Nie lubię kotów - Katarzyna Zyskowska

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Część I

Ar­che­typ

Ostre świa­tło po­ranka wpada do środka wraz z od­gło­sami ze Stre­se­man­n­stra?e. Cho­ciaż miesz­ka­nie jest od­da­lone od głów­nej ulicy i jak za­pew­niał po­śred­nik nie­ru­cho­mo­ści, w pełni kom­for­towe, to przy otwar­tym oknie nie da się spać. Huk sa­mo­cho­dów do­ciera tu o każ­dej po­rze dnia i nocy. Jed­nak stare nie­miec­kie ka­mie­nice po­dobno warte są swo­ich wy­so­kich cen. Od­re­stau­ro­wane z pru­skim pie­ty­zmem, dają po­czu­cie luk­susu. Pre­stiż na wy­na­jem.

Woj­tek zerka nie­przy­tom­nym wzro­kiem na wy­świe­tlacz ko­mórki - do­piero pięć po szó­stej. Mógłby po­spać jesz­cze pół go­dziny, ale wie, że przez to cho­lerne dud­nie­nie już nie zdoła zmru­żyć oka. Dud­nie­nie wy­chu­cha­nych mer­ce­de­sów mkną­cych za oknem oraz to w mó­zgu - zbyt upo­rczywe, przy­po­mi­na­jące o sa­mot­nie wy­pi­tym wczo­raj wie­czo­rem bor­de­aux. Sfer­men­to­wany sok doj­rzewa te­raz bo­le­śnie w gło­wie, ni­czym wi­no­rośl na żwi­ro­wych gle­bach wo­kół Ży­rondy.

Woj­tek mocno za­ci­ska po­wieki, żeby po­wstrzy­mać he­li­kop­ter w ogniu kaca. Z ocią­ga­niem wy­grze­buje się z wy­mem­ła­nej po­ścieli, no­szą­cej żół­tawe ślady noc­nych po­lu­cji. "Greta i tak ją dzi­siaj zmieni" - my­śli, nie­dbale za­kry­wa­jąc styg­maty sa­mot­no­ści. Sprzą­taczka przy­cho­dzi co pią­tek, kiedy on znaj­duje się gdzieś nad Ber­li­nem, w sa­mo­lo­cie po­wrot­nym do Pol­ski.

W sa­mych bok­ser­kach staje w oknie. Dra­pie się po wy­dat­nym brzu­chu, prze­ciąga, roz­kłada sze­roko ręce. Tu­taj, w Ham­burgu, wio­sna roz­kwita wcze­śniej niż w War­sza­wie. Drzewa, mimo że to do­piero maj, są już in­ten­syw­nie zie­lone. Są­siadka z na­prze­ciwka (ta, która ni­gdy nie za­sła­nia okna, przyj­mu­jąc ko­lej­nych ko­chan­ków) usta­wiła na bal­ko­nie kwiaty. Na­miastka praw­dzi­wego domu. Kwitną ra­do­śnie, ko­lo­rowo, wbrew nie­miec­kiej kin­dersz­tu­bie, w we­ge­ta­cyj­nym unie­sie­niu, na prze­kór chłod­nym wia­trom znad Mo­rza Pół­noc­nego.

Woj­tek lubi za­glą­dać w okna ka­mie­nicy na­prze­ciwko. Nie z po­wodu kwia­tów, oczy­wi­ście, ra­czej ze względu na tamtą ko­bietę. Nie­młodą, lecz za­dbaną i naj­wi­docz­niej pewną sie­bie, bo czę­sto pa­ra­du­jącą nago. Są­siadka na śnia­da­nie jada sa­łatę, a na obiad po­rami skóry wciąga bo­toks. Ma po­łu­dniową urodę. Może to Hisz­panka, a może Włoszka? Jest coś bez­pru­de­ryj­nego, ra­do­snego w ru­chach jej doj­rza­łego ciała - wro­dzone po­czu­cie wol­no­ści? Ko­bieta nie nosi, w prze­ci­wień­stwie do Wojtka, ko­rony cier­nio­wej wschod­nio­eu­ro­pej­skich kom­plek­sów, ale bar­dzo praw­do­po­dobne, że tak jak on jest w Ham­burgu tylko na chwilę, go­ścin­nie - w nie­go­ścin­nym nie­miec­kim oto­cze­niu. Nie­mal przy ca­łej Mi­stral­stra?e miesz­kają ob­co­kra­jowcy. Tym­cza­sowi nie­wol­nicy mię­dzy­na­ro­do­wych kor­po­ra­cji, któ­rych wiatr wraz z szu­mem euro za­wiał aż tu­taj. Więk­szość prze­bywa tu bez ro­dzin, roz­darta po­mię­dzy stę­sk­nio­nymi dzie­cia­kami zo­sta­wio­nymi w kraju a ka­rierą. Mię­dzy osa­mot­nio­nymi żo­nami i dziw­kami z osła­wio­nej ham­bur­skiej dziel­nicy czer­wo­nych la­tarni - ża­den fa­cet długo nie po­je­dzie na ręcz­nym. Można wy­trzy­mać ży­cie z dala od zna­jo­mego cie­płego ciała rok czy dwa, lecz póź­niej każ­demu w końcu od­bije. I przez łóżka za­kon­trak­to­wa­nej ka­dry me­ne­dżer­skiej prze­ta­czają się albo dziew­czynki, albo ko­le­żanki z pracy czy - jak w przy­padku są­siadki z na­prze­ciwka - mięso wy­rwane na jedną noc w któ­rymś z noc­nych klu­bów.

Woj­tek nie ko­rzy­sta z usług pro­sty­tu­tek, nie cha­dza do ba­rów, jest po chrze­ści­jań­sku mo­no­ga­miczny. No, pra­wie: mo­no­ga­miczny tu i mo­no­ga­miczny tam. Nie ma siły na eks­cesy, ży­cie nocne. No i szkoda mu pie­nię­dzy na spon­so­ring, choć wciąż młode ciało do­maga się seksu czę­ściej niż raz w ty­go­dniu. Czę­ściej niż tylko w week­end, gdy Ma­lina zre­la­cjo­nuje mu wresz­cie swoje ży­cie bez niego, kiedy już po­łożą Pio­tru­sia do łóżka.

Oczy­wi­ście, ko­cha żonę - tak jak na­leży ko­chać żonę. Jed­nak cza­sem się za­sta­na­wia, kiedy prze­szli z fazy mi­ło­snego wrze­nia wprost w ob­ję­cia prozy ży­cia, a po­dob­nie me­lan­cho­lijne my­śli na­cho­dzą go te­raz już tylko po pi­jaku. Na po­czątku było ciężko. Roz­łąka, chłód pu­stego łóżka w ob­cym miesz­ka­niu, ci­sza gra­jąca w uszach, obce twa­rze w pracy i na uli­cach, wszech­obecny ostry nie­miecki szwar­got. Zda­rzały się wie­czory, że z tę­sk­noty krzy­czał w po­duszkę, ale nie pła­kał. Płacz to luk­sus za­re­zer­wo­wany dla ko­biet. Krzy­czał więc, a póź­niej na uspo­ko­je­nie wy­pi­jał lampkę wina. I ko­lejną. Ból sa­mot­no­ści ustę­po­wał miej­sca zo­bo­jęt­nie­niu. W końcu był na za­wo­do­wym szczy­cie, przez całe ży­cie na to cze­kał. Co mie­siąc na kon­cie po­ja­wiała się kwota re­kom­pen­su­jąca sa­mot­ność z na­wiązką, więc po co te nerwy? Szybko do­szedł do wnio­sku, że jego cza­sowa nie­obec­ność w ro­dzin­nym za­ci­szu, abs­tra­hu­jąc od pie­nię­dzy, uchroni ich od ru­tyny.

Te­raz już pra­wie w ogóle się nad tym nie za­sta­na­wia. Nie ma czasu po tyłku się po­dra­pać, a co do­piero ja­kieś eg­zy­sten­cjalne głu­poty. Tak musi być. Tak jest do­brze. Dla nich? Dla niego?

Ma­lina chyba też się po­go­dziła, że wi­dzą się tylko przez dwa dni w ty­go­dniu. Zresztą to prze­cież dla niej zde­cy­do­wał się na tę pracę. I dla Pio­tru­sia. Ham­burg to nie ko­niec świata, no i w Pol­sce za­ra­biał mniej. Nie­mało, ale mniej. A po­trzeby ro­sły. An­glo­ję­zyczne przed­szkole, które mie­sięcz­nie kosz­tuje wię­cej niż roczne do­chody pol­skiego eme­ryta. Nowy sa­mo­chód dla Ma­liny, żeby mo­gła dzie­ciaka wo­zić, do­bry sa­mo­chód, po­nie­waż tylko ta­kie par­ko­wały pod pry­wat­nym przed­szko­lem. W Pol­sce nie miał szans na awans. Szef był okrop­nym ku­ta­sem. Gówno wie­dział o za­rzą­dza­niu ludźmi i pro­duk­tach i tylko win­do­wał plany sprze­da­żowe. Pod ko­niec kwar­tału na spo­tka­niach dzia­ło­wych po­kle­py­wał swo­ich pra­cow­ni­ków po ple­cach, niby to po przy­ja­ciel­sku. I z idio­tycz­nym uśmie­chem po­wta­rzał: "Liczby, liczby, ko­chani, po­każ­cie mi liczby. Show me the mo­ney". Kur­wicy można było do­stać. W mar­ke­tingu jest spo­koj­niej niż w sprze­daży, więc gdy po­ja­wił się wa­kat w tym dziale, Woj­tek po­sta­no­wił uciec. Awans wią­zał się z wy­jaz­dem za gra­nicę - za­chod­nią! - a to nie­źle brzmi. Kum­plom można było za­im­po­no­wać i teść za­czął na niego pa­trzeć przy­chyl­niej. Pen­sja w "juro"...

Tylko Ma­lina miała pewne wąt­pli­wo­ści. Nie chciała z nim wy­jeż­dżać, bo przed­szkole, bo ko­le­dzy Pio­tru­sia, do­piero co zmie­nili miesz­ka­nie, więc szkoda wy­naj­mo­wać, bo ho­łota zde­wa­stuje nowe pod­łogi. No ale Ham­burg...? Woj­tek bez­sprzecz­nie po­wi­nien przy­jąć tę pro­po­zy­cję. Mu­siałby być idiotą, żeby ją od­rzu­cić. No to przy­jął. My­ślał, że prze­zi­muje rok lub dwa i wróci na lep­sze sta­no­wi­sko w pol­skim od­dziale, może na­wet wy­gry­zie tego kre­tyna dy­rek­tora...

Tak wy­glą­dały plany trzy lata temu. Dziś już wie, że nie wróci przez ko­lejny rok, a być może kon­trakt zo­sta­nie prze­dłu­żony na na­stępne lata. Wtedy na pewno po­my­ślą z Mali, by jed­nak prze­nio­sła się tu­taj z dziec­kiem. Tak, wtedy o tym po­my­ślą. Mały na­uczy się nie­miec­kiego, po­zna tro­chę świata. Tylko co Ma­lina bę­dzie tu, u li­cha, ro­bić? Pew­nie to samo, co w War­sza­wie - ode­gra rolę per­fek­cyj­nej pani domu. W tym jest prze­cież naj­lep­sza.

Woj­tek idzie do ła­zienki. Nie­ska­zi­telne wnę­trze wy­gląda jak z ka­ta­logu. Całe miesz­ka­nie wy­daje się bez­duszne, wy­ja­ło­wione, po­zba­wione oso­bi­stych ar­te­fak­tów ni­czym ho­te­lowy po­kój. Niby kto miałby tu zro­bić ba­ła­gan? On co rano ru­sza do biura, wraca około dwu­dzie­stej. W pią­tek pro­sto z pracy je­dzie na lot­ni­sko. Lą­duje w War­sza­wie po dwu­dzie­stej pierw­szej. Wcho­dzi do domu, kiedy syn kła­dzie się spać. W drzwiach wita go uśmiech­nięta żona. Ko­la­cja, świece, wszystko w ide­al­nej har­mo­nii. Za­pa­chy do­bie­ga­jące z kuchni. Sztuczne uśmie­chy, roz­mowy po­zba­wione głębi. Od czasu do czasu ry­tu­alny mał­żeń­ski seks, tro­chę nudny i sche­ma­tyczny. Przez dwa dni ba­wią się w ro­dzinę. Udają, że więzi wcale nie zo­stały nad­wą­tlone, że wszystko jest jak daw­niej. Jak daw­niej...

Nic nie jest jak daw­niej. Cho­ciaż może tylko on to do­strzega? Może Ma­li­nie ten układ od­po­wiada, prze­cież ni­gdy się na nic nie skarży. Za­wsze wy­po­częta, uśmiech­nięta. Niby taka sama jak na po­czątku ich mał­żeń­stwa. Niby...

Póź­niej, w nie­dzielę pod wie­czór, Woj­tek znowu wsiada w sa­mo­lot. Słońce umyka za ho­ry­zont, a on lą­duje w Ham­burgu. Od po­nie­działku znów wpada w kie­rat...

Dość tych my­śli. Szybki prysz­nic, pa­ko­wa­nie teczki, za­mó­wie­nie tak­sówki, kawa. Nie po­wi­nien nic jeść, od­kąd za­miesz­kał w Niem­czech, przy­tył pięt­na­ście kilo. Ob­rósł w tłuszcz do­bro­bytu. Wy­ho­do­wał drugi pod­bró­dek, po­lni­sche Schwein, pol­ska świ­nia. Ma­lina gdera, więc obie­cał, że schud­nie. Jed­nak nie jest lekko. Służ­bowe lan­cze i sa­motne wie­czory, pod­czas któ­rych szuka za­po­mnie­nia w je­dze­niu. Albo ko­la­cyjki z klien­tami i ho­te­lowe żar­cie w trak­cie de­le­ga­cji. Kie­dyś tro­chę bie­gał, te­raz mu się nie chce. Do­brze, że przy­naj­mniej zre­zy­gno­wał z piwa. Wino mniej wzdyma i po­dobno zdrowe. Cho­ciaż może sa­motne pi­cie jed­nej bu­telki dzien­nie to prze­sada?

Ko­szula, ide­al­nie skro­jony gar­ni­tur, znie­na­wi­dzony uni­form co­dzien­no­ści. Do tego je­dwabny stry­czek kra­wata pod szyją. Dżinsy i ko­szulka to luk­sus week­endu - Woj­tek wrzuca je na dno wa­lizki. Nie­wiele rze­czy wozi do domu. Nie ma sensu tar­gać wszyst­kiego tam i z po­wro­tem. Umó­wił się z Gretą, że za do­dat­kowe sto euro bę­dzie prała jego ga­cie i pra­so­wała ko­szule. Jedną szafę ma tu­taj, drugą w domu, dla­tego ba­gaż pod­ręczny w zu­peł­no­ści mu wy­star­cza. Za­biera tylko kilka oso­bi­stych dro­bia­zgów, a resztę wa­lizki wy­peł­nia na lot­ni­sku per­fu­mami i kre­mami z wol­no­cłówki dla Ma­liny i żel­kami dla Pio­tru­sia, cho­ciaż ona się pie­kli o te sło­dy­cze, bo "dzieci obec­nie ta­kie grube".

Tak­sówka w ko­lo­rze bu­dy­niu wa­ni­lio­wego mknie przez za­lane słoń­cem ulice, wzdłuż któ­rych wy­ra­stają ciągi za­dba­nych ka­mie­nic prze­ty­ka­nych do­brze wkom­po­no­waną now­szą za­bu­dową. Wszystko wo­kół jak z fol­deru, jak z ide­al­nie ska­dro­wa­nej pocz­tówki. Czy­ste chod­niki, równo przy­cięte traw­niki, szpa­lery zie­le­nie­ją­cych drzew, po­ły­sku­jąca w ka­na­łach woda. Zero syfu, psich gó­wien, miej­skiego ku­rzu, oznak biedy i za­nie­dbań, tań­czą­cych na wie­trze pa­pie­rzysk czy wdep­ta­nych w tro­tuar kie­pów. Ord­nung muss sein! Po­rzą­dek musi być.

Czer­wone. Tak­sów­karz ha­muje przed świa­tłami.

Woj­tek pa­trzy przez okno. W sa­mo­cho­dach obok po­dobni mu sztywni kra­wa­cia­rze, za­kład­nicy ka­pi­ta­li­zmu. O tej po­rze po­ranka tylko ka­dra me­ne­dżer­ska, ja­dąca li­mu­zy­nami do pracy, za­żywa wi­ta­miny D. Wy­rob­nicy i sza­raki niż­szego szcze­bla jak szczury tło­czą się pod zie­mią w splą­ta­nej siatce me­tra. Do­piero za ja­kiś czas ich zgnę­biona masa wy­leje się z ka­na­łów na po­wierzch­nię ulic, na ra­zie pa­nują tu tylko ich sze­fo­wie, współ­cze­śni bo­go­wie, moż­no­władcy świata ma­mony. Wszy­scy w po­dob­nych, równo skro­jo­nych mun­dur­kach, każdy z dro­gim ga­dże­tem w dłoni. Uza­leż­nieni od in­for­ma­cji, sie­dzą roz­parci na skó­rza­nych ka­na­pach swo­ich aut i śle­dzą na su­per­no­wo­cze­snych ta­ble­tach i smart­fo­nach po­ranne newsy, kursy wa­lut oraz no­to­wa­nia gieł­dowe. Za­wsze są on­line, jakby w mó­zgi na stałe wsz­cze­piono im mo­duły 3G. Jak cy­borgi, bez względu na porę dnia i nocy od­bie­rają mejle, mielą dane, ana­li­zują sta­ty­styki.

Zie­lone.

Tak­sówki i li­mu­zyny z szo­fe­rami mkną da­lej, do biur, na spo­tka­nia za­rzą­dów, by pod po­zo­rem na­prawy świata i wzro­stu PKB można było na­py­chać pry­watne kabzy.

Woj­tek już dawno wy­zbył się złu­dzeń.

Gdy za­raz po stu­diach przy­jęto go do firmy, głę­boko wie­rzył w jej gór­no­lotne credo. W ha­sła try­ska­jące opty­mi­zmem. W no­wo­cze­sny sprzęt do la­pa­ro­sko­pii. Oczami wy­obraźni wi­dział uzdro­wie­nie pol­skich szpi­tali, skró­cone pro­ce­dury ope­ra­cyjne, za­do­wo­lo­nych pa­cjen­tów, któ­rzy za­miast zo­stać roz­pła­tani jak pro­siaki skal­pe­lem na pół, będą ule­czeni przez ma­leń­kie na­cię­cie. Nie­in­wa­zyj­nie, bez­kr­wawo. La­pa­ro­sko­powo! Współ­cze­sna me­dy­cyna brzy­dzi się krwi i zie­ją­cych fla­kami wnętrz­no­ści. A jego kor­po­ra­cja fun­do­wała ludz­ko­ści nową ja­kość i nie­ska­zi­telną skórę bez blizn. Więc jeź­dził po ca­łej Pol­sce i opo­wia­dał le­ka­rzom o cu­dow­nych pro­duk­tach, cza­ro­wał, za­chę­cał, do­szka­lał z no­wych tech­nik. Ni­czym man­trę re­cy­to­wał for­mułkę: "Mi­lion zło­tych wy­su­płany przez szpi­tal na ten oto ko­smiczny sprzęt zwróci się z na­wiązką, wpro­wa­dzi was w dwu­dzie­sty pierw­szy wiek".

Zo­stał po­słań­cem do­brej no­winy. Pra­gnął zba­wie­nia służby zdro­wia. Był dumny z za­po­cząt­ko­wa­nej przez korpo re­wo­lu­cji i ze swo­jego w niej współ­udziału. Stał się czę­ścią sys­temu od­nowy, trans­for­ma­cji. Glo­balne wy­niki kon­cernu wy­da­wały się wy­łącz­nie pro­duk­tem ubocz­nym jego ty­ta­nicz­nej pracy u pod­staw. Nie­wiele zna­czą­cym ele­men­tem wy­soce hu­ma­ni­tar­nych dzia­łań. A że przy oka­zji słupki sprze­daży ro­sły, konta się za­peł­niały...? Do­piero póź­niej za­czął ro­zu­mieć praw­dziwe me­cha­ni­zmy rzą­dzące branżą, lecz wtedy był już wier­nym żoł­nie­rzem firmy, głę­boko uwi­kła­nym w jej struk­tury.

Oczy sze­roko za­mknięte otwarto mu bru­tal­nie - po­ran­nym wa­le­niem do drzwi. Ma­lina spała z ma­łym Pio­tru­siem w dru­gim po­koju, to był czas, kiedy jesz­cze kar­miła. Iry­tu­jący, bez­par­do­nowy ło­mot wy­rwał Wojtka ze snu. Zwlókł się z łóżka i po­czła­pał do przed­po­koju. Był roz­draż­niony nie­zwy­kłą po­budką, ale spo­kojny. Może to ja­kaś awa­ria na osie­dlu? Otwo­rzył drzwi.

I wszystko po­to­czyło się jakby poza nim, jakby oglą­dał zwol­nione ka­dry filmu ak­cji. Fa­ceci z bro­nią, w czar­nych bo­jo­wych mun­du­rach i cięż­kich bu­cio­rach, ze świę­cą­cym w pół­mroku holu al­fa­be­tem na ple­cach: CBA. I ten krzyk:

- Na zie­mię, kurwa, kładź się na zie­mię, nogi sze­roko, ręce na plecy!

Je­den ruch ścią­ga­jący go do par­teru. Płacz Pio­tru­sia, prze­ra­żone oczy Ma­liny, która wy­pa­dła na ko­ry­tarz w ko­szuli noc­nej i z dziec­kiem na rę­kach. Jej zdu­miony, bła­galny głos:

- Pa­no­wie, to ja­kaś po­myłka!

- Jaka, kurwa, po­myłka?! Woj­ciech La­sota?!

Do­tyk zim­nego gresu na po­liczku i czy­jeś ko­lano przy­gnia­ta­jące go do pod­łogi.

- Py­tam, czy na­zy­wasz się Woj­ciech La­sota!

- Tak, to ja - wy­char­czał wprost w gra­fi­tową fugę.

- Je­steś za­trzy­many.

Chłód kaj­da­nek za­ci­snął się na nad­garst­kach. W po­wie­trzu wi­bro­wał co­raz gło­śniej­szy płacz nie­mow­lę­cia.

- Pa­no­wie - to był głos Ma­liny - ja je­stem praw­ni­kiem. O co tu cho­dzi? Mój mąż nic nie zro­bił.

Drab sto­jący na sze­roko roz­sta­wio­nych no­gach - pew­nie szef - uśmiech­nął się cy­nicz­nie, pa­trząc, jak jego ko­le­dzy pod­cią­gają za­trzy­ma­nego do pionu ni­czym ma­rio­netkę.

- Czy pani mąż jest pra­cow­ni­kiem firmy "X"?

- Tak, ale...

- Tu­taj mam na­kaz. Za­bie­ramy go na prze­słu­cha­nie.

Prze­słu­cha­nie?!

Póź­niej na­stą­pił ciąg zda­rzeń, które Woj­tek pa­mię­tał jak przez mgłę.

Łusz­cząca się farba na ścia­nach ko­ry­ta­rzy pro­ku­ra­tury, wie­lo­go­dzinne wy­ja­śnie­nia w dawno nie­wie­trzo­nym po­koju urzą­dzo­nym gier­kow­skimi me­blami na wy­soki po­łysk. Słowo: "ko­rup­cja", rzu­cane przez ko­goś co chwilę i wi­bru­jące w jego gło­wie. Do­cie­kliwe py­ta­nia. Mo­rze py­tań...

- Ła­pówki le­ka­rzom da­wa­łeś? Go­tówka czy lewe fak­tury? Inne spo­soby na­ci­sku: spon­so­ro­wane wy­jazdy dla le­ka­rzy do Chin, do Mek­syku. Niby na kon­fe­ren­cję, a jed­nak na ro­dzinną wy­cieczkę, co? Kto wy­da­wał dys­po­zy­cje, ja­kie były wy­tyczne, jak długo trwał pro­ce­der?

Py­ta­nia prze­pły­wały przez jego głowę i po­zo­sta­wały bez od­po­wie­dzi. Daty, na­zwi­ska, spo­tka­nia. Kasa, liczby, konta.

Je­stem nie­winny.

Nie­winny!

Bło­go­sła­wień­stwo nie­wie­dzy sze­re­go­wego pra­cow­nika. Ni­kogo nie prze­ku­pił, nie na­ma­wiał, nie ma­mił wi­zją oso­bi­stych ko­rzy­ści. Dzia­łał mo­ral­nie, w po­czu­ciu mi­sji. To po pro­stu do­bry sprzęt. Me­dyczna re­wo­lu­cja, do kurwy nę­dzy! Czy w tym za­ścianku Eu­ropy nikt tego nie ro­zu­mie?!

Dwie bez­senne noce w za­wil­go­co­nej celi. Sa­mot­nie. Z głową pę­ka­jącą od wąt­pli­wo­ści i stra­chu. Ni­gdy ni­kogo nie prze­ku­pił. Ni­gdy. Tylko raz, w dzie­więć­dzie­sią­tym czwar­tym jako szcze­niak - ka­nara w tram­waju li­nii trzy­dzie­ści trzy. Ile lat za to po­sie­dzi?

Nie opusz­czały go okrutne wi­zje: Ma­lina, mały Pio­truś i wy­rzu­cane wsty­dli­wie w przy­szło­ści słowa: "Mój ta­tuś sie­dzi w pu­dle". I strach, wszech­ogar­nia­jący strach. Twarda pry­cza, śmier­dzący stę­chli­zną koc, si­ka­nie do brud­nego ki­bla i je­dze­nie w aresz­cie pod­łego żar­cia, które póź­niej zwra­cał w ner­wo­wych kon­wul­sjach - to wszytko miało go zmięk­czyć. A prze­cież nie da się wy­ci­snąć su­chej gąbki. Chyba tamci za biur­kami też to w końcu zro­zu­mieli, po­nie­waż po dwóch do­bach zo­stał we­zwany do ja­kie­goś ga­bi­netu. W środku już cze­kał jego teść. Wy­bitny obrońca uci­śnio­nych. Na biurku masa pa­pie­rów, druki, kar­te­luszki, biu­ro­kra­tyczny baj­zel.

- Woj­tek, pod­pisz. Tu i tu - po­wie­dział stary i na­wet po­wieka mu przy tym nie drgnęła.

A prze­ra­żony Woj­tuś w tam­tej chwili był go­tów zło­żyć krwawy cy­ro­graf na prośbę sa­mego Bel­ze­buba. Byle do domu. Do Ma­linki, do Pio­tru­sia. Zresztą i tak nic na niego nie mieli, mu­sieli go wy­pu­ścić.

Upie­kło mu się. Był pra­cow­ni­kiem dru­giej ligi, zwy­kłym przed­sta­wi­cie­lem me­dycz­nym, bez do­stępu do in­for­ma­cji. Nie­wta­jem­ni­czo­nym. Po­le­ciała cała góra. Jedni do paki, inni na zie­loną trawkę z wil­czymi bi­le­tami. Sys­tem pe­ni­ten­cjarny przy­gar­nął także kilku współ­pra­cu­ją­cych z kor­po­ra­cją le­ka­rzy. W me­diach wrzało. Mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści, kra­kow­ski Bat­man, uchro­nił pol­skie Go­tham City przed szajką prze­stęp­ców w ki­tlach i wy­twor­nych gar­ni­tu­rach. I zło­żył sa­tys­fak­cjo­nu­jący ra­port nie­wiel­kiemu wzro­stem, acz wiel­kiemu du­chem, sze­fowi. Od­trą­biono suk­ces w walce z ko­rup­cją. Suk­ces rządu i chwie­ją­cej się ko­ali­cji w przed­śmiert­nym po­ka­zie siły.

Pol­ski od­dział, czyli firma córka, za­drżał w po­sa­dach, jed­nak nie upadł, wsparty ka­pi­ta­łem za­chod­niej firmy matki. Prze­pro­wa­dzono au­dyt we­wnętrzny, od­dzie­lono ziarno od plew i na nowo zwarto sze­regi. In­te­res znów mógł się krę­cić. Po­woli wszytko wra­cało do normy.

Choć już nic nie było ta­kie samo.

Na kor­po­ra­cyj­nych za­wi­ro­wa­niach można prze­grać ży­cie albo wy­grać awans. Woj­tek oka­zał się lo­jalny. Na­wet je­śli cze­goś się do­my­ślał, wie­dział, ja­kimi me­to­dami wy­grywa się pu­bliczne prze­targi, to nie syp­nął, słowa nie pi­snął, pary z ust nie pu­ścił. Ta­kich pra­cow­ni­ków się na­gra­dza. Glo­balny za­rząd do­ce­nił dwie noce spę­dzone w celi i w re­wanżu za­pro­sił do eli­tar­nego klubu me­ne­dże­rów, dał prze­pustkę do lep­szego świata, her­me­tycz­nego to­wa­rzy­stwa tych, któ­rzy rzą­dzą i wie­dzą wię­cej. Do świata pod­wy­żek, apa­naży i bo­nu­sów, uści­sków rąk i po­kle­py­wa­nia po ple­cach, za­gra­nicz­nych de­le­ga­cji, służ­bo­wych ko­la­cy­jek za­kra­pia­nych dom péri­gnon i za­ką­sza­nych ka­wio­rem z bie­ługi.

Woj­tek w końcu wku­pił się w ła­ski te­ścia, zo­ba­czył uzna­nie w oczach Ma­liny. Mo­gli so­bie po­zwo­lić, a niechby na­wet, na fran­cu­ską bonę do dziecka. Już nie był chło­pa­kiem z Woli, który zry­wał się co rano, by roz­ła­do­wać z oj­cem do­stawę pie­czywa. Wresz­cie zo­stał kimś!

Re­flek­sje na te­mat tam­tego za­trzy­ma­nia na­cho­dziły go rzadko. Po­dobno opor­tu­nizm jest nie­odzow­nym ele­men­tem doj­rze­wa­nia, bez niego w dzi­siej­szym świe­cie nie da się ni­czego osią­gnąć. Woj­tek wo­lał nie do­strze­gać tego, co nie­wy­godne. Tylko raz, mniej wię­cej rok po ca­łej afe­rze, wpadł pod­czas za­ku­pów w hi­per­mar­ke­cie na by­łego ko­legę. Fa­cet w sile wieku, a zu­peł­nie siwy. Przy­gar­biony, wręcz sku­lony, za­padł się w so­bie. W oczach miał oso­bliwą pustkę. Po­dobno prze­sie­dział w aresz­cie pół roku, a te­raz, już na wol­no­ści, cze­kał na osta­teczny wy­nik pro­cesu. Praw­nicy wy­na­jęci przez kor­po­ra­cję, dawno po­ło­żyli la­skę na jego przy­pa­dek. A i on wy­glą­dał, jakby było mu w tej chwili wszystko jedno, jaki wer­dykt za­pad­nie - i tak już prze­grał. Prze­grał dawne ży­cie, które Woj­tek do­stał po nim w spadku.

Wtedy, w skle­po­wym tłu­mie, obaj uda­wali, że się nie po­znają. Bo niby co mie­liby so­bie po­wie­dzieć? Tam­ten może prze­strze­gałby Wojtka przed ma­chiną, która każ­dego kie­dyś prze­mieli i wy­pluje. Na bruk, bez sen­ty­men­tów. Nikt nie zna dnia ani go­dziny. A Woj­tek? Jak brzmia­łaby jego ri­po­sta? Prze­cież jemu się upie­kło. Prze­trwał i te­raz był be­ne­fi­cjen­tem sys­temu. Mała ryba po­żarła re­kina. Na wi­dok daw­nego ko­legi przez chwilę zro­biło mu się po pro­stu wstyd, po raz pierw­szy i ostatni od pa­mięt­nej wi­zyty pa­nów w czerni.

Zresztą, fa­cet szybko zgi­nął w tłu­mie ku­pu­ją­cych, a to efe­me­ryczne uczu­cie, wej­ście w ko­mi­tywę z wła­snym su­mie­niem, szczę­śli­wie gdzieś ule­ciało. Ta­kich spraw le­piej nie roz­pa­mię­ty­wać i Woj­tek po­sta­no­wił być wierny tej de­wi­zie. Nie miał czasu na roz­terki mo­ralne. Szcze­gól­nie kiedy za­pro­po­no­wano mu wy­jazd na kon­trakt. Świat za­mknął się w prze­strzeni kilku te­atral­nych de­ko­ra­cji: War­szawa, Ham­burg i lot­ni­ska. Nie było miej­sca na roz­trzą­sa­nie tego, co dzieje się za ku­li­sami, bo w tym przed­sta­wie­niu ni­kogo nie ob­cho­dziły pry­watne dra­maty ak­to­rów.

***

Tak­sów­karz za­trzy­muje sa­mo­chód przed wej­ściem do szkla­nego wie­żowca. Woj­tek non­sza­lancko po­daje mu bank­not i nie czeka na resztę. Czasy, gdy li­czył się z każ­dym gro­szem, dawno mi­nęły. Roz­rzut­ność daje po­czu­cie wła­dzy i wyż­szo­ści, gdyż w świe­cie po­zor­nej de­mo­kra­cji na­dal ist­nieją ka­sty pa­nów i pod­wład­nych. A on prze­cież przy­na­leży do tej pierw­szej. Pa­trzy więc z sa­tys­fak­cją, ni­czym do­bry wu­jek, na za­sko­czoną minę kie­rowcy, na­pawa się tą chwilą, a póź­niej za­biera nie­wielki ba­gaż i wcho­dzi do bu­dynku. W zim­nym wnę­trzu roz­lega się głu­chy stu­kot kó­łek wa­lizki. Na wi­dok Wojtka por­tier bez słowa otwiera bramkę. Ja­sny hol wita swo­ich pra­cow­ni­ków chło­dem i czy­stą pustką, a oni po­zdra­wiają się na­wza­jem po­wścią­gli­wie, ski­nie­niem głowy. W win­dzie każdy stoi wy­pro­sto­wany, jakby po­łknął kij, sta­ra­jąc się ni­kogo ze współ­pa­sa­że­rów nie do­tknąć, bro­niąc nie­ty­kal­no­ści cie­le­snej. Nikt się nie od­zywa, nikt nie za­ga­duje. Choć od mie­sięcy, cza­sem lat, spo­ty­kają się w tym sa­mym skła­dzie, na­dal przy­wdzie­wają ma­ski kur­tu­azyj­nych, nic nie­zna­czą­cych uśmie­chów i po­zo­stają so­bie obcy.

Dzie­siąte pię­tro, drzwi się otwie­rają. Woj­tek opusz­cza windę ze sło­wami: "Do zo­ba­cze­nia", które rów­nie do­brze mo­głyby ozna­czać: "Po­ca­łuj­cie mnie w dupę". Za ogrom­nymi ta­flami szkła roz­ciąga się pa­no­rama mia­sta, do środka wpada słońce. Pod błysz­czą­cym logo firmy, za pul­pi­tem z eg­zo­tycz­nego drewna, sie­dzi śliczna re­cep­cjo­nistka. Nie jest spe­cjal­nie roz­gar­nięta, zresztą to zu­peł­nie bez zna­cze­nia, wy­star­czy, że jest ładna. Ni­czym do­pra­co­wana przez gra­fika ele­gancka wi­zy­tówka, żywa wi­zy­tówka kor­po­ra­cji. Z wy­ra­zem pustki w wiel­kich oczach ak­sa­mit­nym gło­sem wita pana dy­rek­tora:

- Gu­ten mor­gen, Herr La­sota.

On też stara się być miły, szcze­gól­nie że ta mała ma bo­skie nogi, któ­rymi lubi się afi­szo­wać, no­sząc przy­krót­kie kiecki.

- Hallo! - rzuca w jej stronę nie­mal ra­do­śnie i bez zwłoki za­głę­bia się w plą­ta­ninę ko­ry­ta­rzy.

Mija open space, w któ­rym ni­czym sza­rań­cza kłę­bią się pra­cow­nicy biu­rowi, wy­mie­nia zdaw­kowe ukłony i szybko za­myka za sobą drzwi ga­bi­netu.

Har­mo­no­gram dnia za­wsze wy­gląda po­dob­nie. Ru­ty­nowe po­wta­rza­nie czyn­no­ści i bez­u­stanne wtła­cza­nie w pod­świa­do­mość ce­lo­wo­ści wła­snych dzia­łań jest nie­zbędne na dy­rek­tor­skim sta­no­wi­sku. Woj­tek już dawno od­krył, że wy­soka po­zy­cja w kor­po­ra­cyj­nej hie­rar­chii zo­bo­wią­zuje nie tyle do by­cia naj­lep­szym, ile do bez­u­stan­nego po­zo­ro­wa­nia wła­snej do­sko­na­ło­ści. Do cią­głego uda­wa­nia przed tymi z niż­szych szcze­bli (któ­rzy w chwili nie­uwagi wbi­liby ci nóż w plecy), że nie bez przy­czyny to ty zo­sta­łeś ich sze­fem. Nie mu­sisz być alfą i omegą, po­wi­nie­neś tylko udo­wod­nić wszyst­kim wo­kół, że tak wła­śnie jest! Nie­za­prze­czal­nie! Praca po­lega więc na wy­kre­owa­niu po­zo­rów per­ma­nent­nego za­ro­bie­nia i po­śpie­chu. Oczy­wi­ście ide­al­nie, je­śli ob­ja­wiają się one bla­do­ścią cery i za­puch­nię­tymi z nie­wy­spa­nia po­wie­kami, bo prze­cież do­bro firmy spę­dza ci także sen z po­wiek.

Woj­tek tylko przez chwilę od­pi­suje na su­per­ważne mejle, ak­cep­tuje wy­datki na kam­pa­nie re­kla­mowe i robi ze­sta­wie­nie kosz­tów, a póź­niej od­daje się nic­nie­ro­bie­niu w in­ter­ne­cie; Fejs, In­sta, YouTube. Za­ma­wia kawę, wy­pija kawę, nie­spiesz­nie robi pra­sówkę i tak mocno po­wstrzy­muje się od zie­wa­nia, że aż oczy wil­got­nieją mu z wy­siłku. Byle wy­trzy­mać do je­de­na­stej. A póź­niej już tylko ze­bra­nie za­rządu, lancz, może seks, ko­lejne go­dziny twór­czego uda­wa­nia i sa­mo­lot...

Wróć, naj­pierw spo­tka­nie z górą w kon­fe­ren­cyj­nej.

Dźwię­kosz­czelna szklana ta­fla od­gra­dza mi­ni­ma­li­styczne wnę­trze od eklek­ty­zmu por­to­wego mia­sta. Ściany są przy­ozdo­bione nie­wy­szu­ka­nymi fo­to­gra­fiami ka­mie­ni­stych plaż i zie­lo­nych bam­bu­sów w stylu zen opra­wio­nymi w ramki z Ikei, w ką­cie stoi do­nica z ra­chi­tyczną ro­śliną, która ma nadać po­miesz­cze­niu po­zór przy­tul­no­ści. W środku sześć osób. Wszyst­kie z wy­ra­zem wy­stu­dio­wa­nego en­tu­zja­zmu na twa­rzy, z od­bi­tymi w oczach ta­bel­kami Excela wy­świe­tla­ją­cymi się na mo­ni­to­rach otwar­tych lap­to­pów. Zba­wiają świat, to­cząc roz­mowy wy­łącz­nie po an­giel­sku. Z ak­cen­tem nie­miec­kim, pol­skim, wło­skim, es­toń­skim. Zwra­cają się do sie­bie po imie­niu, sztucz­nie zmniej­sza­jąc dy­stans. Każdy dy­rek­tor pro­du­kuje się przed resztą. Wy­gła­sza z pełną po­wagą swoje kwe­stie, a póź­niej, z wciąż przy­kle­jo­nym do twa­rzy wy­ra­zem za­in­te­re­so­wa­nia i sku­pie­nia, wy­łą­cza się kom­plet­nie, zer­ka­jąc chył­kiem a to na wy­świe­tlacz te­le­fonu, a to na ta­blet scho­wany pod bla­tem; czyta ser­wisy plot­kar­skie albo ogląda wy­słane Mes­sen­ge­rem na­gie zdję­cia ko­cha­nek czy ko­chan­ków. Kie­dyś Woj­tek przy­ła­pał na tym Ste­fano, dy­rek­tora fi­nan­so­wego. Uśmiech­nęli się tylko do sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czo. Coś trzeba prze­cież ro­bić, żeby wy­trzy­mać tę ku­rew­ską nudę spo­tkań...

I Woj­tuś też ją za­bija. Prze­gląda ukrad­kiem Fejsa, laj­kuje ar­ty­kuły z in­ter­ne­to­wych wy­dań ga­zet albo fil­miki z In­sta, rzuca ja­kiś za­bawny ko­men­tarz pod wy­ni­kami po­ran­nego biegu Da­niela na Gar­mi­nie, prze­gląda cu­dze pro­file...

Stra­te­gia na przy­szły rok, ana­liza sprze­daży za kwie­cień, cię­cia w jed­nym z ze­spo­łów, kło­poty z do­sta­wami z fa­bryki w Mek­syku, na­ra­sta­jący pro­blem z chiń­ską kon­ku­ren­cją. Mo­no­tonne słowa wi­rują po­nad gło­wami ze­bra­nych. Za oknem wyje sy­rena po­go­to­wia, se­kre­tarka z usłuż­nym uśmie­chem wnosi na­poje. Fi­li­żanki po­dzwa­niają na tacy. Słońce kre­śli tę­czowe zyg­zaki na bla­cie szkla­nego stołu i po­ły­skuje w nie­mal prze­zro­czy­stych tę­czów­kach Silke, która wła­śnie mówi o po­trze­bie zwol­nień w au­striac­kim od­dziale.

Silke Fi­dler.

Ka­drowa, w no­men­kla­tu­rze korpo HR Di­rec­tor. Je­dyna osoba w kon­fe­ren­cyj­nej, którą można okre­ślić tu­tej­szą, to zna­czy jest Niemką i miesz­kanką Ham­burga, die Ham­bur­ge­rin, ham­burką, ham­bur­żanką? - po pol­sku brzmi to ja­koś idio­tycz­nie. W każ­dym ra­zie to ra­sowa nie­mra. Blon­dynka, tro­chę ru­dawa. Pie­go­wata, ze zbyt ró­żową cerą z wy­gła­dzo­nymi la­se­rowo bli­znami po trą­dziku mło­dzień­czym co rano do­kład­nie po­kry­wa­nymi naj­pierw dro­gim kre­mem, a póź­niej flu­idem od He­leny Ru­bin­stein. Bez zmarsz­czek mi­micz­nych, z ja­dem kieł­ba­sia­nym za­miast ner­wów twa­rzy. Szczu­pła, choć nie wiotka, ra­czej umię­śniona, ład­nie zbu­do­wana - jako na­sto­latka tre­no­wała pły­wa­nie, a te­raz biega co rano. Wstaje przed szó­stą i bez względu na porę roku i po­godę truchta te swoje pięć ki­lo­me­trów. Za­równo pod­czas tre­nin­gów, jak i w ży­ciu - obo­wiąz­kowa, su­mienna, twarda. Ma mocne nogi i pełny de­kolt. Nie­miecka Helga, jak z ety­kiety z pi­wem. Zdrowa, ra­sowa. Bez­ce­re­mo­nialna nie tylko w pracy, ale i w... W fir­mie nie­je­den miałby na nią ochotę, lecz - jak się szep­cze na ko­ry­ta­rzach - ona wy­brała tego po­laczka.

Wszystko za­częło się zu­peł­nie nie­po­zor­nie, na wy­jeź­dzie in­te­gra­cyj­nym na Te­ne­ry­fie, kiedy Woj­tek pra­co­wał w nie­miec­kim od­dziale od pra­wie roku. W ciągu dnia pra­cow­ni­kom prano mó­zgi, wtła­cza­jąc dy­rek­tywy kor­po­ra­cji, wie­czo­rami po­zwa­lano po­chła­niać tony owo­ców mo­rza za­gry­za­nych pa­pas ar­ru­ga­das z mojo rojo i mojo verde i chlać na umór miej­scowe cierp­kie wina o po­smaku wul­ka­nicz­nej gleby. Woj­tek się do­my­ślał, że w po­ko­jach był nie­zły bur­del, jed­nak sam nie brał w tym udziału. Me­ne­dże­ro­wie ze­rwani ze smy­czy co­dzien­no­ści ob­ra­cali ko­le­żanki i pod­władne, które za zro­bie­nie la­ski sze­fowi ocze­ki­wały szyb­kiego awansu. On jesz­cze wtedy uwa­żał, że uda mu się oprzeć po­ku­sie, że jest bar­dziej mo­ralny niż ta mię­dzy­na­ro­dowa ka­pi­ta­li­styczna swo­łocz. Ma prze­cież za­sady, prio­ry­tety. No i ko­cha żonę, ma dziecko, po­ukła­dane ży­cie. Wtedy nie my­ślał o ro­man­sach.

Z Silke faj­nie mu się roz­ma­wiało. Na swój spo­sób była wy­jąt­kowa. Miała nie­zwy­kłe po­za­za­wo­dowe pa­sje, o któ­rych on mógł tylko po­ma­rzyć. Zdo­była Ki­li­man­dżaro, Mont Blanc, chciała wejść na El­brus. Po­dob­nie jak Woj­tek uwiel­biała że­glar­stwo, ale jej wy­prawy to nie były, jak w jego przy­padku, rejsy po Ma­zu­rach. Od lat urlop spę­dzała eks­tre­mal­nie. "Ja­majka, Bali i cie­płe plaże przy pię­cio­gwiazd­ko­wych ho­te­lach do­bre są dla dzie­cia­ków, które do­piero co za­chły­snęły się pie­niędzmi - mó­wiła - dla ko­le­gów z by­łego bloku wschod­niego". Tym­cza­sem ma­rze­nia pani dy­rek­tor wy­bie­gały da­leko poza sie­lan­kowe wi­doczki tur­ku­so­wych la­gun. Trek­king po An­dach, Ko­rona Ziemi. Walka z nie­do­sko­na­ło­ściami i ogra­ni­cze­niami wła­snego ciała to był jej ży­wioł. W biu­rze ele­ganc­kie gar­sonki od Chan­nel i szpilki od Lo­ubo­utine'a, a na wa­ka­cjach Gore-Tex i to­talny hard­core. Im­po­no­wała mu. Miała jaja.

To był już któ­ryś wie­czór z ko­lei spę­dzony na szko­le­niu. Po tym, jak reszta ko­le­gów po­roz­ła­ziła się po po­ko­jach albo pa­dła po­ko­tem w ho­te­lo­wym lobby, Silke za­brała go na spa­cer po czar­nej ni­czym noc ka­na­ryj­skiej plaży. Pach­niało oce­anem, glo­nami wy­rzu­co­nymi na brzeg przez fale i su­rową rybą. Chłodny wiatr po­ru­szał li­śćmi ra­chi­tycz­nych palm po­ra­sta­ją­cych przy­brzeżny dep­tak. Z tan­det­nie ude­ko­ro­wa­nego neo­nami baru przy pro­me­na­dzie do­cho­dziło za­wo­dze­nie pio­sen­ka­rzy ka­ra­oke. Ja­kaś para nor­we­skich na­sto­lat­ków pa­liła ukrad­kiem jo­inta na ławce, a roz­krzy­czana grupa An­gli­ków, od­by­wa­jąc pi­jacki tour, wy­to­czyła się z jed­nego lo­kalu, żeby za­raz znik­nąć w na­stęp­nym.

Woj­tek i Silke szli nie­spiesz­nie, bro­dząc bo­symi sto­pami w wil­got­nym sza­ro­bu­rym pia­chu. Roz­ma­wiali. Silke wy­jęła z to­rebki za­braną z ho­telu bu­telkę wina. Usie­dli na plaży z dala od zbłą­ka­nych noc­nych tu­ry­stów i pili, ob­ser­wu­jąc roz­ża­rzone noc­nymi świa­tłami wzgó­rze. Po­ma­rań­czowa łuna Adeje od­bi­jała się w spo­koj­nych wo­dach oce­anu. Choć jej o to nie py­tał, za­częła opo­wia­dać o swoim ży­ciu. Może dla­tego, że była już tro­chę wsta­wiona, a może i w niej drze­mały bar­dziej przy­ziemne in­stynkty? Ona też czuła się słaba? Po raz pierw­szy spoj­rzał na nią jak na ko­bietę, a nie twar­dego kor­po­ra­cyj­nego za­wod­nika. Było coś przej­mu­ją­cego w jej gło­sie, gdy zwie­rzała się, że jest nie­za­mężna i od lat tkwi w po­wierz­chow­nym związku z dzien­ni­ka­rzem pra­cu­ją­cym w "Ham­bur­ger Abend­blatt". Nie mieli dzieci i nie pla­no­wali ich mieć. Oboje ak­cep­to­wali in­cy­den­talne ro­manse i igno­ro­wali kon­we­nanse. Szcze­gól­nie on. Ona się przy­sto­so­wała.

Silke była nie­wąt­pli­wie atrak­cyjna i na swój chłodny nor­dycki spo­sób po­cią­ga­jąca, choć fi­zycz­nie nie po­do­bała się Wojt­kowi - wo­lał drobne, ete­ryczne sza­tynki. Lecz na­strój tam­tej nocy, per­wer­syjna bez­po­śred­niość i nie­miecka bez­pru­de­ryj­ność tej ko­biety szybko zmięk­czyły jego wolę. Po­wie­działa wprost, że od dnia, gdy za­czął pracę w ham­bur­skim od­dziale, miała na niego ochotę. Nie py­tała, czy on także jej pra­gnie, po pro­stu wsu­nęła pre­zer­wa­tywę na jego na­brzmiały czło­nek. Krę­ciło mu się w gło­wie od wina, sło­nego za­pa­chu bryzy, od jej go­rącz­ko­wych po­ca­łun­ków i piż­mo­wej woni per­fum we wło­sach. A póź­niej od szyb­kich, za­chłan­nych ru­chów bio­der i wy­dy­sza­nych w prze­strzeń nie­miec­kich świństw. Fick mich, fick! Pieprz mnie, pieprz! Do­piero kiedy z pul­su­ją­cych ją­der, prze­peł­nio­nych po brzegi pod­nie­ce­niem, try­snęło na­sie­nie, kiedy oboje opa­dli ple­cami na chłodny pia­sek, Woj­tek przy­po­mniał so­bie o Mali. Zo­ba­czył jej spo­kojną twarz wy­chy­la­jącą się z fałd po­ścieli, w ich łóżku, w ich miesz­ka­niu, a w jej ob­ję­ciach synka.

To był pierw­szy raz, gdy zdra­dził żonę. Wcze­śniej my­ślał, że ten mo­ment bę­dzie miał wy­miar sym­bo­liczny, coś z me­ta­fi­zyki, i sta­nie się swo­istym prze­ło­mem, który szkar­łatną li­terą od­ci­śnie na jego skó­rze nie­za­tarte piętno. Zbruka go. A on prze­cież ko­chał Ma­linę. Na­prawdę ją ko­chał. A jed­nak w tam­tej chwili na Co­sta Adeje, wsłu­chu­jąc się w szum fal i przy­spie­szony od­dech Silke, nie czuł nic po­nad speł­nie­nie, prze­pły­wa­jące spo­koj­nie przez opróż­nione trze­wia. Drżące w środku echo or­ga­zmu za­głu­szyło wy­rzuty su­mie­nia. Kac mo­ralny oka­zał się mniej do­kucz­liwy niż ten, który na­stęp­nego po­ranka do­padł go po al­ko­holu. To było ta­kie pro­ste. Zdrada była pro­sta.

Po­cząt­kowo uznał wszystko za jed­no­ra­zowy wy­skok. Zwy­kłą wa­ka­cyjną czy de­le­ga­cyjną przy­godę, o któ­rej bez trudu za­po­mni. Dla­tego na­wet przed sobą uda­wał, że nic się nie stało. Jed­nak już pod­czas pierw­szej wi­zyty w domu czuł się tak pa­skud­nie w sto­sunku do Ma­liny, że po­sta­no­wił się przy­znać. Tylko ja­koś przez dwa dni nie zna­lazł w so­bie siły, by z nią po­roz­ma­wiać, a pod­czas ko­lej­nego week­endu zmie­nił zda­nie i do­szedł do wnio­sku, że ta­jem­nicę za­chowa dla sie­bie. I tak przez na­stępne ty­go­dnie bez­u­stan­nie to­czył we­wnętrzną walkę. Po­wie­dzieć? Nie po­wie­dzieć? Zro­bił na­wet ra­chu­nek zy­sków i strat, ja­kie po­nie­sie, spo­wia­da­jąc się żo­nie, lecz wciąż nie umiał wy­znać grze­chu. Za to mio­tał się ni­czym wia­ro­łomny Ra­skol­ni­kow. Pa­niczny lęk i usta za­sznu­ro­wane mil­cze­niem z każ­dym dniem cią­żyły mu co­raz bar­dziej i bar­dziej.

W końcu, na ja­kimś grillu u zna­jo­mych, w przy­pły­wie po­al­ko­ho­lo­wej szcze­ro­ści, opo­wie­dział o Silke Kon­ra­dowi. Przy­ja­ciel też był nie do końca trzeźwy; wy­zna­nia wy­słu­chał w sku­pie­niu, a póź­niej po­wie­dział cał­kiem po­waż­nie:

- Zdrada jest wpi­sana w mał­żeń­stwo nie­mal z urzędu. Nikt nie jest w sta­nie sy­piać z jed­nym czło­wie­kiem do końca dni swo­ich i do­póki śmierć nie...

- Skąd ty, wieczny ka­wa­ler, mo­żesz to wie­dzieć?

- Wła­śnie dla­tego je­stem ka­wa­le­rem, żeby nie mieć po­dob­nych dy­le­ma­tów.

- To co mam te­raz zro­bić?

- Jest tylko jedno wyj­ście.

- To zna­czy?

Kon­rad uzu­peł­nił kie­liszki.

- To zna­czy, Woj­tu­siu, że na­wet naj­smacz­niej­sza, naj­wy­żej ga­tun­kowa pol­ska wódka, pita w nad­mia­rze, prze­staje w końcu sma­ko­wać. - Prze­pił do przy­ja­ciela. - Więc w pew­nym stop­niu ro­zu­miem, że mia­łeś ochotę na zimny bro­war, ot, choćby nie­miecki. - Wy­mow­nie się uśmiech­nął. - Tyle że w każ­dym ak­cie ślubu ist­nieje nie­za­pi­sany pa­ra­graf, zo­bo­wią­zu­jący do mil­cze­nia na wy­pa­dek chwi­lo­wej zmiany "na­wy­ków al­ko­ho­lo­wych".

- Czyli we­dług cie­bie mam nic nie mó­wić?

- Po­wiesz, a wszystko się roz­wali. Za­czną się pre­ten­sje, pier­do­lolo. Zero za­ufa­nia... Nie znam mał­żeństw, któ­rym by się udało prze­trwać coś ta­kiego, a jesz­cze na od­le­głość...? Nic Ma­li­nie nie mów. Po co ją ta­kim gów­nem ob­cią­żać? Poza tym, mil­cze­nie kosz­tuje wię­cej niż przy­zna­nie się do winy. Uznaj, że to bę­dzie twoja kara.

Woj­tek długo za­sta­na­wiał się nad sło­wami przy­ja­ciela. Może Kon­rad miał ra­cję ze swoją po­krętną ideą czy­sto­ści? Może fak­tycz­nie zdrada jest wpi­sana w każde mał­żeń­stwo, a gdy już do niej doj­dzie, le­piej trzy­mać ją w ta­jem­nicy?

Po­sta­no­wił, że żona ni­gdy się nie do­wie. Ni­gdy!

Przez długi czas po po­wro­cie z Te­ne­ryfy mię­dzy nim a Silke nic się nie działo. Przez na­stępne ty­go­dnie na fir­mo­wych ko­ry­ta­rzach na­dal za­cho­wy­wali pro­fe­sjo­nalny dy­stans. Roz­ma­wiali wy­łącz­nie na te­maty służ­bowe, jakby tam­ten wie­czór ni­gdy nie miał miej­sca. Było mu to na rękę. Prze­cież nie chciał się w nic an­ga­żo­wać. Tamto to był tylko seks. Aż któ­re­goś dnia pod po­zo­rem omó­wie­nia pew­nej za­wo­do­wej kwe­stii Silke po­pro­siła, by po­szli ra­zem na lancz.

Po­szli. Z pre­me­dy­ta­cją do obiadu za­mó­wił zimne piwo.

I tak od dwóch lat nie­mal co­dzien­nie cho­dzą ra­zem coś zjeść. Zjeść...?!

***

- Na dziś to już wszystko.

Głos ge­ne­ral­nego przy­wo­łuje go do rze­czy­wi­sto­ści. Salę wy­peł­nia szu­ra­nie krze­seł, sze­lest zbie­ra­nych pa­pie­rów, ci­che klik­nię­cia klap dro­gich lap­to­pów. Wszy­scy z ulgą zbie­rają się z miejsc. W drzwiach Woj­tek czuje jej ciało tuż obok swo­jego. Zna­jomy za­pach per­fum. Sły­szy nie­wy­raźny szept:

- Za pół go­dziny na skrzy­żo­wa­niu.

Silke nie musi do­da­wać nic wię­cej. Oboje wie­dzą, gdzie na­stąpi spo­tka­nie, ja­kie da­nie każde z nich wy­bie­rze z karty i czym ura­czą się na de­ser.

Z biu­rowca wy­cho­dzą osobno i jak za­wsze spo­ty­kają do­piero na rogu ulicy. Ka­dra kie­row­ni­cza zmie­rza­jąca na służ­bowy lancz - nic nad­zwy­czaj­nego, nic po­dej­rza­nego. Roz­ma­wiają wy­łącz­nie o pla­no­wa­nych pro­jek­tach, spad­kach sprze­daży, tro­chę plot­kują o współ­pra­cow­ni­kach. Wcho­dzą do nie­wiel­kiej knajpki. Pod­sta­rzały kel­ner z enig­ma­tycz­nym uśmie­chem wam­pira ener­ge­tycz­nego na wy­schnię­tych ustach wita ich przy wej­ściu. Do­brze zna tę dwójkę, do­my­śla się, co ro­bią po obie­dzie w ła­zience na dole, tylko co go to ob­cho­dzi? Ważne, że zo­sta­wiają wy­so­kie na­piwki, ni­gdy nie na­rze­kają na je­dze­nie, są dys­kretni. Więc tylko uśmie­cha się po swo­jemu, dwu­znacz­nie, gdyż wie, że oni wie­dzą, że on wie, i pro­wa­dzi ich w kie­runku sta­łego miej­sca w rogu sali. Mimo pory lan­czo­wej w re­stau­ra­cji jest nie­wiele osób. Pa­nuje nie­mal in­tymna at­mos­fera. Silke sa­dowi się wy­god­nie na krze­śle, składa za­mó­wie­nie za sie­bie i Wojtka, po czym wy­ciąga dłoń po kartę win, za­trzy­mu­jąc tym sa­mym kel­nera.

- Na­pi­jemy się cze­goś do obiadu? - pyta ko­bieta.

- Masz ochotę?

Przy­ta­kuje. Kel­ner z nie­wzru­szoną miną, jakby nie słu­chał ich wy­miany zdań, czeka na dys­po­zy­cje.

- W ta­kim ra­zie wy­bierz.

- Białe czy czer­wone? - Chłodne oczy Silke szybko prze­śli­zgują się po kar­cie.

- Może białe? Za cie­pło dziś na czer­wone.

- W ta­kim ra­zie po­pro­simy białe.

Może nie po­wi­nien pić w ciągu dnia, lecz po al­ko­holu krew pły­nie szyb­ciej, a my­śli prze­pły­wają przez głowę, nie po­zo­sta­wia­jąc re­flek­sji. Wła­śnie tego mu po­trzeba, żeby po je­dze­niu przejść na dół, wy­zbyć się resz­tek roz­sądku i bez skrę­po­wa­nia do­ty­kać jej ciała.

Kel­ner za­pi­suje za­mó­wie­nie i od­cho­dzi w stronę baru.

Pa­trzą na sie­bie po­nad sto­łem. Z twa­rzy Silke opada ma­ska zdy­stan­so­wa­nia. Uśmie­cha się nie­znacz­nie, przy­gryza wargę. Przez chwilę wy­daje mu się ładna, ła­godna. Jej rysy stają się mięk­kie. Waży słowa, jakby pra­gnęła po­wie­dzieć coś zna­czą­cego, coś...

Ko­mórka wi­bruje w kie­szeni spodni Wojtka. Wyj­muje ją, roz­draż­niony, i pa­trzy na wy­świe­tlacz. W duże orze­chowe oczy Ma­liny śmie­ją­cej się ze zdję­cia.

Silke unosi brew.

- Mu­szę ode­brać. To moja żona. - mówi po an­giel­sku. It's my wife.

Ostat­nie słowo, wy­rzu­cone w prze­strzeń z le­d­wie do­strze­gal­nym zmie­sza­niem, brzmi w jego ustach dziw­nie nie­wy­raź­nie. Nie­jed­no­znacz­nie. Niby jak wife, a może life? Dru­gie ży­cie? Ode­rwane i tak nie­kom­pa­ty­bilne z tą chwilą, z obec­nym oto­cze­niem, z re­stau­ra­cją nad ka­na­łem i blon­dynką sie­dzącą na­prze­ciwko. Czemu aku­rat te­raz musi dzwo­nić to jego dru­gie ży­cie...?

Usta Silke lekko się wy­krzy­wiają, jakby po­czuła w nich cierpki smak.

- Od­bierz. - Wzru­sza ra­mio­nami i prze­nosi spoj­rze­nie za okno.

I tak nic nie zro­zu­mie z ich roz­mowy, z tych wszyst­kich "sz", "cz", "ż", upior­nie sze­lesz­czą­cych na ję­zyku ko­chanka.

Woj­tek przy­kłada słu­chawkę do ucha.

- Halo?

Dźwięki re­stau­ra­cji mie­szają się ze stłu­mio­nym, mięk­kim ko­bie­cym gło­sem do­cho­dzą­cym z apa­ratu. A on słu­cha w sku­pie­niu.

- Tak, tro­chę. Je­stem na lan­czu. Nie, mów szybko. Tak, pa­mię­tam. Nie za­po­mnę, ku­pię. Idź sama. Za­jadę do domu, zo­sta­wię ba­gaż i do­łą­czę do cie­bie. Prze­każ Kon­ra­dowi, że na pewno będę. Zo­staw mi tylko ad­res tej knajpy, do­brze? Ja­sne, że nie mam ochoty. Tylko ze względu na niego tam pójdę. Nie je­stem roz­draż­niony... ko­cha­nie. To zmę­cze­nie. Świet­nie. Nie przej­muj się nią. Za­dzwo­nię do niej. Nie za­po­mnę. Uca­łuj go ode mnie i po­wiedz, że ju­tro gdzieś ra­zem pój­dziemy. Może do kina. No to na spa­cer. Po­wiedz, żeby się nie de­ner­wo­wał, na pewno do­sta­nie roz­grze­sze­nie. W ogóle co za bzdura, żeby tak stre­so­wać dziecko. Do­brze, dajmy temu spo­kój. Tak, mu­szę już koń­czyć. Za­dzwo­nię, gdy wy­lą­duję. Tak. Tak. Ja cie­bie też. No to pa. Pa.

Woj­tek się roz­łą­cza, od­kłada po­woli te­le­fon. Pa­trzy prze­pra­sza­jąco na ko­bietę po dru­giej stro­nie sto­lika, choć prze­cież nie czuje się winny, bo za­sady od po­czątku były ja­sne. On ma Ma­linę, ona Mar­cela. In­cy­den­tal­nie mają sie­bie. Swoje ciała wy­rwane z kon­tek­stu du­szy. A jed­nak Silke jest dziś ja­kaś za­my­ślona. Inna. Roz­go­ry­czona? Przez ostat­nie trzy lata oboje bar­dzo się sta­rali, żeby ich po­wierz­chowna re­la­cja nie stała się ni­czym wię­cej. I prze­cież się nie stała. Nie sta­nie... Oboje tego chcą. Prawda?

Kel­ner bez­sze­lest­nie jak cień prze­myka przez salę. Przy­staje przy stole, nie­na­tu­ral­nym ge­stem trzyma w dłoni bu­telkę, by jak naj­le­piej za­pre­zen­to­wać ją go­ściom. Że też nie bolą go palce. Otwiera wino, nie­przy­jemny pisk korka ocie­ra­ją­cego się o szklaną szyjkę jest zwień­czony głu­chym pstryk­nię­ciem ulgi. Męż­czy­zna na­lewa do kie­liszka parę zło­ci­stych kro­pel, po­daje Wojt­kowi. Ten wpra­wia za­war­tość w lek­kie wi­ro­wa­nie, wą­cha, pró­buje. Chłód, kwa­śna nuta ziemi, ulotny smak pach­ną­cych słoń­cem owo­ców. Mig­dały...? Przez usta prze­ta­cza się echo wa­ka­cji. Przed oczami na uła­mek se­kundy staje ob­raz sprzed paru mie­sięcy. Wa­ka­cje, po­wie­trze prze­sy­cone spo­ko­jem. On, Ma­lina. Pio­truś pły­wa­jący w ba­se­nie na dmu­cha­nym ma­te­racu. Roz­ko­ły­sany upa­łem wi­dok z le­żaka na ze­zło­cone sjeną pa­loną łany sło­necz­ni­ków po­ra­sta­ją­cych to­skań­skie wzgó­rze i równe rzędy wi­no­ro­śli. Słońce pa­da­jące na po­liczki żony przez dziurki w słom­ko­wym ka­pe­lu­szu. Opa­lone, gład­kie ra­miona. Wpó­ło­twarte usta, po któ­rych błąka się uśmiech. Chłód kie­liszka trzy­ma­nego w dłoni i słod­kawy po­smak. Mig­da­łów...? Złudne po­czu­cie spo­koju, speł­nie­nia. A może w tam­tej chwili na­prawdę czuł się szczę­śliwy? Woj­tek od­pę­dza wspo­mnie­nie.

- Tak, po­pro­simy. - Kiwa w kie­runku kel­nera.

Kie­liszki się wy­peł­niają. W lśnią­cej cie­czy wi­rują małe bą­belki, wę­drują ra­do­śnie ku po­wierzchni, pę­kają w nie­by­cie po­wie­trza. Star­szy męż­czy­zna znika rów­nie nie­po­strze­że­nie, jak się zja­wił. Silke upija łyk, wpa­tru­jąc się in­ten­syw­nie w Wojtka. Bie­rze głę­boki od­dech. Krót­kie cię­cie:

- Pro­si­łam o to dzi­siej­sze spo­tka­nie, po­nie­waż chcia­łam ci po­wie­dzieć... Mar­cel wy­jeż­dża.

Słowa za­wi­sają w po­wie­trzu. Nic nie zna­czą. Zna­czą zbyt wiele?

- Ja­kiś re­por­taż? - pyta, choć prze­cież wcale go nie in­te­re­suje praca part­nera ko­chanki. W ogóle nie lubi, kiedy cień Mar­cela po­ja­wia się w ich roz­mo­wach.

- Nie mó­wi­łam ci wcze­śniej. Ja­kiś czas temu otrzy­mał pro­po­zy­cję zo­sta­nia ko­re­spon­den­tem.

Po co ona mu to mówi?

- To chyba do­brze... dla jego ka­riery? Gdzie go wy­sy­łają?

- Do Sta­nów. Ju­tro leci do Wa­szyng­tonu.

"Mu­siała to wie­dzieć od dawna" - prze­myka mu przez głowę, jed­nak na głos pyta:

- Na długo?

Silke, trzy­ma­jąc w dwóch pal­cach nóżkę kie­liszka, ob­raca nim, przy­gląda się świa­tłu tań­czą­cemu na za­ła­ma­niach rżnię­tego szkła. Unosi wzrok.

- Na rok.

- Na rok?!

Te­raz ona wpa­truje się w Wojtka. Błę­kit­nie, in­ten­syw­nie, jakby sta­rała się prze­nik­nąć jego my­śli, we­drzeć się do środka, od­gad­nąć re­ak­cję na no­winy. Otwiera usta, może chce coś do­dać? Lecz on ją uprze­dza:

- Na pewno bę­dzie tu przy­la­ty­wał co ja­kiś czas.

Po­wi­nien uciąć tę roz­mowę, zbyć Silke. Zo­sta­wić bez ko­men­ta­rza jej słowa. Nie po­cie­szać, nie roz­trzą­sać głę­biej po­wo­dów, dla któ­rych ona się zwie­rza. Czuje, że robi mu się dziw­nie go­rąco. Może przez wino? Za cie­pło jak na maj.

- Nie bę­dzie. Zo­sta­nie tam przez rok, a po­tem...

- A po­tem wróci.

- Ale już nie do mnie - rzuca Silke bez cie­nia żalu, spo­koj­nie.

Za­wsze taka jest: zero-je­dyn­kowa. Pro­sta, na swój pół­nocny spo­sób nie­skom­pli­ko­wana. W jej świe­cie nie ma miej­sca na nie­do­po­wie­dze­nia, na sło­wiań­ską eks­pre­sję, chwiej­ność na­stro­jów, me­lan­cho­lię, rwa­nie wło­sów z głowy, spon­ta­niczny śmiech, na pół­słówka, szep­ciki, plotki, ko­kie­te­ryjne za­gadki. Mar­cel jesz­cze nie wy­je­chał, jesz­cze po­ściel po jego stro­nie łóżka nie wy­sty­gła, a ona już wy­dała wy­rok. Już za­de­cy­do­wała, że to ko­niec.

- Po co mi to mó­wisz, Silke?

- Nie wiem - od­po­wiada, wzru­sza­jąc ra­mio­nami.

Jed­nak oboje wie­dzą, że wła­śnie coś się zmie­niło, że te słowa - jesz­cze nie bę­dące jed­no­znaczną de­kla­ra­cją, po­py­chają ich w nie­bez­piecz­nym kie­runku. Te­raz Woj­tek po­wi­nien po­wie­dzieć, że prze­cież ma ro­dzinę, że nie może dać z sie­bie nic po­nad to, co już jej dał, ale mil­czy. Gdzieś na dnie jego świa­do­mo­ści kieł­kuje myśl, że cu­dow­nie by­łoby znowu żyć jed­nym ży­ciem, i to nie­ko­niecz­nie tym, które to­czy się bez jego udziału w War­sza­wie. Tu, przy sto­liku w za­cisz­nej re­stau­ra­cji, ob­raz Ma­liny wy­daje się taki od­le­gły, za­mglony. Pra­wie nie­rze­czy­wi­sty. Na­tu­ral­nie łą­czy się tylko ze wspo­mnie­niami z wa­ka­cji, z week­en­dów. Z cząstką Wojtka, która w ża­den spo­sób nie wiąże się z co­dzien­no­ścią. Tu jest praw­dziwe ży­cie. Tu jest Silke. Jej ja­sne oczy, sprę­ży­ste ciało. To ona jest re­alna.

- Chyba po pro­stu chcia­łam, byś wie­dział, że od te­raz je­stem sama. I gdy­byś tylko chciał... - Waha się, po czym wyj­muje z to­rebki ko­pertę i kła­dzie przed Wojt­kiem. - Ju­tro rano lecę do Ge­newy. Za­mie­rzam w week­end po­cho­dzić po gó­rach. Chcę na­brać dy­stansu i po­my­śla­łam...

Woj­tek otwiera ko­pertę. Nie­znacz­nie marsz­czy brwi. W środku jest wy­druk bi­letu na jego na­zwi­sko?

- ... że może miał­byś ochotę ze mną po­le­cieć. To tylko dwa dni. Za­wsze mó­wi­łeś, że chciał­byś kie­dyś się wy­brać na taką wy­prawę, że...

Za­sko­cze­nie. Kon­ster­na­cja. Tak wiele róż­nych emo­cji sza­leje te­raz w jego gło­wie. Oczy Silke - py­ta­jące i spo­koj­nie. Jakby za­pra­szała go na spa­cer po Ham­burgu, a nie na sza­lony week­end w gó­rach. Sza­lony... Tak, to by było czy­ste sza­leń­stwo! Wsiąść ju­tro w sa­mo­lot i po­le­cieć z nią do Ge­newy. Błą­dzić ra­zem gdzieś wy­soko w Al­pach za­miast sie­dzieć na nud­nym ko­mu­nij­nym obie­dzie z ro­dziną w War­sza­wie.

- Wiem, że je­steś za­sko­czony. Ale... chyba nie chcę zo­stać sama w ten week­end. Dla mnie roz­sta­nie z Mar­ce­lem to też pewna no­wość. Zmiana. Ja... Gdy­byś miał ochotę... To tylko wy­jazd w góry. Mo­głoby być miło. Od­po­czę­li­by­śmy.

Pa­trzy na niego wy­cze­ku­jąco. On, nie­mal otę­piały, wpa­truje się we wła­sne imię wy­dru­ko­wane na bi­le­cie. Na końcu ję­zyka for­mu­łuje się od­po­wiedź. Wy­star­czy jedno słowo i wszystko może się zmie­nić. Wy­star­czy jedno krót­kie: tak. Yes. Ja! Na­tür­lich! Za­miast tego wy­bą­kuje nie­zro­zu­miale, ochry­ple:

- Dzię­kuję ci, nie­stety...

Silke zbyt ener­gicz­nie po­trząsa głową. Na jej ustach wy­kwita sztuczny, za­kło­po­tany uśmiech, tak do niej nie­po­dobny.

- Nie, oczy­wi­ście, ro­zu­miem. To głu­pie. Na pewno masz plany na week­end. Prze­pra­szam.

- Nie wiem, co mam ci od­po­wie­dzieć.

Znowu mil­czą zbyt długo. Zbyt wy­mow­nie.

- Nic nie mu­sisz mó­wić. Chcę być w sto­sunku do cie­bie fair i mu­sisz wie­dzieć, że przez te ostat­nie lata coś się we mnie zmie­niło. Nasz układ... Zresztą nie­ważne, to chyba nie jest do­bry mo­ment na taką roz­mowę. Woj­tek...

Jego imię wy­po­wie­dziane z nie­miec­kim ak­cen­tem brzmi, jakby na­le­żało do ko­goś in­nego. Może wła­śnie do tego ko­goś, kim w tej chwili chciałby się stać? Chowa wy­druk do ko­perty, od­kłada go na stół. Na twarz ko­biety wraca dawny wy­raz.

- Za­cho­waj go. Może do ju­tra zmie­nisz zda­nie. Mię­dzy nami... wszystko może zo­stać tak, jak było. Je­śli nie zde­cy­du­jesz ina­czej - do­daje nie­mal nie­do­sły­szal­nie.

Woj­tek przy­ta­kuje, chce coś jesz­cze po­wie­dzieć, na szczę­ście kel­ner uwal­nia go od tego pro­blemu, po­ja­wia­jąc się z za­mó­wie­niem. Więc po­słusz­nie wsuwa ko­pertę do we­wnętrz­nej kie­szeni ma­ry­narki - i tak ją po­drze, a po­tem wy­rzuci do ulicz­nego ko­sza, gdy tylko wyj­dzie z re­stau­ra­cji, gdy tylko roz­sta­nie się z Silke. Po­drze i wy­rzuci swój one way tic­ket, znisz­czy prze­pustkę do ko­lej­nego roz­działu, choć w głębi du­szy wszystko w nim krzy­czy: verte!

Je­dzą w za­du­mie, nic nie jest ta­kie, ja­kie być po­winno. Ten dzień, ten lancz, na­strój. Tych kilka wy­ra­zów sie­ją­cych za­męt, ko­perta sze­lesz­cząca ku­sząco na piersi. Py­ta­jące spoj­rze­nie Silke i te­le­fon od Ma­liny. Pio­truś i jego ko­mu­nia. War­szaw­skie spo­tka­nie z przy­ja­ciółmi, na które w tej chwili zu­peł­nie nie ma ochoty iść. Pi­cie do rana, so­botni kac. Lekko na­ćpany Kon­rad i sztucz­nie wy­kre­owany de­ka­dencki na­strój wie­czoru li­te­rac­kiego. Jak to się ma do tej chwili? Do blon­dynki sie­dzą­cej na­prze­ciwko, którą za­raz za­bie­rze do ła­zienki i wy­pie­przy do bólu, do utraty tchu? Owo "tu" i "tam" zdaje się two­rzyć swo­isty te­atr ab­surdu, bo prze­cież z dwóch pu­de­łek puz­zli nie można uło­żyć jed­nego ob­razka.

Ona pierw­sza wy­cho­dzi z sali. On przez chwilę czeka, po czym także kie­ruje się w stronę wą­skiego ko­ry­ta­rzyka pro­wa­dzą­cego do scho­dów. Ten lo­kal wy­brali wła­śnie ze względu na fan­ta­styczną to­a­letę. Ładną, czy­stą, prze­stronną, a co naj­waż­niej­sze - ulo­ko­waną z dala od głów­nej czę­ści re­stau­ra­cji. Na­leży tylko zejść po scho­dach do su­te­reny, a tam...

Woj­tek puka w cha­rak­te­ry­styczny, dawno usta­lony spo­sób. Drzwi na­tych­miast się otwie­rają. Silke stoi, opie­ra­jąc się jedną ręką o oścież­nicę. Pa­trzy mu w oczy wy­zy­wa­jąco. Robi krok do tyłu i wpusz­cza go do środka. "Dziś nie bę­dzie gry wstęp­nej, ko­cha­nie, dziś w ra­mach te­ra­pii za­fun­duję ci ostre rżnię­cie, naj­lep­sze le­kar­stwo na wszel­kie smutki" - zdają się mó­wić jej oczy. "Tam, na gó­rze, za­pro­si­łam cię do mo­jego ży­cia, do mo­jego łóżka, do mo­jego świata. Tu, na dole, wi­tam w wer­sji demo".

Płyn­nym ge­stem wciąga go w głąb ła­zienki, po­py­cha na ścianę. Jej ję­zyk me­an­druje po za­kąt­kach jego ust. Dłoń wę­druje wprost do roz­porka, a Woj­tek czuje, jak krew z ca­łego ciała od­pływa w to jedno, pul­su­jące miej­sce. Chce, żeby wzięła go do ust, chce ją zo­ba­czyć na ko­la­nach. Ze­trzeć tamto py­ta­nie z twa­rzy, szminkę z warg. Chce ją uka­rać za wcze­śniej­szą roz­mowę, za chaos w gło­wie.

Silke, jakby czy­tała w jego my­ślach, ze smut­nym roz­ba­wie­niem unosi brew.

- Dzi­siaj chcesz tak?

Szyb­kim ru­chem wy­ciąga roz­pięty wcze­śniej pa­sek z jego spodni. Sprzączka z me­ta­licz­nym od­gło­sem upada na ide­al­nie czy­stą pod­łogę. Pa­trząc męż­czyź­nie w oczy, ko­bieta po­woli klęka. W tym ge­ście nie ma nic pod­dań­czego, to ona roz­daje tu karty. Bie­rze w usta na­brzmiały czło­nek, za­ci­ska ob­ręcz wil­got­nych warg na jego wierz­chołku i szybko osuwa się ku pod­sta­wie. Ję­zyk błą­dzi po plą­ta­ni­nie żył, dłoń zwień­czona kro­plami czer­wo­nego la­kieru, jakby spla­miona krwią, za­ci­ska się na ją­drach.

I na­gle znika schludna de­ko­ra­cja ła­zienki. Roz­grzana lawa po­żą­da­nia za­lewa mu oczy. Każda myśl bie­gnie w kie­runku pod­brzu­sza, gdzie sku­mu­lo­wały się w tej chwili wszyst­kie za­koń­cze­nia ner­wowe. Silke bez­li­to­śnie wy­mie­rza mu karę, nie jest de­li­katna, jest za­chłanna. Trzyma go w gar­ści, zę­bami. Wy­ko­rzy­stuje, a on chce zo­stać wy­ko­rzy­stany. Chce zo­stać oczysz­czony. W jej ciele chce prze­żyć la pe­tite mort, małą śmierć. Na­ple­tek zsu­nięty do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści nie­bez­piecz­nie ob­naża jego sła­bość. Nie, jesz­cze nie te­raz! Musi zna­leźć się w jej wnę­trzu, wy­peł­nić ją sobą, zdo­być prze­wagę w tej walce. Chwyta ją mocno za ra­miona i pod­ciąga do góry. Po­py­cha na blat umy­walki i ob­raca ty­łem do sie­bie. Śli­ski od śliny pe­nis bez trudu wdziera się pod spód­nicę, ko­ron­kowe majtki opa­dają, pę­ta­jąc kostki ko­biety po­wy­żej ele­ganc­kich czar­nych szpi­lek.

Ich oczy krzy­żują się w od­bi­ciu krysz­ta­ło­wego lu­stra. Jest coś ludz­kiego, coś roz­czu­la­ją­cego w po­tar­ga­nych wło­sach Silke, w roz­ma­za­nej wo­kół ust szmince. Ja­kaś bez­bron­ność. Na­wet oczy ko­biety stra­ciły ostry wy­raz, są nie­obecne. Ale te­raz to Woj­tek nie ma dla niej li­to­ści. Wdziera się głę­boko, bo­le­śnie, za­pa­mię­tale, tak że z każ­dym pchnię­ciem ko­bieta lekko roz­chyla wargi, z któ­rych wy­rywa się bła­galny jęk:

- Ja, ja!

Mógłby ją tak pie­przyć w nie­skoń­czo­ność. Mógłby ulec pro­po­zy­cji, która pa­dła przy sto­liku. Eks­plo­ro­wać cie­ni­ste al­pej­skie ko­tliny, le­si­ste wzgórki, wil­gotne prze­łę­cze. Eks­plo­ro­wać Silke. A póź­niej na za­wsze zo­stać z nią w Ham­burgu. Po pracy nie wy­cho­dzić z łóżka. Po­wie­sić swoje gar­ni­tury na miej­scu, gdzie jesz­cze wczo­raj wi­siały rze­czy Mar­cela, i na nowo roz­grzać po­ściel, która jesz­cze nie zdą­żyła osty­gnąć po jego stro­nie łóżka. I nic by go nie ob­cho­dziło. Ani Mar­cel, ani Ma­lina. Ani tamto ży­cie, ani cią­głe roz­dar­cie. Od­wi­kłałby się z uwi­kła­nia, uwol­nił z uwięzi.

Ostat­nie pchnię­cie. Woj­tek przy­trzy­muje się mocno umy­walki. Drży. Fala cie­pła za­lewa ciało. Jest mu tak do­brze, tak do­brze... Te­raz przez chwilę nie trzeba my­śleć o ni­czym. Opiera głowę na ra­mie­niu Silke i ciężko od­dy­cha. Ona pod­nosi dłoń i za­ta­pia w jego wło­sach. Ma za­ró­żo­wioną twarz. Jej oczy zdają się mó­wić: "Prze­myśl jesz­cze moją pro­po­zy­cję".

Prze­myśl!

I my­śli. Kiedy myje pe­nisa nad zle­wem. I kiedy że­gna się z ko­chanką za­raz po wyj­ściu z re­stau­ra­cji - musi jesz­cze coś za­ła­twić na mie­ście. My­śli, ku­pu­jąc Pio­tru­siowi iPada, pre­zent, który po­sta­no­wili z Ma­liną spra­wić dziecku z oka­zji pierw­szej ko­mu­nii. I kiedy wy­syła ostatni ra­port przed za­koń­cze­niem pracy. My­śli, ja­dąc tak­sówką na lot­ni­sko i idąc nie­spiesz­nie w kie­runku ko­lejki do od­prawy. My­śli. My­śli... Im da­lej jest od tam­tej chwili przy sto­liku, tym mniej wy­raźna zdaje się Silke, tym mniej wy­raźne wy­dają się szczyty wo­kół Mont Blanc, a ko­perta w kie­szeni ma­ry­narki sze­le­ści co­raz ci­szej. Na­dal nie miał czasu, a może siły, by ją wy­rzu­cić. Wraca do Ma­liny.

***

Zgiełk lot­ni­ska. Płacz tych, któ­rzy się roz­stają, i ra­dość in­nych, któ­rzy dziś w końcu prze­staną na ko­goś cze­kać. Po­zor­nie bez­duszna hala jest wy­peł­niona emo­cjami po brzegi. Stra­chem przed la­ta­niem, szczę­ściem nad­cho­dzą­cych wa­ka­cji, ulgą po­wrotu, cie­ka­wo­ścią przed nie­zna­nym. Ta­kich jak Woj­tek: spo­koj­nych, zdy­stan­so­wa­nych, na­zna­czo­nych ru­tyną cią­głych po­dróży, także jest tu wielu, lecz na ich twa­rzach prze­waż­nie wi­dać nie­pew­ność. Głowy unie­sione wy­soko. Roz­bie­gany wzrok błą­dzi w po­szu­ki­wa­niu ta­bli­czek in­for­ma­cyj­nych le­wi­tu­ją­cych pod wy­soko skle­pio­nymi su­fi­tami. Przy­loty, od­loty, to­a­lety, duty free. Tym­cza­sem Woj­tek prze do celu nie­mal na oślep. Zna tu każdy za­ka­ma­rek, ko­lor pły­tek, któ­rymi wy­ło­żono halę, ceny w skle­pach na wol­no­cłówce, twa­rze lu­dzi z ob­sługi. Pra­wie wszyst­kich po tych trzech la­tach już ko­ja­rzy z wi­dze­nia, oni także zdają się go roz­po­zna­wać. Ko­bieta przy od­pra­wie za­gląda w jego pasz­port chyba tylko dla za­sady. Na­wet nie pyta o ba­gaż - wie, że ten czło­wiek za­wsze po­dró­żuje bez niego.

- Nach hause zu­rück? - stwier­dza tylko kur­tu­azyj­nie, zer­ka­jąc mu przy tym przy­jaź­nie w oczy.

- Ja. - Woj­tek po­twier­dza, że leci z po­wro­tem do domu, uśmie­cha się zdaw­kowo i od­cho­dzi w stronę bra­mek. Wy­rzuca na ta­śmę ska­nera me­ta­lowe rze­czy, sprzączka pa­ska ude­rza głu­cho o gumę pod­łoża, te­le­fon, ze­ga­rek. Od­ru­chowo prze­szu­kuje kie­sze­nie w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, co jesz­cze mo­głoby po­bu­dzić alarm bramki, lecz kie­sze­nie są pu­ste i tylko sa­motny wy­druk bi­letu smutno sze­le­ści na sercu. Jesz­cze za­le­d­wie parę kro­ków, a Woj­tek przej­dzie na drugą stronę, tam, gdzie sta­nie się bez­pieczny, chro­niony przed wła­snymi po­ku­sami. Już nie zdoła się cof­nąć, wyjść z lot­ni­ska, po­je­chać do miesz­ka­nia Silke, za­to­pić się w jej ciele, by ju­tro ra­zem wy­ru­szyć w nie­znane.

Bramka nie sta­wia oporu, mil­czy. Ro­sły ochro­niarz je­dy­nie prze­śli­zguje się po zna­jo­mej twa­rzy spoj­rze­niem i prze­pusz­cza Wojtka da­lej. On zbiera rze­czy z ta­śmy, upy­cha je po kie­sze­niach, sta­pia się z tłu­mem po­dró­żu­ją­cych. Ko­mórka drży w spodniach. Wia­do­mość od Ma­liny. Zdję­cie uśmiech­nię­tego Pio­tru­sia w ko­mu­nij­nej al­bie - wi­docz­nie już ją ode­brali. I za­raz nad­cho­dzi ko­lejna. Na­stępne zdję­cie syna? Nie, to Silke. Silke? I still feel you in my mo­uth. Woj­tek uśmie­cha się nie­znacz­nie, on także jesz­cze czuje w ustach jej smak, cień pod­nie­ce­nia wy­peł­nia sy­napsy mó­zgu. "To bę­dzie trudny week­end" - my­śli, na­ci­ska­jąc przy­cisk "ka­suj". W tym mo­men­cie czuje czy­jąś dłoń na ra­mie­niu. Od­wraca się.

- Prze­pra­szam, to chyba pana ga­zeta? Wy­su­nęła się panu z torby. - Dziew­czyna mówi po nie­miecku ze sło­wiań­skim ak­cen­tem. Nie jest tu­tej­sza. Zbyt śniada, zbyt szczu­pła. Drobna, taka, ja­kie on lubi. Na­tu­ralna. Na oko dwu­dziestka. Ubrana w wy­tarte dżinsy i sprany pod­ko­szu­lek. Stu­dentka? Tu­rystka?

- Tak, moja. Dzię­kuję bar­dzo - po­twier­dza Woj­tek i od­biera zgubę.

Tym­cza­sem gdzieś z tłumu wy­ła­nia się chło­pak w po­dob­nym wieku. Po­na­gla ją ręką.

- Da­ria, chodź już, spóź­nimy się.

A więc Po­lacy.

Ona uśmie­cha się prze­pra­sza­jąco i wy­co­fuje. Woj­tek kła­nia się nie­znacz­nie i mówi w ro­dzi­mym ję­zyku.

- Jesz­cze raz dzię­kuję.

Dziew­czyna sze­rzej otwiera oczy.

- To pan z Pol­ski? - Za­trzy­muje się w pół kroku i od­wraca do chło­paka. - Adam, sły­sza­łeś? Pan też jest z Pol­ski!

"I co da­lej?" - my­śli Woj­tek. Nie lubi ta­kich sy­tu­acji. Jakby spo­tka­nie ro­daka na lot­ni­sku było czymś nie­zwy­kłym. Jakby au­to­ma­tycz­nie na­le­żało się za­przy­jaź­nić z nowo po­zna­nym, bo on też zna smak kra­kow­skiej, wy­bo­ro­wej i ogór­ków ki­szo­nych. Uśmie­cha się krzywo.

- Tak, z Pol­ski.

Dziew­czyna się roz­pro­mie­nia. Te­raz wy­daje mu się jesz­cze ład­niej­sza. Ma w twa­rzy coś, co przy­po­mina mu... Jej to­wa­rzysz prze­dziera się przez od­gra­dza­jący ich do­tąd tłum i w końcu pod­cho­dzi bli­żej. Mie­rzy Wojtka ukrad­ko­wym spoj­rze­niem. Chwyta to­wa­rzyszkę za rękę i lekko cią­gnie do tyłu.

- Mu­simy już iść - po­na­gla.

- Pan też leci do War­szawy?

- Też. - Woj­tek wy­co­fuje się z przy­kle­jo­nym do twa­rzy sztucz­nym uśmie­chem.

- W ta­kim ra­zie... - Dziew­czyna chyba za­czyna ro­zu­mieć, że nie­zna­jomy nie ma ochoty na ja­łowe po­ga­wędki. - Do zo­ba­cze­nia w sa­mo­lo­cie.

Woj­tek w mil­cze­niu kiwa głową, od­wraca się na pię­cie i szybko od­dala. Do naj­bliż­szego ko­sza wy­rzuca ga­zetę. Wszystko mu jedno, czy tamta mała to za­uwa­żyła. Coś go w niej zi­ry­to­wało. Bez­po­śred­niość, mło­dość, a może to, że tak bar­dzo przy­po­mi­nała jego żonę sprzed lat, z cza­sów, kiedy się po­znali. Kiedy wszystko się za­częło.

***

Po­cząt­kowo nie zwró­cił na nią uwagi. Nie od razu. Dwa lata od niego młod­sza i ra­czej prze­cięt­nej urody. No, może i nie­brzydka, ale były ład­niej­sze. Ona po pro­stu nie rzu­cała się w oczy. Wtedy, na obo­zie że­glar­skim, znacz­nie bar­dziej po­do­bała mu się jej przy­ja­ciółka, Ka­ro­lina. Choć i tak to było bez zna­cze­nia, po­nie­waż jako in­struk­tor miał za­kaz wcho­dze­nia w bliż­sze re­la­cje z kur­sant­kami. Już dru­gie z ko­lei wa­ka­cje spę­dzał, pra­cu­jąc w ośrodku spor­to­wym w Wil­ka­sach. Lu­bił to, co ro­bił, i za­ra­biał cał­kiem nie­złe pie­nią­dze, więc nie za­mie­rzał się na­ra­żać dla wa­ka­cyj­nego ro­mansu. Praca była naj­waż­niej­sza. Od dziecka uczono go, że na wła­sne przy­jem­no­ści musi za­pra­co­wać.

Ro­dzi­com nie­spe­cjal­nie się po­wo­dziło. Wkrótce po zmia­nie ustroju, jako post­ko­mu­ni­styczny od­pad, oboje stra­cili cie­płe pań­stwowe po­sadki. Szcze­gól­nie dla matki był to cios. Wiele lat prze­pra­co­wała w Mi­ni­ster­stwie Kul­tury i Sztuki, a ta ro­bota to było całe jej ży­cie. Uwa­żała, że mi­sja ochrony kul­tu­ro­wego dzie­dzic­twa na­ro­do­wego zdej­muje z niej czer­wone piętno. Pra­co­wała nie dla do­bra to­wa­rzy­szy, lecz dla sztuki. Zresztą, ni­gdy nie za­pi­sała się do par­tii, cho­ciaż pew­nie dzięki temu za­szłaby znacz­nie wy­żej. Oczy­wi­ście po­przez samo za­trud­nie­nie była uwi­kłana w re­żi­mowe struk­tury wła­dzy, jed­nak za­wsze dy­stan­so­wała się od ko­mu­ni­stów. Cza­sami opo­wia­dała na­wet, że jest z po­cho­dze­nia szlach­cianką. Po­dobno przed wojną jej dziad­ko­wie mieli ma­ją­tek pod War­szawą, do­piero póź­niej ro­dzinę wy­własz­czono, dom za­re­kwi­ro­wano i urzą­dzono w nim punkt skupu zboża. Z ro­do­wych dóbr zo­stała je­dy­nie srebrna cu­kier­nica, z którą matka ob­cho­dziła się jak z re­li­kwią. Woj­tek miał wbi­jane do głowy, że gdyby nie PRL, gdyby nie ten ło­buz Sta­lin, to dzi­siaj ich ro­dzina coś by zna­czyła, no a tak... Może dla­tego matka tak lu­biła swoją bądź co bądź no­bi­li­tu­jącą pracę. Przed osiem­dzie­sią­tym dzie­wią­tym znała wielu uta­len­to­wa­nych pi­sa­rzy i in­nych róż­nej ma­ści ar­ty­stycz­nych po­pa­prań­ców. Na­wet dzia­dow­ską pen­sję re­kom­pen­so­wał jej ów nimb krę­gów kul­tu­ral­nych, w któ­rych ob­ra­cała się od czasu do czasu.

Z ko­lei oj­ciec ni­gdy nie miał am­bi­cji, żeby stać się kimś wię­cej. Przed upad­kiem ko­muny pra­co­wał w ad­mi­ni­stra­cji Te­atru Na­ro­do­wego, zwy­kła pa­pier­kowa ro­bota, nic nad­zwy­czaj­nego. To dzięki tej pracy w po­ło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych po­znał matkę. Byli kom­plet­nie nie­do­brani. On - du­sza to­wa­rzy­stwa, pro­sty, we­soły chło­pak, przyj­mu­jący ży­cie ta­kim, ja­kie jest, ona - tro­chę zbyt dumna, zbyt wy­nio­sła, chłodna, z pre­ten­sjami do lep­szego ży­cia. Jed­nak ja­koś się do­ga­dy­wali. Może na­wet ko­chali? Mieli te swoje bez­pieczne etaty, syna, nie­wielką sumę odło­żoną w PKO, dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie na Woli i zgni­ło­zie­lo­nego fiata 126p, nie­speł­nione ma­rze­nia o buł­gar­skich Zło­tych Pia­skach i te zre­ali­zo­wane - o Łe­bie i Ustro­niu. Sta­ty­styczna ro­dzina ide­al­nie wpa­so­wana w sza­ro­bury so­cja­li­styczny kra­jo­braz. A póź­niej wszystko dia­bli wzięli, a oni, do­bi­ja­jący do czter­dziestki, wy­lą­do­wali na bruku.

To oj­ciec wpadł na po­mysł roz­po­czę­cia wła­snej dzia­łal­no­ści. Gów­nia­nej, bo gów­nia­nej, ale przy­naj­mniej nie mu­sieli ko­rzy­stać z ku­ro­niówki. Woj­tek był jesz­cze w pod­sta­wówce, gdy otwo­rzyli przy Kroch­mal­nej, pod jed­nym z tych kil­ku­na­sto­pię­tro­wych mo­lo­chów z wiel­kiej płyty, skle­pik spo­żyw­czy. Matka la­men­to­wała. Uwa­żała, że to uwła­cza­jące, że ona, z ty­tu­łem ma­gi­stra, zo­stała zde­gra­do­wana do roli han­dlarki. Za to oj­ciec pierw­szy raz w ży­ciu jej nie po­słu­chał i ka­zał dumę scho­wać do kie­szeni. "Dumą jesz­cze nikt się nie najadł" - ma­wiał. Oczy­wi­ście, o pro­wa­dze­niu in­te­re­sów ro­dzice nie mieli po­ję­cia i może dla­tego, de­li­kat­nie rzecz uj­mu­jąc, na po­czątku szło im ra­czej ku­lawo. Woj­tek do­brze pa­mię­tał tam­ten okres, po­nie­waż od po­czątku po­ma­gał w skle­pie. Dla niego to był raj na ziemi z nie­ogra­ni­czo­nym do­stę­pem do gumy ba­lo­no­wej turbo i chru­pią­cych chio chip­sów o che­micz­nym po­smaku pa­pryki. Jako dzie­ciak na­prawdę lu­bił tam prze­by­wać i zu­peł­nie nie ro­zu­miał matki, która przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się oka­zji wy­mik­so­wała się z pro­wa­dze­nia sklepu, zo­sta­wia­jąc wszystko na gło­wie ojca. Sama za­ła­pała fu­chę tłu­ma­cza - bar­dzo do­brze znała an­giel­ski. Do­sta­wała zle­ce­nia od jed­nego z no­wych wy­daw­ców, któ­rzy hur­towo wrzu­cali różne har­le­qu­iny i inny za­chodni li­te­racki szmelc na pol­ski ry­nek. Jed­nak, choć po­pyt był ogromny i na­kłady roz­cho­dziły się w mgnie­niu oka, a matka nie­mal nie wsta­wała od wy­słu­żo­nej ma­szyny do pi­sa­nia, pie­nią­dze za­ra­biała nie­wiel­kie.

Woj­tek na po­czątku nie czuł się gor­szy od in­nych dzie­cia­ków. Wszy­scy mieli po równo. Rów­nie kiep­sko. Lecz im był star­szy, tym bar­dziej uwie­rał go brak pie­nię­dzy. Ro­dzice co po­nie­któ­rych ko­le­gów na fali prze­kształ­ceń do­ro­bili się ma­jąt­ków, po­bu­do­wali domy pod War­szawą albo ku­pili więk­sze miesz­ka­nia, i to nie w pro­sto cio­sa­nych sza­rych kloc­kach na daw­nych blo­ko­wi­skach, a na no­wych za­mknię­tych osie­dlach. Tym­cza­sem oni na­dal tkwili na czter­dzie­stu ośmiu me­trach Za Że­la­zną Bramą. Woj­tek rósł, ro­sły też jego pra­gnie­nia i po­trzeby. To były lata dzie­więć­dzie­siąte. Szczy­tem ma­rzeń była ko­mórka marki Erics­son, wielka czarna ce­gła, która bez prze­rwy tra­ciła za­sięg. Matka po­wie­działa, że je­śli Woj­tek chce ją mieć, to musi za­ro­bić, więc co­dzien­nie pro­sto po szkole gnał do sklepu po­ma­gać ojcu. Usta­wiał pro­dukty na pół­kach, prze­rzu­cał na wła­snych ra­mio­nach tony do­staw, ro­bił re­ma­nent, sprzą­tał, stał za kasą. Wy­ma­rzony te­le­fon ku­pił jesz­cze przed ma­turą. Był pierw­szą osobą w kla­sie, która miała ta­kie cudo. "Pie­nią­dze nie śmier­dzą, na­wet je­śli ich za­ro­bie­nie wiąże się z wy­cie­ra­niem za­ku­rzo­nych pó­łek po nad­gni­łych wa­rzy­wach. Cel uświęca środki, a żadna praca nie hańbi" - my­ślał wtedy, pre­zen­tu­jąc pę­ka­ją­cym z za­zdro­ści kum­plom ko­mórkę.

Do­piero na stu­diach, kiedy do­stał się na wy­ma­rzone SGH i po­znał Kon­rada, zro­zu­miał, że nie li­czy się sama kasa, bo­wiem ciu­ła­nie i ha­ro­wa­nie, na­wet je­śli przy­no­szą wy­mierne ko­rzy­ści, nie­wiele mają wspól­nego z pre­sti­żem. Pie­nią­dze same w so­bie się nie li­czą, ważny jest pre­stiż. Pre­stiż, który można so­bie za nie ku­pić. Pre­stiż - słowo wy­trych, które na­pę­dzało Wojtka przez całe do­ro­słe ży­cie.

Kon­rad miał wszystko. Bo­ga­tych sta­rych, ob­ra­ca­ją­cych się w krę­gach war­szaw­skiej so­cjety, odzie­dzi­czo­nego po matce opla ti­grę, w któ­rym jak korki od szam­pana strze­lały cnoty ko­le­ża­nek z wy­działu, no i non­sza­lancki sto­su­nek do pie­nię­dzy. Nie wy­ssał z mle­kiem matki kom­plek­sów i po­czu­cia niż­szo­ści - tak jak Woj­tek. Był pa­nem ży­cia i dla chło­paka z Woli sta­no­wił me­ta­forę wszel­kich pra­gnień. Dla Wojtka dwu­po­ko­jowe miesz­kanko, w któ­rym gnieź­dził się z ro­dzi­cami, i forsa o za­pa­chu ar­ty­ku­łów spo­żyw­czych z dnia na dzień stały się po­wo­dem za­że­no­wa­nia. Praca w skle­piku to był ob­ciach, i to ob­ciach, któ­rego nie mo­gły zma­zać ory­gi­nalne pięć­set je­dynki Le­visa czy per­fumy od Ver­sace. Po­trze­bo­wał za­ję­cia bar­dziej no­bi­li­tu­ją­cego, któ­rego nie mu­siałby się wsty­dzić! Am­bi­cje, do­tąd de­li­kat­nie bul­go­czące pod skórą, wez­brały i wy­lały się na po­wierzch­nię.

Za­czął skła­dać kom­pu­tery, giełda przy klu­bie Sto­doła to był jego ży­wioł. Każdy na wy­dziale wie­dział, że je­śli po­trzebny jest nowy sprzęt, to na­leży się z tym zwró­cić do Wojtka. Co week­end wsta­wał około pią­tej rano (albo wcale się nie kładł, tylko wprost z ca­ło­noc­nej im­prezy przy­cho­dził na plac) i bro­dząc w je­sien­nym bło­cie, od­mra­ża­jąc dło­nie na mro­zie albo mok­nąc w stru­gach wio­sen­nego desz­czu, do­bi­jał mniej­szych i więk­szych tar­gów. Ku­po­wał nowe i od­sprze­da­wał uży­wane czę­ści, do­bie­rał obu­dowy, twarde dyski, ko­ści pa­mięci, kla­wia­tury, my­szy. Na każ­dym zło­żo­nym kom­pu­te­rze miał około dzie­się­ciu, dwu­dzie­stu pro­cent. Po za­le­d­wie roku ku­pił punto. Nówkę z sa­lonu!

Je­dy­nie w wa­ka­cje na rynku kom­pu­te­ro­wym pa­no­wała sta­gna­cja. I wtedy za­częła się przy­goda Wojtka z że­glar­stwem. Ni­gdy wcze­śniej nie miał oka­zji że­glo­wać. Wy­da­wało mu się, że to taki eli­tarny sport, za­bawa dla wy­bra­nych. My­ślisz: jacht, a przed oczami stają ci no­wiut­kie mo­ka­syny, ko­szulki polo od Ralfa Lau­rena i keja w Sa­int-Tro­pez. Oczy­wi­ście w pol­skich re­aliach wy­glą­dało to zu­peł­nie ina­czej. Jed­nak gdy Kon­rad za­pro­po­no­wał mu wy­jazd na Ma­zury, Woj­tek był wnie­bo­wzięty. Przy­ja­ciel wkrę­cił ich do za­łogi pły­wa­ją­cej w Pu­cha­rze Pol­ski. To był fan­ta­styczny czas. Woj­tek ni­gdy nie czuł się tak wolny. Pa­nienki w każ­dym por­cie na szlaku Wiel­kich Je­zior. Im­prezy do rana, a póź­niej ry­wa­li­za­cja na wo­dzie. Szum spi­na­ke­rów, tur­kot korb w ka­be­sta­nach, wiatr we wło­sach. Był cał­kiem nie­zły w te klocki i na­prawdę lu­bił pły­wać, szkoda że forsy z tego nie było, ot, czy­sta re­kre­acja. Cza­sami tylko do­stali coś od spon­sora. A to sztor­miak z na­dru­kiem fir­mo­wym, a to no­tes i dłu­go­pisy - re­kla­mowe śmieci. Tym­cza­sem on po­trze­bo­wał pie­nię­dzy. Pie­nię­dzy! Ży­wej go­tówki. Dla­tego zro­bił upraw­nie­nia in­struk­tor­skie i znowu dzięki ukła­dom Kon­rada - za­cze­pił się w ośrodku nad Nie­go­ci­nem.

To był drugi se­zon pracy w szkółce że­glar­skiej i za­ra­zem ostat­nie ta­kie wa­ka­cje. Bez zo­bo­wią­zań, bez­tro­skie. W ko­lej­nym roku Woj­tek koń­czył stu­dia i pla­no­wał roz­po­cząć ka­rierę za­wo­dową z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Wtedy, na Ma­zu­rach, chciał tylko za­ro­bić, a w mię­dzy­cza­sie do­brze się ba­wić. Lecz po­ja­wiła się Ma­lina.

Ta­kich chęt­nych dziew­czyn jak ona Woj­tek miał wtedy na pęczki. Za­wsze się po­do­bał płci prze­ciw­nej: wy­soki, opa­lony, do­brze zbu­do­wany, ma­ło­mówny, przez co stwa­rzał wo­kół sie­bie aurę ta­jem­nicy. Na każ­dym tur­nu­sie tra­fiało się kilka pa­nie­nek, które bar­dzo szybko wsko­czy­łyby do jego koi. Ko­rzy­stał rzadko. Nie żeby mu w tym prze­szka­dzał krę­go­słup mo­ralny, za­wsze lu­bił seks bez zo­bo­wią­zań, lecz nie chciał za­dzie­rać z sze­fem. I fak­tycz­nie, nie prze­spał się wtedy z Mali, za to opę­dzić się od niej nie mógł.

Fajna była, za­bawna, po­zba­wiona kom­plek­sów, otwarta. Ukoń­czyła wła­śnie drugi rok prawa, cho­ciaż już wtedy prze­wi­dy­wała, że ra­czej ni­gdy nie bę­dzie pra­co­wać w za­wo­dzie. Bar­dziej in­te­re­so­wały ją sztuka, film, chciała stu­dio­wać hi­sto­rię te­atru, to oj­ciec na­mó­wił ją na prawo. Wła­dy­sław Do­brosz. Me­ce­nas Do­brosz. Ten Do­brosz. Je­den z naj­lep­szych praw­ni­ków w ca­łej War­sza­wie, pro­wa­dzący kan­ce­la­rię, która ob­słu­gi­wała wszyst­kie wcho­dzące na Pol­ski ry­nek mię­dzy­na­ro­dowe kor­po­ra­cje. Miał kasy jak lodu, lecz có­reczka ra­czej nie była tym ze­psuta. Do ma­jątku ojca miała sto­su­nek obo­jętny. Pie­nią­dze to prze­cież tylko pie­nią­dze, a forsa po pro­stu za­wsze w domu była i Mali ni­gdy nie za­wra­cała so­bie tym głowy. Ubie­rała się zwy­czaj­nie, może na­wet prze­sad­nie skrom­nie, jakby ją za­wsty­dzała wła­sna po­zy­cja ma­te­rialna. Nie lu­biła się wy­róż­niać wśród ró­wie­śni­czek, nie za­dzie­rała nosa. Wciąż bar­dziej przy­po­mi­nała dziecko niż ko­bietę.

Wtedy, na kur­sie, nie da­wała mu spo­koju. Za­wsze tak kom­bi­no­wała, żeby tra­fić do jego za­łogi. Wie­czo­rami wy­bie­rała w por­to­wej ta­wer­nie ten sto­lik, który są­sia­do­wał z jego sto­li­kiem. Ba­wiło go to i co tu dużo mó­wić, łech­tało mę­ską próż­ność. Kto nie lubi być ad­o­ro­wany? Długo opie­rał się jej umi­zgom. Aż w końcu pew­nego wie­czoru, kiedy był już tro­chę za­wiany, wy­cią­gnęła go na spa­cer nad je­zioro. Wo­koło spo­kój, gra­jąca ża­bim kon­cer­tem ci­sza, za­pach ta­ta­raku, łuna nad Gi­życ­kiem, gwiazdy nad głową i te od­bite w ta­fli Nie­go­cina; ni­gdy czło­wiek nie jest tak bli­sko nieba jak w sierp­niową noc nad je­zio­rem. Sie­dzieli ra­zem na po­mo­ście, mo­cząc nogi w chłod­nej wo­dzie, i pierw­szy raz tak na­prawdę ze sobą roz­ma­wiali. Bez wy­głu­pów, które to­wa­rzy­szyły im na łódce. Opo­wia­dali o swo­ich ma­rze­niach, o tym, jak chcą prze­żyć ży­cie. Czego się boją, czego skry­cie pra­gną. Al­ko­hol roz­wią­zał im ję­zyki. Póź­niej się ca­ło­wali. Długo. Na­mięt­nie. Gdyby tylko Woj­tek chciał, pew­nie do­szłoby do cze­goś wię­cej. Jed­nak wtedy jesz­cze nie chciał.

Ma­lina zdo­była pa­tent, kurs do­biegł końca, ich drogi się ro­ze­szły. Kiedy stra­cił ją z oczu, zro­zu­miał, że coś mu chyba umknęło, że może po­wi­nien ją w War­sza­wie od­szu­kać.

Nie szu­kał. I ciąg dal­szy nie na­stą­pił.

Nad­szedł ostatni rok stu­diów. Praca ma­gi­ster­ska, eg­za­miny koń­cowe. Wa­żyły się jego dal­sze losy. Ob­raz tam­tego sierp­nio­wego wie­czoru roz­ma­zy­wał się w nie­pa­mięci. Woj­tek nie miał czasu my­śleć o głu­po­tach.

Ich drogi skrzy­żo­wały się do­piero rok póź­niej. Przy­pad­kiem.

Świę­to­wał z kum­plami obronę dy­plomu i do­sta­nie się na staż do jed­nego z mię­dzy­na­ro­do­wych kon­cer­nów. Bar w Gro­und Zero spły­nął złotą te­qu­ilą. Głowę wy­peł­niła mu­zyka, krew w ży­łach za­pul­so­wała w rytm la­se­ro­wych świa­teł.

I wtedy ją zo­ba­czył.

Tym ra­zem nie miała spra­nych dżin­sów, te­ni­só­wek ani bluzy z kap­tu­rem, wło­sów po­tar­ga­nych wia­trem i spa­lo­nego słoń­cem nosa. Wy­glą­dała zu­peł­nie ina­czej niż pod­czas ubie­głych wa­ka­cji. W let­niej su­kience, na ob­ca­sach i z dys­kret­nym ma­ki­ja­żem nie była już dziew­czynką. Mali była ko­bietą. Ko­bietą, o ja­kiej nie śmiał ma­rzyć. Wła­śnie taką, ja­kiej pra­gnął, na jaką cze­kał... Prze­tań­czyli cały wie­czór. Nie­wiele roz­ma­wiali. Nie mu­sieli. Tam­tej nocy chyba oboje już wie­dzieli, że tym ra­zem ciąg dal­szy na­stąpi.

W końcu wszystko za­częło się ukła­dać tak, jak Woj­tek so­bie za­pla­no­wał. Po za­le­d­wie dwóch mie­sią­cach za­pro­po­no­wano mu stałą pracę w kor­po­ra­cji. Zo­stał przed­sta­wi­cie­lem han­dlo­wym, do­stał służ­bowy sa­mo­chód, lap­topa, ko­mórkę, sa­tys­fak­cjo­nu­jące pie­nią­dze. Miał tę swoją wy­ma­rzoną ka­rierę. I był nie­przy­tom­nie za­ko­chany.

Mali już wtedy do­stała od ro­dzi­ców miesz­ka­nie, stu­dio­wała na czwar­tym roku i na­mó­wiła go, by się do niej wpro­wa­dził. Bał się. Nie tyle tego wspól­nego za­miesz­ka­nia, ile po­zna­nia Do­bro­szów. To byli lu­dzie gra­jący w in­nej li­dze, po­cho­dzący z in­nego, nie­do­stęp­nego dla Wojtka świata. On - z blo­ko­wi­ska Za Że­la­zną Bramą, z oj­cem skle­pi­ka­rzem i nie­speł­nioną ar­ty­stycz­nie matką, która mar­no­wała wzrok nad prze­kła­dzi­kami miał­kich ksią­żek. I ona, Ma­lina - córka fa­ceta, który w je­den dzień za­ra­biał tyle, co oj­ciec Wojtka przez pół roku. Me­ce­nasa Do­bro­sza na pewno nie cie­szył wy­bór córki, ale mimo wszystko jako czło­wiek z klasą przy pierw­szym spo­tka­niu nie po­ka­zał po so­bie roz­cza­ro­wa­nia. W końcu Mali była już do­ro­sła, a ten cały La­sota miał dy­plom ukoń­cze­nia stu­diów i dużo am­bi­cji. Jej ro­dzice na pewno li­czyli wtedy, że się ta wielka mi­łość po­sy­pie.

Woj­tek i Ma­lina przez dwa lata żyli jak w bajce, za­pa­mię­tali ten czas jako naj­cu­dow­niej­szy okres ich związku. Ona stu­dio­wała, on pra­co­wał. Ba­wili się w do­ro­słość. Było im do­brze. Mieli wszystko: jako ta­kie pie­nią­dze i brak zo­bo­wią­zań.

Po stu­diach Ma­lina do­stała się na apli­ka­cję (kon­takty sta­rego tro­chę w tym po­mo­gły), lecz wy­niki eg­za­mi­nów przy­jęła bez en­tu­zja­zmu. Była już znu­dzona pra­wem, ale zu­peł­nie nie miała na sie­bie po­my­słu. Nie wi­działa się w kan­ce­la­rii ojca, nie nę­ciło jej bie­ga­nie po są­dach i grze­ba­nie w sto­sach pa­pie­rów. Cho­dziła do pracy jak na ścię­cie, za to przy­naj­mniej miała co ze sobą zro­bić, gdy Woj­tek na całe dnie wy­jeż­dżał służ­bowo poza War­szawę. Z każ­dym mie­sią­cem co­raz głę­biej wsy­sany w kor­po­ra­cyjne struk­tury, był go­ściem w domu. I to w ni­czym im nie prze­szka­dzało. Tę­sk­nili, wy­sy­łali so­bie czułe wia­do­mo­ści, a kiedy już wra­cał, nie wy­cho­dzili z łóżka. Mi­łość kwi­tła.

No i stało się.

Niby brała pi­gułki. A może jed­nak nie brała? Nie­ważne. Woj­tek nie był go­towy na tę ciążę. Wciąż nie my­ślał o za­kła­da­niu ro­dziny, we dwójkę było im prze­cież tak do­brze. Miał tyle ży­cio­wych pla­nów, tyle szcze­bli na­le­żało po­ko­nać, by je urze­czy­wist­nić. Jako praw­dziwy męż­czy­zna (jak śmiała się Ma­lina "ar­che­ty­powy") wszystko miał już za­pla­no­wane. Naj­pierw kupi więk­sze miesz­ka­nie, żeby nie mu­sieli sie­dzieć z Mali w tym za­fun­do­wa­nym przez jej ojca. Póź­niej zwie­dzą ra­zem świat, a jesz­cze póź­niej we­zmą ślub, wy­pra­wią huczne we­sele, po­my­ślą o dzie­ciach, a ona ni­gdy nie bę­dzie pra­co­wać.

Dla­tego wi­do­mość o dziecku nim wstrzą­snęła. A Ma­lina? Więk­szość przed­sta­wi­cieli ba­na­no­wej mło­dzieży, do któ­rej prze­cież na­le­żała, ni­gdy nie wy­cho­dzi z fazy szcze­nię­cej. Może dla­tego bez­re­flek­syj­nie, po dzie­cię­cemu, ucie­szyła się z tej ciąży. "Cu­downą" wia­do­mość prze­ka­zała mu pew­nego wie­czoru przy ko­la­cji. Świece, na­stro­jowa mu­zyka, du­pe­rele, a on tylko pa­trzył sze­roko otwar­tymi oczami na dwie kre­ski cy­ro­grafu ma­lu­jące się na pla­sti­ko­wej za­si­ka­nej płytce. W my­ślach krzy­czał: "Kurwa, kurwa, kurwa!". Prze­cież miał do­piero dwa­dzie­ścia osiem lat! Kto dzi­siaj tak wcze­śnie za­rzuca so­bie pęta ob­sra­nych pie­luch na szyję?!

Ona chyba do­strze­gła jego prze­ra­że­nie, bo wzięła go za rękę, uśmiech­nęła się po swo­jemu, słodko, cza­ru­jąco, i za­py­tała:

- Cie­szysz się?

Czuł się jak bo­żo­na­ro­dze­niowy karp za­mknięty w re­kla­mówce. Ze ści­ska­jącą wnętrz­no­ści wi­zją ry­chłego końca, z tru­dem ła­pał po­wie­trze.

- Tak, Mali, ko­cha­nie moje, bar­dzo się cie­szę.

"Kurwa mać!".

Nie było mowy, żeby po­wi­tali dziecko na świe­cie bez ślubu. Oj­ciec panny ucie­szył się na wieść o ciąży rów­nie mocno co wcze­śniej przy­szły zięć, jed­nak za­ci­snął zęby i z do­brze za­gra­nym en­tu­zja­zmem na na­la­nej twa­rzy wy­ło­żył kasę na we­sele.

Było hucz­nie, wy­staw­nie i bar­dzo świa­towo. Dwu­stu go­ści, dwa dziki z rożna i pięć kilo ka­wioru. Kró­lew­skie we­sele w stylu lon­dyń­skiej so­cjety od­było się w pa­łacu w pod­war­szaw­skiej Ja­błon­nej. Sto­łeczne to­wa­rzy­stwo bułkę przez bi­bułkę i "ą"-"ę" wy­be­kało ży­cze­nia bą­bel­kami dro­giego szam­pana, a do ko­tleta za­grała jedna z gwiaz­dek gosz­czą­cych na okład­kach bul­wa­ró­wek. Oj­ciec Wojtka, tro­chę onie­śmie­lony oto­cze­niem, spę­dził więk­szą część im­prezy na ławce w przy­pa­ła­co­wym parku, po­pi­ja­jąc chył­kiem whi­ska­cza wprost z bu­telki, którą zwi­nął ze stołu, a matka z ra­do­ści, że syn tak awan­so­wał spo­łecz­nie, nie­mal cały wie­czór prze­pła­kała.

I tylko pan młody, z przy­kle­jo­nym do twa­rzy nie­obec­nym uśmie­chem, wy­glą­dał na umiar­ko­wa­nie szczę­śli­wego. A prze­cież wła­śnie wże­nił się w for­tunę. Gdzieś z tyłu głowy kieł­ko­wała myśl, że od­tąd już za­wsze wszy­scy będą uwa­żali, że wszedł do tego świata bocz­nymi drzwiami. Przez łóżko i za­płod­nie­nie od­po­wied­niej ma­cicy. Choć prze­cież on na­prawdę Ma­linę ko­chał.

No wła­śnie.

Ko­chał czy ko­cha?

Da­rzy uczu­ciem tę ko­bietę, którą na­zywa żoną, która uro­dziła mu syna, z którą spę­dził ostat­nich dwa­na­ście lat? Czy tamtą dziew­czynę z prze­brzmia­łych, choć wcale nie tak od­le­głych cza­sów, kiedy wszystko wy­da­wało się znacz­nie prost­sze? Mali w wy­tar­tych dżin­sach, bez ma­ki­jażu. Kiedy nie było pęt i je­dwab­nej smy­czy od­po­wie­dzial­no­ści, kiedy am­bi­cje nie du­siły z taką mocą? Kiedy mógł, a nie mu­siał.

Wyj­muje z teczki iPada, spraw­dza za­pi­saną w skrzynce mej­lo­wej li­stę za­ku­pów dla żony. Ko­szyk w skle­pie bez­cło­wym za­peł­nia w eks­pre­so­wym tem­pie, za­sta­na­wia­jąc się, czy Ma­lina przy­pad­kiem nie ku­puje ko­sme­ty­ków na han­del, bo prze­cież twarz jed­nej ko­biety nie jest w sta­nie przy­jąć ta­kiej ilo­ści kre­mów. Ku­puje tro­chę sło­dy­czy dla syna. Dwie bu­telki whi­sky plus kilka mał­pek na po­dróż dla niego, na nerwy.

De­ko­ra­cje lot­ni­ska płyn­nie prze­cho­dzą w klau­stro­fo­biczne cy­garo ka­biny sa­mo­lotu: scho­wać ba­gaż, za­jąć miej­sce, za­piąć pasy. Sztucz­nie uśmiech­nięta ste­war­desa ma­cha dłońmi, na­kre­śla­jąc drogi ewa­ku­acji w ra­zie ka­ta­strofy. Bez­barw­nie wy­gła­sza swoje for­mułki o cu­dow­nym oca­le­niu za po­mocą ma­sek z tle­nem. Woj­tek pa­trzy na nią zo­bo­jęt­niały. Ob­ser­wuje ru­chy jej uma­lo­wa­nych na bla­do­ró­żowo warg, lecz nie sły­szy słów. Prze­cież i tak nikt się nie ura­tuje, je­śli spadną z dzie­się­ciu ty­sięcy me­trów. Pod­czas awa­rii je­dyne, co na­leży zro­bić, to zro­lo­wać pasz­port i wsa­dzić go so­bie w ty­łek, by uła­twić iden­ty­fi­ka­cję zwłok. Tego oczy­wi­ście ste­war­desy nie uczą.

Sil­niki wyją, zwięk­sza­jąc ob­roty, wcho­dzą w wi­bra­cje. Woj­tek przy­myka oczy. Po­spiesz­nie wy­pite bu­te­leczki al­ko­holu ko­ły­szą go do snu. Snu bez snów. Snu, w któ­rym nie ma Ma­liny, nie ma Silke. Jest tylko mętna, szara pustka za­pa­da­ją­cego po­nad Ham­bur­giem wie­czoru...

Śpi.

Śpi do czasu, aż padną słowa, które za­koń­czą je­den, a otwo­rzą ko­lejny roz­dział tej psy­cho­dramy.

- Pro­szę pań­stwa, za pięć mi­nut scho­dzimy do lą­do­wa­nia. Pro­simy o scho­wa­nie ba­gaży i za­pię­cie pa­sów. W War­sza­wie jest obec­nie pięt­na­ście stopni Cel­sju­sza, niebo bez­chmurne...

"Dom" - my­śli pół­przy­tom­nie. "Dom?".

***

Tak­sówka - wy­słu­żony mer­ce­des, w któ­rym na­wet smęt­nie dyn­da­jąca pod lu­ster­kiem wa­ni­liowa cho­inka nie jest w sta­nie za­bić smrodu dawno wy­pa­lo­nych pa­pie­ro­sów, mknie w kie­runku Mo­ko­towa. Do­piero dzie­wiąta wie­czór, a ulice są pu­ste, wy­lud­nione. W Eu­ro­pie Wschod­niej, gdy za­pada zmrok, sie­dzi się w domu przed te­le­wi­zo­rem. Kie­rowca traj­ko­cze nie­mi­ło­sier­nie:

- Skąd pan wraca? Na długo? A ładny ten Ham­burg?

Woj­tek od­po­wiada na py­ta­nia mo­no­sy­la­bami, więc tak­sów­karz wresz­cie milk­nie. Za­trzy­mują się pod apar­ta­men­tow­cem na za­mknię­tym osie­dlu.

- Je­śli po­czeka pan na mnie pięt­na­ście mi­nut, to bę­dzie jesz­cze kurs do cen­trum. - Woj­tek wci­ska fa­ce­towi w dłoń pie­nią­dze i wy­siada z tak­sówki, nie da­jąc mu szansy na od­po­wiedź. Wie, że po ta­kim na­piwku za­sta­nie tu auto za kwa­drans.

Przy­strzy­żone traw­niki, pod­świe­tlone punk­towo. Wy­ło­żone kostką alejki. Ele­wa­cja z pia­skowca. No­wo­bo­gacki en­to­urage. Woj­tek za­dziera głowę. Przez chwilę pa­trzy na ostat­nie pię­tro bu­dynku. Tylko w po­koju Pio­tru­sia wi­dać przy­ćmione świa­tło lampki noc­nej. Wzdy­cha, ru­sza­jąc do drzwi. Wszystko wy­daje się tu ta­kie ci­che i obce. Ten bu­dy­nek. I okna. Ciemne, pu­ste.

W któ­rym mo­men­cie prze­stał być tu­taj u sie­bie? Któ­rego dnia zro­zu­miał, że ani tu, ani przy Mi­stral­stra?e nie czuje się jak w domu? A może tu­taj ni­gdy nie miał praw­dzi­wego domu?

Od progu bu­dynku wita go por­tier. Z usłuż­nym uśmie­chem otwiera drzwi windy. Cały pen­tho­use na­leży do niego i Ma­liny. Miesz­ka­nie warte wię­cej niż pod­war­szaw­ski dom, o któ­rym kie­dyś ma­rzył, lecz ona nie chciała wy­pro­wa­dzać się z mia­sta. W środku chłodna ele­gan­cja, tro­chę jak z apar­ta­mentu na Man­hat­ta­nie. Żona wraz z de­ko­ra­to­rem wnętrz urzą­dziła wszystko z wiel­kim sma­kiem. Szkoda, że za­słony, lampy, lu­stra i ka­napy za­wsze wjeż­dżały do miesz­ka­nia pod­czas jego nie­obec­no­ści, że Woj­tek nie brał udziału w za­ku­pach i że nikt go nie py­tał, czy nowe na­bytki mu się po­do­bają. Fakt, było mu wszystko jedno. Ważne, że Mali miała przy tym tyle frajdy. Urzą­dziła więc miesz­ka­nie po swo­jemu. Ład­nie, ale bez­oso­bowo. Bez źle ska­dro­wa­nych fo­to­gra­fii ro­dzin­nych na ścia­nach, bez za­ku­rzo­nych pa­mią­tek usta­wio­nych bez ładu i składu na ko­mo­dach, ubrań na opar­ciach krze­seł, bez dro­bia­zgów, które od­zwier­cie­dla­łyby cha­rak­ter czy za­in­te­re­so­wa­nia miesz­kań­ców. Czy­sto, lśniąco, jak z wnę­trzar­skiego ko­lo­ro­wego ma­ga­zynu. I może dla­tego Woj­tek czuje się jak gość we wła­snym domu, jak tym­cza­sowy re­kwi­zyt, nie­har­mo­ni­zu­jący z resztą wnę­trza?

Drzwi windy otwie­rają się wprost w holu miesz­ka­nia. Woj­tek sta­wia wa­lizkę tuż przy wej­ściu, za­pala lampkę. Na od­głos za­su­wa­ją­cych się drzwi z ciem­no­ści ko­ry­ta­rza pro­wa­dzą­cego do pry­wat­nej czę­ści apar­ta­mentu wy­ła­nia się młoda ko­bieta. Przez chwilę w pół­mroku wy­daje się Wojt­kowi, że to Ma­lina, jed­nak gdy dziew­czyna pod­cho­dzi bli­żej, męż­czy­zna zdaje so­bie sprawę, że to Ali­cja. Nia­nia Pio­tru­sia, która zaj­muje się chłop­cem, gdy pla­nują z żoną wie­czorne wyj­ścia.

- Dzień do­bry, pa­nie Wojtku - wita go nieco za­wsty­dzona. Ona w kap­ciach, wy­god­nej blu­zie, z lekko po­tar­ga­nymi wło­sami, wy­gląda, jakby tu miesz­kała. On, sto­jący sztywno przy drzwiach, wciąż w płasz­czu, przy­po­mina nie­za­po­wie­dzia­nego go­ścia. - Pio­truś już śpi - kon­ty­nu­uje dziew­czyna. - Cze­kał na pana, ale chyba za dużo miał dzi­siaj wra­żeń i przed chwilą za­snął. Po­wie­dzia­łam mu, że na pewno pan go przyj­dzie po­ca­ło­wać, kiedy tylko pan wróci.

- Dzię­kuję. Pójdę do niego.

Woj­tek nie zdej­muje lek­kiego pro­chowca, wy­mija dziew­czynę i idzie w stronę po­koju syna, z któ­rego są­czy się na ko­ry­tarz cie­pły blask.

Chło­piec śpi w po­zy­cji em­brio­nal­nej, sku­lony. Przy­tula do twa­rzy plu­szową owieczkę, nieco już wy­tartą przez lata czu­ło­ści. Woj­tek ku­pił ją na lot­ni­sku i po­da­ro­wał syn­kowi po pierw­szym ty­go­dniu spę­dzo­nym w Ham­burgu. "Chyba jest już za duży na spa­nie z przy­tu­lanką" - my­śli, sia­da­jąc na skraju łóżka i wpa­truje się w spo­kojną twarz dziecka.

Pio­truś jest taki po­dobny do Ma­liny. Ma jej ciemne włosy i orze­chowe oczy, oliw­kową barwę skóry. Kie­dyś wy­ro­śnie z niego przy­stojny męż­czy­zna, lecz dziś jest tylko bez­bron­nym ma­łym chłop­cem. Chłop­cem nie­pla­no­wa­nym, któ­rego po­ja­wie­nia Woj­tek tak bar­dzo się bał, a któ­rego bez­wa­run­kowo po­ko­chał. Od pierw­szego wy­dar­tego z płuc krzyku. Od chwili, gdy ob­le­pio­nego ma­ziami pło­do­wymi wziął na ręce - to była je­dyna chwila w jego ży­ciu, gdy po­zwo­lił łzom spły­nąć po twa­rzy. Tego wzru­sze­nia nie po­tra­fił po­wstrzy­mać. Je­den je­dyny raz. Ni­gdy wię­cej nie pła­kał. Ani kiedy rok po na­ro­dzi­nach Pio­tru­sia na­gle na za­wał zmarła matka, ani gdy któ­rejś so­boty, ubie­głej je­sieni, obu­dzili się z Mali w łóżku mo­krym od krwi.

Bar­dzo chciał tam­tego dziecka. Tyle czasu się o nie sta­rali. Przy Pio­tru­siu Ma­lina nie miała żad­nego pro­blemu z zaj­ściem w ciążę, a póź­niej jakby coś się za­cięło w jej ciele. A on tak bar­dzo pra­gnął có­reczki. Ślicz­nej ma­łej dziew­czynki, którą mógłby roz­piesz­czać, którą mógłby ko­chać z taką mocą, jak kie­dyś ko­chał Ma­linę. Cho­ciaż gdyby to znowu był chło­piec, pew­nie też by się ucie­szył.

To nie był chło­piec. W osiem­na­stym ty­go­dniu można już stwier­dzić płeć. Gdy przy­je­chało po­go­to­wie, a sa­ni­ta­riu­sze zwieźli Ma­linę na no­szach do ka­retki, le­karz, ze­braw­szy po­pla­mione prze­ście­ra­dła wraz z za­war­to­ścią, po­wie­dział Wojt­kowi, że to była dziew­czynka. Dziew­czynka zbyt mała, aby dało się ją ura­to­wać.

Mali spę­dziła ty­dzień w szpi­talu i ja­kiś czas w ga­bi­ne­cie psy­cho­loga. Może po­wi­nien był wtedy prze­my­śleć dal­szy po­byt w Ham­burgu, lecz za każ­dym ra­zem, kiedy o tym wspo­mi­nał, za­pew­niała go, że świet­nie so­bie ra­dzi. Że roz­mowy z psy­cho­lo­giem przy­no­szą re­zul­taty, dają uko­je­nie. Czy dały...? Woj­tek wiele razy chciał z nią o tym po­roz­ma­wiać, ale po pro­stu nie po­tra­fił. Gdy tylko pró­bo­wał wspo­mnieć o tam­tym po­ranku, słowa sta­wały mu w gar­dle. Czy roz­dra­py­wa­nie ran mo­głoby im w czymś po­móc? Tam­tego dnia nie tylko umarło ich dziecko. Skoń­czyło się coś jesz­cze.

Może nie po­wi­nien był się z tym go­dzić? Może na­le­żało po­zwo­lić so­bie na płacz, na krzyk. A jed­nak mil­czał. Po­dob­nie jak Mali. Ni­gdy wię­cej nie wra­cali do te­matu dziecka. Nie­na­ro­dzo­nego, po­ten­cjal­nego... Woj­tek po­go­dził się, że nie bę­dzie miał córki.

Ma za to ślicz­nego synka, któ­rego wi­duje raz w ty­go­dniu. Raz w ty­go­dniu gra rolę ojca. Stara się nad­ra­biać stra­cony czas, choć już od dawna ro­zu­mie, że to nie­moż­liwe. Tak bar­dzo go ko­cha. Ko­cha go? Na­prawdę...? Oczy­wi­ście, że tak. Czyż nie przy­wozi mu co ty­dzień pre­zentu, czy nie płaci za naj­lep­szą szkołę, nie za­biera na za­gra­niczne wa­ka­cje? Prze­cież ta praca, ten Ham­burg, to wła­śnie dla Pio­tru­sia, żeby dać mu wszystko, wszystko, co można ku­pić za pie­nią­dze. Woj­tek daje mu prze­cież wszystko. Wszystko prócz swo­jego czasu...

Jesz­cze chwilę sie­dzi, wpa­tru­jąc się w cień rzu­cany przez dłu­gie rzęsy na po­liczki syna. Na­chyla się, ca­łuje go w czoło. Pod­nosi z pod­łogi książkę, którą Pio­truś za­pewne czy­tał z nia­nią przed snem. Sta­wia ją na półce, po­mię­dzy in­nymi ksią­żecz­kami, i wy­cho­dzi na pal­cach z po­koju.

- Na­pije się pan kawy? - Ali­cja oparta o blat kuchni, oświe­tlo­nej je­dy­nie przez pod­szaf­kowe ha­lo­geny, wpa­truje się w kon­tro­lki mi­ga­jące na eks­pre­sie.

- Nie, dzię­kuję. - Woj­tek od­dy­cha ciężko, od­ru­chowo przy­gła­dza­jąc włosy i po­pra­wia­jąc płaszcz. - Mu­szę le­cieć. Żona na mnie czeka.

- Na wszelki wy­pa­dek zo­sta­wiła panu ad­res. - Dziew­czyna od­wraca się od eks­presu i po­daje mu żółty kar­te­lu­szek. - Wy­szła po siód­mej. Po­dobno ta im­preza miała się za­cząć o ósmej. Jest pan więc spóź­niony.

- Nie szko­dzi - mówi z nie­ukry­waną drwiną. - Nie­spe­cjal­nie mnie ta­kie im­prezy in­te­re­sują.

- To pre­miera ja­kiejś książki, tak?

- Aha, obie­cu­jący de­biut. Przy­ja­ciółka żony zaj­mo­wała się tek­stem, mój przy­ja­ciel jest wy­dawcą, dla­tego mu­szę się po­ka­zać choćby na chwilę.

Chowa kartkę z ad­re­sem do we­wnętrz­nej kie­szeni ma­ry­narki. I wtedy na­tra­fia na za­po­mnianą ko­pertę.

Pa­pier jest na­grzany od kon­taktu z cia­łem. Wy­daje się nie­mal go­rący. Pa­rzy palce. Woj­tek stara się za­cho­wać nie­wzru­szony wy­raz twa­rzy. Od­pę­dzić od sie­bie tam­ten ob­raz: sto­lik w re­stau­ra­cji, zde­cy­do­wane spoj­rze­nie Silke, szminka roz­ma­zana wo­kół ust.

Uciec!

Tak roz­pacz­li­wie chciałby w tej chwili uciec...

Od­ru­chowo gła­dzi pal­cem rant ko­perty.

- Będę już le­ciał. Tak­sówka czeka. Je­śli Pio­truś się obu­dzi, pro­szę mu po­wie­dzieć, że tata... Albo pro­szę nic nie mó­wić.

Szyb­kim kro­kiem pod­cho­dzi do drzwi windy. Otwie­rają się pra­wie na­tych­miast.

- Uda­nej za­bawy. - Sły­szy jesz­cze za ple­cami, za­nim winda za­cznie opa­dać.

***

Im bli­żej są cen­trum, tym bar­dziej mia­sto ożywa. Wio­sna do­piero na­de­szła, a już na przy­bru­dzone tro­tu­ary wy­peł­zły ka­wiar­niane sto­liki. Pod bud­kami z ke­ba­bem kłębi się wy­głod­niały tłum piąt­ko­wych im­pre­zo­wi­czów.

Tak­sówka za­trzy­muje się na jed­nej z nie­wiel­kich uli­czek. Do­okoła stare ka­mie­nice. Z co dru­giej wy­lewa się ko­lo­rowe świa­tło ka­wiarni i ba­rów. Przed wej­ściem do lo­kali go­ście za­ży­wają świe­żego po­wie­trza i sub­stan­cji smo­li­stych. Na za­cho­dzie pa­le­nie na­prawdę jest passe, ale tu­taj chyba na­dal nikt się nie przej­muje ra­kiem, który nie­po­strze­że­nie wgryza się w ko­mórki płuc.

- Je­ste­śmy na miej­scu - oznaj­mia tak­sów­karz, ale Woj­tek nie re­aguje.

- Do­je­cha­li­śmy - po­wta­rza gło­śniej i do­piero te­raz pa­sa­żer od­rywa ma­towe spoj­rze­nie od szyby. Nie­obecny wzrok prze­nosi na kie­rowcę. Wy­ciąga pie­nią­dze. I mówi coś, co wy­pływa z ust jakby bez jego udziału:

- Pro­szę jesz­cze chwilę po­cze­kać. Je­śli nie wrócę za pięć mi­nut, jest pan wolny.

Wy­siada. Na ele­wa­cji bu­dynku od­szu­kuje szyld z na­zwą lo­kalu. Przy­staje parę me­trów przed ogrom­nymi oknami, za któ­rymi od­bywa się im­preza. We wnę­trzu pa­nuje na­stro­jowy pół­mrok, sły­chać mu­zykę. Wśród tłumu go­ści, w cen­tral­nym punk­cie sali, przy sto­liku, na któ­rym pię­trzą się książki w krzy­kli­wych okład­kach, sie­dzi śliczna ko­bieta. Z nie­na­tu­ral­nym ru­mień­cem roz­ma­wia z kil­koma oso­bami. To pew­nie Dagma, któ­rej de­biut tak hucz­nie dziś świę­to­wano. Reszta to­wa­rzy­stwa (Woj­tek do­strzega kilka zna­jo­mych twa­rzy) po­roz­ła­ziła się po ką­tach. Część ofi­cjalna zo­stała już za­koń­czona. Przy sto­liku w głębi na roz­le­głej so­fie sie­dzi Ka­rola. Wy­gląda ja­koś blado na tle pur­pu­ro­wego obi­cia ka­napy. Obok jej brat, Da­niel. Sie­dzą koło sie­bie, jed­nak nie roz­ma­wiają. On ner­wowo ob­raca pla­sti­ko­wym mie­sza­deł­kiem w szklance i błą­dzi spoj­rze­niem po sali. Ona, jakby czymś po­ru­szona, przy­gląda się kilku pa­rom tań­czą­cym na środku. W przy­ga­szo­nym świe­tle trudno roz­róż­nić zwarte ciała.

A oto i ona, Ma­lina.

Przy­tu­lona do Kon­rada, a może przez niego pod­trzy­my­wana. Z głową ciężko opartą o jego ra­mię. Przy­ja­ciel coś szep­cze jej na ucho. Lekko ją od sie­bie od­suwa, za­gląda jej w oczy. Znowu coś mówi, po czym - jak bez­wolną ku­kiełkę - od­pro­wa­dza ją do sto­lika, przy któ­rym sie­dzą Ka­ro­lina z Da­nie­lem. Żona ciężko osuwa się na sofę. Rysy jej twa­rzy wy­dają się roz­myte, obce, stę­żałe, uśmie­cha się do zna­jo­mych w dziwny, nie­na­tu­ralny spo­sób. Tym­cza­sem Kon­rad na­chyla się do Ka­ro­liny i coś mówi, wska­zu­jąc na Mali. Póź­niej prze­ci­ska się przez tłum w stronę wyj­ścia.

Woj­tek robi krok do tyłu. Wie, że za jego ple­cami tak­sów­karz na­dal czeka.

W skro­niach krew in­ten­syw­nie pul­suje. Ci­śnie­nie w ży­łach na­ra­sta i roz­piera je bo­le­śnie. Od­dech staje się szyb­szy, ner­wowy.

Woj­tek pa­trzy jak za­hip­no­ty­zo­wany w kie­runku czer­wo­nej ka­napy, na któ­rej sie­dzi Ma­lina. Nie jego Ma­lina. Wrak Ma­liny. Obca ko­bieta. Nie­szczę­śliwa? Odarta z daw­nego uroku i pra­gnień. Jest zbyt szczu­pła. Nie­zdrowo chuda. Wy­gląda staro. Przy­gnę­bia­jąco i staro. Ża­ło­śnie? Może to przez ten smu­tek jej twarz zdaje mu się taka obca? A może dla­tego, że jest pi­jana?

Od­wraca się w stronę ulicy i w kilku kro­kach stoi przy sta­rym mer­ce­de­sie. Chwyta za klamkę.

- Woj­tek?! - Głos Kon­rada od­bija się od ścian po­bli­skich ka­mie­nic. Sły­chać, jak męż­czy­zna szyb­kim kro­kiem zbliża się do za­par­ko­wa­nego przy kra­węż­niku sa­mo­chodu. Wy­ciąga dłoń i kła­dzie na ra­mie­niu przy­ja­ciela. De­zer­tera. - Woj­tek, to ty? - pyta z cie­niem zdzi­wio­nego uśmie­chu, a de­zer­ter od­wraca się w jego stronę bez słowa. - Cze­ka­li­śmy na cie­bie. Ma­lina cze­kała - cią­gnie Kon­rad, przy­glą­da­jąc się przy­ja­cie­lowi, a z jego twa­rzy spełza ra­dość. - Czy ty...? Jest fajna im­preza... Czy ty nie za­mie­rza­łeś wejść do środka?

Mil­czą, mie­rząc się spoj­rze­niem. Woj­tek prze­gląda się w roz­sze­rzo­nych źre­ni­cach przy­ja­ciela.

- Woj­tuś... - Kon­rad marsz­czy brwi - Co ty, kurwa, od­pier­da­lasz?

- Nie mogę, stary... Po pro­stu nie mogę tam wejść. Nie mam na­stroju na za­bawę. Ja...

- Co ty pie­przysz?! Prze­cież tu nie o za­bawę cho­dzi, ona tam czeka! Na cie­bie czeka! - Kon­rad ła­pie go za dłoń i lekko po­ciąga.

- Daj spo­kój. - Woj­tek się wy­rywa. - Po­ga­damy, kiedy doj­dziesz do sie­bie.

- Je­stem zu­peł­nie trzeźwy. Nic nie pi­łem.

- Nie pi­łeś, ale wy­trzyj nos.

Przy­ja­ciel od­ru­chowo do­tyka nosa. Nie­moż­liwe, żeby było coś wi­dać, za­wsze to spraw­dza w lu­strze za­raz po tym, jak wcią­gnie.

- Po­wiedz mi przy­naj­mniej, co jest grane? Co mam jej po­wie­dzieć? Dla­czego nie wej­dziesz i do­kąd się w ta­kim ra­zie wy­bie­rasz? Co z Mali?! Ona jest zu­peł­nie za­lana.

- Do­pil­nuj, żeby wsia­dła do tak­sówki.

- To jest twoja żona, do cho­lery!

Woj­tek opiera się o ka­ro­se­rię. Spusz­cza głowę.

- Po pro­stu mu­szę je­chać.

- Do­kąd? O tej po­rze?

- Mam sa­mo­lot.

- Sa­mo­lot?!

- Na­prawdę nie mam te­raz czasu... - Otwiera drzwi tak­sówki.

- Ty ją zo­sta­wiasz, prawda? Zo­sta­wiasz Ma­linę. Dla tam­tej...

Ci­sza. Woj­tek wsiada do sa­mo­chodu.

- Po­ga­damy in­nym ra­zem. - Za­trza­skuje drzwi i rzuca w kie­runku kie­rowcy: - Na lot­ni­sko.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki