Czegoś ubywa
Maj 2013
Nie chcieć nic wiedzieć o byciu starym (to nie znaczy "starszym" - mówię o starości, o wieku siedemdziesięciu, osiemdziesięciu i więcej lat), to prawdopodobnie dla ludzi czynnik przetrwania. Po co wiedzieć o tym cokolwiek przed czasem? Człowiek dowie się aż nadto, kiedy już tam dotrze.
Jedna z tych rzeczy, które się wtedy odkrywa, to że młodzi nie chcą o tym słyszeć. Dlatego szczere rozmowy o zgredowości toczą się zwykle między zgredami.
A kiedy młodsi mówią zgredom, czym jest starość, zgredy mogą się nie zgadzać, ale rzadko się spierają.
Ja chciałabym się pospierać, choć trochę.
Leśny ptak z wiersza Roberta Frosta zadaje kluczowe pytanie: "Jak to rozumieć, że czegoś ubywa1".
Amerykanie głęboko wierzą w pozytywne myślenie. Pozytywne myślenie jest świetne. Działa najlepiej, kiedy oparte jest na realistycznej ocenie i uznaniu istniejącej sytuacji. Pozytywne myślenie oparte na zaprzeczeniu może nie być tak skuteczne.
* * *
Każdy, kto się zestarzał, musi ocenić swoją bezustannie zmienną, ale rzadko się poprawiającą sytuację, i jakoś się w niej odnaleźć. Myślę, że większość godzi się z faktem, że są starzy - nie słyszałam jeszcze, by ktokolwiek po osiemdziesiątce powiedział: "Nie jestem stary". I próbują jak najlepiej sobie z tym radzić. Jak mówi stare powiedzonko: A mają inny wybór?
Wielu młodych, uznając realia podeszłego wieku za całkowicie negatywne, widzi też jako negatywną akceptację tego wieku. Starając się rozmawiać w duchu pozytywnym, często negują rzeczywistość starych.
Z czystymi, dobrymi intencjami mówią do mnie: "Och, nie jesteś jeszcze stara".
A papież nie jest katolikiem.
"Masz tylko tyle lat, ile uważasz".
Czy naprawdę sądzą, że przeżycie osiemdziesięciu trzech lat to kwestia opinii?
"Mój wujek ma dziewięćdziesiątkę i maszeruje po dziesięć kilometrów dziennie".
Wujo szczęściarz. Mam nadzieję, że nigdy nie spotka starego drania Arta Retyzma ani jego wrednej żony Rwy Kulszowej.
"Moja babcia jest całkiem samodzielna i wciąż prowadzi samochód, a ma dziewięćdziesiąt dziewięć lat!".
Brawa dla babci, ma dobre geny. Daje znakomity przykład - ale jednak większość nie będzie w stanie jej naśladować.
Starość to nie stan umysłu. To sytuacja egzystencjalna. Czy rozmawiając z kimś sparaliżowanym od pasa w dół, powiedzielibyśmy: "Och, wcale nie jesteś kaleką! Jesteś tylko tak sparaliżowany, jak sam uważasz! Moja kuzynka złamała kiedyś kręgosłup, ale wzięła się w garść i teraz trenuje do maratonu!"?
* * *
Otucha przez zaprzeczenie, niezależnie od dobrych intencji, zwykle przynosi odwrotny skutek. Strach rzadko jest rozsądny i nigdy łagodny. Zresztą, kogo właściwie pocieszają? Naprawdę chodzi im o zgreda?
Tłumaczyć mi, że moja starość nie istnieje, to tłumaczyć, że ja sama nie istnieję. Wymażesz mój wiek, to wymażesz moje życie - mnie.
Oczywiście wielu naprawdę młodych ludzi to właśnie nieodmiennie robi. Dzieciaki, które nie żyły obok starych zgredów, nie wiedzą, co to za jedni. W efekcie starzy ludzie muszą się uczyć niewidzialności, jaką kobiety poznały dwadzieścia czy trzydzieści lat wcześniej. Dzieciaki na ulicy cię nie widzą. A jeśli już muszą zobaczyć, patrzą zwykle z obojętnością, nieufnością lub wrogością, jaką zwierzęta czują wobec zwierząt innego gatunku.
Zwierzęta mają swoje instynktowne kodeksy etykiety, pozwalające unikać i rozbrajać ten bezmyślny strach i wrogość. Psy ceremonialnie obwąchują swoje odbyty, koty ceremonialnie miauczą na granicach swojego terytorium. Społeczności ludzkie dostarczają nam innych, bardziej złożonych rozwiązań.
Jednym z najskuteczniejszych jest szacunek. Można nie lubić obcego, ale starannie okazywany mu szacunek także u niego wywołuje podobne zachowania, pozwalając uniknąć bezproduktywnego tracenia czasu i krwi na agresję i obronę.
W społecznościach mniej skierowanych na zmiany niż nasze starcy nauczają młodych przyswajania znacznej części użytecznych kulturowych informacji, w tym norm zachowania. Jedną z tych norm, niezbyt zaskakująco, jest tradycja szacunku dla wieku.
W naszym coraz bardziej niestabilnym, skierowanym ku przyszłości i popychanym technologią społeczeństwie to właśnie młodzi są często tymi, którzy otwierają drogę, którzy uczą starszych, co robić. Kto więc powinien szanować kogo i za co? Zgredy raczej zginą, niż pokłonią się przed młodymi durniami - i odwrotnie.
Kiedy nie stoi za tym nacisk społeczny, okazywanie szacunku staje się decyzją, wyborem indywidualnym. Amerykanie, choć głośno chwalą reguły moralne cywilizacji judeochrześcijańskiej, zwykle moralne zachowania traktują jako decyzję osobistą, ponad regułami, a nawet ponad prawem.
To kwestia moralnie problematyczna, kiedy osobista decyzja mylona jest z osobistą opinią. Decyzja godna tej nazwy oparta jest na obserwacji, informacji o faktach, na intelektualnej i moralnej ocenie. Opinia - tak kochana przez prasę, polityków i sondaże - wcale nie musi się opierać na informacji. W najgorszym przypadku, niekontrolowana ani przez osąd, ani tradycję moralną, osobista opinia może nie odzwierciedlać niczego oprócz ignorancji, zazdrości i lęku.
Jeśli więc "zdecyduję" - jeśli taka jest moja opinia - że życie przez długi czas to tylko stawanie się brzydką, słabą, bezużyteczną i przeszkadzającą, nie marnuję szacunku na starych ludzi. Podobnie, jeśli w mojej opinii młodzi są straszni, bezczelni, niesolidni i niczego nie da się ich nauczyć, nie marnuję na nich szacunku.
Szacunek był często wymuszany i niemal powszechnie błędnie skierowany (biedni powinni szanować bogatych, wszystkie kobiety powinny szanować wszystkich mężczyzn itd.). Jednak stosowane z umiarem i rozsądkiem społeczne wymaganie szacunku dla innych, tłumiąc agresję i wzmacniając samokontrolę, otwiera przestrzeń dla zrozumienia. Tworzy miejsce, gdzie mogą się rozwijać uznanie i uczucie.
Opinie aż nazbyt często nie pozostawiają miejsca na nic oprócz siebie.
Ludzie, których społeczność nie uczy szacunku dla dzieciństwa, mają szczęście, jeśli potrafią zrozumieć, docenić czy choćby polubić własne dzieci. Dzieci, których nie nauczono szacunku dla starszego wieku, będą się go obawiały i odkryją zrozumienie i afekt dla starych ludzi tylko przypadkiem, dzięki szczęściu.
Sądzę, że tradycja okazywania szacunku starości jako takiej ma pewne uzasadnienie. Samo codzienne życie, czynności, które zawsze były tak łatwe, że niezauważalne, z wiekiem stają się trudniejsze, aż trzeba prawdziwej odwagi, by w ogóle je wykonać. Starość na ogół łączy się z bólem i zagrożeniami i nieuchronnie kończy się śmiercią. Pogodzenie się z tym wymaga odwagi. A odwaga zasługuje na szacunek.
* * *
Tyle o szacunku. Wracajmy do tego, czego ubywa.
Dzieciństwo jest wtedy, kiedy wciąż się zyskuje; starość wtedy, kiedy człowiek ciągle traci. Złote Lata, o których tak nas przekonują ludzie od reklamy, są złote, ponieważ taki kolor ma światło o zachodzie słońca.
Oczywiście starość to nie tylko strata i ubywanie. To dalece nie wszystko. Życie poza wyścigiem szczurów, ale wciąż w strefie komfortu, może dać szansę rozkoszowania się chwilą, przynieść prawdziwy spokój ducha.
Jeśli pamięć pozostała pewna, a myślący umysł zachował swój wigor, inteligencja starości może okazać niezwykły rozmach i głębię zrozumienia. Miała więcej czasu na gromadzenie informacji, ma więcej praktyki w porównywaniu i ocenie. Nieważne, czy wiedza ta jest intelektualna, praktyczna czy emocjonalna. Czy dotyczy ekosystemów alpejskich, natury Buddy czy sposobu pocieszania przerażonego dziecka. Kiedy człowiek spotka się z taką wiedzą, a ma choć tyle rozsądku co kiełek fasoli, pojmuje, że stanął wobec czegoś niezwykłego i niepowtarzalnego.
To samo dotyczy starych ludzi, którzy zachowali swoje umiejętności w dowolnym rzemiośle czy sztuce, jakie praktykowali przez wszystkie te lata. Ćwiczenie rzeczywiście czyni mistrza. Oni po prostu wiedzą jak, wiedzą wszystko, a piękno spływa gładko z tego, co robią.
Jednak taki egzystencjalny rozkwit, wynikający z długiego życia, zagrożony jest przez utratę siły i wytrzymałości. Jakkolwiek dobrze byłyby rekompensowane przez inteligentne sposoby radzenia sobie, drobne lub poważne usterki tego czy innego fragmentu ciała zaczynają ograniczać aktywność, gdy pamięć cierpi od przeciążenia i poślizgów. Egzystencja w starości więdnie bezustannie wskutek tych strat i ograniczeń. Nie warto zapewniać, że tak nie jest, ponieważ tak jest. Nie warto też robić wokół tego zamieszania czy się tego obawiać, ponieważ nikt nie jest w stanie nic zmienić.
Tak, wiem: w tej chwili jesteśmy w Ameryce i żyjemy dłużej. Dziewięćdziesiąt to nowe siedemdziesiąt i tak dalej. Powszechnie uważa się, że to dobrze.
Jak dobrze? Pod jakimi względami?
Proponuję, by przestudiować pytanie leśnego ptaka, zastanowić się nad nim długo i poważnie.
Ma wiele odpowiedzi. Wiele można począć z tym, co zwiędło, jeśli tylko się przyłożyć. Wielu ludzi (młodych i starych) się przykłada. Proszę tylko tych, którzy nie są jeszcze naprawdę starzy, by także rozważyli pytanie ptaka - i starali się nie pomniejszać samej starości. Niech wiek pozostanie wiekiem. Niech wasz stary krewny czy stary przyjaciel będzie tym, kim jest. Zaprzeczenie niczemu nie służy, nie prowadzi donikąd.
* * *
Zrozumcie, proszę, że mówię we własnym imieniu, o własnej zrzędliwej starości. Mogą mnie objechać hordy oburzonych osiemdziesięciolatków, którzy lubią słuchać, jacy to są "dziarscy" i "przebojowi". Nie żałuję baśni tym, którzy chcą w nią wierzyć. A jeśli pożyję dłużej, niż sądzę, że bym chciała, może także zapragnę to usłyszeć: Nie jesteś stara! Nikt nie jest stary. Wszyscy żyjemy długo i szczęśliwie.
1 Robert Frost, Oven Bird (Lasówka), przełożył Stanisław Barańczak (przyp. tłum.).