Nie jesteśmy Ukrainofilami - Paweł Kowal, Jan Ołdakowski, Monika Zuchniak

Kup ebooka

10.00 zł
8.00 zł (7,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Adolf Juzwenko Wstęp

W wiek XX Ukraińcy weszli świadomi swej narodowej odrębności oraz programowo przygotowani do walki o własne państwo.

Po I wojnie światowej ani historyczne, ani polityczne, ani etniczne racje nie ułatwiały polsko-ukraińskiego porozumienia. W roku 1918 zderzały się ze sobą dwa wykluczające się punkty widzenia w sprawie przynależności państwowej spornych obszarów. Kiedy w listopadzie odrodziło się państwo polskie, na terytorium Ukrainy naddnieprzańskiej istniała już Ukraińska Republika Ludowa, a w Galicji Wschodniej Zachodnioukraińska Republika Ludowa.

Zainteresowanie problemem ukraińskim nie było w Polsce po I wojnie światowej duże. Polaków interesował wtedy przede wszystkim los Lwowa i Galicji Wschodniej. Podobnie wobec spraw polskich zachowywali się Ukraińcy. Od początku listopada 1918 roku obydwie strony prowadziły ze sobą wojnę o sporną ziemię. Wojna zdeterminowała stosunki polsko-ukraińskie, wykluczyła wzajemne porozumienie, pomimo iż leżało ono w interesie obydwu stron.

W sporze z Ukraińcami na kompromis gotowi byli pójść politycy polscy skupieni wokół Józefa Piłsudskiego. Piłsudski nie żądał całej Galicji Wschodniej, nie zamierzał jednak oddać Ukraińcom Lwowa. Swe stanowisko w sprawie przyszłości Galicji uzależniał od ostatecznego rozwiązania przyszłości całej Ukrainy. Chciał by Polska miała w Ukrainie sojusznika przeciw Rosji. Ukraina nie była jednak wtedy zdolna skutecznie bronić swej suwerenności przed ekspansją Rosji. W przeciwieństwie do Piłsudskiego Roman Dmowski, lider polskiego nacjonalizmu domagał się całej Galicji Wschodniej, zaś ziemie na wschód od Zbrucza traktował jak część Rosji. Ostatecznie w traktacie ryskim w 1921 r. przyjęte zostały rozwiązania zgodne z programem Dmowskiego, zaś w II Rzeczypospolitej idea państwa narodowego wzięła górę nad ideą narodu państwowego. Wśród Ukraińców, zwłaszcza po wybuchu II wojny światowej nienawiść wzięła górę nad rozsądkiem.

Dzisiaj, po latach zniewolenia sowieckiego i Polska i Ukraina są niepodległymi państwami. Polaków i Ukraińców dzieli obecnie tylko historia.

Autorzy niniejszej antologii postanowili przypomnieć teksty tych polskich pisarzy politycznych, którzy w minionym wieku dobre stosunki pomiędzy Polską i Ukrainą uważali za jeden z najważniejszych punktów polskiej racji stanu. Ich racje nie zdeaktualizowały się. Zbigniew Brzeziński i Jan Nowak-Jeziorański uparcie powtarzają, że dobre stosunki polsko-ukraińskie mają dla bezpieczeństwa Rzeczypospolitej równie duże znaczenie, jak jej przynależność do NATO. Ich punkt widzenia podzielają władze Rzeczypospolitej. Trudno się z tym nie zgodzić.

Paweł Kowal Przyczynki do dziejów "sprawy ukraińskiej" w Polsce

1. "Nie jesteśmy ukrainofilami"- pisał kilkadziesiąt lat temu Włodzimierz Bączkowski referując racje, które w oczach oponentów uchodzić mogły i uchodziły za nieuzasadnione ukrainofilstwo, niebezpieczną fascynację kulturą ukraińską, naruszanie zasad ochrony polskości na Kresach itd. Pisał w przekonaniu, że to jego, a nie przeciwników poglądy, choć z niemałym trudem torujące sobie drogę, staną się w końcu kanonem polskiej polityki.

Idei współpracy polsko-ukraińskiej nie stanęła skutecznie na przeszkodzie ani konieczność udania się na emigrację przez wielu jej orędowników, ani komunizm na Ukrainie i w Polsce, ani szereg innych nieszczęść, które spotkały narody polski i ukraiński. Kropla drążyła skałę, pomimo komplikacji historii XX wieku: II wojny światowej, zniechęcających wspomnień z okresu walk o niepodległość i granice, Wielkiej Wojny, konfliktów z czasów autonomii galicyjskiej.

Jak ułożyć stosunki z Ukraińcami? Jak wspierać budowanie ukraińskiej państwowości i jak to ma się do polskiej racji stanu? Oto najważniejsze tematy rozważań podejmowanych przez najtęższe pióra polskiej myśli politycznej. Stosunek do Ukrainy i Ukraińców to jeden z centralnych problemów polskiej publicystyki politycznej w XIX, a przede wszystkim w XX wieku.

2. Wybór zawsze jest rzeczą subiektywną, tak będzie i tym razem. Mam nadzieję, że udało się nie tylko wyszukać kilkanaście starszych i nowszych tekstów, by je przypomnieć w kontekście tekstów bardziej znanych, ale też, że udało się zaprezentować-powracając do źródeł - także w dosłownym sensie - program polskiego myślenia o Ukrainie, rozpisany na kilka pokoleń i konsekwentnie, pomimo przeciwności realizowany. Teksty wyszukane do tego zbioru, to znaki drogowe, które prowadzą czytelnika poprzez historię wielkiego przełomu polskiej myśli politycznej: od trudności z uznaniem Ukraińców jako pełnoprawnego narodu, aż do otwartego postulatu wsparcia ich dążeń do uzyskania własnej państwowości. Niniejszy tom zawiera teksty najlepszych publicystów politycznych piszących o sprawach wschodnich, w tym szczególnie ukraińskich.

Poszukując tekstów, które powinny znaleźć miejsce w tym wyborze, wertując karty pożółkłych już niekiedy książek i czasopism, utwierdziliśmy się w przekonaniu, że wielu ważnych tekstów bardzo dawno nie przypominano i liczne z nich czas już odświeżyć.

3. Na progu XX wieku wielu Polaków miało kłopoty z przyjęciem do wiadomości faktu, że Ukraińcy (Rusini, jak wówczas mówiono) są narodem, mogą zgłosić postulat utworzenia własnego państwa, a poparcie tego postulatu przez Polskę, paradoksalnie może okazać się korzystne dla niej samej. Pomimo prześladowań, bowiem XIX wiek przyniósł Ukraińcom, szczególnie tym, korzystającym z dobrodziejstw autonomii galicyjskiej, stosunkowo duże możliwości rozwoju narodowego.

Publicystyka polityczna o stosunkach polsko-ukraińskich z przełomu wieków i początku wieku XX więc, to także historia zmagania się z jednym z mitów pokutujących wśród wielu Polaków sto i więcej lat temu. Mitu odnośnie do powstania narodu ukraińskiego: rzekomo wytworu antypolskiej polityki austriackiej. Wizja narodu ukraińskiego jako w mniejszym lub większym stopniu zaborczej manipulacji zaciążyła poważnie na poglądach na tę kwestię reprezentowanych przez obóz narodowodemokratyczny. Jeszcze w 1922 roku jeden z najwybitniejszych polskich polityków tamtej epoki Roman Dmowski nie tylko podtrzymywał tę tezę, ale i opierał na niej część swojego politycznego programu. Konstatował: "(...) Niemcy na długo przed wybuchem wojny powzięli myśl zorganizowania Małorusinów w państwo ukraińskie i dawali otwarte poparcie ukraińskiemu ruchowi narodowemu"1.

Przekonanie o swego rodzaju "niepełności" ukraińskiej tożsamości narodowej, powstanie jej w oparciu o siłę zaborców, rzutowało niestety na program, który w obozie narodowej demokracji formułowano dla państwa polskiego i sposobu prowadzenia polityki na wschodzie kraju. Siostrą tego rodzaju myślenia była idea asymilacji mniejszości narodowych - już wówczas było widać, że tyleż nieuczciwa, co nierealistyczna.

4. Najstarsze teksty, które wybraliśmy do zbioru, pochodzą jeszcze sprzed odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku. Stanowią interesujący dokument, jak Polacy oswajali się z faktem, że obok nich o swoje prawa (narodowe i państwowe) upomnieli się Ukraińcy. Teksty Stanisława Tarnowskiego wydany w formie książeczki Wilhelma Feldmana najlepiej pokazują, jak trudno było sto lat temu mierzyć się z tematem ukraińskim Polakom, których pierwszym zadaniem było dążenie do odzyskania niepodległości dla własnego narodu. Mało było polskich instytucji (poza mniej znaczącymi w zaborze austriackim), trudno też było przewidzieć, jakie granice będzie miało przyszłe państwo polskie. Stawiając zaś fundamentalne pytania o granice i ustrój przyszłego państwa często tym trudniej było zmierzyć się z kwestią ukraińską.

Oprócz wersji o pochodzeniu Ukraińców z zaborczej kreacji był też drugi niebezpieczny dla późniejszych stosunków polsko-ukraińskich pogląd: głosił on, że konsekwentna polityka asymilacyjna może być receptą na zgodne z polską racją stanu rozwiązanie sprawy ukraińskiej. Wiele zamieszczonych w wyborze tekstów dotyczących stosunków polsko-ukraińskich powraca do tego wątku, obecnego jeszcze w publicystyce lat trzydziestych i stanowiącego ważną część endeckiej wizji odrodzonej Polski. Dogłębną analizę tego problemu przedstawił Adolf Bocheński.

W kontekście takich dylematów politycznych powstawały pisma Leona Wasilewskiego, pierwszego ministra spraw zagranicznych niepodległej Polski w rządzie Jędrzeja Moraczewskiego. Nie poprzestawały one na historycznym podsumowaniu stosunków polsko-ukraińskich i przypominaniu korzeni narodu ukraińskiego, lecz tworzyły też podstawy federacyjnego, alternatywnego wobec asymilacyjnego, programu politycznego dla przyszłego państwa polskiego. Wasilewski jako jeden z pierwszych odważnie podejmował problem ukraiński, otwarcie też wskazywał, że wsparcie sprawy ukraińskiej leży w polskim interesie, między innymi ze względu na potencjalne osłabienie Rosji. W sposób właściwy swojej epoce i swoim poglądom Wasilewski stał na stanowisku, że to przede wszystkim ukraińscy socjaliści, ludzie pracy najemnej, mają realną szansę dać wolność Ukrainie; jednocześnie prace Wasilewskiego właśnie, w znacznej mierze dodały poglądom na politykę wschodnią przyszłego obozu Józefa Piłsudskiego jakże ważny pierwiastek politycznego realizmu i troski o rzeczywisty interes polityczny odradzającego się polskiego państwa: śmiertelnie zagrożonego tak ze strony białej jak i czerwonej Rosji.

Trudno zatem przecenić osobistą rolę pierwszego ministra spraw zagranicznych odrodzonej Polski i w późniejszym okresie (w latach 20. i 30.). Wówczas niezadowolony z rozstrzygnięć politycznych zapisanych w pokoju ryskim, pozostawał na skraju polityki, patronował rozmaitym inicjatywom i wspierał młodsze pokolenie entuzjastów aktywnej polityki polskiej na Wschodzie i rzeczników sprawy ukraińskiej. Publikacje Leona Wasilewskiego pojawiały się często m.in. na kartach "Biuletynu Polsko-Ukraińskiego".

5. Czas II Rzeczpospolitej, której wschodnie granice określono w 1921 roku w Rydze, paradoksalnie, nie był najlepszy dla sprawy ukraińskiej. Ukraina sowiecka z całą pewnością nie była i nie mogła być prawdziwym preludium ukraińskiej wolności w przyszłości. Głód, prześladowania, głęboka i postępująca izolacja od świata oraz wzmożona i programowa rusyfikacja stanowiły codzienność tej republiki. II Rzeczpospolitej natomiast nie udawało się znaleźć sposobu na prowadzenie polityki wobec wielkiej ukraińskiej mniejszości w Polsce. Co najważniejsze: chyba nie udało się polskim politykom tamtej epoki uniknąć zderzenia polskich interesów z interesami mieszkających w Polsce Ukraińców. Również emigracja ukraińska, rozbita, nie mogła znaleźć formuły skutecznego oddziaływania w kierunku powstania niepodległej Ukrainy.

Czytanie artykułów, które powstały w latach dwudziestych i trzydziestych na tematy ukraińskie i były napisane z pozycji przyjaznych Ukraińcom i Ukrainie nie może odbywać się w oderwaniu od konkretnego historycznego kontekstu, w którym powstawały. Przełom lat dwudziestych i trzydziestych był bardzo trudny dla współżycia Polaków i Ukraińców. Niekonsekwencja w realizacji politycznej wizji Józefa Piłsudskiego spowodowała, że pytanie o sposób rozwiązania sprawy ukraińskiej w tamtym czasie było jednym z najtrudniejszych, przed jakim stanęli Polacy. Mnożyły się pytania bez łatwych odpowiedzi. Bo jeśli miało powstać państwo ukraińskie, to na jakich terenach? A co z ziemiami o zdecydowanej przewadze ludności ukraińskiej, wywalczonymi przez Polaków krwią i należącymi do II Rzeczpospolitej? Jakie powinny być losy Lwowa, wielkiego centrum polskiej kultury ale też "matecznika" kultury ukraińskiej (archiwa, biblioteki, muzea)? Jeśli autonomia dla Ukraińców-obywateli II RP, to w jakim dokładnie zakresie i jak się to miało mieć do wzmacniania spoistości młodego państwa polskiego i tak zszywanego z trzech różnych części zastanych po zaborach?

Teksty polskich publicystów z jednej strony były pisane z pozycji lojalnych wobec państwa polskiego (i jej interesom starali się służyć autorzy), z drugiej jednakże strony nie mogły abstrahować od widocznej gołym okiem rzeczywistości: przybierającym na sile ukraińskim ruchu narodowym, wzmagającej się infiltracji komunistycznej na Kresach, niekonsekwentnej, a często otwarcie antyukraińskiej polityce państwa. Zderzyły się wówczas: ze strony ukraińskiej zniecierpliwienie, duch ideologicznego nacjonalizmu i politycznego ekstremizmu z polskim przekonaniem o niemożności wypracowania polsko-ukraińskiego status quo, strachem i chybioną polityką w rezultacie. Przypomnijmy kilka faktów: w 1926 roku został zamordowany Stanisław Sobiński, kurator lwowski, lata 1928-1929 to zamachy bombowe we Lwowie na redakcję "Słowa Polskiego" i Targi Wschodnie. Następnie było siedem napadów, tzw. "ekspropriacyjnych" (1930-1932), wreszcie sabotaże: podpalenia budynków, niszczenie torów, trakcji elektrycznych (około dwustu takich akcji). Polska odpowiedź to przeprowadzona przez Józefa Piłsudskiego akcja odwetowa, tzw. pacyfikacja: wejście na teren galicyjskich województw regularnych oddziałów wojska i policji, kilkaset aresztowań, masowe niszczenie ukraińskiego dobytku. Klasyczny mechanizm: odmawianie wzajemnego uznania aspiracji narodowych i państwowych - akcje terrorystyczne organizowane przez ekstremistyczne grupy - próby pacyfikacji (nierzadko odwet silniejszej większości) dotykające w swych skutkach, lub wręcz otwarcie skierowane przeciw ludności cywilnej. Społeczeństwo ukraińskie było coraz bardziej pogrążone w marazmie. Polityczne próby wyjścia z opresji, jak rozmowy rządu z parlamentarną opozycją ukraińską (głównie UNDO) zimą 1931 roku nie przyniosły rezultatu. 29 sierpnia 1931 w Truskawcu z rąk ukraińskich zamachowców zginął jeden z inicjatorów rozmów - Tadeusz Hołówko, wielki orędownik sprawy ukraińskiej2.

Aż trudno uwierzyć, że w tak niekorzystnym kontekście historycznym zrodził się "Biuletyn Polsko-Ukraiński". Kilka tekstów, do lektury których zachęcamy, pochodzi właśnie z "BPU". Ukazywał się on początkowo jako miesięcznik, następnie zaś jako tygodnik (od 17 czerwca 1932) od 1932 do 1938 roku. "Biuletyn Polsko-Ukraiński" jest zresztą zupełnie wyjątkowym zjawiskiem w polskim czasopiśmiennictwie. Od początku istnienia pisma, na jego czele stał Włodzimierz Bączkowski. Pisali do Biuletynu tacy znawcy problematyki ukraińskiej jak Leon Wasilewski, Jan Stanisław Łoś, Piotr Dunin-Borkowski, Marceli Handelsman. Wyjątkowość pisma polegała i na tym, że obok analiz politologicznych i tekstów programowych, pojawiała się literatura, dobra poezja, i na tym, że obok artykułów Polaków swoje miejsce w Biuletynie znajdowali też Ukraińcy, przez co niejako stawał się on jeszcze bardziej polsko-ukraiński. Swoje teksty zamieszczali w piśmie Bączkowskiego m.in. Iwan Kedryn-Rudnicki czy Bohdan Łepkij.

Biuletyn był ważnym narzędziem akcji prometejskiej (wspierany był prawdopodobnie przez Ekspozyturę 2 Oddziału II Sztabu Generalnego) ale odegrał też ważną, choć często niedocenianą rolę w kształtowaniu się powojennej linii politycznej Jerzego Giedroycia i "Kultury". Zresztą mniej więcej od czasu jego wydawania datowała się przyjaźń Jerzego Giedroycia i Włodzimierza Bączkowskiego.

Tak oto początki współpracy Giedroycia i Bączkowskiego wspominał po latach redaktor "Kultury": "Na prośbę Ministerstwa Spraw Zagranicznych stworzyłem pismo "Wschód". W MSZ uważano, zresztą bardzo słusznie, że trzeba zająć się problematyką wschodnią. Wobec czego zwrócono się do mnie, abym zorganizował pismo temu poświęcone. Zrobiłem to i doprowadziłem do wydania pierwszego numeru. Ale później nie miałem na to czasu i Bączkowski, który był redaktorem "Biuletynu Polsko-Ukraińskiego" i specjalizował się w sprawach polsko-ukraińskich, przejął pismo i je prowadził. Ja odegrałem w tej sprawie tylko rolę akuszera. Z Bączkowskim byliśmy zaprzyjaźnieni"3.

Wydaje się, że kwestia roli, jaką w kształtowaniu opinii na temat Ukrainy i współpracy polsko-ukraińskiej odegrał "Biuletyn" ciągle nie jest dostatecznie naświetlona. W 1952 roku sam redaktor "Biuletynu" powrócił do oceny oddziaływania tego periodyku w warunkach rządów sanacyjnych w drugiej połowie lat trzydziestych w Polsce: "Opinie nasze powoli zdobywały młodszą inteligencję, a zwłaszcza jej elitę intelektualną, lecz coraz niechętniej traktował nas aparat państwowy, inspirowany głownie przez żywioły kresowe - przede wszystkim z Ziemi Czerwieńskiej. (...) Z coraz większym trudem znajdowaliśmy przychylne ucho u władz wyższych. Trzymaliśmy się w dużym stopniu rozpędem pierwszych lat, legendą tajemniczego poparcia. (...) Przerażająco kurczyły się wpływy obrońców naszej pracy. ("Bunt Młodych" potem "Polityka" stają się jednym z najczęściej konfiskowanych periodyków.)"4. W sytuacji antyukraińskiej propagandy nie tylko endeckiej ale i rządowej, sanacyjnej prasy, rola Biuletynu wydaje się być trudna do przecenienia.

6. Po zamknięciu "Biuletynu Polsko-Ukraińskiego" w 1938 roku, w jego miejsce powołano miesięcznik "Problemy Europy Wschodniej" również z Bączkowskim jako redaktorem; profil nowego pisma w mniejszym stopniu jednak był polityczny, w większym naukowy. Zastosowano ten wybieg, by móc uzyskać akceptację dla wydawania pisma.

Ferment intelektualny inspirowany przez twórców i redaktorów "Biuletynu" i innych czasopism i środowisk związanych z ruchem prometejskim był już wówczas w środowisku konserwatywnej młodzieży sanacyjnej pomimo pojawiających się urzędowych ograniczeń stosunkowo duży i zdecydowanie obejmował też w jakimś stopniu środowisko "Buntu Młodych" i "Polityki". Pomimo ich raczej sceptycznego nastawienia wobec wyznawanego przez starych piłsudczyków federalizmu, kształtował myślenie w kategoriach poparcia pokojowej polityki wobec mniejszości ukraińskiej, pomocy dla projektów tworzenia Ukrainy Naddnieprzańskiej i zmniejszania antagonizmu polsko-ukraińskiego5. Ważną cechą środowiska "Buntu Młodych" było też wyraźne (reprezentowane m.in. przez Aleksandra Bocheńskiego6) stanowisko sprzeciwiające się polityce asymilacyjnej. Skądinąd w takim kształcie bardzo polemiczne wobec ówczesnych poglądów endecji i nadające zapatrywaniom całej grupy wyraźną rysę realizmu politycznego w ocenie sytuacji II Rzeczpospolitej.

7. Nigdy nie poznamy odpowiedzi na fundamentalne pytanie, czy w warunkach II Rzeczpospolitej istniała możliwość pogodzenia państwowych racji integralności terytorialnej Polski z uznaniem praw Ukraińców, których znaczna część znalazła się w granicach Rzeczypospolitej. Ani polityka Piotra Dunin-Borkowskiego, wojewody lwowskiego, którego artykuł zamieszczamy, ani działania Henryka Józefskiego na Wołyniu (wcześniej nota bene wiceministra w rządzie Semena Petlury) nie przyniosły pożądanych rezultatów, a nawet wywoływały ostre kontrowersje. Polscy politycy i pisarze polityczni nie mogli wyjść poza zasadnicze ograniczenia tej polityki. Dlatego odpowiedź na pytanie o stosunek do Ukraińców i Ukrainy zawsze pozostawiała jakiś margines niedopowiedzenia i element godzenia wody z ogniem, i nadziei, że "jakoś to się ułoży". Pamięć niedawnych krwawych walk o Lwów, dogmatycznie proasymilacyjne stanowisko ważnych odłamów polskiej prawicy, w końcu polityka obozu sanacji w latach trzydziestych, stanowiły fundamentalne bariery w przebudowywaniu polskiego myślenia o Ukrainie.

8. Ksiądz Majewski wszedł do historii polskiej myśli politycznej jednym listem napisanym do redakcji "Kultury". W 1952 roku redakcja ta wydrukowała głośny, jak się miało okazać, list od czytelnika - księdza a właściwie alumna w Seminarium Duchownym św. Jana Vianney'a w Pretorii w RPA, Józefa Z. Majewskiego. List poruszał temat stosunku Polaków do Kresów, szczególnie do Wilna i Lwowa, który pojawił się przy okazji relacji ze zjazdu polonijnego w Atlantic City w Stanach Zjednoczonych. Publikacja listu wywołała burzę wśród emigracji i spowodowała nawet falę rezygnacji czytelników "Kultury" z prenumeraty7. Redakcja jednak obranym wcześniej tropem poszła dalej, nie oglądając się na reakcje oburzonych prenumeratorów i licznych emigracyjnych środowisk politycznych.

A dla "sprawy ukraińskiej" nie był to najlepszy moment. Wybuch II wojny światowej, wkroczenie Armii Czerwonej do Polski we wrześniu 1939 poprzedzone paktem Ribbentrop-Mołotow spowodowały, że ziemie ukraińskie znalazły się w całości pod panowaniem radzieckim. Społeczeństwo ukraińskie początkowo w bardzo wielkim stopniu dotknięte skutkami działań wojennych już w 1947 po raz drugi zostało poddane rządom silnej ręki Łazara Kaganowicza (wcześniejszy epizod wiązał się z jego rządami w latach dwudziestych). Brak wykonania dostaw zboża podobnie jak kilkanaście lat wcześniej zaowocował grabieżczą polityką rolną i znowu głodem na samej Ukrainie. Kaganowicz, zaufany Stalina, rządził w Republice niecały rok, jednak zwiastował stosunek Moskwy do ziem ukraińskich w następnych dziesięcioleciach. Sytuacja na Ukrainie podlegała normalnym dla krajów totalitarnych fluktuacjom poziomu represyjności polityki. Zasadniczo jednak polityka bolszewików wobec USSR szła w kierunku: rugowania języka ukraińskiego na rzecz rosyjskiego, uzależniania ukraińskiej gospodarki od rosyjskiej, dewastacji środowiska naturalnego na Ukrainie, generowania niekorzystnych dla Ukraińców zmian demograficznych. Komuniści skasowali Kościół greckokatolicki, jego duchownych poddali dotkliwym prześladowaniom lub siłą podporządkowali rosyjskiemu prawosławiu.

Polska po 1944 roku szybko stawała się krajem totalitarnym. System represji dotknął wszystkich warstw społecznych. Polityka wobec Ukraińców, którzy mieszkali w Polsce, uwikłana była w kontekst walk z Ukraińską Powstańczą Armią, która działała w południowo-wschodniej części kraju. Zakrojone na szeroką skalę represje (w oficjalnej propagandzie prezentowane jako odwet za dzialania UPA) dotknęły w zasadzie całej społeczności ukraińskiej w Polsce: Ukraińców przesiedlono na Ziemie Odzyskane, rozproszono i pozbawiono własności oraz ograniczono w możliwościach kultywowania tradycji narodowych.

9. W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych jeszcze trudniej niż w latach trzydziestych było głosić program zbliżenia polsko-ukraińskiego. Brak tutaj miejsca, by szczegółowo przypominać, że w ciągu ponad dekady, która upłynęła od paktu Ribbentrop-Mołotow, i ataku Niemiec i ZSRR na Polskę, zmieniło się szczególne wiele.

Najważniejsze były powody natury politycznej, dla których wychodzenie z tematem stosunków polsko-ukraińskich w paradygmacie innym niż większość emigracyjnej prasy w Londynie (nie uznającej powojennego stanu rzeczy w Europie), było po prostu bardzo ryzykowne politycznie, a dla "Kultury" również finansowo (spadek dochodów z prenumeraty, odsunięcie się niektórych czytelników). Na stosunki polsko-ukraińskie cieniem rzucały się wydarzenia ostatniej wojny, mordy na Wołyniu, powojenne akcje UPA, przesiedlenia, akcja "Wisła". Pamięć ludzkich krzywd, tak polskich jak i ukraińskich, pozostała żywa na całe dziesięciolecia.

Były też formalne powody, dla których podejmowanie spraw polsko-ukraińskich wydawało się nie być na czasie. Polski rząd w Londynie w przeciwieństwie do Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego nie przyjął do wiadomości i nie uznał dokonanej pod naciskiem Stalina i za zgodą aliantów korekty polskiej granicy na Wschodzie. Nowe granice Polski nie były sankcjonowane traktatem pokojowym, niektóre państwa (Hiszpania, Watykan, kraje Ameryki Łacińskiej) nie uznawały rządu warszawskiego i związanego z nim nowego ładu.

Dla większości Polaków w kraju i na emigracji pozbawienie Polski Wilna i Lwowa było wielką tragedią narodową. Dla jednych oznaczało to przede wszystkim tragedię w kategoriach patriotyczno-sentymentalnych, dla licznych rzecz działa się w kategoriach jak najbardziej osobistych, całkiem realnie: ich rodziny przeżyły wydziedziczenie, grabież, wygnanie, drogę z kresowego dworku do Polski Ludowej przez Swierdłowsk, daleki Ałdan, czy Jakuck. Dla całego pokolenia Polaków te wydarzenia oznaczały utratę na zawsze kraju lat dziecinnych, dla tych co na emigracji, wyroki wojny oznaczały brak nadziei na powrót kiedykolwiek. Wziąć to wszystko w nawias - było na początku lat pięćdziesiątych prawie niemożliwe.

Większość z przedwojennych autorów piszących o sprawach polsko-ukraińskich przeszła szlak bojowy wraz z wojskiem polskim, który zamiast doprowadzić ich do Polski, wywiódł ich na całe dziesięciolecia na emigrację. Włodzimierz Bączkowski po wielu (bardzo ciekawych) perypetiach osiadł w Stanach Zjednoczonych, Jerzy Giedroyc wraz z Instytutem Literackim przez Rzym dotarł do Paryża i Maissons-Laffite, Piotr Dunin Borkowski zmarł w 1949 roku, będąc przez pewien czas w służbie dyplomatycznej Polski Ludowej (konsul w Rzymie). Adolf Maria Bocheński po walkach pod Tobrukiem, jako żołnierz Brygady Strzelców Podhalańskich zginął w 1944 pod Ankoną. W kraju pozostał Aleksander Bocheński.

10. A jednak. Jak pisze Krzysztof Pomian: "Kultura" po publikacji "Listu ks. Majewskiego" wzmocniła nawet swoją pozycję, "ponieważ odtąd było jasne, że może polegać na swych czytelnikach nawet wtedy, gdy mówi im prawdy niemiłe i bardzo gorzkie. Zajmując wyraźne stanowisko w kwestii wschodnich granic Polski, "Kultura" tworzyła nadto warunki przyjaznych stosunków z emigracją ukraińską. Dla Giedroycia, który od swych lat studenckich zabiegał o zdobycie dla narodowych aspiracji Ukraińców uznania opinii polskiej i państwa polskiego, było to osobistym zwycięstwem: pierwszym krokiem ku spełnieniu jego marzenia o harmonijnym współżyciu niepodległej Polski z niepodległą Ukrainą"8.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że już dwa lata wcześniej (zanim ks. Majewski napisał list do redakcji) Jerzy Giedroyc i Józef Czapski brali udział w odbywającym się w Berlinie Kongresie Wolności Kultury, podczas którego sesji inauguracyjnej, Józef Czapski, wybitny intelektualista polski i znakomity Europejczyk wygłosił głośne wówczas wystąpienie, w którym jako jedyny z mówców poruszył sprawę ukraińską, czym redakcja "Kultury" zyskała wielką przychylność ukraińskich emigrantów w tym osobiście Bohdana Osadczuka. Dialog z emigrantami ukraińskimi był jednym z trwałych owoców politycznych działalności "Kultury".

W 1952 roku, tak ważnym z punktu widzenia jej ukraińskiego programu, w "Kulturze" ukazały się kolejno teksty: Józefa Łobodowskiego ("Przeciw upiorom przeszłości" nr 2-3/1952 ), Włodzimierza Bączkowskiego ("Sprawa ukraińska. Pro domo sua", nr 7/1952) i w końcu list od ks. Majewskiego (nr 11/1952).

Pisał wówczas Bączkowski: "Tak oto dwoma torami rozwijały się nasze stosunki. Z jednej strony otwarta i głośna walka polsko-ukraińska, z drugiej strony współpraca w podglebiu, zmierzająca ku przyszłym rozstrzygnięciom historycznym. I jeśli ten drugi czynnik skurczył się z biegiem czasu - wina w tym leży przede wszystkim w rozwoju sytuacji międzynarodowej"9. Mimo więc wyraźnych nawiązań do przedwojennych tradycji pisarstwa o sprawach polsko-ukraińskich, szczególnie uwypuklonych w tekście Bączkowskiego, szybko miało się okazać, że najważniejszym piórem, którym posłużył się redaktor "Kultury", było pióro Juliusza Mieroszewskiego. W licznych artykułach Mieroszewski wykładał pogląd nie tylko swój, ale najczęściej także redakcji na to, w jaki sposób powinny zostać w przyszłości ułożone stosunki polsko-ukraińskie.

11. Pisze historyk myśli politycznej: "Przy lekturze tekstów Mieroszewskiego nie powinno się zapominać o wpływie "Kultury" na Londyńczyka, konkretniej zaś o wpływie Jerzego Giedroycia, jego pomysłów powojennych, ale także zainteresowań przedwrześniowych, myślę o tradycji "Buntu Młodych" i "Polityki"10. Najbardziej znany artykuł Juliusza Mieroszewskiego "Rosyjski "kompleks polski" i obszar ULB" ("Kultura" 9/ 1974) stanowił niejako podsumowanie jego poglądów na sprawę polskiej polityki wschodniej. "Kultura" pozostała im wierna do ostatniego numeru, który ukazał się w 2000 roku. Sam Mieroszewski zmarł w 1976 roku. Dwa lata wcześniej napisał: "idea samostanowienia i wolności dla pobratymczych narodów oddzielających nas od Rosji, z równoczesnym szczerym zrzeczeniem się jakichkolwiek planów imperialistycznych, do których to planów zaliczyć należy nadzieję ułożenia się z Moskwą ponad głowami i kosztem owych narodów - tak pojęty program mógłby przywrócić polskiej polityce niepodległościowej wysoki motyw moralny, którego dziś jej nie dostaje"11.

"Kultura" miała wielki wpływ na kształtującą się w Polsce niezależną myśl polityczną. Przez żelazną kurtynę przenikały nowe idee i przemycane zeszyty paryskiego miesięcznika drukowane na cienkiej bibułce używanej zazwyczaj do wydawania Biblii. Mieszkający w kraju intelektualiści mieli dobry osobisty kontakt z Jerzym Giedroyciem, Józefem Czapskim i pozostałymi domownikami z Maisons-Laffite. Nie tylko z lektury miesięcznika więc byli dobrze zorientowani w ich programie politycznym. Kiełkujące dopiero w połowie lat siedemdziesiątych otwarcie kwestionujące komunizm środowiska opozycyjne nawiązywały kontakt z Instytutem Literackim w Maisons-Laffite. Jednoznaczny program polskiej opozycji demokratycznej w sprawie stosunków z sąsiadami na wschodzie, trzeba sprawę postawić jednoznacznie - był zasługą "Kultury". Kropla mozolnie drążyła skałę.

12. Włączenie przez opozycję polityczną w Polsce sprawy ukraińskiej, litewskiej i białoruskiej do katalogu ważnych problemów politycznych oznaczało nie tylko uznanie istniejącego status quo. Realnie też nadawało polskiej polityce przyszłych lat ów "wysoki motyw moralny", o który upominał się Mieroszewski.

Dla komunistycznej propagandy w Polsce Ukraina w zasadzie nie istniała. Polacy mieli zapomnieć o Lwowie, Ukrainie, Ukraińcach. Ci ostatni mieli im się, wedle wyobrażeń komunistycznej propagandy kojarzyć przede wszystkim z ponurymi "upowcami", bohaterami "Śladów rysich pazurów", "Łun w Bieszczadach". Podróżowanie na Wschód obwarowane było licznymi zakazami i obostrzeniami, do tego stopnia, że praktycznie nie było możliwe. Wszelkie publikacje na tematy wschodnie były cenzurowane pod kątem informacji o sąsiadach znad Dniepru. Wyrastały kolejne pokolenia Polaków, w przekonaniu, że na wschód od Bugu rozciąga się ZSRR a nie Ukraina, Białoruś itd. Program nauczania w szkołach wręcz nastawiony został na przemilczanie lub zakłamywanie stosunków polsko-ukraińskich. Niektóre zagadnienia (jak sojusz Petlury z Piłsudskim) minimalizowano lub całkowicie pomijano, inne (jak historię UPA) deformowano i używano jako element propagandy. Normą były zbitki językowe typu: "UPA-bandy-morderstwa".

Podziemny ruch wydawniczy, głównie prasa, pojawił się około 1976 roku. Podpisanie w 1975 roku w Helsinkach Aktu Końcowego KBWE i wydarzenia czerwcowe z 1976 roku w Polsce bezpośrednio otwarły drogę do pewnych możliwości organizowania się i działania opozycji w Polsce. W tym mniej więcej okresie datuje się powstanie II obiegu wydawniczego - na tę skalę polskiego fenomenu w perspektywie całej Europy. W sprawach wschodnich był on nie tylko miejscem wolnej debaty Polaków na temat międzynarodowej sytuacji politycznej, ale też jedynym bodajże (oprócz docierającej do polski "Kultury") źródłem informacji na temat sytuacji na Wschodzie. Podziemne czasopisma zawierały rubryki dokumentujące życie codzienne narodów sąsiadujących z nami na Wschodzie, losy zamieszkałych tam Polaków, losy Kościoła na Wschodzie i wiadomości dotyczące dysydentów działających w krajach bloku wschodniego i ZSRR.

W 1976 został opublikowany program Polskiego Porozumienia Niepodległościowego (początkowo w londyńskim "Tygodniku Polskim" i paryskiej "Kulturze", niebawem w Polsce w II obiegu). PPN było głęboko zakonspirowaną organizacją, którą kierował Zdzisław Najder. PPN jako pierwsza od kilkudziesięciu lat grupa polityczna w Polsce wyznaczyło sobie odważne cele polityczne, dogłębnie zdiagnozowało sytuację Polaków i odniosło ją do szerszego kontekstu sytuacji politycznej w Europie i na świecie. Pierwszy raz od kilkudziesięciu lat horyzonty polityki polskiej wyszły poza opłotki myślenia w kategoriach "jak naprawić socjalizm".

Program PPN składał się z 26 punktów, z których wszystkie zawierały krótką diagnozę sytuacji w omawianej dziedzinie i postulat proponowanej zmiany. Na 6 punktów dotyczących spraw międzynarodowych, jeden - 14., dotyczył wschodnich sąsiadów Polski. Przypominano, że nie Rosja, ale właśnie Białoruś, Litwa i Ukraina (wówczas nie brzmiało to tak banalnie) są naszymi sąsiadami na Wschodzie i znajdują się w bardzo trudnej sytuacji. Polska - zdaniem autorów programu - nie powinna więc, pomna na wielowiekowe tradycje wspólnego z tymi narodami państwa, ze względu na dobre, czasami tylko zakłócane przez nadmierny ekspansjonizm Polaków, współżycie z nimi, pozostawać obojętna między innymi na los Ukrainy. Polacy powinni zatem, zdaniem PPN: być solidarni z sąsiadami na Wschodzie, wspierać ich próby uniezależniania się od Rosjan, zrezygnować z jakichkolwiek postulatów rewizji terytorialnych. Po opublikowaniu programu, PPN do 1981 roku systematycznie ogłaszał swoje dokumenty programowe, z których ostatni, zamieszczony w wyborze, poświęcony był właśnie Ukrainie i ukazał się już w czasach "Solidarności.

13. Sprawy polsko-ukraińskie pojawiły się też na łamach podziemnego "Głosu", który kwestiom sąsiadów, szczególnie Ukraińców i Czechów poświęcał znacznie więcej miejsca niż inne periodyki Komitetu Obrony Robotników. W latach 1976-1980 pewna liczba artykułów dotyczących relacji polsko-ukraińskich ukazywała się w "Biuletynie Dolnośląskim" i pismach związanych ze środowiskiem Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Konfederacji Polski Niepodległej, jak krakowska "Opinia".

Znalazło się dla nich miejsce w publikacjach związanych z polityczną grupą zasłużonego działacza niepodległościowego Wojciecha Ziembińskiego jak "Rzeczpospolita. Pismo Komitetu na rzecz Samostanowienia Narodu". Sam Ziembiński w 1979 roku z okazji święta narodowego mówił: "Jeśli dzisiaj szukamy dróg do Niepodległości - to widzimy wyjście: Naród Polski musi wyprostować grzbiet! Naród Polski musi chcieć być wolny! Pamiętajmy również, że nasi bracia - na północy Litwini, Łotysze i Estończycy, i Białorusini, i Ukraińcy, z któryśmy niegdyś wiedli bratobójcze walki; - że jest wiele niewolonych narodów, które mają prawo do życia w wolności i niepodległości. Łączymy się dzisiaj z ich dążeniami - z narodami, które ongiś z nami stanowiły Najjaśniejszą Rzeczpospolitą"12.

Wyjątkowym zjawiskiem na mapie polskich czasopism niezależnych były wychodzące od 1977 roku "Spotkania", gdzie tematyka polsko-ukraińska była stosunkowo szeroko omawiana. Odwoływano się na łamach "Spotkań" do zasady solidarności z prześladowanymi narodami, przypominano o konieczności dbania o mniejszości narodowe w Polsce w tym mniejszość ukraińską. Redakcja lubelskiego periodyku podziemnego wyraźnie była zainspirowana chrześcijańska nauką społeczną i odegrała wielką rolę w przywracaniu na arenę polskich spraw kwestii ukraińskiej. W redagowanych w środowisku Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego "Spotkaniach" ukazywały się teksty Ukraińców. Rolę "Spotkań" docenił w liście do Jana Nowaka-Jeziorańskiego Jerzy Giedroyc.

Właśnie na łamach "Spotkań" ukazał się artykuł Konstantego Załenki (Bohdana Sahajdacznego) pt. "Jak widzę przyszłość stosunków polsko-ukraińskich". Pisał w tym, jednym z najważniejszych esejów jakie ukazały się w podziemiu na temat stosunków polsko-ukraińskich: "Oba narody, ukraiński i polski, walczą o odzyskanie czy uzyskanie zagrożonych przez ucisk totalitarny praw ludzkich i narodowych, o wolność i niepodległość. Na krótką metę chodzi nam przede wszystkim o osłabienie uchwytu sowieckiego nad Polską i Ukrainą. Na dłuższą metę jednak zmagamy się z zachowaniem swego terytorium w kręgu własnej władzy i o regulowanie naszych stosunków za pomocą normalnych umów pomiędzy równymi w duchu współpracy i porozumienia. (...) Nas Ukraińców martwią bowiem szczególnie przejawy nierównego traktowania Ukraińców w PRL przez część społeczeństwa polskiego. Często właśnie nie rząd, czy partia, a właśnie sąsiedzi Polacy i miejscowi urzędnicy nie szczędzą różnych szykan. (...) Apeluję więc do poczucia odpowiedzialności i sprawiedliwości każdego Polaka, ażeby w imię zasad chrześcijańskich i w imię najlepszych zasad katolickich i z troską o lepszą przyszłość starał się w swoim życiu codziennym dążyć do ułożenia stosunków polsko-ukraińskich w PRL na nowych zasadach uszanowania ludzkiej godności i narodowej tożsamości swych współobywateli Ukraińców"13.

14. Drugoobiegowa prasa wyrażała poglądy polityczne bardzo różnych środowisk działających w opozycji, jednak w sprawach ukraińskich wypowiadała się jednym głosem. Echa zadawnionego sporu o koncepcję państwa i stosunek do Ukrainy w zasadzie wygasły. Temat, który pół wieku wcześniej był powodem zaciekłych polemik (sprawa wsparcia ukraińskiej niepodległości) faktycznie stał się programem wszystkich niezależnych sił politycznych w Polsce.

Dzięki prasie drugiego obiegu, bardzo licznych informacjach na temat Ukrainy, jakie się w niej pojawiły, kilkudziesięciu artykułom o stosunkach polsko-ukraińskich, jakie wydrukowano (powielono) na jej łamach, Ukraina częściowo odzyskała swoje miejsce w polskiej myśli politycznej. Przywracały ją nie tylko znaczące artykuły o fundamentalnym znaczeniu politycznym, takie jak te, zamieszczane w biuletynie PPN czy w "Spotkaniach" ale też wszystkie, choćby najkrótsze, informacje o Ukrainie, które przypominały Polakom, o istnieniu (!) i losach uciśnionego narodu ukraińskiego.

Okazją do podnoszenia sprawy ukraińskiej były rozważania na temat historii Polski (tradycja jagiellońska, spór Piłsudski-Dmowski), często powracano do układu Piłsudski-Petlura widząc w nim niejako figurę przyszłych dobrych stosunków polsko-ukraińskich; ważną przyczyną podejmowania sprawy wolności dla Ukrainy i Kościoła greckokatolickiego był wybór Jana Pawła II na papieża i jego otwarta polityka wobec grekokatolików.

Trzeba w tym kontekście przypomnieć fragment wystąpienia Jana Pawła II podczas spotkania w kościele Ojców Bazylianów w Warszawie 11 czerwca 1999: "Cieszę się, że mogę po raz drugi nawiedzić tę bazyliańską świątynię. Pierwszy raz jako Papież, byłem tutaj w roku 1987, ale w innych czasach, i odwiedziny nie mogły być wcześniej zapowiedziane. Moją obecnością chciałem wówczas dać wyraz wielkiego uznania nie tylko dla Zakonu Ojców Bazylianów, ale dla całego, zmuszonego wówczas do milczenia Kościoła greckokatolickiego"14.

15. "Solidarność" jako wielki polski ruch polityczny była ufundowana na idei wspierania się nawzajem i "rozsiewania" wolności. Nic zatem dziwnego, że wśród uchwał I Zjazdu NSZZ "Solidarność" znalazły się dwie, które wyznaczały jej program polityczny odnośnie do Ukraińców i Ukrainy - na ile było to wówczas możliwe: "Posłanie I Zjazdu Delegatów NSZZ "Solidarność" do ludzi pracy Europy Wschodniej" oraz "Uchwała w sprawie mniejszości narodowych", które zamieściliśmy w niniejszym zbiorze.

Szczególnie Posłanie w zgodnej ocenie historyków miało przełomowe znaczenie15 i dla kształtowania się etosu "Solidarności" oraz dla jej losów i oceny na arenie międzynarodowej. Charakterystyczne, że o ile początkowo znaczenie Posłania umknęło polskim komunistom, o tyle spowodowało ono stosunkowo duże poruszenie na Kremlu a nawet doprowadziło do podjęcia planów udzielenia zrewoltowanym polskim robotnikom godnej odpowiedzi radzieckich ludzi pracy16.

Dopiero w okresie karnawału "Solidarności" 1980-1981 stanęła też oficjalnie pierwszy raz od kilku dziesięcioleci sprawa mniejszości ukraińskiej w Polsce. Powrócono do krzywd, które w okresie powojennym spotykały polskich Ukraińców, począwszy od akcji "Wisła", aż po promowanie przez komunistyczne władze ksenofobii i szeregu utrudnień w rozwijaniu własnej tożsamości, nie mówiąc już o religii (Kościół greckokatolicki władze zlikwidowały i prześladowały jego pasterzy i wiernych). W 1981 r. na łamach "Tygodnika Powszechnego" ukazał się tekst Włodzimierza Mokrego Dzisiejsza droga Rusina do Polski17.

Mokry (dobrych kilka lat później, w 1989 roku, poseł Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, wybrany w pamiętnych wyborach 4 czerwca) przełamując tabu, korzystając z łam bądź co bądź oficjalnie ukazującego się tygodnika pisał m.in.: "Trzeba dać zakwitnąć łące. A gdy już pojawią się na niej różnokolorowe kwiaty, zespalające gusty i sentymenty ludzi różnych narodów i religii, by nie dokopywano się, nie wyciągano na wierzch korzeni tych kwiatów, które wyróżniają się inną formą, kolorem czy mają odmienną woń. Bo może to naruszyć i zniszczyć istotę łąki, stanowiącej jedność w różności. (...) Chodzi wreszcie o to, żeby zrozumieć, iż powinno być nas stać na taką jedność w różności (co zawsze świadczyło o tolerancji, demokracji) nie dlatego, że jesteśmy silni, ale dlatego, że z tej różnorodności jesteśmy czy możemy być silni.(...) Napawa optymizmem, że młode pokolenie Polaków i Ukraińców często już bez osobistych obciążeń, choć jeszcze nieufne wobec siebie wskutek funkcjonowania płytkich, a więc i łatwych do obalenia negatywnych stereotypów i mitów, zaczyna coraz bardziej odczuwać i rozumieć sens, źródła i wartości takiej właśnie syntezy"18.

16. Lata od stanu wojennego do 1989 roku to okres zakrojonego na bardzo szeroką skalę ruchu wydawnictw podziemnych, z których bardzo wiele poświęcało swoje miejsce na sprawy ukraińskie w tym szczególnie rozważania na temat stosunków polsko-ukraińskich w przeszłości i w przyszłości. Trudno wskazać wszystkie tytuły, które poruszały sprawy ukraińskie, było ich znacznie więcej niż w 2. połowie lat siedemdziesiątych. Tematyka ta pojawiała się między innymi na łamach "Niepodległości" (organie Liberalno-Demokratycznej Partii "Niepodległość"), "Kontaktu", "Nowej Koalicji", "Walki", "Drogi", "Tygodnika Mazowsze" i wielu innych. Powstały pisma, jak "Obóz" i "ABC (Adriatyk, Bałtyk, Morze Czarne)", których głównym celem było poruszanie problematyki środkowo- i wschodnioeuropejskiej. W tekstach o charakterze programowym najczęściej powracano do starych koncepcji, a to międzymorza w jego różnych wydaniach, a to jakiejś federacji narodów środkowoeuropejskich, które powinny wspólnie i solidarnie występować przeciwko imperialnej Rosji.

Ważny (może nawet główny?) nurt rozważań jeśli chodzi o sprawy polsko-ukraińskie koncentrował się wokół prób zamknięcia największych konfliktów historycznych, zaakceptowania w warunkach wolności przez Polaków i Ukraińców rozstrzygnięć II wojny światowej. Najbardziej znanym tekstem z tego czasu jest (liczący ok. 10 wydań w podziemiu!) esej Kazimierza Podlaskiego (Bohdana Skaradzińskiego) "Białorusini, Litwini, Ukraińcy".

W okresie 1981-1989 w dużo większym, niż w latach siedemdziesiątych stopniu poruszano drażliwe tematy w dwustronnych stosunkach (kwestia Lwowa, akcja "Wisła", rzezie na Wołyniu). Inaczej niż w latach 1976-1980, kiedy to uciekano się do mniej kontrowersyjnych tematów ze wspólnej historii (układ Piłsudski-Petlura). Niezależna publicystyka polska tego czasu wyraźnie już oswoiła się z tematem stosunków polsko-ukraińskich. Rozważania historyczne w podziemnej publicystyce najczęściej miały doprowadzić do wyciągnięcia wniosków co do przyszłej polsko-ukraińskiej współpracy. Rzadko jednak niestety kończyły się konkretnymi wskazaniami programowymi, najczęściej poprzestając na ogólnych hasłach i sentymentalnych wezwaniach do braterstwa i współpracy.

17. Polska jako pierwsze państwo na świecie uznała 2 grudnia 1991 roku niepodległość Ukrainy i nawiązała z nią stosunki dyplomatyczne. Polityka wschodnia niepodległej Polski nie przyszła znikąd. Szczególnie polityka wobec Ukrainy. Elita polityczna Polski, raz po raz powracając do wschodniego programu "Kultury" starała się podkreślać znaczenie niepodległości Ukrainy dla Polski. Ciągle też, rzec by się chciało tradycyjnie, łatwiej było (i jest) formułować wielkie ogólne plany, budować pomniki - dosłownie i w przenośni, rozpamiętywać wspólną historię - to udaje się znakomicie. I dobrze. Stale jednak są kłopoty z przełożeniem tych słusznych i ważnych haseł na język politycznego i ekonomicznego konkretu. Może to już (niestety!) stały element polsko-ukraińskiej bliskości?

Mimo lat komunizmu, mimo zabiegów władz sowieckich i polskich komunistów, także pomimo doświadczeń sąsiedztwa polsko-ukraińskiego podczas II wojny światowej udało się utrzymać dla polskiej polityki postulat wsparcia ukraińskiej wolności i ułożenia dwustronnych stosunków na jak najlepszych zasadach.

Serdecznie dziękujemy Pani Bogumile Berdychowskiej za pomoc w wyborze tekstów do niniejszego zbioru. Jej radom i uwagom zawdzięczamy bardzo wiele.

Przypisy

Nawias kwadratowy oznacza przypisy odautorskie. Wszystkie pozostałe przypisy pochodzą od redakcji.

 

1 R. Dmowski, Zagadnienia środkowo-i wschodnio-europejskie, cyt. za: R. Dmowski, Wybór pism, red. R. Wapiński, Warszawa 1990, s. 237.

2 Por.: I. Werschler, Z dziejów obozu belwederskiego. Tadeusz Hołówko. Życie i działalność, Warszawa 1984.

3 J. Giedroyc, Autobiografia na cztery ręce, Warszawa 1999, s. 47-48.

4 W. Bączkowski, Sprawa ukraińska [w:] O wschodnich problemach Polski, red. J. Kloczkowski, P. Kowal, Kraków 2000, s. 90-91.

5 Por.: K. M. Ujazdowski, Myśl polityczna środowisk neokonserwatywnych skupionych wokół "Buntu Młodych" i "Polityki". Praca magisterska, Łódź 1988, s. 65-66, mps w zbiorach autora.

6 M. Król, Style politycznego myślenia, Paryż 1979, s. 27.

7 A. S. Kowalczyk, B. Osadczuk, Europejczyk Wschodni [w:] B. Osadczuk, Ukraina, Polska, świat. Wybór reportaży i artykułów, Sejny 2000.

8 K. Pomian, W kręgu Giedroycia, Warszawa 2000, s. 41.

9 W. Bączkowski, Sprawa ukraińska, "Kultura" 1952, nr 7 (57).

10 R. Habielski, O pisarstwie Juliusza Mieroszewskiego, [w:] Myśl polityczna na wygnaniu, red. A. Friszke, Warszawa 1995, s. 141.

11 J. Mieroszewski, Rosyjski "kompleks polski" i obszar ULB, Kultura 1974, nr 9/ 324.

12Rzeczpospolita. Pismo Komitetu Porozumienia na rzecz Samostanowienia Narodu, nr 4, 1979 (10 XII), s.17.

13 B. Sahajdaczny, Jak widzę przyszłość stosunków polsko-ukraińskich [w:]Spotkania, nr 5, (X).

14Przemówienie Ojca Świętego Jana Pawła II podczas spotkania w kościele Ojców Bazylianów 11 czerwca 1999, [w:] Między sąsiadami, t. 9, Kraków 1999, s. 33.

15 J. Holzer, Solidarność 1980-1981. Geneza i historia, Warszawa 1984, s. 180.

16 A. Paczkowski, Droga do "mniejszego zła". Strategia i taktyka obozu władzy lipiec 1980 - styczeń 1982, Kraków 2002, s. 210-211.

17 Tygodnik Powszechny, nr 46 i 47, 1981.

18 Tygodnik Powszechny, nr 47, 1981 (22 listopada), s. 4-5.

[19] Cesarz Aleksander Drugi zniósł ten obyczaj lat temu około trzydziestu.

20 Józef Siemaszko (1798-1869), unicki biskup litewski, prawosławny arcybiskup litewsko-wileński, metropolita tytularny. Na podstawie jego memoriału Mikołaj I opracował plan likwidacji unii w Rosji. W 1839 r. przeszedł do Kościoła prawosławnego.

21 Władimir Czerkawski (1824-1878), książę, polityk rosyjski, sympatyk słowianofilów, wykonawca ukazu cara Aleksandra II o rusyfikacji administracji.

22 Pius IX (1792-1878), właściwie: Giovanni Ferretti, papież od 1846 r., potępiał ruchy narodowowyzwoleńcze oraz liberalne doktryny społeczne i działania polityczne.

23 Spirydion Litwinowicz (1810-1869), greckokatolicki (unicki) arcybiskup metropolita lwowski, poseł do galicyjskiego Sejmu Krajowego oraz do austriackiej Rady Państwa, zwolennik podziału Galicji według kryterium narodowego.

24 Walerian Kalinka (1826-1886), ksiądz, historyk, publicysta, jeden z przedstawicieli krakowskiej szkoły historycznej, badacz dziejów Polski okresu rozbiorowego.

25 Julian Romańczuk, przedstawiciel Narodowców, członek Ukraińskiej Reprezentacji Parlamentarnej w Sejmie Galicyjskim, przeciwnik polskiej autonomii, opowiadał się za podziałem Galicji i utworzeniem prowincji rządzonej przez sejm ukraiński.

Stanisław Tarnowski O Rusi i Rusinach Fragmenty

Wstęp

Z jednego szczepu pochodzimy, mówimy językami tak podobnymi, że nie ucząc się ich, rozumiemy jedni drugich, wiarę mamy tę samą, choć obrządek inny, na jednej ziemi żyjemy, a od wieków mamy te same dzieje. Jednak nie jesteśmy tym samym co Rusini, a oni nie mają się za to samo, co my. Nieraz słyszy się nawet, że są między nami a nimi jakieś dawne waśnie i wzajemne do siebie żale. Dlaczego przy wspólnym pochodzeniu, wspólnej wierze i ziemi, niema takiej ufności i zgody jaka być powinna? Kto temu winien? Kto kiedy drugiemu zrobił co złego, i ile złego? Warto o tym wiedzieć i to dobrze rozważyć. Dlatego to postanowił Krakus przypomnieć i to co za dawnych czasów między nami było, i to co za naszych czasów świeżo się działo i dzieje. Nie będziemy ani swoich przeciw prawdzie bronić, ani drugich niesłusznie oskarżać. Powiemy rzetelnie co było, i co teraz jest. Kto chce, żeby było lepiej, ten naprzód musi wiedzieć dokładnie jak się rzeczy naprawdę mają. My chcemy, żebyśmy mogli z Rusinami żyć w zgodzie i ufności rzetelnej, i dlatego chcemy, żeby czytelnicy nasi wiedzieli dobrze, jakie były dawniej stosunki między Polakami a Rusinami, i jakie są teraz (...).

Rusini pod panowaniem rosyjskim

Wspomnieliśmy już, że wielcy książęta moskiewscy jak tylko wyswobodzili się z tatarskiej niewoli, zaczęli pożądać zdobyczy, a przede wszystkim ziem ruskich należących do Polski i Litwy. Wkrótce potem dali oni sobie nazwę "carów wszech Rusi" dając tym niby do poznania, jakoby wszystkie ziemie zamieszkałe przez lud mówiący ruskim językiem, były ich: jakoby lud ruski był tym samym co rosyjski, a język ruski małą tylko odmianą rosyjskiego: (tak niby jak u nas, gdzie góral z Karpat mówi trochę inaczej jak Mazur spod Warszawy, a przecie oba mówią po polsku). Nie jest to prawda, bo i lud i język ruski jest osobny. Ale zuchwałe oszukaństwo często udaje się mocnemu, bo ludzie jedni boją się zaprzeczyć i ze strachu udają, że wierzą; a drudzy obojętni nie troszczą się, bo ich to nic nie obchodzi. I tak to moskiewskie kłamstwo utarło się w świecie, a dziś wszystkie narody obce, Niemcy, Francuzi, Anglicy, Włosi, myślą i wierzą, że to prawda: że wszyscy Rusini są (z małą różnicą w mowie) czystymi Rosjanami.

Pierwsza zmiana, jaka spadła na Rusinów kiedy przeszli pod panowanie rosyjskie, była ta, że poddanie stali się własnością swoich panów. W Polsce było poddaństwo, (jak wówczas na całym świecie); była pańszczyzna, i byłą tak zwana adskrypcja do gleby, czyli że poddany nie mógł ze swojej wsi się wynieść, a gdzie indziej zamieszkać, jeżeli mu pan na to nie pozwolił. Ale teraz Rosja zaprowadziła w tych ziemiach swoje prawo o poddaństwie, jakiego w żadnym katolickim kraju (i w żadnym innym w Europie prócz Rosji) nie było, to jest: że poddany był niewolnikiem pana, sprzedawany był jak bydlę, tak jak niegdyś sprzedawali niewolników poganie, jak dotąd robią Turcy i inni Muzułmanie, jak do niedawna robili Amerykanie z Murzynami. U nas kiedy się sprzedaje lub nabywa majątek, liczy się morgi ziemi, i podług tego stanowi się cenę kupna. W Rosji liczyło się dusze (poddanych) i sprzedawało się tysiąc, dwa tysiące, trzy tysiące dusz, wiele ich w tym majątku było. To Rusini zyskali na zmianie panowania[19].

Jak tylko zaś Rosja Rusinów zabrała, zaraz zaczęła nad tym pracować, żeby ich na prawdziwych Rosjan przerobić. Języka im nie odbierała, bo sądziła że nie warto: spodziewała się, że ten język do rosyjskiego podobny z czasem coraz bardziej do tamtego się nagnie, jak wszystkie pisma i książki będą rosyjskie, a tylko ludzie na wsi będą mówili po rusku. Ale była inna rzecz, która Rusina od Moskala odróżniała, to wiara. Jak się na Rusi zmieni wiara i będzie taka jak w Rosji, to za nią pomału zmieni się i dusza i sumienie ludzi, a wtedy naprawdę nie będzie różnicy między Rusinem a Rosjaninem.

Wzięto się też zaraz do zniesienia Unii kościelnej.

W umowie, którą przy rozbiorze Polski zawierały między sobą trzy państwa: Rosja, Austria i Prusy, był warunek przez Rosję przyjęty, przez cesarzowe Katarzynę podpisany, który brzmiał, jak następuje:

"Jej Cesarska Mość przyrzeka nieodwołalnie za siebie i swoich następców, że nigdy władzy swej nie użyje na szkodę religii katolickiej obu obrządków".

Ledwo to podpisała, zwołała Katarzyna radę ze swoich wielkich urzędników i ze swoich schizmatyckich biskupów, i kazała im myśleć nad sposobem, którym by "prowincje polskie najłatwiej można nawrócić na prawosławie" (tak w Rosji nazywają schizmę). Sposób się znalazł. Na Ukrainie, na Podolu i Wołyniu, na Białorusi (czyli wschodniej Litwie) zamknięto klasztory bazyliańskie: proboszczów, którzy na schizmę przejść nie chcieli, wypędzano z parafii i zamykano do więzienia, biskupów wypędzono także: na miejsce jednych i drugich przysłano schizmatyków: założono cztery eparchie (diecezje) schizmatyckie: a tak raźnie wzięto się do dzieła, że w przeciągu trzech lat zniesiono dziewięć tysięcy unickich parafii i sto pięćdziesiąt klasztorów, a zapisano na prawosławie osiem milionów ludzi.

Po Katarzynie zasiadł na tronie rosyjskim jej syn Paweł. Ten był dziwak wielki, zmienny w swoich myślach i chęciach, ale ze wszystkich cesarzy rosyjskich sumienia miał najwięcej. Tak jak uwolnił tych Polaków, których Katarzyna trzymała w więzieniu (Kościuszkę, Niemcewicza, Ignacego Potockiego, Kilińskiego i innych), tak i Unitów nie tylko gwałtem na schizmę nawracać nie chciał, ale owszem przywrócił niektóre przez matkę zniesione diecezje i bazyliańskie klasztory. Nie długo też żył. Wielcy urzędnicy dworscy i wojskowi zrobili przeciw niemu spisek, żeby go złożyć z tronu i zamknąć w klasztorze, na co się i synowie jego zgodzili. Ale zamiast tak zrobić, woleli skończyć z nim od razu, i udusili go: to już podobno bez wiedzy i pozwolenia synów.

Nastąpił po nim jego syn Aleksander Pierwszy. Nie był on bez dobrych uczuć, a zwłaszcza lubił i umiał udawać jeszcze lepszego niż był. Unitów, jacy jeszcze w jego państwie zostali, nie prześladował i gwałtem do swojej wiary nie zmuszał. Przez całe życie trapiony w sumieniu wspomnieniem śmierci ojcowskiej, pod koniec życia chciał podobno tajemnie przejść na wiarę katolicką. Umarł nagle, otruty, w roku 1825.

Jego brat i następca, cesarz Mikołaj, wziął się znowu do Unii za przykładem babki, Katarzyny. Zaczął od tego, że wszystkich dawnych Unitów, którzy za Katarzyny przeszli na obrządek łaciński (bojąc się, żeby ich na schizmatyków nie obrócono), kazał nawracać i zapisywać na schizmę: dla kleryków unickich kazał zakładać szkoły pod dozorem schizmatyckich popów i z ich nauką: klasztory Bazylianów kazał zamykać, zakonników rozpędzać. Taki był początek: a potem nastąpiło prześladowanie straszne i krwawe, wołające o pomstę do Boga. Był ksiądz pewien młody, unicki, nazywał się Józef Siemaszko20. Ten od dzieciństwa jakżeby opętany nienawiścią swojej wiary, o tym tylko myślał, jakby ją zdradził, Unię do szczętu zniszczył, a schizmę na jej miejsce wprowadził. Podawał w tym celu wiele pism do rządu i cesarza z radami, jakby to zrobić najłatwiej, a gdy im się dobrze dał poznać jako wróg i odstępca katolickiej wiary, cesarz przedstawił go Papieżowi na biskupa (unickiego jeszcze). Papież nie mógł wiedzieć, co ten człowiek w skrytości serca myślał i zamierzał, i Siemaszko biskupem też został, mścisławskim naprzód, a później wileńskim.

Zamierzył on księży unickich do schizmy skłonić, albo do niej gwałtem zmusić: a skoroby księża na rosyjską wiarę przeszli, to lud bez swojej wiedzy i bez pytania byłby zapisany na prawosławny. Przez kilka lat pracował nad księżmi. Gorszych pieniędzmi, słabych strachem na swoją stronę przeciągał: wiernych tych, co swojego kościoła zdradzić nie chcieli, wypędzał z parafii, więził, w głąb Rosji kazał wywozić, klasztory bazyliańskie zamykał i schizmatyckim czerńcom oddawał: wtedy i sławny wołyński Poczajów (blisko galicyjskiej granicy) na schizmę był zabrany. Po kilku latach tyle dokazał, że kilkuset księży albo złych, albo wylękłych o los własny i rodzinę, dało podpisy, że na schizmę przejdą. Te podpisy posłał Siemaszko do cesarza: cesarz napisał, że Bogu dziękuje za nawrócenie Rusi do prawdziwej wiary, i na pamiątkę kazała bić medal z napisem, że "Ruś gwałtem oderwana była od cerkwi rosyjskiej, a miłością do niej była przywróconą" (w roku 1839).

Co to była za miłość? Wszystkich gwałtów i okrucieństw wyliczać tu nie możemy, bo byłoby za długo. Wspominamy tylko ogólnie, że księża, którzy schizmy przyjąć nie chcieli, bywali wszyscy odzierani z szat kapłańskich, trzymani po schizmatyckich klasztorach w więzieniu, obracani na dyaków przy schizmatyckich cerkwiach. Ci, o których myślano, że drugich zachęcają do wierności, prześladowani byli okrutniej. Tak na przykład ksiądz Micewicz, trzymany był przez sześć miesięcy w lochach pod kościołem w Żyrowicach, o chlebie i wodzie: a gdy i to nie pomogło, oddany był mnichom schizmatyckim, którzy się nad nim i innymi okrutnie pastwili, bili i katowali.

Gorzej jeszcze było z zakonnicami, Bazyliankami. Te, gdy rozkazu Siemaszki nie przyjęły, i oświadczyły odważnie, że wiary swojej nie odstąpią, z klasztorów swoich wygnane, pędzone były pieszo, w ciężką zimę, do różnych klasztorów rosyjskich mniszek (czernic); tam do ostatnich posług używane, bite, nogami kopane: wiele z nich umarło z tej męki: ale ogółem tęższe były i wytrwalsze od mężczyzn. Parę z nich zdołało umknąć, i po niezliczonych trudach dostały się do Rzymu; między niemi przełożona, Matka Makryna Mieczysławska, której prześladowanie napisane w obcych językach stało się głośnym na świecie. Sama dożyła w Rzymie późnej starości, i tam w klasztorze Bazylianek umarła.

A jakże lud unicki przyjął tę zmianę? W wielu miejscach widząc ten sam zewnętrzny kształt nabożeństwa, jaki był dawniej za Unii, nie spostrzegł się zrazu: nie wiedział, co z nim zrobiono. Ale opatrzył się, z czasem, i próbował się opierać. Sakramentów od schizmatyckich księży przyjmować nie chciał; do cesarza podawał prośby, żeby mu wolno było w dawnej wierze pozostać. Ale na to rada była łatwa. Tych, co prośby pisali i pospisywali, wywożono w głąb Rosji albo więziono. Popi chodzili po wsiach z kozakami i żandarmami, gwałtem otwierali ludziom usta i wpychali komunię, a potem zapisywali na prawosławie. Czasem opierających się spędzano na jedno miejsce, otaczano ich słomą, słomę podpalano, a kto chciał żywy wyjść, musiał wiary odstąpić. Innych zapędzano na stawy zamarzłe, a kiedy opierali się jeszcze, łamano lód, żeby ich potopić. Tak Rosja nawracała unitów na schizmę, taka to miłość połączyła z rosyjską cerkwią trzysta parafii, dwa tysiące księży, i półtora miliona ludu (głównie na Litwie)!

Po śmierci srogiego cesarza Mikołaja (1855) wstąpił na tron jego syn Aleksander Drugi. Uchodził on za łagodnego i dobrego: istotnie zniósł poddaństwo ludu w swoim państwie, tej zasługi odmówić mu nie można - (choć gdyby chciał wysłuchać próśb szlachty polskiej z Litwy, Wołynia i Królestwa Polskiego, to byłby zniósł poddaństwo wcześniej). Dla Polski wszakże, dla Kościoła katolickiego, a w szczególności dla Unitów nie był on lepszy, tylko owszem gorszy od ojca.

Pokazało się to rychło po jego wstąpieniu na tron, w jednym wypadku, który zapowiadał wiele późniejszych.

Jest na Białorusi, niedaleko Witebska, wieś jedna, duża, licząca przeszło tysiąc ludności, nazywa się Dziernowicze. Wieś ta za Katarzyny bojąc się, żeby jej nie zapisano na prawosławną, przeszła z unickiego obrządku na łaciński. Ale że kiedyś ich dziadowie byli Unitami, więc za Mikołaja, za Siemaszki, zapisano ich na schizmatyków. Ale w skrytości serca byli zawsze katolikami; a słysząc o nowym cesarzu a dobrym, podali prośbę, żeby im pozwolił do dawnej wiary powrócić. Natychmiast zjeżdża śledztwo, urzędnicy, popi, żandarmi, żołnierze, i pytają gromady, jak śmiała myśleć o tym, żeby się cesarzowi i Bogu sprzeciwiać? Gromada odpowiada, że cesarzowi jest posłuszna, tylko swoją dawną wiarę chce zachować. Wtedy tych, których mieli za najpoważniejszych i najśmielszych, zbili żandarmi okrutnie do krwi, powybijali im zęby, i odstawili do więzienia do Witebska. Jeden z nich, felczer wiejski Wincenty, tak był zbity, że aż dostał pomieszania zmysłów. Po ich wywiezieniu cała komisja została w Dziernowiczach, i siedziała tam sześć tygodni, wzywając do śledztwa po kolei mężczyzn i kobiety. Przy tym śledztwie mało kto nie był bity do krwi. Nagle komisja odjechała. Myślano we wsi, i w całej okolicy, że to cesarz kazał zaprzestać okrucieństw; cieszono się, że może wysłucha prośby, i pozwoli zostać gromadzie katolicką. Ale niebawem zjeżdża komisja druga, z jakimś jeszcze wyższym urzędnikiem na czele, i znowu wzywa gromadę do śledztwa. Zaczyna się namowa, zrazu niby łagodna i słodka, żeby się nie buntowali i wyznawali taką wiarę, jak cesarz chce. Lud odpowiada, że "kiedy żydom pozwalacie spokojnie swoją wiarę wyznawać, to pozwólcież i nam". Wtedy drugi urzędnik woła: "a cóż wy łotry buntowniki, nawet się nie ukłonicie panu senatorowi? Lud się kłania. - "Nie tak! niżej, do kolan. I rękę pocałować". Jeden po drugim schyla się do kolan i całuje, nie domyślając się zdrady. A tym czasem co który to zrobił, to go brali na bok, i zapisywali, że się poprawił i poddał, i że już jest prawosławny. Kazali im, żeby nazajutrz wszyscy byli w cerkwi, przyjąć św. komunię.

Ale poznali zdradę, i nie przyszedł do cerkwi żaden.

Wtedy całą wieś otoczono wojskiem tak, że żadną ścieżką nikt się z niej wymknąć nie mógł, ani dać znać, co się tam dzieje. Grożono, że kto się opierać będzie, to dostanie pięćset kijów, a jak te wytrzyma to drugie pięćset, i jeszcze trzecie, i pojedzie na Sybir; a nad żonami i córkami pastwić się będą żołnierze. W końcu otoczono całą gromadę wojskiem, bagnetami zapchano do cerkwi, tam gwałtem otwierano usta, tłukąc pod brodę pięścią albo koląc bagnetem, i w usta wpychano schizmatycką komunię. Potem zapisano, że wszyscy włościanie Dziernowiccy dobrowolnie wrócili na prawosławie!

Tak się skończyła sprawa dziernowicka. Później było gorzej. Tysiące podobnych, i okrutniejszych jeszcze działo się na Podlasiu, i dzieje się dotąd.

W dawnym województwie Podlaskiem w części Lubelskiego - (Moskale przezwali je Siedlecką i Lubelską gubernią) - leżała unicka diecezja Chełmska. Ludność ruska była tam najbardziej zmieszana z polską, a grecki obrządek z łacińskim. Sporów między tymi językami i obrządkami nie było nigdy: owszem była zgoda zupełna. Duchowni i świeccy obu obrządków odbywali nabożeństwa w łacińskich i w ruskich kościołach po bratersku: czuli się naprawdę braćmi w Chrystusie Panu, w jego kościele, i braćmi na jednej ziemi.

Dlatego też, że w tym ludzie unickim było silniejsze niż gdziekolwiek przywiązanie do wiary, i dlatego także, że diecezja ta leżała bliżej zagranicznego świata, więc spełnione na niej okrucieństwa łatwiej mogły dojść do wiadomości ludzi, aniżeli to, co się działo na Litwie lub na Podolu, dlatego rząd rosyjski namyślał się długo czy ma tam rozpocząć prześladowanie, albo nie. Zamiar i postanowienie miał dawno. Zaraz po prześladowaniu na Litwie chciał cesarz Mikołaj wziąć się do diecezji chełmskiej: ale mu odradzono z obawy, żeby lud się nie opierał, i żeby świat się nie oburzył. Wtedy jeszcze Rosja bała się trochę tego, co o niej ludzie powiedzą.

Dopiero kiedy w roku 1863 Polacy bez wojska i pieniędzy podnieśli powstanie, kiedy sprawę przegrali, a nikt się za nimi nie ujął: wtedy Rosja zmiarkowała, że nie potrzebuje nikogo się bać, ani na nikogo oglądać. Wzięła się też walić i tępić wszystko co polskim było na tej ziemi, prawa, urzędy, sądy, szkoły, język, wszystko: i wtedy także powiedziała sobie, że może śmiało skończyć z ostatnią w swoim państwie unicką diecezją, i lud ten nawrócić na swoje prawosławie.

Był wtedy biskupem Chełmskim ksiądz Kaliński. Od tego zażądano, żeby pomału i nieznacznie obrządek swój do schizmatyckiego stosował i lud z tym oswajał. Biskup odmówił. Wtedy wezwano go nagle do Warszawy. Ile tym wysłuchał gróźb i obelg, to on tylko jeden wiedział: ale oto jak odbyło się wywiezienie. W czasie pobytu swego w Warszawie odprawiał on Mszę w dawnym Bazyliańskim kościele; jednego dnia wszedł do kościoła podczas tej Mszy książę Czerkaski21, wysoki urzędnik, umyślnie z Petersburga przysłany, na zniszczenie i Polski i Unii. Został do końca, przypatrywał się, a skoro Msza była skończona, napadł na biskupa, zelżywie i wściekle gromił, że nie umie Mszy odprawiać, kazi swój obrządek, że jest buntownikiem przeciw cesarzowi, wrogiem i odstępcą swego kościoła, i natychmiast wywieźć go kazał do Wiatki, gdzie biskup tylko co dowieziony, czy też dojeżdżając, umarł.

Zaczęło się prześladowanie. Naprzód dzwonki, organy, ambony znikać miały z cerkwi; różańców i pieśni polskich śpiewać zabroniono; kazania (które zawsze mówiły się po polsku) miały odtąd być ruskie. Księża, którzy zmian tych przyjąć nie chcieli, wywiezieni. Naraz objawił się opór tam, gdzie zapewne spodziewano się go najmniej, a obawiano najbardziej. Lud nie dawał wynosić organów, nie chciał chodzić do cerkwi oczyszczonych, śpiewał i modlił się jak dawniej.

Na opór - gwałt. Przyszło wojsko (kozacy), rozłożyło się po wsiach, w każdej chacie po kilku; gospodarz musiał ich żywić. Stałym sposobem postępowania było ogłodzić chłopa, zniszczyć mu dobytek, doprowadzić z żoną i dziećmi d ostatniej nędzy, żeby zmuszony głodem poszedł do rządowej cerkwi. Od tego poczynano wszędzie: a gdzie to nie pomogło, tam bicie, wpędzanie całych gromad do stawów i pędzenie ich w wodę coraz głębiej, żeby strachem utopienia wymóc odstępstwo: w niektórych wsiach, jak Kołombród, Gęś, Rudno (powiatu Radzyńskiego) był i rozlew krwi, zabito kilku ludzi.

I wszystko na nic: przez dwa lata nikt nie osłabł, nikt nie ustąpił.

Wtedy zaprzestano gwałtów, ale poszukano sposobu, żeby lud nieznacznie i niby łagodnie przez księży na schizmę przeprowadzić.

Ale między duchowieństwem miejscowym nie było takich złych księży. Znaleziono ich (na nieszczęście) u nas w Galicji. Sprowadzono księdza Popiela. Ten był gotów zrobić w Chełmie to samo, co niegdyś na Litwie zrobił Siemaszko. Ale był zbyt znany w Rzymie jako skryty schizmatyk, i nie mógł on, czy rząd, ani marzyć o tym, by go Papież mianował biskupem. A chciano koniecznie biskupa.

Wtedy został biskupem Chełmskim ksiądz Kuziemski, kanonik od św. Jura we Lwowie.

Ksiądz Kuziemski zaczął od najsurowszego zakazu wszelkich stosunków między duchowieństwem unickim a łacińskim. Żandarmi odebrali zarazem rozkaz czuwania nad posłuszeństwem księży. W nabożeństwach posypały się zmiany, schizmatyckie obrzędy i zwyczaje zalały kościół unicki jak potop. I tak, rozporządził biskup, że na odpustach zamiast mszy tylu, ilu jest księży (jak to się dzieje u katolików wszelkiego obrządku), ma się odprawiać jedna tylko msza, Soborna, jak ją nazywa prawosławny kościół i język. Innym razem rozkazał diecezjanom swoim służącym w wojsku, żeby tam spowiadali się przed duchownymi schizmatyckimi. Przeciw księżom opornym, to jest wiernym, używano całej surowości władzy kościelnej i świeckiej. Więziono, wypędzano, wywożono na Sybir.

Zrobił więc ten biskup, lub dał zrobić wszystko co mógł, żeby zniszczyć obrządek i odrębność swojego kościoła. A jednak wzdrygnął się przed odstępstwem, i sam na schizmę nie przeszedł. Kiedy zobaczył, że rząd tego od niego lada dzień zażąda, usunął się sam: opatrzony dwoma wsiami pod Chełmem, które niebawem sprzedał, odjechał do Galicji.

Po wyjeździe ks. Kuziemskiego rządził diecezją Popiel, bez upoważnienia od Papieża. Dzieło postępowało naprzód swoim torem, nieustannie, ale cicho. Coraz nowe zmiany w obrządku, i coraz tych zmian więcej: ze strony ludności ten sam zawsze opór spokojny ale stanowczy, trzymanie się zdala od cerkwi i nabożeństw oczyszczonych: gwałtu, prześladowania, przymusu przecież nie było. Trwał taki stan dwa lata, do roku 1847.

Teraz, z samym Nowym Rokiem, wyszedł rozkaz, żeby raz z tą sprawą skończyć. Wzięły się teraz władze duchowne i świeckie do wprowadzania stanowczych zmian w obrządku. Księży, którzy ich przyjąć nie chcieli, uwięziono lub wywieziono: powolnych i zgodnych zastępców dostarczała niestety Galicja. Zaraz w początkach wywieziono tak dwudziestu czterech księży. Ale na tym nie koniec: zaczęła się dopiero sprawa z ludem. Ten nie chciał chodzić do cerkwi, ani przyjmować nowych księży; gdy księży siłą zbrojną na parafiach osadzano, a lud bagnetami do cerkwi wpychano, zdarzył się pierwszy znaczniejszy rozlew krwi: w Drelowie (powiat Radzyński) zabitych było ośmiu, w Pratulinie (powiat Konstantynowski, dawny Janowski), osiemnastu.

Lud się dawał bić i zabijać, zaręczał o swojej wierności do cesarza, ale nie ustępował. Kiedy mu narzucano księży nowych, ładował ich z rzeczami na wozy, i wywoził do najbliższego miasteczka, nic im zresztą złego nie robiąc. Nieprzyjętych księży odprowadzało wojsko na powrót do wsi i oddawało im kościół: ledwie odeszło, to samo powtarzało się znowu. Wśród tego nastąpił przyjazd cesarza Aleksandra Drugiego do Warszawy. Lud miał nadzieję, że ten cesarz, niby dobry, bo zniósł poddaństwo, pozwoli mu wyznawać swoją wiarę. Wysłał też deputację do cesarza. Ale cesarza nawet ona nie widziała: tylko generał-gubernator obwieścił im tylko najwyższą wolę, żeby do swojej prawdziwej wiary prawosławnej wrócili.

Lud tymczasem trwał w swoim oporze. Cóż z nimi robić? zdusić, ale o ile być może cicho, żeby odgłos tej sprawy do innych włościan i do zagranicy nie doszedł. Zdusić cicho, a więc naprzód zniszczyć, ogłodzić ludność. Zesłano wojsko. Cztery najbardziej na wschód posunięte powiaty Podlasia: Bialski, Konstantynowski, Włodawski, i Radzyński zapełniły się kozakami. Stawali żołnierze kwaterą u chłopów, i to nie po jednemu, lecz po kilku w jednym domu, a dom ten musiał żywić ich i konie; wszystko co miał, to było na ich usługi. Chęć dokuczania szła na wyścigi z chęcią zniszczenia: zabierano na przykład chłopu pszenicę, wszystką jaką miał naturalnie, i dawano ją koniom kozackim; zarzynano jego krowę, jego wołu, i dawano żołnierzom, a ci niewybredni, zwykle i nie zbyt dobrze żywieni, tam dostawali po trzy funty mięsa dziennie i tylko najlepsze części jeść mogli, gorsze rzucali w błoto w wodę, albo psom... i to nie w jednym miejscu tak, nie w jednym wypadku, to wszędzie i ciągle. Wkrótce naturalnie przyszła nędza straszna i powszechna, całe okolice były zniszczone, ogłodzone, jak po Tatarach: gorzej, bo tatarskie najazdy nie trwały nigdy tak długo. Jednak nic nie pomagało. Żadnych odstępstw ani żadnych ustępstw; żądano od ludu przyjęcia nowych księży, chodzenia do cerkwi, lud kiedy inaczej poradzić sobie nie mógł, wynosił się tłumnie do lasów, tam przez jakiś czas koczował, ale zgodzić się nie chciał.

Wtedy wzięto się do środków ostrzejszych. Żądano od gromad podpisów, niekoniecznie że przyjmą prawosławie, ale że przyjmą nowych księży i zmienione nabożeństwo. Kiedy nie chcieli, bito ich tak, że nawet nam Polakom uwierzyć trudno; po dwieście kijów, to miara dla mężczyzny zwykła, ale byli tacy, co ją dwoma, nawet trzema nawrotami dostawali. Ojciec jednego z ludzi zabitych pod kijami, patrząc na niego, mówił, że nie płacze i nie żałuje, bo Bóg synowi tej męki i tej śmierci zapomnieć nie może. Drugi, po dwustu kijach wstał, mówiąc, że to każde dziecko wytrzyma, cóż dopiero człowiek dorosły, któremu idzie o duszę i wiarę. Ale oto wypadek inny dowodzący, do jakiego stanu świętości doszedł ten lud, wiarą i gotowością na śmierć podobny do pierwszych chrześcijan. Kobiecie jednej (w Kornicy) zabili syna jedynaka. Płakała nad ciałem; wtedy z otaczającej gromady wystąpił jeden starszy człowiek i zgromił ją, że narzeka, kiedy powinna Bogu dziękować i śpiewać pieśni pochwalne, że miała szczęście dać niebu męczennika. Kobieta zrazu osłupiała; powoli, owładnięta tym rozkazującym tonem przestawała płakać, w końcu usłuchała, i widziano, może po raz pierwszy na świecie, matkę śpiewającą jakąś pieśń dziękczynną "Twoja cześć chwała" podobno, nad ciałem zabitego dziecka.

Innym razem chłop zbity na śmierć prawie, odniesiony był do szpitala. Naczelnik żandarmów, któremu przecie żal go było, poszedł zobaczyć czy jeszcze żyje. Zastał go śpiewającego godzinki. Na jego wejście śpiewanie się przerwało, skatowany unita zapytał czy przychodzi bić go znowu, ale tak spokojnie, tak słodko, że komendant sam nie mógł ukryć zdziwienia, że nie widział żadnego do siebie żalu. "Kiedy to nie twoja wina, "robisz co ci kazali, ale jeżeli jeszcze mnie bić musisz, to przynajmniej bij tak, żebym już skończył". Inny, raz zbity, a wiedząc, że go czeka nowa egzekucja, nie dowierzając sobie czy wytrzyma, radził się, czy nie lepiej odebrać sobie życie: "Wszak to mniejszy grzech niż odstąpić od wiary?" Upomniany, że życie tylko Bóg odbierać ma prawo, odstąpił od swojej myśli i poniósł męczeństwo. A takie rzeczy jak wpędzanie ludzi do wody, po kolana, po pas, po szyję, trzymanie ich w wodzie całymi godzinami, w zimie, na mrozie, powtarzały się nie raz. Nowym wymysłem, odmianą w okrucieństwie było to co zrobiono z kobietami w Kornicy. W największe mrozy kazano im (boso) odrzucać śnieg z gościńca na pole: zrobiły. "Podpiszecie?" - "Nie: żadna". "To znoście śnieg na powrót z pola na gościniec". I zniosły.

I w tym wszystkim ten lud nie miał żadnego kierunku, żadnej znikąd pomocy, żadnej rady. Księży własnego obrządku rządowi uległych słuchać nie chciał, innych już nie miał, byli wywiezieni. Dwory ze drżeniem, z daleka słuchały jęków i razów - zbitym i konającym niosły ratunek kiedy pozwolono, więcej zrobić nie mógł nawet kto by chciał odważyć się na wszystko, a nic nie jest dziś tak niebezpiecznym, jak podejrzenie o jakiekolwiek z prześladowanym ludem stosunki. Łacińscy księża bardziej niż ktokolwiek musieli trzymać się na boku. Najmniejsza pomoc z ich strony, najmniejsza styczność z prześladowanymi, byłaby użyta zaraz za pozór prześladowania: "księża łacińscy utwierdzają Unitów w buncie, a więc wziąć się do obrządku łacińskiego". Księża łacińscy musieli siedzieć cicho, bo inaczej zamknięto by i ich kościoły, i nie zostałyby już żadne.

Zdarzały się i straszne czyny rozpaczy. I tak, w Kłodach (pow. Bialski) włościanin nazwiskiem Koniuszewski, którego zmuszono, aby ochrzcił dziecko podług nowego obrządku, spalił siebie, żonę i dzieci. Przed tym czynem rozpaczy zebrał co miał zboża i rzeczy i złożył w jednej izbie, żeby po jego śmierci było na opłacenie kontrybucji: ubrał się jak na święto, żonie i dzieciom kazał zrobić to samo, potem poszedł z nimi do stodoły, zaparł wrota od wewnątrz, żeby mu nikt nie przeszkodził, i podpalił. Ale są inne wypadki, w których już nic ziemskiego, nic niedoskonałego nie ma, tylko czysta świętość. Kobieta jedna, nazywała się Krajczycha, nie chciała podpisać że przechodzi na schizmę. "Podpisz, bo pójdziesz na Sybir". - "To pójdę, a nie podpiszę". - "Nie?" - Nie. - "To ci zabierzemy dziecko". - Ta nie zabiła ani siebie ani dziecka, święta jak najświętsza męczennica wiedziała od razu, choć się długo nie zastanawiała, że śmierci trzeba czekać, posłuszna jak Abraham wiedziała, że trzeba się poddać i zrobić ofiarę choćby z Izaaka: wierząca i ufna jak wielcy wyznawcy pomyślała, że Bóg nie może opuścić dziecka, które matka opuszcza, żeby nie opuścić Boga. Powiedziała tylko: "Bóg o nim nie zapomni", pożegnała dziecko, i oddała.

Inna matka znowu, kiedy jej pop gwałtem chciał ochrzcić dziecko na schizmatyka, rozbiła mu głowę o ścianę kościoła, wołając że jej Bóg tę zbrodnię przebaczy, bo poświęca życie dziecka dla ratowania jego duszy.

Jakich sposobów używali Moskale, żeby tych nieszczęśliwych miłością do swojej wiary nawrócić, przytoczymy już tylko jeden przykład. W miasteczku Łomazach zamknęli wszystkie kobiety i dziewczęta w jednej stodole, i puścili do tej stodoły rotę kozaków, żeby tam robiła, co zechce. Mężowie i ojcowie trzymani wewnątrz stodoły, kiedy usłyszeli krzyk żon i córek, podpisali papier, na którym stało, że dobrowolnie przyjmują świętą rosyjską wiarę!

Księża dobrzy i wierni byli dawno w więzieniu, na Sybirze, albo zagranicą: ich miejsce zajęli źli, a Galicji przez Popiela sprowadzeni. I ci, z nim samym na czele, podali prośbę do cara, żeby im pozwolił wrócić na łono prawdziwej wiary! Popiel został za to schizmatyckim Chełmskim biskupem.

A wierni unici? Cóż dziwnego, że takich nieszczęść wszyscy wytrzymać nie mogli! Rząd, i odstępca Popiel, dokazali swego. W roku 1875 czterdzieści pięć parafii, około pięćdziesiąt tysięcy ludzi, dało się zapisać na prawosławie.

Ale zostało ich jeszcze dwa kroć sześćdziesiąt tysięcy, którzy wiary nie zmienili, choć ich wszystkich na prawosławie zapisano, i z tymi dzieje się od lat szesnastu to co się działo z pierwszymi. Raz groźniej, drugi raz niby łagodniej, ale postępują z nimi Moskale zawsze tak samo.

I nikt nie może na to poradzić? nikt nie może im pomóc? Nikt, bo trzeba by wojska i wojny: przed niczym innym Rosja nie ustąpi, a wojnę któż jej wyda? Nie te to czasy kiedy o krew chrześcijańską przez Turków wylewaną upominali się chrześcijanie. Papież Pius IX22 upominał i groził karą Bożą; rosyjskiemu posłowi drzwi pokazał, gdy mu ten śmiał mówić, że unici dobrowolnie przeszli na prawosławie, ale ta groźba nie działała na ludzi innej wiary, i na ludzi bez sumienia. Kara Boska spadła wprawdzie: cesarz Aleksander skrytobójczym zamachem zabity, leżał na ulicy z urwanymi nogami, i broczył krwią śnieg i błoto jak w swoich wsiach podlascy unici: ale po jego śmierci nie zmieniło się nic.

Owszem, jego syn Aleksander Trzeci, zawziętszy jest od ojca w swojej schizmatyckiej wierze, i chciałby na nią jeżeli nie cały świat, to przynajmniej wszystkie słowiańskie narody nawrócić. Papież dzisiejszy, Leon Trzynasty, z trudem wielkim łaciński obrządek stara się jak może bronić od zagłady, a dla nieszczęsnych unitów żadnej najmniejszej ulgi otrzymać nie może; próżno o nią i prosić.

Żyje więc ten nieszczęśliwy lud jak może: do cerkwi nie chodzi, sakramentów od popów nie przyjmuje: dzieci ochrzci kto może: bez ślubów obchodzą się, składają je przed Bogiem tylko i rodzicami: żyją i umierają bez Spowiedzi i Komunii św. Czasem, z narażeniem wolności lub życia przekradają się przez granicę, i w Galicji w katolickich kościołach przystępują do Sakramentów. Ale jak którego złapią, albo jeżeli w domu nawet popu się opiera, to w łańcuchach ze zbrodniarzami pędzą ich gdzieś w stepy, na Sybir. Zesłano tak naprzód dwadzieścia tysięcy ludzi do guberni Saratowskiej (jeszcze w Europie). Sądzono, że po takiej karze przejdą już na schizmę. Gdy nie chcieli, zapędzano dalej, za góry Uralskie, do Azji, na Sybir, po kilkadziesiąt albo po kilkanaście osób razem; a często tak, że gdzie indziej musi iść mąż, a gdzie indziej żona - gdzie indziej rodzice, gdzie indziej dzieci...

Pisują stamtąd ci męczennicy prawdziwi, wierni zawsze i stali, cierpliwi i mężni, i nawet prześladowcom swoim przebaczający - jak święci. Może uda się kiedy i Krakusowi jakie ich listy ogłosić.

A tymczasem to u nas, w Chełmskiej i Podlaskiej ziemi, zawsze tak samo. Rząd mówi, że Unii niema, ale prześladuje ją dalej: a szatańskie prawdziwe wymyśla sposoby na to, żeby coraz więcej ludzi do swojej wiary zmusić. I tak na przykład, rzecz była zwyczajna i powszednia, że gdzie łacińskiego kościoła nie było, tam dzieci łacinników chrzciły się w unickiej cerkwi. To wystarcza, żeby ochrzczonych tam łacinników, a nieraz ich potomków w trzecim i czwartym pokoleniu zapisać na schizmatyków! Chrzcili się w cerkwi, więc musieli być, albo muszą być prawosławni. Małżeństwa między łacinnikami a unitami były częste. Jeżeli teraz pop lub urzędnik wynajdzie, że ktoś miał babkę czy prababkę unitkę, zaraz podaje do urzędu, że on z żoną i dziećmi powinien być prawosławnym. Żeby zaś zachować pozór niby to sprawiedliwości, wzywają proboszcza łacińskiego na tak zwaną komisję mieszaną, i zapytują go, jakie ma dowody na to, że ten lub ów jego parafianin jest naprawdę katolikiem. Ksiądz pokazuje metryki, daje dowody: ale jest w tej komisji sam jeden katolickiej wiary, a przeciw niemu jest w niej dwóch schizmatyckich popów i dwóch urzędników. Ci tedy większością głosów orzekają, że dowody nie są dostateczne, że ten lub ów jest prawosławnym, i na takiego go w swoje księgi zapisują. A wtedy taki człowiek ma do wyboru albo naprawdę schizmatykiem zostać, albo porzucić dom, mienie i rodzinne strony, i z żoną i dziećmi uciekać za granicę.

Wielu ich żyje tu między nami w Galicji, którzy tak wiarę swoją ratując uciekli! Albo znowu mąż i żona, którzy do schizmatyckiej cerkwi chodzić nie chcą, a przed laty wzięli ślub w unickiej, dowiadują się nagle, że ich ślub nie był ważny: że jako prawosławni muszą wziąć nowy, przed popem, jeżeli chcą uchodzić za prawe małżeństwo. Odpowiadają, że przed Bogiem i ludźmi są prawnie zwartym, uczciwym małżeństwem, a nowego ślubu nie potrzebują. Wtedy urząd ogłasza, że oni są nieślubni, i żeby drugim nie dawali niby złego przykładu, rozdziela ich: mąż musi mieszkać osobno, żona osobno. Nieszczęśliwa kobieta, uczciwa i prawdziwa małżonka, musi znosić taką krzywdę dla swojej dobrej sławy! Dzieci zapisane są w księgach ludności jako nieprawe. Jeżeli rodzice zgodzą się w końcu, i z rozpaczy wezmą ten nowy ślub schizmatycki, to zostawiają ich nadal w spokoju: jeżeli nie chcą swojej wiary odstąpić, to im odejmują uczciwą sławę, a dzieciom uczciwe pochodzenie.

A nasi księża, albo nasze dwory, nie mogą na to nic! Ksiądz gdyby takiego nieszczęśliwego wysłuchał spowiedzi, albo pochował, poszedłby na Sybir: jego parafia zostałaby bez duchownej posługi, kościół byłby zamknięty, unitom nie pomógłby nic, a na łaciński obrządek sprowadziłby nieszczęście. Szlachcic we dworze gdyby próbował nie już bronić od prześladowania, ale tylko popów i urzędników błagać o litość albo przekupować, poszedłby tak samo pod śledztwo albo na wygnanie. Serce pęka każdemu, kiedy w nocy potajemnie przyjdzie do niego nieszczęśliwy ojciec lub matka i błaga żeby dziecko od schizmatyckiego chrztu ratować: "Pan ma pieniądze - niech Pan przekupi! Pan więcej ode mnie u nich znaczy, niech Pan uprosi!" - A tu ani prośbą, ani pieniędzmi, ani niczym nic zrobić nie można: car kazał że ruskiego obrządku ma nie być, a jak on kazał tak być musi!

Tych nieszczęść i okrucieństw, tych zasług i cnót także, nikt wszystkich nie zliczy i nie spamięta. Ale widzi i licz je Bóg, i On nie zapomni. Sam wyrzekł, że przelana krew woła do Niego o pomstę: upomni się więc z czasem i o tę krew męczeńską, którą cała ta ziemia przesiąkła. A my, którzy nie możemy nic dla tych nieszczęśliwych, pamiętajmy przynajmniej prosić Boga, żeby im to męczeństwo skrócił, na tryumf wiary naszej obrócił, a nam dał tyle wiar i tyle cnoty, ile jej mają ci podlascy i chełmscy męczennicy.

Oto tak dzieje się Rusinom katolikom pod rządem rosyjskim. Ale może Rusinom schizmatykom. Którzy rządową cesarską wiarę wyznają, dzieje się przynajmniej dobrze pod względem świeckim? Może mają swój język, swoje prawa, swoje szkoły? O nie. Pod rządem rosyjskim niczym być nie wolno, tylko moskalem, i innego języka być nie może, tylko jeden rosyjski. Język Rusinów mają Moskale w pogardzie, i ledwo że ludziom na wsi mówić nim pozwalają: ale pisać w nim lub książki drukować nigdy. Łatwiej jeszcze pozwoliliby na Ukrainie, na Podolu, i Wołyniu, pisać i drukować i uczyć się po polsku (choć zakazują tego pod najsurowszymi karami), aniżeli po rusku. Coraz też częściej się zdarza, zwłaszcza na Ukrainie, że lud w szkółkach po rosyjsku uczony, w wojskowej służbie przez długie lata trzymany, zapomina po trochu swojej przyrodzonej mowy, a ta staje się do rosyjskiej podobniejszą.

Przez popów znowu, ciemnych, chciwych, często pijaków, krzywdzony i zdzierany, lud ten choć pobożny w duchu, nabiera pogardy i nienawiści do swego duchowieństwa i do cerkwi, i nierzadko od swojej wiary odstaje, a przyjmuje po cichu jakieś wiary nowe. Na Ukrainie zwłaszcza coraz bardziej mnoży się jakieś wyznanie do luterańskiego trochę podobne, w którym księży, ani Mszy św., ani Sakramentów niema, tylko świeccy ludzie schodzą się między sobą na modlitwy i prawią sobie nauki. Gdyby tam katoliccy misjonarze pokazać się mogli, to wszystkich tych, którzy widocznie łakną wiary lepszej i żywszej od schizmy, nawróciliby łatwo na prawdziwą. Ale na to, by tam katolicki Misjonarz mógł się pokazać i nauczać, trzeba by żeby cała Rosja była inną niż jest.

Nie! - nie wyszła Ruś dobrze na tym, że Chmielnicki część jej poddał Rosji, a że Katarzyna całą zabrała.

Rusini pod panowaniem austriackim

Kiedy rząd austriacki zajął Galicję, (po pierwszym rozbiorze Polski w 1772 r.), dostrzegł zaraz, że u niektórych Rusinów, zwłaszcza duchownych, tli w głębi serca niechęć do Polaków. Takich wszakże było mało, a Polacy nie wiedzieli o tej niechęci, która się wyraźnie w niczym widzieć nie dawała. Gubernatorowie austriaccy pisali w swoich raportach do Wiednia, że gdyby kiedy Polacy przeciw rządowi burzyć się chcieli, to można by na nich mieć pomoc w takich Rusinach, ale przestrzegali zarazem, żeby tego środka nie używać, bo jest niebezpieczny. "Rusini którzyby znienawidzili Polaków, mogliby zanadto polubić Moskali, a to dla państwa austriackiego mogłoby stać się groźnym, bo oprócz Rusinów w Galicji, są oni na Bukowinie, i za Karpatami na Węgrzech, są i Słowaki, są i schizmatycy. Gdyby ci wszyscy przez podobieństwo języka i obrządku, albo przez wspólność wiary, zaczęli czuć jaki pociąg do Rosji, byłby z tego dla Austrii kłopot niemały".

Przez długie lata zostały więc te stosunki tak jak były za polskich czasów. W nielicznych Rusinach ukryta niechęć: w ogromnej większości nie tylko nie było niechęci, ale owszem była zgoda i przyjaźń wzajemna. Księża ruscy, ich żony i dzieci, mówili między sobą po polski i czytywali polskie książki: studenci w szkołach Rusini i Polacy tak samo o wszystkim myśleli i tak samo czuli. Kiedy się Polacy bili, za Napoleona albo w roku 1831, wielu Rusinów szło z nimi tak samo na wojnę za sprawę, którą uważali a wspólną. Nawzajem, kiedy we Lwowie, między rokiem 1830 a 1840 kilku Rusinów zaczęło pracować nad lepszym wyrobieniem swego języka i drukować książki, żaden Polak nie myślał temu przeszkadzać, owszem każdy się cieszył i życzył im jak najlepiej.

Przyszedł rok 1848: rok wielkich zaburzeń w całej Europie, i w Austrii. W Wiedniu wybuchły rozruchy takie, że aż Cesarz (stryj teraźniejszego, Ferdynand I) umknął do Tyrolu: w Pradze burzyli się Czesi: prowincje włoskie, Lombardia i Wenecja podniosły wojnę przeciw Austrii z pomocą sąsiedniego króla Sardyńskiego: na Węgrzech wybuchła wojna długa i ciężka. W Galicji rozruchy były naprawdę małe. Ale rząd, przestraszony tymi zaburzeniami które miał gdzie indziej, wziął się ostro do stłumienia tych niepokojów. Aż za ostro, bo oba większe miasta, Lwów i Kraków, były bombardowane, gdy się w nich jakiś mały rozruch uliczny pokazał.

W tym tedy czasie, rząd zwrócił uwagę na Rusinów. W niektórych Rusinach (jak wiemy) była zawsze niechęć do Polaków. Ci teraz, widząc że rządowi będzie to na rękę, zaczęli oddzielać się od Polaków, zakładać swoje osobne rady, zbierać zgromadzenia, podawać prośby do Namiestnika i do Cesarza nie od całego kraju, tylko od Rusinów samych. We wszystkim co mówili i pisali, wystawiali się jako wierni poddanie Cesarza i Państwa, i dawali do zrozumienia, że tylko oni są tacy jak w Galicji, a Polacy nie. Rząd ówczesny, dość krótko widzący, przyjmował ich oświadczenia bardzo łaskawie, a nie rozumiał tego, że ten środek, którego używał przeciw Polakom, to broń obosieczna, która i Austrię mogła skaleczyć.

Zaczęli więc Rusini występować odtąd zawsze jako naród osobny. W tym nie byłoby nic złego, i do tego mieli i mają prawo, skoro ich Pan Bóg stworzył Rusinami, a na znak, że nie są ani Polakami ani Rosjanami, dał im język ich własny, który ani nie jest polskim ani rosyjskim. Ale choć ich prawo było dobre, to ich postępowanie i ich zamiary byłe złe. Postępowanie było złe, bo było powodowane zawsze i na każdym kroku tylko nienawiścią do Polaków, tylko myślą jakby im zaszkodzić. Miłość własnej ojczyzny jest dobra i święta: ale u kogo ona zasadza się głównie na nienawiści drugiego, ten drugiemu może wiele zaszkodzić, ale tej swojej ojczyźnie wiele dobrego nie zrobi. Za dawnych czasów Chmielnicki przez nienawiść do Polski zaszkodził Rusi bardzo: w naszym wieku Rusini w Galicji powinni byli o tym pamiętać, i swoją miłość ojczyzny z tego złego uczucia zazdrości i nienawiści oczyścić. Ale tego nie zrobili.

Że zaś ich zamiary nie były dobre i czyste, to zaczęło pokazywać się niebawem. Z łacińskiego obrządku przeszły do ruskiego niektóre zwyczaje, jakich w nim pierwotnie nie było. Na przykład w cerkwiach księża mówili kazania z ambony (w obrządku wschodnim mówić się zwykły od ołtarza): stawiano w nich i organy - (w obrządku wschodnim i u schizmatyków organów niema, tylko śpiew sam). Przy Mszy, na Podniesienie, i na Komunię, dzwoniono jak przy Mszy łacińskiej: Komunię św. Rusini, za przykładem łacinników przyjmowali klęczący - (dawniej zaś stojący, jak schizmatycy). Bractwa różne, albo śpiewanie Różańca były we wszystkich prawie parafiach, znowu za przykładem łacinników. Teraz księża ruscy, z gorliwości niby o swój obrządek i jego ścisłe przestrzeganie, zaczęli usuwać z cerkwi to wszystko, co nazywali łacińskimi dodatkami. Dzwonki, organy, ambony, znikały gdzieś jedne po drugich: do Komunii kazano wiernym przystępować stojący: bractwa proboszcze radzili lub kazali rozwiązywać: Różańca śpiewać nie pozwalali. Nie podobało się to wielu, bo te dodatki, choć istotnie z łacińskiego obrządku przejęte, ruskiemu szkodzić nie mogły a pobożności wiernych pomagały. Ich usunięcie zaś sprawiało, że nabożeństwo ruskie stawało się coraz podobniejszym do schizmatyckiego: a że ludzie nieraz więcej patrzą na pozór niż na rzecz, więc można było obawiać się, że to podobieństwo obrządków mogłoby z czasem zaślepić lud na różnicę wiary, jaka jest między Unią a schizmą.

Zmiany wprowadzono nie tyle z dbałości o pierwotną czystość ruskiego obrządku, ile z niechęci do łacińskiego. A niebawem pod tą niechęcią objawiło się coś gorszego, pociąg do innej wiary, i do innego Państwa. Niektórzy księża zaczęli zapuszczać brody - jak schizmatyccy popi: z mszy zaczęli wypuszczać modlitwę za papieża: gdzieniegdzie pokazywały się mszały drukowane w Rosji, schizmatyckie. Zaniepokoiło to innych, zaczęli pytać co to znaczy? Biskupi wydali zakazy: brody znikły, ale ziarno raz zasiane zaczęło wydawać plon.

Świeccy Rusini znowu porzucili swoje dawne abecadło i pismo ruskie, a przyjęli litery rosyjskie. Do swego piśmiennego języka, do książek, pod pozorem że język ruski nie jest do pięknego pisania przygotowany i wyrobiony, zaczęli wprowadzać mnóstwo słów i wyrażeń czysto rosyjskich. Wszystko to razem było dość niepokojące, dość podejrzane. Ludzie rozważni musieli pytać co z tego dalej będzie? Miał się ruski naród i język niby rozwijać, a on się tymczasem w oczach na coś innego i wcale niepotrzebnego przerabia?

W roku 1861 odbywał się pierwszy Sejm we Lwowie. Rusinów było w nim dużo: spory z Polakami były częste i gwałtowne. Oni w swojej nienawiści żądali rzeczy niemożliwych i niesprawiedliwych - na przykład żeby Galicję podzielić na dwa kraje, polski od Krakowa po San, i ruski od Sanu po Zbrucz: my w naszym oburzeniu (choć łatwo zrozumiałem), unosiliśmy się czasem nieroztropnie, kiedyśmy mówili (niektórzy tylko) że oni są i powinni być Polakami, że ich język jest tylko narzeczem polskiego i podobnie. Ale w tamtych latach Rada Państwa w Wiedniu składała się z posłów wybieranych do niej przez wszystkie sejmy krajowe - (nie jak dziś, co wybieramy osobno do sejmów, a osobno do Rady Państwa wprost). W naszym Sejmie Polacy mieli większość, więc gdyby byli chcieli, mogliby ani jednego Rusina do Rady Państwa nie wybrać, a przynajmniej wybrać ich bardzo mało. Tego się też Rusini bali; wysłali tedy kilku ze swoich, z biskupem księdzem Litwinowiczem23 na czele, żeby się z posłami polskimi o te wybory umówili. Polacy krzywdy im robić nie chcieli: ale to wiedzieli, że w Radzie Państwa, pomiędzy mnóstwem posłów niemieckich, czeskich, morawskich i innych, wtedy tylko coś dla kraju wskórać będą mogli, jeżeli wszyscy zawsze tak samo jak jeden człowiek będą głosować. Dali tedy Rusinom odpowiedź następującą: "Jeżeli nam przyrzeczecie, że w Wiedniu, w Kole naszym, między swoimi, będziecie się z nami kłócić ile się wam podoba, ale w Izbie, przed obcymi będziecie z nami jednakowo głosować, to was do Rady Państwa wybierzemy".

Rusini obiecali: ksiądz Litwinowicz powiedział publicznie, że daje swoje słowo kapłańskie i biskupie na to, że w Radzie Państwa Rusini będą się z Polakami trzymać i jednakowo z nimi głosować.

Polacy uwierzyli, dotrzymali i wybrali Rusinów.

Ale zaledwie stanęli w Wiedniu i w Radzie Państwa, Rusini zapomnieli o słowie i o przyrzeczeniach, Polakom na każdym kroku i przy każdym głosowaniu szkodzili, a trzymali z niemiecką większością, która wszystkim krajom i ludom Państwa austriackiego nie chciała przyznać żadnych praw i swobód, jakie się każdemu narodowi należą i są do jego bytu konieczne.

Ówczesna Rada Państwa ciągnęła się bardzo długo, sejmy nie miały się kiedy odbywać: u nas był jeden tylko króciutki w roku 1863. Potem Cesarz widząc, że taka Rada Państwa nic dobrego nie sprawi, i że potrzeba innej sprawiedliwszej, rozwiązał ją, a że wkrótce potem wypadła wojna z Prusami, więc Rady Państwa nie zwoływano przez półtora roku z górą.

Sejmy odbywały się swoim porządkiem, a że galicyjski od dawna nie był zasiadał, więc w roku 1865 na 1866 trwał długo, prawie pół roku. Nie było sprawy, przy której by Rusini nie byliby podnosili albo skarg niesłusznych na ucisk i prześladowanie, którego niby doznawali od Polaków - (mówili na przykład, że księża ruscy odrabiali pańszczyznę Lachom!) albo niesłusznych żądań. Dawniej wspominali tylko o podziale Galicji na dwa kraje: teraz zrobili z tego zupełny wniosek, i chcieli żeby Sejm to uchwalił. Prosta rzecz, że taki podział byłby niebezpieczny nie tylko dla nas i dla Rusinów, ale dla całego Państwa, bo to Państwo ma sąsiada, który od dawna mówi, że wszystko co ruskie to powinno do niego należeć: więc gdyby jedna część Galicji miała się stać wyłącznie ruską, to z tamtej strony tym śmielej ostrzonoby na nią zęby. We wszystkich zaś sprawach, w których Sejm domagał się zbawiennych i koniecznych zmian i ulg dla kraju (na przykład języka polskiego w szkołach, w sądach i w urzędach, zamiast niemieckiego który wtedy jeszcze był), to Rusini przeszkadzali jak tylko mogli, i zawsze przeciw takim wnioskom głosowali. Prowadził ich wtedy ksiądz Kuziemski, ten sam co później został biskupem Chełmskim i o którym mówiliśmy już wyżej, i ksiądz Naumowicz, o którym jeszcze mówić nam przyjdzie.

Było tak ciągle przez lat parę. Niespodziewanie w Sejmie roku 1869, poseł Ławrowski, Rusin, i Wicemarszałek Sejmu, oświadczył, że Rusini chcą zgody z Polakami i podawał warunki tej zgody: a zapewniał, że Rusini ani wiary ani Państwa odstępować nie chcą, że katolikami są, i zostaną. Po długich latach czynnej nieprzyjaźni Rusinów, nie mogli Polacy w skutku jednej mowy uwierzyć od razu w ich lepsze ich uczucia i zamiary: ale byliby popełnili błąd wielki, gdyby taką sposobność pogodzenia się, choćby nie całkiem pewną, byli odrzucili. Tego też nie zrobili. Sejm polecił Wydziałowi krajowemu, żeby zwoławszy do Rady poważnych ludzi z Polaków i z Rusinów, rozważył te warunki ugody, żeby rozpoznał, które z nich są słuszne i dobre a które nie, i żeby potem Sejmowi zdał z nich sprawę. A tymczasem, mówili Polacy, będziemy patrzeć i uważać. Jeżeli Rusini w Sejmie, w swoich książkach, w swoich pismach, będą się z nami obchodzić inaczej jak dotąd, to będzie w tym jakiś dowód, że chcą zgody naprawdę: i że jej chce nie pan Ławrowski sam jeden, ale oni wszyscy a przynajmniej wielu. Ale właśnie pokazało się inaczej. W postępowaniu Rusinów nie zmieniło się nic: chyba to jedno że zawzięciej niż przedtem w nas uderzali. Trudno więc było uwierzyć, iżby szczerze zgody z nami pragnęli. A gdy niedługo potem umarł p. Ławrowski, który o tej zgodzie szczerze myślał, nie było już więcej mowy o jego wniosku.

Stawał się więc ten wzajemny stosunek Polaków i Rusinów coraz gorszym. Po jednej stronie nienawiść coraz wyraźniejsza, po drugiej coraz większe niedowierzanie. Do tego niedowierzania przybył powód nowy a najsilniejszy, kiedy zaczęło się prześladowanie Unitów w Chełmskiem i na Podlasiu. Księża ruscy z Galicji tam sprowadzeni, i sami bez wahania przechodzili na schizmę, i rządowi rosyjskiemu z niegodziwą gorliwością pomagali do prześladowania ludu, do gwałtów i okrucieństw, które opisaliśmy wyżej. Cóż innego można było o takich myśleć, jak że są zdrajcami i wiary swojej, i swoich owieczek, i Rusi. Kiedy zaś pod rządem rosyjskim działy się takie rzeczy straszne, kiedy lała się krew ludu ruskiego, to Rusini galicyjscy nigdy ani w Sejmie, ani po za Sejmem, ani w mowie, ani w piśmie, nie użalili się nad tymi swoimi braćmi, nie oburzyli się na te okrucieństwa. Na mniemany ucisk Rusinów przez Polaków skarżyli się bez miary i bez końca: na straszliwe prześladowanie Rusinów przez Moskali milczeli, nie podnieśli ani jednej skargi. Wtedy oczywiście każdy pomyśleć musiał, że te prześladowania oni chyba uważali za dobre: że chcą, iżby Rusini z Unitów stali się schizmatykami a z Rusinów Moskalami, i że gdyby mogli, to by sami tak przeszli na inną wiarę i przystali do innego narodu, jak to zrobili na nieszczęście ich księża, co własnymi rękami zabili i pogrzebali Unię na Podlasiu i w Chełmszczyźnie. A kiedy nieszczęśliwi księża uniccy, przez Rosję wygnani za to, że swojej wiary odstąpić nie chcieli, chronili się do Galicji z żonami i dziećmi i żyć nie mieli z czego, to utrzymanie jakie takie obmyślali im Biskupi łacińscy, albo świeccy przychodzili w pomoc składkami, ale bardzo rzadko zdarzyło się, żeby od Rusinów który dostał jaką ubogą posadę i utrzymanie.

To wszystko wskazywało, że duch tego narodu znacznie się by zepsuł. Zyskali Rusini wiele przez te wszystkie lata, uczyli się dużo i pilnie w szkołach, wielu z nich zajęło miejsca w urzędach i w sądach, napisali i wydali wiele książek, język swój wyrobili na piśmienny - (na te książki i na teatr ruski Sejm dawał i zawsze daje zapomogę), zrobili wielkie postępy pod różnymi względami, ale ich usposobienie nie było dobre. Chęć rozwijania swojej narodowości ruskiej była u wielu szczera, ale połączona z nienawiścią względem drugich ludzi, z obojętnością dla wiary a często z zupełnym niedowiarstwem, dobrych skutków wydać nie mogła, i zamiast Rusinów uszlachetnić, ona wielu z nich psuła. Inni znowu z tej nienawiści do Polaków a obojętności dla wiary, otwarcie mówili, że ich prawdziwą ojczyzną jest Rosja, a ich kościołem schizma. Między ludem krążyli często (i dotąd krążą) ludzie, którzy takie nauki roznoszą, Bóg wie przez kogo nasłani i opłacani; a ich pisma i książki powtarzały to samo nieznacznie ale ustawicznie, żeby lud do takich wyobrażeń przyzwyczaić i przygotować. Odznaczało się i dotąd odznacza takimi złymi zamiarami jedno ich stowarzyszenie, od założyciela swego nazwane Towarzystwem Kaczkowskiego, które w Kołomyi wydaje książki i rozrzuca je po kraju. W książkach tych bywa zwykle na początku (dla zamydlenia oczów) jakieś kilka słów o wierności i przywiązaniu do Cesarza i Austrii, a dale nie tylko potwarze na Polaków o podżegania do nienawiści, ale ponętne a kłamliwe wiadomości o Rosji, jakie tam życie błogie, jaki dostatek, jaka sprawiedliwość! aby czytelnik miał już sam z tego miarkować, że tam niby lepiej daleko niż tu, i że dopiero byłoby nam dobrze, gdybyśmy się pod rosyjskie panowanie dostali.

A my cóżeśmy mieli na to radzić? Rady nie było, bo Bóg jeden może zmienić ludzkie sumienie i wolę. Musieliśmy więc cierpliwie znosić, starać się dobrymi pismami i książkami naprawiać ile się dało to złe jakie oni swymi przewrotnymi robili, w Sejmie odpierać ich niesprawiedliwe zarzuty, kiedy się skarżyli na ucisk i krzywdy jakich od nas doznają - (jakich naprawdę niema): dbać o to troskliwie, żeby właśnie nie skrzywdzić ich w niczym i nie naruszyć nic z tego co im prawo przyznaje. To jest wszystko, cośmy robić mogli, i to robiliśmy zawsze. Prócz tego spróbowano jednego środka, na los szczęścia: może się uda. Ksiądz Walerian Kalinka24, ze Zgromadzenia Zmartwychwstańców, kapłan gorliwy, a znakomity pisarz i obywatel, miał pomysł, żeby założyć we Lwowie dom, w którym chowaliby się młodzi Rusini. Wychowanie odbieraliby czysto i ściśle ruskie: język, nabożeństwo, nauki, wszystko miało być ruskie. Ale mieli być chowani w duchu katolickim, w przywiązaniu do Kościoła; a przez dobre obchodzenie się i opiekę, przez ciągłe stosunki z księżmi, którzy na Polaków przerabiać ich nie myśleli, możeby z czasem oduczyli się tej nienawiści do nas. Pomysł ten podobał się bardzo i w Wiedniu, i w Rzymie. Ojciec św. i Cesarz, sami zachęcali księdza Kalinkę, żeby taki dom założył. Sejm przyszedł mu z pomocą, i dotąd co roku daje zapomogę temu zakładowi: resztę kosztów opłacają składki, a w najmniejszej części rodzice uczniów, jeżeli płacić chcą i mogą. Zakład stanął i utrzymuje się dość pomyślnie: ale kto go szkaluje i szkodzi mu jak może? Rusini. Dlaczego? bo jak mówili, ten zakład ma im dzieci przerabiać na Lachów. Komisje sejmowe sprawdzały czy tak jest: i posłowie ruscy sami musieli przyznać, że wszystko odbywa się po rusku, że chłopcy chodzą do szkoły ruskiej, że nikt nie myśli o tym, by ich spolszczyć. A więc o co chodziło, i dlaczego te gniewy? O to podobno, że dzieci chowają się tam po katolicku. Jeden z Rusinów poufnie dał się z tym słyszeć na Sejmie. Pytany dlaczego tak narzeka na ten zakład, który ruskie dzieci wychowuje uczciwie, uczy dobrze, a bardzo tanio lub całkiem za darmo, odpowiedział, że "choć oni Rusinami zostaną, to dla nas będą straceni, bo się do katolickiej wiary przywiążą".

Zaszły w końcu takie zdarzenia, które już jawnie przed całym światem dowiodły, jakie zamiary kryły się pod tymi słowami i skargami o mniemanym ucisku Rusinów w Galicji. Był pewien pan Adolf Dobrzański, Rusin, wysłużony urzędnik austriacki, dość wysoki nawet, mieszkający na Węgrzech blisko galicyjskiej granicy. Jego córka, pani Hrabarowa, mieszkała we Lwowie: syn, Mirosław Dobrzański, był w służbie rosyjskiej, ale przejeżdżał się ustawicznie między Kijowem, Wilnem, Warszawą a Lwowem. Policja spostrzegła, że u tej pani Hrabarowej schodzą się często ludzie podejrzani, zwróciła na nich uwagę, i wpadła na trop zupełnego spisku, którego celem było oderwanie Galicji od Austrii, a przyłączenie jej do Rosji. Przy rewizii w mieszkaniu pani Hrabarawej znalazły się liczne na to dowody: listy (niektóre z pieniędzmi, druki przeznaczone do rozszerzania między ludem itd.). Wyniknął z tego proces, który wykazał, że oskarżeni znosili się z rosyjskimi stowarzyszeniami, których celem jest zabór wszystkich krajów słowiańskich przez Rosję, że odbierali na ten cel znaczne z Rosji fundusze, że przez pisma i książki starali się wpajać w Rusinów to przekonanie, że powinni połączyć się z Rosją i przejść na schizmę. Pomiędzy czterema skazanymi w tym procesie był ksiądz Naumowicz, niegdyś poseł, i jeden z przywódców ruskich na Sejmie.

Ale zdarzyło się coś jeszcze gorszego niż spisek. Pewnego razu, cała jedna wieś, Hniliczki, oświadczyła w Starostwie, że chce przejść na prawosławie. Namówił ją do tego, i pierwszy to poświadczenie podpisał, proboszcz, ten sam ksiądz Naumowicz, o którym wspomnieliśmy wyżej jako o przewodniku posłów ruskich w Sejmie. Urzędy świeckie nie mogły im za to nic zrobić, skoro w Austrii prawo pozwala każdemu wyznawać religię, jaką chce, i zmieniać ją kiedy mu się podoba. Powstało tylko oburzenie i zgorszenie w całym kraju. Metropolita odebrał parafię księdzu Naumowiczowi: wieś, objaśniona o tym co zrobić chciała, dała się wstrzymać od złego czynu: ksiądz Naumowicz wyjechał do Kijowa, przeszedł uroczyście na schizmę, i dostał jakąś wysoką godność i pensję, i stamtąd przez swoich powierników i przyjaciół dalej w Galicji te same roboty prowadzi.

Niebezpieczeństwo grożące milionom dusz chrześcijańskich było oczywiste: kościół nie mógł tych dusz zostawić bez obrony. Sądzono w Rzymie, i tak samo w Wiedniu, że pokusa fałszywej wiary szerzy się po części przez to, że arcybiskupia diecezja lwowska jest bardzo wielka, zatem Arcybiskup nie może księży dobrze znać i często doglądać, a oni się przez to psują. Utworzył więc Ojciec św. ze zgodą Cesarza nową diecezję ruską w Stanisławowie, której pierwszym biskupem jest najprzew. ksiądz Julian Pełesz. Ale na to złe tak dalece posunięte jeden środek nie wystarczy. Postarała się Stolica Apostolska o inny także. Najpewniejszym środkiem do utwierdzenia wiernych w przywiązaniu do Kościoła, i w należytym zrozumieniu religijnych obowiązków, jest dobre wychowanie młodych księży, w pobożności, gorliwości, i czystości obyczajów. W obrządku wschodnim nie ma wielu zakonów różnych jak w łacińskim: jest tylko jeden zakon Bazyliański, który niegdyś jaśniał wielkimi cnotami i naukami, dostarczał Unii najlepszych Biskupów, ale w naszym wieku zaniedbał się trochę i podupadł. Gdyby ten zakon do dawnej gorliwości i pilności przywrócić, to za jego przykładem, utwierdziłoby się w dobrem duchowieństwo świeckie, i z czasem wszyscy wierni.

Prowincjał Bazylianów, ksiądz Sarnicki, miał więc myśl, żeby wychowanie młodych kleryków Bazyliańskich powierzyć Jezuitom: Ojciec św. pozwolił, i w skutku tego nowicjat w klasztorze w Dobromilu oddany został pod kierunek Jezuitów, którzy tych przyszłych zakonników uczą i wychowują.

Na to znowu podnieśli Rusini wielkie skargi. To dla nich wielka (niby) krzywda i obraza, żeby zakon łaciński miał kształcić ich księży, oni tego nie potrzebują i nie chcą: Jezuici będą ich tylko na łacinników i na Lachów przerabiać! We wszystkich pismach ruskich i we wszystkich rosyjskich także rozwodziły się narzekania i użalania nad tymi nieszczęśliwymi, których prześladuje Papież, Cesarz austriacki, i Polacy.

Dobre wychowanie księży, żeby byli wierni, pobożni, i rozumni, to u Moskali i ich stronników nazywa się prześladowanie,: ale Unici na Litwie i na Podlasiu dobrowolnie przeszli na prawosławie! Tam nie było prześladowania!

Taką to prawdą, i taką dobrą wiarą, walczy się z Kościołem katolickim i z Polakami.

Cóż w takich zdarzeniach mieli robić Polacy? jak się mieli zachować? Różnie ludzie myśleli i mówili. Byli tacy co mówili, że należy przyciągać do siebie Rusinów jak największą łagodnością i dobrocią, przystawać na wszystkie ich żądania, uchwalać w Sejmie wszystkie ich wnioski, a wtedy, jak się Rusini przekonają, że polska większość w Sejmie ustępuje im zawsze, i że wszystko, czego chcą od niej dostać mogą, to przestaną nas nienawidzić, a z czasem zaczną i kochać. W takim zdaniu było dobrego serca dużo, ale rozwagi i zastanowienia nie wiele. Kiedy Rusini ciągnęli do innej wiary i do innego Państwa, to nam sumienie i rozum mówiły, że powinniśmy być bardzo ostrożni, bo każdego nowego prawa, jakieby zyskali, mogą użyć na to, żeby jeszcze silniej jak dotąd robić to, co dla nas i całego Państwa jest niebezpieczne. Jeżeli mnie kto chce bić to mu przecie nie będę na siebie dawał kija: to by nie była ani miłość chrześcijańska, ani miłość braterska, tylko nieroztropność.

Inni znowu, oburzeni na postępowanie Rusinów, utrzymywali, że trzeba im się opierać zawsze i we wszystkim, a nigdy i w niczym nie ustępować. Dowodzili, że lud ruski ani tej nienawiści do Polaków nie czuje, ani nie dba o te zmiany, jakich się domagają jego posłowie: że to kilkuset ludzi burzliwych i przewrotnych robi ten cały niepokój, a naród sam ani o nim nie wie, ani go nie pragnie. To jest prawda: ale tak znowu ostro postępować nie byłoby dobrze, bo naprzód między żądaniami Rusinów mogły być i słuszne, a takim zawsze należy uczynić zadość, a po wtóre dlatego, że byłyby jeszcze większe skargi na polski ucisk, a różni nasi przyjaciele udawaliby, że tym skargom wierzą, i mogłyby z tego wyniknąć nowe kłopoty i przykrości. Większość sejmowa tedy obrała drogę pośrednią, i tej się trzymała. W niczym Rusinów nie krzywdzić, przyznawać im zawsze od razu w Sejmie wszystko to, do czego na mocy ustaw mają prawo: ale do tych praw nowego nie dodawać nic, bo z pewnością użyliby tego na naszą szkodę. Tak robił Sejm przez te wszystkie lata, do ostatka. Posłowie ruscy wychodzili co roku z nowymi wnioskami, Sejm te wnioski rozstrzygał, uchwalał co było słuszne, resztę odrzucał. Skargi z tamtej strony były zawsze te same, tylko może coraz gwałtowniejsze. Czy były słuszne? to inna rzecz. Jednym z głównych niby dowodów tego upośledzenia i prześladowania Rusinów było to, że ludu ruskiego jest tak wiele, a ich w Sejmie stosunkowo tak mało. Któż temu winien? Lud na Rusi wybiera tak samo jak gdzie indziej: jeżeli wybiera często Polaków na posłów, to cóż na to poradzić? Wolno Polakom o wybór się starać, i wolno Rusinom Polaka wybierać. Jeżeli zaś tylu Polaków wybierają, to widać, że lud nie ma do nich tej nieufności i nienawiści, jaką mają ruscy księża, albo adwokaci, albo notariusze, albo sędziowie. Czasem znowu skarżyli się, że przy wyborach starostowie albo żandarmi dopuszczali się nadużyć: wtedy za każdym razem Rząd robił dokładne śledztwo, a najczęściej pokazało się, że jeżeli były bitki albo gwałty, to je właśnie Rusini robili. Gdzie zaś zdarzyło się istotnie jakieś nadużycie, tam było z urzędu skarcone.

Drugim znowu głównym powodem do skarg były szkoły: że szkół ruskich za mało. Znowu nieprawda. Ustawa mówi, że każda gmina sama ma prawo stanowić o tym, czy dzieci mają się uczyć w polskim czy w ruskim języku. Gdzie więc gmina oświadczy, że chce szkoły ruskiej, tam szkoła jest ruską. Nie było przypadku, żeby się stało inaczej, i naprawdę mamy w kraju więcej szkół wiejskich ruskich aniżeli polskich. Co do szkół wyższych, gimnazjów, prawda że jest tylko jedno (we Lwowie), w którym wszystkie nauki przez wszystkie lata odbywają się po rusku: ale w miastach mniejszych, gdzie jest ludność i polska i ruska, a gimnazjum tylko jedno, jakże zrobić, żeby wszystkim dogodzić? Gdyby tam dawać naukę po rusku, to znowu narzekaliby Polacy. Poradził na to Sejm w ten sposób, iż uchwalił, że jeżeli w jakiej klasie gimnazjalnej znajdzie się dwudziestu pięciu chłopców, których rodzice zażądają, żeby oni uczyli się po rusku, to dla tych chłopców ma być otwarta klasa osobna, z ruskimi nauczycielami i nauką po rusku. Dotąd w jednym Przemyślu znalazła się potrzebna liczba rodziców, którzy takiej zmiany żądali, i tam też są przy gimnazjum takie osobne klasy ruskie.

Skargi więc słuszne nie były, krzywd i ucisku nie było, a skarżono się (jak to Polacy nieraz w Sejmie mówili) dlatego, żeby skargami lud w niepokoju utrzymywać i w nienawiści utwierdzać. Przy ostatnich wyborach do Sejmu w roku 1889 zaszła ta nienawiść tak daleko, że w swoich odezwach do wyborców Rusini nazywali nas Polaków obcymi ludźmi, którzy na tej ziemi być nie powinni, i że wtedy dopiero będzie dobrze i spokój, kiedy wszyscy Polacy za San się wyniosą. Taką odezwę podpisał nawet ten Rusin, którego większość sejmowa na członka Wydziału krajowego wybrała.

Że po takiej odezwie w następnym Sejmie wzajemny stosunek był przykry, to nic dziwnego. Rusini byli gwałtowni jeszcze bardziej niż zwykle: Polacy byli do żywego dotknięci i oburzeni. Mimo to byli (z bardzo rzadkimi wyjątkami) spokojni, a pomimo że się świeżo na jednym z nich tak zawiedli, znowu Rusina (innego) do Wydziału krajowego wybrali.

Na samym końcu ostatniego Sejmu (1890) zaszedł wypadek niespodziewany, (o którym wspominaliśmy w pierwszym numerze Krakusa). Posłowie ruscy poróżnili się między sobą, i zaczęli występować jedni przeciwko drugim. Jedna strona z panem Romańczukiem25 (profesorem gimnazjalnym we Lwowie) oświadczyła w Sejmie, że Rusini nie są i nie chcą być Polakami, ale że tak samo nie są i nie chcą być Moskalami: że są i chcą zawsze pozostać wiernymi katolikami: że tylko w Austrii i pod opieką Cesarza widzą bezpieczeństwo i przyszłość dla swego narodu, a każdego Rusina, któryby ciągnął do schizmy i do Rosji, uważają za zdrajcę.

Druga strona, w której imieniu przemawiał znowu pan Antoniewicz (profesor gimnazjalny z Przemyśla), mówiła o sobie, że ona także nie myśli o oderwaniu Galicji od Państwa Austriackiego, że Cesarzowi jest wierna: ale nie chce mieć nic wspólnego z tymi Rusinami, którzy o jakiejś czystej Rusi mówią, a zostają w stosunkach z ludźmi, którzy z Francji, Szwajcarii, i innych krajów usiłują szerzyć niepokój i nieporządek po całym świecie.

Oskarżali się więc nawzajem: jedni o pociąg do schizmy i do Rosji, drudzy o ukryte zamiary zaburzeń i nierządu.

Kiedy się tak w Sejmie otwarcie poróżnili, zabrał głos ksiądz Metropolita Arcybiskup lwowski Sembratowicz, i oświadczył wobec wszystkich biskupów ruskich, i duchowieństwa, że choćby im przyszło śmierć ponieść, od jedności katolickiego Kościoła i od posłuszeństwa Głowie jego Papieżowi rzymskiemu nie odstąpią: że Cesarza i domu cesarskiego trzymają się wiernie i zawsze trzymać się będą, ale pewnymi tylko i godziwymi środkami, a gotowi będą zawsze pomagać do zgody między dwoma bratnimi narodami mieszkającymi w jednej ziemi.

Ten rozbrat między Rusinami świeckimi, a zwłaszcza to oświadczenie Biskupów, którzy w ten sposób objawili, że przyznają słuszność tej stronie, na której czele stoi pan Romańczuk, a stronę przeciwną zganili, to jest wypadek w naszym stosunku do Rusinów ważny. Rusini świeccy wyparli się publicznie rosyjskich i schizmatyckich dążności, a Biskupi swoim głosem poręczyli niejako za świeckich, że mówią szczerze i wierzyć im można. My zatem ani lekceważyć, ani odpychać tego nie możemy: bo jeżeli oni w tej sprawie głównej mają dobre chęci i będą postępowali dobrze, to możemy i do stałej zgody z nimi z czasem dojść, i im jak sobie przez to lepszą przyszłość zapewnić. Rozumie się, że po tylu latach nieprzyjaźni, nie możemy na jedno słowo uwierzyć, że się u nich wszystko od razu zmieniło. Biskupom powinniśmy wierzyć i wierzymy zupełnie: świeccy muszą nas jeszcze swoim postępowaniem przekonać, że się pozbywają tej ku nam nienawiści, jaką dotąd zawsze okazywali. Jeżeli na przykład przestaną w swoich pismach o nas źle mówić, kłamliwe oskarżenia na nas rozszerzać: jeżeli w stosunkach sąsiedzkich, albo w Radach powiatowych, albo w Sejmie, okażą nam więcej życzliwości a mniej zawziętości niż dotąd, to będziemy mieli jakiś dowód ich szczerości i dobrej woli, i zaczniemy ufać. Dotąd, z radością musimy to wyznać, przy wyborach do Rady państwa, ta część Rusinów rzeczywiście dawnej niechęci nam nie okazywała i postępowała zgodnie z Polakami. Zobaczymy, co będzie dalej.

Żądania swoje ogłosili oni w dziennikach, i na przyszłym Sejmie zapewne z niemi wystąpią. Roztrząsać te żądania teraz jeszcze nie pora. Do Sejmu będzie to należało rozpoznać, które z nich są zupełnie słuszne, a które mniej, które się dadzą wykonać, a które nie. Teraz tylko to jedno na pewno wiedzieć możemy, że jak my powinniśmy postępować w tej sprawie roztropnie a sprawiedliwie, żeby ani ich nie skrzywdzić, ani sobie szkody nie zrobić, tak oni znowu powinni starać się przekonać nas swoim zachowaniem, że nie są nam nieprzyjaciółmi, i wzbudzić w nas tę ufność, której dotąd zupełnej mieć do nich nie możemy.

Podsumowanie

Takie były, w krótkości tu opowiedziane dzieje Rusi, i jej z Polakami stosunki. Za dawnych czasów miała Polska tę względem Rusi zasługę, że jej przez długie wieki broniła od Tatarów i Turków, że ją - bez gwałtu i prześladowania - do prawdziwej wiary nawróciła, że ogromne a odłogiem leżące ziemie zaludniła, a przez to na pożytek ludzki obróciła, miasta zakładała, chwałę Bożą, oświatę ludzi, uprawę ziemi, daleko w te strony szerzyła. Winę zaś miała dawna Polska na Rusi naprzód tę, że nie dosyć pilnie i gorliwie dbała o to, by Rusinów do siebie przywiązać, że na przykład ich Biskupów do swego senatu nie przypuściła, że niektórzy Polacy - (bo nie król i Rząd polski) - źle się z nimi obchodzili. Rusini pomścili się za to w dawnych czasach dwa razy, przez bunt Chmielnickiego i przez rzeź Humańską; zadali przez to Polsce krzywdę cięższą niż te jakich od niej doznali.

W naszych czasach my im nie robiliśmy krzywdy żadnej, oni nam robili dużo szkody. Nie zaczepialiśmy nigdy, broniliśmy tylko i siebie, i państwa do którego należymy, i Kościoła. Opieraliśmy się i działaliśmy przeciw nim dlatego, że to, co oni chcieli, było i niesprawiedliwe i niebezpieczne. Nie mogliśmy przecie pozwalać na to, żeby nas obcymi ludźmi nazywali i za San wypraszali, żeby do obcego Państwa i do obcego Kościoła ciągnęli, więc staraliśmy się nie dopuszczać ich do większego znaczenia z obawy, żeby go na złe nie użyli. Oni do nas mieli (i zapewne dotąd mają) nienawiść: my do nich tylko niedowierzanie.

Tak stoimy względem siebie dziś. Co będzie dalej? Bóg raczy wiedzieć; ale to pewna, że zgoda i przyjaźń byłaby dla jednych i dla drugich wielkim szczęściem. Na jednej ziemi siedzimy, musimy na niej żyć obok siebie, a prawo do niej mamy i jedni i drudzy. Ich prawo jest to, że zajęli tę ziemię, kiedy jeszcze była pusta i niczyja, jakżeby im ją sam Pan Bóg dał w posiadanie, a od tego czasu zawsze na niej siedzieli i zawsze swoim osobnym językiem mówili. Nasze znowu prawo jest, żeśmy tę ziemie nie gwałtem i przemocą opanowali, ale ją przyłączyli do Polski częścią przez dziedziczne spadkowe prawo naszych królów, częścią na własne żądanie Rusinów: dalej to że bez nas byłaby ta ziemia stała się tatarską albo turecką (w małej części może węgierską), ale sama nie byłaby potrafiła obronić się i utrzymać. Biliśmy się na tej ziemi z Bisurmanami, przez całe wieki, za nią, za siebie za cały świat chrześcijański, i możemy powiedzieć bez przesady, że ona cała jak długa i szeroka, krwią polską jest przesiąkła. Mamy dalej to prawo, że my także na niej siedzimy, a przez wieki naszego panowania z dzikiej i pustej przedtem zrobiliśmy ją ludną i uprawną, żeśmy jej nieśli i wiarę prawdziwą i oświatę. Nie jest więc Polak na Rusi obcym człowiekiem, nie jest jak ten co na krótki czas mieszkanie najął a potem może wynieść się w świat gdzie zechce: zapuścił on w tę ziemię korzenie jak stare drzewo, i nie godzi się z niej go rugować, albo mówić, że się usunąć powinien. Na to prawo i Rusinów i Polaków jeden nastaje i gwałci je, Moskal, kiedy Polaków i katolików zmusza, żeby się z ziemi wyprzedawali i wynosili, a Rusinów gwałtem na swoją wiarę przeciąga, i własnym językiem mówić im nie pozwala. Jeżeli on na swoim postawi, to w końcu nie będzie na Rusi ani Polaków, ani Rusinów, tylko będą Rosjanie i Rosja.

Dlatego jeżeli chcemy jedni i drudzy żyć i utrzymać się na swojej ziemi, przy swojej wierze, przy swojej mowie, i przy swoich prawach, to powinniśmy wspierać się i pomagać sobie wzajemnie, a nie w zawiści patrzeć na siebie jak na nieprzyjaciół i robić sobie na złość. Te złe uczucia powinniśmy koniecznie dla wspólnego dobra, i dla dobra samej wiary św. i Kościoła w sobie zwyciężać.

My Polacy możemy podobno z czystym sumieniem o sobie powiedzieć, że Rusina szczerego katolika, i takiego, który do nas nie ma nienawiści, gotowiśmy zawsze kochać jak brata. U nich od niedawna wprawdzie, ale zaczynają przecie objawiać się lepsze uczucia. Może Bóg da, że się utrwalą, rozszerzą, i ta bolesna waśń domowa skończy się kiedyś spokojem pożądanym i zgodą szczerą na pomyślną przyszłość i Polski i Rusi, na dobry przykład ludziom, na pożytek Państwa, na chwałę Bożą, ubezpieczenie i pomnożenie wiary św., a na zawstydzenie jej nieprzyjaciół.

[1891]