Nie mylić z miłością - Katarzyna Nosowska

Kup ebooka

47.99 zł
32.91 zł (33,06 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
.

Maciek z grupy Bie­dro­nek był pierw­szy. Błę­kit­no­oki, z au­re­olą pre­cy­zyj­nie po­skrę­ca­nych psze­nicz­nych locz­ków two­rzą­cych ab­so­lut­nie za­chwy­ca­jący skalp. Nie mam po­ję­cia, dla­czego wła­śnie on, dla­czego do­piero w wieku pię­ciu lat w gru­pie Bie­dro­nek, bo prze­cież w Mi­siach wi­dy­wa­łam go co­dzien­nie i też miał błę­kitne oczy pod blond locz­kami. Pew­nego dnia po­ja­wił się nad Mać­kiem snop świa­tła, wy­łu­skał go spo­śród reszty i uczy­nił dla mnie wi­docz­nym. Na­raz pę­kły mi we­wnątrz wszyst­kie fiolki z che­mią, która roz­lała się po za­gnie­ce­niach mó­zgu i spły­nęła do gar­dła, spra­wia­jąc, że sta­łam się niema, prze­pły­nęła przez rów­ninę klatki pier­sio­wej, za­pie­ra­jąc dech, przez brzuch, wią­żąc w nim su­peł, za­le­wa­jąc miej­sce słu­żące do­tąd do si­ka­nia falą go­rąca, i do­tarła do stóp, uno­sząc je lekko nad wy­kła­dzinę na przed­szkol­nej pod­ło­dze. Prze­sta­łam być sobą. Ma­ciek za­miesz­kał w mo­jej gło­wie na stałe. Mama nie zda­wała so­bie sprawy, że od­biera po pracy i pro­wa­dzi za rękę do domu dwójkę dzieci. Gdyby w tam­tych cza­sach mó­wiło się o nar­ko­ty­kach, na bank usły­sza­ła­bym: Co się z tobą dzieje?! Bie­rzesz ja­kieś nar­ko­tyki?! Prze­szu­kano by mi far­tu­szek, a bry­gada an­ty­nar­ko­ty­kowa splą­dro­wa­łaby mój po­koik, roz­pruła miśki, szu­kała to­waru w gło­wach la­lek.

Wolna wola? Skąd. Cał­ko­wita bez­wola. Mało tego, blon­das nie wy­ko­nał żad­nego ru­chu w moją stronę, nie po­słał zna­czą­cego spoj­rze­nia, nie wy­rył na bla­cie sto­lika nie­udol­nego "K" w ser­duszku, nie pod­bił w cza­sie za­bawy pla­sti­ko­wym au­tkiem, nie od­dał swo­jej por­cji bu­dy­niu z so­kiem pod­czas pod­wie­czorku. Nic do mnie nie mó­wił, ba, praw­do­po­dob­nie mnie nie wi­dział, bo nie oświe­tlił mnie dla niego snop świa­tła. No może raz mnie do­strzegł, gdy po­rzy­ga­łam się zupą owo­cową. Spo­koj­nie umie­ra­łam so­bie z za­ko­cha­nia przez cały se­zon w Bie­dron­kach i pierw­sze mie­siące w Ma­ry­na­rzach. Ob­ser­wo­wa­łam ukrad­kiem, ma­rzy­łam przed snem. Te­raz nie je­stem w sta­nie przy­po­mnieć so­bie tre­ści ma­rzeń, sce­na­riu­sza fan­ta­zji. Nie mia­łam prze­cież żad­nego do­świad­cze­nia w tej ma­te­rii, to nie był mo­ment na fan­ta­zje ero­tyczne, choć może ja­kiś po­ca­łu­nek w po­li­czek mo­głam so­bie wy­obra­żać i prze­wi­jać wciąż od po­czątku, raz za ra­zem ob­le­wa­jąc się ru­mień­cem.

O tym, jak za­ko­cha­nie się skoń­czyło, wspo­mi­na­łam w po­przed­niej książce, nad­mie­nię tylko, że serce mia­łam w ru­inie, bo na Dzień Ko­biet tu­li­pana i laurkę do­stała Magda. Ma­ciuś. Chuj Ma­ciuś Pierw­szy.

Prze­szło mi, bo pra­wie za­wsze prze­cho­dzi. Praw­do­po­dob­nie wtedy w główce za­ko­do­wa­łam, że za­ko­cha­nie to haj, który koń­czy się bo­le­snym zjaz­dem, że choć od­le­głość stóp od wy­kła­dziny jest le­d­wie wi­doczna dla po­stron­nych, upa­dek z ta­kiej wy­so­ko­ści też boli nie­mi­ło­sier­nie.

Za­ko­cha­nie, na pewno to dzie­cięce, w pier­wot­nej po­staci jest bez­wa­run­kowe. Za­ko­cha­nie roz­po­zna­jemy, gdy fiolki z che­mią zo­staną stłu­czone, a za­war­tość spły­nie z góry do dołu, wpra­wia­jąc każdą po­je­dyn­czą ko­mórkę w dy­got, wy­wo­łu­jąc szczę­ko­ścisk, utratę ape­tytu, przy­spie­szone tętno, ude­rze­nia go­rąca, chro­niczny standby aż do bez­sen­no­ści, de­kon­cen­tra­cję z jed­no­cze­snym hi­per­fo­ku­sem na obiek­cie, znaczne ogra­ni­cze­nie pola wi­dze­nia, upo­śle­dze­nie słu­chu, stany za­wie­sze­nia z mo­men­tami cał­ko­wi­tej utraty kon­taktu z rze­czy­wi­sto­ścią. Ża­den z wy­mie­nio­nych ob­ja­wów, by wy­stą­pić, nie wy­maga od nas kon­taktu wer­bal­nego ani fi­zycz­nego z obiek­tem, nie jest ko­nieczne, by obiekt miał świa­do­mość stanu, w ja­kim się znaj­du­jemy, ani też tego, że za­miesz­kuje na­szą głowę, żeby nie po­wie­dzieć, że jest tam uwię­ziony. Je­śli nie znamy obiektu oso­bi­ście, może się oka­zać, że w na­szych fan­ta­zjach po­słu­guje się zu­peł­nie in­nym niż w re­alu za­so­bem słów. I tak na przy­kład uczeń za­ko­chany w pro­fe­sorce, a ma­jący skromny wo­ka­bu­larz, wy­obra­ża­jąc so­bie ich pierw­szą roz­mowę, po­wie: Za­bu­ja­łem się w to­bie maks. A ona od­po­wie: W szoku, bo ja w to­bie też w chuj. Je­śli obiek­tem za­ko­cha­nia stu­denta wraż­liwca jest mało oczy­tana fanka War­saw Shore, to w fan­ta­zji o pierw­szej roz­mo­wie on wrę­czy jej w mil­cze­niu ka­myk wy­li­zany przez bał­tyc­kie fale w kształt serca, a ona spu­ści nie­śmiało po­wieki, pod­nie­sie je po se­kun­dzie i ła­god­nym jak mu­zyka re­lak­sa­cyjna gło­sem po­wie: Oto koń­czy się roz­pacz sa­mot­no­ści; je­steś, na­resz­cie je­steś.

Li­sta ob­ja­wów oczy­wi­ście po­więk­sza się znacz­nie, gdy za­ko­cha­nie jest obo­pólne, a kon­takt ist­nieje w rze­czy­wi­sto­ści. I tak mamy: nie­re­ali­styczną ocenę wła­snych moż­li­wo­ści fi­zycz­nych (próby prze­no­sze­nia gór, doj­ścia na ko­niec świata, chęć no­sze­nia obiektu na rę­kach do końca ży­cia), sza­sta­nie nie­moż­li­wymi do speł­nie­nia obiet­ni­cami, wra­że­nie prze­by­wa­nia poza na­wia­sem ludz­ko­ści, ga­dul­stwo, po­zer­stwo, tryb "demo" nie­wiele ma­jący wspól­nego ze sta­nem fak­tycz­nym, ła­twość prze­mil­cza­nia prawdy i skłon­ność do wszel­kiego nad­da­wa­nia.

Za­ko­cha­nie to nie jest de­cy­zja. Bóg je­den wie, jaki jest klucz, dla­czego to wła­śnie ta, a nie inna osoba. Ile ta­kich osób do­ciąża pla­netę za na­szego ży­cia, bio­rąc pod uwagę wszyst­kie kon­ty­nenty? Czy ci lu­dzie, usta­wieni w sze­regu, opa­sa­liby Zie­mię? Czy wy­peł­ni­liby sta­dion?

W praw­dzi­wych związ­kach by­łam pięć razy, a za­ko­chana dwa­dzie­ścia cztery, nie li­cząc tych go­ści od związ­ków. Cho­dzi o stłu­czone fiolki i dy­got ko­mó­rek, li­cząc od na­ro­dzin. Pra­wie ża­den z obiek­tów nie miał i nie ma po­ję­cia, że był przy­czyną mo­jej nie­po­czy­tal­no­ści, nie wie, że na za­wsze zna­lazł schro­nie­nie w tek­stach pio­se­nek. Za­po­mnia­łam po­li­czyć obiekty z pla­ka­tów, fil­mów i ba­jek, a to mię­dzy in­nymi: Ja­nek z Bia­łego del­fina Uma, Sind­bad Że­glarz, Ja­nek Kos, Kurt Co­bain, ten książę z Brid­ger­to­nów, Emil Cio­ran... Warto za­uwa­żyć, że uro­dowo, cha­rak­te­ro­lo­gicz­nie, za­wo­dowo, wie­kowo - od Sasa do Lasa. Bio­rąc pod uwagę Janka od del­fina i Sind­bada - nie mu­siały na­wet być trój­wy­mia­rowe.

Czy za­ko­cha­nie to ka­te­go­ria "prze­kleń­stwo", czy można z niego uszczk­nąć tro­chę sensu? Dziś my­ślę, że jest coś pięk­nego we wpa­try­wa­niu się w dal lub ciem­ność, wy­le­wa­niu łez i słu­cha­niu przy tym mu­zyki. Faj­nie two­rzyć na tym stuf­fie. Faj­nie czuć całe ciało, każdy nerw. Czy fiolki tłuką się i na po­wrót usta­wiają w rzę­dzie do końca? Do śmierci? Spraw­dzimy. Naj­waż­niej­sze, by nie my­lić tego z MI­ŁO­ŚCIĄ.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki