Pierwszy czerwca
Obudziłam się i spojrzałam przez okno. Stare drzewa, stare bloki, starzy
ludzie w oknach. Liczę ptaki siedzące na drzewie. Cztery. Cztery czarne,
posępne ptaszyska. Parzyście - to dobry znak.
Teraz wstać, wypić kawę, umyć się, zjeść kanapkę z serem i iść do pracy.
Tak jak każdego dnia. Powtarzalność, która daje iluzoryczne poczucie
bezpieczeństwa i kontroli nad losem. Rytuał, który pozwala zachować
spokój. Wyginam plecy w przód i w tył, boleśnie odczuwam każdy mięsień.
Napięta szyja nie pozwala na obrót głowy, która już zaczyna boleć.
Czoło, skroń i potylica pulsują, sprawiając wrażenie ciężkości. Moja
głowa waży więcej niż ja cała. Z trudem ją unoszę. Mrowienie w łydkach
przypomina o wielogodzinnym wysiłku. Tak samo jak napięte stopy.
Wczorajszy dzień mnie wykończył. Tak jak przedwczorajszy i jeszcze
wcześniejszy. To też swego rodzaju powtarzalność.
Leżę bezsilnie na łóżku i znów, przez chwilę, powraca myśl o tym, jak
wydostać się z tego piekielnego kręgu, po którego obrębie wciąż się
poruszam. Odpowiedź przychodzi szybko:
Nie da się. To twoje życie.
Zaraz po niej druga:
A gdybyś się wydostała, umiałabyś się poruszać po innym kręgu? Chyba już
nie.
Teraz to jest twoje życie.
Moje życie... No tak, już sobie przypomniałam. Życie, jakim nigdy nie
chciałam żyć, jakiego nigdy nawet nie brałam pod uwagę. Gdyby ktoś mi,
jako nastolatce, pokazał kadr z tej dorosłej codzienności, roześmiałabym
mu się w twarz. Od najmłodszych lat wiedziałam, jak ma wyglądać moje
życie. Nie tak. Zdecydowanie nie tak. Jeszcze do niedawna próbowałam je
zmienić, nadać mu jakiś sens, choć odrobinę przybliżyć je do tego, jakie
miało być... Ale przestałam, bo gdy tylko starałam się wybić z marazmu,
ono usadzało mnie boleśnie na miejsce, a ja, nim znowu zaczęłam
funkcjonować po dobrze znanym kręgu, musiałam na nowo wskrzesić w sobie
jakąkolwiek chęć "bycia". Przestałam. Poddałam się i od kilku lat
dryfuję bez celu.
Pracuję w kuchni w podrzędnej knajpie na jednej z niewielu już brzydkich
ulic Śródmieścia. Nie wiem, jak to możliwe, że wciąż istniejemy i ludzie
chcą się tu stołować. Chyba tylko dlatego, że stoi za nami wieloletnia
warszawska historia... Jedzenie jest przeciętne, w cenach wyższych niż
sugerowałaby elewacja budynku, stare obrusy na stolikach czy
przyprawniki oblepione wielomiesięcznym kurzem. Pracuje się tu zmianowo.
Jedna zmiana to zazwyczaj dwanaście-czternaście godzin, a dla starych
pracowników, takich jak ja, często osiem czy jedynie sześć godzin. Mimo
tego przywileju przeważnie i tak biorę tak zwane całki, żeby wymęczone
ciało szybciej zasnęło.
Na koniec dnia jestem przesiąknięta wszystkim, co w kuchni: przypalonym
sosem, olejem z patelni, wędzoną rybą. Jestem wolna przeważnie o północy
i jeśli nie zostaję na piwo po pracy, przed pierwszą wracam do domu. Po
zamknięciu drzwi dosłownie padam na łóżko i zasypiam. Myję się dopiero
rano, po policzeniu ptaków na drzewie i wypiciu dużej czarnej kawy. Dni
wolnych staram się unikać, a jeśli już je mam... to do piętnastej śpię, a potem spotykam się z moim przyjacielem Izaakiem. To wszystko.
Tak wygląda moje życie, a miało być zupełnie inne. Takie, o jakim zawsze
marzyłam i do jakiego konsekwentnie dążyłam, krok po kroku wypełniając
ścieżkę przeznaczenia...
Miałam być archeologiem. Prawdziwie fascynowała mnie historia
starożytnego świata, a do tego w dzieciństwie naoglądałam się z tatą
Indiany Jonesa. Przyznam, przez chwilę myślałam o byciu aktorką, ale
po pierwszym wystąpieniu publicznym zrozumiałam, że odgrywanie scenek
najlepiej wychodzi mi przed rodzicami. Poza tym tata wspierał mnie w archeologicznej drodze, bo sam ją wcześniej przeszedł. Gdy skończyłam
drugą klasę liceum, załatwił mi pierwsze ćwiczenia wykopaliskowe z grupą
studentów z jego wydziału. Był profesorem i choć niewiele mu zostało do
emerytury, wciąż niesamowicie liczył się w murach uczelni. Te "wykopki",
jak żartobliwie na to mówiliśmy, zapamiętałam bardzo wyraźnie.
Zakochałam się wtedy w jednym ze studentów i cierpiałam resztę lata z powodu nieodwzajemnionego uczucia.
Dziś na myśl o tym, jak - zwinięta na łóżku - śpiewam razem z zespołem
Shout: "Przepraszam cię za miłość mą... wybacz mi, że ciebie wybrałem...",
czuję żal, że to minęło, że nie jestem już prostą dziewczyną z naiwnie
złamanym sercem, która zapętlając smutne piosenki, może przeżywać swoją
tragedię. Byłam wtedy szczęśliwa i beztroska, przekonana, że to jest
właśnie cierpienie. Tak bardzo chciałabym znów być w tym momencie życia.
Tata cierpliwie głaskałby mnie po głowie, a mama dopytywałaby, co
takiego może ugotować, żebym wreszcie zechciała jeść.
Na koniec liceum, po zdaniu matury z historii na dziewięćdziesiąt siedem
procent i z historii sztuki na dziewięćdziesiąt pięć procent, szczęśliwi
rodzice zabrali mnie, swoją ukochaną jedynaczkę, do Rzymu. Po powrocie
miałam zdecydować, na którym uniwersytecie zostanę archeologiem. Nie
lubiłam się uczyć, ale historia to było coś, co chłonęłam. O studencie
dawno zapomniałam. Leciałam do Włoch z nadzieją, że oprócz namacalnej
historii, pysznej kuchni i gwaru małych uliczek spotka mnie miłość z ciemnookim, urzekającym chłopakiem. Spotkało mnie coś zupełnie innego...
W tym Wiecznym Mieście wszystko się zmieniło. Na wieczność.
Byliśmy po trzech dniach zwiedzania. Koloseum, Forum Romanum, Ogród
Pomarańczowy, Zamek Świętego Anioła, Plac Świętego Piotra, Muzea
Watykańskie. Czwartego dnia wybraliśmy się wypożyczonym autem na
wycieczkę. To miała być niespodzianka. Tata powiedział tylko, że nie
domyślę się, dokąd zmierzamy, i że to będzie prawdziwa archeologiczna
uczta, a nie oklepane turystyczne szlaki. Jechaliśmy autem bez dachu,
krętą drogą w górę... Czułam się jak w filmie. Słońce na odkrytych
ramionach, Morze Tyrreńskie w zasięgu wzroku i ja w błękitnej sukience,
którą kupiłam specjalnie na nasz wyjazd. Właśnie teraz mógłby mnie
zobaczyć ten ciemnooki chłopak. W radiu leciała ulubiona piosenka mamy.
Ustawiła na maksymalną głośność i Pour que tu m'aimes encore
rozbrzmiało niesamowicie głośno. Mama śpiewała razem z Céline Dion.
Siedziałam z tyłu i czułam się szczęśliwa. Mama wyglądała pięknie... Wiatr
rozwiewał jej blond włosy, wygłupiała się. Tata zerkał na nią z uśmiechem, a ja myślałam o tym, jakie mam szczęście. Wspaniali rodzice,
wspaniały Rzym, wspaniała przyszłość na uniwersytecie, a za chwilę, na
pewno, wspaniała miłość. Czułam to i nie mogłam się doczekać.
A potem...
Pisk opon, klaksony, krzyki, trochę dymu z maski auta i koniec.
To, co wydawało się wieczne, przestało nagle istnieć. Ot, tak.
Chciałabym napisać, że zapamiętałam rodziców właśnie takich -
szczęśliwych, pięknych, śpiewających do słów Céline... Ale to nieprawda.
Ich ostatni obraz w mojej głowie to rozszerzone oczy mamy, które patrzą,
lecz nie widzą, i strużka krwi na skroni taty spływająca tuż przy uchu.
Nie wiem, kto wsadził mnie w samolot do Polski. Nie wiem, kto za to
zapłacił ani kto mnie spakował... ale po dwóch najgorszych nocach w moim
życiu wylądowałam na lotnisku w Warszawie, skąd odebrała mnie babcia,
mama mojego taty, która przejęła nade mną opiekę. Pamiętam, że gdy tylko
ją zobaczyłam, podbiegłam do niej i się rozpłakałam. Zdziwiona moją
bliskością, trzymała mnie chwilę w słabym uścisku, po czym lekko od
siebie odsuwając, powiedziała: "To, co się stało, to lekcja pokory". Nim
zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, wzięła moją walizkę i ruszyła w stronę
peronów. W ciszy wsiadłyśmy do pociągu. W ciszy weszłyśmy do jej
mieszkania i w ciszy zjadłyśmy ogórkową z chlebem.
Nie miałam jak utrzymać mieszkania po rodzicach - było na hipotece, a ubezpieczenie pokryło jedynie część kosztów. Nie potrafiłam nic
zorganizować... Wyprawić pogrzeb, ogarnąć sprawy mieszkania, kredyt - to
wydawało mi się tak niewykonalne, że nawet nie próbowałam. Zresztą było
mi wtedy wszystko jedno. Całe dnie spałam i nie bardzo mnie obchodziło,
czy bank mi coś zabierze, czy nie zabierze. Babcia, za co jestem jej
wdzięczna, ściągnęła wtedy ze Stanów swojego starszego syna i choć
widziałam go na oczy pierwszy raz, od razu zauważyłam ogromne
podobieństwo do taty. To on zajął się sprowadzeniem ciał, pogrzebem i sprzedażą mieszkania. Po opłaceniu hipoteki wręczył mi pozostałe
dwieście tysięcy - o nic nie pytałam, a oszczędności zachomikowałam w tej samej walizce, z którą wróciłam z Rzymu.
Wujek nie szczędził złośliwych komentarzy nawet tuż przed pogrzebem: że
tata, zamiast dawno kupić dom, wolał całe życie jeździć "po Afrykach", a ważne sprawy zostawić na koniec marnego życia i taki jest efekt; że co
się dziwić, bo zawsze taki był; że odpowiedzialność to coś, czego nigdy
się nie nauczył, bo babcia go rozpieszczała; że jak to możliwe, że on w ogóle miał żonę i dziecko; że jak nierówno pod sufitem, to pewnie żona i to dziecko też nienormalne. Od razu po pogrzebie wyjechał.
Zamieszkałam z babcią w jej maleńkim mieszkaniu na szóstym piętrze na
Woli. Mała kuchnia, mała łazienka i jeden pokój, który babcia
przedzieliła meblościanką, tak że każda z nas miała swoją część. W "mojej części" mieściło się małe łóżko, biurko i wąska szafka na
ubrania. Za tą meblościanką spędziłam cały pierwszy miesiąc po
pogrzebie. W ciężkim, dusznym śnie przesypiałam większość doby. Telefon
miałam wyłączony. Wstawałam tylko do łazienki i czasem coś zjeść. Gdy
zaczął się drugi miesiąc od pogrzebu, a ja dalej leżałam za
meblościanką, babcia podjęła decyzję. Wysłała mnie do pracy. Wnuczka jej
koleżanki dorabiała wtedy w knajpie na Śródmieściu i tam mnie wkręciła.
Nie było mowy o protestach. Kazała mi iść i już. Skoro się nie uczę, mam
pracować, a nie leżeć całe dnie i spać. Właśnie tak mi powiedziała. Dziś
myślę, że te twarde, raniące słowa były słowami miłości. Wtedy jednak
zdawały się jadem sączącym się w resztki mnie. Nie umiała mi inaczej
pomóc. Była chłodna, surowa i zasadnicza. Nie widziałam, żeby
kiedykolwiek po śmierci rodziców płakała. Nawet na pogrzebie. Dużo się
modliła, ale w ciszy, przy kuchennym stole, nigdy ze mną. Mimo to po jej
śmierci załamałam się bardziej niż po odejściu rodziców. Może dlatego,
że gdy umarła, miałam wciąż tylko dwadzieścia trzy lata, a może dlatego,
że zostałam już naprawdę zupełnie sama na świecie. Tym razem to ja
musiałam załatwić pogrzebowe formalności, bo wujek zerwał z babcią
kontakt jakieś dwa lata wcześniej, gdy się dowiedział, że to na mnie
przepisała swoje małe mieszkanie. Nie przyleciał pożegnać swojej matki.
O studiach i miłości pięknego chłopaka przestałam myśleć tamtego dnia na
rzymskiej drodze, o tym, że jeszcze się ułoży - gdy odeszła babcia.
Dziś Dzień Dziecka. Najgorszy dzień z całego roku, w którym najbardziej
odczuwam swoją wszechogarniającą samotność.
To ten dzień, kiedy dopada mnie moje utracone życie. W innych sytuacjach
raczej o tym nie myślę. Po maturze zostałam sierotą. Miałam te
osiemnaście lat, a są tacy, chociażby Izaak, mój przyjaciel z grupy
terapeutycznej, którzy byli sami od zawsze. Izaak to imię, które
przybrał. Wielu zdaje się pretensjonalne i zbyt wymyślne, ale ja go nie
oceniam. Chciał raz na zawsze skończyć ze swoim starym życiem. Nie wiem,
dlaczego wybrał właśnie to imię, ale nie pytałam, tak samo jak nie
pytałam o pierwsze, nadane mu imię. Takich tematów po prostu się nie
porusza... ale wiem to ja, on i reszta osób z naszej grupy. Terapia
zakończyła się dawno, mija już chyba z siedem lat, ale nadal mam znikomy
kontakt z niektórymi ludźmi, a Izaak, czego nie mogłam się spodziewać,
stał się moim przyjacielem. Mimo że poharatany, radzi sobie lepiej niż
ja, o wiele lepiej. Skończył studia, a do tego jest bardzo pracowity i umie dążyć do celu, a jego celem zawsze było BEZPIECZEŃSTWO. Osiągnął je
dzięki pieniądzom. One dały mu to, o czym marzą wszystkie sieroty i pewnie wszyscy ci, którzy za wcześnie odczuli stratę. Jest programistą,
i choć wybrał swój zawód tylko ze względów finansowych, odnalazł się w tym świecie i pracuje dla jednej z największych firm informatycznych w Europie. Rok temu kupił mieszkanie na Woli, w nowym bloku, dwie ulice
ode mnie. Twierdzi, że lubi Wolę, ale mnie się zdaje, jakkolwiek dziwnie
to brzmi, że sprowadził się tu po części dla mnie. My, sieroty, mamy
problem z przywiązaniem i często je odrzucamy, by uniknąć w przyszłości
bólu rozstania czy straty, ale... ja i on przywiązaliśmy się do siebie.
Oczywiście żadne z nas się do tego nie przyzna.
To twoje życie
- głos w mojej głowie podsumowuje wszystko tym jednym zdaniem.
Na szczęście zbliża się dziewiąta, zaraz otworzymy restaurację, zacznę
kroić warzywa, gotować bulion i zapomnę. Wstaję, idę do kuchni zaparzyć
kawę.
Drugi czerwca
Dziś znów nie miałam siły umyć włosów, związałam je w kucyk - i tak będą
schowane. W kuchni musimy nosić czapki i granatowe fartuchy przed
kolana. Paznokcie powinny być krótko przycięte i bez lakieru, dozwolona
biżuteria to kolczyki wkręty i ślubna obrączka. To oczywiście teoria, bo
pani Wandzia ze zmywaka nosi wielkie złote koła i nikt ani myśli zwrócić
jej uwagę, kelnerki malują paznokcie na krwistoczerwony kolor, a Tomek,
mój kolega z kuchni, co drugi dzień przychodzi wstawiony, czego przecież
też nie można robić. Kuba, który pracuje w kuchni na jedną czwartą
etatu, nosi pokaźną brodę, ale odmawia wkładania na nią siatki
ochronnej, bo jest mu za gorąco i wygląda jak idiota. Pola - trochę
busser, trochę kelnerka, trochę zmywak - nosi tipsy i mimo że jeden z nich, różowy z diamencikiem, zgubiła dwa miesiące temu w sałatce Cezar,
za co zostaliśmy obsmarowani w sieci, nie zmieniła swoich zwyczajów.
Fatiha - dziewczyna od polerki, którą czasem angażujemy w kuchenne
czynności - poza notorycznym spóźnianiem się raczej stosuje się do
zasad. Głuchoniemy Tadek przeważnie zastępuje panią Wandzię na zmywaku.
Od niego nie oczekujemy niczego - może używać telefonu podczas całej
zmiany, bo chociaż z kimś sobie pomiga na kamerce i nie czuje się tak
zupełnie odizolowany, a szefowa za pracownika z niepełnosprawnością
odprowadza niższy ZUS... czy coś takiego. Marlena i Kaśka to dwie
wyróżniające się kelnerki, drą się, gdy ich zamówienie się spóźnia.
Pracują tu już trzeci rok. Reszta kelnerów to płynna, zmieniająca się
masa. Jest jeszcze Ewa - starsza kucharka, która uważa, że młodzi mają
robić, a ona to jak już naprawdę trzeba, a gdy tylko dobije do złotego
wieku, odchodzi na emeryturę. No i Deepak, który wszystko doprawia
swoimi indyjskimi przyprawami, czego oczywiście też mu nie wolno.
Kierowniczki są dwie - Aśka i Iza. Właścicielkę widziałam może dwa razy.
To około sześćdziesięcioletnia pani z rudymi włosami, niezbyt przyjemna.
Może wcale nie jest przyjemna, a nie tylko "niezbyt", bo mówią o niej
"stara". Ja, jako jedna z niewielu, stosuję się do większości panujących
tu zasad. Lubię mieć ramy działania, to pewnie dlatego. Gdybyśmy mieli
być tacy rzetelni... to przysługują nam też dwie dwudziestominutowe
przerwy, ale nie ma to na czasu, więc każdy, nawet ja, je w przelocie.
To znaczy nad garnkiem z zupą, na beczce po piwie na zapleczu albo
wyjmując z pieca gotowe dania - łatwo się wtedy poparzyć. Prawdziwa
przerwa to wyjście na papierosa. Jedna z niewielu okazji do
rzeczywistego odsapnięcia, więc pali prawie każdy.
Dziś był sajgon większy niż przez ostatnie dwa dni. Trudno teraz
przewidzieć ruch. Na pewno uspokoi się na koniec roku szkolnego, wtedy
ludzie wyjeżdżają z miasta i intensywniejsze będą tylko weekendy i popołudnia. Normalny, przewidywalny rytm wróci dopiero we wrześniu.
Tomek znów przyszedł skacowany, więc pierwsze dwie godziny stałam sama,
a on leżał na zapleczu na workach z mąką i dochodził do siebie. Dobrze,
że Fatiha miała dziś od rana polerkę. Wzięłam ją do pomocy, póki Tomek
nie doszedł do siebie. Dziewczyna używa dosłownie kilku słów po polsku,
a ja nie rozumiem nic z jej pantomimy, ale usmażyć frytki albo pokroić
warzywa umie, to już coś.
O trzynastej zaczęła jak zwykle przychodzić najgorsza klientela -
lunchowcy. Rozwydrzone korpodzieciaki z identyfikatorami na szyjach.
Chcą zjeść szybko, tanio, każdy płaci oddzielnie i nawet nie pomyślą o pięciu złotych napiwku. I każdy ma na coś alergię. Ten nie może chili,
ta nie trawi pieczarek, tamten nie zniesie czosnku, a gruby prosił o carbonarę na makaronie pełnoziarnistym, nie zje pszennego - jest na
zbilansowanej diecie! Czego nie rozumiesz, dziewczyno?! Izaak też należy
do tej grupy, ale on w przeciwieństwie do większości przeczołgał się do
tego miejsca (i nie marudzi przy jedzeniu). Reszta nie zaznała
prawdziwej pracy i prosto po zdanej maturze poszła na studia, a potem do
wygodnej roboty z benefitami. Nienawidzę ich. Może dlatego, że zazdrość
skręca mnie od środka, że mnie też było pisane łatwe i przyjemne życie,
a nie babranie się w gastronomicznym gównie? Może. A może są po prostu
wkurwiający i moja zazdrość nie ma z tym związku? Może. Na szczęście
razem z lunchowcami zjawił się Tomek. Podszedł do mnie od tyłu, objął
mnie ramionami i pocałował w spocony kark, spowijając mnie zapachem
alkoholu.
- Tomek, kurwa. Weź się do roboty. Znowu to zrobiłeś. Czy możesz nie
chlać, jak masz ze mną otwarcie? Albo przesuń chlanie na lipiec, jak
będzie mniejszy ruch.
- Anastazja... - zaczął, ale już nie słuchałam. Nienawidziłam, gdy ktoś
mówił do mnie imieniem. Kojarzyło mi się źle, choć wiem, że dostałam je
z miłości. Rodzice byli zanurzeni w rosyjskiej kulturze. Samo imię jest
pochodzenia grecko-chrześcijańskiego, ale kojarzy się bardzo rosyjsko.
Mama zawsze mówiła, że Rosjanie dzielą się na chamów (tata nawet mówił,
że "skurwysynów") i artystów i choć tych pierwszych jest zdecydowanie
więcej, trzeba czerpać z tych drugich. Tata napisał profesurę na temat
Romanowów. Powtarzali, że jestem podobna do tej historycznej Anastazji,
bo jak ona ciągle błaznuję i daję im radość w życiu. Rzeczywiście
lubiłam się wygłupiać, robić tacie żarty, wkręcać go i patrzeć, jak za
każdym razem łapie się na te same numery. I lubiłam to imię, zwłaszcza
po obejrzeniu bajki Anastazja, mimo że mało spójnej z faktami.
Niestety, teraz jest dla mnie jak klątwa, jakbym od początku była
naznaczona, że tylko ja z mojej rodziny przeżyję, że zostanę sama,
jedyna ocalała jak ona... Romantyczna, zakłamana wizja z bajki pozostała
ze mną, choć Anastazja, podobnie jak reszta rodziny, została
zamordowana. Podobno.
- Ala? - Wolałam moje drugie imię i nim się posługiwałam. Jak Izaak,
chciałam, by nazywano mnie nie moim imieniem. Zainspirował mnie i wtedy
zaczęłam być Alicją. Babcia się nie przestawiła, ale nie wymagałam od
niej tego. Starych znajomych prawie nie miałam, a nowi znali mnie już
tylko jako Alicję. - Chcesz iść na przerwę? - Tomek głupkowato się
uśmiechnął.
- A zrobisz zamówienia na piątkę i siódemkę?
- Zrobię! Idź na fajka i jak wrócisz, nie gniewaj się już na Tomaszka.
- Tomaszek...
Poszłam na zaplecze, z szafki przy drzwiach wyjęłam papierosy Tomka i wyszłam na dwór. Usiadłam na krawężniku, w cieniu przy śmietnikach.
Zapaliłam papierosa i przymknęłam powieki. Stłumione odgłosy miasta
zbijały się w jednolity szum. Dym powoli wypełniał moje płuca i uspokajał mnie. Gdy poczułam ulgę, otworzyłam oczy. Przede mną dwa
gołębie w kałuży walczyły o kawałek chleba. Spojrzałam na swoje dłonie.
Zaniedbane, spracowane, przesuszone kostki, kwadratowe, krótkie
paznokcie z niewyciętymi skórkami. Jeden z gołębi wyrwał łup i wzbił się
w powietrze, drugi ruszył za nim. Zerknęłam na swoje odbicie w kałuży.
Nie było w nim widać mojej naciągniętej na kości bladej skóry z pieprzykami. Widziałam za to duże niebieskie oczy, zapadnięte policzki,
lekko wydatny nos, blond kosmyki wystające spod czapki i szyję ze złotym
łańcuszkiem.
- Ala, chcesz grzybowej? - Pani Wandzia, dobry duch tej restauracji,
wyszła do mnie z miską zupy. Gdybyśmy serwowali to, co ona robi w międzyczasie, bylibyśmy świetną knajpą. - Pieczarki mają bliski termin,
a nie schodzą, to mówię: zrobię. Dzieciaki zjedzą. - Dzieciaki, czyli ja
i Tomek. - A i te ziemniaki już takie nie tego, a ludzie teraz mało
ziemniaków biorą, to mówię: a co ma się wyrzucić? Ludzie to w ogóle
teraz gardzą ziemniakami, a to najlepsze, co może być, Alusia.
- Najlepsze, pani Wandziu? - Uśmiechnęłam się. Uwielbiałam ją i jej
zamiłowanie do polskiej kuchni.
- A najlepsze! Po pierwsze, ziemniaki są sycące...
- I tuczące...
- To nie one tuczą, tylko tłuste sosy i masło, które się na nie leje! -
oburzyła się. - Same w sobie mają mało kalorii. I mają mnóstwo witaminy
C. Wiesz, jakie to dobre dla serducha, Alusia? Polska dieta stoi na
ziemniakach! Dlatego Polacy są tacy mocni, Alusia. Znasz drugi taki
kraj, co się tyle razy dźwigał z popiołów?! No właśnie!
- I to wszystko przez ziemniaki?
- Tak, Alusia, przez ziemniaki!
- Dziękuję. - Wzięłam od niej zupę, zgasiłam papierosa i zaczęłam jeść.
- Może ja też się jakoś dźwignę w takim razie... z tych moich popiołów.
- A jakie ty masz, Alusia, popioły? Co? Malutka moja... - Usiadła obok i zapaliła swojego cienkiego, ruskiego fajka. Farbowane czarne włosy
wystawały spod brudnego czepka, złote koła połyskiwały i kontrastowały z jej ciemnymi oczami; spoglądała na mnie czule. Fartuch opięty na jej
dużym biuście zakołysał się, gdy wyciągnęła rękę, by dotknąć mojej
dłoni. - Znowu masz zimne ręce. Masz słabe krążenie, musisz więcej pić.
- Jak Tomek? - Zaśmiałam się.
- No niekoniecznie jak Tomek! - Zarechotała śmiechem wieloletniej
palaczki. - Ale zostań dziś na piwo po zmianie. Piwo też dobre na serce,
a twoje serce wymaga opieki, prawda, Alusia? Żebyś już nie była taka
blada.
- Piwo na serce?
- Oczywiście. A znasz drugi kraj z tak walecznym sercem jak nasz?
- I to przez piwo?
- Tak, Alusia, przez piwo!
- No dobrze, może zostanę, zobaczymy, pani Wandziu.
Nie zostałam. Tomek wkurzał mnie cały dzień, bo było z nim gorzej niż
zazwyczaj i nawet ta grzybowa nie postawiła go na nogi. Mylił
zamówienia, dwa razy zamiast "bez jalape?o" dał podwójne jalape?o, co
wywołało skargi - klienci byli podobno uczuleni. Pokłócił się z Kaśką,
która wytknęła mu, że śmierdzi wódką. Śmierdział, oczywiście, ale tak go
wkurzyła swoim komentarzem, że przestał robić zamówienia, które ona
wbijała, przez co zrobiło się takie zamieszanie, że musiała
interweniować kierowniczka. Apogeum osiągnął, gdy na złość wszystkim
postanowił zapalić w kuchni. Zrobił to ostentacyjnie i usiadł na blacie.
Gdy to zobaczyłam, szybko wyrwałam mu papierosa z ust, rzuciłam na
podłogę i przygniotłam butem. Zawołałam panią Wandzię i obie
doprowadziłyśmy go do względnej normalności. Przeprosił, ale odgrażał
się jeszcze pod nosem, że on to zrobi w końcu z tym wszystkim porządek.
Nie miałam pojęcia, co kryje się pod wyrażeniem "tym wszystkim", ale
chyba sam Tomek tego nie wiedział. Marzyłam tylko, żeby znaleźć się w mieszkaniu. Złapałam ostatni tramwaj na Wolę i wróciłam. Od przystanku
do bloku mam blisko, ale droga jest oświetlana tylko przez dwie
latarnie, więc zawsze, gdy tędy przechodzę, czuję niepokój. Trzymam
wtedy klucze w mocno zaciśniętej pięści, gotowa do uderzenia nimi w tchawicę potencjalnego napastnika. Już byłam tuż, tuż, stanęłam pod
drzwiami do klatki i wystukałam kod na starym domofonie.
- Jak w pracy? - usłyszałam nagle głos w ciemności. Dochodził z ławki
stojącej za krzakiem dzikiej róży.
- O matko! Izaak! Wystraszyłeś mnie. - Od razu rozpoznałam jego głos,
ale i tak krzyknęłam.
- Powinnaś się przyzwyczaić. Wiesz, że to moja ławka.
- Tak, każdy żul ma swoją.
Podszedł i objął mnie ramieniem na powitanie. Pachniał subtelnymi
perfumami, w przeciwieństwie do mnie, przesiąkniętej zapachem kuchni.
- Jestem żulem, ale nie byle jakim. - Z eleganckiego plecaka (tak, on
nawet plecak ma elegancki) wyjął czerwone wino.
- Jakiś wyszukany smak, rocznik zaczynający się od tysiąc...?
- Tak. Zachwycisz się. To jak w pracy?
- Jak zwykle. Tomek znów przyszedł skacowany, musiałam robić za dwoje. A nawet gorzej, bo to nie tak, że on nic nie robił. On jeszcze
przeszkadzał, więc ogarniaj go, rób swoje, rób za niego, świeć oczami
przed kierowniczką i kelnerkami. Wiesz, że był dziś w tak dziwnym
stanie, że zapalił papierosa na kuchni?
- Kiedy go w końcu wywalą? - Izaak wykrzywił twarz w grymasie
dezaprobaty. - Ja wiem, zawsze mówisz, że to nie działa tak jak w "normalnej pracy", ale do cholery, on jest niebezpieczny. Zagraża tobie,
zagraża sobie, zagraża ludziom, dla których gotuje. Zagraża całej
restauracji!
- Pracuje tam tyle co ja i od początku przychodził albo skacowany, albo
jeszcze pijany. Nie chcę mówić, że dlatego ma do tego prawo, ale no...
trochę tak. Poza tym to dobry kucharz. Wchodzimy? - Otworzyłam drzwi i wpuściłam go do środka. - A jak twój dzień? Coś ciekawego?
- Nie. Jak zwykle. Zarobiłem na nic nierobieniu. Odbębniłem parę
spotkań. Grałem trochę na xboksie, później w piłkarzyki z teamem z drugiego piętra, a gdy i tego miałem dość, pomyślałem: Ala na pewno
napije się dobrego wina.
- Mimo że jest zmęczona i marzy tylko o tym, żeby paść na łóżko.
- Dokładnie. Mimo to.
Windą wjechaliśmy na szóste piętro i weszliśmy do mieszkania. Izaak
otworzył drzwi balkonowe, by pozbyć się zaduchu. Potem poszedł po
kieliszki do kuchni. Czuł się tu swobodnie. Patrzyłam, jak bez namysłu
otwiera szafkę, bierze dwa pękate kieliszki, później wysuwa szufladę i wyjmuje korkociąg, nalewa wina, ze swojego plecaka wyciąga jakieś
włoskie sery, sięga po deskę, wie też, gdzie szukać noży, kroi sery i nuci pod nosem coś po angielsku. Gdybyśmy spotkali się w innym momencie
życia, mogłabym się w nim zakochać. Trzy lata starszy, wysoki,
naturalnie umięśniony, śniada cera, ciemne włosy, pieprzyk nad ustami,
piękny uśmiech. A odkąd świetnie zarabia, jest również świetnie ubrany.
Nie pasuje do mojej kuchni, do mojego życia i do mnie. Zazdroszczę mu.
Chciałabym być nim. Siedziałam przy stole i patrzyłam na niego.
- Nie gap się na mnie - rzucił, nie odwracając się, bo czuł moje
spojrzenie.
- Chciałabym być tobą.
- Mówiłem ci nieraz, Ala, nie chciałabyś. - Westchnął z lekką irytacją.
- Chciałabym. Jesteś przystojny, bogaty, a do tego znasz się na winach i serach. Pięknie pachniesz, a nie jak ja, żarciem. No i masz styl,
niezaprzeczalny, niepodrabialny styl. Jesteś człowiekiem sukcesu.
- Jestem też sierotą - odpowiedział, podając mi kieliszek.
- Ja też. A nie znam się na winach i nie jestem bogata!
Położył przede mną deskę z serami i bagietką. Wyglądała pięknie. Wzięłam
pierwszy z brzegu ser pleśniowy. Był świetny, jak wszystko, co przynosił
i przygotowywał Izaak.
- Po co przyszedłeś? Nie możesz spać?
- Nie mogę. - Usiadł naprzeciwko. Wyciągnął w moją stronę kieliszek, by
usłyszeć ten charakterystyczny brzdęk. Nikomu niepotrzebny, ale z jakiegoś powodu chcemy go usłyszeć, zanim zaczniemy pić.
- Chcesz przenocować - stwierdziłam.
- Chcę - przyznał.
- Nie musisz wkupywać się winem, choć to miłe.
- Wiem, chciałem, by było ci miło.
Poszliśmy na balkon i w milczeniu popijając wino i jedząc sery,
patrzyliśmy na Warszawę nocą. Lubię tu mieszkać, bo nigdy nie jest
cicho, nigdy nie jest się zupełnie samemu w ciszy i ciemności. Są
światła, tramwaje, nocne autobusy, pijani ludzie pod blokiem, studenckie
imprezy. Nie widać gwiazd, ale na co komu gwiazdy? By szukać w nich
odpowiedzi na zbyt wzniosłe pytania na temat życia? No właśnie. Na co
komu gwiazdy. Wolę wrzaski dzikich nastolatków i kłótnie zza ścian.
- O której jutro wstajesz?
- O siódmej, na ósmą muszę być w biurze. Przyjeżdżają Duńczycy. Trzeba
ich godnie przyjąć. Mają poczuć się ciepło powitani, mają być zadowoleni
z naszej pracy. W tym celu najpierw muszę wziąć ich szefa i wyjąć mu kij
z dupska. Potem muszę jego i całą ekipę lekko upić, dobrze nakarmić i jeszcze lepiej opowiedzieć o naszej wizji na nowy kwartał, by na koniec
byli zupełnie pewni, że chcą włożyć kolejne pieniądze w nasz oddział.
- Okej, dostajesz lepszą stronę łóżka. Fragment o kiju mnie przekonał.
- Dzięki. Postaram się, żebyś się nie obudziła. Jak się wyrobię, to
przygotuję jakieś śniadanie, żebyś miała, jak wstaniesz.
- No... ale wiesz, że w lodówce mam tylko żółty ser, a to, co przyniosłeś,
już zjedliśmy.
- Mam jeszcze parę rzeczy w plecaku.
- Co? Jakich rzeczy? Specjalnie nie wyjąłeś, żebym nie zjadła?
- Tak! Żebyś miała śniadanie inne niż chleb z serem.
- Ale to wredne.
- Ale też troskliwe.
- Dobrze, wredne i troskliwe.
Kolejne czterdzieści minut przesiedzieliśmy w ciszy, z winem, wsłuchując
się w Warszawę. Nasze spotkania często tak wyglądały, że nie robiliśmy
nic szczególnego. Po prostu byliśmy obok siebie.
Moje sukcesy - ostatnie 12 miesięcy
Zaczęłam brać zmiany inne niż całki.
Oczywiście nadal najwięcej biorę całek, ale był czas, że chciałam tylko je, żeby zmęczyć się do odcięcia i nie myśleć. Odkąd znam Izaaka, a najbardziej właśnie od ostatniego roku, zaczęłam brać dużo innych, krótszych zmian. Teraz po pracy mam wolne i nawet się zdarza, że nie spędzam go z Izaakiem, tylko sama. Nie lubię tego, ale staram się przyzwyczajać i rozszerzać moje życie na inne sfery niż tylko restauracja.
Pojechałam z Izaakiem na dwa miniwyjazdy.
Z wiadomych względów wyjazdy były dla mnie czymś traumatycznym (nie chcę nadużywać tego słowa, ale tak właśnie czuję). Bałam się na samą myśl o opuszczeniu mieszkania, Warszawy. Naprawdę wykonałam sporą pracę, by jeździć gdzieś chociażby po Polsce.
Nie zabiłam się.
Taka myśl chodziła mi po głowie średnio raz w miesiącu. Czasem tylko przelotnie, czasem utrzymywała się długo i narastała. Raz nie znaczyła nic, była tylko zdaniem, a innym razem wybierałam metodę i czas, jak i kiedy najlepiej byłoby to zrobić. Napisałam też list pożegnalny.
Wysłałam swoje CV w trzy miejsca.
To było chwilowe, ale miałam poważną myśl, żeby się wyrwać z gastro. Któregoś wieczora zaczęłam to sobie wyobrażać i prawie uwierzyłam, że to możliwe. W przypływie dziwnego entuzjazmu wysłałam CV do jakiegoś domu kultury, aplikując na recepcję, do biblioteki, na młodszego bibliotekarza, oraz na uczelnię, na każde dostępne stanowisko w wydziale archeologii (typu sprzątanie, przygotowywanie sal itp.). W pierwszym odpadłam przez brak biurowego doświadczenia, w drugim przez brak wykształcenia wyższego, na trzecie nie odpisali.
Prowadzę te podsumowania!
Nie sądziłam, że wytrwam w tym dłużej niż na czas spotkań grupowych. A jednak już dawno po grupie, a ja co jakiś czas spisuję swoje życie.
........................
........................
Narysowałam za długą tabelę, jakoś zdawało mi się, że miałam jeszcze
jakieś dwa sukcesy. Może sukcesem jest to, że posądzałam się o sukces w większej ilości.
Dlaczego tak bardzo zależy nam na odnoszeniu sukcesów? Bo przecież
zależy. Każdy człowiek, tak mi się zdaje, potrzebuje poczuć, że ma na
swoim koncie jakiś sukces. Ja również. No bo dlaczego już od
najmłodszych lat cieszymy się z dobrej oceny, ukończonego projektu czy
wygranej w zawodach na WF-ie? No właśnie. Czy chodzi o to, że sukces
daje nam pewność siebie? Kiedy coś nam się uda, czujemy, że jesteśmy w stanie poradzić sobie z wyzwaniami. To jak zdobywanie kolejnych poziomów
w grze - każdy sukces to dowód, że posiadamy umiejętności, by iść dalej.
Iść, nie zastanawiając się często, po co i dokąd. No właśnie.
Potrzebujemy sukcesów, żeby iść, choć nie wiadomo gdzie. Może chodzi też
o to, że sukces pokazuje, że się rozwijamy. Ludzie z natury chcą się
uczyć i stawać lepszymi. Podobno. Gdzieś w głębi duszy mamy potrzebę, by
wykorzystywać swój talent i potencjał. Bo oczywiście każdy wierzy, że ma
jakiś talent. Ciekawe... Że każdy niby jest taki oryginalny. Osiągnięcie,
małe lub duże, jest jak znacznik na tej drodze. Potwierdza, że nie
stoimy w miejscu, że nasz wysiłek ma sens i przybliża nas do czegoś
bliżej nieokreślonego. Ale sukces to również sposób na zdobycie uznania.
Jesteśmy istotami społecznymi i potrzebujemy akceptacji oraz szacunku
innych. Ja pewnie też tego potrzebuję. Osiągnięcia są często właśnie
tym, dzięki czemu zyskuje się szacunek. Gdy coś nam wychodzi, czujemy,
że jesteśmy postrzegani jako wartościowi i kompetentni.
Zmęczyłam się tą głęboką analizą, z której wynika właśnie to, że jestem
jak inni ludzie - podświadomie przekonana o tym, że sukces jest mi
potrzebny, że bez sukcesu jestem niewiele warta. Mogłabym zaprzeczać i udawać lub nawet próbować wierzyć w to, że sukces nie jest miarą mojej
wartości i samooceny. Ale to nieprawda. Jestem prostą, ludzką
konstrukcją i potrzebuję sukcesu, nawet jeśli nie wiem, dokąd ma mnie
zaprowadzić.
Czwarty czerwca
Ta noc była nieprzyjazna i pełna cieni. Wierciłam się, wciąż zmieniając
strony łóżka. Nie pomagały wietrzenie pokoju, zdjęcie piżamy, napicie
się gorącej wody, zimny prysznic. Sen, zamiast przynieść ukojenie,
wywołał koszmary. Budziłam się co chwilę zlana zimnym potem, serce
waliło mi jak cholerny młot, a w uszach dźwięczało. Odpływałam i zrywałam się nagle. Byłam wykończona, ale nie mogłam zasnąć na dłużej.
Kiedy wreszcie na dobre otworzyłam oczy, roztrzęsiona i zdezorientowana,
na zegarku widniała dziewiąta rano. Ostatni koszmar rozproszył się, ale
pozostawił po sobie gęsty, duszący niepokój, który opadł na mnie jak
ciężka, wilgotna mgła. Czułam ją w suchości gardła, w napiętych
mięśniach i w tym wszechogarniającym wrażeniu, że coś złego wisi w powietrzu. Na domiar złego za oknem na moim drzewie naliczyłam tylko
siedem ptaków. Ten ostatni zły sen był tak... poniekąd realny, że po
przebudzeniu nie byłam pewna, czy nie był jawą. Byłam w nim ja, taka,
jaka jestem - miałam na sobie robocze ciuchy - fartuch, czapkę, buty z rozwalającymi się podeszwami. Właśnie wyszłam z pracy i udałam się swoją
stałą trasą na przystanek. Było duszno, słońce grzało tak bardzo, że
czułam, jak pali mi kark. Myślałam: jeszcze tylko parę metrów i będę
mogła zdjąć z siebie to ubranie. Jak to często bywa w snach, wszystko
odwodziło mnie od dojścia do celu i rozebrania się - a celem był mały
drewniany dom. Stał na miejscu przystanku autobusowego. To tam
zmierzałam. Zdawało się, że dzieli mnie od niego ze sto metrów... Ale albo
ktoś mnie zagadywał, pytając o drogę, albo musiałam podnieść coś, co
upuściłam, albo pomóc jakiejś babci przejść na druga stronę ulicy. Nie
mogłam dotrzeć do tego domu. Gdy pokonałam wszystkie przeszkody i byłam
już bardzo blisko... nagle coś zobaczyłam. Firanka w oknie tego domu
drgnęła. Wystraszyłam się. Ktoś tam był. Ciemna postać przemknęła za
cienką tkaniną. Zastygłam. Już miałam otwierać drzwi, ale strach mnie
powstrzymał. Patrzyłam w okno i miałam wrażenie, że ktoś z drugiej
strony podchodzi, by wyjrzeć. Ktoś wysoki, ciemny, przerażający w swej
bezkształtności. Był bliżej, coraz bliżej... Oczekiwałam jump scare'a,
wiedziałam, że to się zaraz wydarzy... i wtedy się obudziłam. Ze snu
wyrwał mnie hałas za oknem. Na szczęście. Palące słońce wdzierało się
przez okno, już wiedziałam, że to je czułam we śnie. Odetchnęłam
głęboko. Ważne, że już jest dzień.
Mimo upływu czasu niepokój, niestety, mnie nie opuszczał. Postanowiłam...
zajeść go. To stara, sprawdzona metoda. Ciało domagało się cukru,
tłuszczu, czegoś, co zagłuszy wewnętrzny lęk. Podeszłam do lodówki z nadzieją, ale jej chłodne wnętrze okazało się bezlitosne. Stało tam to,
co zawsze. Samotne jajko, pusty słoik po ogórkach i żółty ser.
Potrzebowałam słodyczy. Ubrałam się i postanowiłam, nie jedząc nawet
mojej codziennej kanapki z serem, nie pijąc kawy i nie myjąc się, iść po
pączki. To było pierwsze, co przyszło mi na myśl. Stuletnia pączkarnia,
ledwie pięć minut drogi ode mnie. Naprawdę nie wiem, jak to robią, ale
ich pączki są wyjątkowe w swej prostocie. Mają ich dwa rodzaje: z lukrem
lub suche, opcjonalnie posypywane pudrem. Nie ma żadnych białych
czekolad, polew, pistacjowych kremów. To miejsce znam od dziecka, ale
gdy zamieszkałam z babcią, jadłam stamtąd pączki średnio raz w tygodniu,
bo babcia miała zwyczaj kupować je na weekendy jako deser po obiedzie.
Dawno tu nie byłam, zajrzałam może ze trzy razy od jej śmierci...
Ulice były dziś ciche i puste. Przemierzałam je szybkim krokiem,
kierowana desperacką potrzebą. W końcu ujrzałam to: mały, przycupnięty
budynek z czerwonej cegły. Za oknem przyciemnionym parą i słabym,
ciepłym światłem bijącym z wnętrza można było dostrzec krzątających się
ludzi. Zapach świeżego drożdżowego ciasta, cukru i smażonego oleju
dotarł do mnie, zanim jeszcze znalazłam się pod drzwiami, przed którymi
uformowała się już spora kolejka. Musiałam odstać z dziesięć minut.
W środku było ciepło i przytulnie. Za ladą stała starsza pani, wciąż ta
sama, jakby czas dla niej się zatrzymał, a może bardziej jakby ona się
już taka urodziła. Nie mogłam wyobrazić jej sobie młodej czy małej,
jakby zawsze była starszą panią za ladą z pączkami. Są tacy ludzie,
którzy zdają nam się dojrzali czy starzy "od zawsze". Jej okrągła twarz
poorana zmarszczkami, które układały się w życzliwy uśmiech, od razu
poprawiła moje samopoczucie. Kupiłam trzy pączki. Dwa z lukrem, jeden z pudrem. Pierwszy zjadłam na ławce pod cukiernią. Drugi zaraz po
pierwszym i tylko ten z pudrem zostawiłam sobie na później. Były
idealne: puszyste, ciepłe, słodkie. Ten smak powoli, ale skutecznie
wypierał gorycz strachu. Niepokój nie zniknął całkowicie, ale został
uciszony.
Byłam zmęczona po nieprzespanej nocy, lecz uspokojona. Każdy dźwięk
drażnił mnie bardziej niż zwykle, a światło poranka wydawało się zbyt
ostre, ale to nic. Ważne, że przestałam się bać. Już wcześniej zdarzały
mi się takie noce, po których reszta dnia była nie do zniesienia. Ciągle
czułam podenerwowanie i oczekiwałam najgorszego. Teraz to na szczęście
minęło.
Kanapkę z serem zjadłam dopiero godzinę później. Przeszłam przez ten
dzień mechanicznie. Pączki mnie uratowały, ale spowodowały, że zaczęłam
myśleć o babci. Myśleć i tęsknić. Dawała mi namiastkę rodziny, namiastkę
stabilności, pewności. Nawet te pączki raz w tygodniu były jakimś
punktem odniesienia, czymś stałym, a to zapewniało poczucie
bezpieczeństwa.