Nie ma nic niemożliwego - Joanna Jakimiec

Kup ebooka

13.99 zł
11.19 zł (13,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I NIE MA NIC NIEMOŻLIWEGO

Marzec 2016 r. Początek prac nad książką.

Pamiętam ten dzień doskonale.

Byłam wówczas w szpitalu.

Tego dnia chłopak mojej przyjaciółki przyznał w rozmowie, iż jego wiara w Boga nie jest mocna. W zupełności się tego po nim nie spodziewałam. Zawsze postrzegałam go jako przykład wielkiej pobożności.

Po tych słowach zagotowało się we mnie. "Jeśli nie on, to kto? Czy wobec tego na ziemi jest jeszcze ktoś, kto wierzy?" - pomyślałam. Przeżyłam wówczas szok. Natchnęło mnie to do opisania swoich przeżyć. Uświadomiłam sobie, że muszę wszystkim, którzy wpłynęli na moje życie, opowiedzieć swoją historię. Udowodnić, iż Bóg istnieje. Chyba poczułam odpowiedni moment, by moi bliscy usłyszeli, w jaki sposób skrycie przeżywałam swoją chorobę. Teraz tę historię przekazuję dalej.

Nie będzie to opis moich zmagań z wieloma deficytami, jakich doznałam po masywnym krwotoku do mózgu, mojej walki z paraliżem, niedowidzeniem... moich emocji, uczuć, sytuacji z tym związanych...

O tym może opowiem innym razem...

Będzie to opis moich przeżyć widziany oczyma osoby wierzącej i religijnej. Myślę, że może Bóg nie wybaczyłby mi, jeśli zachowałabym te wydarzenia tylko dla siebie.

Zastanawiam się tylko, od czego zacząć, by nie przedłużać tego wstępu. W trakcie wielu lat trwania mojej choroby uzbierało się sporo wydarzeń, o których nie opowiadałam.

Styczeń 2011 r. Początek choroby. Masywny krwotok do mózgu.

Jako młoda dziewczyna (niespełna 21-letnia studentka farmacji) doznałam masywnego krwotoku do mózgu w wyniku pęknięcia malformacji naczyniowej w mózgu. Przeszłam zabieg embolizacji.

Ze słyszenia wiem, że mój stan był bardzo ciężki. Doznałam rozległych obrażeń. Nieliczni chyba żywili nadzieję, że w ogóle przeżyję (przypuszczam, że to właśnie moja rodzina była w tej nielicznej grupie, która z całych sił wierzyła w moje wyzdrowienie).

Przeżyłam...

Życie, choć piękne, tak kruche jest. Wystarczy jedna chwila, by zgasić je. (...) Zrozumiał ten, kto otarł się o śmierć. [1]

Po przeżyciu przeze mnie tak poważnego urazu moja przyjaciółka nazwała mnie Aniołkiem. Nie tylko ona.

Na kilka dni przed moim planowanym zabiegiem lekarz dyżurny na Oddziale Neurologii, widząc mnie po raz pierwszy, powiedział: "Ma pani nieziemskie spojrzenie!", zaś jedna z pań fizjoterapeutek, pocieszając mnie w trakcie mojej uciążliwej rehabilitacji, użyła słów: "za nieziemską urodę musisz płacić, Anielico". Nie wiedzieli, jak te słowa mogą być prawdziwe.

Sama nie wiem, co o tym myśleć...

Co ma o sobie myśleć ktoś, kto widział siebie leżącą w ciężkim stanie na łóżku i swoich rozpaczających bliskich - z GÓRY?

Czy ten ktoś jest jeszcze człowiekiem?

Nie mnie to oceniać...

Przez kilka lat po zachorowaniu nie potrafiłam przyznać się, że widziałam siebie i swoich bliskich "z góry". Nie wiedziałam, co mam o tym sądzić. Nie umiałam wytłumaczyć tego zdarzenia naukowo. Zastanawiałam się, jak to było możliwe. Czy istnieje racjonalne wytłumaczenie? Za każdym razem słowa: "anioł", "nieziemskie" przyprawiały mnie o dreszcze, sprawiały, iż poniekąd sama się siebie bałam. "Czy oni wszyscy nie znają innych słów?" - myślałam w głębi duszy. Teraz już wiecie dlaczego... Ale dziś o czymś innym...

Ja przed krwotokiem: pilna studentka farmacji, silna, młoda, wysportowana dziewczyna, niegdyś tancerka, biegaczka w zawodach sportowych.

Ja po krwotoku: nie potrafiłam nawet podnieść samodzielnie głowy, obrócić się na łóżku, moje ciało stało się dla mnie obce... Paraliż kończyn, twarzy, częściowa utrata wzroku. Z dnia na dzień świat stał się dla mnie zupełnie inny.