Nie ma miłości bez wzajemności - Stefania Jagielnicka-Kamieniecka

Kup ebooka

5.68 zł
4.71 zł (4,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Nina siedziała na ławce w wiedeńskim Parku Miejskim i przyglądała się swoim polakierowanym na brązowo paznokciom. Wyglądała malowniczo w bawełnianej rdzawej minisukience odsłaniającej jej długie nogi, kokieteryjnie założone. Spod dużych słonecznych okularów po jej policzkach spływały łzy. Była w ponurym nastroju z powodu widoku, który ją przed chwilą poruszył. Najpierw przeraził i napełnił obrzydzeniem, lecz wkrótce zamienił się we współczucie.

Przyszła do parku po śniadaniu i ujrzała śpiących na ławkach jednej z alei bezdomnych. Był to koszmarny widok. Poowijani w piernaty wyglądali obrzydliwie z zarośniętymi, zapijaczonymi, pomarszczonymi mordami. Śmierdzieli na odległość. Koczowali tam, gdyż był to nieogrodzony park, niezamykany na noc. Zawsze pamiętała o tym, żeby omijać tę alejkę, lecz tym razem nieopatrznie na nią weszła. Wstrząsnął nią dreszcz obrzydzenia, lecz gdy w pewnym momencie ujrzała wśród tych ludzkich wraków starszą kobietę, ogarnęło ją współczucie.

Przecież to są ludzie, pomyślała. Tacy sami jak ja - wypielęgnowana, pachnąca, po kąpieli, po dobrym śniadaniu. A oni...? Gdyby istniał dobry Bóg, kochający wszystkich i każdego z osobna, nie dopuściłby do takiego nieszczęścia, do takiej degrengolady, do takiego upodlenia człowieka.

Zawstydziła się swego wyglądu i bogactwa. Nie potrafiła uwolnić się od wyrzutów sumienia, chociaż jej mąż, za jej namową, przeznaczał duże sumy na cele charytatywne, płacił wysoki podatek na kościół i przekazywał spore sumki na "Caritas", który zajmował się ubogimi.

Tym ludziom nie da się pomóc, uspokajała się. To są alkoholicy i narkomani. Przecież jest tak wiele przyzwoitych noclegowni. Przypomniała sobie, jak kiedyś, w letnie przedpołudnie weszła do jednej z nich prowadzonej przez "Caritas". Właściwie przez pomyłkę, gdyż myślała, że jest to krypta kościelna, ponieważ zauważyła napis "Gruft", co po polsku znaczy "krypta", tymczasem okazało się, że jest to nazwa noclegowni dla bezdomnych przy jednym ze śródmiejskich zabytkowych kościołów "Mariahilfe", do którego lubiła wchodzić. Ujrzała siedzących na krzesłach w czystym, ozdobionym doniczkami z egzotycznymi roślinami korytarzu, przyzwoicie wyglądających ludzi, porządnie ubranych, zachowujących się spokojnie. Na pierwszych drzwiach był napis "Odzież", na drugich "Łazienka", na trzecich "WC", na czwartych "Przychodnia lekarska". Przez otwarte na oścież dwudrzwiowe wrota zobaczyła ogromny, długi stół, nakryty śnieżnobiałym obrusem i ładną zastawą w niebieskie wzorki, ozdobiony flakonikami z kwiatkami, przy którym uwijały się młode dziewczyny w białych fartuszkach, ustawiając smakowicie wyglądające potrawy.

Z ciekawości zajrzała do "WC". Ze zdziwieniem stwierdziła, że wyłożona białymi kafelkami toaleta lśni czystością. Okazało się, że przyzwoici bezdomni, niepijący i nienarkotyzujący się mogą tam kulturalnie egzystować.

Szybko opuściła nieszczęsną alejkę i pomaszerowała dalej. Usiadła na ławce nad stawem, poruszona tym, co przed chwilą zobaczyła. Przyglądała dzikim kaczkom z mieniącymi się w słońcu szmaragdowymi główkami. Przestała myśleć o bezdomnych. Zdjęła słoneczne okulary i wyjęła z torebki puderniczkę.

Śliczna jestem, pomyślała, uśmiechając się do odbicia swojej zmysłowej twarzy z kocimi zielonymi oczyma, okolonej burzą długich, kasztanowych włosów. I co z tego? - wzruszyła ramionami. Nigdy dotąd nie poznałam miłości.

Delikatnie osuszyła łzy, by nie zetrzeć makijażu. Z zadowoleniem stwierdziła, że tusz na rzęsach się nie rozpuścił. Z głębokim westchnieniem wstała i wolnym krokiem podeszła do stawu. Stanęła nad nim, wyjęła z torebki bułkę i po kawałeczku zaczęła ją rzucać dzikim kaczkom. Starała się celować wprost do dziobów ulubionych ptaków, ale nie zawsze się jej to udawało.

Z pobliskiej ławki podniósł się natychmiast przystojny blondyn i stanął za nią.

- Już dobrze? - usłyszała za plecami.

Odwróciła się gwałtownie, mierząc wzrokiem intruza. Polak, pomyślała, rozpoznając po wymowie. Bezczelny typ.

Mężczyzna zdjął słoneczne okulary i patrzył jej w oczy, głęboko i współczująco. Miał tak ujmujący wyraz twarzy i tak ciepłe spojrzenie, że bezwiednie uśmiechnęła się do niego.

- Przepraszam, jeśli jestem nachalny, ale... widziałem, że pani płakała... Taka piękna pogoda. Jedynie noce i poranki są już chłodniejsze, ale w dzień po prostu lato. Niebo bezchmurne, słońce oślepiające. Po co się smucić? - zagadywał ją, ośmielony jej uśmiechem.

- Nie mam powodów do radości - odpowiedziała po polsku.

- Jak to nie? - zaoponował. - Jest pani młoda, piękna, zdrowa... Przepraszam, czy dałaby się pani zaprosić przez rodaka na kawę do tego przyjemnego lokalu nad kanałem? Nazywam się Kajetan Korusiewicz.

Przyjrzała się mu dokładnie. Przystojniak, elegancik - pomyślała. Był w jej typie. Opalony blondyn z ciemnymi oczyma, starannie ogolony. Jego sportowa koszula w beżowo-brązową kratę pachniała świeżością. Płócienne spodnie koloru khaki miały zaprasowane kanty. Po raz pierwszy spotkała tu kogoś takiego. Tacy ludzie nie przychodzili do Stadtparku wypełnionego tłumem miejskiej gawiedzi. Oczywiście poza licznymi turystami, ale oni mieli na sobie sportowe buty i T-shirty.

Zawahała się przez moment. Czemu nie? - zastanawiała się. Facet wygląda przyzwoicie, jest sympatyczny... Ale... bo ja wiem?

- Przecież to nic zobowiązującego - namawiał ją. - Jest tak gorąco. To niezwykłe w październiku... Napijemy się czegoś zimnego.

- Okay, chętnie się ochłodzę - zdecydowała w końcu. - Mam na imię Nina.

- Super! Cieszę się, że się pani zgodziła.

Usiedli na tarasie, tuż nad kanałem. Ściągali powszechną uwagę, gdyż widok tak wytwornej pary był tu czymś niezwykłym. Oboje byli wyjątkowo urodziwi i eleganccy. Stanowili w tym miejscu niecodzienne zjawisko. W rudo-brązowych barwach dobrani byli do siebie nawet kolorystycznie.

- Skąd pani się tu wzięła? Mieszka pani w Wiedniu? - zaciekawił się.

- Mieszkam w pobliżu. Wpadam tu, gdy mi smutno, by nakarmić kaczki. To mi poprawia nastrój. A pan? Co pan tu robi?

- Przyjechałem w odwiedziny do brata. Oboje z bratową są w pracy, więc włóczę się sam po Wiedniu.

- Mieszka pan w Polsce?

- Tak. W Warszawie. A pani? Skąd pani pochodzi.

- Z Katowic.

- Tęskni pani za ojczyzną?

- Szczerze mówiąc, nie. Po śmierci rodziców przestałam jeździć do Katowic, bo fatalnie się tam czułam. To ponure miasto... I ludzie ponurzy. Nikt się nie uśmiecha, nikt nie stara się być uprzejmym, nikt do nikogo nie zagaduje w miejscach publicznych, nikt nie żartuje, tak jak się to tutaj dzieje... Wiedeń jest kolorowy, piękny, bogaty! Mieszkam tu już od dziesięciu lat i zdążyłam go pokochać. Jego mieszkańcy są o wiele sympatyczniejsi od Polaków. Kulturalniejsi, mądrzejsi, spokojniejsi... Z jednej strony są powściągliwi, bardziej opanowani, a z drugiej pogodni, radośni. Tutaj ludzie dyskutują, w Polsce wszyscy wiecznie się kłócą. Politycy, dziennikarze, przeciętni ludzie. Wszyscy są rozhisteryzowani, zdezorientowani... Najgorsze jest to... straszliwe chamstwo i...

Mężczyzna przerwał jej:

- Przesadza pani. To tylko w mediach tak wygląda. Trzeba trzymać się od tego z daleka i można żyć w Warszawie nie gorzej niż w Wiedniu... Istnieją dwie Polski. Kulturalna i chamska, którą należy ignorować... Ale ma pani chyba w Katowicach krewnych, koleżanki. Nie ma pani ochoty ich odwiedzić?

- Nie utrzymuję z nimi kontaktu.

- Pani jest mężatką, prawda? - zmienił temat, dotykając obrączki na jej prawej dłoni, a jej po plecach przeszły ciarki.

- Pan nie jest żonaty? - spytała drżącym głosem.

- Rozwiodłem się niedawno.

- Zazdroszczę panu. Ja... bardzo bym chciał, ale...

- O, to wiem, dlaczego jest pani smutna. Nie ma nic gorszego niż życie w niedobranym związku. Czy mają państwo dzieci?

- Na szczęście nie.

- Na szczęście? - zdziwił się. - No tak, to lepiej, jeśli zamierza się pani rozwieść - dodał po chwili.

Nagle zadzwoniła jej komórka. Wyjęła ją z torebki.

- No, słucham - odezwała się znudzonym tonem.

- ...

- Zwariowałeś? - krzyknęła. - Teraz? Natychmiast? Nie wiedziałeś o tym wcześniej? Nie jestem ubrana. Mowy nie ma.

- ...

- No, dobrze, zrobię, jak sobie życzysz - rzekła zrezygnowanym tonem i wyłączyła się.

- Przepraszam - zwróciła się do towarzysza. - No widzi pan - rozłożyła bezradnie ręce. - Mąż wzywa - rzekła z przekąsem. - Nie zdążyliśmy nawet wypić kawy.

- Jaka szkoda! - zmartwił się. - Może spotkalibyśmy się jutro albo pojutrze? Zostaję w Wiedniu do końca tygodnia. - Wyjął z portfela wizytówkę. - Tutaj ma pani numer mojej komórki. Proszę zadzwonić, gdy będzie pani miała trochę czasu dla mnie.

Spojrzała na wizytówkę. Mgr Kajetan Korusiewicz, Psychoterapeuta - przeczytała ze zdumieniem. Rzuciła okiem na adres. Ma gabinet na Krakowskim Przedmieściu - stwierdziła z uznaniem.

- O, jest pan psychoterapeutą. Ja też chciałam studiować psychologię - uśmiechnęła się do niego zalotnie. - Zadzwonię jutro przed południem.

- Proszę sobie nie przeszkadzać i spokojnie poczekać na sok i kawę - dodała, widząc, że on wstaje z zamiarem odprowadzenia jej.

Uścisnęli dłonie. Mężczyzna usiadł z powrotem i patrzył za nią, podziwiając jej wysoką, szczupłą postać, kołyszącą z wdziękiem biodrami niczym modelka na wybiegu.

Zjawiskowa uroda, pomyślał z zachwytem. Samo patrzenie na nią to prawdziwa przyjemność. Nic dziwnego, że niezbyt szczęśliwa w małżeństwie. Takie piękności są prześladowane zazdrością i zdradzane, gdyż ich mężowie starają się w ten sposób pokonać poczucie niższej wartości. Tym bardziej, że dla innych kobiet piękna żona stanowi wyzwanie, romans z takim mężczyzną utwierdza je w przekonaniu własnej atrakcyjności.

Nina zainteresowała go nie tylko ze względu na urodę, lecz również dlatego, że obudził się w nim zawodowy odruch niesienia pomocy osobom załamanym psychicznie. Było mu jej żal. Taka piękna, bogata kobieta, a tak nieszczęśliwa, myślał ze współczuciem.

Rozdział 3

Podczas obiadu Harald siedział nachmurzony. Wiedział już o podejrzanym spotkaniu żony z rzekomym kuzynem z Polski. Nie czuł się jednak zbytnio zagrożony przez jakiegoś marnego Polaka.

- Do ciotki Elwiry przyjechał nasz kuzyn z Polski. Spotkałam go dziś przypadkowo - odezwała się nieśmiało. - Czy miałbyś coś przeciwko, żebym pojechała z nim odwiedzić krewnych? Już tak dawno nie byłam w Polsce. Chciałabym wreszcie pójść na grób rodziców... Jesteś bardzo zajęty, nie jestem ci aktualnie potrzebna.

- Jak to nie? Są spotkania, przyjęcia i inne okazje, podczas których powinnaś mi towarzyszyć. Na przykład dziś wieczorem idziemy na premierę do opery.

- Wiem. Przecież nie zamierzam już dzisiaj jechać. Wyruszamy jutro. Co ty na to?

Pomyślał, że nawet jeśli ona ma coś na sumieniu, to pobyt w Polsce zniechęci ją do tego jakiegoś Polaka. Uświadomi tam sobie, jakie wspaniałe życie ma z nim tutaj. Wiedział, że szybko zatęskni za Wiedniem.

- Tak bardzo ci na tym zależy? - spytał podejrzliwie. - Co to za kuzyn?

- Syn brata mojej matki.

- Zaproś go do nas. Chciałbym go poznać.

- Kiedy? On już jutro wraca do Katowic.

- Mogłaś pomyśleć o tym wcześniej.

- Nie wiedziałam, że przyjechał do ciotki. Rzadko się z nią spotykam... To... przecież... nie chodzi o niego - powiedziała zmieszana. - Zabrałabym się z nim tylko jego samochodem.

- Po co? Nie możesz sama pojechać? Jak zamierzasz wrócić bez auta?

- Samolotem. To przecież wygodniej.

- No dobrze - westchnął ciężko. - Skoro ci tak bardzo na tym zależy. Ale wracaj szybko. Będzie mi ciebie brakowało.

Nie potrafił jej niczego odmówić. Spełniał każde jej życzenie.

- Chciałabym tam pobyć ze dwa tygodnie.

- A co ja tu będę robił bez ciebie, kochanie?

- Nie przesadzaj. Dasz sobie radę. Przecież jesteś tak zajęty, że w ogóle nie odczujesz mojej nieobecności - rzekła z przymilnym uśmiechem.

- Dobrze. Jedź sobie już jutro, ale pamiętaj... - przerwał i zmierzył ją błagalnym spojrzeniem.

- Wiem, wiem, znowu mnie o coś bezpodstawnie podejrzewasz. - Zrobiła obrażoną minę, ciesząc się w duszy, że jej szalony plan zaczyna nabierać realnych kształtów.

Nazajutrz z samego rana, zaraz po wyjściu Haralda, zaczęła się pakować. Była niesamowicie podekscytowana. Wszystko leciało jej z rąk. Gdy skończyła, wyjrzała przez okno. Błękitny Volkswagen Kajetana stał już pod domem. Jadąc windą drżała z podniecenia. Nigdy by nie przypuszczała, że odważy się na coś takiego. To była iście szalona decyzja.

Gdy wsiadła do samochodu, w jej mózgu odezwał się głos matki:

- Co robisz idiotko? Pożałujesz tego!