1
MARTA
Siedzę na drewnianej ławce w parku i obserwuję, jak moja rezolutna trzylatka jeździ na hulajnodze po asfaltowym chodniku. Spod jej brązowej czapki wystają ciemne, kręcące się włoski. Jest urocza, zawsze się uśmiecha i nigdy nie czuje się zmęczona, nawet wtedy, gdy jej małe oczka błagają o zamknięcie.
- Mamo! Patrz!
Wanda macha do mnie i wskazuje na starszego pana, który prowadzi na smyczy małego pieska.
- Jaki piękny, mamo! Ja chcę takiego!
Uśmiecham się. Szczerze i z miłością.
Wanda ostatnio kocha wszystkie zwierzęta, te małe i te duże. Wczoraj chciała kota, bo zobaczyła puchatą kulkę w drodze do przedszkola, tydzień temu chomika, bo Dominik w przedszkolu powiedział jej, że ma małego chomiczka w domu i on jest taki piękny, i śmiesznie wygląda, jak wchodzi do kółka i biega w nim bez celu.
Dzisiaj chce psa.
I kiedyś będzie go miała, ale na to musimy jeszcze poczekać.
Macham do niej.
Wanda odwraca hulajnogę, staje na niej jedną nogą, a drugą zaczyna się odpychać i podjeżdża do mnie.
- Mamusiu, widziałaś pieska? O tam. - Wskazuje palcem na oddalającego się właściciela ze swoim pupilem. - Kupisz mi takiego?
- Skarbie, pieska można kupić, to prawda, ale można też adoptować.
- Ado... Co? - Przekrzywia głowę na prawą stronę, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Ma włosy Olka. I jego oczy. Błękitne, przypominające morze w spokojny bezwietrzny dzień. Jest naszym małym wielkim cudem i to ona uchroniła mnie przed rozpaczą po jego zniknięciu.
- Mamo, co to jest adopcja? - Wanda chwyta mnie za rękaw płaszcza i lekko go pociąga, aby zwrócić na siebie uwagę.
- Można stworzyć pieskowi nowy dom, bo niektórzy źli ludzie go porzucili.
- Porzucili? Gdzie? I dlaczego? Nie można porzucać swoich zwierzątek. One cierpią! Ja nie lubię, gdy ktoś cierpi, mamusiu.
- Wiem, skarbie. Masz bardzo dobre serduszko.
Na twarzy Wandy maluje się uśmiech.
- Wracamy? - Wstaję z ławki.
Zaczyna robić się zimno, a ja nie lubię marznąć. Poza tym Wanda dopiero co wyzdrowiała i nie chcę, aby znowu dopadła ją jakaś infekcja.
- Zajedziemy jeszcze do sklepu i do dziadka Felka, dobrze?
Wanda jedzie przy mnie na swojej różowej hulajnodze i wesoło kiwa głową.
Odkąd zniknął Olek, kilka razy odwiedziłam jego dziadka. Na początku pan Felek był do mnie oschły i opryskliwy, ale później wszystko się zmieniło. Ja zrozumiałam, że on naprawdę nie wie, gdzie jest Olek, a on - że kocham jego wnuka i noszę pod sercem jego dziecko. Zaczęłam go odwiedzać tak często, jak tylko mogłam. On zawsze mnie wysłuchał, napoił herbatą owocową i nakarmił ciastkami. Ja w zamian pomagałam mu w zwykłych domowych czynnościach i przynosiłam gorący obiad. Nigdy nie była ze mnie superkucharka, w naszym związku to Olek królował w kuchni, ale starałam się i nawet mi to wychodziło.
Odkąd na świecie pojawiła się Wanda, pan Felek oszalał, a ja nie miałam nic przeciwko, aby moja córka zwracała się do niego "dziadku". Na początku babcia i moje siostry tego nie rozumiały, poza Mają, bo ona jedna znała prawdę, ale z czasem do tego przywykły. Tłumaczyłam im, że pan Felek jest samotny, bo zarówno jego syn, jak i wnuk zostawili go samemu sobie. Nawet jeśli nie do końca to rozumiały, to po pewnym czasie do tego przywykli. Pan Felek stał się naszą rodziną i bardzo ważną osobą w życiu Wandy.
Wrzucam do wózka sklepowego makaron, śmietankę, filety z kurczaka i szpinak, a Wanda dorzuca paczkę ulubionych ciastek dziadka Felka - wafelki kakaowe.
- To na deser - tłumaczy się, gdy na nią spoglądam. - Nie pozwolę ich zjeść dziadkowi przed kolacją. Obiecuję.
W moich oczach pojawiają się łzy. Wanda jest cudowna. Słodka, urocza i ma wielkie serduszko. Olek powinien tutaj być i widzieć, jak jego córka rośnie, jak się rozwija i jak wiele w swoim małym ciałku ma miłości i nieograniczonej dobroci.
Powinien tutaj być, a wciąż go nie ma.
To już cztery lata.
Cztery cholernie długie lata.
Chyba straciłam nadzieję, że wróci.
Stop. Chwila. Ja na pewno tę nadzieję straciłam, bo w przeciwnym wypadku na moim palcu wskazującym nie znajdowałby się pierścionek zaręczynowy. Spoglądam na niego i nachodzi mnie fala wątpliwości. Nie, zaraz, ja nie mam żadnych wątpliwości. Jacek jest miłym i przystojnym facetem, który mnie kocha i akceptuje to, że mam dziecko. Wanda go lubi i nazywa wujkiem, co mnie satysfakcjonuje, bo nie chcę, aby do kogokolwiek mówiła "tato". To jest zarezerwowane dla Olka.
Ale czy to nie świadczy o tym, że gdzieś tam jednak głęboko zakopana jest ta nadzieja?
- Mamo.
Głos córki sprowadza mnie z powrotem na ziemię.
- Tak?
- Chce mi się siku!
- To szybko do kasy. - Zaczynam pchać wózek. - Wytrzymasz?
- Tak. - Kiwa głową.
Na szczęście przy kasie jest pusto. Szybko wykładam produkty na taśmę, później z powrotem wkładam je do koszyka i płacę. Gdy wychodzimy na zewnątrz, wrzucam zakupy niedbale do bagażnika i pędzę z Wandą na stację benzynową znajdującą się tuż obok.
Zdążamy w ostatniej sekundzie.
- Jaka ty już duża jesteś - chwalę ją. - Wytrzymałaś jak dorosła kobietka.
- Bo ja jestem dorosła kobietka. - Wanda wyciera małe rączki w ręcznik papierowy, który jej podaję. - Ciocia Wiki mi tak mówi.
No jasne. Wiki. Mogłam się tego spodziewać.
*
- Witam moje królewny. - Dziadek Felek rozpromienia się na widok Wandy. - Jak ci minął dzień, moja panno?
Wanda zaczyna opowiadać, ściągając czapkę i kurtkę. Mówi nie po kolei, przeskakuje z jednej rzeczy na drugą, ale dziadek Felek skupia na niej całą swoją uwagę, co jest bardzo ważne i godne podziwu.
Ja w tym czasie rozbieram się, wypakowuję zakupy i zaczynam przygotowywać posiłek.
Lubię spędzać czas w tym domu, jest duży, ma duszę, której brakuje nowoczesnym budynkom i w jakimś stopniu czuję w nim bliskość Olka, chociaż to może wydawać się głupie i niedorzeczne.
Jacek wie, że kiedyś w moim życiu był mężczyzna, któremu oddałam serce, i że w jakimś stopniu zawsze będę go kochać. Nie wie jednak, że chodzi o Olka, jego dawnego kolegę z komendy. To jest moja słodka tajemnica.
- Gotowe. - Zaglądam do salonu, gdzie dziadek Felek wraz z Wandą układają puzzle. - Zapraszam na kolację.
Wanda biegnie szybko do łazienki i myje ręce, stojąc na plastikowej podstawce, a później siada do stołu i krzyczy:
- Pierwsza!
- Nie mam z tobą żadnych szans. - Dziadek Felek wchodzi do kuchni i śmieje się całym sobą. - Jesteś jak rakieta!
Wanda jak na razie je wszystko i nie grymasi ani nie kręci nosem. Cieszę się tym czasem, bo wiem, że on niedługo się skończy. Dzieci przechodzą przez kilka etapów i jednym z nich jest niejedzenie warzyw, mięsa czy niektórych dań.
- Macie już datę? - pyta dziadek Felek.
- Jeszcze nie. - Kręcę głową. - Ostatnio Jacek ciągle pracuje i nie mamy czasu, aby o tym porozmawiać.
To takie półkłamstwo, bo gdyby mi bardzo zależało, to czas by się znalazł. Prawdą jest, że gdyby Jacek poprosił mnie o rękę w miejscu, gdzie bylibyśmy tylko my, sami, tobym odmówiła, ale on poprosił mnie przy dziadkach i siostrach, przy osobach, które wcześniej niż ja wybuchnęły ogromną radością. Czułam wtedy, że nie mogę go zawieść, nie mogę wystawić go na pośmiewisko i złamać mu serca. Zgodziłam się.
To nie tak, że go nie kocham, ale nigdy nie pokocham go tak mocno, jak on na to zasługuje. Moje serce zostało już zajęte, dawno temu i nawet nie chcę, aby ten ktoś je zwolnił i odszedł w niepamięć.
- Może jednak to za wcześnie?
Unoszę głowę i spoglądam w oczy dziadka Felka. Olek odziedziczył je po nim. Są tak samo duże, do głębi szczere i pełne miłości.
- Wanda zasługuje na rodzinę - mówię cicho.
- Wanda ma rodzinę, Marta. Stworzyłaś jej szczęśliwy dom i dzieciństwo. Możesz być z siebie dumna.
W moich oczach pojawiają się łzy, ale nie pozwalam im ścieknąć po policzkach, bo nie chcę, aby Wanda była świadkiem mojego chwilowego kryzysu. Ocieram je dłonią, jeszcze zanim wydobędą się z oczu.
- Dziękuję za tak wspaniałe słowa. - Chwytam dłoń dziadka Felka i mocno ją ściskam. - Zawsze będę kochać Olka, ale on odszedł i nic nie wskazuje na to, aby miał wrócić.
- Zjadłam! - Wanda odkłada widelec na pusty talerz i wstaje od stołu. - Znowu wygrałam, dziadku. - Marszczy mały nosek i wybiega z kuchni.
- Czy czasem dopuszczasz do siebie myśl, że on może... że on może nie żyć?
- Nigdy! - Podnoszę głos. - I tobie też zabraniam tak myśleć. Olek żyje. Musi żyć. Tylko ta myśl mnie trzyma w całości. Wolę myśleć, że poznał kogoś, zakochał się i zapomniał o mnie. Wolę myśleć, że jest szczęśliwy z kimś innym niż że jego już nie ma, że nie ma grobu, na jaki zasłużył, że... Nie wracajmy więcej do tego, proszę.
- Przepraszam, ale Olek należał do osób, które...
- Należy. Olek należy! Nie mów o nim, jakby nie żył!
- Olek należy - poprawia się dziadek Felek. - Należy do osób, które nigdy się nie poddają. Gdyby żył, już dawno by do nas wrócił, już dawno by wymierzył sprawiedliwość. To do niego niepodobne, aby tak długo się ukrywać.
- Może nie chce wrócić. Chyba dziadek powinien taką ewentualność także wziąć pod uwagę.
Wstaję i zaczynam sprzątać po kolacji. Nie mogę kontynuować tej rozmowy, bo rozpadnę się na kawałki, a na to nie mogę sobie pozwolić. Mam córkę i to właśnie dla niej muszę być silna i iść na przód, nawet jeśli czasem nie mam na to ochoty ani siły.
Dziadek Felek wychodzi z kuchni i zostawia mnie samą. On wie, kiedy odpuścić, i chyba właśnie za to tak go cenię.
Sprzątam w kuchni, robię dziadkowi herbatę i wracam z Wandą do siebie. Nadal mieszkamy w mieszkaniu, które kupiłam cztery lata temu. Zostałam tam, aby Olek mógł mnie znaleźć bez problemu. Wiele razy wyobrażałam sobie moment, w którym ktoś dzwoni do drzwi, a gdy otwieram, widzę, jak mój ukochany stoi w progu. Wiele razy wstrzymywałam oddech, gdy ktoś do nich pukał. Wiele razy stałam w oknie i wypatrywałam go na ulicy.
Teraz już tego nie robię. Po ślubie planuję razem z Wandą przeprowadzić się do Jacka. On mieszka w małym domku na obrzeżach miasta, który odziedziczył w spadku i który powoli remontuje. Wanda będzie tam miała swój pokój i podwórko do biegania. Myślę, że to będzie najlepsze rozwiązanie i tym samym raz na zawsze pożegnanie się z przeszłością.
Może uda mi się przestać czekać.
Całuję Wandę w czoło, przykrywam kołderką i życzę jej dobrej nocy. Wychodzę z pokoju i siadam na kanapie. Patrzę na książkę, którą dała mi Wiki. To jakiś romans, na który w ogóle nie mam ochoty. Nie wierzę już w szczęśliwe zakończenia. Może i planuję ślub, ale to nie historia jak z bajki. To raczej dobry wybór podyktowany rozumem.
Mój telefon wibruje. Sięgam po niego i spoglądam na wyświetlacz. To wiadomość od Jacka.
Jacek: Jak minął dzień mojemu skarbowi? Tęsknię. Myślę, że nie powinniśmy czekać z zamieszkaniem do ślubu.
Blokuję ekran i odkładam telefon.
Czasem udaję, że nie widzę wiadomości. Tak właśnie robię i teraz.