na powierzchni niczym promienie słońca. Szła najszybciej, jak tylko mogła. Chwyciła się pokrytej torfem ściany ich dawnego domu i przecisnęła się przez drzwi. Potem zniknęła im z oczu.
I?gá zajrzała za nią do środka, goahti zdawało się ciemne, ale dobrze wiedziała, że promienie nocnego słońca oświetlają Rávdnę przez reahpen - dymnik. Jak zawsze. Letnie noce mieszkały wraz z nimi w goahti. Słoneczne i pełne cieni. Gdy zasypiały i gdy się budziły, na zewnątrz było widno. Goahti jakby zapisywało, wchłaniało w ściany pogodne wspomnienia dla tych, którzy tam mieszkają. Kiedy śpi się w darniowym goahti, jest się tak blisko ziemi, jak tylko się da bez kopania w niej, a zarazem jest się tuż pod niebem.
- Dál - szepnęła Ciotka Ánne. - Teraz.
Rávdná wyszła z goahti. Wreszcie. I?gá dorastała w przekonaniu, że jeziora trzeba się obawiać, bo trzeba. Wiedzę o tym, że nie wolno wchodzić do wody, przekazywano w wiosce z pokolenia na pokolenie. Można pływać po jeziorze, nie w nim. I zawsze należy uważać.
"Nie wolno się kąpać ani zanurzać bardziej niż do połowy kolan. Nie powinno się stać zbyt długo w wodzie", przypominano.
Rávdná wróciła do nich na brzeg z blaszanym wiadrem w objęciach. Poruszała się gorączkowo. Sukno gákti pociemniało, była mokra do ramion. Najwyraźniej pochylała się w goahti, żeby coś podnieść z podłogi. Kaftan kleił się do jej żylastych nóg. Trzęsąc się z zimna, wyrzuciła przemieszaną zawartość wiadra na trawę: metalowy imbryk do kawy, szczotkę, zdjęcie I?gi, na którym ta trzyma się za warkocze.
I?gá podniosła fotografię. Własnoręcznie przymocowała ją kiedyś do ściany, dumna ze swoich włosów, z tego, że są tak samo czarne i grube jak włosy Rávdny i Ciotki Ánne, mimo że poza tym tak bardzo się od nich różni. Zdjęcie było pomarszczone, mokre. Z dziurką po pinezce. Z tego, co I?gá wiedziała, istniało w jednej odbitce. Ale było tyle rzeczy, o których nie miała pojęcia.
- Pomóc? - spytała.
Jej głos był słaby. Słyszalny, ale jakby nie do końca się niósł. Oczywiście, że powinna pomóc, tak się robi, kiedy ma się trzynaście lat i jest się na wpół dorosłym, w niczym się nie jest naprawdę dobrym, ale mimo wszystko nosi się ciężar oczekiwań.
- Mam tam pójść? - spytała nieco głośniej i odwróciła się do kucającej Ciotki Ánne, której futro muskało powierzchnię wody.
Ciotka wciąż miała na sobie strój z łodzi, choć było tak ciepło. Spojrzała na nią, ale dalej tylko się kołysała. I?gá odczytała to jako "nie". Jeśli Ciotka Ánne uważałaby, że siostrzenica powinna pomóc, to przynajmniej kiwnęłaby głową.
Rávdná wróciła z apteczką, którą zdążyła opróżnić do wiadra.
Potem z obciętymi zasłonami w róże.
Podała je I?dze, a ta przejechała palcem po krawędzi biegnącej przez ciemnoróżowe kwiaty na materiale. Słońce także przez niego przebijało.
"Zaciągnij zasłony, żeby nic nie wpadło w oko tym z podziemia", przypominała jej często Ciotka Ánne.
Na filiżance, którą I?gá znalazła, były niemal identyczne kwiaty. Może wszystkie róże są do siebie podobne, I?gá nigdy ich nie widziała na żywo. Kobiety z wioski kochały róże i inne duże kwiaty.
Ułożyła ich dobytek w rządku na trawie. Jej rodzina nie posiadała zbyt wiele, ale to, co miała, przechodziło zawsze staranną selekcję. Były to rzeczy, które zostawały tutaj na zimę, żeby być pod ręką, gdy dotrą do letniej krainy. Nic nie znalazło się wśród nich przez przypadek, Rávdná oszczędzała, żeby było je na to stać. I?dze stale towarzyszył niepokój. Czy jeśli coś zginie, wystarczy im pieniędzy, żeby to odkupić?
- Niech to szlag - zaklęła Rávdná. - Wszystko zalane.
Woda z niej kapała, a ona oklepywała nogi, żeby odzyskać czucie. Masowała palce. W nocnym słońcu górskie granie lśniły czerwonawo, a strumienie białe niczym mleko płynęły w dół stromych zboczy. Ptaki podlatywały bliżej, niż powinny.
Ludzie wciąż wędrowali tam i z powrotem. Przenosili się na zachód, jak zawsze, tego roku jednak dotarli do osady później niż zazwyczaj. Nie dużo później, ale już kilka dni wystarczyło, żeby nie zjawili się na czas. Tama stała gotowa. Wiedzieli o tym. Nikt jednak nie przypuszczał, że jezioro podniesie się tak szybko.
I?gá nie miała pojęcia, jak długo tam stała i się przed siebie gapiła, w którymś momencie Ciotka Ánne chwyciła ją za rękę. Wczepiła dłoń w jej ramię niczym szpony.
- Boađ'e - powiedziała. - Chodź.
I?gá podążyła za jej zgarbionymi plecami do tobołków. Ciotka zdjęła je i rozpostarła na ziemi skórę renifera. Poklepała w nią ręką, jakby przywoływała do siebie szczeniaka.
- Odpocznij sobie, odpocznij.
Sama chwiejnym krokiem po coś poszła.
I?gá ściągnęła czepek wykończony koronką i usiadła między kępami traw. Pociła się w ciasnym gákti. Wełna uciskała ją w biodrach i z tyłu, na plecach. Rękawy były za krótkie. Najpierw Rávdná twierdziła, że uszycie nowego kaftana wymaga zbyt dużo materiału i że I?gá jest na tyle duża, żeby zrobić to samej. Potem oświadczyła, że uszyje córce nowe gákti, kiedy dotrą do letniej krainy. Na lato zawsze przenosiły się tutaj, na zachód. Do domu nad jeziorem. To tu każdego roku zabierały się do naprawiania rzeczy, tutaj czas wszystko leczył. Ale kto by teraz szył? I?gá przejechała palcami po długim źdźble trawy. Liście były nagrzane. Czy na pewno nastał już ranek? Woda lśniła między drzewami i ktoś joikował. I?gá jeszcze nie słyszała, żeby tu joikowano. Robiono to daleko stąd, w górach lub na wodzie, gdzie nikt nie słyszał.
Skuliła się jak kamień i ramionami objęła kolana, wyczuła piersi. Wciąż były. Podłubała w dziurze pod pachą, gdzie jej gákti się rozeszło. Nadstawiła uszu, żeby się dowiedzieć, skąd dochodzi joik, śpiew jednak ucichł.
Słychać było tylko ptaki przelatujące nisko nad zatopioną osadą.