Nie mów do mnie "księżniczko" - Gosia Lisińska

-
Proszę czekać

Nigdy nie miałem kompleksów, bo i też nie było powodów, żeby je mieć. Byłem lubianym dzieciakiem, który wyrósł na dużego i popularnego faceta. Nie musiałem się wstydzić pochodzenia, wyglądu czy inteligencji - dobra Bozia dała mi wszystkiego w nadmiarze. Dlatego kiedy stanąłem przed drzwiami do jednego z najstarszych wadowickich jubilerów, bynajmniej nie czułem się nie na miejscu. Podobnie jak w innych sytuacjach. Sklep jak sklep, tylko zamiast bułek czy piwa na półkach leżały błyskotki. Wszedłem więc niespiesznie do środka, ledwie mieszcząc się w drzwiach, minąłem dział ze srebrem i zatrzymałem się nad gablotą, w której pyszniły się brylanty.

I dopiero wtedy poczułem niejaki dyskomfort.

Nawet nie dlatego, że takie maleńkie gówienko kosztowało równowartość mojej miesięcznej pensji. Uświadomiłem sobie po prostu, że w pudełku z biżuterią Iwony widziałem brylanty wielokrotnie większe niż największy tutaj. Z czym do ludzi, Ułomek?

Dokładnie taki wyraz twarzy miał młody sprzedawca, gdy przeniósł wzrok z obsługiwanej kobiety w średnim wieku na mnie. I nawet mu się nie dziwiłem. W końcu zobaczył gościa w byle jakiej kurtce i tanim dresie. Nieważne, że wielkiego jak niedźwiedź i z policyjną odznaką schowaną pod bluzą, ale w tanim dresie. Inna sprawa, że jakby się dobrze przyjrzał, zauważyłby koszmarnie drogi zegarek na moim nadgarstku.

A jeszcze inna, że dostałem go od Iwony.

Chłopak mnie nie znał, a odznakę, jak wspomniałem, ukryłem pod bluzą. Nie byłem na służbie. Pewnie z tego powodu elegancko ubrany ekspedient traktował mnie jak powietrze nawet wtedy, gdy kobieta już zapłaciła i zostaliśmy w sklepie sami. A może przeciwnie? Może jednak wiedział, kim jestem, skoro zostawszy sam na sam z wielkim podgolonym drabem, nie panikował ani nie sięgał po telefon, żeby wezwać gliny.

Odwdzięczyłem się pięknym za nadobne i zignorowawszy gościa, wbiłem wzrok w precjoza.

Oto ja, Jarosław Ułomek, prawie trzydziestopięcioletni gliniarz z Wadowic, szukam pierścionka, na który byłoby mnie stać. No. Powodzenia!

A wszystko przez moich durnych braci i jednego urodzonego poprzedniego dnia dzieciaka. Zwłaszcza przez dzieciaka.

Nie dalej jak wczoraj siostra uczyniła naszą trójkę wujami. Poinformował nas o tym zasmarkany świeżo upieczony tatuś. Serio. Kornicki się pobeczał. A trzeba powiedzieć, że szwagier idealnie pasował do naszej rodziny. Twardy i pewny siebie. Taki, co to bez wahania stanąłby między młodą a pociskiem. Wiem, co mówię, bo kiedyś to zrobił. Tak że kule mu niestraszne, za to narodziny pierworodnej już tak. Widziałem, jak go po tamtym postrzeleniu wieźli do szpitala. Jednej łezki nie uronił. Za to wczoraj... czerwone gały, zapchany nos... I szczęście wymalowane na tej jego przystojnej gębie.

- Śliczna jest! Taka śliczna! Żebyście widzieli... - zachwycał się do kamerki w komórce.

Chwilę później przyszło nam ocenić to nowe pokolenie Ułomków i Kornickich. Czerwone i wrzeszczące... W tym ostatnim cała mamusia, jakby mnie kto pytał. Jakoś nie mog­łem się dopatrzeć tej śliczności w pomarszczonym noworodku, co nie przeszkodziło mnie i braciom w dołączeniu do zbiorowej histerii pod tytułem "Nasza malusia siostrzyczka została mamą". Posmarkaliśmy z Maćkiem, póki Kamila nie zażądała oddania córki. Alicji, po prababce... Co wywołało kolejny atak łzawych achów i ochów.

Kiedy szwagier w końcu się rozłączył, nasz ojciec postanowił uczcić pierwszą wnuczkę zacnym alkoholem. Tym razem nawet mama dołączyła, zamiast zwyczajowo burczeć na spożywanie procentów. I ona też pierwsza odpadła. Zaraz po niej tata. Babcia Alicja trzymała się najdłużej. Oprócz naszej trójki, rzecz jasna. Ale i ona ostatecznie podreptała do swojego pokoju.

I właśnie wtedy mój durny starszy brat oświadczył, że zamierza poprosić o rękę swoją dziewczynę. A mnie jakieś złe podkusiło...

- Ja też! - zawołałem.

I dlatego stałem obecnie, jak ten debil, i gapiłem się na rzędy pierścionków, rozmyślając nad sprzedaniem nerki. Ewentualnie kawałka wątroby. Ostatnio czytałem jakąś książkę, w której chłopina spłacił w ten sposób długi u mafii. Nie mogłem sobie teraz przypomnieć tytułu. Nelcia mi poleciła. Wkrótce narzeczona tego kretyna Bartka, przez którego w czwartkowe przedpołudnie robiłem z siebie idiotę. Zabawna książka, chociaż z krwawymi szczegółami, jak z tą wątrobą... Chłopak z książki dostał za nią kilkaset tysięcy, więc i na taki drobiazg ze złota powinno wystarczyć. W końcu dbam o siebie, dobrze się odżywiam, ćwiczę, a piję tylko okazjonalnie. Wyniki miałem rewelacyjne, więc i taki płat wątroby nie może być jakoś specjalnie tani...

Ale czy wystarczy na takie... pół karata?

Bo też mi się zachciało, cholera jasna, zakochiwać akurat w Iwonie! Nie mogłem wybrać po sąsiedzku? Z Aśką, na ten przykład, się zejść? Aaa... nie, ona to już od pięciu lat po ślubie. Za to taka Jadźka przecież zawsze miała na mnie chętkę. Albo ta mała od Jóźwiaków. Właśnie, choćby i ona. A mnie się zachciało córki Strzygonia.

Nerka czy wątroba?

I jak się takie coś załatwia?

Młody za ladą nadal intensywnie oglądał swoje paznokcie na przemian z zawartością komórki. Jednak musiał wiedzieć, kim jestem. W przeciwnym wypadku należałoby go wywalić z roboty za kompletny brak zainteresowania ewentualnością kradzieży. Mnie nie przeszkadzało jego zachowanie, bo przynajmniej mogłem w spokoju pokontemplować różnicę między zawartością własnego konta a liczbą zer na malusich cenówkach. Zabawne, prawda? Malusie cenówki, a taka liczba cyferek, że człowiek się zastanawia, czy mu się przypadkiem w oczach nie troi. Fakt, że wczoraj co nieco spożyłem, ale alkomat rano wskazał zero przecinek zero.

Poza tym żaden z pierścionków nie wydawał mi się wystarczająco piękny dla mojej dziewczyny. Iwona była doskonała. W każdym najmniejszym szczególe. Zasługiwała na całą biżuterię świata, a ja chciałbym móc jej podarować coś, czym zdołałbym przekazać, jak bardzo ją kocham. A tu... Bez szału.

Westchnąłem ciężko, po czym podniosłem łeb, gotowy wreszcie zapytać młodego, czy na zapleczu nie mają innych pierścionków. Najlepiej takich, które z jednej strony mi się spodobają, a z drugiej nie spowodują uszczerbku na zdrowiu.

Jaki tytuł miała ta książka...?

- Mogę? - zagaiłem. Nijak nie mogłem się zmusić do zwyczajowego "przepraszam".

Chłopak zadarł nos, skrzywił się i podszedł do mnie z taką miną, jaką miewały moje koleżanki z firmy, gdy musiały odstawić zarzyganego pijaczka na dołek.

- Słucham? - Próbował popatrzyć na mnie z góry.

Jasne, chłopczyku. Trzymam kciuki. A masz tu gdzieś drabinkę?

Zacisnąłem zęby, żeby zapanować nad narastającą irytacją. To, że nie należałem do choleryków, nie oznaczało, że pyszałkowaty smarkacz mnie nie wkurzał.

- Czy to wszystkie pierścionki z brylantami, jakie macie w ofercie? - zapytałem grzecznie.

Wyraz twarzy sprzedawcy się nie zmienił. Usilne próby okazania pogardy także. Już wiedziałem, że kupię tutaj ten pieprzony brylant, choćbym faktycznie musiał sprzedać kawałek wątroby.

Jedną nogą w grobie Olgi Rudnickiej!

Tam to przeczytałem!

- Nie - odrzekł, nie patrząc mi w oczy. - Mamy również egzemplarze dla bardziej wymagających klientów - dodał, nie ukrywając złośliwości.

Wspominałem, że nie jestem cholerykiem? Bartek już by na niego wsiadł albo przynajmniej postraszył go odznaką. Ja tylko odetchnąłem. Wyprostowałem te moje dwa metry i trzy centymetry mięśni i faktycznie patrząc z góry, rzuciłem:

- Świetnie. Obejrzę je z przyjemnością.

Młody niestety nie należał do łatwo się peszących. Zmrużył oczy i z kpiącym uśmieszkiem zauważył:

- Obawiam się, że one są dla naprawdę wymagających klientów. Ich ceny oscylują znacznie powyżej tutaj wystawionych.

Do diabła! Czyli nie tylko płat wątroby, ale i nerkę. Szlag!

Szykowałem kąśliwą odpowiedź, gdy drzwi wejściowe skrzypnęły i do lokalu wpadło zimne styczniowe powietrze, a wraz z nim... nieduża, za to pulchna starowinka.

- O, Jaruś! - zaskrzypiał znajomy głos. - Dobrze mi się zdawało, że to ciebie przez szybę widzę.

Genialnie. Tylko babci Alicji mi tu brakowało.

- Dzień dobry, babciu - wymamrotałem.

Staruszka przydreptała do mnie i nadstawiła pomarszczony policzek do pocałunku. Normalnie sama słodycz. Kto jej nie zna, ten ją kupi. Pod warunkiem, rzecz jasna, że nie zauważy jasnych świdrujących ocząt babuni, które przemykały z prędkością zbliżoną do światła po okolicy i mojej osobie. Z całą pewnością dostrzegła, że blacha nie wisi na widoku, więc domyśliła się, że nie jestem tu służbowo. Nie mogła również nie zauważyć, przy której części długiej lady stoję. Oczekiwałem zatem kąśliwego komentarza Alicji Ułomek. Zamiast tego babcia przyjrzała się niechętnemu młodzieńcowi. Zmarszczyła brwi, jakby szukała w pamięci twarzy. A pamięć babunia miała więcej niż wyśmienitą. Ona nie zastanawiałaby się nad tytułem książki, lecz od razu by go wymieniła. Zapamiętywała wszystko. Absolutnie wszystko.

- Grzesiu, nicponiu - zaskrzypiała ponownie, a ja już wiedziałem, że weszła w jedną z tych swoich ról, które miały zmylić przeciwnika - a co tam słychać u rodziców, aniołeczku? Zdrowi?

Chłopak w jednej sekundzie stracił nieco pewności siebie.

- Dziękuję, tak - odpowiedział, przyglądając się swoim butom.

- Mamunia zapewne dumna z jedynaka, co nie? - kontynuowała babcia, wwiercając oczy w Grzesia.

- Aha - sapnął.

- Słyszałam na targu, że się chwali, że prawo studiujesz. Już na czwartym roku. Kancelarię ci chcą otwierać. W Krakowie.

Nie miałem pojęcia, co ma na dzieciaka, bo że coś miała, było pewne. Smarkacz pobladł lekko, zacisnął zęby i zaczął dreptać w miejscu, nie przestając wyłamywać palców. Widziałem już gości na przesłuchaniach, którzy reagowali podobnie. Niby babunia nie powiedziała niczego, co powinno zaniepokoić ekspedienta, a mimo to wydawał się przestraszony.

- I fajnie, chłopcze. Fajniutko. - Nachyliła się nad ladą i przez moment analizowała zawartość pudełek pod szybą. Ktoś mógłby pomyśleć, że przestała się interesować młodzieńcem. Ja wiedziałem, że to pozory. On najwyraźniej też, bo chyba wstrzymał oddech. I słusznie, ponieważ babcia poderwała głowę i popatrzyła mu w oczy. - A ty wiesz, że ja z ojcem profesora Rzyckiego do jednej klasy w naszym liceum chodziłam? - rzuciła beztrosko.

- Nie - jęknął cichuteńko. - Zna pani Rzyć?

Uśmiechnęła się złośliwie.

- Nieładnie, synku. - Pogroziła mu palcem. - Bez szacunku dla wykładowcy? I to takiego, od którego przyszłość zależy?

- Ja... nie... w ogóle. I nic! - jąkał się Grześ.

- Tatulek jest? - Babcia zmasowała atak.

- Jezu! Niech mu pani nie mówi - błagał chłopak.

- A o czym, aniołeczku? - zażądała sprecyzowania. - O tym, że profesora wyzywasz od mniej szlachetnego przedłużenia pleców, czy o tym, że cię chcą z UJ-otu eksmitować, boś temuż profesorowi ostro podpadł?

Resztka energii wyparowała z Grzesia. Bladość policzków przeszła w leciutką zieleń, aż się przestraszyłem, że zaraz nam tu padnie na wyglancowaną podłogę i trzeba będzie smarkacza reanimować. Chwycił się brzegu blatu i zapatrzył w moją babkę. I znowu chyba przestał oddychać.

- Skąd pani...? - wyszeptał.

Sięgnęła przez długość mebla i łagodnie poklepała go po buźce.

- Ja wiem wszystko - odrzekła uroczyście.

Grześ zdaje się uwierzył. Niespecjalnie mnie to zdziwiło. Ja również wierzyłem. Od dziecka. Babcia Alicja była połączeniem Machiavellego ze Świętym Mikołajem. Wiedziała wszystko, widziała wszystko i miała listę niegrzecznych, nie tylko dzieci, długą jak stąd na biegun północny, a przy tym planowała z niesamowitym wyprzedzeniem. Gromadziła informacje, jak inni ludzie dobra, wiedząc, że kiedyś jej się przydadzą. I bezbłędnie wyciągała brudy, gdy to "kiedyś" następowało.

- To jak z tym tatulkiem? - dopytywała złośliwie. - Jest gdzieś tam na zapleczu? Bo bym z nim chętnie ponegocjowała.

- Jak to? - Młody ewidentnie nie nadążał za sposobem myślenia nestorki Ułomków. Ja tam już się domyślałem, do czego ona zmierza.

Babunia cofnęła się leciutko i w końcu popatrzyła na mnie.

- Widzisz, Grzesiu, ja to bym chciała jakiś ładny pierścioneczek. O, na ten paluszek. Ten. - Rozcapierzyła dłoń i podstawiła młodzieńcowi pod nos... a jakże, środkowy palec. - Ale nie byle jaki diamencik, tylko taki, żeby jak już mnie do trumny włożą, wszystkie baby w Gorzeniu zazdrość ścisnęła, że go razem ze mną zakopią. Pojmujesz, robaczku?

Robaczek pojmował. Zdaje się nawet, że nie tylko to o zazdrości, lecz w ogóle babciny sposób kombinowania, skoro zieleń na jego obliczu nieco się pogłębiła.

- Chce pani, żebym dał pierścionek w zamian za milczenie? - jęknął w cichej rozpaczy zmieszanej z niedowierzaniem.

Babcia błyskawicznie machnęła ręką.

- Gdzie dał! A co to ja emerytury nie mam?! Kupić chcę! - Popatrzyła szybko na pudełka pod szkłem. - Ale żaden z tych. Taką mizerotą to nikomu oczu nie wykolę. Coś porządnego, chłopcze, pokaż. Takiego... spod lady. - Puściła do niego oko z taką miną, że właściwie zrobiło mi się młodego trochę żal. Nie żebym zaraz bardzo mu współczuł, ale przerażenie w spojrzeniu syna jubilera, jak się domyśliłem, nieco mnie ruszyło.

- Emeryturę? - powtórzył słabo.

Babunia ochoczo pokiwała głową. Grześ przeniósł wzrok na mnie, ponownie na nią i znowu na mnie. Mrugał przy tym tak, jakby mu się dostało coś pod powiekę i bez powodzenia próbował się tego pozbyć. Biedulek. Witaj w rodzinie Ułomków, dzieciaku. My to mamy na co dzień.

Chłopak wahał się jeszcze przez parę sekund, następnie poszedł na zaplecze. Popatrzyłem na babcię z mieszanką rozbawienia i irytacji.

- No co? - Wzruszyła ramionami. - Przecież chcesz ładny pierścionek dla tej swojej.

- Pamiętasz, że jestem policjantem? A to podchodzi pod wymuszenie.

- Jakie zaś wymuszenie! - oburzyła się. - Zapłacę grzecznie. A że z rabatem? Na biednych nie trafiło.

- Bartkowi też tak pomogłaś? - Nie potrafiłem ukryć rozbawienia.

Staruszka rozpromieniła się natychmiast.

- Bartuś się oświadczy? Znaczy Nelcia będzie nasza? No w końcu!

Zastanawiałem się, czy jej przypomnieć, że nie minął jeszcze rok, odkąd Bartek i Anielka są razem. Nie zrobiłem tego, bo babunia z całą pewnością znała nie tylko dzień, ale także godzinę, od której zaczął się ich związek. Po prostu uwielbiała Anielkę i nie mogła się doczekać, aż dziewczyna oficjalnie znajdzie się w rodzinie. Do Iwony nie miała aż takiego sentymentu. Nie pytałem dlaczego. Anielka twierdziła, że Iwi za rzadko bywa w moim rodzinnym domu. "Za rzadko" oznaczało jedną wizytę na święta kilkanaście dni temu, podczas gdy dziewczyna Bartka wpadała tam przynajmniej raz w tygodniu. Tyle że Anielka i Bartek kupili dom w Wadowicach, a Iwona więcej czasu spędzała w stolicy niż u mnie...

Nie, nie będę o tym myślał.

- Czyli jemu nie załatwiałaś rabatu - domyśliłem się.

Babka nie przestawała się uśmiechać, chociaż raczej do myśli o drugiej z nowych przyszywanych wnuczek, skoro moje słowa dotarły do niej z opóźnieniem.

- Nie - pokręciła głową - ale Bartek nie żeni się z Fortem Knox. Pewnie jakby podarował Nelci pierścionek z zakrętki, też byłaby zachwycona.

- A skąd pomysł, że Iwona by nie była?

Spojrzenie nestorki mojego rodu powinno wystarczyć za odpowiedź, ale ona nie mogła się powstrzymać:

- I pewnie dlatego stałeś przed tym - zrobiła ruch ręką w kierunku wystawy - i zastanawiałeś się, czy wystarczy ci bebechów na sprzedaż, coby tę zakrętkę sfinansować?

Ja pieprzę! Mówiłem, że Święty Mikołaj i Machiavelli? Ta kobieta wie wszystko.

- Powiem ci, Jarek - babcia ściszyła głos - że to nie wróży dobrze. Jakby cię kochała, to i świecidełko z odpustu by wystarczyło. Pieniądze to tylko pieniądze. Dziś są, jutro ich nie ma. W ostatecznym rozrachunku się nie liczą. Liczy się to. - Poklepała się po obfitym biuście. - A jeśli ty już teraz kombinujesz, jak dziewczynie zaimponować... - Pokręciła głową. - W życiu nie będzie cię stać na takie rzeczy, jakie ona sama może sobie kupić. I albo się z tym pogodzisz, albo już teraz szukaj innej.

Popatrzyłem na nią ponuro, lecz zanim zdążyłem rzucić jakąś kąśliwą ripostę, wrócił Grześ z niewielką szufladką i zaprosił nas do oglądania jej zawartości. Zrobiłem to bez entuzjazmu. Słowa babki wwiercały mi się w umysł. Mogłem próbować się okłamywać, ale przecież wiedziałem, że miała rację. I nie miała jednocześnie. Najwyraźniej sądziła, że to Iwi oczekuje ode mnie drogich prezentów, a to mnie się poprzestawiało i chciałem ją oszołomić.

Dlatego ostatecznie nie kupiłem żadnego z brylantów, przez które musiałbym zamknąć własną babcię za wymuszenie. Wybrałem jeden z prostych, ładniutkich pierścionków z szafirami oraz drobniutkimi diamencikami. I tak poszła na niego równowartość mojej miesięcznej pensji. Za to babci bardzo się spodobał. Mnie też. A gdy tylko znalazł się w mojej kieszeni, poczułem się cholernie szczęśliwy.

Kochałem Iwonę Strzygoń. Zamierzałem się z nią ożenić, zrobić jej dzieci, zestarzeć się z nią i pozwolić się kiedyś pochować. Taki miałem plan. I to mnie uszczęśliwiało.

W piątkowy poranek byłam już myślami w małym mieszkanku w Wadowicach. Ciężko było mi się skupić na pracy. Z każdym tygodniem trudniej. Tak cholernie tęskniłam za Jarkiem, że myśl o wieczorze wybijała mnie z rutyny. Każde zdanie musiałam czytać po kilka razy, a i tak nie byłam pewna, czy dobrze je zrozumiałam. Dlatego ostatecznie odłożyłam papiery. Dochodziła dwunasta. Wiedziałam, że Jarek ma służbę do siedemnastej. Jeśli teraz ruszę, dojadę do Wadowic mniej więcej wtedy, kiedy on dotrze do domu. Cudnie!

Wyszłam z gabinetu, a po drodze wpadłam jeszcze do toalety. Cały czas uśmiechałam się szeroko. Naprawdę tęskniłam za Jarkiem z każdym tygodniem bardziej. Zaczynałam się nawet zastanawiać, czy nie mogłabym pracować zdalnie. Niestety, zwykle w tygodniu miewałam kilka spotkań, które wymagały osobistej obecności. Większość kontrahentów papy to nadwrażliwi ludzie, poczuliby się ignorowani, gdybym próbowała się umówić na zdalne spotkanie, a jeżdżenie tam i z powrotem nie bardzo mi się uśmiechało. Poza tym wkrótce zaczynamy kręcić drugi sezon Zgagi, więc i tak na kilka miesięcy miałam się przenieść do Wadowic. Mimo to rozmyślałam o tym, gdy tylko stamtąd wyjeżdżałam, a około czwartku nie byłam w stanie myśleć już o niczym innym.

Kochałam Ułomka od pierwszego spotkania. Zobaczyłam te jego szare oczy, pełne wargi, mocne kości policzkowe i wpadłam. Nie był moim pierwszym mężczyzną, ale przy żadnym nie czułam się tak jak przy nim. Jakbym od zawsze czekała na tego faceta i należała tylko do niego.

Stanęłam przed lustrem, zobaczyłam swoją minę i skrzywiłam się lekko.

Dobra, Strzygoń, przestań truć. Stąpamy twardo po ziemi. Poezję zostawmy marzycielom.

Puściłam oko do swojego odbicia, wyszłam z toalety... i wpadłam na tatę.

- O, kochanie, szukałem cię. - Uśmiechnął się.

Znałam ten uśmiech. Cholera, a mogłam nie wychodzić jeszcze przez chwilę i dziesięć minut później siedziałabym za kółkiem i pędziła w stronę Wadowic.

- Młody potrzebuje pomocy - zaczął wyjaśniać.

Błyskawicznie popsuł mi nastrój. Spośród życiowych błędów mojego ojca ten osiemnastoletni glut wkurzał mnie najbardziej. Pierre. Mój przyrodni braciszek, wychowany przez mamusię w Lyonie. Gówniarz, którego nie znosiłam od dnia jego narodzin nie tylko dlatego, że bękart zniszczył małżeństwo moich rodziców. W końcu już wcześniej papcio Strzygoń nie świecił przykładem wierności, ale póki Piotruś nie przyszedł na świat, moja mama dzielnie znosiła przyprawianie rogów. Kiedyś zapytałam ją, czy to dlatego, że tak bardzo kochała ojca. W odpowiedzi wybuchnęła śmiechem.

- Moja naiwna Iwcia. - Poklepała mnie po policzku. - Nie, kochanie. Chodziło o wygodę i pieniądze. Dostałam ich znacznie więcej, gdy urodził się twój brat.

Noelle, matka Pierre'a, liczyła na ślub. Usłyszawszy, że nic z tego, zabrała młodego i wyjechała do rodziny. Papcio mówił, że z czystej złośliwości. Widząc, jaki brat miał stosunek do mnie i taty, mogłam się z tym zgodzić. Raczej nie wychowywano go na fana rodziny Strzygoń ani Polski w ogóle. Nie znał języka, a własne nazwisko wymawiał "Sigoń" z akcentem na "o". Aż do pełnoletności ani razu nie odwiedził kraju. To tata latał do Francji, żeby się z nim spotykać. Zabrał mnie kilka razy.

Nie lubiłam tych wycieczek. Nie znosiłam pretensjonalnej, niewiele ode mnie starszej Noelle, patrzącej na mnie tak, jakbym zabrała jej coś, co do niej powinno należeć. Kilkuletni Pierre mnie irytował. Łaził za mną jak wierny psiak i gadał po francusku. Tak mnie dręczyło to, że go nie rozumiem, że wreszcie nauczyłam się mowy Balzaka. Ale z bratem nigdy nie złapałam kontaktu. Nie pomogły oczywiście nauki jego mamusi, że jest dziedzicem, jedynym synkiem bogatego Polaczka, więc wszystko mu się należy.

Dopóki Pierre mieszkał daleko, moja niechęć ograniczała się do uszczypliwych uwag od czasu do czasu. Nie lubiłam gnojka, ale co z oczu, to z serca, prawda? Niestety, tuż po osiemnastce słodziak postanowił poznać swoje dziedzictwo. Dokładnie tak: dziedzictwo. Nie kraj, rodzinę czy przynajmniej ojca, ale dziedzictwo. Z tej przyczyny przeprowadził się do Warszawy. Jego mamusia zdążyła ostatnio szczęśliwie wyjść za mąż i nawet zajść w ciążę, więc przeniósł się sam. Ojciec kupił mu apartament w Wilanowie i obiecał wprowadzić do firmy, pod warunkiem że młody skończy szkołę, studia i nauczy się polskiego. A mnie ładnie poprosił, żebym wspierała braciszka.

Spojrzałam na zegarek, a potem, nie ukrywając uczuć, na ojca.

- Co znowu? - burknęłam.

Tata udał, że nie dostrzegł mojej niechęci.

- Coś w związku z przyszłotygodniowym spotkaniem z ANOX.

- Czyli może poczekać do poniedziałku.

Spojrzał na mnie w ten nieznoszący sprzeciwu sposób, który przez całe dzieciństwo ustawiał mnie do pionu i nawet obecnie nie pozostawiał obojętną. Wiedziałam, że dyskusja nie ma sensu. Papcio i tak postawi na swoim.

- Ale Jarek dzisiaj kończy o szesnastej - użyłam ostatecznego argumentu. Ojciec uwielbiał Ułomka niemal tak bardzo jak ja.

Popatrzył na zegarek, a potem cmoknął cicho.

- Artur cię podrzuci.

Przegrałam podwójnie. Nie dość, że musiałam się zająć glutem, to jeszcze przez weekend będę miała na głowie Artura Woźniaka, jednego z pilotów taty. Za pierwszym razem, kiedy mnie "podrzucał", chciał nocować w drugim pokoju małego mieszkanka, bo się uparł, że nie może mnie zostawiać bez opieki. Na szczęście Jarek mu wytłumaczył, że akurat o brak opieki nie musi się martwić. I zrobił to z taką miną, że Woźniak od tego czasu starał się go unikać. A nie należał do lękliwych.

- Tato... - zaczęłam.

- A tak w ogóle, to przemyślałem te twoje samodzielne wycieczki.

Domyśliłam się, o co mu chodzi. Cofnęłam się o krok i zmarszczyłam brwi.

- Tato...

- Jarek się ze mną zgadza. Nie powinnaś jeździć samochodem bez obstawy. Za dużo ryzykujesz.

Zacisnęłam zęby, żeby nie powiedzieć czegoś, czego później będę żałowała.

- Jarek? - warknęłam tylko.

- Jarek, Jarek. Martwimy się o ciebie. Ustaliliśmy, że najlepiej będzie, jeśli do Wadowic i z powrotem będziesz latała. Na miejscu odbierze cię twój chłopak... - Przerwał, widząc moją minę. - Co się dzieje?

Właśnie kalkulowałam, czy jeśli ostro opieprzę Ułomka zaraz po przyjeździe, zdążymy się pogodzić na tyle szybko, żeby się jeszcze pokochać tej nocy. Dlatego nie od razu odpowiedziałam. Wyszło mi, że obecny poziom złości wyklucza jakiekolwiek godzenie. Ale w sumie seks w gniewie też może być fajny, prawda?

- Iwi?

Podniosłam wzrok na rodziciela. Tłumaczenie mu nie miało sensu. I tak by nie zrozumiał. W pewnych tematach był nowoczesnym tolerancyjnym człowiekiem. W innych patriarchalnym dupkiem. Zupełnie jak mój chłopak. Pewnie dlatego tak się lubili i również z tego powodu kochałam obu.

- Nic, tato. - Westchnęłam. - Gdzie ten glut?

Popatrzył na mnie z naganą.

- Prosiłem cię, żebyś tak o nim nie mówiła.

Wzruszyłam ramionami. Część genów zawdzięczałam ojcu. Matka twierdziła, że większość. Te odpowiedzialne za ośli upór i bezkompromisowość - na pewno.

- Gdzie? - powtórzyłam chłodno.

Przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami. Ostatecznie ojciec ustąpił.

- W konferencyjnej.

- Fajnie.

Bez ociągania skierowałam się w stronę wskazanego pomieszczenia. Im szybciej zacznę, tym szybciej będę mogła powiedzieć Ułomkowi, co sądzę o jego i papy pomysłach ubezwłasnowolnienia mojej skromnej osoby. Wydaje im się, że mogą mnie traktować jak bezwolne dziecko, za które należy podejmować decyzje? Już ja mu pokażę!

Pokazywanie musiało się odwlec w czasie, bo młody nie pojmował większości danych, jakie mu przysłali, więc miał niejaki problem z przygotowaniem prezentacji. Siedziałam i tłumaczyłam mu krok po kroku coraz bardziej poirytowana. Starałam się, serio, starałam się nie powiedzieć, co myślę.

- Ty ćwoku śluzem karmiony, winniczku na sterydach z Temu. Nie było w tych żabojadzkich szkołach matematyki czy zamiast uczyć was dodawać, ganiali do kuchni ze szczurem schowanym pod czapką? - mamrotałam po polsku z krzywym uśmiechem.

Pierre też się uśmiechał w podobny sposób. To również mnie w nim drażniło. Był tak cholernie do mnie podobny. Te same ciemne włosy, te same czekoladowe oczy, podobne rysy twarzy. Tylko wzrost oboje odziedziczyliśmy po matkach. Ja po mojej - mikry, on po swojej, francuskiej modelce, zdecydowanie wysoki. Mógł przez to gapić się na mnie z góry, co dodatkowo doprowadzało mnie do szału.

- Nie rosumiem - przesylabizował z trudem.

- Bo akurat z inteligencji twój naród nie słynie - syknęłam ponownie po polsku, po czym dodałam już w jego języku: - Popatrz tu. - Wskazałam i zaczęłam jeszcze raz tłumaczyć.

Ostatecznie do śmigłowca wsiadłam dopiero po szesnastej, wściekła jak osa, i całą drogę milczałam. Nakręcałam się. Nie mogłam się wydrzeć na ojca... Nie żebym nie miała na to odwagi, po prostu papcio zniknął mi z oczu. Na brata również nie mogłam, bo nie kopie się leżącego, a młody po trzech godzinach wyjaśniania wykresów rozbeczał się jak dziecko. Pilota przed lotem denerwować nie zamierzałam. Został tylko drugi z patriarchalnych dupków mojego życia. Czekałam więc z utęsknieniem, aż wylądujemy, zobaczę pacana i...

Stał oparty o swojego czarnego SUV-a. Wysoki, potężny, z podgoloną łepetyną i uśmiechem na pełnych wargach. Sam seks. Jak tu się wściekać na te doskonałe dwa metry mojej własności? Tym bardziej że ta seksowna cholera podeszła, gdy wirnik się zatrzymał, a ja stanęłam w drzwiach, i wyciągnęła po mnie silne łapska. Chwilę później tonęłam w ramionach Ułomka i zaciągałam się jego wspaniałym aromatem.

"Mój ci on", cytując Henia S.

Wtuliłam się w Jarka i od razu poczułam się jak w domu.

- Cześć, piękna - wymruczał.

- Cześć, przystojniaku. - Pocałowałam go w kark. - Tęskniłeś?

- Bezbrzeżnie.

- Więc zabierz mnie do domu i pokaż jak bardzo.

- Do usług, szanowna pani. - Uniósł mnie, jakbym nic nie ważyła, i zaniósł do samochodu.

Zapięłam pas, przyglądając się rozmowie Ułomka z Arturem. Woźniak, jak zwykle, patrzył na swoje stopy i grzecznie potakiwał. Jarek tak działał na niektórych ludzi. Właściwie cała banda braci Ułomków tak działała. Ich siostra zresztą również. Poznałam ją dopiero w święta, gdy była już w wysokiej ciąży. Młoda i śliczna, komenderowała swoim mężem i braćmi. Jarek mówił, że dawniej się jej stawiali, ale szczerze w to wątpiłam. Kama miała w sobie iskrę, która nie pozwalała się podporządkować. Taką samą, jaka rozpalała Anielkę i mnie. Najwyraźniej mężczyzn z tej rodziny ciągnęło do takich kobiet. Nie pozwalałyśmy się im nudzić.

- Znowu go wystraszyłeś - zauważyłam, gdy Jarek wsiadł do auta.

- Trza być twardym, nie miękkim. - Puścił do mnie oko i odpalił silnik.

Ruszył dynamicznie, nie do końca przestrzegając zasad ruchu drogowego. Śpieszył się. Rozumiałam go. Sama wolałabym lądować na dachu jego bloku zamiast trzy kilometry dalej. Ostatecznie nie widzieliśmy się pięć długich dni. Co prawda rozmawialiśmy codziennie, i to na kamerkach, bo przecież nie mogłam nie widywać tej jego fantastycznej gębuli, ale to marna namiastka, gdy tak się kogoś pragnie. Bo i owszem, pragnęłam pana Ułomka. Rozpaczliwie.

Tak rozpaczliwie, że ledwie zamknął za nami drzwi swojego mieszkania, ja już zaczęłam go rozbierać.

- Myślałem, że najpierw omówimy sytuację geopolityczną naszego kraju. - Jarek zachichotał.

Chichotał jak baba, ale to akurat mi nie przeszkadzało. Nie teraz.

- Najpierw skupimy się na strefach... - szarpnęłam jego spodnie w dół - intymnych tu zgromadzonych. - Bokserki poszły ich śladem.

Westchnęłam zachwycona jak dziecko w Smyku. Wprawdzie patrzyłam na tylko jedną zabawkę, ale za to jaką! Uśmiechnęłam się rozmarzona i powoli podniosłam wzrok. Spojrzenie Ułomka nabrało mrocznych odcieni. Przyciągnął mnie i pocałował mocno, po czym błyskawicznie pozbył się moich spodni. Złapałam go za kark... i bez zwlekania osunęłam się, biorąc w siebie tę wspaniałą zabawkę.

Ooooo tak. Idealnie.

Zamarliśmy, patrząc sobie w oczy.

- Lecimy, Strzygoń - szepnął Jarek.

- Aha.

I polecieliśmy. Mocno, z zapamiętaniem. Jęcząc, krzycząc i dysząc. Nie potrafiliśmy się ograniczać. Zawsze wszystko robiliśmy gwałtownie i z żarem. Czy się kłóciliśmy, czy kochaliśmy. Moje paznokcie darły jego skórę. Jego palce wbijały się w moją. Gryzłam go w kark, a on przyciskał moje biodra do swoich. Szybko, coraz szybciej.

Aż do cudownego końca.

- Teraz - wydyszałam zawieszona na nim niczym małpka - możemy pogadać o globalnych problemach.

Roześmiał się cicho. Następnie, podtrzymując mnie, wyswobodził swoje nogi ze spodni i ruszył w stronę sypialni. Mieszkanko było niewielkie, a nogi mojego faceta długie, więc sześć kroków i byliśmy na miejscu. Jarek położył mnie na łóżku, po czym stanął przy nim. Przez kilka sekund przyglądał mi się z zachwytem, następnie jednym ruchem zdjął bluzę.

- Powtórka? Tak szybko? - zainteresowałam się.

- Nie. - Usiadł obok mnie nagi i sięgnąwszy po mój sweter, ściągnął go szybko. - Po prostu nie chcę, by coś oddzielało mnie od mojej pięknej kobiety. - Opadł na pościel i zamknął mnie w objęciach. - Cholernie za tobą tęskniłem.

- Ja za tobą też. - Potarłam policzkiem o jego pierś.

Leżeliśmy tak przez długi czas, przytulając się w ciszy. Serce Jarka biło równym spokojnym tempem. Jego ciężkie ramię obejmowało mnie w pasie, a ciepła, wilgotna skóra pieściła moją skórę. Niczego innego nie potrzebowałam do szczęścia.

- Twój tata dzwonił - odezwał się Ułomek. - Rozmawialiśmy między innymi o bankiecie w drugą sobotę lutego.

Niepotrzebnie powiedział to o ojcu, bo tym samym przypomniał mi, że miałam zrobić awanturę za organizowanie mi życia. Na jego szczęście seks i mocne ciało nastawiły mnie pozytywnie, więc zamiast na niego nawrzeszczeć, tylko mruknęłam.

- Nie wspominałaś o nim - mówił dalej.

- O kim?

- O czym. O bankiecie.

- Serio? - zdziwiłam się szczerze. Podniosłam głowę, żeby popatrzeć mu w oczy. - Pewnie dlatego, że staram się wyrzucić go z pamięci. Glut debiutuje w roli ukochanego dziedzica.

Jarek uśmiechnął się lekko.

- Iwi, oboje wiemy, że ciebie nikt nie zdetronizuje. - Podciągnął mnie i pocałował.

Przez silne wargi moja odpowiedź zdecydowanie się odwlekła w czasie. Pieszczota trwała i trwała... Ułomek potrafił całować. W seksie też był świetny, ale całowanie... Mistrzostwo świata. Gdyby urządzano zawody, złoty medal miałby w kieszeni. Jeśli oczywiście pozwoliłabym mu startować. Na co raczej nie miał szans.

- Nie lubię gnojka - wymamrotałam, gdy wreszcie się odsunęłam.

Jarek wziął w palce kosmyk moich włosów i przez chwilę się nim bawił.

- Wiem - odpowiedział w końcu. - Ja też nie.

- Nie poznałeś go jeszcze - przypomniałam.

- Nie muszę go znać, żeby nie znosić. Solidarność, maleńka.

Podniosłam się, następnie niespiesznie usiadłam okrakiem na jego biodrach i pochyliłam się tak, że nosem dotknęłam jego nosa.

- Mój rycerz - wymruczałam.

Poruszył brwiami jak rasowy samiec.

- No się wie, księżniczko.

I zanim zdążyłam zareagować, przewrócił mnie i zamienił pozycje, moszcząc się między moimi udami. Skorzystałam z sytuacji i błyskawicznie objęłam go nogami, a później przesunęłam łydką po najlepszym tyłku świata. Jarek spoważniał w jednej chwili.

- Zawsze będę twoim rycerzem - oświadczył, jakby składał życiową obietnicę.

A potem znowu mnie pocałował. I tym razem to było zaproszenie. Z którego ochoczo skorzystałam.

W sobotnie przedpołudnie siedzieliśmy w łóżku, objadając się naleśnikami, gdy zadzwoniła moja komórka. Nie zwykłam jej ignorować, nawet w weekendy, więc i tym razem rzuciłam okiem na wyświetlacz.

- Nelly - przeczytałam zdziwiona i od razu odebrałam: - Co słychać u mojej ulubionej pisarki?

- Wychodzę za mąż! - Ton głosu Anielki osiągnął najwyższe dostępne nuty.

- O - zdołałam z siebie wydusić.

- No!!! Bartek padł na kolana! Rozumiesz? Na kolana! W życiu bym się nie spodziewała, że zobaczę go klęczącego.

- Ty się śmiejesz czy płaczesz?

- Nie wiem. - Głos dziewczyny drżał. - Chyba i to, i to. Nie mogę przestać. Jestem taka szczęśliwa.

- Gratuluję - powiedziałam bez przekonania.

- Wpadniecie z Jarkiem wieczorem? Antek też będzie.

Spojrzałam na mojego faceta. Unikał patrzenia mi w oczy. Na pewno słyszał piski przyszłej bratowej i zapewne wiedział o pomyśle brata, więc teraz było mu głupio, że mnie nie uprzedził. Albo, nie daj Boże, myślał, że ja również oczekuję deklaracji. Musiałam go szybciutko wyprowadzić z błędu.

- Idziemy do nich wieczorem? - upewniłam się.

Potaknął, więc potwierdziłam. Jeszcze przez parę sekund słuchałam histerycznych pisków przyszłej pani Ułomek, po czym przyjaciółka się rozłączyła, dając odpocząć moim uszom.

Jarek nadal na mnie nie patrzył. Przestał również jeść i najwyraźniej się zdenerwował. Widziałam, jak mięśnie na jego plecach się napięły. Postanowiłam jednak udawać, że tego nie widzę, i uspokoić ukochanego. Biedak pewnie przeżywał teraz ciężki stres, myśląc, że jestem rozczarowana czy coś w tym stylu. Mogłabym go trochę podręczyć, tak za karę, że mu się zachciewa razem z tatą organizować mi życie. Mogłabym, ale był taki słodki wczoraj i dzisiaj, że nie miałam sumienia.

Wstałam z łóżka.

- Wyobrażasz sobie? Ślub? W dzisiejszych czasach? - rzuciłam beztrosko. - Kto dzisiaj to robi? Po co komu papierek?

- Po co...? - powtórzył Jarek dziwnym tonem.

- Właśnie. Po co? Po co to całe zamieszanie? Ludzie się kochają, są ze sobą i tyle. Przyrzekanie przed rodziną i przyjaciółmi nie jest do tego niezbędne.

- Nie jest? - Ułomek zmrużył powieki.

- No właśnie - przytaknęłam. - Później tylko problemy, kiedy ludzie chcą się rozstać.

Jarek cmoknął cicho, po czym wstał z łóżka.

- Nie sądzę, żeby Bartek i Anielka brali pod uwagę rozstanie - zauważył cicho, zbierając talerze.

- Nikt nie bierze. - Wzruszyłam ramionami. - A to i tak się zdarza. Ślub tylko wszystko utrudnia.

Popatrzył na mnie z zastanowieniem. Przez moment wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie odwrócił się i wyszedł z sypialni. Miał przy tym taką minę, jakbym mu sprawiła przykrość. Dziwne, bo przecież nie powiedziałam niczego... Chyba że to o rozstaniu. Pewnie źle zrozumiał.

Znalazłam go w kuchni. Zmywał naczynia. Zawsze to robił, kiedy się pokłóciliśmy, a jemu brakowało argumentów. Miał zmywarkę, ale ta czynność ponoć go uspokajała.

Podeszłam i objęłam go od tyłu, a potem przytuliłam policzek do jego pleców.

- Nie mówię, że oni się też rozstaną - burknęłam. - Tylko statystycznie.

- Aha.

Nie próbował się uwolnić, ale nie przestał zmywać.

- Gniewasz się?

- Nie. Dlaczego?

- Myjesz garnki.

Westchnął i zakręcił wodę. Następnie odwrócił się i popatrzył na mnie.

- Nie gniewam się - oświadczył.

- Ale?

- Nie ma ale. Po prostu się nie gniewam.

Zmarszczyłam brwi, więc Jarek cmoknął mnie w czoło.

- Gratulując im wieczorem, postaraj się nie wspominać o statystyce, okej? - zażartował bez uśmiechu.

- Postaram się - mruknęłam.

Dotrzymałam słowa. Nie wspomniałam o tym, jak wiele małżeństw kończy się rozwodem i że sam ślub to głupota, zwłaszcza że Anielka już planowała białą kieckę, kościół i całe mnóstwo gości. Szczególnie rozmowa o kościele kosztowała mnie mnóstwo samozaparcia, ale dzielnie wytrzymałam. Raz czy dwa udzielił mi się nawet entuzjazm pozostałych. Może mój głos nie osiągał tonów, którymi mogłabym wystraszyć wszystkie żywe stworzenia w okolicy, lecz obiecałam pomóc w wyborze sukni ślubnej.

Ogólnie to był całkiem fajny wieczór, przynajmniej odkąd Jarek się rozchmurzył. Ale nawet wtedy przyglądał mi się z dziwacznym zastanowieniem. Wyraźnie coś go męczyło, ale Ułomki to twardziele. Żaden z nich by się nie przyznał, że coś go trapi. Nawet przed sobą.