7.
Moje dziesiąte urodziny wypadły tego samego dnia co doroczny bieg uliczny po mieście. Wojna była coraz bardziej okrutna i wszystko stawało się coraz trudniejsze, nawet zorganizowanie wyścigu, który dla mnie był najważniejszą rzeczą na świecie: od poprzedniego minęło nie dwanaście, lecz siedemnaście miesięcy. Na wojnie nawet lata zmieniały długość, czas ulegał panoszącej się przemocy.
Przez cały ten okres Ali był moim dzielnym trenerem.
Wiedział, jak zmusić mnie do kontynuowania ćwiczeń nawet wtedy, kiedy już nie mogłam więcej, a jednocześnie potrafił mnie chwalić.
W ciągu tych miesięcy ciężko trenowałam, za wszelką cenę chciałam zwyciężyć.
Zwyciężyć dla siebie. Zwyciężyć, żeby sobie i wszystkim innym udowodnić, że choć wojna potrafi zatrzymać bieg niektórych rzeczy, to jednak nie wszystko jest jej poddane. Zwyciężyć, by uszczęśliwić aabe i hooyo.
Tamtego ranka aabe musiał dostrzec moje podekscytowanie, bo przywołał mnie do siebie i powiedział, że wie, iż pewnego dnia zostanę mistrzynią. Nigdy wcześniej nie mówił mi czegoś takiego. Bywał czuły, ale nigdy nie posunął się aż tak daleko, by mnie zachęcać.
Z kieszeni bawełnianych spodni wyciągnął białą opaskę frotte z logo Nike - taką, którą nosi się na czole, by wchłaniała pot. Musiała zaplątać się gdzieś między ubraniami, których nie udało się mu sprzedać, zalegającymi razem z resztą tandety w graciarni obok izby Alego i jego braci.
Rzuciłam się mu na szyję. Jego laska, zawieszona na oparciu wyplatanego krzesła, mało co nie upadła na ziemię.
- Samia, jeśli dziś wygrasz, obiecuję ci, że na następnych zawodach pobiegniesz w nowych tenisówkach - powiedział, zakładając mi na głowę opaskę, jakby to była korona.
Nie wierzyłam własnym uszom.
Nowe buty to była jedna z tych rzeczy, o których nawet nie marzyłam. Biegałam w tenisówkach, z których wyrósł Said, a po nim nosili je Abdi i Shaafici. Prawy but miał dziurę z przodu, a podeszwa lewego była tak zdarta, że praktycznie biegałam boso. Czułam wszystko, na co nadepnęłam - kamyki, nasiona, gałązki, korzenie, wszystko. I traciłam koncentrację, bo musiałam uważać i unikać kości zwierząt, walających się na ulicach puszek po oleju napędowym, szczelin w ziemi i trzydziestocentymetrowych dziur, w które mogłam wpaść.
- Obiecuję ci, że zrobię wszystko, by zasłużyć na te buty, aabe - odpowiedziałam, dotykając jednocześnie czoła, by się upewnić, że frotka na mojej głowie jest prawdziwa.
- A właściwie to co ty chcesz w życiu osiągnąć, co? - zapytał, ściskając mi policzki swoim ogromnym łapskiem i obracając moją głowę to w jedną, to w drugą stronę. Żartował, ale ja wzięłam pytanie na poważnie, jak zawsze, kiedy była mowa o bieganiu.
- Aabe, dzisiaj kończę dziesięć lat.
- Tak, i również dlatego, jeśli zwyciężysz...
Nie dałam mu skończyć:
- Mam dziesięć lat i zobaczysz, że kiedy będę miała siedemnaście, wystartuję na olimpiadzie. Oto, co chcę osiągnąć.
Zaczął się śmiać.
- Aabe, w dwa tysiące ósmym roku będę miała siedemnaście lat i wezmę udział w olimpiadzie. Oto, co osiągnę - powtórzyłam. - Zobaczysz. - Przerwałam na chwilę. - A nawet więcej: pewnego dnia na olimpiadzie zwyciężę.
- No to posłuchajmy... Gdzie będzie olimpiada w dwa tysiące ósmym? Tu, w Somalii? - Pytanie było sarkastyczne, doskonale wiedział, że to niemożliwe.
- Nie. W Chinach - odpowiedziałam, wciąż jeszcze palcami dotykając frotki.
- Aa, w Chinach. I ty pojedziesz do Chin, tak?
- Oczywiście, przecież nie da się startować w chińskiej olimpiadzie, nie wyjeżdżając do Chin, aabe.
Spojrzał na mnie z powagą, wreszcie zrozumiał, że nie żartuję.
- Dobrze, Samio, wierzę ci - powiedział, gładząc mnie po włosach. - Jeśli jesteś tak mocno o tym przekonana, to znaczy, że na pewno tam pojedziesz. - Potem poprawił się na krześle, jakby chciał mnie lepiej widzieć, po raz pierwszy spojrzeć na mnie innymi oczami. - Jesteś małą wojowniczką, która biegnie w imię wolności - dodał. - Tak, jesteś właśnie małą wojowniczką. - Gdy wciąż jeszcze mówił, zaczął poprawiać mi opaskę na głowie. Nasze palce zetknęły się. - Jeśli naprawdę w to wierzysz, pewnego dnia poprowadzisz somalijskie kobiety do wyzwolenia z niewoli, w którą wpędzili je mężczyźni. Pokażesz im drogę, moja mała wojowniczko.
Po raz pierwszy w życiu wspomniałam wtedy o olimpiadzie, zresztą po raz pierwszy przyszła mi ona do głowy. Nigdy wcześniej o niej nie myślałam. A jednak, kiedy tylko powiedziałam to na głos, poczułam, że nazywam swoje najprawdziwsze pragnienie.
Obietnica prezentu, którą złożył mi aabe, musiała najwyraźniej wydobyć na zewnątrz coś, co kryło się we mnie tak głęboko, że sama nie miałam pojęcia o jego istnieniu. Słowa aabe przypieczętowały coś w moim sercu.
Ali zawiózł mnie na zawody wózkiem. Żebym nie była zmęczona na starcie. Na wszelkie sposoby próbowałam go od tego odwieść, ale uparł się, mówiąc, że jest moim trenerem i mam robić, co mi każe. I tak oto dojechałam na miejsce siedząc jak na tronie.
Pomyślał o wszystkim: zostawił mnie na starcie i wskoczył na rower pożyczony od jakiegoś chłopaka z naszej dzielnicy, żeby wcześniej dotrzeć na stadion i już tam na mnie czekać.
To była ta sama co zwykle trasa długości siedmiu kilometrów, którą przebiegałam już tysiąc razy, a nie sprinterski bieg na krótkim dystansie, gdzie czułam się silniejsza. Ale byłam chuda jak patyk i ważyłam niewiele więcej od piórka, jak mawiał Ali, miałam więc pewną przewagę nad innymi.
- Musisz nauczyć się latać, Samio - ciągle mi to powtarzał. - Jeśli nauczysz się latać, zwyciężysz wszystkich.
Byłam tak lekka, że gdybym nauczyła się wykorzystywać wiatr, bez wysiłku stałabym się szybka jak rakieta - taka była jego teoria.
Z początku wydawało mi się to głupie, ale później zaczęłam się nad tym zastanawiać. Może miał trochę racji? Musiałam być jak najlżejsza, wbrew prawu grawitacji skierować swój ciężar ku górze. I starać się zająć pozycję gdzieś z boku, tak, by nie mieć nikogo za plecami i pozwolić, by wiatr mnie popychał. Później, gdy już dostanę się na czoło grupy, wszystko będzie prostsze. Tam nikt już nie ukradnie mi powietrza.
Moim zadaniem było zredukowanie do minimum kontaktu stóp z ziemią.
Musiałam nauczyć się latać.
Po wystrzale z pistoletu startowego zapomniałam o wszystkim. Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłam, jednak od tej pory, za każdym razem, gdy zwyciężałam, było tak samo. Mój umysł potrafił utworzyć pustkę wewnątrz i skupić się tylko na dobrych rzeczach.
W dniu swoich dziesiątych urodzin poczułam, że bieg uwalnia mnie od niepotrzebnych myśli. I tak, metr za metrem, kilometr za kilometrem, chudziutkiej dziewczynce udało się wyprzedzić główną grupę biegaczy i zająć pozycję za czterema najszybszymi.
W głowie miałam słowa aabe i to, jak naciągał mi frotkę na czoło.
- Pewnego dnia poprowadzisz somalijskie kobiety do wyzwolenia z niewoli, w którą wpędzili je mężczyźni. Pokażesz im drogę, moja mała wojowniczko.
Od tamtego dnia, kiedy biegałam, metr po metrze karmiłam się rozpamiętywaniem tych życiodajnych słów, które powiedział mój ojciec, Yusuf Omar Nur, syn Omara Nura Mohammeda.
Wyzwolenie mojego ludu i kobiet islamu.
Tamtego dnia zwyciężyłam.
Po raz pierwszy. Moje pierwsze zwycięstwo.
Zawody kończyły się okrążeniem stadionu na oczach sporej grupy widzów.
Na potrzeby wszystkich wydarzeń sportowych wykorzystywano stadion Koonis - stary, pokiereszowany pociskami, z walącymi się trybunami, prowizorycznie podpartymi, żeby się całkiem nie zapadły, z bieżnią podziurawioną jak rzeszoto przez odłamki granatów.
Nowy stadion już na początku wojny zamieniono w garnizon wojskowy. Na murawie nie było sportowców, tylko czołgi i żołnierze. Na trybunach zamiast publiczności - oficerowie.
Kiedy bardzo już zmęczona dobiegałam do Koonis, zdałam sobie sprawę, jak straszliwie był zniszczony i okaleczony przez pociski.
Czterysta metrów przed tą zrujnowaną budowlą biegłam jako czwarta.
Skręcając w Jidka Warshaddaha, dostrzegłam nieregularną bryłę stadionu rysującą się w głębi alei i usłyszałam w myślach głos Alego, który wołał, bym chwyciła wiatr w plecy i biegła po zwycięstwo.
Nie wiem, skąd wzięłam siły, ale jakbym dostała skrzydeł. Wyprzedziłam dwóch chłopaków, którzy biegli przede mną, najpierw jednego, potem drugiego.
W bramie stadionu niemal nogi się pode mną ugięły na widok liczby osób siedzących na trybunach. Czuć było ekscytację, oczekiwanie, chęć zobaczenia, jak ktoś zwycięża.
Tym kimś chciałam być ja.
Wbiegłam na stadion jako druga. Metr za metrem po dziurawym tartanie bieżni. Uświadomiłam sobie, że chłopak biegnący przede mną źle obliczył siły. Czułam, że mam jeszcze rezerwy, tymczasem on zaczął wyraźnie słabnąć, był już wyczerpany i każdy kolejny krok stawiał z coraz większym trudem.
A potem wydarzył się cud. Ludzie na trybunach zaczęli wołać do mnie: abaayo. Siostro.
Zrozumieli, że jestem szybsza i chcieli, bym zwyciężyła.
Dopingowali mnie: abaayo, abaayo.
Każde słowo popychało mnie naprzód.
Po pierwszym zakręcie zrównałam się z prowadzącym i w czterech krokach go wyprzedziłam.
Publiczność powstała, zdumiona i podekscytowana. Wszyscy dopingowali małą abaayo.
Rytmiczny aplauz, który dodał mi jeszcze więcej sił.
Klap-klap. Klap-klap. Klap-klap.
Nogi parły naprzód jak fale napędzane energią, która nie wypływała ze mnie: to oni byli dla mnie jak lokomotywa ciągnąca wagony, jak fale poruszające morską wodę.
Przekroczyłam linię mety jako pierwsza.
Wydawało mi się to niewiarygodne.
Z podniesionymi ramionami przebiegłam ostatnie metry, pchana jeszcze siłą rozpędu.
Potem się pochyliłam, oparłam dłonie na kolanach i poczułam dziwne gorąco na policzkach: dwie mimowolne łzy na twarzy małej wojowniczki.
Nim się podniosłam, prędko je otarłam. Byłam śmiertelnie zmęczona, ale przepełniała mnie energia. Mogłabym odwrócić się na pięcie i przebiec całą trasę z powrotem.
Radosny tłum dookoła mnie klaskał i krzyczał.
Kiedy wszyscy szaleli z radości, poczułam, co sobie myślą: to niewiarygodne, że zwyciężyła, przecież to jeszcze niemal dziecko.
Dla mnie to też było niewiarygodne.
A jednak po kilku minutach zamieszania założono mi na szyję złoty medal.
Wisiał tam, zaświadczając, że to wszystko zdarzyło się naprawdę.
Odczekaliśmy z Alim w szatni, aż tłum opuści stadion. Chciał porozmawiać z wieloma ludźmi, którzy go o mnie pytali.
Przedstawiał się jako mój trener, co wszystkich śmieszyło, przecież miał tylko dziesięć lat. Wysoki jak na swój wiek, postawny i szczupły, ale był niemal dzieckiem. Już od dawna zachowywał się jednak jak dorosły.
Do domu poszliśmy wzdłuż trasy wyścigu.
Ali opowiadał mi o tym, co czuł, kiedy zobaczył mnie wbiegającą na stadion, i o szaleństwie tłumu, gdy przerwałam wstęgę. Drżał z emocji.
Jak to się często zdarzało, co pewien czas mijaliśmy kogoś, kto mierzył mnie wzrokiem z góry na dół i z dezaprobatą kręcił głową na widok dziewczyny ubranej po męsku, albo mamrotał coś pod nosem, zanim ruszył w swoją stronę.
Gdzieś w połowie drogi zatrzymał nas starszy, długobrody mężczyzna o kościstej twarzy.
Popatrzył na mnie z dezaprobatą i zaatakował tym, co zwykle, pytaniami o tradycyjne zasłony muzułmańskich kobiet:
- A gdzie chimar, hidżab, gdzie diraac, dziewczynko? Zapomniałaś się dzisiaj ubrać?
- Ona jest lekkoatletką, proszę pana - odpowiedział za mnie Ali. - I właśnie wygrała zawody. I należy się jej szacunek, na jaki zasługują sportowcy.
Po raz pierwszy usłyszałam, jak ktoś nazywa mnie na ulicy lekkoatletką.
Starzec popatrzył na nas zbity z pantałyku, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
- A ty? Skoro ona jest lekkoatletką, to ty kim jesteś? - zapytał w końcu.
- Ja jestem jej trenerem. I rzecznikiem prasowym. Kiedy ta lekkoatletka pewnego dnia stanie się znana na cały świat, przypomni pan sobie naszą rozmowę.
W tym momencie popatrzyliśmy na siebie i wybuchnęliśmy śmiechem.
Mężczyzna wyburczał coś pod nosem i odszedł, kręcąc głową.
Zostałam lekkoatletką. Po raz drugi od dnia, w którym Ali postanowił zostać moim trenerem. Ale tym razem poczułam to jakoś mocniej.
Było już późne popołudnie i nagle podniósł się wiatr, a kiedy w Mogadiszu wieje, można zrobić tylko dwie rzeczy: po pierwsze trzymać zamkniętą buzię, żeby piasek nie wysuszył ci gardła na wiór, po drugie czym prędzej znaleźć jakieś schronienie, by nie zasypało cię po sam czubek głowy.
Nabraliśmy powietrza w płuca i ruszyliśmy biegiem w stronę domu.
Nie byłam zmęczona, mogłabym przebiec dziesięć kilometrów bez przystanku.
Nagle, na skrzyżowaniu z szeroką aleją, niczym meteoryt spadł na mnie egzemplarz dziennika "Banadir", przyniesiony wiatrem nie wiadomo skąd.
Gazeta uderzyła mnie w plecy i spadła na ziemię, otwierając się na stronie przedstawiającej wielką fotografię chłopaka. Wydał się mi znajomy.
Schyliłam się - zaciekawiona - chcąc podnieść dziennik, zanim poleci dalej.
Chłopakiem na zdjęciu był Mo Farah, biegacz, który mniej więcej w moim wieku wyjechał z Mogadiszu. Wyemigrował do Anglii, a tam znalazł świetnego trenera i wygrał wiele ważnych zawodów.
Od zawsze był jednym z moich idoli, punktem odniesienia. Urodził się, jak ja, w Somalii, a udało mu się uczestniczyć w zawodach na całym świecie.
Dochodziły do nas wieści o jego zwycięstwach i talencie. Za każdym razem, kiedy słyszałam o nim przez radio w barze u Taageerego, albo kiedy ktoś o nim opowiadał, czułam dziwny ucisk w żołądku, coś pomiędzy złością, bo uciekł za granicę, a niezmierzonym zachwytem, tak niezmierzonym, że marzyłam, by stać się taka jak on.
Tytuł w gazecie głosił, że Mo jest sportowym mistrzem i że to Somalia zmusiła go do wyjazdu.
Ali nie zatrzymał się ze mną i był już daleko z przodu. Szybko wyrwałam stronę z gazety, złożyłam ją i ruszyłam za nim.
Pomyślałam, że twarz Mo, która dojrzała mnie biegnącą na tym wietrze, to musiał być znak.
W jednej ręce trzymając medal, w drugiej złożoną kartkę z gazety, pozwoliłam, by niosły mnie podmuchy powietrza.
Kiedy wróciliśmy do domu, Ali opowiedział wszystkim o moim zwycięstwie, a potem zrobił jeszcze obchód z trofeum.
Hooyo się wzruszyła, a Hodan i Hamdi stroiły sobie z niej żarty i przedrzeźniały ją; chustką ocierały oczy i wycierały nos, głośno przy tym trąbiąc.
W rogu przy murze siedzieli Nassir i Ahmed i grali w gariir. Ahmed. Już dawno go nie widzieliśmy, nieczęsto teraz przychodził na nasze podwórze.
Kiedy Ali podszedł do nich z moim medalem w ręku, nawet nie podniósł głowy znad kamyków. Nassir popatrzył na brata, a potem wrócił do rozmowy z przyjacielem.
Ali stanął jak skamieniały. Młodzieńcy mieli surowe, wrogie spojrzenie i rozszerzone źrenice.
Yassin obserwował całą tę scenę, siedząc przy stoliku, gdzie grał z aabe w karty.
- Nassir, posłuchaj, co brat do ciebie mówi - zawołał przez całe podwórko.
Nassir i Ahmed najmniejszym gestem nie dali po sobie poznać, że słyszą.
Grali dalej, zajęci sobą jakby świat wokół nich nie istniał, jakbyśmy wszyscy byli cieniami obecnymi jedynie w ich umyśle.
- Nassir, powiedziałem ci, żebyś posłuchał swojego brata! - krzyknął Yassin, z gniewem podnosząc się z krzesła.
Jego syn z przesadną powolnością podniósł głowę i powiedział z zaśpiewem:
- Widziałem, aabe, widziałem, nie denerwuj się. To medal Samii. Wygrała go dzisiaj. Widziałem. Przykro mi, ale to mnie za bardzo nie interesuje. Nie złość się z powodu takiego drobiazgu, graj dalej.
Yassin popatrzył na niego z wściekłością, która po chwili przeszła w przygnębienie. Mruknął coś pod nosem na temat Ahmeda i wykonał ręką wymowny gest posyłający go do wszystkich diabłów. Potem usiadł z powrotem.
Z miejsca, w którym się znajdowałam, usłyszałam, jak żali się mojemu aabe:
- Sam już nie daję rady. Od kiedy nie ma mojej Yasmin, czasami myślę, że sobie z tym wszystkim nie poradzę.
- Nie opowiadaj głupstw - odparł aabe - musisz tylko zabronić Nassirowi spotykać się z tym jego kolegą.
Potem aabe zawołał Alego, który stał bez ruchu na środku podwórza.
Ten podszedł natychmiast, z opuszczoną głową i medalem we wciąż wyciągniętej ręce. Wydawał się zupełnie maleńki. Taki mały chłopiec. Ale przecież naprawdę nim był.
Aabe i Yassin starali się go rozweselić dobrym słowem, ale nic już nie dało się zrobić. W jednej chwili stracił cały humor. Wystarczyło, że zobaczył Ahmeda.
Potem aabe zaklaskał w ręce i wszyscy zaśpiewali tradycyjną pieśń dla uczczenia mojego zwycięstwa.
Od tamtego dnia Ahmed nigdy już nie przestąpił progu naszego domu.
Zaraz po wieczornym posiłku odbyło się święto na moją cześć.
Hussein, narzeczony Hodan, który przez cały czas siedział razem z nią i z hooyo, przyniósł ciasto sezamowe. Jego matka przygotowała je na tę okazję. W przypadku wygranej - idealne do świętowania, w innym razie - doskonałe jako pocieszenie.
Hussein i Hodan rozmawiali już o małżeństwie, nasze rodziny się spotkały i jego bliscy dali znać, że chłopak wkrótce poprosi o rękę mojej siostry.
Aabe nie zastanawiał się długo.
Chłopak mu się podobał, poza tym miał już dwadzieścia lat, o pięć więcej od Hodan, jego ojciec też wzbudzał zaufanie. Rodzina bogatsza od naszej. Z radością wyraził zgodę.
Hodan i Hussein mieli się pobrać szybko.
Kiedy się o tym dowiedziałam, poczułam ukłucie zazdrości, nie chciałam, żeby ktoś mi zabierał moją ukochaną siostrę. Ale później przemówiłam sobie do rozsądku. Widziałam, że Hodan jest szczęśliwa, a więc i ja cieszyłam się jej szczęściem.
Hussein zresztą był sympatyczny, grzeczny i zawsze dobrze ubrany. Od razu mnie polubił i nazywał czempionką.
Tego wieczoru wszyscy okazywali, jak bardzo są ze mnie dumni, ale najbardziej aabe, który wziął mnie na bok, pocałował w czoło i wyszeptał na ucho:
- Brawo, córeczko! A nie mówiłem?
Potem wstał, wspierając się na nieodzownej lasce, i kuśtykając, poszedł do swojego pokoju. Kiedy wrócił, trzymał w ręku wielką czarną reklamówkę. W środku była para sportowych butów. Białych. I nowych. Jeszcze nigdy takich nie widziałam.
Prawie zemdlałam z radości.
Włożyłam je i zaczęłam podskakiwać jak szalona.
Potem pobiegłam w poszukiwaniu Alego, mojego trenera.
Nie było go.
Yassin pokręcił głową i wskazał na ich mieszkanie.
Schował się w środku. Znowu. Tak na niego działała obecność Ahmeda.
Dobrze chociaż, że tym razem nie wspiął się na eukaliptus.
Zakradłam się po cichutku i znienacka wpadłam do środka, pokazując mu buty.
Ali leżał na materacu brzuchem do góry, twarz zakrywał ramieniem. Próbowałam z nim porozmawiać, ale nie odpowiadał. Zapytałam, czy chce przymierzyć buty, ale zachowywał się tak, jakby mnie nie słyszał.
Skoro nawet na to nie reagował, nic już nie było w stanie go poruszyć. W normalnej sytuacji błyszczące sportowe buty postawiłyby go natychmiast na nogi.
To wszystko wina Ahmeda.
Miałam ochotę odpłacić mu za to, choć był tak przystojny, że aż mnie zatykało na jego widok. Ale to było moje święto, byłam lekkoatletką i wygrałam zawody: teraz powinnam wyłącznie świętować.
Po dwóch godzinach tańców i śpiewów marzyłam już tylko o tym, żeby znaleźć się w łóżku i opowiedzieć Hodan o kartce z gazety, którą schowałam pod materacem.
Tego popołudnia wróciłam przecież do domu nie tylko z medalem, ale też z wyzwaniem rzuconym losowi: pewnego dnia zwyciężę na olimpiadzie. Hodan natomiast zostanie słynną śpiewaczką, w czym pomoże jej rodzina jej męża, i napisze hymn o wyzwoleniu naszego ludu.
W odróżnieniu od Mo Faraha obu tych rzeczy dokonamy dla Somalii.
Zwyciężę ubrana w barwy narodowe - mając na sobie błękitną koszulkę z białą gwiazdą. Tak samo moja siostra osiągnie sukces jako reprezentantka swojego kraju. Najpierw poprowadzimy kobiety do wolności, a potem całą Somalię do pokoju.
Byłam tego pewna, głęboko w sercu czułam, że razem miałyśmy dość siły, by zmienić nasz świat.
Tego wieczoru, już w łóżku, powiedziałam jej o tym wszystkim.
Hodan mocno ścisnęła moją rękę i powiedziała:
- Tak.
Nigdy nie opuścimy Mogadiszu. Nie uciekniemy. Staniemy się symbolem wyzwolenia.
Zanim zasnęłam, schowałam medal pod materacem i wyciągnęłam zdjęcie wyrwane z gazety. Pośliniłam je w czterech rogach i przytwierdziłam do glinianej ściany kilka centymetrów obok swojej głowy.
Patrząc prosto w oczy Mo Faraha, w milczeniu złożyłam obietnicę także jemu. Zostanę mistrzynią, jak on. Ale każdego wieczoru musi mi o tym przypominać.