Rozdział 2
Jako pedagog szkolny nie powinnam faworyzować żadnego ze swoich podopiecznych - wiem, to nieprofesjonalne z mojej strony, ale nic na to nie poradzę. Po prostu Łukasza Kośnika lubię najbardziej z nich wszystkich. Odwiedza mój gabinet już prawie rok. Jest piekielnie inteligentny, wrażliwy, dowcipny, a przy tym wyjątkowo dla mnie miły - nic dziwnego, że darzę go sympatią, bo to raczej rzadki zestaw cech u dzieciaków w tym wieku. Ma jasną cerę, blond włosy i zielone oczy, które przypominają mi oczy półdzikiego kota. Część twarzy skrywa pod długą grzywką, jakby lubił się chować przed ludźmi. Nie stać go na markowe ubrania, mimo to wyróżnia się strojem wśród uczniów - zawsze tak dobiera ciuchy, że wygląda oryginalnie, ma swój styl. Lubi też, co rzadkie u tutejszych nastolatków, bransoletki i wisiorki. W dodatku jest dość wysoki jak na swój wiek, dzięki czemu wygląda na dwa, trzy lata starszego.
Mieszkamy w małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają, dlatego dobrze wiem, jak wygląda życie Łukasza. Nie jest łatwe ani beztroskie, choć takie właśnie powinno być życie każdego dziecka, zanim zderzy się z rzeczywistością i wejdzie w świat dorosłych. Ojciec, budowlaniec, od kilku lat nie stroni od alkoholu, bywa czasem agresywny. Matka pracuje jako sprzątaczka w przychodni lekarskiej Piotra i często ją tam widuję. Jest zawsze cicha i wycofana, wygląda, jakby bała się własnego cienia. Rodzina ma od jakiegoś czasu niebieską kartę, założoną przez policję po kolejnej głośnej awanturze wszczętej przez pijanego Kośnika.
Dziś od początku naszego spotkania Łukasz nerwowo bawi się swoimi szczupłymi, długimi palcami. Wystukuje nimi jakiś niespójny rytm, skubie skórki i pociera o kciuk. Widać, że jest czymś poddenerwowany.
- Jak ci minął tydzień? - pytam dla rozluźnienia atmosfery.
- Jak zwykle - mówi, nie podnosząc na mnie wzroku, ja jednak nie daję za wygraną.
- Przez całe siedem dni nie zdarzyło się nic ciekawego?
Milczy i przez kilka sekund zastanawia się, co odpowiedzieć.
- Dostałem czwórkę ze sprawdzianu z bioli - oznajmia w końcu i zaczynam podejrzewać, że w domu wydarzyło się coś, co próbuje przede mną ukryć. Nie pierwszy raz tak się zachowuje, kierowanie uwagi rozmówcy na nieznaczące sprawy to jego sposób, by unikać poważnych tematów.
- To akurat wiem, mam podgląd do wszystkich twoich ocen na Librusie. Pytałam o sytuację w domu - drążę dalej.
Łukasz rzuca mi szybkie spojrzenie i znowu wbija wzrok w podłogę.
- W domu jak w domu. - Wzrusza ramionami. - Ojciec wyjechał w czwartek na robotę do innego województwa, wróci dopiero za tydzień, więc było okej.
Ulżyło mi. Naprawdę się cieszę, że chłopak miał trochę spokoju, i liczę, że wreszcie się rozluźni i normalnie ze mną porozmawia.
- A co robiłeś w weekend?
- Szwendałem się tu i tam - odpowiada wymijająco.
- Gdzie?
- Jak zwykle po naszym lesie.
Wzdrygam się na samą myśl o tym, że ktokolwiek mógłby z własnej woli chodzić po tym lesie. To dziwne miejsce, chociaż chyba raczej powinnam powiedzieć: złe. Zaczyna się tuż za naszym miasteczkiem, właściwie z nim sąsiaduje. To nie jest zwykły las, w którym pachnie żywicą, słychać śpiew ptaków i szelest gałęzi potrącanych przez zwierzęta - jest mroczny, podmokły, pełen bagien i grząskich trzęsawisk. Panuje w nim przejmująca cisza, a powietrze jest tak gęste, że trudno oddychać. Nienawidzę go i zupełne nie mogę pojąć, jak ktoś mógłby wejść tam dla przyjemności. Staram się go omijać, chociaż droga od nas do centrum miasta prowadzi właśnie koło lasu. Kiedy decydowaliśmy się na zakup domu, byłam tak podekscytowana, że nie myślałam o niczym innym. Potem jednak, gdy zaczęliśmy tu coraz częściej przyjeżdżać, malować, składać meble, uświadomiłam sobie, że las jest tak blisko - za blisko - i przeszedł mnie dreszcz. Jechaliśmy wtedy samochodem, Piotr zajął się szukaniem stacji radiowej, a ja na chwilę odwróciłam głowę i spojrzałam w boczną szybę. Ciemne ponure drzewa wyglądały jak armia gotująca się do ataku, pochylały się ku nam, groźne, niebezpieczne i wrogie. Zamarłam i wzdrygnęłam się gwałtownie, a Piotr zapytał, czy mi zimno, i podkręcił ogrzewanie. Nie czułam zimna, tylko przejmujący, lodowaty chłód, który ciągnął od lasu.
Od tamtej pory zawsze, gdy przejeżdżam obok, mam wrażenie, że mieszka tam coś złego, jakieś monstrum, które czyha na ofiary, bo wciąż ma ich za mało. Nie zdołało się nasycić podczas wojny, kiedy Niemcy polowali na ukrywających się tam Żydów. Ludzie mówią, że w lesie jest mnóstwo zakopanych ciał małych dzieci, rodziców i całych rodzin... Że całe to miejsce jest świadkiem zbrodni, przelanej krwi i cierpienia niewinnych, jednym wielkim cmentarzem. Dobrze o tym wiem, bo dwanaście lat temu las upomniał się o kolejną ofiarę. Tym razem osobę bardzo mi bliską - przyjaciółkę Karolinę. Byłyśmy wtedy nastolatkami, właśnie skończyłyśmy liceum, zdałyśmy maturę i szykowałyśmy się na studia. Czekał na nas wielki świat - miałyśmy stąd wyjechać, studiować, zwiedzać, zakochiwać się, szaleć, cieszyć się każdą chwilą dorosłości. Tyle że Karolinie to się nie udało. Czasem myślę, że gdybyśmy nie urządzili tej imprezy na koniec szkoły, to nic by się nie stało. Ona wciąż by żyła, a mnie wspomnienie tamtej nocy nie dręczyłoby w snach... Ale na to jest już za późno, bo beztroscy i szczęśliwi wybraliśmy się do lasu, rozpaliliśmy ognisko i siedzieliśmy przy nim do rana, bawiąc się, pijąc i rozmawiając o tym, co nas czeka w przyszłości. Było nas około dwudziestu osób, w tym ja, Ulka i Karolina. Pamiętam, że Karolina przyszła w swoich pięknych nowych sandałach, których tak jej zazdrościłyśmy. Były wiązane na rzemyki, brązowe i świetnie wyglądały na jej opalonych nogach. Tamtego roku lato zaczęło się bardzo szybko, jakby wskoczyło na miejsce wczesnej wiosny, i rozgościło się w ostatnich dniach maja na dobre. Może gdyby było chłodniej i Karolina nie przyszła w tych sandałach, to wróciłaby z nami bezpiecznie z tamtej imprezy. Nie wiem, czy tak właśnie by się stało, czy wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej - myślenie o tym jest jedną wielką udręką, bo przecież moja przyjaciółka nie wróciła z ogniska do domu, a kilka dni później pod stertą mokrych liści znaleziono jej ciało. Została uduszona brązowym rzemieniem. Morderca wyciągnął go z jej sandała...
Na nasze miasteczko padł blady strach. Nigdy wcześniej nie doszło w nim do tak bestialskiej zbrodni. Ludzie z dnia na dzień przestali czuć się bezpiecznie, kobiety bały się wychodzić z domu same po zmroku, a mężczyźni spoglądali spode łba na sąsiadów. Bo przecież ten, kto zabił, mógł być kimś spośród nas, mieszkańców. Rozpoczęły się długie i żmudne przesłuchania wszystkich, którzy brali udział w tamtym ognisku, oraz każdego, kto mógł mieć związek ze sprawą. Mnie także odwiedziła policja i dokładnie wypytała o przebieg wydarzeń z tamtego wieczoru. Całe miasto żyło tą zbrodnią przez kolejne dni i miesiące, ale do dziś nie udało się odnaleźć zabójcy. Po dwóch latach sprawa została umorzona z powodu braku postępów w śledztwie, tym bardziej że nie było kolejnych napadów ani morderstw. Czas płynął, a ludzie, zajęci swoimi sprawami, zaczęli powoli zapominać o Karolinie. Przypominali sobie o niej tylko w rocznicę jej śmierci lub urodzin, kiedy zrozpaczona i bezradna matka zamawiała mszę w kościele za duszę córki.
- Słyszy mnie pani? Wszystko w porządku?
Z rozmyślań wyrywa mnie nagle głos Łukasza i spoglądam na niego nieprzytomnie. Potrzebuję chwili, by się ogarnąć. Zmieszana sięgam po szklankę z wodą, upijam łyk i uśmiecham się do niego.
- Tak, tak. Przepraszam, zamyśliłam się.
- Chciałem zapytać, czy mogę już iść - mówi niepewnie, znowu unikając mojego wzroku. - Obiecałem pomóc mamie w pracy.
Zastanawiam się chwilę nad odpowiedzią. Nasze spotkania zorganizował dyrektor liceum ze względu na trudną sytuację domową chłopaka. Chciał, by Łukasz miał z kim pogadać i żeby w razie większych kłopotów ktoś zdążył w porę zareagować. To porządny człowiek, przejmuje się swoimi uczniami i widać, że naprawdę mu na nich zależy. Spoglądam na zegarek - nasza godzina jeszcze się nie skończyła, ale przecież zobaczę się z Łukaszem ponownie za tydzień, a skoro jego ojca nie ma w domu, nastolatkowi nic nie grozi. Dziś i tak pewnie nic z niego nie wycisnę.
- Dobrze - oznajmiam w końcu. - Leć do mamy. Nie wpakuj się tylko w żadne kłopoty i nie szwendaj się po lesie, tam jest niebezpiecznie - dodaję całkiem poważnie, bo wiem, jak zareaguje.
Na jego twarzy oczywiście pojawia się kpiący uśmieszek. Łukasz wstaje, zakłada na ramię plecak i zanim wychodzi z mojego gabinetu, rzuca z rozbawieniem:
- Gada pani zupełnie jak moja babcia, a jest pani dużo młodsza i wykształcona. Ona też boi się lasu, a to przecież tylko drzewa i mech.
Kiedy zamyka za sobą drzwi, opadam na fotel i wzdycham ciężko. Nie, ten las to wcale nie tylko drzewa i mech - myślę. To przeklęte miejsce i potrafi być groźne.
Wyjmuję z torebki portfel, a z niego niewielkie kolorowe zdjęcie, na którym stoją trzy nastolatki w jasnoniebieskich jeansowych dzwonach i obcisłych żółtych bluzkach. Patrzę na te roześmiane dziewczyny, pełne planów na przyszłość i nadziei. Gdyby nie to, że jedna jest blondynką, druga brunetką, a trzecia szatynką, wyglądałyby jak siostry. Nie łączy ich jednak żadne pokrewieństwo, tylko przyjaźń. Wiem to na pewno, bo jedna z nich to ja, druga to Ulka, a trzecia - zamordowana w naszym lesie Karolina.