Nie mieszkam w igloo. Dekada życia na Grenlandii - Adam Jarniewski

-
Proszę czekać

Niemiecki dla Eskimosów

Nigdy nie interesowała mnie Arktyka. Będąc chłopcem, czytałem powieści Karola Maya i książki Szklarskiego o Tomku Wilmowskim. Nigdy nie natrafiłem na opowieści o wielkich polarnikach i ich wyprawach na biegun. Może gdybym natrafił, to nigdy bym tu nie przyjechał? Moja przygoda z Grenlandią to czysta seria przypadków losowych i spontanicznych decyzji. Pośrednio zaczęła się wiosną 2002 roku w studenckiej stołówce w Poznaniu. W tym czasie byłem szczęśliwym studentem trzeciego roku filologii germańskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Jedząc obiad, z kilkoma przyjaciółmi opowiadaliśmy sobie o planach na przyszłość. Wszyscy je mieli oprócz mnie. Jarek jedzie na stypendium do Niemiec, Paweł zakłada zespół hiphopowy, a Grzesiu już pracuje w poważnym biurze ubezpieczeniowym.

- To ja zdaję na skandynawistykę, co mi po samym niemieckim - wypaliłem.

Ten kierunek od dawna chodził mi po głowie. Nie potrafię wyjaśnić dlaczego. Wikingowie, gang Olsena i filmy Larsa von Triera - to wtedy wydawało mi się interesujące i egzotyczne. Z pełnym żołądkiem udałem się do sekretariatu Instytutu Skandynawistyki w poznańskim Collegium Novum.

- Dzień dobry, na jakie filologie macie nabór w tym roku?

- Duńską i szwedzką.

- A z czego są egzaminy?

- Niemiecki lub angielski, polski i wiedza o krajach skandynawskich.

- Proszę zapisać mnie na egzamin na filologię duńską.

W ten sposób w październiku 2002 byłem już studentem dwóch kierunków. Wciąż jednak nie miałem odpowiedzi na pytanie, które nie tylko ja sam sobie stawiałem:

- No tak, ale co ty będziesz robił po tym duńskim?

Odpowiedzi szukałem, jak wielu zbłąkanych, w internecie. Rzecz działa się w małym mieszkaniu studenckim, gdzie z grupą znajomych głowiłem się nad tą kwestią. W końcu wszedłem na google.dk, a w wyszukiwarkę wpisałem jedno z pierwszych słów, jakie poznałem po duńsku - tysk - to jest niemiecki. Chciałem sprawdzić, co można robić w Danii ze znajomością tego języka. Oczywiście pojawiło się za dużo stron, musiałem więc skonkretyzować zapytanie.

- Może mogę tam uczyć niemieckiego?

Do tysk dodałem l?rer, w ten sposób otrzymałem zapytanie o nauczycieli języka niemieckiego. W tysiącach wyników, jakie wyskoczyły, dziwnym trafem odnalazłem ogłoszenie o pracę z Grenlandii. Wtedy wiedziałem jedynie, że jest to terytorium Królestwa Danii. Kliknąłem. Moim studenckim oczom ukazało się zdjęcie - kobieta o inuickich rysach twarzy stoi przed czerwonym, drewnianym budynkiem, zapewne szkołą, bo w tle biegają dzieci. Wtedy nie było jeszcze Google Translate, ale po kilku miesiącach studiowania mogłem już zrozumieć, że potrzebują nauczycieli niemieckiego. Znajomi wybuchnęli śmiechem.

- No tak, Adam, właśnie odkryłeś swoje powołanie. Będziesz uczył niemieckiego na Grenlandii.

Nikt wówczas nie traktował tego poważnie, a w szczególności ja sam. Nie wiedziałem przecież, co przyniesie przyszłość. Niewiele wiedziałem również o Grenlandii. Lód, niedźwiedzie polarne, igloo, duńskie terytorium. Na pewno nie byłbym wtedy w stanie napisać o Grenlandii książki, nawet dla dzieci.

Kolejnym niepozornym, lecz bardzo ważnym wydarzeniem, które przesądziło o moim losie, był powrót tramwajem z uczelni do domu. W tramwaju spotkałem koleżankę z filologii duńskiej. Od słowa do słowa dowiedziałem się o stypendium fundowanym przez organizację CIRIUS[1]. Oferowali oni pobyt na duńskich uniwersytetach ludowych (zwanych też powszechnymi) dla młodzieży z dziesięciu nowych krajów członkowskich Unii Europejskiej (był rok 2004).

Znane w całej Skandynawii i północnych Niemczech uniwersytety ludowe to dość ciekawe zjawisko edukacyjne. Ich inicjatorem był duński pisarz i myśliciel N. F. S. Grundtvig (1783-1872), który w 1844 roku założył pierwszą tego typu placówkę. Z punktu widzenia wielu Duńczyków Grundtvig odegrał większą rolę w kształtowaniu kultury ich kraju niż dwaj współcześni mu i znacznie bardziej popularni na świecie Hans Christian Andersen i S?ren Kierkegaard. W latach trzydziestych XIX wieku przedstawił on ówczesnemu królowi Danii liczne plany stworzenia szkoły dla dorosłych, w której to wyższe klasy społeczne - przyszli pracownicy administracji i służby publicznej - miały uczęszczać na zajęcia, mieszkać, spożywać posiłki i spędzać czas wolny razem z przedstawicielami niższych warstw w celu lepszego poznania ich potrzeb. Grundtvig zakładał, że te szkoły poprawią jakość służby publicznej. Miały też pomóc duńskim chłopom, rybakom i rzemieślnikom w zrozumieniu idei i egzekwowaniu praw gwarantowanych im w demokratycznej konstytucji z 1849 roku.

Od tego czasu uniwersytety ludowe przeszły liczne zmiany, lecz idea pozostała ta sama. Uczniowie razem mieszkają, organizują czas wolny i uczestniczą w zajęciach. Każdy dzień rozpoczyna się od porannego zebrania i wspólnego śpiewu. Oprócz tego każdy z uczniów ma określone zadania, takie jak sprzątanie czy przygotowywanie jedzenia. Do ich obowiązków należą także cotygodniowe zebrania dla mieszkańców określonych budynków, na których dyskutuje się ewentualne problemy i plany na przyszły tydzień. Na uniwersytetach ludowych duży nacisk kładzie się na życie kulturalne i społeczne. Oprócz typowych dla szkoły duńskiej przedmiotów, jak literatura, psychologia czy filozofia, oferują szeroką gamę raczej niespotykanych zajęć. Są wśród nich: ceramika, garncarstwo, fotografia, jubilerstwo i projektowanie odzieży. Do tego dochodzą wspólne projekty, takie jak organizacja różnego rodzaju występów i wycieczek. Wspomnieć tu należy, że przedmioty realizowane jako dwu-, trzymiesięczne kursy nie kończą się egzaminami i nie dają żadnych oficjalnych kwalifikacji.

Dla mnie osobiście pobyt na uniwersytecie ludowym był ogromnym przeżyciem, pozwolił mi poznać ludzi niemal z całego świata i bez wątpienia miał wpływ na to, gdzie teraz jestem i co robię.

Do Uldum na Półwyspie Jutlandzkim, gdzie znajdował się uniwersytet ludowy, do którego zostałem przyjęty, pojechałem pociągiem. Dość szybko moją pochłoniętą chęcią do nauki duńskiego uwagę zwróciła dziewczyna o egzotycznej, hawajskiej na pierwszy rzut oka urodzie. Długie, gęste i czarne jak heban włosy, ciemna karnacja i skośne, zawsze uśmiechnięte oczy. Sporo czasu minęło, zanim poznaliśmy się bliżej. Birthe okazała się być mieszkanką Grenlandii, największej wyspy świata, o której wtedy wiedziałem tylko niewiele więcej, niż kiedy robiłem mój research o możliwościach pracy z językiem duńskim. Dwa lata studiów skandynawistyki nieco moją wiedzę poszerzyły, ale nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek zakładał, że zamieszkam na tej wyspie, w ponad osiemdziesięciu procentach skutej lodem.

Po zakończonym pobycie w Uldum H?jskole wybrałem się do Anglii, a Birthe została w Danii, by kontynuować naukę. Na tym jednak nasz związek się nie skończył. Dzięki tanim liniom lotniczym i dość pobłażliwemu szefowi miałem możliwość częstych odwiedzin. Choroba matki i tęsknota za krajem skłoniła Birthe do porzucenia nauki w Danii i powrotu na swoją ukochaną wyspę. To było bardzo ciężkie rozstanie, jednak nadal nie rozważałem możliwości zamieszkania w jakimś pięciotysięcznym miasteczku na Grenlandii. Nie przekonywał mnie również fakt, że było to drugie co do wielkości miasto w tym kraju, a na swojej stronie internetowej reklamowało się jako "perła grenlandzkiego wybrzeża". Byłem młody i pełen energii, gotowy do podjęcia bogatej w wyzwania pracy w jednej z europejskich korporacji. Mój tok myślenia zmienił się diametralnie, gdy pewnego marcowego poranka 2006 roku spojrzałem na swój telefon komórkowy. Na ekranie zobaczyłem siedemnaście nieodebranych połączeń z numerem zaczynającym się od +299. Męska intuicja od razu podpowiedziała mi, co to znaczy. Tego dnia dowiedziałem się, że za kilka miesięcy zostanę ojcem. Postanowiliśmy, że do Sisimiut przyjadę w czerwcu.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji