Nie jesteś taki za*ebisty, jak ci się wydaje. Ale inni też nie są - Elan Gale

-
Proszę czekać

Pozwól, że opowiem ci twoją historię.

Dawno, dawno temu kobieta i mężczyzna spojrzeli na siebie i stwierdzili: "Niech będzie". Zakochali się w sobie albo przynajmniej polubili na tyle, by zechcieć rozebrać się w tym samym pomieszczeniu. Pierwszej nocy po poznaniu się albo kilka miesięcy później mężczyzna włożył penis do pochwy kobiety i zaoferował jej wątpliwą trzyminutową przyjemność pochrząkiwania, pocenia się i pchania, po czym zadowolony z siebie przewrócił się na plecy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, a ona pożałowała, że w ogóle dała mu swój numer telefonu. Gdy tak leżała, zastanawiając się, czemu ten facet nie mógł poprowadzić jej chociaż kawałek w stronę orgazmu, odrobina nasienia leniwie przepełzła w stronę komórki jajowej i znalazła wejście do jej wnętrza.

Tych dwoje ludzi to twoja mama i twój tata. Tak powstałeś. Z dużym prawdopodobieństwem stworzyli cię ludzie, którzy podchodzili do siebie dość obojętnie, ale zdecydowali się nie wkładać lateksu pomiędzy swoje genitalia.

Przez następne dziewięć miesięcy rozwijałeś się w brzuchu mamy, podkradając jej większość składników odżywczych oraz przyprawiając ją o mdłości i zawroty głowy. Musiała odstawić alkohol i fajki, a także zrezygnować z większości rzeczy, na które miała ochotę, bo ty rosłeś w niej, kopiąc ją co jakiś czas bez najmniejszego powodu. Pływałeś w niej sobie i nie dając nic w zamian, wysysałeś witaminy przez słomkę jak jakiś wampir. Rozpocząłeś swoje życie dosłownie jako pijawka.

W końcu, pewnego pięknego dnia, gdy już pozbawiłeś mamę niemal całej radości życia i sił witalnych, zdecydowałeś się pójść naprzód i zrobić swoje wielkie wejście na ten świat. Nastąpiło dziesięć albo i więcej potwornych godzin naznaczonych krzykami i bólem miejsc intymnych. Niezależnie od tego, jak dobrze o sobie myślisz, ważne, żebyś pamiętał, że twoim pierwszym czynem na tym świecie było sprawienie maksimum bólu osobie, która najbardziej cię pokochała. Dobra robota.

Szczerze mówiąc, najbliższa przyszłość nie była wcale lepsza. Następne trzy lata funkcjonowałeś jako jednoosobowa przetwórnia odpadów. Gdy nie wydawałeś nieprzyjemnych dźwięków, wydzielałeś nieznośne odory, srając, sikając i rzygając na wszystko wokół. Zapewniłeś swoim rodzicom bezsenne noce. Zmusiłeś ich, by karmili cię co kilka godzin, co od twojej mamy często wymagało publicznego obnażania się. Wszystkie otrzymane prezenty od razu wkładałeś sobie do ust, po czym rzucałeś na ziemię. Tak naprawdę zrobiłeś wszystko, by utrudnić swoim rodzicom każdą chwilę życia, nie oferując w zamian nic poza obietnicą, że może któregoś dnia staniesz się kimś wartościowym. Tak właśnie traktowałeś ludzi, którzy poświęcali cały swój czas na to, by utrzymać cię przy życiu.

Nie lepszy byłeś dla obcych. Zrujnowałeś obiady niezliczonym rodzinom w niezliczonych restauracjach, a sama twoja obecność sprawiała, że i tak monotonna podróż samolotem stała się jeszcze bardziej nieznośna. Nieprzerwane marudzenie, histerie, wrzaski, jakby cię zarzynano, ciągnęły się przez lata.

Ale spokojnie, niebawem z niemowlęctwa miałeś uciec w dzieciństwo i zmienić się w wartościowego człowieka, prawda? Z dnia na dzień miałeś stać się samodzielny i bezinteresowny, tak?

Cóż, nie do końca. Zamiast tego zmieniłeś się w worek bez dna na pieniądze. Pomoce szkolne, ubrania i prezenty urodzinowe czyściły konta bankowe twoich rodziców. Spotkania i noce spędzane u kolegów, a także nieznośne zebrania rady rodziców kosztowały ich kolejne godziny życia. W dodatku zacząłeś dojrzewać emocjonalnie i domagałeś się ciągłych pochwał, na przykład powtarzania, że jesteś "grzecznym chłopcem" czy "dobrą dziewczynką", podczas gdy w rzeczywistości zachowywałeś się okropnie. A rodzice, zamiast usadzić cię na twoich małych czterech literach i wytłumaczyć, że powoli ich dobijasz, przyklaskiwali tym popisom egoizmu.

Pierwszy oddech od tego dwudziestoczterogodzinnego koszmaru mogli złapać dopiero, gdy urosłeś na tyle, by rozpocząć edukację. W końcu można było posłać cię do szkoły (co dało im szansę, by znów poczuć, że żyją, i by pieprzyć się bez ciebie w zasięgu słuchu), w której miałeś okazję sobie porysować. "Rysunki" te - jeżeli można je tak nazwać - nie były kiepskie. Były koszmarne. Proszono cię o namalowanie domku i rodziców, a w efekcie na kartce widniały dwa zdeformowane hot dogi przed wielką brązową kostką. Pewnie narysowałeś też w rogu niewydarzone słońce jak baran, który nie ma ani odrobiny wyczucia proporcji i nie wpadnie na to, że gdyby było ono tak blisko, całkiem by nas spaliło.

Wtedy złe przeszło w jeszcze gorsze.

Kiedy wróciłeś ze szkoły z tym okropnym rysunkiem w ręce, rodzice powinni byli od razu spalić tę kartkę, a tobie skleić palce taśmą, żeby nigdy więcej nie przyszło ci do głowy chwytać za kredki. Ale coś podpowiedziało im, żeby tego nie zrobić. Coś kazało im cię okłamać. Dlatego zamiast popatrzeć ci głęboko w oczy i poradzić, żebyś spróbował jeszcze jeden raz i drugi, aż zacznie ci wychodzić coś lepszego niż takie gówno, przyczepili twoje dzieło do drzwi lodówki. Powiedzieli, że są z ciebie dumni, i nazwali swoim "małym artystą". A ty od razu poczułeś się lepiej.

Właśnie tamtego dnia zmienili cię w samolubnego, przekonanego o własnej wielkości potwora, którym dzisiaj jesteś!

Twoje rozdmuchane ego, od dnia, w którym się narodziło, zaczęło szeptać z wnętrza twojej głowy słodkie kłamstewka. To ten głosik, który mówi ci, że zasługujesz na dobre życie. Że jesteś wyjątkowy. Że jesteś silny, potężny i możesz mieć wszystko, czego zapragniesz. Mówi ci, że jesteś wystarczająco dobry, wystarczająco inteligentny, a nawet że ktoś cię lubi!

Od dnia, w którym przyniosłeś do domu swoje okropne dzieło, aż do wczoraj, gdy znajomi okłamali cię, twierdząc, że dobrze wyglądasz w nowych spodniach, głos rósł i rósł, stawał się coraz donośniejszy, aż stał się jedynym, który słyszysz i któremu ufasz. Z jakiegoś powodu masz poczucie, że zostałeś przeznaczony do wielkich rzeczy. Wierzysz w swoją wyjątkowość. W to, że jesteś ważny.

W ten sposób docieramy do dzisiejszego stanu rzeczy.

To jest twoja historia. Historia twojego życia. Przynajmniej do teraz. Bo dziś ta historia się zmieni.

Byłeś bezradnym, krzykliwym workiem mięsa, zatrważająco często robiącym pod siebie, a teraz - poza tym, że jesteś ciut wyższy, może masz stopień naukowy i "kochasz siebie" - niewiele się zmieniło. Najwyższy czas uciszyć kłamliwy głos w twojej głowie i spojrzeć prawdzie w oczy:

Nie jesteś taki zajebisty.

Kim jesteś?

Skoro czytasz tę książkę, prawdopodobnie nie jest z tobą najgorzej. Książki nie są tanie, więc zapewne masz pracę. Żeby móc się do niej dostać, kupiłeś samochód. Może nie taki, o jakim zawsze marzyłeś, ale pewnie ma fotele i drzwi, więc jest nieźle. Ach, no i skoro czytasz tę książkę, to znaczy, że umiesz czytać, a co za tym idzie, miałeś w życiu dość szczęścia, żeby zdobyć wykształcenie. Jednak twoja zasługa była w tym raczej niewielka, to po prostu łut szczęścia. Prawdę mówiąc, większość z tego, co wymieniliśmy, jest kwestią szczęścia. Urodziłeś się w epoce, gdy "mieć pracę" nie oznacza wznoszenia wypasionego miejsca spoczynku wujkowi jakiegoś Egipcjanina, który tłucze cię batem nieledwie na śmierć. Możesz sobie pozwolić na narzekanie, że twoja latte wystygła, zamiast przymierać głodem jak większość twoich przodków. Masz siłę, by utyskiwać na beznadziejne wi-fi w samolotach, podczas gdy dawni mieszkańcy twojej okolicy umierali na czerwonkę po wypiciu wody ze strumienia, zawożąc list miłosny do kogoś dwa stany dalej. Żyjesz najlepszym życiem, jakie mógłbyś mieć. Świat to twoja ostryga, a ty się spodziewasz, że w każdej muszli, którą otworzysz, znajdziesz perłę.

TO WSZYSTKO NAPRAWDĘ BRZMI FANTASTYCZNIE! WIĘC CO JEST ZE MNĄ NIE TAK?

Słuchaj, nie znam cię osobiście, ale prawdopodobnie całe mnóstwo rzeczy jest nie tak. W każdym razie jest ich na tyle dużo, że nie mamy czasu wszystkich wymieniać. Prawdopodobnie masz problemy z ojcem. Zapewne boisz się odrzucenia. Jesteś zazdrosny, zawistny i zbyt dumny, by się do tego przyznać. Pewnie nie odnosisz takich sukcesów, jak byś chciał, i nie udaje ci się zrobić tyle, ile byś chciał. A teraz czytasz tę książkę, myśląc: "Dlaczego, u licha, czytam tę książkę, skoro tylko mnie obraża?", ale jednocześnie gdzieś w środku wiesz, że masz te wszystkie problemy. Dlatego, że mamy je WSZYSCY.

A skoro wszyscy je mamy, to chyba nie są takie straszne, co? No cóż, to chyba zależy od tego, czego pragniesz. Jeśli satysfakcjonuje cię posiadanie tego, co mają wszyscy, wtedy tak. Okej. Po prostu działaj tak dalej, przyznaj, że twoim duchowym zwierzęciem jest struś, schowaj głowę w piasek i udawaj, że jest dobrze. Ale gdybyś miał już wszystko, czego chcesz, nie byłoby cię tu ze mną, tylko rozkoszowałbyś się gorącą kąpielą i bez najmniejszych wyrzutów sumienia zajadał tortem czekoladowym. To jak, zaczynamy?

Kim jestem?

Jestem taki jak ty. Brak mi pewności siebie. Obawiam się samotności. Nie mogę się dogadać/porozumieć z ojcem. Zamartwiam się defektami mojego ciała, różne fobie, obsesyjnie boję się zarazków i czasem wpadam w słowotok. Jestem jednym wielkim kłębkiem nerwów, tkanek i problemów. Jak ty. Ale w przeciwieństwie do niektórych ludzi wiem, że moje problemy są najgorszą i jednocześnie najlepszą częścią mnie. To one sprawiają, że jestem sobą. Jestem swoimi problemami. A ty twoimi...

Nie mówię niczego, czego byś nie wiedział. WIESZ, że masz te wszystkie problemy, i prawdopodobnie trafiło ci się już przynajmniej kilka nocy, kiedy po paru kieliszkach taniego chardonnay dzwoniłeś do przyjaciela, lamentując i rozpaczając: "Co ze mną jest nie tak?". Przespałeś się z kimś tylko po to, żeby poczuć, że żyjesz. Zamówiłeś kiedyś chińszczyznę dla co najmniej sześciu osób i udając, że nie jesteś sam, krzyczałeś, zasłaniając telefon, "Już idę!" w stronę pustego pokoju, tylko po to, by ukryć głęboki wstyd.

Ale jest coś, z czego nie zdajesz sobie sprawy. I to może cię zabić (nawet szybciej niż dawka sodu z całej tej wieprzowiny lo mein).

Jesteś uzależniony.

A twoim narkotykiem jest POZYTYWNOŚĆ. Słuchasz głosu w swojej głowie, bo podoba ci się to, co mówi. Chcesz być SZCZĘŚLIWY. Chcesz wierzyć, że jesteś WYJĄTKOWY i WAŻNY. POTRZEBUJESZ tego. PRAGNIESZ tego. Jesteś beznadziejnie i bez reszty oddany staraniom, by CZUĆ SIĘ DOBRZE, podczas gdy tak naprawdę powinieneś skupić się na tym, by BYĆ LEPSZYM.

Jednak wciąż towarzyszy ci twój stary, dobry przyjaciel - pozytywność. Wmawiano ci, że ona rozwiąże wszystkie twoje problemy. Wszyscy twierdzili (od dnia, w którym rodzice powiesili twój gówniany rysunek na lodówce), że bez niej nie dasz rady przeżyć. Mówiono ci, że pozytywność to nowa penicylina.

Ale to nie lekarstwo. To choroba.

Co sprawia większą przyjemność niż komplement? Nic.

Komplementy są dla mózgu jak przytulanie. A może nawet coś więcej. To jak cała noc gorącego, namiętnego seksu. Naprawdę. W artykule dla "Tonic" K. Aleisha Fetters pisze, że gdy słyszysz komplement, aktywizuje się ta sama część mózgu co podczas uprawiania seksu. Istnieje nawet teoria, że komplementy uruchamiają wydzielanie dopaminy, co wywołuje natychmiastową przyjemność. Tylko że dopaminę łączy się też z uzależnieniem. Komplementy działają jak nikotyna; z początku powodują przyjemny dreszczyk, a na koniec sprawiają, że stajesz się od nich uzależniony. Gdzie są zajęcia dodatkowe, które pomogą dzieciom odstawić komplementy?

Pozytywność to niebezpieczny narkotyk, który CHOLERNIE uzależnia, w przeciwieństwie do uścisków (które są super).Jest częścią ciebie od tak dawna, że nawet nie pamiętasz czasów, kiedy nie byłeś całkowicie od niej uzależniony. Zanim nauczyłeś się podcierać, twoi rodzice już sadzali cię na nocniczku, klaszcząc, śpiewając i tańcząc wkoło. Gratulowali ci zrobienia kupy, jakby nie było to coś, co robi absolutnie każda żyjąca istota. Może i urosłeś od tego czasu, ale potrzeba zebrania oklasków za każdą przysłowiową kupę nie zniknęła.

Pewnie nawet teraz czujesz się trochę niekomfortowo, bo przyzwyczaiłeś się do czytania poradników, które mówią, jaki jesteś świetny, czarujący i zajebisty, i ogólnie zawierają tyle komplementów, że mogłyby równie dobrze zrobić ci loda, skoro już biorą od ciebie pieniądze jak prostytutka (adekwatne porównanie, szczerze mówiąc).

Jednak te wszystkie poradniki, pozytywnie nastawieni znajomi i codzienne afirmacje wcale nie zaspokajają twego rozpaczliwego głodu aprobaty. Tak naprawdę każdego dnia jest coraz gorzej, bo wszyscy wokół karmią twój mózg taką ilością błogiego samouwielbienia, że dziw bierze, iż z taką nadmuchaną głową możesz się jeszcze zmieścić w jakichkolwiek drzwiach. Powiedzmy sobie szczerze, nie możesz nawet zjeść omletu bez wrzucenia go na Instagram, by pozbierać lajki. I nie próbuj obwiniać mediów społecznościowych o to, że uzależniły cię od pochwał. Ich twórcy doskonale wiedzieli, czego potrzeba, żebyś poczuł się szczęśliwy i spełniony. To nieuchronnie prowadzi cię do zainstalowania w telefonie aplikacji, która pozwoli pochwalić się wszystkim znajomym na Facebooku, ile kilometrów przebiegłeś w ostatnim tygodniu. Wrzucasz swoje opinie na temat ulubionych miejsc, żeby świat mógł skorzystać z twego "rewelacyjnego" gustu. Wkładasz spodnie i pytasz innych, jak leżą. I jestem gotów przysiąc, że jeśli ktoś stwierdzi, że wyglądasz do dupy (co prawdopodobnie jest zgodne z prawdą), powiesz, że cię to zabolało, w związku z czym nigdy już nie będzie z tobą szczery.

Potrzebujesz uznania. Pragniesz go. Pożądasz. Ale nie masz ochoty na nie zapracować. Oczekujesz uznania za to, jaki jesteś, i nie obchodzi cię, czy ludzie rzeczywiście to doceniają. Ty też chwalisz innych za to, jacy są, nawet jeśli w głębi serca uważasz, że sporo jeszcze mogliby zmienić. Dlaczego?

Ponieważ nie chcesz być negatywny, bo wmawiano ci, że to coś złego. Ponieważ nie chcesz ranić uczuć innych. A także dlatego, że dużo łatwiej być miłym, słodkim i uroczym niż uczciwym.

Ale czy kiedykolwiek myślałeś, że ilekroć patrzysz na kogoś i nie mówisz mu, że jego nowa fryzura to szkaradztwo, którego nawet Bóg nie zdoła wybaczyć, dziesięcioro ludzi prawdopodobnie robi to samo w stosunku do ciebie? Dokąd zmierza ten świat ze wszystkimi lajkami, retweetami i komplementami, które wcale nie są szczere? To świat samozaspokojenia. Świat bylejakości. Świat przeciętniaków, którzy mają się za nie wiadomo kogo.

Jeśli dobrze się czujesz ze swoim przeciętniactwem, mam dla ciebie dobrą wiadomość: doszedłeś już do mety. Jeśli zaś chcesz się wybić i robić naprawdę interesujące rzeczy, musisz się zmobilizować.

Pozwól więc, że ci powiem, co cię NIE zmotywuje:

POZYTYWNOŚĆ.

Miło jest odczuwać ją w otoczeniu, jeśli satysfakcjonuje cię dokładnie to, co masz. Jeśli jednak chcesz pójść dalej, pozytywność działa jak wielki hamak, z którego nie możesz się wygrzebać. Jeżeli naprawdę chcesz coś zmienić w swoim życiu, musisz skorzystać z bardziej motywujących emocji, takich jak złość, wściekłość, desperacja albo pragnienie zemsty. Trwanie w pozytywności nie wywołuje tych uczuć, za to negatywizm - tak.

Bez względu na to, kim jesteś, twoje życie jest pełne "negatywnych" emocji. Nie uciekniesz od nich. Oczywiście możesz się starać być zawsze pozytywny i karmić się masą banałów, ale życie składa się z nielicznych wzlotów i całego MNÓSTWA upadków. Zadaniem tej książki jest pomóc ci z tych upadków skorzystać. Ma ona pokazać ci, jak przekuć "negatywne" emocje w działanie, dzięki któremu staniesz się lepszy, zamiast jedynie dobrze się poczuć, będąc takim, jaki jesteś. Nie sprawi, że poczujesz się dobrze, ale może sprawić, że będziesz lepszy.

Aby to zrobić, potrzebujesz ni mniej, ni więcej tylko negatywizmu. Pomyśl o swojej młodości. Kto cię bardziej motywował, gdy byłeś dzieckiem? Miły kolega, który zapraszał wszystkich na swoje urodziny, czy łobuz, który podpalił twoje książki, po czym zwiałeś do domu z płaczem, ale jednocześnie snułeś fantazje, że pewnego dnia będziesz większy, kupisz buldożer, pojedziesz prosto do domu tego chuligana i rozwalisz frontową ścianę, gdy będzie siedział w łazience, tak żeby wszyscy sąsiedzi zobaczyli go na kiblu?

To uczucie, które pojawiało się, gdy ktoś się ciebie czepiał albo mówił, że sobie nie radzisz czy że nigdy niczego nie osiągniesz, dawało ci siłę potrzebną, by się podnieść i walczyć. Bycie nielubianym daje wielką moc. Bycie niedocenianym daje wielką moc. Ludzie mówiący ci, że nigdy nie zdołasz osiągnąć tego, o czym marzysz, także dają ci wielką moc.

Tymczasem tobie tak świetnie udało się usunąć wszystkie te źródła mocy ze swojego życia. Wyciszałeś wszystkie konflikty i zawsze "byłeś tym mądrzejszym", który pierwszy kończy spory. Jasno deklarowałeś, że "nie masz czasu w życiu dla negatywnie nastawionych ludzi", podczas gdy to właśnie ich najbardziej ci potrzeba. I być może wcale nie chodziło o to, że ich nie lubiłeś. Może jedynie obawiałeś się prawdziwego sensu ich słów. Może wiedziałeś, że cię one ranią, bo tak dobrze do ciebie pasują. Może nie chciałeś, by ktokolwiek mówił, że sobie nie radzisz, bo wiedziałeś, że ma rację. Czy to naprawdę był "negatywizm"? Może jedynie prawda? A jeśli negatywizm, czemu po prostu nie wymazałeś go z pamięci? Jeżeli nie trafiał w żadne czułe miejsce, czemu uciekałeś?

Oczywiście jest jak najbardziej możliwe, że "negatywnymi osobami" w twoim otoczeniu były zwykłe kutasy. Zdarzają się źli ludzie ze złymi intencjami. Ale większość ludzi nie ma dość inteligencji, żeby realizować jakiś plan. Po prostu mówią, co myślą i widzą. Najczęściej, gdy ludzie cię krytykują, pokazuje to, jak świat cię postrzega. Może ci się nie podobać to, co mówią. Ale zamiast ich ignorować, pomyśl o tym, wobec czego są krytyczni! Na pół sekundy wyłącz urażone ego i zadaj sobie pytanie: "Czy mają rację?". Jeśli tak, masz szansę się zmienić. Masz możliwość wykazać, że się mylą. Nie ignoruj hejterów - użyj ich, by zmieniać się na lepsze, cały czas ewoluować, cały czas się zmieniać, aż staniesz się znacznie lepszy, niż mogliby sobie wyobrazić. A potem, jeśli nadal będą krytyczni, możesz im powiedzieć, żeby się odpierdolili.

Na szczęście, nawet jeśli udało ci się usunąć ze swojego życia wszystkich negatywnych ludzi, wciąż pozostaje ci dostęp do najbardziej destrukcyjnej i brutalnej siły ze wszystkich - samego siebie.

Prawdopodobnie nikt nie może brzydzić się tobą tak bardzo, jak robisz to ty sam. To dlatego, że nikt nie zna cię tak dobrze, a im więcej o sobie wiesz, tym bardziej krytyczny możesz być. Możesz ukrywać swoje wady przed "przyjaciółmi", ale nie uda ci się całkiem unicestwić cichego głosiku w głowie, który mówi ci wszystko, co czujesz w stosunku do siebie. Gdy w końcu spuścisz ze smyczy wzbierającą w tobie falę nienawiści do siebie, odkryjesz, że w dużo większym stopniu jesteś zdolny robić to, czego naprawdę chcesz.

Ale najpierw musisz wyzbyć się pozytywności. A zanim to zrobisz, musisz zrozumieć, co tak naprawdę może zdziałać pozytywne myślenie. POZYTYWNE MYŚLENIE jest w rzeczywistości jedną z najpotężniejszych sił na świecie. Pozwól, że opowiem ci historię mojego przyjaciela Jamesa z Vermontu.

James nie miał wielu krewnych. Matka odeszła, gdy był jeszcze dzieckiem, a ojca kompletnie przytłoczyło zarabianie na dwóch etatach i samotne wychowywanie syna. Nie miał czasu, by nauczyć Jamesa pozytywnego myślenia. Na ten luksus mogły sobie pozwolić tylko te osoby, którym JUŻ wszystko szło dobrze. Ojciec mógł jedynie nauczyć Jamesa "ciężkiej pracy" i "przykładania się", ale wszyscy wiemy, że to nie wystarcza. W osiągnięciu sukcesu ciężka praca nie jest najważniejsza. Trzeba natomiast myśleć, że jesteś zajebisty i wartościowy. Być przekonanym, że zasługujesz na sukces. Musisz powtarzać to na głos każdego ranka do lustra, a także każdemu, kto jeszcze będzie chciał spędzać czas w twoim towarzystwie. JESTEM DOBRY. JESTEM DOBRY. JESTEM ZAJEBISTY. JESTEM CORAZ LEPSZY. JESTEM JAK FENIKS I PODNIOSĘ SIĘ NAWET Z POPIOŁÓW ŚMIERCI.

Życie Jamesa układało się całkiem nieźle. Miał pracę w świetnej lokalnej pizzerii, serwował własnoręcznie przyrządzane calzone i kończył studia. Nie był do końca pewien, co chce dalej robić w życiu, ale wiedział, że jeśli będzie pracował ciężko i wytrwale, tak jak nauczył go ojciec, znajdzie swoją drogę w tym skomplikowanym świecie. Jednak w 2006 roku usłyszał o czymś dotąd mu nieznanym: o potędze pozytywnego myślenia. Odkrycie to zmieniło bieg jego życia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki