AGNIESZKA
Przyszłam do niej jak zwykle. Już od
progu wiedziałam, że coś się stało. Dziadek chyba nie żyje, powiedziała.
Zajrzałam do pokoju. Leżał z zamkniętymi oczami, nie było go.
Spodziewaliśmy się. Miał operację, chemię, sterydy, ale to jednak rak.
Pobyłam z nią trochę i kiedy zbierałam się do wyjścia, odezwała się
cicho: zostaniesz ze mną na noc? Pamiętam, że czekał na mnie chłopak,
byliśmy umówieni, potem musiałam się pouczyć. Studiowałam, miałam swoje
życie, bardzo chciałam nim żyć. Wkurzyłam się. Dlaczego ja, młoda
dziewczyna, miałam spać ze starą osobą? Wtedy jeszcze jej tak nie
kochałam. Dziś wiem, że bałam się wziąć za nią odpowiedzialność.
Wiedzieliśmy już, że coś się dzieje, że jest z nią źle. Jeszcze
nieświadomie, ale zrozumiałam, że ona też to wie. I woła o pomoc.
Dlaczego ja?! Nie jestem twoją jedyną wnuczką! Nie pamiętam, czy
powiedziałam to głośno, czy tylko pomyślałam, czy w ogóle do niej, czy
może później, do kogoś innego. Wierzę, że to drugie. Do dziś dźwięczy mi
w głowie i nie daje spokoju.
Wyrzuty sumienia? Każdego dnia.
Tenia
Miała na imię Gertruda, ale wszyscy wołali na nią Tenia. Urodziła się na
Górnym Śląsku, w Chorzowie, i, jak to w tamtych czasach, w tamtym
miejscu, czuła się trochę Polką, trochę Niemką. W domu było ich kilkoro,
wszyscy mieli germańskie imiona. Świetnie mówiła po niemiecku, jako
młoda dziewczyna dorabiała u jednej rodziny, niańczyła dzieci. Nigdy o Niemcach nie powiedziała złego słowa. Mieszkali obok siebie: ni to swoi,
ni obcy, musieli się nauczyć jakoś ze sobą żyć. Ona umiała - zawsze i ze
wszystkimi.
Dziadka poznała, gdy wracał z obozu jenieckiego. On walczył w powstaniu
warszawskim, ona jechała z Holandii. Co tam robiła, kiedy i jak trafiła,
dlaczego nie została - nie wiem. Jej wspomnienia często urywały się
nagle, choć - to typowe - te z najwcześniejszych lat życia były tak
wyraźne, że nawet wielokrotnie powtarzane zachowywały spójność, nigdy
jej się nie myliły.
Mogli wyjechać za granicę, nawet do Kanady, mówiła mi zawsze: mieliśmy
opcje. Przyjechali do Radomia, a stamtąd do Krakowa, do Nowej Huty.
Dziadek dostał dobrą pracę, żyli wygodnie. Opowiadała mi nieraz, że
mogła nawet wysyłać paczki z żywnością biedniejszej rodzinie, tej, która
została na Śląsku.
Lubiła o tym opowiadać, później już w kółko, bo to były opowieści, które
znała najlepiej. Nie umiała tylko odróżnić, kto słucha, bo jest ciekawy,
a kto, bo ma interes. A oszustów nie brakowało. Raz, gdy przyszłam do
niej, zagaiła do mnie jej tymczasowa opiekunka: dzwoniła Hilda. Jaka
Hilda? Z rodziny chyba. A po jakiemu ta Hilda mówiła? No po polsku.
Jej siostra to była Hilda. Tylko że ta Hilda wyprowadziła się za granicę
i mówiła tylko po niemiecku. A w dodatku już nie żyła.
Kiedy widzę dziadków oczami dziewczynki, którą wtedy byłam, mam obraz
pięknej, starszej pary, celebrującej tradycyjny model rodziny. Dziadek
zawsze szedł pierwszy, z kluczami, ona dreptała za nim, niosąc siatki z zakupami. Jak przyjeżdżał po niego rano samochód, zawsze stała w oknie i mu machała na pożegnanie. Potem szła na targ, kupowała jedzenie,
gotowała obiad i czekała, aż wróci, żeby go nakarmić. Robiła to, nawet
gdy było z nią już bardzo źle. Nie pamiętała wielu rzeczy, ale to, że
trzeba ugotować obiad i jak to zrobić, długo tak. Mobilizowała się, a potem umysł - zmęczony wysiłkiem - odmawiał posłuszeństwa. Gdy siadali
przed telewizorem, patrzyła w niego tępym wzrokiem, nie nadążając za
tym, co widzi.
Czy dziadek wiedział, że ona choruje? Musiał wiedzieć, ale nigdy o tym
nie mówił. Swojego raka też wypierał. Nawet gdy był już w hospicjum
domowym i pielęgniarka rozmawiała z nim o diagnozie, mówił, że niedawno
przeszedł grypę i ma powikłania. A był już wtedy po chemii i operacji,
lekarze wprost mu mówili: wycinamy panu guza.
Gdy siedział z tymi wenflonami i kroplówkami, nie dało się ich zostawić
samych. Nie mogła mu z tym wszystkim pomóc. Już nie umiała.
Mieli dwoje dzieci: moją mamę i wujka tyrana.
Satelity
Opieka byłaby na pewno prostsza, gdyby nie oni. Rzadko naprawdę
pomagali, częściej przeszkadzali, a swoimi obciążeniami tylko dolewali
oliwy do ognia. Ją napełniali lękiem i dezorientacją, mnie - gniewem i bezradnością. Czułam się odpowiedzialna za nich wszystkich, więc
próbowałam się nimi zaopiekować - z marnym skutkiem.
Z mamą było różnie. Na początku dużo pomagała, choć kiedy zobaczyła, że
przejmuję inicjatywę, chętnie się odsunęła. Ale była też jedyną osobą, z którą na ten temat rozmawiałam. Nie były to głębokie, egzystencjalne
rozmowy, bardziej wymiana spostrzeżeń, analiza zachowań, planowanie, co
trzeba teraz zrobić, ale zawsze. Przeżywała, płakała. To ona na koniec
bywała u niej najczęściej. Może bardziej dla siebie, może trochę dla
niej. Ja już nie potrafiłam.
Wujek był triggerem, wyzwalaczem całej mojej skrywanej bezsilności i złości. Potrafił jak mało kto zburzyć moje opanowanie w jednej
sekundzie. Nie szanował jej, nie czuł się odpowiedzialny, do pomocy w ogóle się nie garnął, choć przecież syn. Za to do komentowania i narzekania - pierwszy. Był bogaty i bardzo skąpy. Tygodniami przypominał
mi, że wiszę mu dwadzieścia trzy złote za wymianę dzwonka do drzwi
sąsiadów, który kolejny raz wykręciła. Uparcie mnie kontrolował.
Potrafił przyjść do niej, gdy byłam na zajęciach, i sprawdzać, czy
posprzątałam, zrobiłam zakupy, zadbałam. Liczył jej pieniądze, czy suma
zgadza się z wydatkami, był przekonany, że zabieram część dla siebie.
Porozumiewał się ze mną za pomocą karteczek. Raz znalazłam jedną w lodówce: "Znowu pasztetowa? Mogłabyś się bardziej wysilić".
Pasztetową i inne tanie wyroby wędliniarskie kochała najbardziej na
świecie.
Pierożek
Zawsze, gdy o niej opowiadam, mówię: żałuję, że jej nie znałeś. Gdy
rozmawiało się z nią przez telefon, potrafiła kilka razy zapytać: ale
czy gniewasz się na mnie? Mówiła to głosem dziecka, szczebiocząc. Była w tym słodka, urocza, rozkoszna. Człowiek chciał jej nieba przychylić.
Czasami, gdy byłam ze znajomymi, a ona dzwoniła, włączałam tryb
głośnomówiący, by jej posłuchali. Albo sami mówili: o, Pierożek dzwoni,
daj na głośny! I wszyscy się nią zachwycali. Często przychodziłam do
niej z nimi, duże ekipy się tam zbierały. Opowiadała im wszystkie te
swoje historie. Kochali jej słuchać i ją kochali. A ja byłam dumna, że
jest moja. Tworzyłam wokół jej osoby prawdziwy kult.
Czemu Pierożek? Bo ona miała taką pomarszczoną twarz z ustami
ściągniętymi w dzióbek albo właśnie zlepiony pieróg. A że nie miała
zębów i była taka dziecinna, to zdrabnialiśmy do Pierożka. To też była
próba zrekompensowania jej tego, co ją spotkało.
Pamiętała mnie praktycznie do samego końca. Moją mamę zapomniała
wcześniej - jakieś trzy, może cztery lata przed śmiercią. Ja byłam
zawsze jej Agusią. Pod koniec może już nie rozumiała relacji, ale
wiedziała, że jestem kimś bliskim i nigdy nie zapomniała mojego imienia.
Oczywiście, że czułam się wyróżniona, nobilitowana. To dlatego wydawało
mi się, że muszę jej przed wszystkimi bronić.
Czasem wolałam, żeby mnie nienawidziła. Może byłoby mi łatwiej?
Pamiętam, jak kiedyś przyszłam do niej rano zrobić śniadanie. To było w drodze na uczelnię, miałam kolokwium, spieszyłam się. Poprosiła mnie,
żebym poszła z nią na spacer. Nie mogę, powiedziałam, muszę jechać.
Powtórzyła coś kilka razy, nie za bardzo słuchałam, byłam zdenerwowana.
I ona wtedy, to jej się bardzo rzadko zdarzało, krzyknęła: spierdalaj,
wynoś się! Wypierdalaj! Sama wypierdalaj, odpyskowałam. Jeden jedyny
raz.
Poczułam wściekłość na siebie, ale jednocześnie wielką ulgę. Zrobiłam to
tylko dlatego, że wiedziałam, że ona o tym zaraz zapomni. I rzeczywiście, gdy dotarłam na przystanek i czekałam na autobus,
zadzwoniłam do niej, by przeprosić. Cześć, Agusia, kiedy do mnie
wpadniesz? Siedzę sama od rana, zaszczebiotała.
Wszyscy myślą, że ludzie z alzheimerem niczego nie rozumieją, dlatego są
szczęśliwi. Że nie wiedzą, że nie potrafią umieścić samych siebie w czasoprzestrzeni, nie pojmują, kim są ludzie wokół nich, kim oni sami
są. A ja wiem, że to nieprawda.
Widziałam u niej prześwity, gdy była, bywała sobą. W jej oczach pojawiał
się olbrzymi strach, że nie wie, co się dzieje. Rozumiała, że nie
rozumie. Była wtedy przerażona. To były przebłyski, trwały kilkanaście
sekund. Modliłam się, żeby znowu przestała pamiętać. Widziałam, jak ta
świadomość z sekundy na sekundę gaśnie, jak wraca do tej nowej siebie,
ale strach zostaje, choć ona już nie wie, skąd przyszedł. Moje serce
pękało wtedy na drobne kawałki.
Makowce
Pierwszym lekiem, jaki dostała, był trazodon, antydepresant. Oczywiście
były inne sygnały - powtarzała ciągle te same słowa, te same historie,
myliła nas, strasznie zdziecinniała - ale zmiany nastrojów wybijały się
na pierwszy plan. Czy pomogło? Trochę i na chwilę, bo lawina ruszyła i już nie dało się jej powstrzymać.
Tak jak tych zakupów. Boże, ile nas to nerwów kosztowało. Dostawała
emeryturę, dużą, bo po dziadku. Na tamte czasy to było sporo, dwa i pół
tysiąca, ale jej nie starczało do pierwszego. Wtedy jeszcze dysponowała
swoimi pieniędzmi sama, no bo dlaczego nie, myśleliśmy. Robiła zakupy,
radziła sobie, a i my nie mieliśmy jeszcze takiej świadomości - bo
nabieraliśmy jej stopniowo - że jest z nią tak źle. Nie wyręczaliśmy
jej, chcieliśmy, żeby jak najdłużej radziła sobie sama. A może byliśmy
po prostu egoistami?
No więc brała tę emeryturę do ręki, od listonoszki, i wydawała. Na co,
po co, komu, długo nie wiedzieliśmy. Potem w domu zaczęły pojawiać się
dziwne rzeczy. Otwierałam lodówkę, a tam trzydzieści serków
homogenizowanych o tym samym smaku. W łazience kilkanaście zafoliowanych
grzebyków, w pokoju pełno zabawek dla małych dzieci, których nikt z nas
nie miał. Nie pamiętała, że coś kupiła, że czegoś nie potrzebuje,
wszystko było ważne. Zresztą, nie umiała wrócić do domu z pustymi
rękami. Przecież przez tyle lat chodziła po zakupy dla dziadka, dla
siebie, codziennie coś. Ten nawyk został, nawet gdy już nie miała dla
kogo, po co i za co.
Straciła zdolność rozumienia wartości pieniądza. Ludzie szybko się
zorientowali. Nigdy nikogo nie złapaliśmy na gorącym uczynku, ale jej
portmonetka była ciężka od jedno- i dwugroszówek, więc oszukiwali ją na
pewno. Dawała im banknot, a oni wydawali drobniakami - było ich dużo,
więc sądziła, że wydali dobrze.
Kiedy pieniędzy już brakowało, zwyczajnie wynosiła rzeczy ze sklepu.
Kradła po prostu. Nie, nigdy nikt jej nie złapał. Na szczęście. Stara
część Huty to jest społeczność ludzi, którzy znają się od lat. Na pewno
wiedzieli, ale przymykali oko, bo była "swoja".
Pamiętam, jak raz poszłyśmy do jej ulubionej cukierni, przy Zielonej.
Zaczepiła mnie pani Lidzia, właścicielka. Powiedziała, że często
przychodzi do niej po makowce. Trzy, cztery na raz. Czasem płaci,
częściej nie. Mówi wtedy, że jest głodna, że potrzebuje. I pani Lidzia
wydawała jej te ciasta, bo znała ją od pięćdziesięciu lat, odkąd z dziadkiem zjechali do Huty, chociaż czuła, że nie jest dobrze.
Doszło do tego, że zaczęliśmy wydzielać jej pieniądze. Wydaje się, że to
nic takiego, ale nastąpiło zupełne odwrócenie ról. Przecież ona zawsze
nam dawała pieniądze. Nam, wnuczkom, mamie, na dom, spłacenie długów.
Dogadałam się na lewo z kobietą z poczty, żeby tę emeryturę dawała mi do
ręki. Dużo ryzykowała, bo nie miałam wtedy prawnego upoważnienia do jej
reprezentowania, ale znała ją już tyle lat, zgodziła się. Nie lubiłam
mieć tej kontroli, ale nie było wyjścia.
Opalenizna
To nietypowe, ale nigdy nie zapomniała, gdzie mieszka. Choćby nie wiem
co, zawsze potrafiła wrócić do domu. Wieźliśmy ją do lekarza i kiedy
wracając, wjeżdżaliśmy do Huty, mówiłam: to teraz poprowadź. Raz, że
chciałam, by ćwiczyła mózg, dwa - dawało mi to poczucie, że jeszcze nie
jest tak źle, skoro pamięta, gdzie dom, że jeszcze nie jest najgorzej. I że nawet jak mi ucieknie, to zawsze wróci. Bo ona zawsze wtedy: tu
skręćcie, tam prosto, o, tu w prawo i patrzcie, już widać, jesteśmy.
Na wszelki wypadek wrzucałam jej do kieszeni karteczki z adresem, ale
ona je wyciągała i myśląc, że to śmieci, wyrzucała. Potem te kartki
wszywałam, ale wiedziałam, że nawet jak się zgubi i ktoś do niej
podejdzie, nie zwróci na to uwagi. Ludzie nie patrzą na takie rzeczy. Ja
patrzę, bo jestem wyczulona. Jak widzę starego człowieka błąkającego się
bez celu po osiedlu, to zawsze podchodzę i pytam, czy mogę jakoś pomóc,
ustalam, gdzie mieszka. Teraz już ich nie jest tak dużo, jak kiedyś. To
pokolenie, które przyjechało do Huty w latach pięćdziesiątych, wymarło,
ale jeszcze parę lat temu łaziło tych ludzi tu sporo. Znałam większość i wiedziałam, gdzie mieszkają, więc prowadziłam ich do domów. Przez to, co
działo się z nią, wiedziałam, co z nimi zrobić. Czasem zastanawiam się,
czy kocham starych ludzi tak bardzo dlatego, że ona taka była, czy
odwrotnie - że ją pokochałam tak bardzo, bo zawsze miałam słabość do
starych ludzi. Chyba to pierwsze.
Im bardziej to wszystko postępowało, tym więcej było chodzenia. Jakby
czuła przymus, żeby się ruszać. Potrafiła spacerować po cztery, pięć
godzin dziennie. Nieważne, czy upał, czy ulewa, czy mróz - byle iść. Na
początku jeszcze rozglądała się na boki, później patrzyła już tylko w ziemię i tak chodziła. Nie potrafiła sobie zagospodarować inaczej
swojego istnienia.
A ile razy się na tym spacerze posikała.
Nikt z nas - ani ja, ani mama, ani tym bardziej wujek - nie był w stanie
godzinami z nią łazić. Myśmy rzygali już tym chodzeniem. A bywało tak,
że wracało się z nią z takiej solidnej przechadzki, wypijała herbatę,
siadała w fotelu i po pół godzinie mówiła: może byśmy gdzieś wyszli?
Na tych spacerach widać było wyraźnie, jak szybko traci hamulce.
Potrafiła na głos powiedzieć: patrz, jaka gruba baba, jaką ma dupę.
Niemiłe, wiem, ale śmiałam się, co będę ukrywać.
Miała siwiuteńkie włosy i ciemnobrązową twarz przez cały rok. Była
cholernie opaloną osobą.
OIOM
Byłam mała, gdy to się stało. Schylała się do kwiatków na działce. Była
już dobrze po siedemdziesiątce, ale nie szło jej przegadać, żeby
zwolniła. Ciągle zaiwaniała ze swoimi sprawami. I gdy tak pieliła te
grządki, zrobiło jej się ciemno przed oczami i straciła przytomność. To
był udar.
Pamiętam, że odwiedzaliśmy ją po tym wszystkim w szpitalu, później w domu. Utraciła zdolność mówienia. Pokazywała na przykład na łyżkę i mówiła: to. Ale szybko, w ciągu tygodni, może miesięcy, wszystko
wróciło. Tak myślałam, bo niczego nie zauważyłam. Może gdybym była
starsza? W domu o żadnych problemach z pamięcią się wtedy nie mówiło.
Nikt nie umiał mi powiedzieć, czy udar uchylił wrota alzheimera, czy po
prostu otworzył je szerzej. Na pewno w niczym nie pomógł. Fizycznie
długo jednak wyglądała dobrze. Zapominała o zmęczeniu, tryskała energią,
chociaż wiek upominał się o swoje.
Zaczęła zapominać o tym, że zjadła. Bywało, że zostawialiśmy jej gar
zupy, żeby starczyło na dwa czy trzy dni, a ona potrafiła zjeść całą na
raz. Wymiotowała potem. Jakie to okrutne: nie pamiętasz, że dopiero
zjadłaś i że nie jesteś głodna, alzheimer zabiera ci nawet to. Doszło do
tego, że musieliśmy jej to jedzenie ograniczać. Zamykaliśmy przed nią
lodówkę, szafki, żeby się nie przejadała.
Innym razem było na odwrót: strasznie schudła. Jakieś problemy
trawienne, coś ze śluzówką jelita. Prawie nic nie jadła, leciała w oczach. A wtedy pogłębiło jej się otępienie i prawie natychmiast
ozdrowiała. Zapominała, że boli, że ma boleć. Alzheimer ją wyleczył. Co
za absurd.
Jakieś dwa lata przed śmiercią zachorowała na zapalenie trzustki. Stan
krytyczny. Osiemdziesiąt osiem lat, miała pełne prawo tego nie przeżyć.
Trafiła do szpitala, a tam istne domino. Pierwszego dnia zawał, drugiego
zapalenie płuc, trzeciego wszystko już było wywalone w kosmos, trzustka
ledwo zipała. Byłam pewna, że ona z tego szpitala nie wyjdzie. Nawet
zaczęłam o niej mówić w czasie przeszłym, żeby się przygotować
psychicznie.
Przyszłam któregoś dnia, a tam łóżko puste. Nogi się pode mną ugięły.
Okazało się, że ją przenieśli. Zajrzałam do niej, a ona do mnie: Agusia,
kiedy pójdziemy do domu?
Gdy tak leżała - przypięli ją pasami, z powodu tego chodzenia - nie
pamiętała, że miała zawał, że trzustka, że płuca. Nie rozumiała, po co
tam jest. Nie wiedziała, że miała umierać. Chciała do domu, bo tam
przecież dziadek czeka, zakupy trzeba zrobić, obiad ugotować. Była
zupełnie gdzie indziej.
Kiedy wyszła, żyła jakby nigdy nic. Nie, że leżała, nie. Od razu wróciły
spacerki, wędrówki, chodzenie. Była w tym niemożliwie niezłomna.
OC
Oczywiście, że próbowaliśmy ją zamykać. Baliśmy się, że wyjdzie pod
naszą nieobecność i coś jej się stanie. Zabieraliśmy klucze i zamykaliśmy drzwi. Okropnie ją to denerwowało. Tłukła w te drzwi z całej
siły, sąsiedzi się skarżyli. Później niczego nie pamiętała.
Przychodziłam, a ona mówiła: o, Agusia, jesteś, to może wyjdziemy? W ogóle nie pamiętała, że jej to zrobiliśmy.
Na początku jeszcze zostawialiśmy drzwi otwarte, tak żeby mogła i wejść,
i wyjść samodzielnie. Mogliśmy to zrobić, bo wiedzieliśmy, że ma nerwicę
kluczy, nie wyszłaby z domu bez nich. Jak tylko opuściła mieszkanie,
zaraz, może po pięciu minutach, nerwowo łapała za torebkę i sprawdzała,
czy na pewno w niej są. Takich natręctw było więcej: nie wyszłaby, gdyby
światło nie było zgaszone, okna nie były zamknięte. Mama dziś mówi
czasem: mam jak babcia. Mieć jak babcia znaczy oglądać się sto razy za
siebie, zanim gdziekolwiek się wyjdzie.
Kombinowała. Raz mama poszła ogarnąć trochę mieszkanie. Wyszła na chwilę
do łazienki, po pranie, żeby wywiesić. Jak wróciła, jej już nie było.
Uciekła. Zazwyczaj jednak ubierała się do wyjścia, wychodziła za próg,
szukała kluczy, a jak nie znajdowała, to wracała, bo przecież nie
zostawi tak domu otwartego.
Chowanie kluczy działało krótko. Potem po prostu wychodziła, już nie
pamiętała, że otwarty dom jest kuszeniem złodziei. Przymus chodzenia był
silniejszy. Imperatyw: iść. Niezależnie od wszystkiego iść.
Miała ogromną potrzebę bycia bezpieczną i długo walczyła z alzheimerem o to, żeby to poczucie nie zniknęło. Jednocześnie była jednak dobrą i życzliwą osobą, nie bała się, że coś jej grozi. Otwierała wszystkim i zawsze, więc domokrążcy mieli z nią używanie. Jak tylko ktoś zapukał czy
zadzwonił, drzwi od razu były otwarte na oścież.
Najgorszy był zanik instynktu samozachowawczego. Kiedyś malowali jej
blok. Nie mogła wtedy wychodzić sama z domu, bo albo nie miała kluczy -
i jeszcze się tym przejmowała - albo ją zamykaliśmy. Wyszła więc przez
okno i zaczęła chodzić po rusztowaniu. Dowiedzieliśmy się od sąsiadów,
którzy zobaczyli ją spacerującą na zewnątrz bloku. Zaglądała im w okna.
W życiu nie jechaliśmy do niej tak szybko, jak wtedy. Musieliśmy założyć
w oknach zamki.
Problem był też z gazem. Miała starą kuchenkę, łatwo było odkręcić, nie
dokręcić i tragedia gotowa. Zakręcaliśmy, jasne. Przykre to było, bo nie
mogła sobie nawet obiadu odgrzać, była zdana na nas, ale nie było
wyjścia. Nie doceniliśmy jednak przeciwnika. Alzheimer, owszem, odbiera
ci zdolność do logicznego myślenia, ale czyni cię niesamowicie
przebiegłym. Żeby osiągnąć cel, zrobisz wszystko.
Znalazła źródło ognia. Strasznie długo się głowiliśmy, jak to możliwe,
że przychodząc do niej, zastajemy na kuchence ciepły garnek z resztkami
jedzenia. No jakim cudem, przecież pozabieraliśmy zapałki, zapalniczki,
wszystko. Gdzie ten ogień znalazła? W łazience, w starym junkersie.
Podpalała sobie kawałek papieru i szła z tym ogniem przez całe
mieszkanie. W życiu bym na to nie wpadła, gdybym jej nie przyłapała.
Otworzyłam drzwi i widzę, jak ona idzie przez przedpokój ostrożnie z papierem, ogień sobie lata na boki, jak chce, a ona resztkę donosi i podpala kuchenkę. Szła jak w transie, kompletnie wyłączona, więc nie
słyszała, jak wchodzę. Uwierzyć nie mogłam.
Tak to było. Alzheimer coś wymyślał, a my reagowaliśmy. Zawsze był krok
do przodu.
W końcu wykupiłam jej polisę ubezpieczeniową, która chroni przed
odpowiedzialnością cywilną. Czyli miała po prostu OC jak samochód. Dziś
uważam to za zabawne, choć wtedy do śmiechu nie było mi wcale.
Ręka
Rano telefon. Jedzie do lekarza, ręka ją boli. Ale jak boli, czemu boli?
Akurat nikt u niej nie spał, więc trudno było powiedzieć. Pewnie znowu
coś sobie wymyśliła. Poza tym jest niedziela, przychodnia zamknięta, o co larum? Dobrze, przyjedziemy.
W domu wytrzeszczamy oczy. Ręka jest cała fioletowa i opuchnięta.
Przerażeni jedziemy na SOR. Lekarz mówi: ale ta pani była tu wczoraj.
Próbujemy odtworzyć przebieg wydarzeń. Okazuje się, że wyszła na spacer,
upadła przed kościołem, jakaś pani jej pomogła, zawiozła do szpitala.
Tam rentgen i rozpoznanie: złamanie. Założyli gips, odesłali do domu.
Jaki gips? Żadnego gipsu nie ma.
Wróciliśmy do mieszkania, szukamy. Po godzinie znaleźliśmy go w pudełku
po butach. Był praktycznie w jednym kawałku, nierozcięty, jeszcze w kształcie charakterystycznej "elki". Do dziś mam ciarki na plecach, gdy
pomyślę, jak musiała manewrować złamaną ręką, żeby uwolnić się z gipsu.
I jak bardzo musiało ją boleć, przecież tam od razu powstały
przemieszczenia - w złamaniu. Zdjęła gips, bo nie wiedziała, czym jest i dlaczego w ogóle jest.
Nowego gipsu nie dostała. Lekarz na SOR-ze stwierdził, że on już jej
jeden założył, wypadek był wczoraj i pacjentka nie kwalifikuje się do
zaopatrzenia, niech idzie do ortopedy. Dostałam tam szału. Krzyczałam:
czy wyście powariowali?! Przecież jest niedziela, co ja mam z tą ręką
zrobić? Jest fioletowa, wisi, boli! I wyobraź sobie, że oni jej nie
zaopatrzyli.
Znalazłam w Internecie, że jest coś takiego, jak gips elastyczny, który
utwardza się pod wpływem wody. Pojechałam do dyżurnej apteki, kupiłam, w domu odpaliłam YouTube'a i na wzór tego gipsu, co go znaleźliśmy w pudełku po butach, założyłam jej opatrunek w domu. Następnego dnia
poszłam do ortopedy, no bo przecież nadal trzeba rękę profesjonalnie
ogarnąć. Lekarz spojrzał i powiedział: wie pani co, świetnie pani go
założyła, nie muszę nawet nic poprawiać.
19393
Miała zablokowane połączenia wychodzące. Musieliśmy to zrobić, bo
przychodziły horrendalne rachunki za telefon - na czterysta, czasem
sześćset złotych. Oczywiście, że próbowaliśmy reklamować, ale
słyszeliśmy tylko: proszę państwa, to są normalnie zrealizowane
połączenia, nic nie możemy zrobić, trzeba zapłacić.
Aparat miała tradycyjny, stacjonarny, obok notesik z numerami, ale nie
zawsze umiała z niego skorzystać. Wykręcała, myliła cyfry, dodzwaniała
się w różne miejsca. Najczęściej w bilingach pojawiał się 19393.
Zabawne, że pamiętam go do dziś. Zanotowany był w przeróżnych miejscach
w domu - na gazetach, skrawkach papieru, serwetkach. To była linia
operatora, pomoc techniczna, ale płatna. Numeru nie dało się zablokować,
bo każdy abonent musiał mieć do niego dostęp. No i nabijał opłaty.
Zrezygnowaliśmy w końcu z aparatu, kupiliśmy komórkę, taką dla starych
ludzi, z dużymi przyciskami. Nie umiała się nią posługiwać, gubiła
ładowarki, więc wróciliśmy do stacjonarnego.
Te przeboje z operatorem były jednym z powodów, dla których zaczęłam
starać się o bycie opiekunem prawnym - żeby móc zmieniać warunki umów,
rozwiązywać je, załatwić to, co w przypadku zwykłej, niesformalizowanej
opieki było niemożliwe. Tych umów był opór. Nie raz i nie dwa, gdy szłam
do niej po zajęciach, na stole znajdowałam kopie podpisanych dokumentów
- a to Internet, a to jakaś darowizna. Ludzie strasznie wykorzystywali
to, że otwiera drzwi i jest serdeczna. A przecież wiedzieli, musieli się
zorientować, że nie do końca panuje nad swoim umysłem.
Kaloryfer
Kiedyś trafiliśmy na fajną psychiatrę. Powiedziała, że jest taka terapia
eksperymentalna, że może by coś pomogła. Kosztowała dziewięćset złotych
za miesiąc leczenia. Dużo, szczególnie gdy już ci nie starcza na opiekę,
a do tego musisz opłacić mieszkanie, jedzenie, wywalone w kosmos
rachunki za telefon i tak dalej. Musieliśmy się strasznie szczypać z dodatkowymi wydatkami, ale mimo wszystko weszliśmy w ten lek.
Czy był efekt? Kurczę, no był. Na tamtym etapie miała bardzo ubogie
słownictwo. Zaczęła brać ten lek i po dwóch miesiącach ni stąd, ni zowąd
powiedziała dwa słowa, których nie używała już od kilku lat. Jasne, że
je pamiętam: kaloryfer i widelec. Byłam zachwycona. Jak idiotka
cieszyłam się z dwóch głupich słów. Ile razy mówiła: ten kwiatek stoi
nad tym, no, wiesz; albo: daj mi to tu, żebym zjadła. A tu proszę: nad
kaloryferem i widelec, tak po prostu.
Po roku musieliśmy przerwać terapię, była dla nas zbyt droga. Nie wiem,
czy było warto. Jedne słowa wracały, ale inne odchodziły. Ta choroba się
nie zatrzymuje. Coś odda, coś zabierze, na koniec i tak wszystko zmiata.
Klatka
Wychodziła na klatkę i potrafiła tam stać, aż coś nie wymyśli, jakby
jakiś djobeł tam był i jej podpowiadał. Co można robić na klatce
schodowej? Zadziwiające, jak wiele.
Można wykręcać ludziom dzwonki i codziennie narażać się na porażenie
prądem. Można też wyrzucać jedzenie. Najpierw wynosiła garnek piętro
wyżej i stawiała przy oknie. Obiad, sałatki, jabłka, różne rzeczy. Idąc
do niej, najpierw się od razu wchodziło na piętro, żeby zabrać jedzenie.
Potem się zaczęło wywalanie tego żarcia z garnka i już nie było tak
łatwo, że pozbierasz do torby i wyrzucisz. Trzeba było sprzątać całą
klatkę.
To był ten moment, kiedy człowiek w ogóle się nie zastanawiał, po co i dlaczego. Idzie, sprząta, ogarnia, jak automat, byle dalej, bo rzeczy do
zrobienia jest przy takim człowieku mnóstwo. Jedyna refleksja, jaka ci
się pojawia, to jak zabezpieczyć te rzeczy, żeby ich nie wynosiła. Albo
przynajmniej, żeby było wiadomo, gdzie ich potem szukać. Jak ten gips w pudełku po butach.
Sąsiedzi? Byli życzliwi, ale ich cierpliwość wisiała na włosku. Nie
dziwię się, choć miałam żal. Ona zawsze była serdeczną osobą, wszystkich
lubiła, ze wszystkimi umiała pogadać. Dlatego tak mnie bolało, gdy
traktowali ją jak wariatkę. W pewnym momencie zaczęli zwracać się do
niej przeze mnie, nawet gdy była obok. Traktowali ją jak przedmiot, nie
podmiot. Obchodzili naokoło, jakby jej już nie było. Wyrzucili ją poza
obręb społeczności, której była zawsze częścią. Gertruda nie była chora,
Gertruda była wariatką.
Lęk
Ja? Mnie w tym wszystkim jakby nie było.
Fizycznie nic mi nie dolegało. Funkcjonowałam jak maszyna: studia,
praca, opieka, dom, chłopak, a jeśli starczyło czasu - namiastka życia
towarzyskiego. Przyjść, pomóc, wrócić, załatwić, zabezpieczyć,
potowarzyszyć, zdążyć. Nie było czasu czuć. Działałam zadaniowo, i to do
tego stopnia, że jak umarła, to nie wiedziałam, co zrobić ze swoim
życiem. Byłam pewna, że gdy to się stanie, odzyskam siebie. Zamiast tego
dorobiłam się zaburzeń lękowych.
Zamknęłam się w domu, nie byłam w stanie wyjść nawet do sklepu. Musiałam
zrezygnować z pracy. Nic z tego nie rozumiałam. Było mi lżej,
odzyskiwałam swoje życie, wokół zaczęło się układać. Dzięki sprzedaży
jej mieszkania pomogłam mamie spłacić długi, nie musiałam się o nią już
tak martwić. Wiele wątków się pokończyło, a węzły, których nie byłam w stanie odplątać, rozwiązały się same.
Psychoterapeutka, do której wtedy poszłam, na moje pytanie, dlaczego tak
się ze mną dzieje, powiedziała, że przecież ja przez dziesięć lat nie
dopuszczałam do siebie emocji. Wszyscy mnie wychwalali, dziwili się:
Aga, jak ty to robisz? Tak świetnie sobie radzisz. Uważali mnie za
heroskę. I ja też myślałam, że tak mam, że potrafię, że umiem udźwignąć
każdy ciężar. Jeden raz tylko siostra powiedziała mi, że się boi, co ze
mną będzie, gdy przestanę być superbohaterką. Prychnęłam wtedy. W ogóle
nie dostrzegałam mechanizmu, w którym działałam. Ale rzeczywiście, gdy
było po wszystkim, te nieprzepracowane emocje wróciły i we mnie
uderzyły.
Po latach opiekowania się wszystkimi dookoła przyszło mi zaopiekować się
samą sobą. I nie podołałam temu. Ojcu płacę czynsz, bo jest takim żulem,
że nie miałby gdzie mieszkać. Gdy zmarli jego rodzice i dostaliśmy w spadku dom, za pieniądze ze sprzedaży spłaciłam długi, łącznie z zaległym obowiązkiem alimentacyjnym na siebie i siostrę, a potem kupiłam
mu mieszkanie. Ironią losu jest, że sama do dziś swojego nie mam.
Wiem, że ich nie uratuję, ale to, co robię, mnie uspokaja. Mam czyste
sumienie. Kiedyś to przepracuję, obiecuję.
Problemy
Nikt z nas nie mógł pilnować jej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ja,
bo studiowałam i pracowałam, żeby jakoś żyć, znikąd nie miałam pomocy.
Reszta się nie poczuwała, "bo Aga ogarnie".
Jasne, że szukałam opiekunki. Do dziś mam gdzieś w archiwum komputera
treść ogłoszenia, które wstawiałam w Internecie. Nie potrzebowałam
kogoś, kto będzie ją mył, sprzątał, gotował. Zależało mi tylko na tym,
żeby posiedzieć, potowarzyszyć, popilnować, no i chodzić. Żadna
opiekunka tego nie wytrzymywała. Paradoks, że łatwiej im było sprzątać
odchody, niż iść na spacer. Takie jest wyobrażenie o chorych na
alzheimera: przyjść, posiedzieć obok, pooglądać telewizję, poplotkować
przez telefon. Na chodzenie nikt się nie pisze.
Przeszkodą były też pieniądze. Nie mieliśmy ich. Jej emerytura się
rozpływała, mnie ledwo starczało na wynajem, matka miała długi. Wujek
kasę miał, ale centuś był taki, że w życiu nie dałby paru tysięcy na
jakąś "obcą babę", żeby się po domu kręciła. Przecież jest Aga, i to za
darmo.
Opiekunki chciały piętnaście, niektóre dwadzieścia za godzinę. Ja mogłam
dać siedem. Było mi wstyd, gdy pisałam, jaką mogę zaproponować stawkę.
Przecież wiedziałam, że to żenująco mało. Starałam się przygotować
wszystko tak, żeby one nie musiały już wiele robić. Jedzenie odgrzać,
nic nie sprzątać, posiedzieć i wyjść na ten cholerny spacer. Jest pani
śmieszna, słyszałam.
Wsparcie z gminy? Była to jakaś opcja, ale nie taka, jak mogłoby się
wydawać. Opiekunka stamtąd przychodzi na kilka godzin w tygodniu. Zrobi
zakupy, może poda obiad, nic więcej. Tyle to my sami robiliśmy. Nam
potrzeba było kogoś na dłużej, na tych osiem, dziewięć godzin dziennie,
kiedy próbowaliśmy żyć własnym życiem. Plus, żeby w ogóle kogoś dostać
do pomocy, trzeba być biednym. Jej emerytura nie była najmniejsza. To,
że znikała szybciej, niż się pojawiała, nikogo nie interesowało.
MOPS-u2 to ja się właściwie bałam. Jedna sąsiadka, wredna baba,
choć trochę ją rozumiałam, zgłosiła im, że samotna lokatorka jest
niebezpieczna, brudzi klatkę, wykręca dzwonki, stwarza zagrożenie dla
siebie i innych. Straszyła mnie: będą problemy. Czułam lęk. Raz: jako
opiekun prawny za pozostawienie jej bez opieki odpowiadałam formalnie,
dwa: naprawdę nie byłam pewna, czy sąsiedzi nie zaczną nam robić koło
pióra. Oni się bali. Rozumiem ich, ale trudno mi było znieść to
poczucie, że ktoś myśli, że robisz za mało, a ty przecież rezygnujesz
już z prawie całego swojego życia.
Byłam zestresowana tym zastraszaniem, zaszczuwaniem. Realnie bałam się,
że ktoś nas o coś pozwie i będę miała kłopoty. Zastanawiałam się, co
mogę więcej, ale żeby zaopiekować się nią na sto procent, musiałabym
zrezygnować ze studiów, z pracy, chłopaka, siebie. Zresztą, trochę już
tak było. Znajomi mówili mi później, że zniknęłam z ich życia na
dziesięć lat, że nie było mnie po prostu. A ja robiłam wszystko, żeby
jakoś dać radę.
Sąsiadka, w rzadkich przypływach na swój sposób rozumianej życzliwości,
mówiła: pomyśl, dziecko, o domu opieki. Ile tak można? Ty się męczysz,
ona się męczy. Będzie wszystkim łatwiej.
Dla mnie to by było jak zdrada. Nie umiałam. Ale tak, zdradziłam. Do
dziś palę się ze wstydu.
Dom dziecka
To był najgorszy dzień mojego życia. Siedziałam z nią na tylnym
siedzeniu, mama z wujkiem z przodu. W bagażniku walizki, w środku
najlepsze ciuchy, garsonki, koronkowe koszule, wyjściowe, bo przecież
jedzie do ludzi. Pomogliśmy jej wejść do auta. Powiedzieliśmy, że
ruszamy do lekarza.
Przez całą drogę z uśmiechem oglądała widoczki za oknem. A ja w środku
wyłam, że ją wywożę, że robię jej tak wielką krzywdę, a ona jest tego
nieświadoma.
Pamiętam, że gdy dojechaliśmy na miejsce i rozmawialiśmy z pracownikami,
ona siadła tak między tymi babciami i dziadkami i czekała. W kurtce, nie
pozwoliła się rozebrać, bo przecież ona tu nie mieszka, zaraz wraca do
domu. A myśmy wiedzieli, że nie, że ona już stamtąd do nas nie wróci.
Powiedzieli, że najlepiej, byśmy wyszli cichaczem, bez pożegnania, że
tak jest lepiej. Posłuchaliśmy. Widziałam ją potem przez okno. Siedziała
tam i czekała, aż ją ktoś weźmie, jak jakiś pies w schronisku.
Milczeliśmy całą drogę powrotną. W pewnym momencie wujek zatrzymał się
na poboczu i wybuchnął płaczem. Zaczął łkać jak niemowlę. Nawet on nie
wytrzymał.
Odwiedziłam ją tam tylko dwa razy. Nie umiałam więcej. Czułam, jakbym ją
oddała do domu dziecka.
Knedle
Na początku mama i wujek bywali u niej co tydzień. Doglądali, czy opieka
jest należyta, dowozili leki, pampersy. Pobyt kosztował dwa i pół
tysiąca za miejsce w dwuosobowym pokoju, na miesiąc. Wymyśliłam, że
wynajmę jej mieszkanie, nie chciałam go jeszcze sprzedawać, i razem z emeryturą było na opłacenie domu opieki.
Dobrze się tam odnalazła. Była zadbana. Przychodził do nich fryzjer,
miała często pomalowane paznokcie. Był duży ogród, pies. Miała swobodę
chodzenia, bardzo nam na tym zależało. Znalazła przyjaciółkę, chodziły
razem po korytarzu pod rękę, opowiadały sobie jakieś sytuacje. Pani była
tak samo opalona jak ona, więc pewnie jakiś drugi "chodzik". Później
okazało się, że jest głucha, a ona cały czas do niej coś mówiła. Żadnej
to nie przeszkadzało.
Czy czułam się lepiej, wiedząc, że jest jej tam dobrze? Tak, dlatego nie
przyjeżdżałam. Między innymi. Też dlatego, że z chwilą, gdy ją oddałam,
czułam, że nasz wspólny czas dobiegł końca.
Któregoś dnia mama powiedziała, że trzeba kiedyś kupić czarny strój.
Poryczałyśmy się. Przejrzałyśmy jej garsonki, czy któraś się nie nadaje,
chwilę rozmawiałyśmy o tym, co trzeba będzie zrobić, gdy umrze.
Byłam w autobusie, gdy zadzwonili. Jechałam na ślub koleżanki.
Poprosiłam tylko, żeby nie mówili mamie, że sama to zrobię. Bałam się,
że wpadnie w panikę, była straszną histeryczką. Wzięłam siostrę,
pojechałyśmy do niej razem. Gdy otworzyła drzwi i nas zobaczyła, od razu
wiedziała.
To było w sobotę. Na obiad były knedle ze śliwkami. Poprosiła, żeby ją
zaprowadzić do pokoju, ponoć źle się czuła. Myśleli, że to przez te
śliwki, że zaszkodziły. Położyła się. Gdy przyszli sprawdzić, jak się
ma, już jej nie było. Po prostu zasnęła.
Do swoich znajomych wysłałam zdjęcie pierożka z iksami zamiast oczu.