Nie oglądaj się - Karin Fossum

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ra­gn­hild ostroż­nie otwo­rzyła drzwi i wyj­rzała na ze­wnątrz. Na dro­dze pa­no­wał spo­kój i na­wet wiatr, który przez całą noc szu­miał mię­dzy za­bu­do­wa­niami, wresz­cie ucichł. Od­wró­ciła się i wy­pro­wa­dziła wó­zek dla la­lek.

- Nic jesz­cze nie ja­dły­śmy - po­skar­żyła się Mar­the, która po­ma­gała jej go po­py­chać.

- Mu­szę iść do domu. Je­dziemy na za­kupy - od­po­wie­działa Ra­gn­hild.

- Mam przyjść póź­niej?

- Mo­żesz, je­śli chcesz. Kiedy wró­cimy ze sklepu.

Gdy do­szła do żwi­ro­wej ścieżki, po­pchnęła wó­zek w stronę bramy fron­to­wej.

- Do zo­ba­cze­nia, Ra­gn­hild!

Drzwi za­mknęły się za nią z gło­śnym zgrzy­tem drewna i me­talu. Dziew­czynka nie ra­dziła so­bie zbyt do­brze z bramą, a do tego sta­rała się za­cho­wać czuj­ność. W każ­dej chwili mógł po­ja­wić się pies Mar­the, który bacz­nie ob­ser­wo­wał ją spod ogro­do­wego stołu. Kiedy upew­niła się, że brama jest już do­brze za­mknięta, ru­szyła na drugą stronę ulicy w kie­runku ga­raży. Mo­gła oczy­wi­ście wy­brać skrót mię­dzy bu­dyn­kami, ale już dawno prze­ko­nała się, że przej­ście tam­tędy z wóz­kiem nie było ła­twe. Kiedy prze­cho­dziła, je­den z są­sia­dów za­my­kał wła­śnie drzwi od ga­rażu. Uśmiech­nął się do niej i nieco nie­zdar­nie za­piął płaszcz jedną ręką. Duże czarne vo­lvo stało na pod­jeź­dzie i mru­czało ci­cho.

- Wi­taj, Ra­gn­hild, chyba dość wcze­śnie wsta­łaś? Mar­the jesz­cze się nie obu­dziła?

- Dzi­siaj u niej spa­łam - od­po­wie­działa. - Na ma­te­racu na pod­ło­dze.

- Ro­zu­miem.

Za­mknął drzwi od ga­rażu i spoj­rzał na ze­ga­rek, było sześć mi­nut po ósmej. Chwilę póź­niej od­je­chał.

Ra­gn­hild po­py­chała wó­zek obiema rę­kami. Kiedy za­częła scho­dzić ostro opa­da­jącą drogą, mu­siała go mocno trzy­mać, żeby nie wy­śli­zgnął się z rąk. Jej lalka o ta­kim sa­mym co ona imie­niu, czyli Elise - bo na­zy­wała się Ra­gn­hild Elise - zsu­nęła się na sam przód wózka. Nie wy­glą­dało to zbyt ład­nie, więc jedną ręką po­ło­żyła lalkę na miej­scu, wy­rów­nała ko­cyk i znowu sku­piła się na dro­dze. Miała na so­bie te­ni­sówki - je­den but był czer­wony z zie­lo­nymi sznu­rów­kami, drugi zie­lony z czer­wo­nymi i tak wła­śnie miało być. Buty pa­so­wały do zie­lo­nej kurtki i czer­wo­nego dresu z ob­raz­kiem lwa Simby. Nie­zbyt dłu­gie, cien­kie, ja­sne włosy zwią­zane miała ela­styczną opa­ską ozdo­bioną ko­lo­ro­wym, pla­sti­ko­wym owo­cem. Two­rzyły małą pa­lemkę na czubku głowy dziew­czynki. Ra­gn­hild miała sześć i pół roku, ale była bar­dzo ni­ska jak na swój wiek. Póki się nie ode­zwała, nikt nie wie­rzył, że cho­dzi już do szkoły.

Na wznie­sie­niu nie spo­tkała ni­kogo, ale kiedy do­szła do skrzy­żo­wa­nia, usły­szała sa­mo­chód. Za­trzy­mała się i prze­su­nęła na bok, cze­ka­jąc, aż odra­pana fur­go­netka prze­je­dzie przez próg spo­wal­nia­jący. Kie­rowca zwol­nił, kiedy tylko dziew­czynka w czer­wo­nym ubra­niu we­szła w jego pole wi­dze­nia. Ra­gn­hild chciała przejść na drugą stronę ulicy. Tam był chod­nik, a jej mama po­wta­rzała, żeby za­wsze cho­dziła po chod­niku. Cze­kała, aż fur­go­netka ją mi­nie, ale za­miast tego sa­mo­chód za­trzy­mał się. Kie­rowca opu­ścił szybę.

- Prze­chodź. Ja po­cze­kam - po­wie­dział.

Za­wa­hała się przez chwilę, ale po­tem prze­szła przez ulicę i od­wró­ciła się, żeby wcią­gnąć wó­zek na chod­nik. Fur­go­netka pod­je­chała ka­wa­łek, by za mo­ment znowu się za­trzy­mać. Szyba po dru­giej stro­nie sa­mo­chodu była opusz­czona. Ale śmieszne oczy, po­my­ślała dziew­czynka, duże i okrą­głe jak piłka. Sze­roko roz­sta­wione i bar­dzo, bar­dzo ja­sne, pra­wie prze­zro­czy­ste, jak cienki lód. Kie­rowca miał małe usta z peł­nymi war­gami wy­su­nię­tymi jak rybi pysz­czek. Pa­trzył na nią.

- Wy­bie­rasz się do Ski­fer­bak­ken z tym wóz­kiem?

Kiw­nęła głową. - Miesz­kam w Gra­nit­tve­ien.

- To bę­dzie ci strasz­nie ciężko. Co tam masz?

- Elise - od­po­wie­działa, pod­no­sząc lalkę.

- Świet­nie. - Uśmiech­nął się do niej sze­roko i po­dra­pał się w głowę. Miał roz­czo­chrane włosy, które wy­ra­stały w kęp­kach z jego głowy ni­czym li­ście ana­nasa. Te­raz wy­glą­dały jesz­cze go­rzej.

- Mogę cię pod­rzu­cić do domu - za­ofe­ro­wał. - Wó­zek zmie­ści się z tyłu sa­mo­chodu.

Ra­gn­hild za­sta­na­wiała się przez chwilę. Po­pa­trzyła w stronę Ski­fer­bak­ken - droga była długa i stroma. Męż­czy­zna za­cią­gnął ha­mu­lec i spoj­rzał na tył fur­go­netki.

- Mama na mnie czeka, je­dziemy na za­kupy - od­po­wie­działa w końcu.

W jej gło­wie za­czął dźwię­czeć ja­kiś dzwo­nek, ale zu­peł­nie nie pa­mię­tała, co to ozna­cza.

- Je­śli cię pod­wiozę, bę­dziesz w domu dużo szyb­ciej.

To był do­bry ar­gu­ment, a Ra­gn­hild była re­zo­lutną małą dziew­czynką. Pod­je­chała wóz­kiem do tyłu sa­mo­chodu. Męż­czy­zna wy­siadł, otwo­rzył tylne drzwi i pod­niósł wó­zek jedną ręką.

- Bę­dziesz mu­siała usiąść z tyłu i go trzy­mać. Ina­czej się prze­wróci - po­wie­dział i po­mógł jej wejść do środka.

Za­mknął drzwi, wspiął się z po­wro­tem na sie­dze­nie kie­rowcy i zwol­nił ha­mu­lec ręczny.

- Co­dzien­nie przy­cho­dzisz tu na wzgó­rze? - Po­pa­trzył na nią w tyl­nym lu­sterku.

- Tylko kiedy od­wie­dzam Mar­the. Spa­łam dzi­siaj u niej.

Spod ko­cyka lalki wy­cią­gnęła torbę w kwiatki i otwo­rzyła ją, spraw­dza­jąc, czy wszystko jest na miej­scu: ko­szulka nocna z ob­raz­kiem lwicy Nali, szczo­teczka do zę­bów i szczotka do wło­sów. Fur­go­netka prze­to­czyła się przez ko­lejny próg. Męż­czy­zna przy­glą­dał się jej w lu­sterku.

- Wi­dzia­łeś kie­dy­kol­wiek taką szczo­teczkę do zę­bów? - za­py­tała, pod­no­sząc ją do góry, by mógł zo­ba­czyć. Szczo­teczka miała stópki.

- Nie. Skąd ją masz?

- Tata mi ku­pił. A ty ta­kiej nie masz?

- Nie mam, ale po­pro­szę Mi­ko­łaja, żeby mi przy­niósł pod cho­inkę.

Prze­je­chał wresz­cie przez ostatni próg i wrzu­cił drugi bieg. Me­cha­nizm za­zgrzy­tał ostro. Dziew­czynka sie­działa na pod­ło­dze, sta­ra­jąc się utrzy­mać wó­zek w rów­no­wa­dze. Bar­dzo miła i fajna, po­my­ślał, czer­wona i słodka w tym swoim wdzianku, zu­peł­nie jak mała ja­gódka. Za­gwiz­dał i po­czuł się ni­czym król ca­łego świata sie­dzący jak na tro­nie za kie­row­nicą swo­jego wiel­kiego sa­mo­chodu z małą dziew­czynką z tyłu. Na­prawdę jak król.

*

Wio­ska le­żała na sa­mym dnie do­liny, na końcu fiordu, u stóp góry. Przy­po­mi­nała roz­le­wi­sko rzeczne, ze spo­kojną, nie­po­ru­szoną wodą. A każdy wie, że tylko pły­nąca woda jest świeża. Wła­dze lo­kalne po ma­co­szemu trak­to­wały to miej­sce, więc i drogi do niego pro­wa­dzące były w okrop­nym sta­nie. Od czasu do czasu au­to­bus za­szczy­cał oko­licę swoim wi­do­kiem i za­trzy­mu­jąc się przy opusz­czo­nej mle­czarni, za­bie­rał chęt­nych na wi­zytę do mia­sta. W nocy żadne po­wrotne au­to­busy nie kur­so­wały.

Góra Kol­len była po pro­stu sza­rym, za­okrą­glo­nym wierz­choł­kiem, cał­ko­wi­cie lek­ce­wa­żo­nym przez miej­sco­wych i chęt­nie od­wie­dza­nym przez przy­by­szów z da­leka. Atrak­cją były tu rzadko spo­ty­kane mi­ne­rały i uni­ka­towa flora. W spo­kojne dni usły­szeć można było do­cho­dzące od strony góry dźwięki, ci­che, ale na tyle wy­raźne, by nie­któ­rzy uwie­rzyli, że to miej­sce jest na­wie­dzone. W rze­czy­wi­sto­ści ha­ła­so­wały pa­sące się tam owce. Kiedy pod­nio­sła się mgła, kra­wę­dzie zbo­czy tra­ciły ostrość, sta­wały się błę­kitne, pra­wie prze­zro­czy­ste i góra wy­glą­dała wtedy jak oto­czona miękką weł­nianą otu­liną.

Kon­rad Se­jer zna­lazł w atla­sie dro­go­wym główną drogę i wska­zał ją pal­cem. Zbli­żali się do ronda. Ofi­cer po­li­cji Karl­sen sie­dział za kie­row­nicą, z uwagą przy­słu­chu­jąc się wska­zów­kom i jed­no­cze­śnie ob­ser­wu­jąc mi­jane pola.

- Te­raz mu­sisz skrę­cić w prawo na Gne­isve­ien, po­tem w górę do Ski­fer­bak­ken, a da­lej w Felt­spa­tve­ien w lewo. Droga do Gra­nit­tve­ien bę­dzie na prawo. Cul-de-sac - pod­su­mo­wał Se­jer z na­my­słem. - Nu­mer 5 to chyba trzeci dom na lewo.

Był spięty, na­wet jego głos brzmiał bar­dziej szorstko niż za­zwy­czaj.

Karl­sen pró­bo­wał zmie­ścić się mię­dzy za­bu­do­wa­niami i w miarę bez­bo­le­śnie po­ko­nać drogę na­szpi­ko­waną pro­gami spo­wal­nia­ją­cymi. Jak w wielu po­dob­nych miej­scach, nowo przy­byli po­bu­do­wali się bli­sko sie­bie, two­rząc sku­pi­sko od­da­lone nieco od reszty lo­kal­nej spo­łecz­no­ści. Poza wy­mianą wska­zó­wek po­li­cjanci nie roz­ma­wiali wiele. Po­je­chali do bu­dynku, sta­ra­jąc się przy­go­to­wać na to, co w nim za­staną. Na­wet na to, że za­sko­czone i za­wsty­dzone ca­łym tym za­mie­sza­niem dziecko jest już z po­wro­tem w domu, u matki na ko­la­nach. Była trzy­na­sta, dziew­czynka za­gi­nęła pięć go­dzin wcze­śniej. Dwie go­dziny mie­ściły się w mar­gi­ne­sie spóź­nie­nia, pięć go­dzin - to już było zde­cy­do­wa­nie za długo. Na­ra­stał w nich nie­po­kój. Oby­dwaj mieli dzieci w po­dob­nym wieku: córka Karl­sena miała osiem lat, wnu­czek Se­jera cztery. Nie roz­ma­wiali. W gło­wach po­li­cjan­tów kłę­biły się różne moż­liwe sce­na­riu­sze. Który z nich się urze­czy­wistni, za­sta­na­wiał się Se­jer, gdy pod­cho­dzili do drzwi.

Pod nu­me­rem pią­tym stał ni­ski, biały dom z ciem­no­błę­kit­nym wy­koń­cze­niem. Był to ty­powy bu­dy­nek z pre­fa­bry­ka­tów. Po­zba­wiony oso­bo­wo­ści, ale za to upięk­szony jak plac za­baw de­ko­ra­cyj­nymi okien­ni­cami i da­chem wy­koń­czo­nym fi­ne­zyj­nie wy­cię­tym wzo­rem. Po­dwórko było do­brze utrzy­mane. Duża we­randa z ład­nie wy­giętą ba­lu­stradą ota­czała cały bu­dy­nek. Dom znaj­do­wał się pra­wie na sa­mym szczy­cie grzbietu i roz­ta­czał się z niego wi­dok na nie­wielką i cał­kiem uro­kliwą wio­skę, oto­czoną przez go­spo­dar­stwa i pola. Obok skrzynki na li­sty stał za­par­ko­wany ra­dio­wóz po­li­cjan­tów, któ­rzy do­tarli tu przed nimi.

Se­jer wszedł pierw­szy, wy­tarł do­kład­nie buty i po­chy­lił głowę, gdy prze­cho­dził przez próg. W kilka se­kund zo­rien­to­wali się, jak wy­gląda sy­tu­acja: dziecka wciąż nie było, a pa­nika wzra­stała z każdą chwilą. Na ka­na­pie uj­rzeli matkę dziew­czynki, krępą, przy­sa­dzi­stą ko­bietę w ba­weł­nia­nej su­kience w kratę. Obok niej sie­działa po­li­cjantka. Se­jer wy­czu­wał prze­ra­że­nie, które wy­peł­niało po­kój. Matka wy­glą­dała na wy­czer­paną i wi­dać było, że z ca­łych sił stara się po­wstrzy­mać łzy. Naj­mniej­szy wy­si­łek spra­wiał, że za­czy­nała ciężko dy­szeć, tak jak te­raz, gdy wstała, by przy­wi­tać się z Se­je­rem.

- Pani Al­bum. - Ski­nął głową. - Jak ro­zu­miem, po­szu­ki­wa­nia trwają?

- Tak, po­ma­gają są­sie­dzi. Mają ze sobą psa.

Ko­bieta opa­dła z po­wro­tem na ka­napę.

- Mu­simy so­bie po­ma­gać - do­dała.

Se­jer usiadł w fo­telu na­prze­ciwko i na­chy­lił się, pa­trząc jej w oczy.

- Wy­ślemy pa­trol z psem tro­pią­cym. A te­raz musi mi pani opo­wie­dzieć wszystko o Ra­gn­hild: jaki ma cha­rak­ter, jak wy­gląda, w co była ubrana.

Nie było żad­nej od­po­wie­dzi, tylko cią­głe ki­wa­nie głową. Usta ko­biety za­marły w bez­ru­chu. Se­jer za­czął za­da­wać py­ta­nia.

- Czy dzwo­niła pani we wszyst­kie miej­sca, w któ­rych może prze­by­wać córka?

- Nie jest ich tak wiele - wy­szep­tała. - Dzwo­ni­łam do wszyst­kich.

- Czy ma pani ja­kichś krew­nych w wio­sce?

- Nie, żad­nych, nie po­cho­dzimy stąd.

- Czy Ra­gn­hild cho­dzi do przed­szkola albo do świe­tlicy?

- O tej po­rze wszystko jest jesz­cze za­mknięte.

- Czy ma ro­dzeń­stwo?

- To na­sze je­dyne dziecko.

Sta­rał się od­dy­chać bez­gło­śnie.

- Przede wszyst­kim pro­szę mi tak do­kład­nie, jak pani umie, opi­sać, w co była ubrana.

- Czer­wony dres z lwem z przodu. Do tego zie­lona kurtka z kap­tu­rem. Buty, je­den czer­wony, drugi zie­lony - od­po­wie­działa ła­mią­cym się gło­sem, co chwilę prze­ry­wa­jąc.

- A jak wy­gląda Ra­gn­hild? Pro­szę mi ją opi­sać.

- Nie­wy­soka, ma ja­kieś metr dwa­dzie­ścia. Waży około szes­na­stu ki­lo­gra­mów. Ma ja­sne włosy. Nie­dawno by­ły­śmy u le­ka­rza na ba­da­niach kon­tro­l­nych.

Po­de­szła do ściany przy te­le­wi­zo­rze, gdzie wi­siało sporo zdjęć. Więk­szość z nich przed­sta­wiała Ra­gn­hild. Na in­nych była pani Al­bum ubrana w strój na­ro­dowy, a także męż­czy­zna w mun­du­rze po­lo­wym obrony cy­wil­nej, praw­do­po­dob­nie oj­ciec dziew­czynki. Wy­brała jedno ze zdjęć z uśmiech­niętą córką i po­dała je Se­je­rowi. Włosy dziew­czynki były pra­wie białe, za­pewne po ojcu. Na zdję­ciu przed­sta­wia­ją­cym go wi­dać było kilka ja­snych ko­smy­ków wy­sta­ją­cych spod czapki. Pani Al­bum miała kru­czo­czarne włosy.

- Jaką dziew­czynką jest Ra­gn­hild? - za­py­tał.

- Bar­dzo ufną. Roz­ma­wia z każ­dym. - To wy­zna­nie spra­wiło, że za­drżała.

- To do­brze, ta­kie dzieci naj­le­piej so­bie ra­dzą we współ­cze­snym świe­cie - stwier­dził sta­now­czo Se­jer. - Bę­dziemy mu­sieli po­ży­czyć to zdję­cie od pani.

- Ro­zu­miem.

- Pro­szę mi po­wie­dzieć - za­czął, po­now­nie sia­da­jąc - gdzie za­zwy­czaj bie­gają tu­tej­sze dzieci, gdzie cho­dzą się ba­wić?

- Nad za­tokę, na plażę przy Pre­ste­g?rds albo do Hor­gen. Nie­kiedy na szczyt Kol­len. Jedne wolą wodę, inne włó­czą się po la­sach.

Se­jer po­pa­trzył na czarne drzewa za oknem.

- Czy kto­kol­wiek wi­dział Ra­gn­hild, od­kąd wy­szła od ko­le­żanki?

- Są­siad ro­dzi­ców Mar­the wi­dział ją przy swoim ga­rażu, kiedy wy­jeż­dżał do pracy. Wiem, bo roz­ma­wia­łam z jego żoną.

- Gdzie mieszka Mar­the?

- W Kry­stal­len. To za­le­d­wie kilka mi­nut stąd.

- Czy córka miała ze sobą wó­zek?

- Tak, ró­żowy, mo­del Brio.

- A jak się na­zywa ten są­siad?

- Wal­ther - od­po­wie­działa za­sko­czona. - Wal­ther Isak­sen.

- Gdzie go mogę zna­leźć?

- Pra­cuje w Dyno In­du­stries, w ka­drach.

Se­jer wstał i pod­szedł do te­le­fonu. Za­dzwo­nił do in­for­ma­cji, a po­tem wy­brał nowy nu­mer.

- Chciał­bym pil­nie roz­ma­wiać z jed­nym z wa­szych pra­cow­ni­ków. Na­zywa się Wal­ther Isak­sen.

Pani Al­bum spoj­rzała na niego z nie­po­ko­jem. Karl­sen tym­cza­sem stu­dio­wał wi­dok za oknem, błę­kit­nawe grzbiety gór, pola i białą wieżę ko­ścioła w od­dali.

- Kon­rad Se­jer z po­li­cji - przed­sta­wił się krótko. - Dzwo­nię z Gra­nit­tve­ien nu­mer pięć, za­pewne do­my­śla się pan, w ja­kiej spra­wie.

- Czy Ra­gn­hild jesz­cze się nie zna­la­zła?

- Nie. Jak ro­zu­miem, wi­dział ją pan dzi­siaj rano, kiedy wy­szła z domu od Mar­the?

- Wła­śnie za­my­ka­łem ga­raż.

- Czy pa­mięta pan, o któ­rej to było go­dzi­nie?

- Do­kład­nie sześć po ósmej, by­łem już nieco spóź­niony.

- Jest pan pe­wien?

- Mam elek­tro­niczny ze­ga­rek.

Se­jer za­milkł na mo­ment, pró­bu­jąc przy­po­mnieć so­bie szcze­góły drogi, którą nie­dawno po­ko­ny­wali.

- Czyli sześć mi­nut po ósmej zo­sta­wił pan Ra­gn­hild przy drzwiach swo­jego ga­rażu i po­je­chał pro­sto do pracy?

- Do­kład­nie.

- Naj­pierw w dół do Gne­isve­ien a po­tem na drogę główną?

- Tak.

- Wy­daje mi się, że o tak ran­nej po­rze więk­szość lu­dzi je­dzie w stronę mia­sta i drogi są pew­nie za­kor­ko­wane - za­uwa­żył Se­jer.

- Tak, tak jest rze­czy­wi­ście. Żadna główna droga nie prze­cina wio­ski. Nie ma dróg, nie ma także pracy.

- Czy za­uwa­żył pan po dro­dze ja­kieś sa­mo­chody ja­dące w stronę wio­ski?

Męż­czy­zna nie od­po­wia­dał przez chwilę. Sta­rał się przy­wo­łać wspo­mnie­nia tego po­ranka. Se­jer cze­kał. W po­koju pa­no­wała gro­bowa ci­sza.

- A wie pan, za­uwa­ży­łem. W dole za­toki, przy ron­dzie. To była, o ile do­brze pa­mię­tam, fur­go­netka. Biała. Brzydka, z odra­pa­nym la­kie­rem. Je­chała bar­dzo wolno.

- Za­uwa­żył pan, kto ją pro­wa­dził?

- Ja­kiś męż­czy­zna - od­po­wie­dział z wa­ha­niem. - Był sam.

*

- Mam na imię Ray­mond. - Uśmiech­nął się.

Ra­gn­hild spoj­rzała w górę. W lu­sterku zo­ba­czyła uśmiech­niętą twarz męż­czy­zny i górę Kol­len ską­paną w ja­snym świe­tle po­ranka.

- Chcia­ła­byś się prze­je­chać?

- Mama na mnie czeka - po­wie­działa pew­nym gło­sem.

- By­łaś kie­dyś na szczy­cie Kol­len?

- Raz. Urzą­dzi­li­śmy tam so­bie pik­nik z tatą.

- Wiesz, można tam wje­chać sa­mo­cho­dem - wy­ja­śnił. - Od dru­giej strony. Może po­je­dziemy tam na wy­cieczkę?

- Ja chcę do domu - od­parła nieco mniej pew­nie.

Kie­rowca za­trzy­mał sa­mo­chód.

- Krótka prze­jażdżka? - za­py­tał.

Miał wy­soki głos. Ra­gn­hild po­my­ślała so­bie, że brzmi smutno. Poza tym nie przy­wy­kła od­ma­wiać proś­bom do­ro­słych. Wstała, prze­szła na przód fur­go­netki i oparła się o fo­tel.

- Ale tylko krótka prze­jażdżka - po­wtó­rzyła. - Szybko na górę, a po­tem pro­sto do domu.

Za­wró­cił do Feld­spa­tve­ien i po­je­chał z po­wro­tem w dół zbo­cza.

- Jak masz na imię? - za­py­tał.

- Ra­gn­hild Elise.

Męż­czy­zna za­ko­ły­sał się na boki, a po­tem od­chrząk­nął, jakby chciał ją upo­mnieć.

- Ra­gn­hild Elise. Nie mo­żesz je­chać na za­kupy. Jest do­piero kwa­drans po ósmej. Sklepy są jesz­cze za­mknięte.

Nie od­po­wie­działa. Za­miast tego wy­jęła Elise z wózka, po­ło­żyła ją so­bie na ko­la­nach i wy­gła­dziła su­kienkę lalki. Po­tem wy­jęła z jej ust smo­czek. W tym sa­mym mo­men­cie lalka za­częła pła­kać wy­so­kim me­ta­licz­nym pła­czem dziecka.

- Co się dzieje?

Za­ha­mo­wał ostro i spoj­rzał w lu­sterko.

- To tylko Elise. Za­wsze pła­cze, kiedy wyj­muję jej smo­czek.

- Nie po­doba mi się ten dźwięk! Ucisz ją!

Kiedy lalka prze­stała pła­kać, ru­szył po­now­nie. Sa­mo­cho­dem szar­pało w przód i w tył. Dziew­czynka spoj­rzała na sie­dzą­cego nie­spo­koj­nie za kie­row­nicą męż­czy­znę i sko­men­to­wała:

- Ta­tuś jest lep­szym kie­rowcą od cie­bie.

- Mu­sia­łem się sam na­uczyć - od­mruk­nął. - Nikt nie chciał mi po­ka­zać, jak się jeź­dzi.

- Dla­czego nie?

Nie wy­ja­śnił, tylko po­trzą­snął głową. Fur­go­netka je­chała te­raz główną drogą. Na rondo wje­chał na dru­gim biegu. Prze­jeż­dża­jąc przez skrzy­żo­wa­nie, sa­mo­chód wy­dał gło­śny zgrzyt.

- Te­raz je­dziemy do Hor­gena - za­uwa­żyła za­chwy­cona.

Męż­czy­zna wciąż nic nie mó­wił. Dzie­sięć mi­nut póź­niej skrę­cił w lewo, w stronę lasu. Po dro­dze mi­nęli cha­rak­te­ry­styczne czer­wone sto­doły. W kilku go­spo­dar­stwach stały przy­go­to­wane do pracy trak­tory. Ni­kogo nie wi­dzieli. Droga sta­wała się co­raz węż­sza i miała co­raz wię­cej dziur. Ra­gn­hild za­częły już bo­leć ręce od cią­głego trzy­ma­nia wózka. Po­ło­żyła lalkę na pod­ło­dze i wsu­nęła stopę mię­dzy kółka, żeby go za­blo­ko­wać.

- Tu miesz­kam - oznaj­mił nie­spo­dzie­wa­nie i za­trzy­mał sa­mo­chód.

- Z żoną?

- Nie, z moim oj­cem. Ale on leży w łóżku.

- Nie wstał jesz­cze?

- On za­wsze leży w łóżku.

Ostroż­nie wyj­rzała przez okno i zo­ba­czyła dzi­waczny dom. Wy­glą­dał jak pro­sta chata, do któ­rej z cza­sem za­częto do­da­wać ko­lejne ele­menty. Każdy z nich miał inny ko­lor. Od nie­mal cał­ko­wi­cie za­ro­śnię­tego po­dwórka dom od­dzie­lony był je­dy­nie ga­ra­żem z bla­chy fa­li­stej. Stary za­rdze­wiały ry­del le­żał w ką­cie, le­dwo wi­doczny zza kłu­ją­cych po­krzyw i mle­czy. Ale Ra­gn­hild nie in­te­re­so­wał dom, za­uwa­żyła coś in­nego.

- Kró­liczki - wy­szep­tała za­fa­scy­no­wana.

- Tak. - Ray­mond uśmiech­nął się do niej. - Chcesz je zo­ba­czyć?

Wy­sko­czył z sa­mo­chodu, otwo­rzył drzwi i po­mógł jej wy­siąść. Te­raz za­uwa­żyła, że cho­dził w bar­dzo cha­rak­te­ry­styczny spo­sób. Miał nie­na­tu­ral­nie krót­kie nogi, w do­datku krzywe, a do tego bar­dzo małe stopy. Jego sze­roki nos, z któ­rego zwi­sała duża, ja­sna kro­pla, pra­wie do­ty­kał dol­nej, nieco wy­sta­ją­cej, wargi. Ra­gn­hild po­my­ślała, że nie może być zbyt stary, cho­ciaż cho­dził i bu­jał się na boki jak czło­wiek po­su­nięty w la­tach. Śmieszne, twarz chłopca a ciało starca.

Ray­mond pod­szedł do kla­tek z kró­li­kami. Ra­gn­hild stała jak za­cza­ro­wana.

- Mogę po­trzy­mać jed­nego?

- Pew­nie. Wy­bierz, któ­rego chcesz.

- Tego ma­łego brą­zo­wego - po­ka­zała z za­chwy­tem.

- To P?san. Jest naj­mil­szy.

Otwo­rzył klatkę i wy­cią­gnął gru­biut­kiego zwie­rzaka z dłu­gimi uszami i sier­ścią w ko­lo­rze kawy z dużą ilo­ścią mleka. Kró­lik wierz­gał no­gami na wszyst­kie strony, kiedy jed­nak Ra­gn­hild wzięła go na ręce, na­tych­miast się uspo­koił. Przez se­kundę stała w bez­ru­chu. W swo­jej dłoni czuła bi­cie jego ser­duszka, kiedy de­li­kat­nie gła­skała go po uchu. W do­tyku przy­po­mi­nał ak­sa­mit. Jego nos był czarny i wil­gotny, jak ka­wa­łek lu­kre­cji. Ray­mond stał obok i ob­ser­wo­wał.

Miał małą dziew­czynkę tylko dla sie­bie i nikt ich nie wi­dział.

*

- Zdję­cie - po­wie­dział Se­jer - ra­zem z opi­sem zo­sta­nie ro­ze­słane do ga­zet. O ile nie od­wo­łamy ak­cji, opu­bli­kują je w wie­czor­nym wy­da­niu.

Za­pła­kana Irene Al­bum ku­liła się przy stole. Po­zo­stali bez słowa pa­trzyli na swoje dło­nie i trzę­sące się od pła­czu plecy ko­biety. Po­li­cjantka miała chu­s­teczkę w po­go­to­wiu. Karl­sen po­pra­wił krze­sło i spoj­rzał na ze­ga­rek.

- Czy Ra­gn­hild boi się psów? - za­py­tał po chwili Se­jer.

- Dla­czego pan pyta? - Była za­sko­czona. Otarła twarz i spoj­rzała na niego.

- Cza­sami, kiedy pro­wa­dzimy po­szu­ki­wa­nia z psami tro­pią­cymi, dzieci cho­wają się, sły­sząc szcze­ka­nie owczar­ków nie­miec­kich.

- Nie, nie boi się psów.

Te słowa utkwiły mu w pa­mięci. Nie boi się psów.

- Czy udało się pani skon­tak­to­wać z mę­żem?

- Jest w Nar­viku na ma­new­rach - wy­szep­tała. - Pew­nie gdzieś w te­re­nie.

- Nie mają tam te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych?

- Są poza za­się­giem.

- Ci lu­dzie, któ­rzy szu­kają te­raz pani córki... Kim oni są?

- Chłopcy z są­siedz­twa, któ­rzy aku­rat byli w domu. Je­den z nich ma przy so­bie te­le­fon.

- Kiedy wy­ru­szyli?

Spoj­rzała na ze­gar na ścia­nie. - Po­nad dwie go­dziny temu.

Jej głos prze­stał już drżeć. Te­raz spra­wiała wra­że­nie otę­pia­łej, zu­peł­nie jakby spała na ja­wie. Se­jer na­chy­lił się ku niej i prze­mó­wił tak spo­koj­nie i de­li­kat­nie, jak tylko po­tra­fił.

- To, czego oba­wia się pani naj­bar­dziej, praw­do­po­dob­nie się nie stało. Zdaje so­bie pani z tego sprawę? Dzieci zni­kają na ja­kiś czas z bar­dzo try­wial­nych po­wo­dów. Czę­sto gu­bią się tylko dla­tego, że są dziećmi. Nie mają po­czu­cia czasu ani od­po­wie­dzial­no­ści, a na do­da­tek są tak cie­kaw­skie, że na­tych­miast ro­bią wszystko, co tylko przyj­dzie im do głowy. To wła­śnie zna­czy być dziec­kiem i dla­tego się gu­bią. Ale za­zwy­czaj zja­wiają się tak na­gle, jak znik­nęły. Czę­sto nie po­tra­fią na­wet wy­ja­śnić, gdzie były ani co ro­biły. Jed­nak w więk­szo­ści przy­pad­ków - na­brał od­de­chu - wra­cają całe i zdrowe.

- Wiem o tym! - krzyk­nęła, wpa­tru­jąc się w niego. - Tyle że ona ni­gdy taka nie była!

- Do­ra­sta i jest co­raz star­sza - od­parł z prze­ko­na­niem. - Bu­dzi się w niej żyłka po­dróż­nika.

Boże, do­po­móż mi, po­my­ślał. Mam od­po­wiedź na wszystko. Wstał i wy­brał ko­lejny nu­mer, po­wstrzy­mu­jąc się od spoj­rze­nia na ze­ga­rek - to byłby znak, że czas mija, a tego nie mu­sieli so­bie przy­po­mi­nać. Kiedy wresz­cie po­łą­czył się z ofi­ce­rem dy­żur­nym, krótko opi­sał mu sy­tu­ację i po­pro­sił, żeby skon­tak­to­wał się z ochot­ni­kami z dru­żyny po­szu­ki­waw­czej. Po­dał mu ad­res w Gra­nit­tve­ien i opis dziew­czynki: ubrana na czer­wono, pra­wie białe włosy, ró­żowy wó­zek dla la­lek. Za­py­tał, czy przy­szły ja­kieś nowe wia­do­mo­ści, a kiedy usły­szał ne­ga­tywną od­po­wiedź, skoń­czył roz­mowę i po­now­nie usiadł.

- Czy Ra­gn­hild wspo­mi­nała albo opo­wia­dała ostat­nio o kimś, kogo nie zna pani oso­bi­ście?

- Nie.

- Czy miała przy so­bie pie­nią­dze? Mo­gła pójść do sklepu?

- Nie, nie miała żad­nych pie­nię­dzy.

- To mała wio­ska - kon­ty­nu­ował. - Czy kie­dy­kol­wiek pod­czas sa­mo­dziel­nych spa­ce­rów zda­rzało się, że któ­ryś z są­sia­dów pod­wo­ził ją do domu?

- Tak, to się zda­rza od czasu do czasu. W tej oko­licy jest może sto do­mów. Ra­gn­hild zna tu nie­mal każ­dego, wie także, ja­kimi sa­mo­cho­dami jeż­dżą miej­scowi. Cza­sami ona i Mar­the cho­dziły z wóz­kami w dół do ko­ścioła i wra­cały sa­mo­cho­dem z któ­rymś z są­sia­dów.

- Dla­czego cho­dziły aku­rat do ko­ścioła?

- Jest tam po­cho­wany pe­wien mały chło­piec, któ­rego znały. Zbie­rają kwiaty i kładą na jego gro­bie, po­tem wra­cają do domu. My­ślę, że to dla nich eks­cy­tu­jące.

- Czy spraw­dzała pani w ko­ściele?

- Za­dzwo­ni­łam po Ra­gn­hild o dzie­sią­tej. Kiedy mi po­wie­dzieli, że wy­szła o ósmej, wsko­czy­łam do sa­mo­chodu. Nie za­my­ka­łam drzwi na klucz, w ra­zie gdyby wró­ciła w tym cza­sie do domu. Po­je­cha­łam do ko­ścioła i na sta­cję ben­zy­nową. Spraw­dzi­łam u me­cha­nika i w mle­czarni, po­tem uda­łam się do szkoły. Mają tam plac za­baw i inne atrak­cje dla dzieci. Po­tem spraw­dzi­łam w przed­szkolu. Tak się cie­szyła, że za­czyna szkołę, ona...

Znowu za­częła pła­kać. Kiedy łkała, inni sie­dzieli w ci­szy i cze­kali. Miała spuch­nięte oczy, wciąż de­spe­racko ści­skała rą­bek spód­nicy. Po kilku chwi­lach płacz ucichł i znowu za­pa­dła w odrę­twie­nie - to była jej obrona przed tło­czą­cymi się do­my­słami i lę­kiem.

Za­dzwo­nił te­le­fon. Je­den gło­śny dźwięk. Pod­nio­sła się, żeby go ode­brać, ale Se­jer po­wstrzy­mał ją ru­chem ręki. Chwy­cił słu­chawkę.

- Halo? Czy jest Irene? - za­brzmiał młody głos.

- Kto mówi? - za­py­tał in­spek­tor.

- Thor­bj?rn Hau­gen. Szu­kamy Ra­gn­hild.

- Po­li­cja przy te­le­fo­nie. Masz ja­kieś wie­ści?

- Od­wie­dzi­li­śmy każdy dom na tym zbo­czu. Każdy. Wielu osób nie za­sta­li­śmy, ale spo­tka­li­śmy jedną pa­nią w Felt­spa­tve­ien. Ja­kiś sa­mo­chód za­wró­cił na jej po­dwórku. To było pod je­dynką. Coś jak fur­go­netka, tak się jej wy­daje. W środku wi­działa dziew­czynkę w zie­lo­nej kurtce i z bar­dzo ja­snymi wło­sami zwią­za­nymi na czubku głowy. Ra­gn­hild czę­sto cze­sze się w ten spo­sób.

- Mów da­lej.

- Sa­mo­chód za­wró­cił w po­ło­wie drogi na wzgó­rze i po­je­chał z po­wro­tem. Znik­nął za za­krę­tem.

- Wiesz, o któ­rej to było?

- Kwa­drans po ósmej.

- Czy mo­że­cie przyjść do Gra­nit­tve­ien?

- Za­raz tam bę­dziemy, je­ste­śmy już na ron­dzie.

Roz­łą­czył się. Irene Al­bum wciąż stała.

- Co się stało? - za­py­tała zdu­szo­nym gło­sem. - Co po­wie­dział?

- Ktoś ją wi­dział - od­po­wie­dział bar­dzo spo­koj­nie Se­jer. - Wsia­dła do fur­go­netki.

*

Wtedy Irene Al­bum za­częła krzy­czeć. Być może dźwięk ten przedarł się przez gę­sty las, do­tarł do ma­łej Ra­gn­hild i przy­po­mniał o czymś dziew­czynce, bo po­wie­działa na­gle: - Je­stem głodna. Mu­szę już iść do domu.

Ray­mond spoj­rzał na nią. P?san bie­gał po ku­chen­nym stole i ze sma­kiem wci­nał ziarna zboża, które roz­sy­pali spe­cjal­nie dla niego. Oby­dwoje tak sku­pili się na zwie­rzę­ciu, że za­po­mnieli, gdzie są i jaka jest pora dnia. Kar­mili kró­liki, po­tem Ray­mond po­ka­zy­wał jej swój al­bum pe­łen skru­pu­lat­nie po­wkle­ja­nych zdjęć wy­cię­tych z ko­lo­ro­wych ma­ga­zy­nów. Ra­gn­hild co chwilę śmiała się na wi­dok jego dzi­wacz­nej twa­rzy. Do­piero te­raz uświa­do­miła so­bie, jak jest już późno.

- Może chcesz ka­wa­łek chleba?

- Mu­szę iść do domu. Mamy iść na za­kupy.

- Naj­pierw po­je­dziemy na Kol­len, po­tem od­wiozę cię do domu.

- Te­raz! - krzyk­nęła. - Chcę je­chać do domu te­raz.

Ray­mond za­mknął na chwilę oczy, in­ten­syw­nie my­śląc nad tym, jak od­wró­cić uwagę dziew­czynki.

- Do­brze. Ale naj­pierw mu­szę wyjść i ku­pić mleko dla mo­jego taty w skle­pie Hor­gena. Mo­żesz za­cze­kać tu­taj, to nie po­trwa długo.

Pod­niósł się i spoj­rzał na jej ra­do­sną bu­zię z ustecz­kami w kształ­cie ser­duszka, które ko­ja­rzyły mu się z cu­kier­kami cy­na­mo­no­wymi. Miała bar­dzo ja­sne, nie­bie­skie oczy pod­kre­ślone ciem­nymi brwiami. Było to za­ska­ku­jące po­łą­cze­nie, szcze­gól­nie w ze­sta­wie­niu z pra­wie bia­łymi wło­sami. Wes­tchnął ciężko, pod­szedł do drzwi i otwo­rzył je.

Ra­gn­hild na­prawdę chciała już iść, ale nie wie­działa, jak wró­cić do domu, więc mu­siała po­cze­kać. Po­drep­tała do ma­łego po­koju i z kró­li­kiem w ra­mio­nach wtu­liła się w róg sofy. Nie wy­spały się z Mar­the zbyt do­brze ostat­niej nocy i te­raz, gdy trzy­mała w ob­ję­ciach mięk­kie, cie­płe zwie­rzę, szybko ogar­nęła ją sen­ność. Po chwili oczy same się jej za­mknęły.

Wró­cił do­piero po ja­kimś cza­sie. Naj­pierw przez dłuż­szą chwilę sie­dział obok i z za­chwy­tem przy­pa­try­wał się, jak Ra­gn­hild spo­koj­nie śpi. Ani jed­nego ru­chu czy ci­chego wes­tchnię­cia. Przy­szło mu do głowy, że śpiąc tak, stała się nieco więk­sza i cie­plej­sza, jak bo­che­nek chleba w piecu. Po chwili po­czuł się tro­chę dziw­nie, sie­dząc ot tak so­bie, a do tego nie wie­dział, co zro­bić z rę­kami. W końcu scho­wał je do kie­szeni i za­czął bu­jać się na krze­śle. My­ślał, że to go uspo­koi, ale tak się nie stało. Za­czął in­ten­syw­nie miąć ma­te­riał spodni i co­raz szyb­ciej bu­jał się na krze­śle. Pod­eks­cy­to­wany co rusz spo­glą­dał to za okno, to w ko­ry­tarz, w stronę po­koju ojca. Jego ręce wciąż gnio­tły ma­te­riał. Przez cały ten czas spo­glą­dał na jej włosy. Lśniły jak je­dwab i przy­wo­dziły mu na myśl błysz­czące kró­li­cze fu­tro. Wresz­cie znie­ru­cho­miał, wy­da­jąc z sie­bie ni­ski jęk. Pod­szedł do dziew­czynki i zła­pał ją de­li­kat­nie za ra­mię.

- Mu­simy już iść. Po­daj mi P?sana.

Przez mo­ment Ra­gn­hild nie wie­działa, co się dzieje. Wsta­wała po­woli, wpa­tru­jąc się w Ray­monda. Po­tem po­szła za nim do kuchni, za­brała swoją kurtkę i wy­szła z domu. Mała brą­zowa kulka znik­nęła z po­wro­tem w klatce. Wó­zek stał spo­koj­nie tam, gdzie go zo­sta­wiła, z tyłu fur­go­netki. Ray­mond wy­glą­dał na za­smu­co­nego, mimo to po­mógł jej wejść do sa­mo­chodu. Kiedy jed­nak prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce, nic się nie wy­da­rzyło.

- Nie za­pali - po­wie­dział zde­ner­wo­wany. - Nie ro­zu­miem. Chwilę temu dzia­łał, a te­raz nie chce. Co za złom!

- Mu­szę je­chać do domu! - pod­nie­sio­nym gło­sem ode­zwała się Ra­gn­hild, jakby krzyk mógł w tej sy­tu­acji co­kol­wiek zmie­nić. Ray­mond pró­bo­wał jesz­cze kilka razy od­pa­lić sil­nik. Sły­szał, jak się roz­grzewa, by za chwilę zga­snąć. Za nic nie chciał za­sko­czyć.

- Bę­dziemy mu­sieli iść na pie­chotę.

- Ale to za da­leko! - jęk­nęła Ra­gn­hild.

- Nie, stąd nie jest tak da­leko. Je­ste­śmy te­raz z dru­giej strony Kol­len, pra­wie na sa­mym szczy­cie, a z niego mo­żesz spoj­rzeć pro­sto na swój dom. Po­mogę ci z wóz­kiem.

Za­ło­żył kurtkę, która le­żała na przed­nim sie­dze­niu, wy­siadł i otwo­rzył jej drzwi. Ra­gn­hild trzy­mała lalkę, a Ray­mond cią­gnął za sobą wó­zek, który pod­ska­ki­wał na dro­dze peł­nej dziur i nie­rów­no­ści. Oto­czony przez las szczyt Kol­len był już wy­raź­nie wi­doczny. Na chwilę mu­sieli zejść z głów­nej trasy, by prze­pu­ścić sa­mo­chód, który prze­je­chał obok nich z dużą pręd­ko­ścią. Zo­stała po nim tylko chmura ku­rzu, która przez ja­kiś czas utrzy­my­wała się w po­wie­trzu. Ray­mond do­brze znał tę drogę i pew­nie pro­wa­dził, ale że nie był w do­brej for­mie, Ra­gn­hild bez pro­blemu do­trzy­my­wała mu kroku. Droga sta­wała się co­raz bar­dziej stroma. Wresz­cie do­szli do jej końca. Stam­tąd pro­wa­dziła do­okoła góry inna ścieżka, te­raz nieco roz­mo­kła i za­bło­cona. Owce po­sze­rzyły ją nieco, a efek­tem ich czę­stych wi­zyt były le­żące wszę­dzie od­chody wiel­ko­ści gra­do­wych ku­lek. Przez mo­ment Ra­gn­hild ba­wiła się ich roz­gnia­ta­niem. Pod jej bu­tami roz­sy­py­wały się w pył. Po kilku mi­nu­tach mar­szu zo­ba­czyli mię­dzy drze­wami cha­rak­te­ry­styczne bły­ski.

- Wę­żowy Staw - po­wie­dział Ray­mond.

Sta­nęła obok niego i za­częła się roz­glą­dać. Zo­ba­czyła li­lie wodne i małą łódkę, która le­żała na brzegu od­wró­cona do góry dnem.

- Nie wchodź do wody - ostrzegł ją Ray­mond. - To nie­bez­pieczne. Tu­taj nie można pły­wać. Można za­paść się w pia­sek i znik­nąć na za­wsze. Tu jest ru­chome dno - do­dał z po­waż­nym wy­ra­zem twa­rzy. Ra­gn­hild za­drżała. Ba­daw­czo wpa­try­wała się w li­nię brzegu, w fa­lu­jące pa­smo żół­ta­wego si­to­wia, któ­rego har­mo­nię prze­ry­wało na­głe, ciemne wy­cię­cie. Była to mała plaża. Nie mo­gli ode­rwać od niej wzroku. Ray­mond pu­ścił wó­zek. Ra­gn­hild pod­nio­sła kciuk do ust.

*

Thor­bj?rn stał przed nimi, ba­wiąc się te­le­fo­nem ko­mór­ko­wym. Miał już pra­wie szes­na­ście lat. Jego ciemne, dłu­gie do ra­mion włosy, przy­pró­szone odro­biną łu­pieżu, zwią­zane były wzo­rzy­stą ban­daną, któ­rej końce wy­sta­wały na boki jak dwa czer­wone pióra. Uni­kał spo­glą­da­nia na matkę Ra­gn­hild, in­ten­syw­nie wpa­tru­jąc się za to w Se­jera i co chwilę za­gry­za­jąc wargi.

- To, co usta­li­łeś, jest bar­dzo ważne - po­wie­dział Se­jer. - Za­pisz mi, pro­szę, ad­res tej ko­biety. Czy pa­mię­tasz, jak się na­zywa?

- Helga Moen, mieszka pod je­dynką. To taki szary dom z budą dla psa od frontu - mó­wił bar­dzo ci­cho, nie­mal szep­tał, i za­pi­sy­wał jed­no­cze­śnie dane w no­tat­niku, który po­dał mu Se­jer.

- Spraw­dzi­li­ście pra­wie całą oko­licę? - spy­tał Se­jer.

- Naj­pierw po­szli­śmy na Kol­len, po­tem w dół, do Wę­żo­wego Stawu i oko­licz­nymi ścież­kami. Po­szli­śmy jesz­cze nad je­den staw, do sklepu Hor­gena i na plażę przy Pre­ste­g?rds. By­li­śmy w ko­ściele, a na końcu od­wie­dzi­li­śmy kilka go­spo­darstw. Spraw­dzi­li­śmy też w Bjer­ke­rud i w klu­bie jeź­dziec­kim Equ­estrian. Ra­gn­hild bar­dzo się in­te­re­so­wała... uhm, to zna­czy, in­te­re­suje się zwie­rzę­tami.

Przez to prze­ję­zy­cze­nie cały się za­czer­wie­nił ze wstydu. Se­jer po­kle­pał go de­li­kat­nie po ra­mie­niu.

- Sia­daj, Thor­bj?rn.

Wska­zał na sofę, gdzie było wolne miej­sce obok matki Ra­gn­hild. Pani Al­bum była te­raz w ostat­niej fa­zie prze­ra­że­nia, za­czy­nała bo­wiem uświa­da­miać so­bie, że jest taka moż­li­wość, że już ni­gdy nie zo­ba­czy córki i jej du­żych błę­kit­nych oczu. Każda myśl spra­wiała jej te­raz ból. Była tak spięta, jakby za­miast krę­go­słupa miała sta­lowy pręt. Po­li­cjantka, która przez cały ten czas po­wie­działa za­le­d­wie kilka zdań, pod­nio­sła się z krze­sła i po raz pierw­szy zde­cy­do­wała się za­in­ter­we­nio­wać.

- Pro­szę pani - po­wie­działa ci­cho - może przy­go­tu­jemy dla wszyst­kich kawę?

Ko­bieta ski­nęła nie­znacz­nie głową i po­dą­żyła za po­li­cjantką do kuchni. Po chwili sły­chać było szum pły­ną­cej wody i brzęk sta­wia­nych kub­ków. Se­jer z Karl­se­nem ode­szli na bok. Stali w słabo oświe­tlo­nym ko­ry­ta­rzu, ci­cho roz­ma­wia­jąc. Thor­bj?rn wi­dział tylko głowę Se­jera i ka­wa­łek czar­nego, błysz­czą­cego buta dru­giego po­li­cjanta. Mo­gli wresz­cie swo­bod­nie spraw­dzić, która była go­dzina. Kiedy już to usta­lili, spoj­rzeli na sie­bie i kiw­nęli w zgo­dzie gło­wami. Za­gi­nię­cie Ra­gn­hild stało się po­ważną sprawą, do któ­rej na­le­żało zmo­bi­li­zo­wać siły ca­łego wy­działu. Se­jer po­dra­pał się w ło­kieć.

- Nie mogę znieść my­śli, że ona leży gdzieś tam, w ja­kimś ro­wie.

Otwo­rzył drzwi, by ode­tchnąć świe­żym po­wie­trzem. I wła­śnie tam ją zna­lazł. W jej czer­wo­nym wdzianku, na pierw­szym stop­niu scho­dów, z białą rączką na ba­lu­stra­dzie.

- Ra­gn­hild? - za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem.

Trzy­dzie­ści szczę­śli­wych mi­nut póź­niej sa­mo­chód po­li­cjan­tów zmie­rzał w stronę Ski­fer­bak­ken. Se­jer prze­cze­sał włosy z za­do­wo­le­niem. Karl­sen po­my­ślał, że te­raz, kiedy in­spek­tor ob­ciął je tak krótko, wy­glą­dają jak me­ta­lowa szczotka. Jedna z tych, które służą do zdra­py­wa­nia sta­rej farby. Na­zna­czona zmarszcz­kami twarz Se­jera była roz­luź­niona, a nie tak jak zwy­kle na­pięta i pełna po­wagi. W po­ło­wie drogi ze wzgó­rza prze­je­chali obok sza­rego domu. Zo­ba­czyli budę dla psa i twarz ko­biety w oknie. Je­śli Helga Moen cze­kała na wi­zytę po­li­cji, mo­gła po­czuć się mocno roz­cza­ro­wana. Ra­gn­hild sie­działa bez­pieczna na ko­la­nach matki z dwiema krom­kami chleba w ręku.

Chwila, w któ­rej dziew­czynka we­szła do po­koju, na do­bre utrwa­liła się w pa­mięci oby­dwu ofi­ce­rów. Kiedy tylko matka usły­szała ci­chy głos córki, wy­bie­gła z kuchni i rzu­ciła się na dziecko gwał­tow­nie jak dra­pieżca, który chwyta ofiarę, by już ni­gdy jej nie wy­pu­ścić. Tylko szczu­płe ra­miona Ra­gn­hild i ja­sne ko­smyki jej wło­sów wy­sta­wały z ob­jęć za­bor­czych, sil­nych ra­mion matki. Przez mo­ment nic wię­cej się nie działo. Matka i córka stały po pro­stu wtu­lone w sie­bie. Nic nie mó­wiły. Thor­bj?rn pra­wie zgniótł te­le­fon w rę­kach, po­li­cjantka stała, stu­ka­jąc kub­kami, a Karl­sen pod­krę­cał tylko wąs z peł­nym za­do­wo­le­nia uśmie­chem na twa­rzy. Po­kój jakby roz­ja­śniał. Do­piero po chwili, z łka­niem po­mie­sza­nym ze śmie­chem pani Al­bum wy­krzyk­nęła - Dziecko, gdzieś ty była!

- Tak so­bie my­ślę. - Se­jer od­chrząk­nął. - Tak so­bie my­ślę, że chyba we­zmę ty­dzień urlopu. W su­mie mam jesz­cze kilka dni do wy­ko­rzy­sta­nia.

Karl­sen prze­je­chał po progu spo­wal­nia­ją­cym.

- I co bę­dziesz ro­bił? Po­je­dziesz na Flo­rydę i po­ska­czesz na spa­do­chro­nie?

- Chyba prze­wie­trzę nieco moją chatę.

- Masz ją w oko­li­cach Bre­viku, tak?

- Na Pia­sko­wej Wy­spie.

Wje­chali na główną drogę i nieco przy­śpie­szyli.

- Ja mu­szę się wresz­cie wy­brać w tym roku do Le­go­landu - wy­mam­ro­tał Karl­sen. - Już dłu­żej nie uda mi się tego od­kła­dać, córka nie daje mi spo­koju.

- Mó­wisz, jakby to była kara za nie wia­domo ja­kie prze­wi­nie­nia. - Se­jer wzru­szył ra­mio­nami. - Le­go­land jest na­prawdę fajny. Za­pew­niam cię, że wy­jeż­dża­jąc stam­tąd, bę­dziesz miał pod pa­chą parę pu­de­łek kloc­ków. Zo­ba­czysz, po­łkniesz tego bak­cyla. Jedź, na pewno nie po­ża­łu­jesz.

- By­łeś tam kie­dyś?

- Po­je­cha­łem tam z Mat­teu­sem. Wiesz, że mają tam po­mnik wo­dza Sie­dzą­cego Byka zbu­do­wany z pra­wie pół­tora mi­liona kloc­ków? Każdy w od­po­wied­nim ko­lo­rze. To nie­wia­ry­godne, co oni po­tra­fią z nich zro­bić.

Za­milkł na mo­ment na wi­dok ma­łego, bia­łego drew­nia­nego ko­ściółka, ukry­tego po le­wej stro­nie, z boku drogi, mię­dzy zie­lono-żół­tymi po­lami w oto­cze­niu buj­nego lasu. Co za piękny ko­śció­łek, po­my­ślał. To w ta­kim miej­scu po­wi­nie­nem był po­cho­wać żonę, na­wet je­śli mu­siał­bym nad­ło­żyć drogi, by do niej do­je­chać. Oczy­wi­ście, te­raz było już na to za późno. Nie żyła od po­nad ośmiu lat i le­żała na miej­sco­wym cmen­ta­rzu w sa­mym środku mia­sta, oto­czona przez spa­liny i ni­gdy nie­milk­nący ha­łas prze­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów.

- My­ślisz, że z dziew­czynką jest wszystko w po­rządku?

- Wy­glą­dała do­brze. Po­pro­si­łem jej matkę, żeby do nas za­dzwo­niła, jak tylko wszystko się tro­chę uspo­koi. W końcu pew­nie mała ze­chce o tym opo­wie­dzieć. Nie było jej przez całe sześć go­dzin - po­wie­dział z na­my­słem. - To ka­wał czasu. Ten wilk mu­siał mieć na­prawdę coś w so­bie.

- No tak. Wiemy przy­naj­mniej tyle, że miał prawo jazdy. Nie może być ta­kim znowu od­lud­kiem.

- Ale tego, czy ma prawo jazdy, nie wiemy na sto pro­cent, prawda?

- Nie, cho­lera, masz ra­cję - od­po­wie­dział Karl­sen. Przy­ha­mo­wał gwał­tow­nie i wje­chał na sta­cję w cen­trum, na­zwa­nym tak nieco na wy­rost. Skła­dały się na nie poczta, mały bank, za­kład fry­zjer­ski i sta­cja ben­zy­nowa. Pla­kat re­kla­mu­jący wy­prze­daż le­karstw wi­siał w oknie lo­kal­nego sklepu spo­żyw­czego, a za­kład fry­zjer­ski ku­sił no­wym łóż­kiem opa­la­ją­cym.

- Mu­szę coś prze­gryźć. Idziesz ze mną?

We­szli do środka. Se­jer ku­pił ga­zetę i coś słod­kiego. Spoj­rzał przez okno w dół, w stronę fiordu.

- Prze­pra­szam - ode­zwała się dziew­czyna za kasą, wpa­tru­jąc się ner­wowo w mun­dur Karl­sena. - Czy z Ra­gn­hild wszystko w po­rządku?

- Zna ją pani? - za­py­tał Se­jer, kła­dąc na la­dzie drobne za za­kupy.

- Nie, to zna­czy nie znam oso­bi­ście, ale wiem, która to ro­dzina. Jej matka szu­kała jej tu dziś rano.

- Wszystko w po­rządku. Ra­gn­hild wró­ciła do domu.

Dziew­czyna uśmiech­nęła się z ulgą i wy­dała mu resztę. Se­jer przyj­rzał się jej uważ­nie.

- Czy pani stąd po­cho­dzi? Zna pani oko­licz­nych miesz­kań­ców?

- Tak. Nie ma nas znowu tak wielu.

- Mam py­ta­nie: czy je­śli za­py­tał­bym pa­nią o pew­nego męż­czy­znę, praw­do­po­dob­nie o nieco dziw­nym za­cho­wa­niu, który jeź­dzi białą, brzydką fur­go­netką z odra­pa­nym la­kie­rem, wie­dzia­łaby pani, o kogo cho­dzi?

- Opis pa­suje jak ulał do Ray­monda. - Po­ki­wała głową. - Ray­monda L?ke.

- Co może mi pani o nim opo­wie­dzieć?

- Pra­cuje w biu­rze pracy. Mieszka ra­zem z oj­cem w cha­cie na ubo­czu po dru­giej stro­nie Kol­len. Cierpi na ze­spół Do­wna. Ma około trzy­dzie­stu lat i jest bar­dzo miły. A tak przy oka­zji, to wła­śnie jego oj­ciec pro­wa­dził tę sta­cję wcze­śniej, to zna­czy, za­nim prze­szedł na eme­ry­turę.

- Czy Ray­mond ma prawo jazdy?

- Nie ma, ale i tak jeź­dzi fur­go­netką ojca. Jego oj­ciec jest in­wa­lidą, więc chyba nie­spe­cjal­nie może kon­tro­lo­wać, co aku­rat po­ra­bia jego syn. Lo­kalna po­li­cja wie o tym i za­trzy­muje Ray­monda od czasu do czasu, ale nie­wiele to zmie­nia. I tak ni­gdy nie jeź­dzi szyb­ciej niż na dru­gim biegu. Czy to on za­brał Ra­gn­hild?

- Tak.

- Więc nie mo­gła być bez­piecz­niej­sza. - Uśmiech­nęła się. - Ray­mond za­trzy­małby się, żeby prze­pu­ścić bie­dronkę, gdyby chciała aku­rat przejść przez jezd­nię.

Obaj męż­czyźni uśmiech­nęli się i wy­szli na ze­wnątrz. Karl­sen ugryzł ka­wa­łek cze­ko­lady i ro­zej­rzał się do­okoła.

- Miłe mia­steczko - za­uwa­żył, je­dząc.

Se­jer, który za­do­wo­lił się mar­ce­pa­nem, po­dą­żył za jego wzro­kiem. - Ten fiord jest na­prawdę głę­boki, po­nad trzy­sta me­trów w dół. Woda ni­gdy nie ma tu wię­cej niż sie­dem­na­ście stopni.

- Znasz ko­goś w tej oko­licy?

- Oso­bi­ście nie, ale moja córka In­grid zna. Była tu na wy­cieczce folk­lo­ry­stycz­nej. Or­ga­ni­zują je na je­sień, ro­zu­miesz, coś w ro­dzaju "po­znaj swój re­gion". Ona uwiel­bia ta­kie kli­maty.

Zwi­nął pa­pie­rek po sło­dy­czach w cienki pa­sek i scho­wał do kie­szeni ko­szuli. - Jak my­ślisz, czy ktoś z ze­spo­łem Do­wna może być do­brym kie­rowcą?

- Nie mam po­ję­cia. Wiesz, ta cała cho­roba bie­rze się stąd, że ta­kie osoby mają po pro­stu o je­den chro­mo­som za dużo. Wy­daje mi się, że ich naj­więk­szy pro­blem po­lega na tym, że znacz­nie dłu­żej niż zdro­wym lu­dziom zaj­muje im ucze­nie się no­wych rze­czy. Czę­sto cier­pią też na wady serca i nie za­wsze mają szansę do­żyć po­de­szłego wieku. No i jest jesz­cze kwe­stia dłoni.

- Co masz na my­śli?

- Na dło­niach bra­kuje im ja­kiejś li­nii czy coś ta­kiego.

Se­jer spoj­rzał na niego za­sko­czony. - W każ­dym ra­zie Ra­gn­hild wy­da­wała się za­do­wo­lona z no­wej zna­jo­mo­ści.

- Wy­daje mi się, że kró­liki ode­grały tu za­sad­ni­czą rolę.

Karl­sen wy­jął z kie­szeni chu­s­teczkę i wy­tarł ką­ciki ust. - Do­ra­sta­łem ra­zem z dziec­kiem z ze­spo­łem Do­wna. Na­zy­wa­li­śmy go Sza­lo­nym Gun­na­rem. Te­raz, jak o tym my­ślę, wy­daje mi się, że my wtedy chyba na­prawdę wie­rzy­li­śmy, że on po­cho­dzi z ja­kiejś in­nej pla­nety. Nie­stety, już nie żyje. Zmarł w wieku trzy­dzie­stu pię­ciu lat.

Wsie­dli do sa­mo­chodu i od­je­chali. Se­jer przy­go­to­wał krót­kie stresz­cze­nie prze­biegu ak­cji, które miał za­miar przed­sta­wić sze­fowi wy­działu po po­wro­cie do ko­mi­sa­riatu. Tych kilka dni wol­nego na­gle stało się dla niego nie­zwy­kle ważne. Pora była od­po­wied­nia, plany wy­glą­dały obie­cu­jąco, a szczę­śliwe za­koń­cze­nie hi­sto­rii z za­gi­nioną dziew­czynką wpra­wiło go w do­bry na­strój. Spo­glą­dał na mi­jane pola i łąki. Za­uwa­żył, że nieco zwol­nili. Chwilę póź­niej zro­zu­miał dla­czego. Przed nimi w żół­wim tem­pie su­nął trak­tor, któ­rego nie mieli szansy wy­mi­nąć. Kiedy tylko wy­jeż­dżali na pro­stą, oka­zy­wało się, że mają za mało wol­nego miej­sca. Rol­nik, który sie­dział za kie­row­nicą ma­szyny w ogrod­ni­czej czapce i na­usz­ni­kach, wy­glą­dał jak pień, który ja­kimś cu­dem wy­rósł pro­sto z sie­dze­nia kie­rowcy. Karl­sen zmie­nił bieg i wes­tchnął.

- Wie­zie bruk­selkę. Mo­żesz się wy­chy­lić i ścią­gnąć skrzynkę? Mo­gli­by­śmy ją ugo­to­wać w kan­ty­nie po po­wro­cie do pracy.

- Te­raz je­dziemy rów­nie szybko jak Ray­mond - sko­men­to­wał Se­jer. - Ży­cie na dru­gim biegu. To do­piero by­łoby coś, nie są­dzisz?

Oparł swoją siwą głowę na za­główku i za­mknął oczy.

W po­rów­na­niu do ci­chej i spo­koj­nej pro­win­cji mia­sto przy­po­mi­nało ja­zgo­tliwy, cha­otyczny twór po­bu­dzany ru­chem lu­dzi i sa­mo­cho­dów. Główna ar­te­ria ko­mu­ni­ka­cyj­nego za­toru cią­gnęła się jak zwy­kle przez cen­trum. Rada mia­sta za­ja­dle wal­czyła o re­ali­za­cję bu­dowy tu­nelu, któ­rego pro­jekt le­żał już od dawna go­towy, jed­nak co chwilę ko­lejne grupy blo­ko­wały roz­po­czę­cie ro­bót, uży­wa­jąc co­raz to po­waż­niej­szych ar­gu­men­tów. Ko­miny wen­ty­la­cyjne za­bu­rzą har­mo­nię nad­rzecz­nego kra­jo­brazu, ha­łas ma­szyn bę­dzie nie do znie­sie­nia albo za­nie­czysz­cze­nia spo­wo­do­wane bu­dową okażą się zbyt po­ważne. W rze­czy­wi­sto­ści cho­dziło o jedno - koszta in­we­sty­cji.

Se­jer po­pa­trzył na ulicę z okna ga­bi­netu szefa. Zło­żył po­da­nie o urlop i te­raz cze­kał na od­po­wiedź. Oczy­wi­ście, była to czy­sta for­mal­ność. Hol­the­mann ni­gdy nie od­mó­wiłby Kon­ra­dowi Se­je­rowi. Jed­nak szef lu­bił, by wszystko było za­ła­twione jak na­leży.

- Spraw­dzi­łeś har­mo­no­gram dy­żu­rów? Uzgod­ni­łeś to z resztą ze­społu?

Se­jer kiw­nął głową na po­twier­dze­nie. - Soot weź­mie dwie zmiany z Si­ven. Spo­dzie­wam się, że ona so­bie z nim po­ra­dzi.

- Za­tem nie wi­dzę po­wodu, by...

Roz­mowę prze­rwał dzwo­nek te­le­fonu. Dwa krót­kie sy­gnały, wy­so­kie i nie­cier­pliwe jak wrzask zgłod­nia­łego pi­sklę­cia. Se­jer nie był szcze­gól­nie re­li­gijny, ale i tak po­mo­dlił się do opatrz­no­ści, by wa­ka­cje nie umknęły mu sprzed nosa.

- Chcesz wie­dzieć, czy Kon­rad jest w moim ga­bi­ne­cie? - za­py­tał Hol­the­mann. - Tak, jest. Już ci go daję.

Wy­cią­gnął nieco ka­bel i po­dał Se­je­rowi słu­chawkę. Ten wziął ją do ręki prze­ko­nany, że jego córka In­grid chce cze­goś od niego. Miał jed­nak na­dzieję, że nie usły­szy żad­nych złych wie­ści.

To była pani Al­bum.

- Czy wszystko w po­rządku z Ra­gn­hild?

- Tak, wszystko w po­rządku. Tylko kiedy wresz­cie zo­sta­ły­śmy same, opo­wie­działa mi coś bar­dzo dziw­nego. Mu­sia­łam do pana za­dzwo­nić. Po­my­śla­łam, że cała ta jej opo­wieść jest tak nie­zwy­kła, że chyba nie mo­gła jej zmy­ślić. Więc na wszelki wy­pa­dek dzwo­nię do pana. I tak mu­sia­ła­bym ko­muś po­wie­dzieć.

- Co się stało? - za­py­tał za­in­try­go­wany.

- Ten męż­czy­zna, z któ­rym była, po­ka­zał jej, jak wró­cić do domu. A tak przy oka­zji, ma na imię Ray­mond, w końcu so­bie przy­po­mniała. W każ­dym ra­zie, po­je­chali na drugą stronę Kol­len, w oko­lice Wę­żo­wego Stawu. Tam się na chwilę za­trzy­mali.

- I co da­lej?

- Ra­gn­hild mówi, że nad sta­wem leży ko­bieta.

Aż za­mru­gał ze zdzi­wie­nia. - Prze­pra­szam, czy może pani po­wtó­rzyć?

- Mówi, że tam nad sta­wem leży ko­bieta. Nie ru­sza się i jest zu­peł­nie naga. - W jej gło­sie sły­chać było zde­ner­wo­wa­nie i za­wsty­dze­nie opo­wia­daną hi­sto­rią.

- Czy wie­rzy pani córce?

- Wie­rzę. Czy dziecko wy­my­śli­łoby coś ta­kiego? Nie mam od­wagi, by sa­mej to spraw­dzić, a nie chcę za­bie­rać jej tam ze sobą.

- Do­brze, każę to zba­dać. Pro­szę ni­komu nie mó­wić o na­szej roz­mo­wie. Skon­tak­tuję się z pa­nią.

Odło­żył słu­chawkę, w my­ślach za­my­ka­jąc drzwi od swo­jej chaty. Za­pach mor­skiej bryzy i wi­dok świeżo zło­wio­nych dor­szy szybko wy­pa­ro­wały z jego wy­obraźni. Uśmiech­nął się do Hol­the­manna.

- Wiesz co, jest jedna sprawa, którą mu­szę za­ła­twić przed urlo­pem.

Karl­sen był na pa­trolu w je­dy­nym wol­nym tego dnia sa­mo­cho­dzie, a miał do spraw­dze­nia całe cen­trum mia­sta. Se­jer za­brał więc ze sobą Skar­rego, mło­dego po­li­cjanta z bu­rzą krę­co­nych wło­sów. Był to nie­wy­soki, we­soły męż­czy­zna o do­brych ma­nie­rach i opty­mi­stycz­nym uspo­so­bie­niu. W jego mo­wie sły­chać było ryt­miczny, po­łu­dniowy dia­lekt. Za­par­ko­wali przy skrzynce pocz­to­wej w Gra­nit­tve­ien i ucięli so­bie krótką roz­mowę z Irene Al­bum. Ra­gn­hild stała obok, przy­cze­piona ni­czym rzep do su­kienki matki. Wi­dać było, że od­po­wied­nia ilość upo­mnień utrwa­liła się w ja­snej główce dziecka. Ko­bieta tłu­ma­czyła, ge­sty­ku­lu­jąc przy tym in­ten­syw­nie, że mu­szą pójść ozna­czoną ścieżką, która bie­gnie na­prze­ciwko domu i pro­wa­dzi do kra­wę­dzi lasu, w górę, na lewo od szczytu Kol­len. "Ta­kim ak­tyw­nym męż­czy­znom jak wy po­winno to za­jąć nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia mi­nut", po­wie­działa.

Pnie drzew ozna­czone były błę­kit­nymi strzał­kami wska­zu­ją­cymi szlak. Z ta­neczną wręcz gra­cją omi­jali prze­szkody po­zo­sta­wione przez owce, od czasu do czasu tylko scho­dząc ze ścieżki na są­sia­du­jące z nią wrzo­so­wi­ska. Nie­stru­dze­nie wspi­nali się pod górę. Droga sta­wała się co­raz bar­dziej stroma. Skarre za­czy­nał od­czu­wać zmę­cze­nie, Se­jer szedł swo­bod­nie. Za­trzy­mali się tylko raz, by z góry spoj­rzeć na oko­liczne domy. Wi­dzieli je­dy­nie brą­zo­wo­ró­żowe da­chy, które im da­lej, tym sta­wały się ciem­niej­sze. Kiedy po­now­nie ru­szyli w drogę, nie roz­ma­wiali już ze sobą. Po pierw­sze chcieli oszczę­dzać od­dech, po dru­gie my­śleli o tym, co mogą za­stać na miej­scu. Las był tak gę­sty, że szli wła­ści­wie w pół­mroku. In­stynk­tow­nie Se­jer sku­piał całą swoją uwagę na ścieżce, ale nie dla­tego, że bał się po­tknąć. Je­śli rze­czy­wi­ście coś stało się tam na gó­rze, każdy szcze­gół mógł być ważny. Ma­sze­ro­wali do­kład­nie przez sie­dem­na­ście mi­nut, kiedy las otwo­rzył się przed nimi, a prze­strzeń na­peł­niła się świa­tłem. Te­raz już mo­gli zo­ba­czyć wodę, lu­strzaną ta­flę stawu nie więk­szego od sa­dzawki, oto­czo­nego przez świer­kowy las i za­po­mnia­nego ni­czym ta­jemne miej­sce. Przez chwilę przy­glą­dali się oko­licy i żół­tej li­nii trzcin, aż za­uwa­żyli coś, co z od­dali wy­glą­dało jak plaża. Skie­ro­wali się w tamtą stronę w pew­nej od­le­gło­ści od brzegu. Si­to­wie ota­czało staw dość sze­ro­kim pa­sem, a oni nie byli przy­go­to­wani na bro­dze­nie w wo­dzie.

Trudno by­łoby to miej­sce na­zwać plażą. Przy­po­mi­nało ra­czej błot­ni­stą ła­chę, na któ­rej le­żało cztery czy pięć du­żych ka­mieni wy­star­cza­ją­cych, by po­wstrzy­mać eks­pan­sję si­to­wia. Praw­do­po­dob­nie tylko tu można było do­stać się do wody. Na błot­ni­stej ziemi le­żała ko­bieta. Spo­czy­wała na boku, ple­cami w ich stronę. Przy­kry­wała ją ciemna kurtka. Oprócz tego nie miała nic na so­bie. Nie­bie­skie i białe ubra­nia le­żały zło­żone obok. Se­jer za­trzy­mał się i od­ru­chowo się­gnął po te­le­fon ko­mór­kowy, który no­sił na pa­sku. Po chwili zmie­nił zda­nie i ostroż­nie zbli­żył się w stronę ciała, sły­sząc chlu­pot błota pod po­de­szwami bu­tów.

- Nie ru­szaj się - po­wie­dział ni­skim gło­sem do po­li­cjanta.

Skarre po­słu­chał. Se­jer stał te­raz na kra­wę­dzi wody, ba­lan­su­jąc na ka­mie­niu tak, by móc zo­ba­czyć ko­bietę od przodu. Nie chciał ni­czego do­ty­kać, jesz­cze nie te­raz. Jej oczy były już nieco za­pad­nięte, a ich po­wierzch­nia ma­towa i po­marsz­czona. Spod wpół­przy­mknię­tych po­wiek wpa­try­wała się w so­bie tylko znany punkt na wo­dzie. Także źre­nice stra­ciły już swój na­tu­ralny, okrą­gły kształt. Miała otwarte usta oto­czone żół­tawą pianą jakby wy­mio­ci­nami. Na­chy­lił się i dmuch­nął na pianę, nie po­ru­szyła się. Twarz ko­biety znaj­do­wała się za­le­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów od lu­stra wody. Przy­ło­żył dwa palce do jej tęt­nicy szyj­nej. Skóra stra­ciła już całą swoją ela­stycz­ność i była tak zimna, jak się tego spo­dzie­wał.

- Nie żyje - po­wie­dział.

Na jej uszach i szyi za­uwa­żył blade czer­wo­no­fio­le­towe ślady. Jej skóra po­kryta była gę­sią skórką. Na pierw­szy rzut oka nie było wi­dać żad­nych ran. Se­jer wró­cił na brzeg. Skarre cze­kał z rę­kami w kie­sze­niach i wy­glą­dał nie­swojo. Nie chciał po­peł­nić żad­nego błędu.

- Poza kurtką jest zu­peł­nie naga. Nie wi­dać żad­nych ob­ra­żeń ze­wnętrz­nych. Na moje oko, ma ja­kieś osiem­na­ście, dwa­dzie­ścia lat.

Na­stęp­nie za­dzwo­nił do wy­działu i po­pro­sił o ka­retkę, grupę do za­bez­pie­cze­nia śla­dów, fo­to­grafa i tech­ni­ków. Wy­ja­śnił im, jak tra­fić do nich sa­mo­cho­dem z dru­giej strony Kol­len. Po­pro­sił też, by za­par­ko­wali nieco da­lej. W ten spo­sób nie znisz­czą ewen­tu­al­nych śla­dów opon na dro­dze. Kiedy skoń­czył roz­ma­wiać, ro­zej­rzał się do­okoła w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, na czym można usiąść. W końcu wy­brał naj­bar­dziej pła­ski z ka­mieni. Skarre usiadł obok niego. Sie­dzieli w mil­cze­niu, przy­pa­tru­jąc się ko­bie­cie. Jej bia­łym no­gom i ja­snym, dłu­gim do ra­mion wło­som. Le­żała w po­zy­cji pra­wie em­brio­nal­nej, z rę­kami zło­żo­nymi na pier­siach i pod­cią­gnię­tymi ko­la­nami. Wia­trówka, która ją przy­kry­wała, się­gała do po­łowy uda. Była czy­sta i su­cha. Reszta ubrań le­żała na sto­sie obok, wszyst­kie były mo­kre i za­bło­cone - dre­li­chowe spodnie z pa­skiem, biało-gra­na­towa ko­szula w kratkę, biu­sto­nosz, gra­na­towy szkolny ble­zer i re­eboki.

- Co to jest, to przy ustach? - za­py­tał ci­cho Skarre.

- Piana - od­po­wie­dział zwięźle Se­jer.

- Jak to piana? A skąd się wzięła?

- Tego za­pewne już wkrótce się do­wiemy. - Se­jer po­krę­cił głową. - Wy­gląda, jakby uło­żyła się do snu, od­wró­cona ple­cami do świata.

- Lu­dzie ra­czej nie roz­bie­rają się do naga, kiedy chcą po­peł­nić sa­mo­bój­stwo, prawda?

Se­jer nie od­po­wie­dział. Po raz ko­lejny spoj­rzał na ko­bietę, na jej białe ciało le­żące przy ciem­nej wo­dzie, oto­czone przez mroczny, świer­kowy las. Scena nie miała w so­bie nic bru­tal­nego. Wszystko wy­glą­dało nie­zwy­kle spo­koj­nie. Cze­kali.

Z lasu wy­szło sze­ściu męż­czyzn. Ich roz­mowy uci­chły, gdy zo­ba­czyli dwóch cze­ka­ją­cych na nich po­li­cjan­tów. Chwilę póź­niej za­uwa­żyli ciało ko­biety. Se­jer wstał i za­wo­łał:

- Trzy­maj­cie się tej strony!

Zro­bili tak, jak po­wie­dział. Wszy­scy do­sko­nale roz­po­zna­wali siwą głowę in­spek­tora. Je­den z męż­czyzn obej­rzał te­ren fa­cho­wym okiem, zba­dał grunt, który w miej­scu, gdzie stał, był dość twardy, i po­wie­dział, że nie pa­dało. Pierw­szy pod­szedł fo­to­graf. Nie po­świę­cił wiele czasu ofie­rze, za­miast tego po­pa­trzył w niebo, jakby chciał spraw­dzić, czy ma od­po­wied­nie świa­tło do ro­bie­nia zdjęć.

- Zrób zdję­cia z każ­dej strony - na­ka­zał Se­jer. - I uwzględ­nij na nich oko­licę. Oba­wiam się, że do tego bę­dziesz mu­siał wejść do wody, bo po­trze­buję także zdjęć od przodu, a nie chcę jej prze­no­sić. Kiedy już bę­dziesz miał pół filmu, zdej­miemy jej kurtkę.

- Ta­kie gór­skie stawy jak ten są zwy­kle bar­dzo głę­bo­kie - za­uwa­żył scep­tycz­nie fo­to­graf.

- Chyba po­tra­fisz pły­wać?

Za­pa­dła ci­sza.

- Tam jest łódka - wska­zał Se­jer. - Mo­żemy ją wy­ko­rzy­stać.

- Ta wio­słówka? Wy­gląda na spróch­niałą.

- No cóż, za­raz się prze­ko­namy - szorstko pod­su­mo­wał Se­jer.

Reszta grupy stała obok, ob­ser­wu­jąc pracę fo­to­grafa. Je­den z tech­ni­ków prze­szu­ki­wał dal­szą część brzegu, która ku jego za­sko­cze­niu oka­zała się dość czy­sta i nie­za­śmie­cona. Miej­sce było od­osob­nione i dość ro­man­tyczne, a w ta­kiej oko­licy znaj­do­wało się za­zwy­czaj dużo kap­sli od bu­te­lek, zu­ży­tych pre­zer­wa­tyw, pe­tów i opa­ko­wań po sło­dy­czach. Tu nie zna­leźli ni­czego.

- Nie­sa­mo­wite - stwier­dził. - Nie ma nic, na­wet spa­lo­nej za­pałki.

- Praw­do­po­dob­nie po­sprzą­tał po so­bie - wy­ja­śnił Se­jer.

- Wy­gląda na sa­mo­bój­stwo, nie są­dzisz?

- Jest cał­kiem naga - za­uwa­żył Se­jer.

- Tak, ale mu­siała sama to zro­bić. Te ubra­nia nie zo­stały ścią­gnięte z niej siłą. To jedno jest pewne.

- Są całe brudne.

- Może wła­śnie dla­tego je zdjęła. - Uśmiech­nął się. - Poza tym wy­mio­to­wała. Mu­siała zjeść coś, czego nie była w sta­nie stra­wić.

Se­jer po­wstrzy­mał się od od­po­wie­dzi i spoj­rzał na ko­bietę. Mógł zro­zu­mieć, dla­czego tech­nik do­szedł do ta­kich, a nie in­nych wnio­sków. Dziew­czyna wy­glą­dała, jakby sama po­ło­żyła się w tym miej­scu. Jej ubra­nia były skru­pu­lat­nie zło­żone, a nie po­roz­rzu­cane. Były co prawda brudne, ale poza tym nie wy­glą­dały na po­darte. Tylko przy­kry­wa­jąca ją kurtka była czy­sta i su­cha. Po­pa­trzył na zie­mię wo­kół ciała i za­uwa­żył coś, jakby od­cisk buta. - Spójrz­cie na to - po­wie­dział.

Fo­to­graf na­chy­lił się nad śla­dami i kil­ku­krot­nie go zmie­rzył.

- Bez­na­dziejna sprawa. Są całe w wo­dzie.

- Żad­nego nie mo­żesz użyć?

- Ra­czej nie.

Wpa­try­wali się w wy­peł­nione wodą za­głę­bie­nia.

- Tak czy ina­czej, zrób zdję­cia. Wy­dają się nie­wiel­kie, jakby prze­cho­dziła tędy osoba z ma­łymi sto­pami.

- Co naj­wy­żej dwa­dzie­ścia, dwa­dzie­ścia je­den cen­ty­me­trów. Nie­dużo. Może to jej. - Fo­to­graf zro­bił kilka zdjęć od­ci­sków stóp, po­tem wsiadł do sta­rej łódki i ode­pchnął się od brzegu. Nie zna­leźli żad­nych du­lek, więc sam mu­siał utrzy­my­wać wio­sła w od­po­wied­niej po­zy­cji. Z każ­dym jego ru­chem łódka bu­jała się gwał­tow­nie.