Nie ma przed czym uciekać - Rebecca Makkai

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ian ni­gdy nie był szczę­śliwy,je­śli nie było pro­logu

Może je­stem czar­nym cha­rak­te­rem tej hi­sto­rii. Na­wet te­raz trudno to oce­nić.

W bi­blio­tece spo­śród mnó­stwa ksią­żek o sta­ro­żyt­nym Egip­cie dzieci naj­bar­dziej lu­biły tę z ilu­stra­cją boga śmierci z wagą. Na jed­nej szali miał serce zmar­łego, a na dru­giej piórko. Więc przy­naj­mniej to jedno mnie po­cie­sza: pew­nego dnia po­znam swoją winę.

Zo­sta­wi­łam wszyst­kich, któ­rych zna­łam. Zna­la­złam inną bi­blio­tekę, taką z dę­bo­wymi ścia­nami, że­la­znymi po­rę­czami. Bi­blio­tekę uni­wer­sy­tecką, w któ­rej wy­po­ży­cza­jący z góry wie­dzą, czego szu­kają. Ska­nuję im książki, a oni w ko­fe­ino­wym odu­rze­niu pra­wie mnie nie za­uwa­żają. W ni­czym nie przy­po­mina ona mo­jej sta­rej bi­blio­teki z po­pla­mio­nym dy­wa­nem i ścia­nami z ce­gieł, ale książki są ta­kie same - te same grzbiety, te same kody na po­żół­kłych na­klej­kach. Wiem, co jest w nich wszyst­kich. Szepcą z pó­łek swój osąd.

Ucie­ki­nie­rzy i po­ry­wa­cze spo­glą­dają na mnie z wy­so­ko­ści i biorą za swoją. Ra­dzą, że­bym zwi­jała się do pusz­czy, my­ślą, że pójdę do pie­kła jak oni. Mó­wią, że je­stem naj­do­sko­nal­szą kłam­czy­nią, jaką wi­dzieli. A ten stary lu­bież­nik le­pi­dop­te­ro­log, mam­ro­czący ma­cant, który mie­sza so­bie wódkę z so­kiem ana­na­so­wym na wy­so­kiej, wą­skiej półce NAB, po­zwala mi wy­ko­śla­wiać swoje słowa. (Je­śli cho­dzi o od­twór­czość stylu, na bi­blio­te­karkę za­wsze można li­czyć): Pa­nie i pa­no­wie przy­się­gli, oto do­wód rze­czowy nu­mer je­den, to, czego za­zdro­ści­łam, o czym my­śla­łam, że mogę to na­pra­wić. Spójrz­cie na to wię­zie­nie ksią­żek.

Za­nim to wszystko się za­częło, któ­re­goś dnia po­wie­dzia­łam Rocky'emu, że kie­dyś upo­rząd­kuję książki al­fa­be­tycz­nie we­dług głów­nego bo­ha­tera. Te­raz wiem, gdzie sama bym tra­fiła: Hull, do­kład­nie mię­dzy Huc­kiem a Hum­ber­tem. Na­prawdę jed­nak ta hi­sto­ria po­winna tra­fić pod D jak Drake, od na­zwi­ska Iana, chłopca, któ­rego ukra­dłam, bo bez względu na to, kto jest tu czar­nym cha­rak­te­rem, nie je­stem bo­ha­terką tej hi­sto­rii. Nie je­stem na­wet przed­mio­tem tej mo­dli­twy.

1

Go­dzina z książką

Co pią­tek o szes­na­stej trzy­dzie­ści sia­dały po tu­recku na pod­ło­dze, opie­rały się o półki pełne ksią­żek ob­raz­ko­wych i z brą­zo­wego dy­wanu z gru­bym wło­siem wy­sku­by­wały za­schnięte błoto, bro­kat i klej.

Mia­łam pię­cioro sta­łych by­wal­ców, a dwoje z nich przy­cho­dzi­łoby na­wet sie­dem dni w ty­go­dniu, gdyby tylko się dało. Ian Drake po­ja­wiał się z ospą albo z nogą w gip­sie. Na­wet kiedy wie­dział, że w tym ty­go­dniu spo­tka­nia nie bę­dzie, sia­dał i czy­tał so­bie na głos. Do­dat­kowo co ty­dzień po­ja­wiało się dwoje lub troje dzieci, któ­rych ro­dzice po­trze­bo­wali aku­rat opie­kunki. Wier­ciły się na pod­ło­dze, usi­ło­wały prze­trwać roz­dział ósmy i dzie­wiąty zu­peł­nie nie­zna­nej książki, wy­cią­gały włókna ze skar­pe­tek i nit­ko­wały so­bie nimi zęby.

Tam­tej je­sieni, pięć lat temu, by­li­śmy wła­śnie w po­ło­wie Ma­tyldy. To był nasz czwarty ty­dzień z tą książką. Ian przy­ga­lo­po­wał do mnie, za­nim za­czę­łam czy­tać.

- Po­wie­dzia­łem ma­mie, że znowu czy­tamy Mały do­mek w Wiel­kich La­sach. Ma­tyldą chyba nie by­łaby za­chwy­cona. Jej się na­wet nie po­do­bał Fan­ta­styczny pan Lis. - Wplótł palce we włosy. - Mamy sztamę?

Kiw­nę­łam głową.

- Nie chcemy mar­twić two­jej mamy.

Jesz­cze nie do­szli­śmy do ma­gii, ale Ian czy­tał Ma­tyldę już wcze­śniej, po kry­jomu, ku­ca­jąc na pod­ło­dze obok półki z Ro­al­dem Dah­lem. Wie­dział, co bę­dzie da­lej.

Czmych­nął w pod­sko­kach alejką z bio­gra­fiami, a po­tem wró­cił po­woli przez na­uki ści­słe, prze­krzy­wia­jąc głowę, by prze­czy­tać grzbiety.

Obok mnie sta­nęła Lo­ra­ine - główna bi­blio­te­karka, Lo­ra­ine Best, która dzięki Bogu nie sły­szała na­szego spi­sko­wa­nia - i ob­ser­wo­wała, jak pierw­sze dzieci sia­dają na dy­wa­nie. Cza­sami w piątki scho­dziła tylko po to, żeby uśmie­chać się i ki­wać głową do ma­tek przy­pro­wa­dza­ją­cych po­cie­chy, zu­peł­nie jakby miała ja­kiś udział w "Go­dzi­nie z książką". Zu­peł­nie jakby po trzech mi­nu­tach jej czy­ta­nia Kto zje zie­lone jajka sa­dzone? po­łowa dzieci się nie roz­pła­kała, a reszta nie za­częła py­tać, czy Lo­ra­ine jest do­brą, czy złą cza­row­nicą.

Ian znowu znik­nął, a po­tem nad­szedł przez hi­sto­rię Ame­ryki. Po dro­dze do­ty­kał ko­lejno każ­dej książki w gór­nym rzę­dzie po pra­wej.

- On tu prak­tycz­nie mieszka, prawda? - szep­nęła Lo­ra­ine. - Ten mały ho­mo­sek­su­alny chło­piec.

- On ma dzie­sięć lat! - od­par­łam. - Wąt­pię, żeby był jak­kol­wiek­sek­su­alny.

- Bar­dzo mi przy­kro, Lucy, nie mam nic prze­ciwko niemu, ale to dziecko jest ge­jem.

Po­wie­działa to tym sa­mym to­nem dumy ze swej rze­ko­mej wspa­nia­ło­myśl­no­ści, ja­kiego za­wsze uży­wał mój oj­ciec, kiedy mó­wił: "Ophe­lia, moja czarna se­kre­tarka".

Ian do­tarł do działu be­le­try­styki i wspiął się na palce, żeby ścią­gnąć z gór­nej półki dużą zie­loną książkę. Kry­mi­nał - z nie­bie­skiej na­klejki na grzbie­cie spo­glą­dał czło­wiek z lupą. Ian usiadł na pod­ło­dze i za­czął od pierw­szej strony, jakby ta książka, oprócz ta­jem­nicy mor­der­stwa, za­wie­rała też wszyst­kie ta­jem­nice świata, jakby do strony sto trzy­dzie­stej dru­giej dało się ob­ja­śnić cały Ko­smos. Świa­tło ja­rze­nió­wek od­bi­jało się w jego oku­la­rach, dwóch żół­tych krąż­kach nad kart­kami. Nie drgnął, do­póki nie za­częły przy­cho­dzić inne dzieci i Lo­ra­ine nie po­chy­liła się nad nim, mó­wiąc: "Wszy­scy na cie­bie cze­kają". Wcale nie cze­ka­li­śmy - Tony jesz­cze na­wet nie zdjął kurtki - ale Ian prze­je­chał do nas na pu­pie przez całe po­miesz­cze­nie, ani na mo­ment nie pod­no­sząc głowy znad książki.

Tego dnia było pię­cioro słu­cha­czy, sami stali by­walcy.

- No do­brze - ode­zwa­łam się z na­dzieją, że Lo­ra­ine skie­ruje się te­raz do wyj­ścia. - Na czym skoń­czy­li­śmy?

- Na­krzy­czała na nich panna Trunch­bull, bo nie na­uczyli się ma­te­ma­tyki - oznaj­miła Me­lissa.

- I na­krzy­czała na pannę Ho­ney.

- I uczyli się mno­że­nia przez trzy.

Ian wes­tchnął gło­śno i pod­niósł rękę.

- Tak?

- To wszystko było dwa ty­go­dnie temu, ale kiedy ostat­nio roz­sta­wa­li­śmy się z na­szą bo­ha­terką, wła­śnie po­zna­wała hi­sto­rię mło­ciar­skiej ka­riery panny Trunch­bull. Do­wia­dy­wa­li­śmy się rów­nież o róż­nych na­rzę­dziach tor­tur, które panna Trunch­bull trzy­mała w ga­bi­ne­cie.

- Dzię­kuję, Ia­nie.

Uśmiech­nął się do mnie. Lo­ra­ine prze­wró­ciła oczami - nie by­łam pewna, czy cho­dziło jej o mnie, czy o niego - i po­to­czyła się w stronę scho­dów. Pra­wie za­wsze mu­sia­łam Ia­nowi prze­ry­wać, co wcale mu nie prze­szka­dzało. Nie mo­gła­bym zro­bić nic, żeby go znie­chę­cić, chyba że pu­ści­ła­bym bi­blio­tekę z dy­mem. Za biur­kiem trzy­ma­łam Opo­wie­ści czwar­to­kla­si­sty i za­wsze po­da­wa­łam mu je po kry­jomu, kiedy przy­cho­dził bez opie­kunki. Przez ostatni ty­dzień pra­wie co­dzien­nie po po­łu­dniu zbie­gał po scho­dach i po­chy­lał się zdy­szany nad moim biur­kiem.

Wtedy, przed tamtą długą zimą, Ian naj­bar­dziej ko­ja­rzył mi się z ba­lo­nem wy­peł­nio­nym he­lem. Nie cho­dziło tylko o jego głos, ale o to, że gdy mó­wił, pa­trzył pro­sto w górę i pod­ska­ki­wał na pal­cach, jakby się po­wstrzy­my­wał, żeby nie od­le­cieć.

(Czy miał po­przed­nika? - pyta Hum­bert.

Nie, nie miał. Ni­gdy w ży­ciu nie spo­tka­łam ko­goś ta­kiego jak on).

Za­wsze kiedy nie mógł zna­leźć żad­nej książki, która by mu się po­do­bała, przy­cho­dził i opie­rał się o moje biurko.

- Co po­wi­nie­nem prze­czy­tać?

Od­po­wia­da­łam, że Jak prze­stać joj­czyć? albo Wstęp do ka­ta­logu kom­pu­te­ro­wego, ale wie­dział, że żar­tuję. Wie­dział, że to moje ulu­bione py­ta­nie świata. Po­tem coś mu wy­bie­ra­łam - raz były to mity grec­kie D'Au­la­ire'a, kiedy in­dziej The Wheel on the School[1]. Moje pro­po­zy­cje zwy­kle mu pa­so­wały, a mi­to­lo­gia D'Au­la­ire'a roz­po­częła u niego ob­se­sję na punk­cie mi­tów, która trwała do­bre dwa mie­siące.

Lo­ra­ine na sa­mym po­czątku ostrze­gła mnie przed jego matką, więc pil­no­wa­łam, żeby czy­tał książki o bez­piecz­nych ty­tu­łach i w ra­do­snych okład­kach. Nic prze­ra­ża­ją­cego, żad­nego The Egypt Game. Kiedy miał osiem lat, przy­szedł z opie­kunką i wy­po­ży­czył Za­cza­ro­wane ba­letki. Na­stęp­nego dnia zwró­cił i oznaj­mił, że wolno mu czy­tać tylko "książki dla chłop­ców".

Na szczę­ście matka Iana nie­spe­cjal­nie się orien­to­wała w li­te­ra­tu­rze dzie­cię­cej. Dla­tego My Side of the Mo­un­tain prze­szło nie­zau­wa­żone, po­dob­nie jak Z po­mie­sza­nego ar­chi­wum pani Ba­sil E. Fran­kwe­iler. Póź­niej zda­łam so­bie sprawę z tego, że obie te książki opo­wia­dają o ucieczce, ale przy­się­gam - wtedy nie przy­szło mi to do głowy.

Skoń­czy­li­śmy dwa roz­działy, a po­tem gra­łam na czas aż do wpół do szó­stej, kiedy zwy­kle po­łowa ma­tek zbie­gała po scho­dach w spód­nicz­kach do te­nisa, a druga po­łowa - wy­nu­rzała się z ką­cika ksią­żek ob­raz­ko­wych ze swo­imi ma­lu­chami.

- Kto jest bo­ha­te­rem albo bo­ha­terką tej książki? - za­py­ta­łam.

Pro­ste py­ta­nie. Bo­ha­te­rem jest za­wsze główna po­stać. W książ­kach dla dzieci rzadko tra­fia się an­ty­bo­ha­ter, nie­wia­ry­godny nar­ra­tor.

Ode­zwał się Aaron, ta­kim to­nem, jakby to ćwi­czył od wielu dni:

- Tak na­prawdę bo­ha­terką jest Ma­tylda, ale panna Ho­ney też w su­mie jest bo­ha­terką, bo jest bar­dzo miła.

- A kto jest czar­nym cha­rak­te­rem?

- Pani Frencz Ból! - za­wo­łała Tessa. - Mimo że jest du­rek­torką! A du­rek­torki zwy­kle są miłe!

- Tak - przy­zna­łam. - Chyba masz ra­cję.

Na­wet kiedy czar­nym cha­rak­te­rem nie jest gość w czar­nej ma­sce, zwy­kle dzieci nie­źle wy­czu­wają, kto jest zły. Te naj­by­strzej­sze ro­zu­mieją, że bywa to bar­dzo sze­roka ka­te­go­ria.

- Bo czar­nym cha­rak­te­rem może być każdy, na­wet kró­lik w ogródku - do­dała Tessa.

- A czyiś ro­dzice? - za­py­ta­łam.

Chcia­łam, żeby po­my­śleli o okrop­nych ro­dzi­cach Ma­tyldy, uza­leż­nio­nych od te­le­wi­zji, ko­lej­nych ne­ga­tyw­nych po­sta­ciach książki.

- No! - od­parł Jake. - Na przy­kład jak twoja mama ma broń.

To były mą­dre, no­wo­cze­sne dzieci, dla­tego wie­działy: matka może być wiedźmą, dziecko może być prze­stępcą. Bi­blio­te­karka może być zło­dziejką.

Nie­chaj miej­sce zbrodni na­zywa się Han­ni­bal w sta­nie Mis­so­uri. (Oczy­wi­ście ist­nieje praw­dziwe Han­ni­bal i nie wa­dzi ni­komu, żyje so­bie z rzeki i twa­inow­skiej tu­ry­styki. Ja po­ży­czam je­dy­nie tę na­zwę). W tym Han­ni­bal rzeki nie było, była za to szosa bie­gnąca przez sam śro­dek, więc gdy­by­ście tam­tędy prze­jeż­dżali i zo­ba­czyli je­dy­nie McDo­nalda, sta­cję ben­zy­nową Citgo, brud, ku­ku­ry­dzę i spa­liny, nie do­wie­dzie­li­by­ście się ni­czego o traw­ni­kach i ży­wo­pło­tach, szko­łach z nie­po­szar­pa­nymi fla­gami, du­żych do­mach po za­chod­niej stro­nie i tro­chę mniej­szych po wschod­niej, ze żwi­ro­wymi pod­jaz­dami i lśnią­cymi skrzyn­kami na li­sty.

Była tam rów­nież bi­blio­teka, tuż przy skrzy­żo­wa­niu z główną szosą, a jej nie­for­tunną ce­glaną ar­chi­tek­turę z lat sie­dem­dzie­sią­tych ma­sko­wały trans­pa­renty Fe­sti­walu Je­sien­nego i trzy że­la­zne wie­wiórki z pod­nie­sio­nymi gło­wami. Te szla­chetne wie­wiórki, się­ga­jące do pasa, strze­gły wrzutni ksią­żek i wej­ścia dla czy­tel­ni­ków. Każde dziecko przed pchnię­ciem cięż­kich drzwi czuło po­trzebę, żeby ko­lejno ich do­tknąć, strzą­snąć im śnieg z ogo­nów albo na­wet wdra­pać się na naj­niż­szą wie­wiórkę i przy­siąść jej na gło­wie. Z nie­wia­do­mej przy­czyny my­ślały, że to za­bro­nione. Kiedy z tu­po­tem zbie­gały do su­te­reny, miały czer­wone po­liczki. Mi­jały moje biurko, ubrane w ja­sne pu­chowe parki. Część się uśmie­chała, nie­które wy­krzy­ki­wały przy­wi­ta­nie, a inne uni­kały mo­jego wzroku.

Mia­łam dwa­dzie­ścia sześć lat i by­łam główną bi­blio­te­karką sek­cji dzie­cię­cej, przede wszyst­kim za sprawą go­to­wo­ści do pracy w więk­szym wy­mia­rze go­dzin niż dwie po­zo­stałe (dużo star­sze) ko­biety, Sa­rah-Ann i Irene, które pracę w bi­blio­tece po­strze­gały chyba jako ro­dzaj wo­lon­ta­riatu, jak w ja­dło­dajni dla ubo­gich.

- Ja­kie to szczę­ście, że po­świę­cają nam swój czas - ma­wiała Lo­ra­ine.

Co było prawdą, bo zwy­kle były za­jęte urzą­dza­niem swo­ich do­mów.

Skoń­czy­łam stu­dia cztery lata temu, znów za­czę­łam ob­gry­zać pa­znok­cie i po­zo­stało mi tylko dwoje do­ro­słych przy­ja­ciół. Ży­łam sama w miesz­ka­niu dwa mia­steczka da­lej. Ot, zwy­kła nie­za­mężna bi­blio­te­karka.

Dla po­rządku pro­szę zwró­cić uwagę na moją pulę ge­ne­tyczną, która wska­zuje na lek­kie skłon­no­ści do za­cho­wań prze­stęp­czych, dzie­dziczną in­kli­na­cję do ucieczki oraz chro­mo­so­malną gwa­ran­cję wiecz­nego sa­mo­bi­czo­wa­nia.

Co odzie­dzi­czy­łam po ojcu:

- Upodo­ba­nie do kawy gę­stej jak smoła.

- Dwa guzki na czole, po jed­nym nad każ­dym okiem, tuż pod li­nią wło­sów. (Żad­nych ura­zów przy na­ro­dzi­nach, nikt nie upu­ścił mnie na pod­łogę. Zdez­o­rien­to­wane pie­lę­gniarki po­cie­rały mi czoło, a oj­ciec dla wy­ja­śnie­nia po­ka­zy­wał wła­sne. Je­śli oboje nie je­ste­śmy czar­nymi cha­rak­te­rami w tej hi­sto­rii, to skąd te ro­dzinne rogi?)

- Re­wo­lu­cyjny tem­pe­ra­ment, się­ga­jący cza­sów jesz­cze sprzed na­ro­dzin pra­dziadka bol­sze­wika.

- Po­łowę ro­dzin­nego na­zwi­ska: no­wo­jor­ski sę­dzia skró­cił "Hul­ki­now" do "Hull", a oj­ciec imi­grant, za słabo zna­jący an­giel­ski, by wie­dzieć, że to zna­czy "ka­dłub", nie do­strzegł iro­nii losu, gdy tak stał w uchodź­czych bu­tach i sam był jak ka­dłub wła­snej ro­syj­sko­ści.

- Ja­sne ro­syj­skie włosy barwy zu­peł­nie ni­czego.

- Herb ro­dowy, przy­wie­ziony przez ojca aż z Mo­skwy na gru­bym zło­tym sy­gne­cie. Wy­ryto na nim syl­wetkę męż­czy­zny: w pra­wej ręce książka, w le­wej od­cięta głowa na­bita na włócz­nię. (Naj­słyn­niej­szy Hul­ki­now był sie­dem­na­sto­wiecz­nym uczo­nym wo­jow­ni­kiem, który na dźwięk od­le­głej trąbki po­rzu­cił księgi, aby wal­czyć o spra­wie­dli­wość, wol­ność lub ho­nor. A oto ja na sa­mym końcu rodu: bi­blio­te­karka kry­mi­na­listka z dwu­dzie­stego pierw­szego wieku).

- Głę­bo­kie ro­syj­skie po­czu­cie winy.

Co odzie­dzi­czy­łam po matce:

- Grube na ki­lo­metr ame­ry­kań­sko-ży­dow­skie po­czu­cie winy.

Oto miej­sce ak­cji i główne po­staci. Roz­sie­dli­śmy się na po­du­chach, za­czy­najmy.

("Gdzie ta­tuś idzie z tą sie­kierą?" - spy­tała mamę Fra­nia).

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki