"Siedem wyroków śmierci: dwa w Petersburgu, jeden w Moskwie, dwa w
Penzie, dwa w Rydze. Cztery stracenia: dwa w Chersoniu, jedno w
Wilnie, jedno w Odesie."
I tak w każdej gazecie. I trwa to nie tygodnie, nie miesiące,
nie rok - lecz lata. I dzieje się to w Rosyi, w tej Rosyi, w której
naród uważa każdego przestępcę za nieszczęśliwego, w której do tak
niedawna, według prawa, nie było kary śmierci.
Pomnę, jak dumnym się czułem z tego przed Europejczykami, i
oto - drugi, trzeci rok nieustannych kaźni, kaźni, kaźni.
Biorę dzisiejszą gazetę.
Dziś, 9 maja, coś strasznego. Gazeta donosi w krótkich
słowach: "Dziś w Chersoniu, na polu Strelbickiem, stracono przez
powieszenie dwudziestu włościan za napad rozbójniczy na sadybę
właściciela ziemskiego w powiecie Elizawetgradzkim".
Dwunastu ludzi z liczby tych, z których pracy żyjemy, z
liczby tych, których wszelkimi sposobami deprawowaliśmy i
deprawujemy, poczynając od trucizny wódki do tego strasznego
kłamstwa wiary w to, w co sami nie wierzymy, lecz którą staramy się
wszelkiemi siłami w nich wpoić - dwunastu takich ludzi zadusili
powrozami ci sami ludzie, których oni karmią i ubierają, a którzy
deprawowali i deprawują ich. Dwunastu mężów, ojców, synów tych
ludzi, na których dobroci, prostocie, pracowitości jedynie opiera
się życie rosyjskie, schwytano, osadzono w więzieniu, zakuto w
kajdany. Następnie związano im z tyłu ręce, aby nie mogli łapać się
za sznur, na którym ich będą wieszali i poprowadzono pod
szubienicę. Kilku takich samych włościan, jak ci, których mają
powiesić, uzbrojonych tylko i odzianych w porządne buty i czyste
mundury żołnierskie z karabinami w ręku, konwojuje skazanych. Obok
nich w złocistej szacie z krzyżem w ręku kroczy człowiek o długich
włosach. Pochód zatrzymuje się. Kierownik całej tej sprawy mówi
coś, sekretarz odczytuje jakiś papier, a gdy skończył czytać,
człowiek o długich włosach zwraca się do tych ludzi, których inni
ludzie mają zadusić sznurami, i mówi coś o Bogu i Chrystusie.
Niezwłocznie po tych słowach kaci - jest ich kilku, jeden człowiek
nie może dać sobie rady z taką skomplikowaną sprawą - rozrobiwszy
mydło i namydliwszy pętlice, aby się lepiej zaciągały, biorą się do
okutych, wkładają na nich koszule śmiertelne, wprowadzają na pomost
szubienicy i nakładają na szyje pomydlone pętlice.
I oto jeden za drugim, ci ludzie żywi zepchnięci z
usuniętych z pod ich nóg desek, siłą ciężkości własnego ciała
odrazu zaciągają na swych szyjach pętlice i w męczarniach duszą
się. Przed chwilą jeszcze żywi, ludzie ci przemieniają się w
wiszące na sznurach martwe ciała, które z początku powoli się
kołyszą a potem zastygają nieruchome.
Wszystko to dla swych braci - ludzie starannie urządzili i
obmyślili, ludzie wyższego stanu, ludzie uczeni, oświeceni.
Obmyślili, iż należy takie rzeczy robić w tajemnicy, o
świcie, aby nikt nie widział; należy podzielić się
odpowiedzialnością, aby każdy z uczestników kaźni mógł myśleć i
mówić: nie ja jestem winien temu; należy wyszukiwać najbardziej
zdeprawowanych i nieszczęśliwych ludzi, i, zmuszając ich do
wykonywania planu, przez nas obmyślonego i zaaprobowanego, udawać,
iż gardzimy tymi ludźmi, co podjęli się tego. Obmyślono nawet taką
subtelność, iż skazują na śmierć sądy wojenne, a przy wykonywaniu
wyroku są obecni z obowiązku nie sędziowie wojenni, lecz cywilni.
Wykonawcami są ludzie nieszczęśliwi, zdeprawowani, którymi wszyscy
pogardzają i którym w życiu nie pozostaje nic innego, jak dobrze
namydlić postronki, aby pewniej zaciągały szyję, i porządnie upić
się sprzedawaną przez tych uczonych, wyższych ludzi trucizną, aby
prędzej zapomnieć o swej duszy, o swej godności człowieka.
Lekarz obchodzi zwłoki, bada i raportuje władzom iż wszystko
w porządku: 12 ludzi bezwarunkowo nie żyje. I władze odchodzą do
swych zwykłych zajęć z głębokiem przekonaniem, sumiennie
spełnionego, chociaż ciężkiego, lecz koniecznego obowiązku.
Zastygłe zwłoki zdejmują i grzebią.
Wszak to straszne!
I dzieje się to nie raz i nie tylko z tymi 12-ma
nieszczęśliwymi, oszukanymi ludźmi z najlepszego stanu narodu
rosyjskiego, lecz dzieje się to wciąż, całemi latami, z setkami i
tysiącami tak samo oszukanych ludzi, oszukanych przez tych samych
innych ludzi, co dopuszczają się nad nimi takich strasznych rzeczy.
I dzieje się nietylko to, lecz pod tym samym pozorem i z
takiem samem chłodnem okrucieństwem popełniane są różnorodne gwałty
i męczarnie w więzieniach, fortecach, katorgach.
I to jest straszne, lecz daleko straszniejszym jest fakt, iż
dzieje się to nie wskutek jakiegoś uniesienia uczucia co rozum
zagłusza, jak to bywa podczas bójki, wojny, grabieży nawet, lecz z
rozmysłem, z wyrachowania, zagłuszającego uczucie. Z tego względu
są to tak straszne rzeczy.
Straszne są jeszcze i przez to, że czyny te, jak wszystkie
rzeczy wypełniane przez ludzi, - poczynając od sędziego a kończąc
na kacie - wykazują zgubny wpływ jaki ma na dusze ludzkie władza
jednych nad drugimi.
Oburzającem jest, gdy jeden człowiek może odebrać drugiemu
jego pracę, pieniądze, krowę, konia, może odebrać nawet syna, córkę
- to oburzającem jest, lecz bardziej oburzającem, gdy jeden
człowiek może odebrać drugiemu duszę, gdy może zmusić go do
zrobienia tego, co gubi jego duchowe "ja", pozbawia go tego dobra
duchowego. A tego samego dopuszczają się ci ludzie, którzy
urządzają te wszystkie kaźnie, i spokojnie, dla dobra ludzkości,
zmuszają tych ludzi poczynając, od sędziego a kończąc na kacie,
pieniędzmi, groźbami, oszukaństwem do czynienia takich rzeczy,
które na pewno pozbawiają ich dobra istotnego.
I w tym czasie, ponieważ wszystko robi się latami całymi w
Rosyi, główni winowajcy tych czynów, ci, wedle czyich rozkazów to
wszystko się robi, ci, którzy mogliby wszystko wstrzymać, - główni
winowajcy tych czynów przekonani kompletnie, że te czyny są czynami
pożytecznymi a nawet koniecznymi - albo wymyślają, jak należy
przeszkodzić Finlandczykom aby żyli tak jak chcą sami i zmusić ich
do tego, aby żyli tak jak chce tego kilkunastu ludzi rosyjskich;
albo wydają rozkazy o tem, jakie "w pułkach huzarskich armii mają
być galony rękawów, kołnierze dolmanów, kto ma je mieć, bez kantu
ponad obszyciem futrzanem".
O tak, to straszne...