Spis treści
INTRORozdział 1 - Może problemem nie jest brak pasjiRozdział 2 - Pasja nie spada z nieba z instrukcją obsługiRozdział 3 - Nie wszystko, co lubisz, musi być imponująceRozdział 4 - Zanim kupisz sprzęt za trzy pensjeRozdział 5 - Nie zamieniaj hobby w projekt naprawczyRozdział 6 - Przestań czekać na wolne pół dniaRozdział 7 - Nie musisz być dobry, żeby mieć prawo to lubićRozdział 8 - Możesz zmienić hobby. Policja zainteresowań nie przyjedzieRozdział 9 - Zrób mapę ciekawości, nie listę obowiązkówRozdział 10 - Testuj hobby przez miesiąc, nie przez całe życieRozdział 11 - Zbuduj hobby pod swoje życie, nie życie pod hobbyRozdział 12 - Nie musisz robić hobby regularnie jak badań technicznychRozdział 13 - Znajdź ludzi, którzy już to robiąRozdział 14 - Zaprojektuj własne zasady hobbyRozdział 15 - A jeśli nic cię nie wciąga?Rozdział 16 - Co zrobić, kiedy po miesiącu entuzjazm wyparowałRozdział 17 - Hobby na gorszy tydzień też jest hobbyRozdział 18 - Nie pytaj już "czy to moja pasja?"Rozdział 19 - Utrzymaj hobby przy życiu, ale nie na kroplówceRozdział 20 - Masz mieć coś swojego, nie coś wielkiego
Rozdział 1 - Może problemem nie jest brak pasji
Jest piątek wieczorem. Ktoś pyta, co robisz w weekend, a ty odpowiadasz tym najbezpieczniejszym zdaniem świata:
"Jeszcze nie wiem."
Brzmi neutralnie. Spokojnie. Bez zobowiązań. Tymczasem w twojej głowie trwa drobne postępowanie wyjaśniające. Bo właściwie dlaczego nie wiesz? Czemu nie czekasz na weekend z myślą: "Wreszcie pójdę na ściankę", "Wreszcie skończę ten obraz", "Wreszcie wyciągnę rower"? Dlaczego nie masz czegoś, co ciągnie cię za rękaw i mówi: chodź, będzie fajnie?
Może dlatego, że z "posiadania pasji" zrobiliśmy kategorię niemal obowiązkową. Tak jakby dorosły człowiek oprócz pracy, relacji, rachunków, dbania o zdrowie i pamiętania, że przegląd samochodu nie robi się siłą dobrych intencji, powinien jeszcze dysponować czymś spektakularnym, co świadczy o jego barwnym wnętrzu.
Nie masz hobby?
Podejrzane.
Nie kolekcjonujesz winyli, nie nurkujesz, nie szyjesz skórzanych portfeli i nie biegasz ultramaratonów po kazachskich stepach?
Czy ty w ogóle żyjesz?
To oczywiście absurd. Ale kiedy porównujesz własne zwykłe życie z cudzymi najlepiej wyglądającymi fragmentami, absurd zaczyna brzmieć całkiem logicznie. Widzisz człowieka, który maluje akwarele, ale nie widzisz jego trzech lat robienia obrazków przypominających plamę po herbacie. Widzisz kogoś, kto gra świetnie na pianinie, ale nie słyszysz pierwszych sześciuset prób, przy których sąsiedzi rozważali zmianę miejsca zamieszkania. Widzisz finał. Potem porównujesz go ze swoim startem.
To mało uczciwy konkurs.
Pierwszy problem z pytaniem "Jaka jest moja pasja?" polega właśnie na tym, że jest ono zbyt duże. Brzmi, jakby odpowiedź miała ujawnić ważną prawdę o twojej tożsamości. Jakby gdzieś istniała jedna właściwa aktywność, a twoim obowiązkiem było ją rozpoznać. Jeżeli wybierzesz fotografię zamiast stolarstwa, być może przegapisz swoje prawdziwe przeznaczenie i za dwadzieścia lat będziesz siedzieć z aparatem, patrzeć tęsknie na szafkę i myśleć:
"Mogłem być człowiekiem od drewna."
Tak nie działa zainteresowanie.
Ludzie rzadko mają jedną rzecz, która od początku jest oczywista i pozostaje niezmienna przez całe życie. Zainteresowania rosną, słabną, wracają, rozchodzą się na boki. Możesz przez trzy lata intensywnie jeździć na rowerze, potem mieć go serdecznie dość, przez rok gotować kuchnię azjatycką, następnie wciągnąć się w historię, a po pięćdziesiątce odkryć, że najbardziej relaksuje cię dłubanie przy roślinach.
Nie złamałeś regulaminu pasji.
Regulamin nie istnieje.
Znacznie lepszym pytaniem niż "Co jest moją pasją?" jest:
"Co wzbudza we mnie choć trochę ciekawości?"
To pytanie jest mniej romantyczne, ale dużo bardziej użyteczne. Nie wymaga uczucia wielkiego powołania. Wystarczy niewielkie "hmm, może". Może ciekawi cię, jak działa kawa speciality. Może lubisz stare budynki. Może zawsze zatrzymujesz się przy filmach o renowacji mebli. Może masz frajdę z planowania wycieczek, nawet jeśli finalnie połowy z nich nie realizujesz. Może lubisz obserwować ptaki, tylko nigdy nie przyszło ci do głowy, że to się kwalifikuje, bo nie masz lornetki wyglądającej jak sprzęt wojskowy.
Zainteresowanie często zdradza się drobiazgami.
Nie wielkim olśnieniem.
Zwróć uwagę na to, przy czym:
- sam z siebie czytasz więcej, niż potrzebujesz, - oglądasz materiały bez poczucia obowiązku, - tracisz poczucie czasu choćby na dwadzieścia minut, - zadajesz dodatkowe pytania, - chcesz poprawić się nie dlatego, że musisz, - wracasz do tematu po kilku dniach, - czujesz lekką zazdrość, gdy widzisz kogoś robiącego coś ciekawego.
Ta ostatnia rzecz jest szczególnie interesująca. Zazdrość nie zawsze oznacza: "Chcę mieć jego życie". Czasem oznacza: "O, to wygląda jak coś, czego sam chciałbym spróbować". Jeśli oglądasz film człowieka pływającego na SUP-ie o szóstej rano i myślisz "ale fajnie", to nie znaczy od razu, że powinieneś kupić deskę, neopren i zmienić biografię na "water soul". Ale warto zauważyć impuls.
Impuls nie jest decyzją zakupową.
To tylko trop.
Druga pułapka polega na tym, że bardzo wielu ludzi błędnie uznaje brak energii za brak zainteresowań. Po całym tygodniu pracy pytasz siebie: "Co chciałbym robić?", ale twój organizm odpowiada:
"Leżeć."
I trudno mieć do niego pretensje. Jeśli jesteś zmęczony, przeciążony albo cały dzień podejmujesz decyzje, to wieczorem nawet wybór filmu może przypominać rekrutację do zarządu. Nie jest wtedy najlepszy moment na ocenianie, czy posiadasz bogate życie wewnętrzne. Prawdopodobnie posiadasz. Tylko ono też chce odpocząć.
Dlatego warto rozdzielić dwie rzeczy:
nie chce mi się nic robić oraz nic mnie nie interesuje.
To nie jest to samo.
Jeżeli po ciężkim tygodniu nie marzysz o nauce rzeźbienia w drewnie, nie oznacza to jeszcze duchowej pustki. Może po prostu bardziej potrzebujesz snu niż dłuta.
W praktyce zainteresowania najłatwiej zauważyć wtedy, kiedy nie pytasz: "Co powinienem robić ze swoim życiem?", lecz obserwujesz własne zachowanie przez kilka dni. Bez wymuszania. Bez tabeli w Excelu z kolumnami "potencjalna pasja", "rentowność", "poziom satysfakcji" i "rok wejścia na mistrzostwa świata".
Choć człowiek potrafi.
Najprostsze ćwiczenie wygląda tak: przez tydzień zanotuj pięć momentów, w których coś przyciągnęło twoją uwagę. Nie oceniaj ich. Jeżeli zainteresował cię film o pieczeniu pizzy, zapisz pizzę. Jeżeli zatrzymałeś się przy sklepie z roślinami, zapisz rośliny. Jeśli przez dwadzieścia minut czytałeś o starych mapach, zapisz stare mapy. Jeśli oglądałeś recenzje słuchawek, mimo że nie planujesz nowych, być może interesuje cię audio, technologia albo samo porównywanie sprzętu.
Na tym etapie niczego nie wybierasz.
Tylko zbierasz ślady.
To ważne, bo dorosły umysł bardzo szybko zaczyna filtrować zainteresowania według praktyczności. "Fotografia? Droga." "Gitara? Za późno." "Gotowanie? Przecież już umiem ugotować obiad." "Historia? I co ja z tym zrobię?" "Modelarstwo? Bez sensu."
I właśnie to "bez sensu" jest często najbardziej podejrzanym argumentem.
Hobby z definicji nie musi mieć wielkiego sensu.
Jeśli wszystko w twoim życiu musi mieć wymierny efekt, przestajesz odpoczywać, a zaczynasz realizować projekty poboczne. Nawet układanie puzzli może wtedy zostać niebezpiecznie zoptymalizowane. Jeszcze chwila i kupujesz lampę, matę, aplikację mierzącą czas i publikujesz kwartalny raport z efektywności narożników.
Nie tędy droga.
Kolejną rzeczą, która utrudnia znalezienie czegoś swojego, jest oczekiwanie natychmiastowej przyjemności. Próbowanie nowych aktywności bywa na początku zwyczajnie niezręczne. Pierwszy taniec nie wygląda jak taniec. Pierwsza jazda na rolkach bardziej przypomina negocjacje z grawitacją. Pierwsze zdjęcia są przeciętne. Pierwsza lekcja języka daje głównie świadomość, jak wielu rzeczy nie umiesz powiedzieć.
A człowiek bardzo lubi być dobry.
Najlepiej natychmiast.
Jeśli coś wychodzi słabo, łatwo pomyśleć: "To chyba nie dla mnie". Tymczasem "nie jestem jeszcze dobry" i "nie lubię tego" to dwa różne komunikaty. Możesz kiepsko grać w tenisa i świetnie się przy tym bawić. Możesz przeciętnie gotować i z zaciekawieniem eksperymentować. Możesz rysować ludzi tak, że wszyscy wyglądają jak kuzyni ziemniaka, a mimo to czekać na kolejne dwadzieścia minut przy szkicowniku.
To jest wystarczający powód, żeby kontynuować.
Na tym etapie nie pytaj więc, czy dana rzecz jest "twoją pasją". To za wcześnie. Zadaj trzy prostsze pytania:
1. Czy chcę spróbować tego jeszcze raz? 2. Czy jestem choć trochę ciekawy, co będzie dalej? 3. Czy po zakończeniu czuję, że czas nie został całkowicie zmarnowany?
Jeśli dwie odpowiedzi brzmią "tak", temat zasługuje na kolejną próbę.
Nie ślub.
Drugą randkę.
I to jest dużo zdrowsze podejście do hobby. Nie musisz deklarować dozgonnej lojalności wobec akwareli tylko dlatego, że kupiłeś pędzel. Możesz testować, zmieniać zdanie, wracać i porzucać. Im mniej dramatyczne znaczenie przypiszesz każdej próbie, tym łatwiej w ogóle zaczniesz próbować.
Bo prawdziwym wrogiem ciekawości często nie jest brak pasji.
Jest nim presja, żeby od razu znaleźć coś ważnego.
Na dziś zrób więc jedną rzecz: przestań szukać "swojej pasji". Przez najbliższy tydzień szukaj tylko rzeczy, które budzą choćby dziesięć procent ciekawości.
Dziesięć procent wystarczy.
Pasje też kiedyś zaczynały jako "w sumie ciekawe".
Rozdział 2 - Pasja nie spada z nieba z instrukcją obsługi
Wyobraź sobie, że ktoś nigdy wcześniej nie jadł sushi. Wchodzi do restauracji, bierze pierwszy kawałek, próbuje i mówi:
"Nie poczułem powołania."
Kelner zapewne zachowałby zawodową uprzejmość, ale w środku przeżywałby trudne chwile.
A jednak dokładnie tak często podchodzimy do hobby. Próbujemy czegoś raz i oczekujemy bardzo mocnego sygnału emocjonalnego. Ma być ekscytacja, przepływ, zachwyt, poczucie "to jest moje". Jeśli go nie ma, uznajemy, że test zakończony.
Problem polega na tym, że wiele dobrych zainteresowań rozwija się wolno.
Najpierw coś jest po prostu nowe.
Potem trochę łatwiejsze.
Dopiero później robi się naprawdę przyjemne.
To dlatego, że przyjemność z wielu aktywności rośnie razem z kompetencją. Początkujący gitarzysta nie może jeszcze zrobić rzeczy, które zachwyciły go w gitarze. Początkujący fotograf nie umie uzyskać efektu, który ma w głowie. Początkujący biegacz doświadcza przede wszystkim informacji, że jego płuca mają do niego osobisty żal.
Pierwszy etap bywa niewdzięczny.
Nie ma jeszcze umiejętności, za to jest dużo świadomości własnej nieporadności.
Dlatego zamiast pytać po pierwszym podejściu: "Czy to kocham?", lepiej zastosować zasadę trzech kontaktów.
Jeśli aktywność nie była wyraźnie nieprzyjemna, daj jej trzy rozsądne próby.
Pierwsza służy głównie do oswojenia chaosu. Nie wiesz, gdzie stanąć, czego dotknąć, jak trzymać rakietę i dlaczego wszyscy inni wyglądają tak, jakby dostali instrukcję przed spotkaniem.
Druga jest bardziej miarodajna. Wiesz już mniej więcej, czego się spodziewać. Mózg przestaje traktować sytuację jak nową procedurę lotniskową.
Trzecia pokazuje, czy pojawia się jakakolwiek ochota na rozwinięcie tematu.
Nie ma sensu trzymać się tej zasady fanatycznie. Jeśli po pierwszym nurkowaniu stwierdzasz, że nienawidzisz przebywania pod wodą, nie musisz wykonywać jeszcze dwóch zanurzeń dla naukowej rzetelności. Jeśli jednak było "dziwnie, ale nawet ciekawe", warto dać sobie trochę czasu.
Bo nowość i nieporadność potrafią skutecznie udawać brak zainteresowania.
Istnieje też drugi powód, dla którego trudno poczuć pasję od razu: bardzo często zaczynamy od złego poziomu trudności.
Za łatwo jest nudno.
Za trudno jest frustrująco.
Gdzieś pomiędzy znajduje się obszar, w którym człowiek jest na tyle zaangażowany, żeby musieć się skupić, ale nie na tyle przytłoczony, żeby po pięciu minutach rozważać sprzedaż sprzętu.
Jeżeli pierwszy trening wspinaczkowy wygląda tak, że stoisz pod ścianą, a instruktor pokazuje ci trasę przypominającą pionową ewakuację z płonącego wieżowca, to niekoniecznie wspinaczka jest problemem.
Może problemem jest trasa.
To samo dotyczy języków, muzyki, sportu, majsterkowania czy gotowania. Jeśli na pierwszą próbę wybierzesz projekt wymagający umiejętności z poziomu siedem, będąc na poziomie jeden, doświadczenie będzie głównie edukacją z zakresu pokory.
A pokora ma fatalny marketing.
Dlatego przy testowaniu hobby wybieraj wersję śmiesznie łatwą. Tak łatwą, że twoja ambitna część może się nawet lekko oburzyć.
Chcesz rysować? Nie zaczynaj od portretu realistycznego.
Chcesz gotować? Nie rób od razu dwunastoetapowego ramenu.
Chcesz biegać? Nie zapisuj się na półmaraton, bo kupiłeś buty.
Chcesz fotografować? Nie planuj od razu nocnej sesji w górach przy minus dziesięciu stopniach.
Najpierw sprawdź, czy lubisz sam proces.
To jest kluczowe słowo: proces.
Wiele rzeczy wygląda atrakcyjnie od strony efektu, ale niekoniecznie spodoba ci się droga prowadząca do niego. Możesz uwielbiać piękne zdjęcia, ale nie cierpieć noszenia aparatu, obrabiania fotografii i czekania na światło. Możesz podziwiać ludzi grających na pianinie, ale nie znosić powtarzania jednego fragmentu dwadzieścia razy. Możesz marzyć o własnych warzywach, dopóki nie odkryjesz, że ogród nie czyta twojego kalendarza i ma swoją opinię na temat regularności podlewania.
Nie pytaj więc tylko:
"Czy podoba mi się rezultat?"
Pytaj również:
"Czy jestem gotów tolerować zwykłe, powtarzalne elementy tej aktywności?"
Bo każda pasja ma zaplecze.
Nawet najbardziej romantyczne hobby po zdjęciu filtra z Instagrama zawiera czynności zwyczajne. Fotograf ładuje baterie. Wędkarz rozplątuje żyłkę. Rowerzysta czyści napęd. Ogrodnik walczy z mszycami. Gitarzysta stroi gitarę. Człowiek piekący chleb przez pół wieczoru czeka, aż drożdże podejmą decyzję.
Jeżeli lubisz tylko efekt końcowy, może interesuje cię efekt, a nie hobby.
I to też jest w porządku.
Nie musisz piec chleba, żeby lubić chleb.
Jednym z najskuteczniejszych sposobów znalezienia własnej aktywności jest więc testowanie jej w małych dawkach. Nie kupuj całego stylu życia. Kup próbę.
To zasada, która oszczędza zaskakująco dużo pieniędzy.
Człowiek zainteresowany nowym hobby ma bowiem niezwykłą skłonność do zakupów. Jeszcze niczego nie zrobił, ale sprzęt już zaczyna wyglądać na niezbędny. Jeśli zainteresowało cię bieganie, po trzech filmach zaczynasz rozumieć, że bez kamizelki, zegarka, pasa, skarpet technicznych i okularów wyglądających jak sprzęt do kontaktu z obcą cywilizacją właściwie nie ma sensu wychodzić z domu.
Ma.
Wyjdź.
Najpierw testuj najtańszą sensowną wersję.
Wypożycz sprzęt.
Pożycz.
Idź na pojedyncze zajęcia.
Kup używane.
Skorzystaj z okresu próbnego.
Wybierz prostą wersję startową.
Jeżeli po miesiącu nadal chcesz kontynuować, wtedy inwestycja ma więcej sensu. Sprzęt powinien obsługiwać zainteresowanie. Nie tworzyć jego iluzję.
To ważne rozróżnienie, ponieważ kupowanie rzeczy daje natychmiastowy przypływ ekscytacji. Samo hobby często wymaga wysiłku. Dlatego łatwo pomylić przyjemność z kompletowania akcesoriów z przyjemnością z wykonywania aktywności.
Kupujesz zestaw do kaligrafii.
Pędzle.
Atrament.
Papier.
Organizer na pędzle.
Lampkę.
Po tygodniu masz profesjonalne stanowisko człowieka, który ani razu nie napisał litery.
Rynek jest zadowolony.
Pasja nadal nie została przesłuchana.
Przydatny jest tutaj test 10 godzin. Nie chodzi o to, żeby dokładnie mierzyć czas stoperem. Sens jest prosty: zanim uznasz, że hobby jest twoje albo nie twoje, spróbuj spędzić z nim kilka krótkich sesji, które łącznie dadzą mniej więcej dziesięć godzin kontaktu.
Dlaczego? Bo dziesięć godzin jest wystarczająco długo, żeby minął pierwszy chaos, ale na tyle krótko, że nie musisz oddawać sprawie połowy roku życia.
Możesz podzielić ten czas na:
- pięć spotkań po dwie godziny, - dziesięć prób po godzinie, - kilka krótszych sesji w ciągu miesiąca.
Po tym czasie odpowiedz sobie na cztery pytania:
Czy choć czasami czekałem na kolejną próbę?
Czy zacząłem zauważać szczegóły, których wcześniej nie widziałem?
Czy chciałem sam z siebie coś poprawić albo sprawdzić?
Czy wykonując tę rzecz, byłem bardziej obecny niż zwykle?
Nie potrzebujesz czterech odpowiedzi "tak". Dwie wystarczą, żeby dać tematowi więcej czasu.
A jeśli wszystkie brzmią "nie"?
Świetnie.
Skreślasz jedną opcję.
To też postęp.
Ludzie często boją się porzucania hobby, bo mają poczucie, że oznacza to brak konsekwencji. "Zacząłem grać i odpuściłem." "Kupiłam szydełko i nic z tego." "Chodziłem przez miesiąc na squasha, ale mnie nie wciągnęło."
No i?
Eksperyment dał wynik.
Nie każdy serial oglądasz do końca tylko dlatego, że rozpocząłeś pierwszy odcinek. Nie każdy produkt kupujesz ponownie. Nie każda restauracja zostaje twoją ulubioną. Dlaczego więc hobby miałoby otrzymywać status dożywotniego zobowiązania po trzech spotkaniach?
Najzdrowszy sposób myślenia brzmi:
"Sprawdzam, czy to mi służy."
Nie:
"Muszę udowodnić, że potrafię być konsekwentny."
Konsekwencja jest przydatna wtedy, kiedy coś jest dla ciebie ważne. Używanie jej do podtrzymywania każdej przypadkowej decyzji prowadzi głównie do bardzo długiego robienia rzeczy, których nie lubisz.
A takich rzeczy i tak masz w życiu wystarczająco dużo.
Warto również zwrócić uwagę na jeden jeszcze subtelny sygnał: hobby nie zawsze daje wielką ekscytację. Czasem jego wartością jest spokój.
Możesz nie wychodzić z ogrodu pełen adrenaliny i krzyczeć:
"Pomidory! To jest to!"
Możesz po prostu zauważyć, że przez godzinę nie sprawdzałeś telefonu.
Że głowa trochę ucichła.
Że dobrze było skupić się na czymś prostym.
To bardzo dużo.
Nie wymagaj od każdej dobrej aktywności fajerwerków. Niektóre zainteresowania działają bardziej jak wygodny fotel niż rollercoaster. Nie wywracają życia do góry nogami. Po prostu sprawiają, że przez chwilę jest ci lepiej we własnej głowie.
I być może właśnie tego potrzebujesz.
Na koniec ustalmy więc prostą procedurę testowania nowego hobby:
1. Wybierz coś, co wzbudza choć niewielką ciekawość. 2. Znajdź najprostszą i możliwie tanią wersję próbną. 3. Daj sobie minimum trzy kontakty, jeśli pierwszy nie był wyraźnie nieprzyjemny. 4. Nie oceniaj poziomu umiejętności. Oceniaj chęć powrotu. 5. Jeśli temat nadal ciekawi, daj mu około dziesięciu godzin. 6. Dopiero potem decyduj, czy chcesz inwestować więcej czasu i pieniędzy.
To wystarczy.
Nie potrzebujesz olśnienia.
Potrzebujesz kontaktu.
Pasja bardzo często nie pojawia się przed działaniem.
Pojawia się dlatego, że zacząłeś.
Rozdział 3 - Nie wszystko, co lubisz, musi być imponujące
Jest taki szczególny rodzaj rozmowy, podczas którego nagle okazuje się, że wszyscy wokół mają hobby wyglądające jak materiał do programu dokumentalnego.
Ktoś żegluje.
Ktoś nurkuje.
Ktoś biega po górach.
Ktoś własnoręcznie odnawia stare meble i z jakiegoś powodu zawsze ma przy sobie zdjęcie komody "przed" i "po".
Potem kolej dochodzi do ciebie.
"A ty czym się interesujesz?"
I właśnie wtedy rzeczy, które jeszcze wczoraj całkiem ci odpowiadały, nagle wydają się podejrzanie małe.
Lubisz filmy.
Trochę czytasz.
Czasami jeździsz bez konkretnego celu po okolicy.
Interesujesz się samochodami.
Lubisz gotować.
Słuchasz muzyki.
Spacerujesz.
No dobrze, ale to przecież nie jest "prawdziwe hobby".
Tak przynajmniej mówi głos w głowie, który najwyraźniej został mianowany przewodniczącym Komisji do spraw Wystarczająco Imponujących Zainteresowań.
Komisja pracuje bez wynagrodzenia, ale za to bardzo aktywnie.
Jednym z głównych powodów, dla których ludzie mówią "nie mam pasji", jest to, że nie uznają tego, co naprawdę lubią, za coś wystarczająco wartościowego. Hobby w ich wyobraźni powinno być charakterystyczne, rozwijające, ambitne i najlepiej dające się opowiedzieć w jednym efektownym zdaniu. "Lubię chodzić po nowych dzielnicach i patrzeć na architekturę" brzmi za mało spektakularnie. "Fotografuję architekturę miejską" już brzmi jak człowiek, który ma własną wystawę.
Różnica czasami polega głównie na sposobie opisania tego samego spaceru.
To ciekawy mechanizm, bo w dorosłości uczymy się oceniać wiele aktywności przez ich użyteczność. Praca ma przynosić pieniądze. Nauka ma zwiększać kompetencje. Trening ma poprawiać zdrowie. Czytanie ma rozwijać. Nawet odpoczynek coraz częściej musi być "regeneracyjny", jakby zwykłe leżenie na kanapie wymagało zatwierdzenia przez dział HR.
Nic dziwnego, że hobby również trafia na przesłuchanie.
"Co mi to daje?"
"Czy się rozwijam?"
"Czy to ma jakiś sens?"
"Czy nie tracę czasu?"
A może właśnie masz trochę tracić czas.
Nie cały tydzień.
Nie kredyt hipoteczny.
Trochę czasu.
W świecie, w którym prawie wszystko musi się do czegoś przydawać, hobby jest jednym z nielicznych obszarów, gdzie odpowiedź "bo lubię" powinna wystarczyć.
Jeżeli lubisz układać puzzle, nie musisz robić tego szybciej.
Jeżeli grasz w gry, nie musisz transmitować rozgrywek.
Jeśli oglądasz stare filmy, nie musisz pisać recenzji.
Jeżeli lubisz piec ciasta, nie musisz zakładać działalności.
Jeżeli pielęgnujesz rośliny, nie musisz posiadać siedemdziesięciu odmian monstery i konta o nazwie "urban_jungle_soul".
Możesz mieć sześć doniczek.
Jedna może nawet trochę usychać.
Nadal się liczy.
Problem zaczyna się wtedy, gdy hobby staje się kolejnym narzędziem autoprezentacji. Wybierasz nie to, co rzeczywiście cię ciągnie, lecz to, co dobrze wygląda jako element tożsamości. Wspinaczka brzmi lepiej niż krzyżówki. Fotografia analogowa brzmi ciekawiej niż oglądanie starych map. Nauka włoskiego ma więcej uroku niż naprawianie sprzętów w garażu.
Ale twoja głowa nie dostaje dodatkowego punktu za prestiż.
Jeśli najbardziej odpręża cię składanie modeli pociągów, a wspinaczka doprowadza do pytania, dlaczego dobrowolnie wisisz trzy metry nad ziemią i płacisz za ten przywilej, odpowiedź jest dość jasna.
Hobby ma pasować do ciebie.
Nie do opisu na LinkedInie.
Warto w tym miejscu oddzielić zainteresowanie od wizerunku zainteresowania. To pierwsze powoduje, że masz ochotę coś robić. Drugie powoduje, że podoba ci się obraz siebie jako osoby, która to robi.
To nie to samo.
Możesz lubić wizję siebie jako człowieka grającego na saksofonie. Światło przygaszone, elegancki instrument, jazzowy klimat, sąsiedzi pełni uznania. Potem wynajmujesz saksofon i odkrywasz, że przez pierwsze tygodnie instrument wydaje dźwięki przypominające ranną gęś.
Sąsiedzi nie są pełni uznania.
Są pełni informacji.
Możesz kochać wizję biegania: sportowe ubrania, poranek, słuchawki, przyjemny rytm. Dopiero podczas biegu odkrywasz, że najbardziej lubisz moment, kiedy bieg się kończy.
To cenna wiedza.
Dlatego podczas sprawdzania hobby warto zadać sobie bardzo niewygodne pytanie:
Czy lubię to robić, czy lubię pomysł, że jestem człowiekiem, który to robi?
Nie zawsze odpowiedź będzie oczywista. Nie musi też oznaczać rezygnacji. Możesz początkowo wejść w coś przez atrakcyjną wizję, a dopiero później polubić proces. Chodzi tylko o to, żeby nie ciągnąć aktywności przez dwa lata wyłącznie dlatego, że pasuje do twojej wymarzonej wersji siebie.
Drugi problem z "mało imponującymi" hobby jest jeszcze prostszy: część z nich robimy automatycznie i dlatego nie nazywamy ich hobby.
Weźmy muzykę.
Ktoś potrafi godzinami wyszukiwać nowych wykonawców, robi playlisty, porównywać wersje utworów, rozpoznawać producentów, śledzić nowe wydania i czytać o sprzęcie audio. Zapytany o zainteresowania odpowiada:
"W sumie nic szczególnego."
Nie, kolego.
Masz zainteresowanie.
Po prostu nie stoi ono na półce w formie modelu statku.
Albo podróże lokalne. Możesz uwielbiać jeździć do małych miejscowości, znajdować punkty widokowe, sprawdzać nietypowe knajpy i układać trasy. Ponieważ nie zdobywasz Himalajów, uznajesz, że "po prostu lubisz czasem gdzieś pojechać".
W ten sposób człowiek potrafi mieć hobby i jednocześnie aktywnie je ignorować.
Dlatego zrób coś odwrotnego niż zwykle: zamiast pytać "jakie hobby powinienem znaleźć?", zrób inwentaryzację rzeczy, które już robisz.
Nie chodzi o monumentalną analizę osobowości. Wystarczy kartka albo notatka w telefonie z czterema pytaniami:
1. Co robię, kiedy nikt mnie do niczego nie zmusza?
2. O czym sam z siebie czytam albo oglądam materiały?
3. Na co potrafię wydawać czas bez wyraźnego efektu?
4. Co robiłem kiedyś, zanim uznałem, że "nie mam na to czasu"?
To ostatnie pytanie bywa szczególnie dobre.
Dzieci i nastolatki często mają więcej naturalnych zainteresowań nie dlatego, że posiadają wyjątkową duchową głębię, lecz dlatego, że mniej rzeczy oceniają pod kątem produktywności. Ktoś rysował, bo lubił. Grał w koszykówkę, bo znajomi wychodzili na boisko. Budował modele, bo budował modele. Nie przygotowywał pięcioletniego planu rozwoju kompetencji manualnych.
Potem przychodzi dorosłość i hobby zaczyna przegrywać z obowiązkami.
Najpierw znika jedna godzina.
Potem druga.
Potem przez kilka lat powtarzasz, że "kiedyś dużo czytałeś", jakby czytanie było dawną miejscowością rodzinną, do której nie kursują już autobusy.
Czasami nie trzeba więc znaleźć nowej pasji.
Trzeba odkopać starą.
Zadaj sobie pytanie: co sprawiało mi przyjemność pięć, dziesięć albo piętnaście lat temu, zanim przestałem robić to regularnie?
Nie zakładaj, że zainteresowanie musi wrócić. Możesz ponownie sięgnąć po gitarę i odkryć, że przeszłość była piękna głównie dlatego, że była przeszłością. Ale równie dobrze może się okazać, że po dwudziestu minutach przypomnisz sobie coś ważnego.
"O, przecież ja to lubiłem."
To jedno z najbardziej satysfakcjonujących zdań w całym poszukiwaniu hobby.
Nie "odnalazłem swoją życiową misję".
Po prostu:
"Lubiłem to."
I nadal trochę lubię.
Kolejna rzecz: hobby może być bierne, aktywne albo mieszane. Nie każde zainteresowanie musi polegać na produkowaniu czegoś własnymi rękami. To dziwnie mocne przekonanie. Jakby osoba szyjąca torby miała "prawdziwe hobby", a osoba zgłębiająca historię kina robiła coś podejrzanie pasywnego.
Jeżeli naprawdę interesujesz się filmem, muzyką, literaturą, historią, astronomią czy architekturą, samo poznawanie może być hobby.
Oczywiście istnieje różnica między świadomym zainteresowaniem a bezmyślnym przewijaniem treści. Oglądanie trzydziestu losowych filmów przez dwie godziny nie staje się automatycznie pasją do kinematografii. Ale jeśli wybierasz, porównujesz, uczysz się, szukasz kolejnych rzeczy i temat cię naprawdę ciągnie, to tak: to jest zainteresowanie.
Nie potrzebujesz odznaki.
Ani zezwolenia.
Warto też przestać myśleć o hobby jak o jednej szufladzie. Możesz mieć kilka lekkich zainteresowań zamiast jednej wielkiej pasji. Trochę roweru, trochę gotowania, czasem książka, czasem weekendowa wycieczka. Żadne z nich nie dominuje życia.
I świetnie.
Nie każdy potrzebuje centrum dowodzenia zbudowanego wokół jednej aktywności.
Dla jednych hobby jest ważną częścią tożsamości. Dla innych tylko dobrym sposobem spędzania wolnego czasu. Jedno nie jest bardziej dojrzałe ani wartościowe od drugiego.
To jak z kawą.
Ktoś może znać regiony uprawy, metody obróbki i temperaturę ekstrakcji.
Ty możesz po prostu powiedzieć:
"Ta jest dobra."
I przeżyć.
Jeżeli więc od dawna mówisz, że nie masz zainteresowań, zrób dziś krótką inwentaryzację. Wypisz dziesięć rzeczy, które robisz albo robiłeś dla przyjemności. Nie oceniaj, czy są ambitne. Nie poprawiaj ich tak, żeby brzmiały lepiej. "Spacer" może zostać spacerem. "Słuchanie muzyki" nie musi przechodzić rebrandingu na "eksplorację współczesnych nurtów muzycznych".
Potem zaznacz trzy rzeczy, przy których pojawia się choć odrobina:
"Mógłbym robić tego więcej."
To właśnie jest materiał do dalszych prób.
Nie szukasz czegoś, czym można zaimponować ludziom przy kolacji.
Szukasz czegoś, dzięki czemu własna sobota będzie odrobinę lepsza.
To znacznie rozsądniejszy cel.
Rozdział 4 - Zanim kupisz sprzęt za trzy pensje
W środę wieczorem oglądasz jeden film o fotografii.
W czwartek rano algorytm pokazuje ci drugi.
W czwartek wieczorem wiesz już, czym różni się pełna klatka od APS-C, choć we wtorek wiedziałeś głównie, że aparat ma obiektyw.
W piątek zaczynasz sprawdzać ceny.
W sobotę istnieje realne niebezpieczeństwo, że zostaniesz właścicielem sprzętu wartego siedem tysięcy złotych, mimo że ostatnie zdjęcie inne niż telefonem zrobiłeś podczas wycieczki szkolnej.
Tak rodzi się wiele hobby.
A dokładniej: tak rodzi się wyposażenie do wielu hobby.
To ważna różnica.
Jedną z najbardziej kuszących części nowego zainteresowania jest faza kompletowania sprzętu. Jest świeżo, ekscytująco i bardzo łatwo pomylić przygotowanie do działania z samym działaniem. Zakupy dają szybkie poczucie postępu. Masz nową rakietę, więc czujesz się trochę bardziej jak tenisista. Masz zestaw noży, więc kuchnia zaczyna wyglądać poważniej. Masz buty trekkingowe, kurtkę, kijki i plecak.
Pozostało już tylko pójść w góry.
Detal.
Sprzęt ma magiczną zdolność do materializowania tożsamości. Jeśli nie jesteś pewny, czy fotografia będzie twoim hobby, nowy aparat daje przyjemne wrażenie, że decyzja została już podjęta. Przecież człowiek bez zainteresowania fotografią nie kupiłby takiego aparatu.
Oczywiście, że kupiłby.
Właśnie dlatego serwisy ogłoszeniowe są pełne sprzętu "użytego dwa razy".
Nie chodzi o to, żeby niczego nie kupować. W części hobby dobry sprzęt naprawdę poprawia komfort, bezpieczeństwo albo możliwości. Problem zaczyna się wtedy, gdy zakup wyprzedza zainteresowanie o trzy stacje.
Dlatego przy nowych aktywnościach przyda ci się zasada:
najpierw doświadczenie, potem wyposażenie.
Nie odwrotnie.
Jeśli możesz coś przetestować bez zakupu, przetestuj.
Jeśli możesz pożyczyć, pożycz.
Jeśli możesz wypożyczyć, wypożycz.
Jeśli dostępne są zajęcia próbne, idź.
Jeśli potrzebujesz podstawowego sprzętu, wybierz podstawowy.
To brzmi banalnie, dopóki nie wejdziesz do sklepu.
Tam zaczynają się schody.
Sprzedawca albo internet natychmiast wyjaśnią ci, że model podstawowy jest oczywiście całkiem dobry, ale za jedyne czterysta złotych więcej dostaniesz wersję, która ma dodatkową funkcję. A jeśli już dopłacasz czterysta, to za następne sześćset jest model, którego "nie będziesz musiał tak szybko wymieniać".
Po dwudziestu minutach zaczynałeś od tysiąca złotych.
Jesteś na trzech.
Nie wiesz jeszcze, czy w ogóle lubisz tę aktywność, ale przynajmniej jesteś przyszłościowo zabezpieczony na poziomie półprofesjonalnym.
Dlatego pierwszą fazę hobby warto potraktować jak eksperyment, nie jak inwestycję w nową tożsamość.
Możesz ustalić prosty budżet testowy.
Kwota zależy oczywiście od twojej sytuacji i rodzaju aktywności, ale zasada jest jedna: wydajesz tyle, ile możesz spokojnie uznać za koszt sprawdzenia pomysłu. Nie tyle, ile mógłby kosztować "porządny zestaw".
To ogromna różnica.
Jeśli chcesz spróbować jogi, potrzebujesz zajęć albo kilku prostych prób w domu. Nie od razu maty premium, dwóch kompletów ubrań i butelki, która wygląda jak element wyposażenia wyprawy polarnej.
Jeśli interesuje cię kawa, zacznij od kilku ziaren i prostej metody parzenia. Nie zakładaj od razu małego laboratorium chemicznego na kuchennym blacie.
Jeżeli chcesz sprawdzić rower, wypożycz go na weekend albo zacznij od tego, który masz.
Tak, wiem.
Twój obecny rower nie ma karbonowej ramy.
Mimo to prawdopodobnie skręca.
Druga rzecz, która chroni przed drogim entuzjazmem, to opóźnienie zakupu. Gdy pojawia się myśl: "Potrzebuję tego", nie kupuj od razu. Daj sobie siedem dni, jeśli rzecz jest droższa i nie jest konieczna do rozpoczęcia.
W tym czasie zadaj sobie trzy pytania:
Czy wykonałem już tę aktywność przynajmniej kilka razy?
Czy obecny sprzęt rzeczywiście mnie ogranicza?
Czy wiem konkretnie, co poprawi nowy zakup?
Jeśli odpowiedź brzmi: "Nie, ale ten model jest teraz w promocji", właśnie otrzymałeś odpowiedź.
Promocja nie jest potrzebą.
To szczególnie ważne, ponieważ społeczności hobbystyczne bardzo szybko wciągają w świat sprzętu. I nie ma w tym nic złego. Dla części ludzi sam sprzęt jest częścią hobby. Miłośnik audio naprawdę może czerpać frajdę z testowania słuchawek. Rowerzysta może interesować się komponentami. Fotograf może uwielbiać obiektywy.
Problem pojawia się wtedy, gdy jesteś na etapie "czy lubię jeździć na rowerze?", a konsumujesz treści przeznaczone dla ludzi zastanawiających się nad różnicą masy kasety o trzydzieści siedem gramów.
Można się zgubić.
Algorytm tego nie rozumie.
Obejrzałeś dwa filmy o bieganiu?
Świetnie.
Teraz internet uważa, że przygotowujesz się do ultramaratonu.
Warto więc ograniczyć na początku ilość treści o sprzęcie. To brzmi paradoksalnie, bo naturalnie chcesz się czegoś dowiedzieć. Tyle że oglądanie kolejnych recenzji potrafi dawać podobną satysfakcję jak samo hobby, tylko bez wysiłku.
Po godzinie filmów o stolarstwie czujesz się trochę, jakbyś coś zrobił.
Nie zrobiłeś.
Poznałeś pięć modeli szlifierek.
Deska nadal leży.
Dlatego zastosuj prostą proporcję:
więcej robienia niż oglądania o robieniu.
Jeżeli poświęciłeś dwie godziny na materiały o hobby, postaraj się poświęcić przynajmniej podobną ilość czasu na samą aktywność. Nie musi być dokładnie. Chodzi o pilnowanie, żeby zainteresowanie nie przekształciło się w hobby polegające na oglądaniu ludzi mających hobby.
To bardzo popularne hobby.
Nieco meta.
Kolejna pułapka to kupowanie sprzętu "na przyszłość". Ten argument jest szczególnie skuteczny, ponieważ brzmi odpowiedzialnie.
"Kupię lepszy, bo jak się rozwinę, nie będę musiał wymieniać."
Być może.
Ale równie dobrze za dwa miesiące odkryjesz, że najbardziej rozwiniętą częścią zainteresowania jest pudełko stojące w szafie.
Przy większości hobby początkujący nie wie jeszcze, czego naprawdę potrzebuje. I to jest normalne. Po kilku tygodniach jazdy na rowerze możesz odkryć, że interesują cię długie trasy, a nie teren. Po kilku sesjach fotograficznych okaże się, że bardziej pociąga cię ulica niż krajobraz. Po kilku miesiącach gotowania możesz dojść do wniosku, że wcale nie potrzebujesz dwunastu noży.
Potrzebujesz dwóch.
I żeby jeden był ostry.
Kupowanie sprzętu zbyt wcześnie oznacza często kupowanie według cudzych potrzeb, bo własnych jeszcze nie znasz.
Dlatego dobrze działa zasada przeszkody:
Kup nową rzecz wtedy, gdy potrafisz nazwać konkretną przeszkodę, którą ona usuwa.
"Nie mogę robić zdjęć w takim świetle, bo obecny obiektyw jest za ciemny."
To konkret.
"Chyba powinienem mieć lepszy obiektyw."
To nastrój.
"Buty powodują ból na dłuższych trasach."
Konkret.
"Te nowe wyglądają bardzo profesjonalnie."
Nastrój.
Nastrój jest świetny.
Tylko nie zawsze powinien mieć dostęp do karty.
Warto też z góry przyjąć, że pierwszy sprzęt nie musi być ostatnim. To część procesu. Początkujący często obsesyjnie próbuje kupić "raz, a dobrze", choć jeszcze nie wie, co dla niego znaczy "dobrze".
To jak kupowanie idealnego fotela do domu, którego jeszcze nie widziałeś.
Może trafisz.
Może nie.
Dlatego sprzęt początkowy powinien być przede wszystkim wystarczający do nauczenia się, czego potrzebujesz.
Jest jeszcze jeden powód, żeby nie inwestować za szybko: wysoki koszt potrafi zepsuć samo hobby. Jeśli wydałeś dużo pieniędzy, pojawia się presja.
"Muszę teraz z tego korzystać."
I oto aktywność, która miała być przyjemnością, zaczyna przypominać karnet na siłownię kupiony na dwanaście miesięcy.
Nie masz ochoty iść.
Ale zapłaciłeś.
Więc idziesz.
A potem jeszcze bardziej nie masz ochoty.
Hobby zaczyna się od "fajnie byłoby", a kończy na "powinienem, bo szkoda pieniędzy".
Świetna transformacja.
Prawie jak w pracy.
Dlatego zostaw sobie możliwość wyjścia. Szczególnie na początku. Kup używany sprzęt, który łatwo odsprzedać. Wybierz miesięczny kurs zamiast rocznej deklaracji. Nie twórz warunków, w których z ciekawości robisz zobowiązanie finansowe.
To daje psychologiczną swobodę.
Możesz powiedzieć:
"Spróbowałem i nie chcę kontynuować."
Bez poczucia, że właśnie zmarnowałeś budżet małego remontu kuchni.
Pomaga także lista "nie kupuję jeszcze". To banalna rzecz, ale zaskakująco skuteczna. Jeśli zaczynasz nowe hobby, zapisujesz produkty, które cię kuszą, i przy każdym umieszczasz warunek.
Nowy aparat - po 1000 wykonanych zdjęć.
Lepsza rakieta - po 15 treningach.
Droższy ekspres - kiedy obecna metoda naprawdę zacznie ograniczać.
Profesjonalny zestaw narzędzi - kiedy skończę trzy projekty.
Warunek nie musi być taki sam. Chodzi o zamianę emocjonalnego "chcę" w konkretne "kiedy".
To odracza zakup bez zakazywania go.
Znacznie łatwiej powiedzieć sobie "później" niż "nigdy".
Mózg jest wtedy mniej dramatyczny.
Nie czuje, że odebrano mu fundamentalne prawo człowieka do nowego obiektywu.
Oczywiście czasami warto kupić coś od razu, jeśli bezpieczeństwo albo komfort tego wymagają. Nie testuj jazdy na rowerze w kasku z komunii kuzyna sprzed dwudziestu lat tylko po to, żeby udowodnić oszczędność. Nie oszczędzaj na sprzęcie ochronnym, który faktycznie ma znaczenie. Tu rozsądek wygrywa z zasadą minimalnego kosztu.
Ale poza takimi wyjątkami dobrze jest pamiętać:
sprzęt powinien nadążać za hobby, nie je wyprzedzać.
Jeżeli naprawdę coś polubisz, zakupy jeszcze przed tobą.
Spokojnie.
Sklepy nie zamkną się z żalu.
Na koniec zrób prosty eksperyment. Wybierz jedno zainteresowanie, które ostatnio chodzi ci po głowie. Zastanów się, jak możesz sprawdzić je w ciągu najbliższych dwóch tygodni, wydając absolutne minimum.
Nie "jak wejść w nie porządnie".
Nie "co kupić na start".
Tylko:
"Jak mogę tego realnie spróbować?"
Jeśli znajdziesz odpowiedź, zrób właśnie to.
Bo hobby nie zaczyna się w sklepie.
Zaczyna się w chwili, kiedy przestajesz oglądać sprzęt i wreszcie coś robisz.
Rozdział 5 - Nie zamieniaj hobby w projekt naprawczy
Zaczyna się niewinnie.
Chcesz znaleźć sobie coś przyjemnego.
Może trochę ruchu. Może coś kreatywnego. Może zajęcie, przy którym głowa odpocznie od pracy, obowiązków i codziennego zastanawiania się, kto znowu nie włożył nowej rolki papieru.
Wpisujesz więc w internet: "jak znaleźć hobby".
Piętnaście minut później masz listę rzeczy, które powinny:
- rozwijać mózg, - poprawiać kondycję, - obniżać stres, - zwiększać kreatywność, - pomagać w karierze, - poszerzać kontakty, - poprawiać postawę, - budować pewność siebie, - uczyć cierpliwości, - a najlepiej jeszcze ograniczać ryzyko demencji.
Nagle wybór hobby zaczyna przypominać rekrutację członka zarządu.
Czy ta aktywność wnosi wystarczająco dużo wartości?
Czy ma potencjał rozwojowy?
Czy realizuje cele strategiczne?
Czy istnieją KPI?
Człowiek chciał kupić sobie kredki.
A wyszedł z planem transformacji osobistej na trzy lata.
To jeden z najskuteczniejszych sposobów zabijania zainteresowania: wybierać hobby wyłącznie na podstawie tego, co "dobrze byłoby robić".
Oczywiście wiele aktywności ma dodatkowe korzyści. Sport może poprawiać kondycję. Nauka języka może być użyteczna. Gra na instrumencie rozwija umiejętności. Majsterkowanie może sprawić, że kiedy szafka odpadnie od ściany, nie będziesz patrzył na nią jak na zagadkę archeologiczną.
Ale jeśli głównym powodem wejścia w hobby staje się "powinienem", bardzo łatwo zmienić je w kolejny obowiązek.
A obowiązków prawdopodobnie nie brakuje.
Nie potrzebujesz hobbystycznej wersji obowiązków.
Zwróć uwagę na różnicę między dwoma zdaniami:
"Chcę zacząć chodzić po górach, bo lubię być w górach."
oraz:
"Powinienem chodzić po górach, bo będę więcej się ruszał, schudnę, poprawię wydolność i będę mniej siedzieć."
Drugie zdanie może być całkowicie rozsądne. Tylko brzmi jak plan zalecony przez komisję medyczno-kadrową.
Jeśli rzeczywiście lubisz góry, świetnie. Korzyści zdrowotne dostajesz przy okazji.
Jeśli gór nie lubisz, nie będą bardziej pasjonujące dlatego, że zegarek pokazuje 18 tysięcy kroków.
Prawdopodobnie będą po prostu długim spacerem pod górę, podczas którego coraz mocniej zastanawiasz się, dlaczego restauracja na parkingu została tak daleko w dole.
Warto więc oddzielić aktywności naprawcze od aktywności rekreacyjnych.
Aktywność naprawcza to coś, co robisz przede wszystkim po to, żeby osiągnąć określony efekt. Ćwiczysz, bo chcesz poprawić kondycję. Uczysz się języka, bo potrzebujesz go zawodowo. Idziesz na terapię, bo chcesz poradzić sobie z problemem. Robisz kurs Excela, bo w pracy dostałeś arkusz, który wygląda jak mapa tajnej operacji NATO.
Nie ma w tym nic złego.
Ale nie wszystko musi zostać nazwane hobby.
Czasem kurs jest kursem.
Trening jest treningiem.
A rehabilitacja zdecydowanie nie musi udawać twojej nowej życiowej pasji.
To rozróżnienie daje zaskakującą ulgę, bo przestajesz wymagać od jednej aktywności wszystkiego naraz. Hobby nie musi naprawiać zdrowia, finansów, kariery, życia towarzyskiego i charakteru.
Może być zwyczajnie miłe.
Niestety wielu dorosłych ludzi ma z tym problem, bo przyjemność bez efektu zaczyna wywoływać poczucie winy.
Leżysz z książką i po dwudziestu minutach pojawia się myśl:
"Może powinienem przeczytać coś bardziej wartościowego."
Grasz.
"Mógłbym w tym czasie zrobić coś produktywnego."
Idziesz na spacer bez celu.
"Może chociaż włączę podcast edukacyjny."
Robisz coś rękami.
"Może dałoby się kiedyś to sprzedawać."
Nawet odpoczynek ma zostać wykorzystany do rozwoju.
Jeszcze chwila i będziemy mierzyć efektywność drzemki kwartalnie.
W tym miejscu potrzebujesz prostej zasady:
Hobby nie musi uzasadniać swojego istnienia.
Jeżeli sprawia ci przyjemność i nie szkodzi tobie ani innym, ma wystarczający powód, żeby istnieć.
To nie znaczy, że każda przyjemność automatycznie jest dobra w dowolnej ilości. Można grać tak długo, że zaniedbasz sen, obowiązki i człowieka siedzącego obok. Można wydać fortunę na kolekcjonowanie sprzętu. Można uczynić z każdej aktywności sposób uciekania przed życiem.
Ale to kwestia proporcji.
Nie użyteczności.
Godzina układania modelu nie musi zwiększyć twojej wartości rynkowej.
Może zwiększyć tylko liczbę sklejonych skrzydełek.
I to jest całkiem wystarczające.
Kolejny błąd polega na wybieraniu hobby pod kątem własnych braków.
"Jestem mało kreatywny, więc powinienem malować."
"Mało się ruszam, więc musi być sport."
"Nie znam ludzi, więc powinienem znaleźć zajęcie grupowe."
"Za dużo siedzę przed ekranem, więc wszystko poza ekranem."
To może być dobry trop, ale nie powinien być jedynym kryterium. Jeśli jesteś introwertykiem, który po całym tygodniu spotkań chce mieć święty spokój, zapisanie się na grupową improwizację teatralną w celu "wychodzenia ze strefy komfortu" może nie być rekreacją.
Może być kolejnym miejscem, z którego będziesz wracać zmęczony.
Rozwój jest dobry.
Ale hobby nie musi codziennie kopać cię ze strefy komfortu.
Czasami może cię do niej zaprosić i podać herbatę.
Przy wyborze czegoś dla siebie zadaj więc dwa pytania:
Czy chcę dzięki temu coś poprawić?
oraz:
Czy chcę to robić nawet wtedy, gdy niczego nie poprawi?
Drugie pytanie jest bardzo mocne.
Jeśli chciałbyś biegać tylko dlatego, że poprawia sylwetkę, to prawdopodobnie interesuje cię efekt, nie bieganie. Być może nadal warto biegać. Ale nie musisz udawać, że odkryłeś pasję.
Jeżeli grałbyś na pianinie nawet wtedy, gdy nikt nigdy cię nie usłyszy, sprawa wygląda inaczej.
Jeśli uprawiałbyś ogród, mimo że warzywa można taniej kupić w sklepie, jesteśmy blisko sedna hobby.
Jeśli robisz zdjęcia, mimo że dysk twardy jest jedyną publicznością, to bardzo dobry znak.
To prowadzi do kolejnej praktycznej metody: test braku nagrody.
Wyobraź sobie, że:
- nikt nie zobaczy efektu, - nikt cię nie pochwali, - nie będziesz na tym zarabiać, - nie poprawisz dzięki temu CV, - nie wrzucisz zdjęcia do internetu, - nie staniesz się znacząco lepszą wersją siebie.
Czy nadal chciałbyś to robić?
Nie zawsze odpowiedź musi brzmieć "tak". Część hobby jest społeczna i właśnie kontakt z ludźmi jest jego zaletą. Czasem satysfakcja wynika z dzielenia się efektem. Nie chodzi o ascetyczny test czystości motywacji.
Chodzi o wykrycie sytuacji, w której całe zainteresowanie opiera się na zewnętrznej nagrodzie.
Bo wtedy po zniknięciu nagrody znika również hobby.
To właśnie dlatego niektórzy zaczynają fotografować dla przyjemności, a po roku cierpią, że zdjęcia mają za mało polubień. Zaczynają biegać, bo dobrze się czują, a później każdy trening staje się oceniany przez zegarek. Grają, bo lubią, a potem przejmują się rankingiem bardziej niż pracą.
System punktowy wkradł się do piaskownicy.
I zaczął prowadzić tabelę.
Jak się przed tym chronić?
Po pierwsze, ustal prywatny powód robienia danej rzeczy. Jedno zdanie.
"Jeżdżę na rowerze, bo lubię ruch i zmianę otoczenia."
"Maluję, bo skupienie na obrazie wycisza mi głowę."
"Gram w planszówki, bo dobrze spędzam czas z ludźmi."
"Czytam fantastykę, bo mnie bawi."
Nie musisz tego nigdzie publikować. To nie manifest marki.
To przypomnienie, do czego hobby służyło, zanim zaczęło być oceniane.
Po drugie, pilnuj momentu, w którym przyjemność zostaje wyparta przez poczucie obowiązku. Jeśli zaczynasz myśleć "muszę dziś pobiegać, bo seria w aplikacji", "muszę skończyć książkę, bo mam plan", "muszę wrzucić nowe zdjęcie, bo dawno nic nie publikowałem", zatrzymaj się na chwilę.
Czy nadal robisz hobby?
Czy już obsługujesz system?
To nie zawsze oznacza, że trzeba natychmiast wszystko rzucić. Pewna regularność jest potrzebna, zwłaszcza przy aktywnościach wymagających praktyki. Ale regularność powinna wspierać zainteresowanie, a nie je nadzorować.
Nie potrzebujesz kierownika zmiany we własnym czasie wolnym.
Po trzecie, zostaw przestrzeń na bezproduktywną wersję hobby.
Jeśli ćwiczysz grę na gitarze, czasem zagraj po prostu ulubiony kawałek zamiast pracować nad techniką.
Jeśli fotografujesz, idź na spacer bez zadania.
Jeśli gotujesz, zrób coś łatwego.
Jeśli ćwiczysz, czasem wybierz lekki trening bez bicia wyniku.
Jeżeli czytasz, przeczytaj książkę, która nie poszerzy twoich kompetencji w żadnym mierzalnym zakresie.
Może nawet mieć smoki.
Świat przetrwa.
Hobby potrzebuje miejsc, w których nie jesteś oceniany nawet przez siebie.
To szczególnie istotne dla ludzi ambitnych. Jeśli na co dzień działasz zadaniowo, bardzo łatwo przenieść ten sam tryb na wolny czas. Nieświadomie tworzysz cele, harmonogramy, rankingi i plany progresu.
"Do końca roku przeczytam pięćdziesiąt książek."
Dlaczego pięćdziesiąt?
Nie wiadomo.
Ale czterdzieści dziewięć najwyraźniej oznacza klęskę cywilizacyjną.
Cele mogą zwiększać motywację. Nie są złe. Problem pojawia się wtedy, gdy zamiast pomóc cieszyć się aktywnością, sprawiają, że zaczynasz wykonywać ją dla odhaczenia.
Dlatego jeśli lubisz cele, wybieraj cele wspierające doświadczenie, nie produkcję.
Zamiast:
"Przeczytam 50 książek."
Spróbuj:
"Będę regularnie miał czas na czytanie."
Zamiast:
"Przebiegnę 1000 kilometrów."
Może:
"Chcę biegać tak, żeby nadal mieć na to ochotę za pół roku."
Zamiast:
"Zrobię 200 zdjęć tygodniowo."
Może:
"Raz w tygodniu pójdę gdzieś z aparatem."
Mniej imponujące.
Dużo trudniej tym zniszczyć sobie przyjemność.
Jeżeli masz skłonność do zamieniania wszystkiego w projekt rozwojowy, potrzebujesz być może szczególnego rodzaju hobby: takiego, w którym nie zamierzasz być świetny.
To może być bardzo wyzwalające.
Grać średnio.
Rysować przeciętnie.
Śpiewać tylko w domu.
Tańczyć bez planu turniejowego.
Uprawiać rośliny bez studiowania botaniki.
Nie dlatego, że nie wolno ci się rozwijać.
Tylko dlatego, że nie musisz.
Na dziś sprawdź swoje obecne albo potencjalne hobby i zapytaj:
Czy próbuję przy jego pomocy naprawić siebie?
Jeżeli odpowiedź brzmi "trochę tak", nie ma tragedii. Po prostu dodaj drugi powód:
"I chcę mieć przy tym przyjemność."
Bo hobby może pomagać ci być lepszą wersją siebie.
Ale nie powinno stale przypominać, że obecna wersja wymaga remontu.
Rozdział 6 - Przestań czekać na wolne pół dnia
Masz ochotę poczytać.
Ale teraz zostało tylko czterdzieści minut do wyjścia, więc właściwie nie ma sensu zaczynać.
Chciałbyś pograć na gitarze.
Ale wieczorem masz tylko pół godziny, a przecież żeby "porządnie poćwiczyć", trzeba mieć przynajmniej godzinę.
Myślisz o rowerze.
Dzisiaj za późno.
Jutro ma padać.
W sobotę zakupy.
W niedzielę obiad.
Za tydzień może będzie lepiej.
W ten sposób mija kwartał.
To jedna z najbardziej niedocenianych przeszkód w posiadaniu hobby: oczekiwanie na idealny blok czasu.
Nie chodzi nawet o brak wolnego czasu. Często trochę czasu masz. Tylko jest on pocięty na niezbyt eleganckie kawałki: trzydzieści minut wieczorem, godzina w sobotę rano, dwadzieścia minut przed spotkaniem, czterdzieści pięć minut po obiedzie.
A hobby w naszej głowie wygląda bardziej filmowo.
Powinien być spokojny wieczór.
Dobra muzyka.
Brak obowiązków.
Pełna bateria.
Odpowiedni nastrój.
Może świeca.
Może deszcz za oknem.
Najlepiej jeszcze, żeby nikt niczego nie chciał.
Czyli celujemy mniej więcej w trzeci wtorek listopada 2041 roku.
Jeśli hobby wymaga idealnych warunków, będzie pojawiało się w twoim życiu bardzo rzadko.
Dorośli ludzie mają tendencję do przeceniania znaczenia dużych bloków czasu i niedoceniania małych. Godzina brzmi sensownie. Dwadzieścia minut brzmi jak rozgrzewka.
Tymczasem dwadzieścia minut trzy razy w tygodniu daje godzinę.
Przez rok daje około pięćdziesięciu godzin.
To wystarczy, żeby przeczytać kilka książek, zrobić dziesiątki szkiców, poznać podstawy instrumentu, nauczyć się sporo o fotografii albo przegrać imponującą liczbę partii szachów.
Można zrobić naprawdę wiele.
W mało spektakularnych porcjach.
Problemem jest nasze przywiązanie do idei, że warto zaczynać tylko wtedy, kiedy możemy zrobić coś "porządnie".
To bardzo elegancka wymówka.
Nie brzmi jak lenistwo.
Brzmi jak standard jakości.
"Nie będę teraz malował, bo mam tylko pół godziny."
Czyli zamiast malować pół godziny, przez pół godziny oglądasz filmy o malowaniu.
Profesjonalizm został zachowany.
W hobby szczególnie dobrze działa zasada:
rób tyle, ile mieści się w życiu, które naprawdę masz.
Nie w życiu hipotetycznym.
Nie w życiu po zakończeniu wszystkich pilnych spraw.
Nie "jak dzieci podrosną", "jak będzie mniej pracy", "jak skończy się remont", "jak zrobi się cieplej".
Twoje życie jest właśnie teraz.
I zwykle będzie zawierać jakieś przeszkody.
Jeśli więc chcesz, żeby hobby rzeczywiście istniało, potrzebujesz wersji, która mieści się między nimi.
Najprostszym narzędziem jest wersja 20-minutowa.
Dla wybranej aktywności ustal najmniejszy sensowny wariant, który możesz wykonać w około dwadzieścia minut.
Gitara: trzy akordy i jeden kawałek.
Rysowanie: jeden szkic.
Czytanie: kilkanaście stron.
Fotografia: krótki spacer po okolicy.
Język: jedna lekcja i kilka minut mówienia.
Ogród: pielęgnacja jednego fragmentu.
Gotowanie: przygotowanie jednej nowej rzeczy.
Rower: krótka pętla.
Nie chodzi o to, żeby każda sesja miała dwadzieścia minut. Jeśli masz dwie godziny i chcesz je wykorzystać, świetnie.
Chodzi o to, żeby hobby nie przestawało istnieć, gdy dwóch godzin nie ma.
Jeszcze ważniejsza jest wersja pięciominutowa.
Tak, pięć minut.
"Co można zrobić w pięć minut?"
Bardzo niewiele.
I właśnie dlatego działa.
Możesz nastroić gitarę i zagrać fragment.
Możesz zrobić jeden szkic.
Możesz przeczytać dwie strony.
Możesz przejrzeć zdjęcia z ostatniego spaceru.
Możesz podlać rośliny i sprawdzić jeden nowy pęd.
Możesz nauczyć się pięciu słów.
Pięć minut nie ma zmienić twojego poziomu umiejętności.
Ma podtrzymać kontakt.
To ogromna różnica.
Kiedy przez miesiąc całkowicie nie dotykasz hobby, próg powrotu rośnie. Gitara zaczyna wyglądać jak dawna znajoma, do której głupio napisać po tak długiej przerwie. Projekt malarski pokrywa się kurzem. Rowerek stojący w garażu stopniowo zmienia funkcję z urządzenia sportowego na konstrukcję do wieszania rzeczy.
Krótki kontakt zmniejsza dystans.
Nie musisz za każdym razem "wracać do hobby".
Bo ono nie zdążyło zniknąć.
Drugim problemem z czasem jest to, że bardzo często mówimy "nie mam czasu", kiedy prawdziwsze zdanie brzmi:
"nie mam czasu w preferowanej przeze mnie formie."
To nie jest zarzut.
Po prostu warto to zauważyć.
Możesz nie mieć trzech godzin na wyjazd rowerowy. Ale możesz mieć czterdzieści minut.
Nie masz wieczoru na gotowanie. Ale masz pół godziny na zrobienie jednego elementu.
Nie masz weekendu na fotografowanie w górach. Ale możesz przejść się po własnej dzielnicy.
Jeżeli za każdym razem odrzucasz wersję mniejszą, aktywność zaczyna zależeć od wyjątkowych okoliczności.
A wyjątkowe okoliczności mają kiepską frekwencję.
W praktyce hobby dużo lepiej utrzymuje się wtedy, gdy ma kilka rozmiarów.
Wersja mała.
Wersja normalna.
Wersja duża.
Na przykład rower:
- mała: 20 minut po okolicy, - normalna: godzina-dwie, - duża: pół dnia albo wycieczka.
Fotografia:
- mała: kilka zdjęć podczas spaceru, - normalna: zaplanowane wyjście, - duża: całodniowy plener.
Gotowanie:
- mała: nowy sos albo deser, - normalna: jeden nowy przepis, - duża: wieczór eksperymentowania.
Czytanie:
- mała: 10 minut, - normalna: 30-60 minut, - duża: leniwa sobota z książką.
Dzięki temu aktywność dostosowuje się do życia.
Nie odwrotnie.
To również pomaga uniknąć bardzo częstego błędu: rezerwowania hobby wyłącznie na weekend.
Weekend ma fatalną sytuację kadrową.
Musi obsłużyć odpoczynek, zakupy, sprzątanie, rodzinę, znajomych, sport, zaległe sprawy, wyjazdy, sen, naprawę kranu i bliżej nieokreślone "zrobienie czegoś ze sobą".
A ma dwa dni.
Odważnie, ale bez szans.
Jeżeli całe hobby wrzucisz do soboty i niedzieli, będzie regularnie przegrywać z rzeczami pilniejszymi.
Dlatego warto poszukać małych kieszeni czasu również w tygodniu.
Nie chodzi o upychanie kolejnego zadania.
Chodzi o odzyskanie fragmentu dnia.
Może pół godziny po pracy, zanim włączysz telewizor.
Może dwadzieścia minut rano.
Może czas, który dziś znika w telefonie.
To ostatnie potrafi boleć.
Bo człowiek mówi, że nie ma pół godziny na hobby, a raport czasu ekranowego przedstawia materiał dowodowy tak jednoznaczny, że obrona prosi o ugodę.
Nie musisz usuwać wszystkich aplikacji.
Nie musisz przenosić się do lasu.
Wystarczy odzyskać mały fragment.
Spróbuj przez tydzień zastosować zasadę:
najpierw 20 minut czegoś swojego, potem dowolne przewijanie.
Jeżeli masz energię.
To ważny warunek.
Hobby nie powinno być karą za telefon.
Ale często warto odwrócić kolejność, bo przewijanie ma niezwykłą zdolność do pożerania czasu bez pozostawiania wyraźnego śladu. Zaczynasz o 19:10. Patrzysz ponownie na zegarek.
20:03.
Nie wiesz, co się wydarzyło.
Wiesz za to, że ktoś w Australii ma bardzo mądrego psa.
Drugą techniką jest punkt startowy. Zamiast planować całe hobby, planujesz moment rozpoczęcia.
Nie:
"W środę będę malował godzinę."
Tylko:
"W środę o 19:30 wyjmuję szkicownik."
Nie:
"W weekend pojeżdżę na rowerze."
Tylko:
"W sobotę po śniadaniu zakładam ubrania i wychodzę."
To drobna różnica, ale zmniejsza liczbę decyzji. Najtrudniejsze bywa rozpoczęcie, nie kontynuacja. Kiedy już trzymasz gitarę, często zagrasz dłużej niż pięć minut. Gdy wyjdziesz z aparatem, spacer sam się wydłuży.
Ale jeśli warunkiem startu jest najpierw ustalenie idealnego planu, bardzo możliwe, że zamiast hobby wykonasz serię ważnych czynności zastępczych.
Zrobisz herbatę.
Poprawisz poduszkę.
Sprawdzisz pogodę.
Odpowiesz na wiadomość.
Nagle jest za późno.
Dzień wygrał walkowerem.
Niektórym pomaga również fizyczne zmniejszenie bariery. Jeśli hobby wymaga piętnastu minut przygotowania, szansa na krótką sesję spada.
Gitara zamknięta w futerale w szafie jest znacznie rzadziej używana niż gitara stojąca pod ręką.
Szkicownik schowany w pudle przegrywa ze szkicownikiem na biurku.
Buty do biegania przygotowane przy drzwiach zmniejszają liczbę negocjacji.
Nie musisz urządzać mieszkania jako centrum hobbystycznego.
Wystarczy, żeby rozpoczęcie nie przypominało montażu namiotu.
Zastanów się więc:
Co najbardziej utrudnia mi zacząć?
Jeżeli odpowiedź brzmi "muszę wszystko wyciągać", uprość przechowywanie.
Jeśli "muszę gdzieś jechać", znajdź czasem wersję bliżej domu.
Jeśli "potrzebuję dwóch godzin", zbuduj wersję krótszą.
Jeśli "zawsze zapominam", ustaw stały punkt tygodnia.
Zmniejsz tarcie.
To jedna z najbardziej praktycznych zasad w całej książce.
Ludzie lubią myśleć, że konsekwencja zależy od charakteru.
Bardzo często zależy od tego, czy sprzęt jest pod ręką.
Warto też pogodzić się z tym, że hobby czasami przegra.
Będzie tydzień z dużą ilością pracy.
Dziecko zachoruje.
Wyjazd.
Remont.
Zmęczenie.
I nie wydarzy się nic.
To normalne.
Nie musisz potem "nadrabiać" hobby.
Szczególnie że samo określenie brzmi źle.
"Muszę nadrobić relaks."
Brzmi jak człowiek, który źle zrozumiał instrukcję.
Po przerwie po prostu wróć do najmniejszej wersji.
Dziesięć minut.
Dwadzieścia.
Jedna próba.
Nie wymagaj od siebie uroczystego restartu z nowym harmonogramem.
Zacznij.
Jeśli chcesz, żeby coś naprawdę zmieściło się w twoim życiu, przestań czekać na dzień, w którym wszystko będzie zrobione, telefon przestanie dzwonić, mieszkanie będzie posprzątane, a ty będziesz wypoczęty i pełen twórczej energii.
Taki dzień może przyjść.
Może też przyjść jednorożec.
Na wszelki wypadek lepiej mieć Plan B.
Dzisiaj wybierz jedną aktywność i przygotuj jej wersję 20-minutową oraz wersję pięciominutową.
To wszystko.
Nie musisz znaleźć więcej czasu.
Najpierw naucz się używać kawałków, które już masz.