18:00.
Zamknęła za sobą drzwi dyżurki. W środku pachniało kawą z termosu i środkiem do dezynfekcji rąk. Świetlówka nad tablicą bzyczała jednostajnie - dźwięk jak cienki drut naciągnięty w poprzek wieczoru. Joanna przypięła identyfikator do kitla, odłożyła telefon ekranem do dołu. Na planie dnia równiutkie kolumny: leki, obchód, przyjęcia, konsultacje - żadnej kolumny "cuda".
- Dobry wieczór, pani doktor - powiedziała dyżurna pielęgniarka, Ewa, bez zbędnych uśmiechów. - Mamy trzech do pilniejszej oceny.
- Słucham.
- Nowy z SOR-u: 31 lat, bezsenność od 6 nocy, lęk, kołatanie, energetyki + alkohol "na sen". Brał kiedyś escitalopram, sam odstawił.
- Dobrze.
- Druga: pani Helena, 67 - po zapaleniu pęcherza, majaczenie? Łapie nocą rzeczy z powietrza, myli miejsca. Rodzina prosi "żeby ją uspokoić".
- Okej, najpierw wykluczamy somatykę.
- Trzeci: pan Jan, już pani znany z konsultacji, znowu pobudzony wieczorami, mówi "że słyszy", ale współpracuje. Risperidon odstawiony, bo "źle się po nim czuje".
Joanna skinęła. - Zaczynamy od SOR-u.
1) SOR ? przyjęcie
Chłopak wyglądał na starszego niż jego PESEL. Palce drżały mu jak po zbyt mocnej kawie, w ustach chemiczny zapach napojów energetycznych. W tle monitor bił równą linię tętna.
- Ile spał pan w ostatnią noc?
- Zero. Znaczy... przysypiam i zrywam się. Myśli lecą.
- Myśli w rodzaju "coś mi się stanie", czy "coś zrobię"?
- Raczej że serce stanie. I że zwariuję.
- Alkohol?
- Dwie puszki piwa "na sen". I te... shoty.
- Leki kiedykolwiek?
- Był escitalopram. Pomagało. Odstawiłem, bo było dobrze.
Badanie krótkie, precyzyjne: drżenia, pocenie, wzmożone napięcie, myśli napędowe, ale bez wątków urojeniowych, bez myśli samobójczych. Tętno szybkie, oddech płytki.
- Zrobimy EKG, elektrolity, TSH, glukozę. Dziś uspokajamy ciało - powiedziała spokojnie. - Hydroksyzyna na lęk, na noc trazodon lub mirtazapina - omówimy po EKG. Zero energetyków, zero alkoholu. Jutro wróci temat leczenia przewlekłego - myślę o SSRI.
Chłopak skinął z ulgą, jakby ktoś wreszcie mówił językiem, który zna.
Kiedy podpisywała zgodę na przyjęcie, świetlówka mrugnęła i od razu wróciła do rytmu.
2) Oddział żeński ? majaczenie?
Pani Helena w fotelu, dłonie jak małe ptaki, co chwytają powietrze. Na stoliku kubek niedopitej herbaty. Oczy szerokie, ale zgubione.
- Gdzie pani jest?
- U siostry... znaczy u córki... to nie mój pokój.
- Dziś pani dzień czy noc?
- Noc. A może południe.
Wywiad przez telefon z rodziną: zakażenie układu moczowego wczoraj, antybiotyk od lekarza rodzinnego. Od dwóch nocy odkleja się od rzeczywistości. W badaniu: fluktuacja uwagi, odwracalne luki, brak wyraźnych objawów psychotycznych sprzed epizodu.
- Zlecamy badania: CRP, morfologia, elektrolity, mocz do posiewu. Proszę o nawodnienie, higienę snu - noc ciemna, dzień jasno. Na noc - delikatna sedacja (myśl: mała kwetiapina lub tiapryd, bez dawek; unikać polipragmazji). Bezpieczne środowisko, orientacja w realności.
Pielęgniarka Ewa już notuje. - Damy tabliczkę z datą przy łóżku. I zdjęcie córki, jeśli rodzina przywiezie.
Joanna dotknęła wezgłowia, jakby sprawdzała jego stabilność. Mrok w korytarzu stał gęstszy; z daleka dobiegał stuk kółek wózka, potem cisza.
3) Oddział męski ? pan Jan
23:40. Pan Jan siedział na brzegu łóżka, gumka recepturka znów pstrykała o przegub - rytm, który boli, ale uspokaja.
- Dobry wieczór, panie Janie.
- Pani doktor... kto ma uszy... - urwał i uśmiechnął się w pustą ścianę. - Wiem, że to teksty w głowie.
- Co pan słyszy dokładnie?
- Jak radio między stacjami. Najgorzej w nocy.
- Leki?
- Risperidon mnie zamyka. Nie jestem sobą.
- Mamy inne opcje. Kwetiapina, olanzapina - porozmawiamy, co pan znosi. Myślę też o depo później, ale najpierw wróćmy do snu. Dziś zrobimy mieszankę na uspokojenie. Jutro konsylium o 9:00, przyjdę osobiście.
Pokiwał głową. Oczy miał zmęczone, ale nie rozbite. Na ścianie nad jego łóżkiem krucyfiks rzucał krótki cień - świetlówka znów drgnęła i znieruchomiała.
- Proszę nie zostawiać mnie samego - powiedział nagle.
- Nie zostawiamy. Pani Ewa jest za ścianą, ja w dyżurce. Jak coś - dzwonek.
Wychodząc, Joanna poczuła napięcie w karku - to, które pamięta z oddziałów, gdzie noc trwa dłużej niż zwykle. Nic nadzwyczajnego, powiedziała sobie. Mózg robi swoje sztuczki po zmroku.
4) Korytarz, 02:59
Woda w czajniku zawrzała i kliknęła. W dyżurce pachniało herbatą. Ktoś z daleka zapłakał w ścianę - równym, krótkim dźwiękiem, jak pacierz bez słów. Joanna zerknęła na zegar: 02:59. Pomyślała o kortyzolu, o rytmac h dobowych, o wszystkim, co znała na pamięć z podręczników i z ojca-internisty: najpierw ciało, potem reszta. Zapisała w karcie SOR-owca: bezsenność indukowana stymulantami + lęk napadowy; sedacja nocna, psychoedukacja; kontrola za 12 h. U pani Heleny dopisała: delirium? - w kierunku somatycznym, i strzałki do badań.
Z męskiego dobiegało pstrykanie gumki. Zwolniło. Ucichło.
5) 06:10 - Poranek, plany
Światło poranka wlewało się w korytarz bladym pasem. Papierologia najgorszą część miała za sobą. Ewa przyniosła listy leków; Joanna skreśliła jedną pozycję, dopisała drugą. Bez dawek na głos; wszystko w karcie.
- Ten młody z SOR-u zasnął po leku - zameldowała Ewa. - EKG w normie.
- Dobrze. Jutro porozmawiamy o powrocie do SSRI, bez kombinacji.
- Pani Helena miała lepszą godzinę około trzeciej, potem znów się zgubiła.
- Jak przyjdzie rodzina, proszę o zdjęcia, gazeta, zegar przy łóżku. To wraca ludzi.
- Pan Jan - jedna pobudka, bez agresji.
- Rano siądziemy i zdecydujemy o zmianie leku.
Joanna zaniosła dokumenty do gabinetu ordynatora. Drzwi lekko zaskrzypiały.
- Noc? - zapytał Meller, podnosząc wzrok znad papierów.
- Spokojna jak na dyżur. Trzech do prowadzenia: bezsenność/lęk; delirium po infekcji; schizofrenia - brak tolerancji risperidonu.
- Brzmi przyziemnie. I dobrze - kiwnął. - O dziewiątej przyjmujemy. Proszę zwołać rodzinę pani Heleny. I pomyśleć o psychoedukacji dla młodego.
- Zrobione.
Wyszła, zamykając za sobą miękko. W korytarzu poranek słuchał, jakby sprawdzał, czy noc ma coś jeszcze do powiedzenia. Świetlówka zamilkła - rozpalone słońce nie potrzebowało jej bzyczenia. Joanna rozejrzała się po oddziale: białe drzwi, podłoga jak tafla, lampka w kaplicy naprzeciw. Nic niezwykłego. Tylko to, co zawsze: ludzki mózg w nocy i ludzkie historie w dzień.
W notatniku, którego zwykle nie używała, zapisała jedno słowo, żeby pamiętać o prostych rzeczach, zanim wejdzie nauka: "Słuchać." Potem zamknęła okładkę i poszła budzić rano.
Noc druga
18:05.
Drzwi dyżurki domknęły się miękko. Ten sam zapach środka do rąk i herbaty, ten sam plan dyżuru przypięty pinezkami. Joanna odłożyła kurtkę, przeleciała wzrokiem grafiki. Ewa wpadła na sekundę - szybka, rzeczowa.
- Na dziś: pan Jan - prosił, żeby go pani zobaczyła "przed nocą"; pani Helena po antybiotyku - lepiej w dzień, gorzej wieczorem; z SOR-u przychodzi nowy: 54 lata, były motorniczy, trudności ze snem, "głosy z komentarzem".
- Najpierw Jan - zdecydowała. - Potem motorniczy.
1) Pan Jan: "inna stacja"
18:40. Siedział przy stoliku pod oknem, zamiast gumki miał w dłoni bilet komunikacji - pognieciony, przesuwany w tę i z powrotem.
- Chciałem przed tym... - skinął na okno, gdzie już szarzał korytarz. - W dzień ciszej.
- Co pana dziś męczy najbardziej?
- Jakby ktoś nadawał między stacjami. Nie obrazy. Komentarz. O tym, co robię. Że jak kubek podniosę, to "no proszę, udaje normalnego".
- Zdarzały się groźby?
- Nie. Bardziej... drwina. - Zawahał się. - I jedno zdanie, które nie pasuje.
- Jakie?
- "Nie odpuszczacie - więc jesteście moi." - Uśmiechnął się krzywo. - Głupie, co? Pewnie z telewizji.
- Zanotuję. - Joanna odruchowo podkreśliła frazę w karcie. - Porozmawiamy rano o zmianie leku. Dziś - sen.
- Pani doktor... - podniósł bilet do oczu, jakby czytał z niego mały druk. - O trzeciej jest najgorzej. Zawsze. Jak przełączają noc.
Kiwnęła. Znała te godziny z podręczników i z nocy, kiedy nawet ściany mają cień gęstszy niż zwykle.
2) Nowy przyjęty: motorniczy
19:20. Mężczyzna o szerokich dłoniach, brązowe plamy od słońca na skórze. Kurtka z odznaką zajezdni, od której trudno było mu się rozstać.
- Pracowałem nocami. Twardy byłem. Teraz... - stuknął w skroń. - Komentują. Mówią "lewo", "prawo", jak zwrotnica.
- Kiedy się zaczęło?
- Po zwolnieniu. Cisza w domu. Myśli jak tramwaje bez hamulców.
- Alkohol? Substancje?
- Nie. Tylko kawa.
- Dziś zrobimy badania, porozmawiamy o leczeniu, które nie zamyka człowieka w środku. Będzie pan miał spokój na noc.
- Spokój... - powtórzył, jakby testował słowo na języku.
Joanna zapisała: urojeniowo-halucynacyjny wzorzec, bez wrogich głosów; napięcie nocne; brak nadużyć; wywiad socjalny: izolacja po utracie pracy. Dla pielęgniarek: stały kontakt, bez dyskusji z treścią głosów; podanie leków uspokajających na noc; bezpieczne otoczenie.
3) Pani Helena: "nitka"
20:15. Siedziała już spokojniej. Na stoliku zdjęcie córki, które przywiozła rodzina. Świetlówka odbijała się w szkle ramki.
- Kto to? - zapytała Joanna, wskazując zdjęcie.
- Moja... - zamyśliła się. - Jadwiga. - Właściwe imię wróciło po chwili.
- Dziś noc ciemna, dzień jasny. Czasem pamięć wraca po nitce.
Pani Helena uśmiechnęła się jak dziecko, kiedy przypomina sobie zasłyszany wierszyk. Na karcie - delirium stopniowo ustępujące; kontynuować leczenie przyczynowe; wspierać orientację.
4) Korytarz: gęstość nocy
22:50. Oddział ściszył się do minimum: oddechy, przejścia pielęgniarek, kółka wózków jak odległa burza. Joanna siedziała w dyżurce nad dokumentacją. W pewnym momencie usłyszała szept z żeńskiego: rytm "Ojcze nasz", ale coś w nim było przesunięte - jakby jedna nutka nie trafiała w miejsce.
Zajrzała. Młoda pacjentka w szlafroku przesuwała w palcach paciorki - nie różaniec, tylko gumkę, jakby to ją miało policzyć do końca.
- Dobranoc - powiedziała Joanna.
- "...jako i my... nie." - Dziewczyna urwała i schowała dłoń pod koc. - Przepraszam.
- Nic się nie stało.
Wychodząc, Joanna poczuła na karku to samo nieprzyjemne napięcie co wczoraj. Znała jego neurologię. Nie miało w sobie cudowności - miało biologię. A jednak.
5) 02:59 ? 03:00
Zegar nad dyżurką tykał wyraźniej, jakby wszedł w inną głośność. Ewa dolała herbaty i mruknęła:
- Zaraz trzecia.
W męskim rozległ się krótki trzask. Joanna wyszła, zanim dźwięk zdążył opaść. Drzwi do sali Jana były uchylone. Siedział na łóżku, plecy wyprostowane, dłonie na kolanach. Nie pstrykał gumką. Patrzył w punkt nad drzwiami, jakby tam wisiała kamera.
- Panie Janie?
- "Nie wyście mnie wybrali..." - powiedział cicho, bez patrzenia na nią. - To nie moje słowa.
- Czyj głos?
- Taki, co zna moje wstydy. Jak księgowy, co sprawdza rachunki. I się śmieje. - W końcu odwrócił głowę. - Ale powiem pani coś, co nie pasuje: "O piętnastej jest najciszej". Nieprawda. W domu zawsze było najgłośniej po piętnastej.
Joannie przez moment wyślizgnęło się z głowy, że on nie wie, jak bardzo trzecia i piętnasta potrafią wracać ludziom innymi drzwiami.
- Spróbujemy znaleźć lek, po którym będzie pan sobą. A teraz - to mijanie trzeciej pomoże.
- Pani doktor... - Wskazał bilet, który znów miał w palcach. - Mogę go pani zostawić? Jak... przystanek.
- Zostawi pan u mnie w dyżurce. Oddam rano.
Wróciła. Bilet położyła obok kluczy. Papier był ciepły, jakby niósł w sobie gorączkę.
Z żeńskiego dobiegł krótki pisk - nie ludzki, świetlówka. Potem cisza. Potem głos:
- Marek, nie idź.
Joanna zamarła w progu. Pani Helena przewróciła się na bok, zasłoniła oczy przed lampką i zasnęła. Proste, banalne zdanie - imię, które dla obcych nic nie znaczy. A jednak w Joannie drgnęła stara struna.
Do rana już nikt nie wzywał.
6) Poranek: rozmowa
08:20. Gabinet ordynatora pachniał papierem i kawą. Na parapecie doniczka z rozmarynem. Meller spojrzał na kartę, potem na Joannę. Nie z ciekawości, z troski, która nie narusza dystansu.
- Noc bez awantur. Dobrze pani to prowadzi. - Odłożył długopis. - I mam pytanie nie o pacjentów.
- Słucham.
- Wiem, że jestem szefem, nie terapeutą. - Uśmiechnął się półgębkiem. - Ale czasem pytam młodych lekarzy: co niosą ze sobą, bo oddział lubi wyjmować ludziom z kieszeni rzeczy, o których myśleli, że je odłożyli.
Zamilkł, jakby dawał miejsce, w które można odłożyć jedno zdanie.
- Marek - powiedziała w końcu. Głos miała równy, jak przy dyktowaniu recepty. - Miał wypadek. Wyszedł fizycznie. Nie wyszedł w środku. Oddział, leczenie, depresja. Nie zdążyliśmy.
Meller skinął, bez komentarzy, bez "rozumiem" na zapas.
- Dziękuję, że pani to powiedziała. To ważne dla naszej pracy. Nie po to, by panią na coś wystawiać. Po to, żebyśmy wiedzieli, gdzie są czułe miejsca. Jak w operacji - nie naciskać, kiedy nie trzeba.
- Wczoraj w nocy pani Helena powiedziała imię. - Joanna nie spojrzała mu w oczy. - Przypadek. Wiem. A jednak...
- A jednak - powtórzył. - Proszę się nie bać słów. I proszę nie zostawać sama z tym, co się odzywa. Tu mamy swoje koła ratunkowe: superwizje, przerwy, ludzi.
- Jasne.
Meller odchrząknął, wrócił do spraw bieżących.
- Pan Jan - porozmawia pani o zmianie: spróbujmy kwetiapiny albo olanzapiny, zobaczymy, co zniesie. Motorniczy - psychoedukacja, włączenie leczenia, konsultacja socjalna. Pani Helena - kontynuujemy przyczynowe i higienę dnia.
- Zajmę się tym.
Wychodząc, Joanna zatrzymała się na sekundę przy parapecie. Rozmaryn miał drobne listki, pachniał "na ciepło". Włożyła bilet Jana do kieszeni kitla, żeby mu oddać przy obchodzie. Popatrzyła na korytarz - zwyczajny, biały, w porannym świetle. Zwyczajność potrafi być ratunkiem.
09:00 - zaczynał się kolejny dzień, a noc, choć już minęła, zostawiła kilka szmerów w pamięci. Nie nazwy. Odgłosy. W sam raz, żeby je przerobić w pracę.
Joanna Górska: noc trzecia
18:00.
W dyżurce ten sam zapach środka do rąk i czarnej herbaty. Na planie dnia ktoś poprawił godzinę obchodu o pięć minut, jakby to miało znaczenie. Joanna odłożyła kurtkę, schowała telefon do szuflady.
- Dziś gęściej - zameldowała Ewa, pielęgniarka. - Pan Jan prosił "przed nocą". Motorniczy po południu rozkręcony: mówi, że "drzwi się same otwierają". Nowa przyjęta z izby: Lidia, 49, bezsenność, napięcie, mówi, że ma "kłujący w środku" smutek. Bez substancji, po rozwodzie.
- Najpierw Lidia - zdecydowała Joanna. - Potem Jan, na końcu motorniczy.
1) Lidia
18:30.
W sali jasno, ale światło świetlówki kładło cienie na policzkach jak sińce. Lidia siedziała na łóżku, dłonie na kołdrze, palce poruszały się, jakby liczyły niewidzialne paciorki.
- Dobry wieczór, pani Lidio. Co panią najbardziej męczy?
- Noc. - odpowiedź szybka, bez wahania. - W nocy przychodzi.
- Kto?
- To, co mówi, że nie naprawisz mnie. - Wbiła wzrok w punkt tuż obok Joanny. - Nie naprawisz mnie. Tak powiedział.
Joannie coś ścisnęło gardło; to zdanie stało w jej telefonie od lat - ostatnia wiadomość od Marka. Ręka drgnęła tylko w środku. Na zewnątrz była medycyną.
- Kiedy pani to słyszy?
- Zanim zegar powie... - spojrzała na zegarek na ścianie - ...zanim będzie trzecia. I jeszcze jedno. - Lidia przechyliła głowę. - Pani doktor kładzie telefon ekranem do dołu. Dobrze pani robi.
Joanna nic nie powiedziała. Zapisała w karcie: nasilony lęk nocny, treści intruzywne z elementami pseudohalucynacji; unikać konfrontacji z treścią; plan: sedacja, psychoedukacja; badania somatyczne w toku.
- Dziś postaramy się, żeby ciało się wyspało. Rano usiądziemy do planu na dłużej.
Wychodząc, Joanna spojrzała przez ułamek sekundy na własną kieszeń, w której rzeczywiście leżał telefon - ekranem w dół.
2) Jan
19:10.
Siedział prosto, ręce splecione, bez gumki i bez biletu (oddał go rano, grzecznie). Na stoliku kubek herbaty - para unosiła się w wąskiej smudze.
- Chciałem, żeby pani przyszła teraz, zanim to się zacznie - powiedział, nie patrząc w okno.
- Co się zaczyna?
- Kpiący ton. Jak w radiu, kiedy prowadzący wie lepiej. - Uśmiechnął się bez uśmiechu. - A później jakieś obce zdania. Nie moje.
- Jakie?
- "Nie wyście Mnie wybrali". I jeszcze... - urwał, jakby wstydził się cudzego głosu. - "Pani doktor będzie sama o trzeciej, jak tamten wtedy."
- Panie Janie, proszę zostać tu, w faktach. Kto jest na dyżurze?
- Pani Ewa. I pani. - Podjął od razu, jak uczeń, który zna odpowiedź. - I ten dzwonek. - Dotknął przycisku przy łóżku.
- Dobrze. Dziś zmieniamy lek na noc. Zobaczymy, jak pan zniesie kwetiapinę w małej dawce. Rano porozmawiamy o reszcie.
- A jak nie pomoże?
- To szukamy dalej.
- Jak z tramwajem - mruknął. - Jak zwrotnica jest źle, to nie jedzie. - Spojrzał na nią nagle ostro. - A pani... pani nie idzie wtedy do okna. Dobrze?
- Wtedy?
- O trzeciej. - Znów się wycofał w siebie. - Lepiej nie stawać przy szybie.
Zapisała lek, podpisała. Kiedy zamykała kartę, świetlówka przy drzwiach mrugnęła dwa razy, jakby wytracała rytm.
3) Motorniczy
20:05.
Siedział na krześle, dłonie trzymał jak na kierownicy. W kieszeni kurtki błyszczała mała odznaka z numerem zajezdni. Na kolanach leżała wyprasowana, złożona chusta od potu.
- Drzwi się same otwierają - powiedział bez przywitania. - Jak na przystanku "na żądanie", tylko nikt nie naciska.
- Jakie drzwi?
- Te tutaj. - Wskazał na korytarz. - Wieczorem słyszę pneumatyczny syk, jakby ktoś wsiadał. A potem głos mówi "Wysiądź". Do kogo? Nie wiem.
- W domu?
- W domu cisza. Tu bardziej słychać.
- Zrobimy plan: leki na wyciszenie na noc, rozmowa jutro z psychologiem. I - jeśli pan pozwoli - kontakt z asystentem socjalnym.
- Niech pani zrobi, żeby drzwi przestały się otwierać same. - Spojrzał na nią z powagą, która prosiła o coś naprawdę prostego.
Wyszła na korytarz. Na listwach drzwiowych nic się nie ruszało. Tylko w oddali pstryknął zegar.
4) 22:40 - korytarz gęstnieje
Noc siadała na oddziale jak zbyt ciężka kołdra. Ewa nalewała herbatę, ktoś w sali żeńskiej kołysał się w rytmie kołysanki bez melodii. W dyżurce Joanna uzupełniała wpisy: pani Lidia - sedacja; pan Jan - zmiana leku; motorniczy - farmakoterapia + psychoedukacja + wsparcie socjalne.
W pewnym momencie usłyszała, że ktoś mówi. Nie głośno - szept, ale nie do siebie. Jak do czyjegoś ucha.
Zajrzała na żeński. Dziewczyna z gumką patrzyła w sufit. Jej usta poruszały się prawie niewidocznie.
- Co pani mówi? - spytała miękko Joanna.
- "I nie wódź nas..." - padło. - Ale on mówi, że to ty wiedziesz.
- Kto "on"?
- Ten, co siedzi przy drzwiach. Nie wchodzi. Siedzi.
Za drzwiami nikogo.
W męskim panowała cisza. Za cicho. Z pokoju Jana dobiegał oddech, równy, głębszy - lek zaczął działać. Po drugiej stronie korytarza motorniczy siedział na łóżku i nasłuchiwał korytarza jak przystanku.
- Teraz - szepnął nagle. - Słyszy pani?
Joanna zastygła. Powietrze rzeczywiście zasyczało krótko, jak pneumatyczne drzwi. Ewa spojrzała odruchowo na licznik ciśnienia w instalacji tlenowej. W normie.
- Rury - mruknęła. - Zawsze po dwudziestej drugiej.
5) 02:59 ? 03:00 - otwarte zdanie
Zegar na korytarzu pociemniał w szkłach. 02:59 zmieniło się w 03:00 bez dźwięku, choć zwykle przeskakiwał z kliknięciem. W tej samej chwili z żeńskiego dobiegł szept:
- "Bądź wola Twoja..." - i cisza, jakby ktoś zasłonił usta.
Na męskim pan Jan usiadł gwałtownie. Oczy miał otwarte, przytomne.
- Niech pani nie staje przy oknie, mówiłem. - Głos miał płaski. - Bo mijają.
- Kto?
- Ci, co słuchają, a nie słyszą. - Zaciął się, jakby zawstydził się cudzych słów. - I on.
- Jaki "on"?
- Ten, co się śmieje. Jak księgowy. Mówi: "Nie odpuszczacie - więc jesteście moi." - Jan spojrzał w bok. - I jeszcze... dziwniejsze.
- Powiedz pan.
- "Nie kładź telefonu." - Popatrzył na jej kieszeń. - "Nie licz."
- Kto panu to mówi?
- Nie wiem. - Zamknął oczy. - Ale wie o pani więcej niż ja.
Ewa pojawiła się w drzwiach z czujnikiem saturacji, jakby mogła nim zmierzyć coś oprócz tlenu. Motorniczy uderzył dłonią w materac.
- Teraz to nie rury. - Wskazał na korytarz. - To ktoś przeszedł.
Joanna wyszła na korytarz. Był pusty. Świetlówka mruczała swoim tonem, ale... na końcu korytarza drzwi do kaplicy były uchylone na szerokość palca. Rano zostawili je domknięte do kliku. Teraz lampka paliła się normalnie, równym światłem. Joanna podeszła, domknęła drzwi. Zawias zagrał cicho, bez skrzypienia.
Wróciła do dyżurki. Na biurku leżał bilet Jana, który oddała mu wieczorem - powinna oddać; nie pamiętała, kiedy go przyniósł z powrotem. Odwróciła go. Na odwrocie, ołówkiem, jakby przez kieszeń, ktoś napisał jedno słowo: "Nie". Nic więcej.
- Pisał pan? - zapytała Jana chwilę później, pokazując bilet.
- Nie mam ołówka - pokazał puste kieszenie. - Oddałem pani rano.
- Rano mi go pan zostawił. - Wypowiedziała słowa spokojnie, jak fakty. - Zajmę się tym rano.
Wracając korytarzem, minęła drzwi sali Lidii. Kobieta spała, ale palce jej dłoni poruszały się w powietrzu - nie jak przy liczeniu, raczej jak przy kołysaniu czegoś. Zasłona przy oknie drgnęła bez przeciągu.
Do rana już nikt nie zawołał. Zegar znów zaczął klikać przy każdej minucie, jakby przeprosił za przerwę.
6) 08:10 - rozmowa
- Jak noc? - Meller podniósł wzrok znad papierów.
- Niespokojna, ale bez interwencji. - Joanna odłożyła na stół bilet. - Pan Jan mówił frazy, które... nie z niego. I jedno zdanie, które znałam skądinąd. Lidia powtórzyła zdanie, które stało w moim telefonie wiele lat temu. Motorniczy "słyszał drzwi" i ja też miałam wrażenie... - zawahała się, szukając słowa, które nie zabrzmi jak metafizyka - ...że oddycha instalacja w ścianach.
- Instalacje oddychają nocą - odpowiedział ordynator sucho, ale bez ironii. - I ludzie. Czasem razem. - Spojrzał na bilet. - To "Nie" to prosta rzecz. Mózg broni się krótkimi słowami.
- Wiem. - Joanna złożyła ręce. - A jednak...
- A jednak - przyznał. - Powiem pani coś z własnego doświadczenia. - Oparł łokcie na biurku. - Czasem oddział zrobi z człowieka lustro. Pacjenci mówią rzeczy, które pasują. Nie dlatego, że "wiedzą". Dlatego, że świat składa się w zdania. Pytanie nie brzmi "czy to możliwe", tylko "co z tym zrobimy".
- Rano praca. Zmieniam lek Janowi, rozmawiam z motorniczym, Lidię włączam w terapię.
- Dobrze. - Meller skinął. - A pani dla siebie... - urwał, wyciągnął szufladę, podał mały kamienny brelok w kształcie listka. - To głupstwo, ale... dobrze się trzyma w kieszeni, kiedy noc jest grubsza.
- Dziękuję. - Schowała brelok bez komentarza.
Wychodząc, spojrzała przez szybę na korytarz. Zwykły poranek, zwykłe światło. Papierologia już czekała. Noc zwijała się w pamięci jak wąż do pudełka. Nie próbowała jej rozprostowywać. Włożyła bilet Jana do teczki "do rozmowy". A potem weszła w dzień, gdzie rzeczy mają nazwy i dawki, i plan na jutro - nawet jeśli w nocy ktoś otwiera drzwi "na żądanie", kiedy nikt nie naciska.
Joanna Górska: noc czwarta
17:58.
Niebo nad szpitalem było płaskie, jakby ktoś przeciągnął po nim stalową linijkę. W dyżurce pachniało środkiem do rąk i herbatą, która już drugi raz "dochodziła" w termosie. Na tablicy dyżurów czerwona pinezka przesunęła się o jeden kwadracik - ktoś poprawił obchód o pięć minut. Joanna przypięła identyfikator, wsunęła telefon do szuflady ekranem w dół.
- Gęsta noc - uprzedziła Ewa. - Lidia prosiła "żeby pani zajrzała przed ciemnym". Motorniczy nakręcony od popołudnia, twierdzi, że "przystanek Kaplica" mu dzwoni w głowie. Jan - chciał "tylko chwilę, przed tamtym".
- Zaczniemy od Lidii - powiedziała Joanna. - Potem Jan, motorniczy na końcu.
1) Lidia - "nie naprawisz mnie"
18:35.
Świetlówka kładła na policzkach Lidii płytkie cienie. Dłonie miała zaciśnięte na kocu, jakby trzymała coś, czego nie widać.
- Dobry wieczór, pani Lidio.
- Nie naprawisz mnie - wyrzuciła natychmiast, jak odruch. - On tak mówi.
- Kto?
- Ten, co się pochyla przy łóżku i nie oddycha. - Przełknęła ślinę. - I jeszcze: "Nie stawiaj telefonu na brzuchu, bo będziesz czuła."
Joanna nic na to nie powiedziała. Wpisała: treści intruzywne, nasilone przed nocą; podtrzymać sedację, psychoedukacja; bez konfrontacji z treścią.
- Zajrzę do pani później - dodała spokojnie. - Teraz ciało ma odpocząć.
Za drzwiami coś kliknęło w instalacji tlenowej. Ewa podniosła wzrok: w normie.
2) Jan - "listek"
19:10.
Jan siedział prosto, oczy czujne. Dłońmi ugniatał róg kołdry, jakby sprawdzał, czy materac oddycha.
- Chciałem przed - powiedział, zanim usiadła. - Bo jak się zaczyna, to pani nie słyszy człowieka. Tylko ton.
- Co dziś "mówi"?
- To samo kpiące. I to drugie, co pani zapisała: "Nie odpuszczacie - więc jesteście moi." - Krótko parsknął, bez radości. - Ale dzisiaj jeszcze coś.
- Słucham.
- "Trzymaj listek w kieszeni." - Wskazał brodą jej kitel. - "To nie wystarczy."
Joannie zamarł na sekundę kark. Kamienny listek od Mellera leżał w wewnętrznej kieszeni. Nikt nie mógł tego widzieć. Nie karm treści - przypomniała sobie.
- Dziś ta sama dawka na sen - powiedziała neutralnie. - Rano... zobaczymy.
Świetlówka mrugnęła raz, szybko. Na korytarzu spadł gdzieś klucz - suchy stuk rozszedł się echem.
3) Motorniczy - "przystanek Kaplica"
20:05.
Siedział z plecami przy ścianie, ręce na kolanach jak na kierownicy. W kieszeni kurtki błyszczała odznaka z numerem zajezdni.
- Dzwoni przystanek - powiedział bez powitania. - Ten, którego nie ma w rozkładzie. "Kaplica". Jak drzwi pneumatyczne, pssst.
- O której?
- Na żądanie. - Uśmiechnął się krzywo, potem spoważniał. - A potem głos mówi "wysiądź".
- Ktoś panu grozi?
- Nie. Prowadzi. Tylko gdzie.
- Dziś lek na wyciszenie, jutro rozmowa z psychologiem. I sprawy socjalne - ktoś musi przyjść.
- Niech pani zrobi, żeby drzwi nie chodziły, jak nikt nie naciska - poprosił, jak o rzecz techniczną.
- Spróbujemy.
Na korytarzu przejechał wózek z tacami. Zapach gorzkiej herbaty i chleba z masłem rozlał się jak stara piosenka.
4) 21:50-22:30 - gęstość
Oddział zwolnił, ale dźwięki były bliżej skóry. Z żeńskiego - cichutka kołysanka, urywająca się na "...śnij". W męskim - opadające oddechy. W dyżurce Joanna uzupełniała karty, Ewa przeglądała listę nocnych leków, zaznaczając ołówkiem: ok, ok, ok.
W pewnym momencie trzy lampki przyłóżkowe zapaliły się jednocześnie: Lidia, Jan, motorniczy.
- Zbieg okoliczności - mruknęła Ewa, wstając.
- Idę do Lidii - powiedziała Joanna. - Pani do Jana.
Lidia miała otwarte oczy. Usta poruszały się bezgłośnie.
- Co pani mówi?
- "...jako i my odpuszczamy..." - wydusiła. - On mówi: "Nie kłam."
- Proszę patrzeć na mnie. - Joanna powoli podniosła rękę, jak przy badaniu pola widzenia. - Tu i teraz. Data?
- Wtorek. - Lidia mrugnęła. - Albo noc.
U Jana było spokojniej. Ewa skinęła: śpi. Motorniczy siedział i słuchał korytarza.
- Teraz - szepnął. I rzeczywiście: coś pssstnęło w ścianach, jak powietrze w rurze. Na końcu korytarza drzwi do kaplicy uchyliły się o szerokość palca. Joanna zamknęła je bez słowa. Zawias nie skrzypiał.
5) 02:59 ? 03:00 - trzy
Zegar nad dyżurką przeskakiwał co minutę z wyraźnym klik. 02:59. Ewa dolała herbaty; para uniosła się cienkim słupkiem, od razu się rozlała. 03:00 weszła bez kliknięcia, jakby zegar wstydził się hałasu.
W tej samej chwili trzy dzwonki zawibrowały równocześnie.
- Idę do Lidii - powiedziała Joanna.
- Ja do Jana - Ewa już była w drzwiach.
Z sali motorniczego dobiegł dźwięk tramkowego dzwonka - krótki, wyraźny, nie z tego budynku.
Lidia siedziała i nie mrugała.
- Kto jest w pokoju? - Joanna mówiła rytmem "tu i teraz".
- On. - Lidia drgnęła wzrokiem w bok. - Ten, co nie oddycha.
- Co mówi?
- "Nie naprawisz mnie". - Zamilkła, potem jakby się "przestawiła" na inną stację. - I: "Powiedz mu, że nie trzeba stawać przy oknie."
- Komu "mu"?
- Temu księdzu. - Lidia wzruszyła lekko ramionami. - Co przyjdzie rano.
Kości karku Joanny zesztywniały jak po zimnej wodzie. Nic nie powiedziała. Oddech trzymała równy.
W męskim Jan usiadł prosto, otworzył oczy.
- Nie licz - powiedział do Joanny, jakby stała przy nim. - Bo do trzech i tak dojdą sami. - Zamilkł, potem dodał cicho: - "Nie kładź listek na sercu."
- Śpi? - spytała Ewa później.
- Mówi przez sen - odpowiedziała. - I trafił w moje kieszenie.
U motorniczego cisza napięła się jak cięciwa.
- Wysiądź - powiedział w ciemność. - Ja nie. Dziś nie.
Joanna zamknęła drzwi kaplicy po raz drugi. Lampka paliła się zwyczajnie. W korytarzu zrobiło się chłodno, jakby przeciąg położył na skórze cienki nóż. Zegar znów zaczął klikać.
Do rana nikt nie wzywał. Dźwięki wróciły do swoich miejsc.
6) Rano - "czy możemy...?"
08:15.
W gabinecie ordynatora pachniało czarną kawą i ziemią z doniczki rozmarynu. Meller przeglądał wpisy, kiwał głową przy każdym "ok". Joanna położyła na biurku bilet Jana i milczała o listku.
- Dzisiaj kapelan będzie u chorych - powiedział Meller, jakby czytał z innej kartki. - Proboszcz zapowiedział nowego.
- Dobrze - skinęła. - Niech przejdzie z Ewą po salach.
Kiedy Daniel wszedł na oddział, korytarz miał zwykłe poranne światło. Koloratka była w nim nowa, ale nie obca. Szli powoli: Ewa, on, potem Joanna w odległości trzech kroków. Minęli motorniczego - skinienie. Lidia spała. Jan patrzył przed siebie.
Przy drzwiach dyżurki Joanna zatrzymała się i powiedziała tonem człowieka, który nie zwykł o to prosić:
- Proszę księdza... czy możemy chwilę porozmawiać?
Nie było w tym nic z sensacji. Tylko prośba, która przeszła przez noc i wreszcie trafiła na dzień.
Szpital w dzień był spokojniejszy, jakby noc zwinęła ostre krawędzie i schowała je do szuflady. Na patio, między dwiema topolami, stała ławka w cieniu. Słychać było tylko daleki szum miasta i wózek z pościelą, który raz na jakiś czas przejeżdżał po płytkach z krótkim stukiem.
- Dziękuję, że ksiądz przyszedł - zaczęła Joanna, kiedy usiedli. Głos miała równy, ale bez pancerza. - Chciałam... żeby to było w dzień.
Kiwał głową, czekając. Nie zaglądał jej w oczy na siłę. Taki sposób słuchania, przy którym człowiek przestaje się bronić.
- Marek - powiedziała. - Poznaliśmy się na trzecim roku. Anatomia poszła mi najlepiej na roku; wszyscy mówili, że mam "rękę do neuro". On bardziej od ludzi niż od książek. Miał motor. Wtedy mi się to wydawało wolnością.
Przesunęła palcem po krawędzi ławki.
- Wypadek. Głupi, niewinny. Kierowca nie patrzył w lusterko, Marek wylądował na asfalcie. Złamany obojczyk, parę żeber, głowa cała. Wyszliśmy ze szpitala z papierami jak z tarczą. Wydawało się, że najgorsze minęło. Tylko... on nie wrócił. Nie w tych miejscach, gdzie się wraca naprawdę. - Wzięła oddech. - Zaczął mówić, że wszystko zepsuł, że nie naprawię go. Że to się nie skleja. Ja chciałam naprawiać. To była moja mowa - farmakologia, schematy, "damy radę". On patrzył, jakby to były etykiety na słoikach.
Daniel milczał. Czasem tak trzeba, żeby słowa dokończyły bieg.
- Prowadziłam go po oddziałach. Najlepszych. Rozmowy, leki, próby bycia "jak dawniej". A on... poruszał się jak ktoś, kto wie, że w środku brakuje mu śruby. Był taki dzień, kiedy napisał do mnie wiadomość: "Nie naprawisz mnie." - kącik ust drgnął jej lekko, bez uśmiechu. - Pomyślałam, że to kolejna fala i że minie. A potem nie minęła. Zrobili, co trzeba, zrobili wszystko. I ja też. Zostało tylko zdanie w telefonie i... długa lista pytania po mnie: co mogłam jeszcze. Czego nie zrobiłam. Kiedy nie byłam.
Zamilkła na moment. Na drugim końcu podwórza ktoś zamknął okno, metaliczny dźwięk spadł w dół i ucichł.
- Zostałam psychiatrą, bo chciałam mieć kontrolę nad tym, czego wtedy nie rozumiałam. I długo myślałam, że kontrola wystarczy. Ostatnie noce - nie wiem, czy ksiądz mi uwierzy - zaczęły mi wyjmować z kieszeni rzeczy, które dawno odłożyłam. Ci ludzie mówią zdania, które pasują tam, gdzie nie powinny pasować. Wiem, czym jest urojenie z komentarzem. Wiem, czym jest bezsenność. A jednak... - urwała, jakby bała się przesadzić - ...zbyt dokładnie trafiają. W mój telefon. W moje kieszenie. W listki, o których nikt nie wie.
- Wierzę - powiedział cicho. - Nie dlatego, że rozumiem, tylko dlatego, że pani mówi.
Skinęła głową. - Nie wiem, czemu to mówię księdzu, którego widzę drugi dzień. - Spojrzała przed siebie, na cień topoli, który przesuwał się o szerokość dłoni. - Może dlatego, że czasem nie da się tego mówić w swoim języku. Zresztą... - lekko wzruszyła ramionami - ...łatwiej jest opowiadać komuś, kto umie siedzieć w ciszy.
- Mogę siedzieć jeszcze - odparł. - A jeśli pani chce, porozmawiam też z pacjentami. Nie "jako egzorcysta". Jako ksiądz.
- Właśnie o to chciałam prosić. - W jej głosie nie było nerwowości. Raczej ulga, że zdanie powiedziało się samo. - Bez wielkich słów. Po prostu wejść. Zobaczyć, jak reagują. I... - zawahała się - ...między nami: jeśli coś pójdzie w stronę, której nie umiem nazwać, powiem. A pan powie, kiedy to już jest tamta granica.
- Dobrze - powiedział. - Będę obok.
Na korytarzu dzienne światło było mleczne, spokojne. Ewa skinęła im krótkim "dzień dobry" i ruszyła w swoją stronę. Zaczęli od męskiego.
Jan siedział na brzegu łóżka, oddech głęboki, oczy przytomne. Kiedy zobaczył koloratkę, zamarł na sekundę, jakby ktoś nacisnął pauzę. Potem wyprostował plecy.
- Dzień dobry - powiedział Daniel, zwyczajnie. - Mogę na chwilę przysiąść?
- Można - Jan przesunął się, robiąc miejsce. - Pan... nie staje przy oknie, prawda?
- Nie muszę - odparł Daniel łagodnie. - Wystarczy, że pan siedzi.
Jan skinął, mięśnie twarzy odpuściły o milimetr. Zamilkli na moment.
- Wie pan - dodał po chwili - jak się policzy do trzech, to i tak przychodzą.
- Znam takie liczenia - odpowiedział Daniel. - Ale dziś nie liczymy. Dziś pijemy herbatę i patrzymy na dzień.
Ewa przyniosła kubek. Jan przyłożył dłonie do ciepła, jakby trzymał w nich kawałek pieca. Po minucie odchylił głowę, wypuścił powietrze. - Dziś ciszej - powiedział, jak stwierdzenie pogody.
W sali obok motorniczy poprawiał kołnierz kurtki, odznaka błysnęła w świetle. Zobaczył Daniela, spojrzenie mu na sekundę zeskoczyło jak zepsuty pantograf, potem wróciło.
- Przystanek Kaplica jest w rozkładzie? - rzucił półżartem.
- Jest - odpowiedział Daniel, jakby recytował zwykłą informację. - Na żądanie. Ale dziś nie zatrzymujemy.
Motorniczy parsknął, tym razem z czymś w rodzaju ulgi. - No to dobrze.
Po stronie żeńskiej Lidia siedziała, plecy opierając o poduszki. Zobaczywszy Daniela, odruchowo poprawiła włosy, jakby gość był z innego świata - bardziej formalnego.
- Szczęść Boże - powiedział cicho.
- Dzień dobry - odpowiedział Daniel, nie narzucając formy. - Mogę tu chwilę posiedzieć?
- Można. - Wzrok odszedł jej od sufitu, wrócił do twarzy. - Nie wiem, czy... - urwała. - Czasem przychodzi ktoś, kto nie oddycha.
- Ja oddycham - odparł. - I pani też. - Pochylił się ledwie zauważalnie, żeby oddech było słychać. - Resztę zostawiamy na jutro.
Skinała. Dłonie, do tej pory zaciśnięte na kocu, puściły. Na chwilę.
Wyszli na korytarz. Joanna nie komentowała. Tylko rzuciła półgłosem: - Dziękuję.
- Za co?
- Za to, że pan nic nie robił. - I uśmiechnęła się pierwszy raz "po ludzku", bez służbowego dystansu. - Czasem to najtrudniejsze.
Zatrzymali się jeszcze przy drzwiach do małej kaplicy. Lampka paliła się zwyczajnie, w środku pachniało woskiem i kurzem. Daniel położył na chwilę dłoń na ławce, jak kładzie się rękę na ramieniu kogoś znajomego. Nie modlili się na głos. Wyszli po minucie.
- Joanno... - powiedział, zanim się rozeszli. - Z tą wiadomością "Nie naprawisz mnie"... Czasem to nie jest wyrok. Czasem to wołanie kogoś, kto nie słyszy siebie.
- Wiem. - Kiwnęła. - A czasem to ostatnie zdanie. - Wzięła oddech. - Nie wiem, czemu to mówię księdzu, ale... lżej.
Nie odpowiedział. Tak było dobrze.
Po południu rozpłynęli się w swoich czynnościach: on wrócił na plebanię, ona do papierów i obchodów. Dzień trzymał się razem jak spokojna tkanina. Dopiero pod wieczór, kiedy świetlówki znów zaczęły bzyczeć cienkim tonem, na tablicy dyżurów pojawiła się mała, czerwona pinezka przy godzinie 02:59 - ktoś omyłkowo zaznaczył coś nieistniejącego. Ewa ją zdjęła, odłożyła na parapet.
- Zaczyna się noc - mruknęła. - Oby cicha.
Joanna zamknęła szufladę z telefonem ekranem w dół. W kieszeni czuła gładkość kamiennego listka. Pomyślała, że jutro poprosi Daniela, żeby wpadł znowu. A dziś - przejdzie przez to. Bez wielkich słów. Z oddechem.
02:41.
Noc siedziała na oddziale ciężej niż zwykle. Świetlówki mruczały jednym tonem, jak długie, cienkie psalmy bez słów. W dyżurce parowała herbata, na stoliku leżał bilet Jana, czysty - bez ołówka, bez "Nie". Joanna zamknęła szufladę z telefonem ekranem w dół. W kieszeni poczuła gładkość kamiennego listka. Znała procedurę: nie karmić treści. Uziemiać. Oddychać. Być.
- Obchód. - Skinęła do Ewy.
02:52 - Lidia.
Siedziała pod półmroczną lampą, palce jak szpilki wbite w koc. Oczy szerokie, ale przytomne.
- Dobry... - Joanna nie dokończyła, bo Lidia wyszeptała, nie odrywając wzroku od kąta sufitu:
- Non dimittitis, ergo mei estis.
("Nie odpuszczacie, więc jesteście moi.")
Głos był nie jej: nie barwa, nie fraza, nie oddech. Zadrżała tylko lampka.
Joanna nie odpowiedziała na sens. Usiadła niżej, żeby zniżyć ton całej sceny.
- Pani Lidio, patrzymy na mnie. Proszę nazwać trzy rzeczy, które pani widzi.
- ...łóżko. - Oczy drgnęły. - Zegar. - Chwila. - Panią.
- Dobrze. Teraz dwie, które pani słyszy.
- Herbatę... jak stygnie. - Uśmiech nerwowy, ale ludzki. - I... ciszę.
- Świetnie. A jedną rzecz, którą pani czuje.
- Koc. - Palce puściły o milimetr. - Szorstki.
Świat wrócił w ciało. Słowa - do kogoś, ale nie do niej - ucichły. Z kartą w ręku Joanna powiedziała tylko:
- Jest pani bezpieczna. Za dziesięć minut wrócę.
Wychodziła, gdy jeszcze raz pobrzmiała z głębi gardła obca nuta:
- Audiunt et non intellegunt.
("Słuchają, a nie rozumieją.")
Nie skomentowała. Drzwi zamknęły się miękko.
02:56 - Jan.
Siedział prosto, oczy otwarte; nie spał, ale też nie był pobudzony. Wzrok miał wbity w okno. Joanna stanęła celowo z boku, nie w świetle szyby.
- Dobry wieczór, panie Janie.
- Vigilia quarta. Hora tentationis.
("Czwarta straż. Godzina kuszenia.")
Uśmiech bez warg. Nie jego.
- Tu i teraz. - Joanna spokojnie. - Trzy wdechy razem. Cztery do środka, sześć na zewnątrz. Raz... dwa...
Oddychali. Po trzecim wdechu mięsień na jego policzku zmiękł.
- Proszę policzyć ze mną od pięciu w dół.
- Pięć... cztery... trzy...
- Dobrze. Gdzie pan jest?
- W... szpitalu.
- Kto jest obok?
- Pani. - Yh - odchrząknął, jakby wracał z lodu. - I... - krótki, zły, nie jego chichot przeciął zdanie:
- Quod ligatis super terram...
("Co zwiążecie na ziemi...")
- ...erit ligatum in caelo - dokończył głos za Jana, suchy jak papier. - Ligatis corda vestra.
("...będzie związane w niebie. Wiążecie wasze serca.")
Joanna nie dyskutowała z teologią.
- Panie Janie, proszę dotknąć łóżka. To jest tu. Proszę powiedzieć: "To nie moje zdanie."
- To... nie moje zdanie. - Powtórzył. Raz. Drugi. Za trzecim razem jego akcent był już z jego gardła.
- Dobrze. Gdzie dzwonek?
- Tu. - Palec znalazł przycisk. - Użyję, jak trzeba.
Świetlówka nad drzwiami mrugnęła. Dźwięk instalacji tlenowej pssst przeszedł korytarzem jak krótki szept.
02:58 - motorniczy.
Siedział na łóżku jak na fotelu kabiny. Ręce na kolanach.
- Przystanek Kaplica - powiedział, nie drzwiąc oczu. - Adstatis. Non intratis.
("Stoicie. Nie wchodzicie.")
- Pan nie wysiada dziś. - Joanna odruchowo użyła jego języka. - Plan jest prosty: noc mija, rano herbata.
- Dziś nie - powtórzył swoim głosem. Dłoń rozluźniła się o centymetr.
Na końcu korytarza drzwi kaplicy uchyliły się na grubość palca. Ewa spojrzała na manometr tlenu. W normie.
- Zamknę. - Joanna poszła powoli. Domknęła drzwi, zawias zagrał miękko.
02:59.
Zegar nad dyżurką zamilkł przed przeskokiem, jakby brał oddech.
Z żeńskiego dobiegł szept:
- Et dimitte nobis debita nostra...
("I odpuść nam nasze winy...")
I nagle, cudzym tonem:
- Quia nec vos dimittitis.
("Bo i wy nie odpuszczacie.")
Joanna weszła do Lidii natychmiast. Usiadła nisko, położyła dłonie na kolanach, żeby je było widać, nie dotykając pacjentki.
- Tu i teraz. - Głos miała miękki, ale twardy w środku. - Jest noc w szpitalu. Pani ma imię Lidia. Ma pani włosy, które teraz czuje pani na karku. Oddycha pani.
- ...odd... dycham. - Lidia schwyciła powietrze jak linę.
- Prawda jest prosta: jest pani tutaj, nie sama, i to minie. - Joanna patrzyła nie w kąt, tylko w oczy. - To, co mówi, nie należy do pani.
Światło na sekundę przysiadło. Gdzieś w ścianach pssst - jak krótkie otwarcie drzwi na "żądanie".
03:00.
Cyfra wskoczyła bez kliknięcia. W tej samej chwili z męskiego padło, z obcego gardła, trzeszczącym szeptem:
- Non dimittitis... ergo mei estis.
i zaraz po tym - jakby ktoś odwrócił strunę - drugie, niepewne, ludzkie:
- To nie moje zdanie.
Jan oddychał równo. Lidia mrugnęła. Motorniczy opuścił ramiona.
Joanna nie komentowała. Ustabilizowała oddechy, upewniła się o dzwonki, poprawiła koce. Wróciła do dyżurki. Zamknęła szufladę z telefonem i tym razem wyjęła go. Zatrzymała kciuk nad ekranem pół sekundy - nie po to, by się bać, tylko żeby nazwać ruch.
Wybrała numer z kartki, którą zostawił proboszcz: kapelan. Sygnał zabrzmiał krótko, równo. Po dwóch dzwonkach odezwał się spokojny głos.
- Księże Danielu... - powiedziała prosto, bez metafor. - Proszę przyjść. Teraz.
Z drugiej strony cisza na oddech, potem:
- Już idę.
Odłożyła telefon ekranem w dół. W kieszeni ścisnęła kamienny listek - nie jak talizman, tylko jak rzecz, która istnieje. W korytarzu lampka kaplicy paliła się zwyczajnie. Zegar wrócił do swojego kliknięcia. Noc wyglądała jak noc. A jednak mniej kłamała.
03:07.
Furtka kliknęła krótko. Daniel wszedł bez hałasu. W świetle korytarza wyglądał zwyczajnie: sutanna, mała buteleczka z wodą święconą w kieszeni, dłoń na brewiarzu. Ewa skinęła mu z dyżurki, Joanna wyszła naprzeciw.
- Dziękuję, że ksiądz przyszedł - powiedziała bez wstępów. - Zanim zacznę opowiadać: jedno pytanie... czemu te drzwi wciąż się same otwierają?
Ewa uniosła brwi.
- Wzywaliśmy serwis dwa razy. Zawiasy i samozamykacz mamy nowe. Mówią: "nic im nie jest".
Gdzieś dalej w ścianach przeleciało pssst, krótko, jak oddech przez rurę.
- Dobrze. - Daniel nie skomentował. - Nie robię tu nic "wielkiego". Modlitwa o ochronę, to wszystko. Najpierw posłucham.
Lidia.
Siedziała wyprostowana, oczy wlepione w róg sufitu. Zanim Daniel zdążył się przedstawić, odezwał się obcy ton, suchy, jak przez papier:
- Non dimittitis, ergo mei estis.
("Nie odpuszczacie, więc jesteście moi.")
Joanna przyklękła z boku, spokojnym rytmem:
- Pani Lidio, trzy rzeczy, które pani widzi...
- Łóżko... zegar... jego. - Zatrzymała wzrok na Danielu.
- Daniel. - powiedział cicho. - Ksiądz. Mogę tu stać chwilę.
Przeżegnał się bez rozmachu, jak ktoś, kto zna ten ruch na pamięć. Nie zaczął "egzorcyzmować". Tylko:
- "Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, obdarz nas pokojem." - półgłosem, jakby mówił do ścian.
Obcy głos drgnął, potem zakłuł:
- Ego sum pax quae ligat.
("Ja jestem pokojem, który wiąże.")
- Pani ma imię Lidia - Joanna przytrzymała realność. - I oddech, który pani czuje. Tu.
Lidia dotknęła mostka.
- Czuję.
Daniel zwilżył kciuk wodą święconą, zrobił mały znak krzyża w powietrzu, niczego nie dotykając. Głos ucichł, jakby wsadzono go pod szkło.
Jan.
Siedział prosto, ale wzrok miał "włączony". Zobaczył koloratkę - zatrzasnął powieki, jakby chciał "ściąć" obraz, i odezwał się nie swoim:
- Hora nona... sine confessione.
("Godzina dziewiąta... bez spowiedzi.")
Joannie zadrżał kark. Daniel nie drgnął.
- Panie Janie, kto teraz mówi?
- "Księgowy" - wymknęło się z jego własnej barwy. - Ten, co liczy.
- Nie liczymy. - Daniel łagodnie. - "Ojcze nasz"... do pół zdania wystarczy.
- ...któryś jest w niebie... - powtórzył Jan swoim.
Cudzy ton prychnął:
- Et non dimittitis...
("A nie odpuszczacie...")
- To nie moje zdanie - Jan wyprzedził, jakby ćwiczył ten ruch. Mięśnie szczęki zmiękły.
Za ścianą pssst - ta sama, krótka sygnatura. Lampka nad drzwiami mrugnęła i przestała.
Korytarz / Kaplica.
Drzwi kaplicy odchylone na szerokość palca. Joanna spojrzała na Ewę: ta tylko rozłożyła ręce.
- Serwis twierdzi, że ciśnienie powietrza robi swoje.
- Zamknę. - Daniel domknął drzwi jednym, spokojnym ruchem. Zawias nie skrzypnął.
Z żeńskiego sali dobiegł szept, bezbarwny jak dym:
- Barbara... iam mea est.
("Barbara... już moja.")
Troje spojrzało po sobie. Imię zawisło nisko, zbyt konkretne, by je zignorować. Joanna ścisnęła długopis. Ewa przełknęła cicho:
- Ta z pierwszej ławki...?
Daniel nie odpowiedział.
- Jeszcze dwie sale - powiedział tylko.
Motorniczy.
Siedział jak w kabinie, ręce na kolanach.
- Przystanek Kaplica - mruknął. - Adstatis. Nolite intrare.
("Stoicie. Nie wchodźcie.")
- Dzisiaj nie wysiadamy - Daniel powtórzył mu w jego języku. - Rano herbata.
Mężczyzna odpuścił ramiona.
- Rano herbata - powtórzył zwyczajnie.
03:26.
W dyżurce powietrze było jak po burzy, choć żaden grzmot nie spadł. Joanna usiadła, dłoń na krawędzi blatu, paznokieć stuknął raz.
- Nie potrafię tego wyjaśnić - powiedziała spokojnie, ale bez siły. - Nie tak.
- Nie musisz. - Ewa podała jej kubek. - Noc dożyje swojego.
Daniel odchrząknął lekko.
- Słuchajcie. Ja nie robię pełnego egzorcyzmu bez zgody biskupa. To nie film. Mogę dziś tylko modlić się o ochronę. Ale... jutro przygotuję rozeznanie i zadzwonię do o. Marka. Jeśli ordynator pozwoli, przyjdę w nocy - z pozwoleniem, z zespołem.
Spojrzał na Joannę.
- Czy pani w to wierzy - nie pytam. Pytam, czy pozwoli pani, żebym był. Z szacunkiem dla waszej pracy. Medycyna pierwsza.
Joanna skinęła bez wahania.
- Proszę przyjść. Dokumentację, stan somatyczny - przygotuję. Bez ideologii. Fakty.
Daniel kiwnął na pożegnanie.
- Zostawię wam pokój kaplicy. Nie "pokój, który wiąże" - uśmiechnął się półgębkiem - tylko taki, który oddycha.
Zanim wyszedł, z żeńskiej sali znów przyszło obce:
- Hora nona... sine confessione.
("Godzina dziewiąta... bez spowiedzi.")
A potem - bardzo cicho, już ludzkie:
- Przepraszam.
Rano
08:06.
Telefon zadrżał w kieszeni, gdy Daniel mijał furtkę parafii. Ks. Piotr odebrał wcześniej. Teraz stał w ogrodzie, twarz miał, jak się bywa po nocy.
- Danielu... Przed chwilą dzwonili z pogotowia. Pani Barbara - nagłe zatrzymanie. Nie zdążyłem. Bez spowiedzi.
Słowo weszło jak ostry oddech. Nona - dziewiąta godzina - piętnasta w ich świecie - stanęła Danielowi przed oczami.
- Idę do kościoła - powiedział tylko.