Antena satelitarna
Radzieckie czasy, wszędzie szaro i smutno, a szczególnie w telewizji. Homo sovieticus, czyli człowiek sowiecki, miał na Litwie do dyspozycji całe dwa litewskie kanały i jeszcze jakiś jeden radziecki. Gdyby w tamtych czasach dać przeciętnemu człowiekowi dostęp do jakiejś platformy streamingowej, np. Netflixa, to ten by chyba padł na zawał. Nie wiedziałby, co się dzieje!
Jako że ojciec zawsze lubił innowacje i chciał mieć lepiej od innych, to wpadł na pomysł skonstruowania anteny, która łapałaby więcej programów. Oczywiście nie można było iść sobie do sklepu i kupić, bo wtedy żadnej elektroniki praktycznie nie szło zdobyć, a na pewno nie legalnie. Dlatego ojciec wpadł na pomysł postawienia wielkiego słupa, na którym, na samym czubku mógłby umieścić antenę. Jako że, jak już pisałem, nie pierdolił się w tańcu, to zbudował od razu konkretny stalowy słup o wysokości 18 metrów! Nigdy nie bawił się w półśrodki i jak już budował to porządnie, tak, że nawet trzęsienie ziemi by go nie przewróciło. Fakt, że u nas trzęsienia ziemi się nie zdarzają, ale to nic, ma być porządnie, albo wcale! Słup stanął od razu przy domu. Nie było to takie proste, bo okazał się gruby i strasznie ciężki, ale i na to Emil znalazł sposób.
Wymyślił system. Wziął dwie duże rury, jedna wchodziła do środka, a druga na zewnątrz. Stworzył pewnego rodzaju platformę na której już postawił właściwy słup. Na koniec doczepił linki metalowe po bokach, aby w żadnym wypadku wiatr go nie przewrócił. Na samym czubku założył antenę i tak cała konstrukcja stoi już ponad 30 lat!
To był pełen wypas, dzięki temu unowocześnieniu zaczęliśmy odbierać Telewizję Polską, konkretnie kanały TVP 1 i TVP 2. Jakość była bardzo dobra jak na tamte czasy. Pamiętam, że oglądałem bajki z Polski, to były Reksio i Smerfy. Na pewno dzięki temu tak dobrze mówię dziś po polsku.
Jednak te dwa dodatkowe kanały nie wystarczały ojcu. Pewnego razu spotkał jakiegoś gościa z Łotwy, który wymyślał sprzęt do łapania kanałów z satelity. W tamtym czasie nikt o takich rzeczach nie myślał, to był totalny kosmos, dosłownie i w przenośni. Ruscy trzymali wszystkich krótko, aby ludzie nie mieli za dużo informacji ze świata, a te, które mieli, były mocno przefiltrowane przez cenzurę.
Ojciec, jak to miał w zwyczaju, zaczął kombinować. Kupił odpowiedni sprzęt, tunel, głowicę. Poznany facet nie sprzedawał jednak samych anten, bo nie miał takiego dojścia. Ten talerz trzeba byłoby zamówić gdzieś zza granicy, ale nie mieliśmy wtedy takich możliwości. Nie było eBaya, a nawet jakby był, to paczka nie przejechałaby przez granicę. To było nielegalne! Jakby człowieka złapali, to mógłby pójść za to siedzieć, jak za sekret wojskowy. Jednak ojciec miał głowę i ręce do tej roboty. Sporządził plan na stole, wykonał wszelkie rysunki i opracował sposób stworzenia takiej anteny. Dodam, że nie była to prosta sprawa, odlanie talerza o takim kształcie, aby był w stanie wyłapać odpowiednie sygnały.
Ojciec był w swoim żywiole, zabrał się za konstruowanie. Ramę pospawał z metalu, wylał odpowiednią formę z betonu, aby dopiero przy jej pomocy uzyskać odpowiedni kształt dla anteny. Przywiózł aluminium, to był kawał blachy o grubości ok. 1 centymetra. Ułożył to na formę i rozciągał innym sprzętem, aby nabrało odpowiedniego kształtu. Później dospawał całość do ramy i powiesił talerz na stojący już słup. Nie zawieszał jej za wysoko, aby przypadkiem nie widziało jej za dużo ludzi, bo nie chcieliśmy wizyty smutnych panów ze służb specjalnych i długoletniej odsiadki. Teraz wystarczyło tylko połączyć ją z telewizorem, zakupioną wcześniej nielegalnie elektroniką i już mieliśmy połączenie ze światem!
Odbierały wszystkie programy z satelity, wystarczyło tylko dobrze ustawić urządzenie. Najczęściej ojciec kierował ją tam, gdzie było najwięcej kanałów niemieckich jak RTL, na nich leciały już nowoczesne filmy! Antena działa do dzisiaj i ojciec cały czas ogląda programy. W ten sposób, kolejny przykład z życia udowodnił mi, że jak coś naprawdę chcesz, to nie ma rzeczy niemożliwych!