ROZDZIAŁ 7
Solene
Stephenowi ostatecznie udało się przekonać tatę do swojej wersji zdarzeń. Nie jestem pewna, jak potężne było pranie mózgu, które mu urządził pod moją nieobecność, ale cała odpowiedzialność za tamto zajście spadła na mnie. Kiedy już wróciłam do mieszkania, musiałam zmierzyć się z czekającymi za progiem konsekwencjami.
To nie było łatwe.
Tata miał mi za złe, że chciałam bezwstydnie wykorzystać jego żonatego kumpla, o czym mnie dobitnie poinformował. Nie docierały do niego żadne argumenty, nawet nie chciał ich słuchać. Zamiast spokojnie porozmawiać, wolał wykrzyczeć, jak bardzo jest mu wstyd, że ma taką córkę. Zabolało, ale mimo wszystko w ciągu kolejnych dni próbowałam go przekonać, że sytuacja nie wyglądała tak, jak zostało mu to wmówione.
Za pierwszym razem sprawiał wrażenie głuchego. Przy następnych zaczął nerwowo zaciskać pięści. Dopiero wczoraj skończyła się jednak jego cierpliwość. Nie wyłapałam sygnałów i nie zamilkłam w porę. Tak bardzo mi zależało, że przegięłam ze staraniami. Koniec końców jedyne, co zyskałam, to rozległy, paskudny siniak na prawym policzku.
To on sprawił, że znów uciekłam do Davida, by szukać pocieszenia w jego objęciach, a on stanął na wysokości zadania i uważnie się mną zajął.
- Powinnaś czymś zakryć to paskudztwo.
Mrugam kilkukrotnie, wyrywając się fali wspomnień, i patrzę przed siebie, na Davida. Opiera się na łokciach po obu stronach mojej głowy, żeby całkiem mnie nie zgnieść. Mimo to wciąż czuję na sobie ciężar jego ciała i jest to przytłaczające. Ta bliskość utrudnia mi oddychanie, a jednocześnie napędza niechciane myśli. I wzmaga bierność. Pieprzoną bierność, której nie potrafię się wyzbyć. Nie zliczę, który już raz dopuściłam do tego, aby sytuacja wymknęła mi się spod kontroli.
David najwyraźniej wychwytuje, że niczego nie rozumiem, bo kilkukrotnie stuka palcem po moim policzku, przypominając, że miejsce, w które oberwałam, najpewniej zdążyło nabrać już barw. Pac, pac, pac. Bezlitośnie, jakby walił w mały bębenek, a nie uwrażliwiony punkt na ciele. Chyba nie zdaje sobie sprawy, że to wciąż boli.
Nie jest w mojej skórze.
Nie wiem, co mam mu na to odpowiedzieć, więc milczę, a to działa na niego drażniąco, bo przewraca oczami i wzdycha, po czym się odsuwa. Złazi ze mnie i zostawia samą, a ja zakrywam twarz dłońmi. W tym momencie chciałabym stać się niewidzialną.
- Nie rozumiem, dlaczego pozwoliłaś mu się uderzyć akurat w twarz - wzdycha.
Słyszę, jak pstryka zapalniczką, i po chwili do mojego nosa dociera woń dymu papierosowego. Nie lubię tego zapachu, ale nie protestuję. W końcu to jego mieszkanie, a ja jestem tylko gościem, i to wyjątkowo kłopotliwym. Może tu robić, co chce.
- I jeszcze teraz zachowujesz się w ten sposób - dodaje szorstko, by podkreślić, jak bardzo nie podoba mu się moja pasywność. - Świętego doprowadziłabyś do furii.
Jestem beznadziejna.
- Przepraszam.
Biorę głęboki oddech i powoli podnoszę się do siadu. David stoi przy parapecie, od czasu do czasu strzepując popiół do znajdującej się tam doniczki z paprotką. Dziwię się, że roślina wciąż wygląda całkiem nieźle, i to pomimo jego zabiegów. Jest silniejsza, niż mogłoby się wydawać.
- Ciągle przepraszasz - wytyka, ledwo hamując gniew. Mięśnie na ramionach mu się napinają, gdy stara się zachować spokój i nie wybuchnąć. - Właściwie ostatnio nie robisz nic innego. Szkoda tylko, że niewiele z tego wynika.
David nie spuszcza ze mnie wzroku. Intensywność jego spojrzenia sprawia, że chociaż dawno wyzbyłam się wstydliwości i przestałam się go krępować, teraz odczuwam nagłą potrzebę, aby zakryć się przed nim szczelnie kocem. Idiotyzm.
- Mam trochę gorszy czas, ale...
- Nie tłumacz się. Nic nie usprawiedliwia braku zaangażowania, a tego nie dostaję od ciebie nawet już dłużej, niż trwa ten twój cały "gorszy czas" - wypomina. - Równie dobrze mógłbym posuwać właśnie dmuchaną lalę i nie poczułbym żadnej różnicy. Żadnej, rozumiesz? Może nawet okazałaby się lepsza od ciebie. Zastanowię się, czy cię na nią nie wymienić. Przynajmniej nie musiałbym słuchać ciągłego biadolenia i patrzeć na twoją wiecznie zbolałą minę - dodaje beznamiętnym tonem, a mnie coś ściska w gardle i oczy zaczynają piec.
- David, proszę...
- Nie, Solene, to ja proszę ciebie - przerywa bezlitośnie. - Błagam wręcz, żebyś się w końcu otrząsnęła, bo mam tego dość. Nie znam drugiej takiej osoby, która użalałaby się nad sobą do tego stopnia. Wydawało mi się, że jak dostaniesz trochę wsparcia, to będziesz potrafiła z niego skorzystać i z czasem staniesz na nogi. Jak widać, ostro się przeliczyłem. Nie doceniasz niczego, co ci ofiaruję. - Rzuca mi wymowne spojrzenie i zaciąga się papierosem.
Nie musi mówić, że jest rozgoryczony, bo zawiodłam jego oczekiwania. To oczywiste. Bywają momenty, że sama mam problem, żeby spojrzeć na swoje odbicie w lustrze. Od pewnego czasu sama już się w nim nie poznaję. Dziewczyny, która wierzyła, że jeszcze wszystko jakoś się ułoży, tam nie ma.
- Jest coraz gorzej - ciągnie dalej. - Z każdym miesiącem coraz trudniej jest z tobą wytrzymać. No, powiedz, ile jeszcze mam znosić twoje humory? A może to twoja nowa strategia na zwrócenie na siebie uwagi i wzbudzenie współczucia? Poczułaś, że łatwo idzie się przez życie, kiedy wszyscy głaskają cię po głowie, i teraz specjalnie robisz z siebie jeszcze większą sierotę, niż jesteś w rzeczywistości? To błąd, skarbie, na dłuższą metę to ci się nie uda. Wystarczy spojrzeć poza czubek własnego nosa. Uwierz mi, nie tylko ty masz w życiu pod górkę. Inni często mają gorzej. Mogłabyś niekiedy o tym pomyśleć i wykazać się większą wdzięcznością za to, co masz.
Każde z jego słów sprawia mi ból i powoduje, że czuję się coraz mniejsza. Zaraz zniknę. Mrugam szybciej, a gdy to nie pomaga i łzy wciąż domagają się ujścia, mocno zaciskam powieki. Nie będę beczeć i obrażać się za prawdę. Bo David ma rację. Jestem hipokrytką. Mógł ująć to inaczej, ale on już taki jest. Bezpośredni.
- Idę pod prysznic - oznajmia, gdy nadal nie uzyskuje ode mnie żadnej odpowiedzi. - Dołączysz czy tego też nie chcesz?
- Idę - deklaruję, lecz zanim podnoszę się z łóżka, zerkam kontrolnie na zegarek, a wtedy cichy jęk opuszcza moje usta. Straciłam poczucie czasu. Jest później, niż się spodziewałam.
- Solene... - rzuca ostrzegawczo.
- Nie mogę. Muszę biec do pracy, zaraz będę spóźniona - tłumaczę ostrożnie, nie chcąc wywołać w nim jeszcze większej złości. - Przyjdę do ciebie, jak tylko wrócę, i postaram się być już bardziej obecna. Nie gniewaj się - dodaję ugodowym tonem, bo David wciąż stoi w progu, świdrując mnie wzrokiem. Rozważa, czy powinien się nadal pieklić.
W końcu jednak odpuszcza. Odwraca się na pięcie i bez słowa zatrzaskuje mi przed nosem drzwi do łazienki. Wiem, że znowu jest rozczarowany, a przez to wściekły. Ma do tego prawo. Zasługuje na znacznie więcej uwagi, niż rzeczywiście mu poświęcam. Każdemu na jego miejscu skończyłaby się cierpliwość, ale wieczorem wszystko mu wynagrodzę. Obieram to sobie za cel, gdy szybko przygotowuję się do pracy i wychodzę.
Trzymam się tego postanowienia mocno przez cały dzień, a zaraz po zakończeniu zmiany jak najszybciej opuszczam budyneczek spożywczaka z zamiarem wprowadzenia planu w życie. Prosty plan - wrócić do mieszkania, jeszcze raz porozmawiać z Davidem i spróbować naprawić naszą relację. To musi się udać. Za bardzo mi na nim zależy, aby zwyczajnie odpuścić. Nawet robię kilka kroków w odpowiednią stronę, ale mój telefon po raz kolejny daje o sobie znać. Tym razem za sprawą Lucy.
- Jak bardzo jesteś zajęta? - Żadnego "Cześć, miło cię słyszeć". Lu nie bawi się w konwenanse.
- A jak bardzo powinnam? - odbijam pytanie i rozglądam się, żeby sprawdzić, czy do przystanku przypadkiem nie zbliża się autobus. Drogą ciągnie się sznur samochodów, ale tego konkretnego pojazdu wciąż brak na horyzoncie. To mnie irytuje.
- Najlepiej wcale - śmieje się. - Pamiętam, że umawiałyśmy się dopiero na poniedziałek, ale trochę ludzi nam się dzisiaj wykruszyło, przydałaby mi się twoja pomoc i towarzystwo. Dasz radę wpaść?
Przygryzam dolną wargę, bijąc się z myślami. Lucy, całkiem nieświadomie, stawia mnie tą prośbą pod ścianą. Z jednej strony chciałabym jej pomóc, z drugiej - nie lubię zmieniać swoich planów w ostatniej chwili. To pozbawia mnie uczucia stabilności, a tego bardzo potrzebuję. Szczególnie teraz.
- Sama nie wiem, Lu... - mamroczę niewyraźnie. Poprawiam zsuwający się z ramienia pasek torebki i mocno zaciskam na nim palce. Autobus wciąż nie nadjeżdża, co nie ułatwia wyboru. - Obiecałam Davidowi, że spędzę z nim więcej czasu.
- Przecież jeszcze zdążysz. Razem szybciej się ze wszystkim uporamy i potem będziesz wolna - obiecuje. Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych. - Nie zabiorę wam całego wieczora, słowo. To jak?
Nie umiem jej odmówić.
- Postaram się.
Kończę połączenie, ale mimo wszystko wciąż się waham. Przez chwilę dyskutuję wewnętrznie sama ze sobą, analizując plusy i minusy takiego wyboru, i w końcu się decyduję. Zamiast poczekać na autobus i pędzić na złamanie karku do Davida, by rzucić mu się w ramiona, odwracam się na pięcie i kieruję w stronę schroniska. Wiem, że gdyby on się o tym dowiedział, nie byłby ze mnie zadowolony, ale jeżeli coś ma się poprawić w naszej relacji, muszę najpierw uspokoić głowę, a nigdzie nie zrobię tego lepiej niż właśnie tam. Ten argument przebija wszystkie inne.
ROZDZIAŁ 8
Matteo
Anthony nie był zadowolony, gdy poinformowałem go telefonicznie, że nie dam rady pojawić się w robocie przez najbliższy tydzień. Drążył, dopytywał, ale w końcu to zaakceptował. Z trudem. Nie dziwię się mu. Wciąż nie znalazł zastępstwa po tym, jak Alex zostawił go bez słowa wytłumaczenia. Chyba liczył, że jednak się złamię i przyjmę pod swoje skrzydła porzuconą grupę młodzików, skoro już ostatnio poszło mi z nimi tak świetnie. Tymczasem okazałem się kolejną osobą, na której nie może polegać. Trudno było mi słuchać zawodu w jego głosie, a jeszcze trudniejsze okazało się przyznanie przed samym sobą do słabości.
Niestety, ale własne ciało mnie pokonało.
Kolejne dwa dni od pobicia spędziłem w łóżku. Tak było łatwiej. Każdy ruch wywoływał ból, który wciąż przypominał o tym, co się wydarzyło. Przyciągał za sobą myśli, które paraliżowały i uniemożliwiały normalne funkcjonowanie. Ethan, widząc, jak bardzo sobie nie radzę, wczuł się w rolę nadgorliwej pielęgniarki i regularnie zaglądał do pokoju, za każdym razem coraz bardziej zaniepokojony, namawiając na wizytę w szpitalu. Czułem podskórnie, że jeżeli w końcu się nie dźwignę, wbrew mojej woli sam przyprowadzi do nas jakiegoś znachora, dlatego też trzeciego dnia zmusiłem się, żeby w końcu wstać. A kiedy już wstałem, trudno mi było usiedzieć w mieszkaniu. Zwłaszcza że Ethan nadal uważnie śledził każdy mój krok, próbując dopatrzeć się jakiegokolwiek zawahania, i sypał swoimi mądrościami niczym z rękawa.
Może właśnie dlatego dziś, czwartego dnia, nogi same wiodą mnie na salkę treningową, i to jeszcze zanim rozpoczęły się jakiekolwiek zajęcia.
Chcę udowodnić samemu sobie, że jestem niezniszczalny.
Zostawiam pod ścianą bluzę oraz plecak. Wygrzebuję z niego sportowe rękawice, po czym podchodzę do worka treningowego podwieszonego przy suficie w rogu pomieszczenia. Nie może być ze mną tak źle, jak to wygląda. Muszę tylko rozruszać mięśnie...
Nastawienie dobre, ale jego weryfikacja przychodzi błyskawicznie. Wystarczy, że próbuję wyprowadzić pierwszy cios, i już wiem, że to będzie trudniejsze, niż myślałem. Nie trudne, ale wręcz niemożliwe do wykonania. Moje ciało nie współpracuje ze mną tak jak zawsze. Co prawda wykonuje narzucane ruchy, ale niedokładnie, powoli.
Pierdolony emeryt poradziłby sobie lepiej.
Uderzam raz po raz, ale każdy z ciosów okupiony jest bólem. W momencie gdy moja pięść zderza się z celem, przez ciało przemyka mrowiący impuls, zwieńczony rozbłyskiem białego światła przed oczami. Paraliżujące uczucie, choć kiedyś to by mnie nakręcało. Powodowałoby, że chciałbym zadawać więcej i więcej ciosów. Chciałem czuć, chłonąć cokolwiek, bo to utwierdzało mnie w przekonaniu, że wciąż żyję, choć często miałem co do tego wątpliwości. Nie wiem, kiedy zaszła zmiana, ale obecnie po kilku powtórzeniach mam już dość. Robi mi się słabo, mdłości coraz silniej dają o sobie znać.
Odpuszczam.
Opieram czoło o skórzany materiał worka, a pot strumieniami płynie mi po plecach i skroni, jakbym skończył właśnie najintensywniejszy trening w swoim życiu, a nie jedynie próbował go rozpocząć. To był zły pomysł, ale też nie sądziłem, że efekty będą aż tak tragiczne.
Jestem zmęczony. Ostatnimi dniami, całym swoim życiem. W dodatku dziś w nocy znowu śnił mi się ten sam sen. Niezmienny od miesięcy. Koszmar, w którym główną rolę zawsze gra ona. Stoi nieruchomo pośrodku torów w swojej ulubionej, jeszcze do niedawna błękitnej sukience, którą teraz znaczą ciemne plamy. Wiem, czym są. Po jej ciele spływają strużki krwi i skapują na ziemię, tworząc kałużę, która powiększa się i powiększa. Z każdą chwilą lepkie bajoro pochłania ją coraz bardziej, ale ona na to nie reaguje. Nie odzywa się nawet słowem. Po prostu patrzy z wyrzutem. Patrzy prosto na mnie. Nie umiem uciec przed jej spojrzeniem, a cisza jest bardziej wymowna niż najgłośniejszy wrzask.
Wtedy też nie mówiła zbyt wiele. Wykrzyczała się dostatecznie w środku budynku, pośród tłumów imprezowiczów, ściągając na nas uwagę wszystkich zgromadzonych. W przypływie wściekłości potłukła kilka szklanek i niemal zdarła sobie gardło, próbując do mnie dotrzeć, pokazać, że znowu nawaliłem. Kiedy jednak wyszliśmy na zewnątrz i zostaliśmy sami, nagle się wyciszyła. Nie miała mi już nic do powiedzenia.
No, prawie.
Pamiętam, jak przyłożyła dłoń do mojego policzka, jednocześnie skupiając się na oczach. Usilnie czegoś w nich szukała. Grymas rozczarowania, który przemknął przez jej twarz, świadczył o tym, że dostrzegła coś, czego wcale nie chciała. Niemal bezgłośne "Obiecywałeś..." zabrzmiało w otaczającej nas ciszy niczym wystrzał armatni. Było wiadrem lodowatej wody wylanej na bezmyślny, rozgorączkowany łeb. Już wtedy ziemia zaczęła osuwać się mi spod nóg, a panika ściskała za gardło. Nie wiedziałem, w jaki sposób mam się wytłumaczyć, choć czułem, że muszę, zanim będzie za późno. W desperackim odruchu próbowałem ją złapać i zatrzymać przy sobie, ale jej ręka umknęła mojej. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nigdy więcej nie dostanę już szansy, żeby ponownie ją chwycić. Nie mogłem przewidzieć, że kilkanaście minut później Angie wymknie się z mojego życia na dobre.
- Kurwa mać! - warczę przez zaciśnięte zęby.
Kopię ze wściekłością w worek. Chcę pozbyć się tamtych obrazów sprzed oczu, ale to na nic. Nadal je widzę. Zostaną ze mną do końca życia. Mogę się miotać, ale jedyne, co osiągam, to kolejne szarpnięcie obolałych mięśni. Wspomnienia w mojej głowie są wciąż żywe. Ich nie da się tak łatwo przepędzić. Od roku nieustannie jestem więźniem własnych myśli i nienawidzę tego uczucia.
Ściągam z dłoni rękawice i ciskam nimi o ziemię. Mam dość. Pragnę tylko wygrzebać się z tego emocjonalnego bagna, zanim ugrzęznę w nim na dobre. W ostatnim obronnym odruchu przymykam oczy i biorę głęboki wdech, starając się uspokoić oddech. W pewnym stopniu nawet mi się to udaje. Wdech i wydech. Stopniowo się wyciszam, choć wciąż pozostaję czujny.
Gdy tylko ktoś kładzie mi dłoń na ramieniu, reaguję od razu. Biorę zamach i uderzam w ciemno, intuicyjnie, zanim w ogóle mam szansę dostrzec swojego przeciwnika. Cios zostaje zablokowany. Na szczęście, bo w przeciwnym wypadku twarz Anthony'ego również ozdobiłoby pokaźne limo.
Przez chwilę patrzy na mnie ze złością, jakby chciał zapytać: "Co ty odpierdalasz?". Widzę po nim, że nie do końca odnajduje się w tej sytuacji, ale kiedy ma szansę przyjrzeć mi się lepiej i zauważa więcej szczegółów, jego wkurw natychmiast mija.
- Stary, jak ty wyglądasz...? - rzuca zmartwiony, nie przestając przy tym taksować mnie wścibskim wzrokiem. - Wpadłeś pod ciężarówkę?
Trwam niewzruszony pod ostrzałem jego spojrzenia. Czekam, aż pierwszy odpuści, i kiedy to następuje, niemal oddycham z ulgą. Mam dość bycia obiektem ciągłej obserwacji. Gdybym wiedział, że już tu jest, byłbym ostrożniejszy i nie odsłaniał się tak bardzo.
Korzystam z momentu rozproszenia Turnera i cofam się o kilka kroków w kierunku leżących na podłodze rzeczy. Podnoszę porzuconą tam wcześniej bluzę, po czym wciągam ją przez łeb. Zakrywam widoczne na rękach sińce, by Tony nie mógł poświęcać im więcej uwagi. Rękawice też zgarniam do plecaka i narzucam go na ramię. Wolę być przygotowany, gdyby sytuacja stała się jeszcze bardziej niezręczna i trzeba byłoby się stąd szybko zawijać.
- Ciebie też miło widzieć.
Anthony przewraca oczami. Jest sfrustrowany, ale nie wiem, czego tak naprawdę oczekiwał. Rzewnych zwierzeń? Mógłbym docenić troskę, ale to nie w moim stylu.
- Nie błaznuj - upomina. Strofuje mnie jak ojciec krnąbrnego syna, na co prycham z kpiną. Nigdy nie poznałem własnego i wolałbym, żeby Tony nie próbował odgrywać jego roli w zastępstwie. - Przez telefon mówiłeś, że jesteś chory, ale to? Co to ma w ogóle znaczyć? Co się stało?
Wzruszam ramionami.
- Mały wypadek - rzucam, wkładając dłonie do kieszeni dresów. - Każdemu może się zdarzyć.
- Nie pierdol i nie wciskaj mi tu kitu - grzmi. Krzyżuje ręce na piersi i marszczy groźnie brwi. Chce pokazać, że nie da się oszukiwać. Cóż, mogłem się spodziewać, że z nim nie pójdzie tak łatwo. Ethan pewnie chętnie przybiłby mu piątkę. - Za długo w tym siedzę, żeby nie wiedzieć, jak wyglądają ślady po pobiciu. Twoja morda to książkowy przykład. Mogłaby wręcz robić za ilustrację w podręczniku.
Milusio.
- Skoro wiesz, to po co pytasz? - odzywam się cicho.
Tony mruży podejrzliwie oczy, ale najwyraźniej trafiłem w punkt, bo przez chwilę milczy, nie potrafiąc znaleźć odpowiedniej riposty. W końcu spuszcza z tonu, ale nie przestaje wiercić mi dziury w brzuchu.
- Masz jakieś kłopoty? - docieka.
- Nic, z czym sam nie dałbym sobie rady - próbuję jeszcze raz uciąć temat. Liczę, że to go zniechęci do zadawania dalszych pytań. - Potrzebujecie dziś pomocy w klubie? Wiem, że zapowiadałem trochę dłuższą nieobecność, ale już mi lepiej. Może mógłbym się na coś przydać?
Anthony wzdycha ciężko, ale na szczęście odpuszcza.
- Bez obrazy, stary, ale twoja gęba nie jest jeszcze zbyt reprezentatywna. - Krzywi się. - Nie postawię cię w takim stanie na recepcji. Wystraszysz nam dzieciaki i jeszcze jakiś nadgorliwy klient uzna, że robimy z ciebie worek treningowy. Skandal gotowy. Lepiej spadaj do siebie i wróć do formy. Dopiero wtedy pogadamy.
Niezupełnie to chciałem osiągnąć.
- Problem w tym, że właśnie nie mogę. W sensie wrócić na chatę.
- Ten problem ma jakieś imię?
Głupio mi przyznać, że w tej chwili najbardziej na świecie obawiam się typka sparaliżowanego od pasa w dół, a mimo wszystko wyduszam z siebie:
- Ethan.
Tony się śmieje.
- Ten twój zabawny kumpel na wózku? Był tu chyba z tobą kilka razy. Dobrze pamiętam?
Wracam myślą do chwil, kiedy Ethan ufał mi mniej, niż ja ufałem sam sobie, i nie odstępował mnie na krok. Przypadkowe odwiedziny w pracy były częścią wielkiego planu, który zrodził się mu pod kępą blond kudłów. Już wtedy trudno było z nim wytrzymać, choć nie wiem, na ile Anthony domyślał się jego intencji. Zna jedynie fragmenty mojej historii, ale nie jest wtajemniczony we wszystko.
- Ta, to on.
- Nie daje żyć?
- Mało powiedziane. - Przecieram twarz dłońmi, próbując odgonić zmęczenie. - Jego wścibski nos jest dłuższy od twojego. Nie znam drugiej tak upierdliwej osoby i jestem pewien, że ty również nie.
Tony z zakłopotaniem drapie się po brodzie. Dziwnie jest obserwować, jak ten olbrzym nie czuje się swobodnie na własnym terenie, ale moja obecność widocznie tak właśnie na niego działa.
- Przykro mi. Chętnie bym cię tu przed nim ukrył, ale za godzinę zaczynamy zajęcia. Niedługo zaczną schodzić się pierwsi ludzie. Obawiam się, stary, że to nie przejdzie i będziesz musiał poszukać innej kryjówki - oznajmia z rozbrajającą szczerością.
Przynajmniej próbowałem.
Na szczęście znam jeszcze jedno miejsce, w którym mogę się zaszyć na resztę dnia, a mój wygląd dla nikogo nie będzie tam stanowił problemu. Przynajmniej jest na to cień szansy. Idę w stronę drzwi, ale zanim do nich docieram, słyszę za sobą jeszcze Anthony'ego:
- Gdybyś jednak stwierdził, że te kłopoty cię przerastają i przydałoby się jakieś wsparcie, to masz mój numer. Mówię serio, Matteo. Dzwoń.
ROZDZIAŁ 11
Solene
Przewracam się z boku na bok, a z moich ust wyrywa się cichy jęk. To wystarcza - już wiem, że nie jest dobrze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio zaliczałam aż tak bolesną pobudkę. Doświadczyłam ich w życiu trochę, ale to zupełnie inny rodzaj cierpienia. Najbardziej dokucza mi głowa. Sięgam do niej dłonią, żeby nabrać pewności, że nie znajduje się w zaciskającym się właśnie imadle. Nic mnie nie blokuje - niestety, bo wtedy przynajmniej wiedziałabym, jak uwolnić się od tego uczucia. Jestem skołowana. Dziwię się, że mózg jeszcze mi nie eksplodował, ale to wszystko chyba do tego zmierza. Przesuwam językiem po wargach. Są okropnie spierzchnięte, jakbym przez ostatnie tygodnie nie miała w ustach kropli jakiegokolwiek napoju. A piłam. I to zbyt wiele. W tym problem. Chyba. Nie pamiętam. Moje wspomnienia to masa kolorowych plam i dudniących dźwięków. Nie potrafię ułożyć z nich żadnej logicznej całości, gubię się w ich kolejności.
- Lepiej to weź, powinno nieco pomóc.
Z trudem podnoszę się do siadu. Chwilę zajmuje mi połączenie faktów i rozpoznanie, gdzie właśnie się znajduję. David. To jego mieszkanie. On sam stoi nade mną i wręcza mi butelkę z wodą oraz blister tabletek przeciwbólowych. Biorę od razu dwie.
- Która godzina? - chrypię. Zerkam na stojący na półce zegar i robi mi się gorąco, gdy panika dochodzi do głosu. Nagle mój stan przestaje mieć znaczenie. - O nie... Nie, nie, nie! Już dawno powinnam być w pracy! Przecież oni mnie zwolnią! I jeszcze tata! On to dopiero będzie wściekły! Rany! Co ja teraz mam zrobić?
Próbuję wyskoczyć z łóżka, ale David czuwa.
- Przede wszystkim się uspokój. - Przytrzymuje mnie za ramiona i popycha delikatnie, żebym wróciła na swoje miejsce. - Zadzwoniłem do twojej szefowej, kiedy spałaś, i uprzedziłem, że dziś cię nie będzie, bo się czymś strułaś i całą noc wymiotowałaś. Nawet nie skłamałem, zapewniłaś mi trochę sprzątania nad ranem. - Krzywi się z niesmakiem. - W każdym razie masz dwa dni wolnego, żeby do siebie dojść.
- Ale tata...