1
- Tylko pamiętaj! To musi być rasowy film prawniczy, chcę pełnokrwistych
postaci, twardych gości, prawników rodem z W garniturach. Rozumiesz?
Producent nakręcał się w swoich oczekiwaniach, a ja czułam, że właściwie
już jestem na planie. Stworzę mu takie postaci, że i on, i widzowie
oszaleją. Muszę się jedynie podszkolić w kwestiach prawnych, ale od tego
są przecież konsultanci. Tylko kogo poprosić o taką merytoryczną
konsultację filmową? Muszę to przemyśleć.
Czułam, że to wyzwanie zawodowe wdziera się do mojej głowy milimetr po
milimetrze. Znałam siebie, swój system pracy. Wiedziałam, że za chwilę
pochłonie mnie bez reszty. I jak przy okazji każdej filmowej produkcji,
którą stworzyłam, zabierze mi wszystkie myśli, zagarnie mnie rodzinie,
nawet o posiłkach nie będę pamiętać. Uwielbiałam ten stan! Moja rodzina
mniej, ale już się z tym pogodzili. Za to kocham swoją robotę. Jestem
reżyserką i scenarzystką. Rozważaliśmy przy okazji tej produkcji
rozdzielenie ról i zlecenie napisania scenariusza komuś innemu, żebym ja
mogła się skupić tylko na reżyserii, ale przekonałam całą produkcję, że
dam sobie radę z połączeniem tych funkcji. Kurde! Nie ma bata! Nie oddam
tego dziecka nikomu. Musi być w całości moje, bo od dawna marzyłam o filmie lub serialu prawniczym z prawdziwego zdarzenia. Takim, który
pokaże prawdę - bez lukru, bez ściemy, bez owijania w złoty papierek.
Cokolwiek ta prawda znaczy. I teraz mam na to szansę. Moi bohaterowie
będą adwokatami, prokuratorami i sędziami. Pokażę ich przez pryzmat
adwokata z krwi i kości. Prawdziwego do bólu. Takiego, od którego zależy
los wielu osób. Takiego, który stoi na straży prawa i ma odwagę toczyć
walkę dobra ze złem każdego dnia. Jestem idealistką! To prawda. I dobrze
mi z tym. Świat bez ideałów byłby światem straconym. Mówiono mi kiedyś,
że przejdzie mi z wiekiem, ale jakoś nie mija, mimo że czterdziestka na
karku. I już nie minie. Wiem to.
* * *
- Cześć, kochana, co u ciebie? - szczebiocze moja przyjaciółka radosnym
głosem do telefonu, a ja już wiem, że chce się ze mną podzielić jakąś
dobrą wiadomością, ale z uprzejmości, bo jest dobrze wychowana, najpierw
pyta, co u mnie.
- Podpisałam kontrakt na nowy film! - wypalam, uznając, że moja nowina
zasługuje na to, by przyćmić wszystkie inne.
- No co ty! Dawaj! O czym tym razem? Bo po ostatnim filmie zapomniałam,
jak wyglądasz, opowiadaj więc szybko, kiedy zaczynasz. Muszę się tobą
nacieszyć, póki jeszcze jesteś dostępna dla świata.
- Prawniczy. Mocny. Odważny. Z prawdziwego zdarzenia!
- Uuu! Czyli w celach dokumentacyjnych będziesz musiała poznać jakichś
przystojnych prawników i pobujać się z nimi po sądach. Mogę zostać twoją
asystentką? - piszczy, skupiając się oczywiście na damsko-męskim
wymiarze mojej pracy.
- Karola, ty mi lepiej doradź, do kogo się zgłosić z prośbą o konsultacje merytoryczne. Bo rozmyślam intensywnie od wczoraj i nie mam
pomysłu.
- Hmm... Ewa! Wiem! Igor Tuleya i Jacek Dubois. To są twardzi goście.
- Jesteś genialna! Wow. Że też ja o nich nie pomyślałam. Odważni,
bezkompromisowi... Może nawet posłużą za pierwowzory bohaterów. Matko,
myślisz, że się zgodzą?
- Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Uderzaj. Są dosyć medialni.
Może zaintryguje ich takie filmowe wyzwanie.
- Jesteś najlepsza... A co u ciebie? - zagajam, bo też jestem dobrze
wychowana.
- Kochana, wiem, że masz już w głowie tylko jedną myśl: napisać do nich
maile. Opowiem ci, co u mnie, innym razem, a teraz pędź do komputera. -
Przyjaciółka zna mnie lepiej, niż ja samą siebie.
Uśmiecham się z wdzięcznością do słuchawki. Choć Karola nie może
zobaczyć mojego uśmiechu, myślę, że słyszy wdzięczność w moim głosie:
- Kocham cię, wiesz?
- Wiem, wiem.
* * *
ewakwiatkowska@gmail.com
do: Jacek Dubois ?
Warszawa, 12.12.2025
Szanowny Panie Mecenasie,
nazywam się Ewa Kwiatkowska. Jestem reżyserką i scenarzystką.
Przygotowuję się właśnie do pracy nad filmem prawniczym. Poszukuję
prawników z doświadczeniem, pasją i medialnym wyczuciem. Zależy mi na
tym, by film oddawał prawdę o zawodzie adwokata. Dlatego pomyślałam o Panu i sędzi Igorze Tuleyi. Czy rozważyłby Pan możliwość wzięcia udziału
w produkcji w charakterze konsultanta merytorycznego? Chcę stworzyć
postać adwokata, który kocha swoją pracę, żyje nią, wykonuje ją z pasją
niezmiennie od lat, nie boi się walczyć w imię dobra, miewa oczywiście
swoje rozterki, kłopoty - jak każdy człowiek, ale w kwestiach prawnych
jest autorytetem. Mam poczucie, że na bazie własnego doświadczenia
mógłby Pan stać się nie tylko konsultantem, lecz także pierwowzorem
mojego bohatera. Proszę nie traktować tego jak taniego komplementu i próby schlebiania, by uzyskać Pańską zgodę na pomoc przy konstruowaniu
scenariusza. Pozwalam sobie być z Panem szczera. I liczę na informację
zwrotną.
Z poważaniem
Ewa Kwiatkowska
Chryste, zanim odpisze (o ile w ogóle), obgryzę wszystkie paznokcie.
Dlaczego się tak stresuję? Bo instynktownie czuję, że to szykuje się
duża produkcja. Ten film może się stać moją trampoliną do świata
wielkiego kina. Dostałam szansę. Producent główny pracował ze mną przy
filmie krótkometrażowym i docenił moje zaangażowanie. Ale umówmy się: na
rynku nie brakuje bardziej doświadczonych reżyserów, tak zwanych
pewniaków. Mógł wybrać jednego z nich. A wybrał mnie. Nie mogę go
zawieść. Nie mogę zawieść samej siebie!
Dwa dni później
Wstaję dziwnie niespokojna.
- Mamo, kupisz mi karabin do paintballa? - pyta mój ośmioletni synek,
który jak co dzień ma nowy pomysł na prezent marzeń.
- Tak, kochanie. Tak - odpowiadam bez głębszej refleksji.
- Ewka, słyszysz, na co się zgodziłaś? - Mój mąż patrzy na mnie z powątpiewaniem. Wie już, że jego żona właśnie wkroczyła w fazę twórczą i przez najbliższe miesiące próżno będzie szukać połączenia ducha z ciałem. - Czyli ty już piszesz w głowie ten scenariusz? Cudownie! Synek,
mamusia nam odpływa. Umówmy się, że w kwestii zakupów i nowych pomysłów
będziesz od teraz głównie mnie pytał o zdanie.
- Ale mama już się zgodziła! - Mały próbuje wykorzystać fakt, że myślę
jedynie o kawie i sprawdzaniu poczty. Może mecenas odpisał...
Z parującą kofeiną w kubku siadam przy komputerze i aż piszczę z radości.
Jest! Mail od Jacka Dubois. W pierwszych słowach mecenas wyjaśnia, że
lubi wyzwania, widzi więc przestrzeń do współpracy, w kolejnych
uprzedza, że być może moje wyobrażenie na temat jego zawodu ma się nijak
do prawdy o nim. Z wypiekami na twarzy czytam dalszą część jego
wiadomości.
jacekdubois@gmail.com
do: Ewa Kwiatkowska ?
Przy wyborze zawodu warto się zastanowić, czy lubimy wszystkie wiążące
się z nim elementy. Wszak praca zajmuje nam większą część życia, dobrze
zatem robić to, co naprawdę lubimy. Ktoś, kto poważnie myśli o karierze
obrońcy w sprawach karnych, powinien rozważyć, czy uwielbia być budzony
o świcie, jak szalony przemierzać wzdłuż i wszerz swoją ojczyznę i mieszkać w najdziwniejszych hotelach, w których i tak rzadko kiedy uda
mu się zasnąć, w nocy będzie bowiem musiał przeczytać kilkaset stron
akt.
Wszystkich, którzy postrzegają zawód obrońcy przez pryzmat przygód
Richarda Gere'a wcielającego się w rolę mecenasa Billy'ego Flynna,
miłośnika nocnych barów i pięknych kobiet w musicalu "Chicago", muszę
rozczarować: nie jest to reporterski zapis codziennej adwokackiej
roboty.
Policja uwielbia zatrzymywać podejrzanych bladym świtem, a ci z kolei,
korzystając z prawa do jednego telefonu, natychmiast dzwonią do obrońcy.
Codziennością jest zatem, że z głębokiego snu budzi Cię klient. Domaga
się, byś wyrwała go z rąk policji, co oczywiście jest poza zasięgiem
Twoich możliwości. Tego jednak właśnie kategorycznie żąda klient.
Oświadczasz, że uczynisz wszystko, co w Twojej mocy, choć wiesz, że w rzeczywistości nic nie możesz zrobić. Marzysz jedynie, by jeszcze
zasnąć, ponieważ przesłuchanie zatrzymanego odbędzie się nie wcześniej
niż o dziewiątej. Nagle elektryzuje Cię informacja, że prokuratura, do
której masz dotrzeć, położona jest pięćset kilometrów od Twojego
ciepłego łóżka. Tam właśnie policjanci wyruszają z zatrzymanym, a Ty
musisz się znaleźć na miejscu przed nimi.
Klnąc na czym świat stoi, odwołujesz wszystkie umówione spotkania i wyruszasz w drogę. Okazuje się, że przybywasz kilka godzin za wcześnie -
radiowóz utknął w korkach, a prokurator ma w planach jeszcze inne
czynności. Czekasz zatem, myśląc o pięknych chwilach, które mogłabyś
spędzić w łóżku.
Z przesłuchania wychodzisz już po północy, przypisując prokuratorowi
wrodzone zamiłowanie do sadyzmu i zastanawiając się, dlaczego zdecydował
się wystąpić o areszt w sprawie, w której nie ma do tego żadnych
podstaw.
Już w hotelu uświadamiasz sobie, że nie wzięłaś ani szczoteczki do
zębów, ani pidżamy, ani zapasowej koszuli, chociaż nauczona
doświadczeniem powinnaś wiedzieć, że aresztowanie jest ulubioną
prokuratorską rozrywką.
Gdy leżysz już w łóżku, marząc o śnie, uświadamiasz sobie, że
posiedzenie sądu może zostać wyznaczone rano. Aby móc skutecznie bronić
klienta, powinnaś przeczytać akta. W końcu zasypiasz z nadzieją, że
zdołasz pospać dłużej. O świcie jednak budzi Cię dziennikarz prośbą o komentarz do sprawy.
W łazience patrzysz w lustro i uświadamiasz sobie, że bardziej
przypominasz zombie niż filmowego mecenasa Billy'ego Flynna, ale nie
masz czasu się nad sobą użalać, bo dzwoni sekretariat sądu z informacją,
że posiedzenie zostało wyznaczone na dwunastą.
Kręcąc się po okolicy w poszukiwaniu sklepu, w którym kupisz świeżą
koszulę, zastanawiasz się, jakim cudem sąd zdoła się zapoznać z kilkudziesięcioma tomami akt, które dopiero co do niego trafiły, skoro
posiedzenie wyznaczono na dwunastą.
Wtem zdajesz sobie sprawę, że sama jeszcze nie doczytałaś wszystkiego.
Studiowanie akt uznajesz za ważniejsze od śniadania w hotelowej
restauracji, czytasz więc, skręcając się z głodu.
Na pół godziny przed posiedzeniem wpadasz na genialne rozwiązanie,
dzięki któremu, jesteś tego pewna, przekonasz sędziego o niewinności
swojego klienta. Wkładasz świeżą koszulę i jak na skrzydłach lecisz do
sądu. Pół godziny później jest już po wszystkim: sędzia Cię wysłuchał, a następnie, nawet nie wychodząc z sali na naradę, od razu odczytał z kartki postanowienie o zastosowaniu aresztu wobec Twojego klienta. Ani
słowem nie odniósł się do przedstawionych przez Ciebie argumentów. W drodze powrotnej - trzecia godzina w korku na autostradzie -
zastanawiasz się, po jaką cholerę w ogóle tam jechałaś, skoro Twoje
słowa nie zostały nawet wzięte pod uwagę. Gdy jesteś już bliska
depresji, dochodzisz do wniosku, że powodem może być nadzieja. Każdy
człowiek potrzebuje nadziei, a Ty dałaś ją swojemu klientowi.
Kiedy docierasz do domu, na niebie świecą już gwiazdy. Obiecujesz sobie,
że gdy tylko się wyśpisz, napiszesz zażalenie, w którym zmiażdżysz
argumenty sądu. Nastawiasz budzik na dziewiątą i zasypiasz w ubraniu.
Nie udaje Ci się jednak doczekać dzwonka budzika, bo uprzedza go dźwięk
telefonu. Jest szósta rano, a nowy klient informuje Cię, że został
zatrzymany przez policję. Przecierasz ręką zmęczone oczy, by zapisać, do
jakiej prokuratury go przewiozą, i w tym momencie dociera do ciebie
mądrość filmu "Dzień świstaka".
Przed wyborem adwokackiego fachu warto zadać sobie również inne pytania:
Czy lubisz być oszukiwana? Czy nie przerazisz się, gdy prokurator z rozpędu będzie chciał zamknąć też Ciebie? Czy nie przeszkadza Ci, że w pewnym momencie możesz się stać niewidzialna?
Po kolejnej wielogodzinnej podróży klient opowiada Ci w prokuraturze
swoją wersję wydarzeń, z której wynika, że nie mógł dokonać zarzucanego
mu napadu, bo ma niepodważalne alibi, co może potwierdzić kilka osób.
Jesteś szczęśliwa - sprawa wydaje się wygrana. Wchodzicie do pokoju
przesłuchań. Klient przedstawia swoją wersję prokuratorowi. Ten kiwa
głową z zainteresowaniem. Zdaje Ci się, że jest przekonany o niewinności
podejrzanego - robisz wszystko, by nie dostrzegł Twojego triumfalnego
uśmiechu.
Po tym, jak klient kończy wyjaśnienia, prokurator odpala stojący na
biurku laptop. Na ekranie widać nagranie z kamery umieszczonej przy
wyjściu z banku, na który dokonano napadu, w momencie, gdy rabusie,
sądząc, że są już bezpieczni, zdejmują maski.
Obraz nie pozostawia wątpliwości: jeden z napastników to Twój klient.
Nagranie jest tak wyraźne, że nie sposób się pomylić. Czyli wszystko, co
opowiedział Ci o swoim alibi, było zwykłym kłamstwem. Sprawa z bardzo
dobrej w ułamku sekundy staje się beznadziejna. Pot cieknie Ci po
skroniach. Masz lepkie ręce i musisz iść do
łazienki.
Gdy wracasz, słyszysz dochodzącą zza drzwi rozmowę.
- Mogę zapomnieć o fałszywym alibi - przekonuje klienta prokurator - pod
warunkiem, że dowiem się, kto panu doradził kłamstwo.
Klient milczy. Ponownie słyszysz głos prokuratora:
- My i tak wiemy, że to był pański obrońca. Oni zawsze nakłaniają do
fałszywych zeznań. To przez niego będzie miał pan kłopoty. Gdyby jednak
zdecydował się pan zeznać, że to on namówił pana do przedstawienia
fałszywego alibi, moglibyśmy porozmawiać o nadzwyczajnym złagodzeniu
kary.
"Co się tu, kurwa, dzieje?", zastanawiasz się, czując, że tętno
podskakuje Ci do granicy, przy której zaczynają wyć wszystkie systemy
ostrzegawcze. Uzmysławiasz sobie, że stałaś się uczestniczką ulubionej
gry prokuratorów: "Jak wrobić papuga". Nic tak nie dodaje splendoru
niektórym oskarżycielom, jak zamiana obrońcy w oskarżonego. Zdajesz
sobie sprawę, że jeśli nie wrócisz tam natychmiast i nie przejdziesz do
kontrataku, robiąc piekielną awanturę, to zaraz będziesz ugotowana jak
rak we wrzątku. Na szczęście słyszysz słowa klienta. Tętno zaczyna Ci
powoli spadać.
- Alibi miałem przygotowane już wcześniej, tak na wszelki wypadek. To
nie ona. Ale jak pan prokurator chce ponegocjować, to wiem o jednym
ministrze, który przyjął łapówkę.
Wiedząc, że w tej grze dostałaś nieoczekiwanie nowe życie, wracasz do
pokoju przesłuchań. Po wielu godzinach negocjacji układ z prokuraturą
zostaje domknięty. Rodzina klienta wpłaca poręczenie majątkowe i wreszcie opuszczacie gmach prokuratury.
W wyniku zawartej umowy facet, któremu jeszcze niedawno groziło, że
najbliższe dziesięć lat przeżyje w więzieniu, jest wolny i nie spędzi za
kratami ani jednego dnia. Spodziewasz się, że za chwilę rzuci Ci się z radości na szyję, i zastanawiasz się, co zrobić, by ta eksplozja
wdzięczności nie była zbyt wylewna.
Tak się jednak nie dzieje. Pod drzwiami budynku prokuratury zatrzymuje
się wielki Mercedes. Klient wsiada, zostawiając Cię samą na ulicy. W chwili, gdy pojazd rusza z piskiem opon, mężczyzna woła do Ciebie przez
uchylone okno:
- Nie wiem właściwie, po co panią zatrudniłem, pani mecenas. Sam
wynegocjowałbym to szybciej i lepiej.
Jeśli te opowieści jeszcze Cię nie zniechęciły, kandydatko na adwokata,
to proponuję, byś zadała sobie kolejne pytania. Czy nad życie uwielbiasz
niekończące się wojny? Czy lubisz spory, w których adrenalina skacze Ci
poza skalę? Czy kochasz wygrywać?
Jeżeli odpowiedziałaś na te pytania twierdząco, to natychmiast zapomnij
o czarnych stronach tego fachu. Wszystko wskazuje, że jesteś materiałem
na rasowego adwokata. Drobne niedogodności to niewygórowana cena za
nieźle płatne zajęcie, które stanie się Twoją pasją.
Bycie obrońcą karnym to bowiem walka dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Jeśli więc nie lubisz być non stop w ringu, to lepiej poszukaj innego
zajęcia. Jeżeli rajcuje Cię adrenalina na sekundę przed zwarciem, to
jest to miejsce dla Ciebie.
Ten zawód to nieustający spór. Nie jałowy jednak, z którego nic nie
wynika, a merytoryczny, w konkretnej sprawie, na argumenty. Na końcu
zostanie wydany werdykt. Stawką jest czyjś los.
Nie przygotowałaś się, jesteś w złej formie - to nie usprawiedliwienie.
Nie możesz się odwrócić na pięcie i odejść, mrucząc pod nosem, że szkoda
czasu na dyskusje z tak beznadziejnym przeciwnikiem.
Musisz walczyć. Jeśli przegrasz z powodu własnego błędu, będziesz się
budziła w nocy przez wiele lat, przeklinając swoją głupotę i lenistwo.
Gdy idziesz na wojnę, musisz się do niej jak najlepiej przygotować. W adwokackich wojnach bronią są znajomość akt, strategia i argumenty,
których użyjesz, by przekonać sąd do swoich racji.
Jeśli sięgniesz po niewłaściwe argumenty, przegrasz. Jeżeli jednak będą
one trafne, poczujesz smak triumfu. Nieustannie będziesz więc myśleć o doskonaleniu swojego warsztatu. Przed zaśnięciem będziesz wygłaszać w myślach ostatnią wersję przemówienia. O świcie obudzisz się z nowymi
pomysłami, które w półśnie będziesz zapisywać w notesie leżącym przy
łóżku. W najdziwniejszych momentach Twojego wypoczynku będą Ci
przychodziły do głowy argumenty, których może użyć Twój przeciwnik.
Zamiast odpoczywać, będziesz się zastanawiać, jak je zbić.
Wchodząc na salę sądową, poczujesz rozpierającą Cię adrenalinę. Gdy
rozpocznie się pojedynek z prokuratorem, przed oczami będziesz miała
jeden cel: zobaczyć, jak pod wpływem Twojego nokautującego ciosu pada on
bezradny na deski sali sądowej.
Taka wizja rozpali wyobraźnię każdego wojownika, ale rozum powinien
zainterweniować i w Twoim imieniu zapytać: Czy w takim razie nie lepiej
zostać prokuratorem? Skoro adwokat walczy po jednej stronie ringu, a prokurator po drugiej, to ma on taką samą frajdę z walki, statystyki zaś
mówią, że wyroki skazujące zapadają w ponad dziewięćdziesięciu
procentach spraw. Prawdopodobieństwo, że to prokurator będzie się
cieszyć sukcesem, jest więc znacznie większe.
Tyle że tak nie pomyśli żaden rasowy adwokat. Po pierwsze, statystyki
nie dotyczą wszystkich. Fakt, że inni przegrywają ponad dziewięćdziesiąt
procent spraw, nie oznacza, że będzie tak również w Twoim przypadku.
Jeśli się przyłożysz, Twój rezultat będzie zupełnie inny. Po drugie,
prokurator ma szefa, który może kazać mu zrobić rzeczy, z którymi trudno
mu się zgodzić. Ty, jako adwokat, decyzje podejmujesz sama, a przecież
wolność jest bezcenna.
I jeszcze jeden argument. Czy czytałaś "Zabić drozda" Harper Lee?
Przypomnij sobie następujące zdanie: "Odważny jest ten, kto wie, że
przegra, zanim jeszcze rozpocznie walkę - a mimo to
walczy"1. Co bowiem znaczy wygrać albo przegrać? W sporcie
jest to jasne: gdy kilku zawodników ściga się w biegu na sto metrów,
wygrywa ten, kto pierwszy dobiegnie do mety. Wszyscy mieli równe szanse,
a on był najszybszy.
W sprawie sądowej nie jest to tak oczywiste. Jeśli wszystkie dowody
wskazują na winę klienta, a oskarżyciel nie popełnił błędów
proceduralnych, nie masz szans wygrać, jakkolwiek byłabyś dobra, a Twój
przeciwnik słaby. Również kiedy sąd jest stronniczy, ma z góry wyrobiony
pogląd albo przekonanie o konieczności takiego, a nie innego
rozstrzygnięcia sprawy, w tej instancji jesteś bez szans. To jednak
wcale nie znaczy, że przegrasz sprawę.
Pewnie się zastanawiasz, jak można wygrać w sytuacji, gdy nieważne, co
powiesz i w jaki sposób przeprowadzisz obronę, nie usłyszysz słowa
"niewinny". Wygrać to nie zawsze znaczy uzyskać wyrok uniewinniający.
Czasem może to oznaczać położenie podwalin pod jakąś ideę, nagłośnienie
danego problemu, przekonanie do czegoś kolejną osobę. Zwycięstwo może
mieć różny wymiar. Niekiedy jest nim po prostu wykonanie swojej pracy
dobrze, nawet jeśli od początku wiemy, że nie mamy szans usłyszeć
takiego werdyktu, jakiego byśmy chcieli. Dlatego zwycięstwem są
perfekcyjnie przygotowana obrona i świadomość, że zrobiło się wszystko
najlepiej, jak było można. W tym sensie możemy wygrać każdą sprawę,
jeśli poprowadzimy ją lepiej niż nasz przeciwnik.
Dlatego prawnik, który pozornie poniósł porażkę, w rzeczywistości mógł
odnieść zawodowe zwycięstwo. Do historii przeszło wiele mów, które
wprawdzie nie doprowadziły do oczekiwanego rozstrzygnięcia, ale
poruszyły umysły. Możesz odnieść zwycięstwo kompetencji, które stanie
się zawodowym afrodyzjakiem i pozwoli Ci znieść wszystkie drobne
niedogodności, na jakie nikt rozsądny w normalnych warunkach by się nie
zdecydował.
Zapewne spytasz, czy sama potrzeba uczestniczenia w sporze i pragnienie
wygranej są wystarczającą motywacją, by zostać obrońcą karnym. A co z ideałami? Przecież jeszcze w liceum, kiedy decydowałaś się zostać
prawnikiem, miałaś głowę pełną wzniosłych planów: zamierzałaś walczyć o praworządność, o prawa człowieka, o zasady. Tymczasem w tym, co
opowiadam, nie ma mowy o żadnych ideałach. Jest tylko radość walki dla
samej walki.
No cóż, jeśli chcesz walczyć o ideały, istnieje wiele innych, bardziej
jednoznacznych miejsc, w których możesz to robić, na przykład fundacje
czy stowarzyszenia stojące na straży swoich statutowych wartości. Jako
prawnik procesowy prowadzący ogólną praktykę, a nie pracujący wyłącznie
dla takich organizacji, będziesz się stykać z ludźmi, którzy w większości będą winni zarzucanych im czynów.
Sytuacje, w których oskarżenia są niesłuszne, stanowią raczej wyjątek
niż regułę. Będziesz bronić osób oskarżonych o odrażające czyny, opinia
publiczna będzie przeciwko Tobie, a gdy wygrasz, możesz się stać wrogiem
publicznym numer jeden. Mało kto będzie Ci życzył zwycięstwa i doszukiwał się w nim wartości związanych z ochroną praworządności.
Znacznie częściej zostaniesz okrzyknięta bezdusznym hochsztaplerem albo
pazernym adwokaciną, której sztuczki pomogły zatriumfować zbrodni.
Dlatego jeśli chcesz być ceniona za szlachetność i ideowość, nie
wybieraj drogi adwokata. Jeżeli zaś zakładasz, że będziesz się
podejmować wyłącznie obrony prawdziwych ofiar wymiaru sprawiedliwości,
to sprzeniewierzysz się zasadom etyki zawodowej, zgodnie z którymi nie
odmawia się pomocy człowiekowi, który o nią prosi.
Adwokat jest po to, aby zwyciężać, czyli wykonywać swoją pracę na
najwyższym możliwym poziomie. Jego zwycięstwo polega też na tym, że
osoba niewinna nie zostanie skazana, a oskarżony nie zostanie pozbawiony
żadnego ze swoich praw, w szczególności prawa do obrony i uczciwego
procesu.
Zwycięstwo oznacza, że prawo jako zbiór reguł będzie rzeczywiście
stosowane. Jesteś obrońcą praworządności i praw człowieka, ponieważ to
przestrzeganie tych wartości ma zagwarantować, że proces odbywa się
zgodnie z regułami. W konkretnej sprawie nikt tego zapewne nie doceni.
Jednak z perspektywy wielu procesów dostrzeżesz, że zwycięstwo,
rozumiane jako perfekcyjne przeprowadzenie obrony, łączy się z byciem
skutecznym strażnikiem ważnych wartości. Jeśli zatem będziesz robić to,
co kochasz najbardziej, czyli wygrywać, grając zgodnie z obowiązującymi
zasadami, w istocie będziesz spełniać marzenia, dla których jeszcze w liceum wybrałaś ten zawód.
Nie ma również większego znaczenia, że klient rzadko kiedy Ci
podziękuje, a często tuż po ogłoszeniu wyroku zniknie, by nie zapłacić
ostatniej raty, jeśli nie wziąłeś całego wynagrodzenia z góry.
Zawodowego spełnienia doznasz wtedy, gdy nie będziesz oczekiwać
wdzięczności. Rekompensatą za jej brak są zwycięstwa, które sama
odnosisz i których nikt nie może Ci odebrać.
Trzeba się także nauczyć, by nigdy nie mieć wyrzutów sumienia z powodu
wygranej, nawet jeśli opinia publiczna będzie Cię przeklinać i utożsamiać Twoją rzekomą niegodziwość z czynami Twojego klienta.
Adwokat nie rozstrzyga, czy klient jest winny. To zadanie sędziego.
Twoją rolą jest przedstawienie wszystkich możliwych argumentów
przemawiających na korzyść oskarżonego i dopilnowanie, by przysługujące
mu gwarancje procesowe rzeczywiście zostały zrealizowane. Od osądzania
jest sąd.
Z poważaniem
Jacek Dubois
Cholera. No dobra. Być może ciut inaczej to sobie wyobrażałam, ale chyba
mogę uznać, że dokumentacja do filmu ruszyła! Przeczytałam ten mail pięć
razy i ośmieliłam się napisać do drugiego z panów. W mojej głowie od
czasu walki o praworządność nazwiska Tuleya/Dubois występowały obok
siebie, poszłam więc za ciosem i napisałam do sędziego Tuleyi.
Przedstawiłam się, wyjaśniłam powody swojej korespondencji, pozwoliłam
sobie powołać się na odpowiedź mecenasa i czekałam, podświadomie licząc,
że pan sędzia uraczy mnie swoim wywodem na temat swojej pracy. Powoli,
bardzo nieśmiałą kreską rysowałam postać adwokata rodem z wiadomości od
mecenasa. Takiego, którego życie wcale nie jest czarno-białe i ustabilizowane, wcale nie wiąże się z wolnym czasem na realizowanie
pozazawodowych pasji według ściśle określonego harmonogramu. Takiego,
który nie zawsze ma szansę powalczyć o wygraną, bo czasem sąd wie
lepiej, zanim jeszcze pozna akta sprawy. Co na to Antoni, producent? Czy
pozwoli mi pójść dalej? Czy pozwoli mi pokazać prawdę? Ludzie kochają
filmy prawnicze o charakterystycznej strukturze. Sprawa, zły przestępca,
dobry adwokat, fatalne rokowania, przełom, kwiecista mowa końcowa
adwokata, zwycięstwo dobra nad złem. Już po pierwszej odpowiedzi
mecenasa pojawiła mi się myśl, że może nie zawsze i niekoniecznie... Ale
ludzie oglądają seriale i filmy, ponieważ dziecko w nich chce bajki -
tylko takiej w dorosłym wydaniu.
Podjęłam decyzję: muszę się spotkać z Antonim. Ale jeszcze poczekam.
Może sędzia odpisze.
Warszawa, noc
Siedzę przy stole zawalonym energią twórczą. Kartki, notatki, wydruki,
zakreślacze, kubki po kawie. Wszystko się ze sobą miesza.
Na środku laptop. Migający kursor. Patrzę na niego chwilę za długo.
Jakby zaraz miał sam zacząć pisać.
No dobra. Zaczynam, bo chyba jednak sam nie zacznie.
Mój główny bohater. Najpierw widzę go bardzo ogólnie. Facet. Prawnik.
Garnitur. Ale to mi nie wystarcza. Cofam się.
Jeszcze raz.
Ma trochę ponad czterdzieści lat. Czterdzieści dwa? Czterdzieści trzy?
Coś w tym przedziale, wtedy człowiek już wie, jak działa świat, ale
jeszcze ma siłę się z nim szarpać.
Nie jest szalenie efektowny. Gdyby minął mnie na ulicy, pewnie bym go
nawet nie zapamiętała. Dosyć wysoki. Raczej szczupły, ale nie dlatego,
że o siebie dba, a dlatego, że nie ma czasu zjeść. Włosy krótkie, trochę
za bardzo odrastające, jakby ostatni raz był u fryzjera "przy okazji".
Lekki zarost, taki, który rano miał sens, a wieczorem wygląda już jak
zmęczenie. Koszula - dobra jakościowo, ale pognieciona. Rękawy
podwinięte od kilku godzin. Krawat poluzowany, jakby był obowiązkiem, z którym nie ma już siły walczyć. Oczy...
Zatrzymuję się na chwilę.
Oczy ma uważne. Bardzo. Takie, które przewiercają człowieka na wylot. A jednocześnie zmęczone. To nie jest zmęczenie typu "nie spałem jedną
noc", lecz takie, które się odkłada latami.
Dobra. Mam go.
Nazywa się Maciej Wroński.
SCENA
INT. HOTEL - NOC
Mały pokój. Taki, który mógłby być wszędzie.
On siedzi na łóżku. Koszula pognieciona, rękawy podwinięte. Na kolanach
akta.
Czyta szybko. Za szybko. Jakby próbował nadążyć za czymś, co już dawno
mu uciekło.
Zatrzymuje się. Wraca do poprzedniej strony. Palcem zaznacza fragment.
Nie notuje. Zapamiętuje. Zamyka oczy. Na sekundę.
Telefon zaczyna wibrować.
Nie reaguje od razu. Patrzy na ekran. Wreszcie odbiera.
- Tak? - Słucha. Nie zmienia wyrazu twarzy. - Gdzie? - To jedno słowo
mówi o nim więcej niż wszystko inne.
Już wstaje. Już jest w ruchu. Nie pyta: "Co się stało?". Nie pyta: "Czy
to prawda?". Nie pyta: "Czy jest pan winny?". Jakby te pytania nie były
mu do niczego potrzebne.
Zamyka akta, niedbale - kartki pozostają lekko wysunięte. Sięga po
marynarkę. Na moment zatrzymuje się przy lustrze. Patrzy na siebie
dłużej, niż powinien. Jakby sprawdzał, czy jest jeszcze tym samym
człowiekiem, który rano wychodził z domu. Albo czy w ogóle ma jeszcze
znaczenie, kim jest.
Odwraca wzrok.
Wychodzi.
Odrywam ręce od klawiatury. Mam wrażenie, że przez chwilę byłam z nim
tam, w tym pokoju. W jego głowie.
- Dobra... - mówię do siebie półgłosem. - To jest ktoś. Nie "bohater".
Człowiek.
Wstaję, przechodzę się po kuchni, wracam. Siadam.
Nagle wszystko się zatrzymuje.
Wiem, co jest dalej fabularnie. On jedzie na komisariat. Siada
naprzeciwko klienta. Tyle że nie mam pojęcia, co się wtedy naprawdę
dzieje.
Patrzę w ekran.
- No i co? - mówię. - Od czego zaczynasz? Pytasz go, czy to zrobił? - To
pytanie brzmi głośniej, niż powinno. - Czy ty w ogóle chcesz to
wiedzieć?
Opieram się o blat.
Ja, jako widzka, chcę znać całą prawdę. Chcę wiedzieć, czy klient jest
winny, czy niewinny.
Ale on... On wygląda jak ktoś, kto nauczył się z tym pytaniem żyć. Albo je
w sobie wyciszyć.
Wracam do laptopa, ale nie do sceny. Już mam zamiar otworzyć nową
wiadomość, kiedy dostrzegam mail od sędziego Igora Tuleyi. Szczerze
mówiąc, porzuciłam już nadzieję, że jeszcze odpisze, więc zamieram z wrażenia.
igortuleya@gmail.com
do: Ewa Kwiatkowska ?
Szanowna Pani,
wiem, że mecenas Dubois nawiązał z Panią korespondencję. Proszę,
dołączajcie mnie do niej - postaram się komentować na bieżąco i również
wspomóc proces twórczy. Ciekawi mnie, co z tego wyjdzie.
Jak się ma rzeczywistość do wyobrażenia o pracy sędziego? Moja odpowiedź
nie będzie tak obszerna i spektakularna jak wypowiedź mecenasa Dubois,
który jest też pisarzem. Zależy mi jednak na tym, by wiedziała Pani, że
sala sądowa to tak naprawdę tylko niewielka część pracy sędziego.
Większość czasu spędzamy nie na sali rozpraw, a przygotowując się do
procesów. To przede wszystkim czytanie akt, analiza sprawy, wydawanie
różnych zarządzeń i wykonywanie mnóstwa innych czynności, które nie
zawsze się wiążą bezpośrednio z samą rozprawą, są jednak konieczne.
Sędzia prowadzi równocześnie kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt
procesów. Zanim sprawa trafi na wokandę, trzeba się dobrze zapoznać z aktami. Jeśli skład jest wieloosobowy - są ławnicy albo drugi sędzia -
oni również muszą przeczytać akta. Dopiero później wyznacza się termin i proces może się rozpocząć.
W praktyce jednak nie wszystko przebiega płynnie. Czasem świadek nie
stawi się na rozprawę, kiedy indziej ktoś zachoruje - zdarzają się różne
sytuacje losowe. Wiele zależy też od pracy urzędników. To wszystko
wpływa na tempo i przebieg procesu.
Na codzienność pracy sądu ogromny wpływ mają również kwestie
organizacyjne, o których zwykle się nie myśli. W warszawskich sądach
jest dziś bardzo dużo wakatów, zarówno sędziowskich, jak i urzędniczych.
Kadry rotują, bo urzędnicy są źle opłacani i nierzadko źle traktowani.
Bywa, że zarządzenia nie są wykonywane na czas, w sekretariatach pracują
osoby młode, niedoświadczone, a do tego dochodzi ogrom biurokracji. To
wszystko wpływa na funkcjonowanie sądu.
Mimo to jest w tym zawodzie coś pięknego.
Po przeczytaniu akt człowiek zaczyna sobie wyobrażać osoby, które za
chwilę pojawią się w procesie: oskarżonych, świadków, pełnomocników.
Tworzy się pewien obraz tych ludzi. Potem przychodzi pierwszy termin
rozprawy i następuje konfrontacja wyobrażenia z rzeczywistością - widzi
się ich po raz pierwszy na żywo, słyszy sposób mówienia, obserwuje
emocje, reakcje, relacje między nimi.
Proces jest zresztą czymś dynamicznym. To, co zapisane w papierach, nie
zawsze znajduje potwierdzenie na sali rozpraw. Ludzie coś dopowiadają,
zmieniają wersję wydarzeń, pojawiają się nowe okoliczności. Czasem się
okazuje, że już na etapie postępowania przygotowawczego dochodziło do
manipulacji albo wymuszania określonych zeznań. Pamiętam to choćby ze
sprawy doktora G. W aktach znajdował się protokół oględzin nagrania z ukrytej kamery zamontowanej w jego gabinecie. Funkcjonariusz opisał w nim, że mężczyzna wyciąga z kieszeni białą substancję i wciąga ją nosem.
Kiedy jednak odtworzyliśmy nagranie w sądzie, okazało się, że to nie
była żadna substancja - doktor po prostu wyciągnął papierową chusteczkę
i wydmuchał nos.
W procesach bardzo często pojawiają się rzeczy, które odciągają uwagę od
tego, co powinno być najważniejsze: od dochodzenia do prawdy i sprawiedliwości. Zdarza się, że świadkowie albo oskarżeni wprost mówią,
że stosowano wobec nich niedozwolone metody, niekiedy nawet przymus
fizyczny. I wtedy trzeba to wyjaśnić: sprawdzić, czy rzeczywiście mogło
dojść do wymuszenia zeznań lub wywierania nacisku. To są dodatkowe
wątki, które komplikują proces i wymagają osobnego badania.
Swoją strategię mają również strony postępowania - nie tylko obrońcy,
lecz także oskarżyciele. Jeśli ktoś ma świadomość, że materiał dowodowy
jest słaby albo opiera się na wątpliwych przesłankach, może próbować
zaciemnić obraz sprawy, rozmyć najważniejsze kwestie, skierować uwagę
gdzie indziej.
Warto też pamiętać o czymś jeszcze: sędzia czasem może czuć coś zupełnie
innego, niż ostatecznie wynika z wyroku. Wyrok bowiem nie opiera się na
przeczuciach, lecz na dowodach. Bywają sytuacje, w których człowiek nie
ma większych wątpliwości co do tego, kto jest sprawcą, ale po prostu
brakuje wystarczających dowodów. A sąd nie może skazać dlatego, że
"wydaje się" albo "wszyscy wiedzą".
Pamiętam sprawę kuriera, opowiadałem o niej w książce "Mogłem milczeć".
Kurierowi księgowa przez pomyłkę przelała nie kilka tysięcy złotych
pensji, a kilka milionów. Mężczyzna obiecał oddać, tłumaczył, że chciał
się przez dzień czy dwa nacieszyć świadomością, że ma takie pieniądze na
koncie. Później podał wersję, że wypłacił gotówkę, ale po drodze do
firmy został pobity i okradziony. Sytuacja zrobiła się absurdalna, bo
równolegle toczyły się dwa postępowania. W jednym kurier miał status
pokrzywdzonego - jako osoba uprowadzona i przetrzymywana przez ludzi
wynajętych przez szefa firmy. W tamtym postępowaniu mężczyzna
szczegółowo opowiadał, jak zabrał pieniądze i je ukrył. Nie mogliśmy
jednak wykorzystać tych zeznań w drugim procesie, w którym kurier był
oskarżony o przywłaszczenie, ponieważ nie pozwalała na to procedura.
Formalnie były to dwa różne postępowania. W rezultacie wszyscy mniej
więcej wiedzieli, co się wydarzyło, ale w sprawie, w której kurier
występował jako oskarżony, obowiązywała inna, absurdalna wersja
wydarzeń. Co wtedy czuje sędzia? Na pewno swoistą bezsilność. Niekiedy
także ma poczucie uczestniczenia w grze pozorów. Bywa i tak.
Pozdrawiam
Igor Tuleya
Prawie podskakuję na krześle z radości i idąc za sugestią sędziego,
piszę do mecenasa, dołączając Igora Tuleyę do korespondencji.
ewakwiatkowska@gmail.com
do: Jacek Dubois, Igor Tuleya ?
Szanowny Panie Mecenasie, Szanowny Panie Sędzio,
jestem ogromnie wdzięczna za Panów odpowiedzi. No to ruszamy z tym
wyzwaniem na serio! Bardzo Panów proszę, piszcie do mnie po imieniu. Ja,
jeśli pozwolicie, pozostanę przy formie "Panie Mecenasie, Panie Sędzio".
Zaczęłam już pisać pierwszą scenę. Widzę tego bohatera coraz wyraźniej:
jego tempo, sposób działania, to, że nie zadaje zbędnych pytań. I właśnie na tym się zatrzymałam. Doprowadziłam go do momentu, w którym
jedzie na komisariat do zatrzymanego klienta. Siada naprzeciwko niego i...
Nie wiem, co dalej. Nie wiem, czy powinien chcieć znać prawdę. Czy
pierwsze pytanie obrońcy brzmi: "Czy pan to zrobił?". Czy może jest to
pytanie, którego lepiej nie zadawać?
Z mojej perspektywy to oczywiste - jako widzka chcę wiedzieć. Zaczynam
jednak mieć wrażenie, że w tym świecie to wcale nie działa w ten sposób.
Będę bardzo wdzięczna za Panów odpowiedź.
Z wyrazami szacunku
Ewa Kwiatkowska
* * *
Czekając na odpowiedzi, poczułam, że muszę się z kimś tym wszystkim
podzielić.
Nie z producentem. Jeszcze nie. Antoni natychmiast zacząłby myśleć
kategoriami filmu: struktura, widz, oglądalność, tempo, bohater,
konflikt. A ja sama jeszcze nie wiem, co z tym zrobić.
Nie z mężem. On już od kilku dni patrzy na mnie tym swoim czułym, lekko
rozbawionym wzrokiem człowieka, który dobrze wie, że żona właśnie
mentalnie wyprowadziła się z domu i zamieszkała w projekcie.
Potrzebuję kogoś, kto po prostu mnie zrozumie. Kogoś, kto wysłucha
mojego chaosu i nie będzie próbował go porządkować.
Karoliny.
Po pierwsze, jestem jej to winna. W końcu to ona rzuciła nazwiskami:
Tuleya i Dubois. Jednym telefonem uruchomiła coś, co zaczyna wyglądać
jak zawodowe tornado. Po drugie, zna mnie od lat. Wie, kiedy jestem
podekscytowana, kiedy spanikowana, a kiedy jedno i drugie jednocześnie.
Piszę krótkiego SMS-a:
Masz dziś 30 minut? Potrzebuję kawy i terapii.
Odpisuje po minucie:
Z tobą zawsze. 17:00. Nasza kawiarnia.
I błagam, powiedz, że się zakochałaś
w jakimś przystojnym mecenasie,
bo potrzebuję emocji.
Parskam śmiechem.
Gorzej. Zaczynam rozumieć prawników.
Po chwili trzy kropki. Potem odpowiedź:
O Jezu. Jadę.
2
Kawiarnia pachnie kawą i cynamonem. Małe stoliki, za ciasno ustawione
krzesła, ludzie stukający w laptopy. Ktoś obok prowadzi spotkanie
biznesowe tak głośno, jakby chciał, żeby pół Warszawy wiedziało o jego
sukcesach.
Karolina już siedzi. Macha mi ręką. Z daleka widzę ten charakterystyczny
błysk w oku. Plotkarsko-ratunkowy.
- Dobra - mówi od razu. - Który jest bardziej seksowny?
Patrzę na nią bez emocji.
- Karola!
- No co?! Prawniczy klimat, dramat moralny, nocne maile... brzmi jak
romans dla inteligencji.
Wzdycham.
- Ty naprawdę nie dojrzewasz.
- A ty dojrzewasz za bardzo. Opowiadaj.
Waham się. Jak to właściwie opowiedzieć? Że wysłałam kilka maili i nagle
zaczęłam patrzeć na ten świat zupełnie inaczej? Że wszystko zrobiło się
dużo mniej filmowe, a przez to dziwnie bardziej fascynujące?
- Odpisali - mówię w końcu.
Karolina prawie klaszcze.
- Obaj?!
Kiwam głową.
- Okej, to teraz mów wszystko od początku i nie pomijaj żadnych
szczegółów, bo czuję, że to będzie dobre.
Kelnerka stawia przed nami kawy. Przez chwilę mieszam mleko, jakbym
próbowała zamieszać też w głowie.
- Wiesz, co jest najdziwniejsze? - zaczynam powoli. - Ja chyba myślałam,
że oni mi opowiedzą coś w stylu: wielkie procesy, błyskotliwe mowy
końcowe, triumfy, dramatyczne zwroty akcji.
- No, czyli to, co wszyscy lubimy oglądać.
- No właśnie. - Wyjmuję telefon. - Dubois przysłał mi chyba... esej o cierpieniu.
Karolina parska śmiechem.
- Serio. Opisał mi życie obrońcy karnego. To jakiś koszmar.
- W sensie?
- W sensie: nie śpisz. Jeździsz po Polsce w środku nocy. Klienci budzą
cię o szóstej rano, bo policja ich zatrzymała. Czytasz akta po hotelach.
Jesteś wiecznie zmęczona. Sąd czasem nawet cię nie słucha. A potem
klient, którego właśnie wyciągnęłaś z gigantycznych problemów, mówi ci,
że sam zrobiłby to lepiej.
Karolina patrzy na mnie przez chwilę.
- To brzmi okropnie.
- Prawda?
- I trochę jak małżeństwo.
Śmieję się szczerze, pierwszy raz od kilku dni.
- Wiedziałam, że powiesz coś głupiego.
- Taka moja funkcja społeczna. - Nachyla się bliżej. - Ale czekaj... To co
cię tak rozwaliło? Bo widzę po tobie, że coś się stało.
Przez chwilę patrzę w okno. Warszawa biegnie swoim rytmem. Ludzie
spieszą się do własnych spraw, a ja mam wrażenie, że ktoś właśnie
uchylił mi drzwi do zupełnie innego świata.
- Chyba to, że oni są dużo bardziej ludzcy, niż myślałam.
- Prawnicy?
- Tak. I dużo mniej heroiczni. Ale przez to bardziej prawdziwi. -
Milczę. - I chyba bardziej samotni.
Karolina marszczy brwi.
- Samotni?
- No wyobraź sobie. Cały czas walczysz o cudzy los. Bierzesz
odpowiedzialność za coś gigantycznego. Wszyscy mają oczekiwania. Każdy
czegoś chce. A ty często nawet nie wiesz, czy walczysz o człowieka,
który mówi ci prawdę.
- Okej... to już brzmi jak dobry film.
Kręcę głową.
- Nie taki film, jaki chciałam robić i na jaki dostałam zamówienie.
- Czyli?
Wzdycham.
- Chyba chciałam bajkę dla dorosłych. Twardy mecenas. Sala sądowa.
Genialna mowa końcowa. Prawda zwycięża.
- A teraz?
Spoglądam na nią.
- Teraz zaczynam rozumieć, że prawda czasem nawet nie przychodzi na
rozprawę.
Karolina milczy. Pierwszy raz od początku spotkania.
- Mocne - mówi wreszcie.
- Igor też odpisał.
- I co? Też odebrał ci wiarę w kino?
Uśmiecham się pod nosem.
- Nie. Właściwie zrobił coś gorszego.
- Gorszego?!
- Sprawił, że zaczęłam lubić tę niejednoznaczność.
- O nie... - jęczy teatralnie Karolina. - Straciliśmy Ewę. Proszę państwa,
oto narodziny osoby, która zacznie oglądać procesy dla przyjemności.
- Bardzo śmieszne.
- Nie, no serio. Co napisał?
- Że sala sądowa to w zasadzie mały fragment pracy sędziego. Że
większość czasu to czytanie akt, chaos organizacyjny, odwołane rozprawy,
urzędnicy, wakaty, biurokracja...
Karolina mruga.
- Czyli jeszcze mniej sexy.
- Dużo mniej sexy.
- Ewa, błagam. Chcesz robić film o ludziach siedzących nad papierami?
I właśnie wtedy dociera do mnie coś dziwnego.
- Chyba chcę nakręcić film o ludziach próbujących zrobić coś dobrego w systemie, który nie zawsze działa.
Moja przyjaciółka patrzy na mnie długo. Takim wzrokiem, który znam od
lat. "Okej, zaczęło się. Ona już odpłynęła".
- Ty się w tym projekcie zakochałaś - mówi spokojnie.
Kręcę głową.
- Jeszcze nie. - Milczę przez chwilę. - Ale mam poczucie, że może ten
film nie powinien być o wygrywaniu spraw.
- Tylko?
Patrzę na wirującą w kawie piankę.
- O tym, ile człowiek jest w stanie unieść, zanim przestanie wierzyć, że
to wszystko ma sens.
Karolina wzdycha teatralnie.
- Jezu, ale to brzmi dobrze.
Unoszę brew.
- Serio?
- Serio. Tylko błagam, zostaw chociaż jednego przystojnego prawnika. Dla
kobiet. Z solidarności płciowej.
- Zastanowię się.
- Nie zastanawiaj się. Wpisz. Najwyżej później wytniesz.
I pierwszy raz od kilku dni czuję, że ten chaos w głowie nie jest taki
straszny.
Ktoś właśnie pomógł mi zobaczyć, że może nie zgubiłam pomysłu.
Może dopiero zaczynam rozumieć, o czym naprawdę ma być ta historia.
* * *
Mecenas Dubois chyba zaczął się wkręcać w tę współpracę, bo następnego
dnia o dziewiątej mam już na skrzynce mailowej jego odpowiedź.
jacekdubois@gmail.com
do: Ewa Kwiatkowska ?
To, o co pytasz, to jedna z największych adwokackich traum. Wyobraź
sobie następującą sytuację: zgłasza się do Ciebie rodzina mężczyzny
oskarżonego o zamordowanie swojej świeżo poślubionej żony. Nie ma
bezpośrednich dowodów winy, to proces poszlakowy. Prokuratura z różnych
elementów obciążających chłopaka stara się stworzyć nierozerwalny
łańcuch poszlak wykluczający wszelkie inne wersje przebiegu zdarzeń.
Nie wiem, czy już Ci opowiadałem, o co chodzi z tym procesem
poszlakowym. Otóż czasem mamy do czynienia z bezpośrednimi dowodami na
to, że ktoś dopuścił się zarzucanego mu czynu: może to być świadek,
który widział zdarzenie, albo nagranie z kamery monitoringowej, które je
utrwaliło. Są jednak sprawy, w których nie ma bezpośredniego dowodu
przestępstwa. Na przykład: do zabójstwa doszło w mieszkaniu, w którym
nie było nikogo poza ofiarą i sprawcą. Taka sytuacja nie wyklucza
możliwości dowiedzenia komuś winy. W takim przypadku nie mówimy o dowodach, a o poszlakach. Poszlaką może być fakt, że w czasie
poprzedzającym zbrodnię ktoś widział podejrzanego na podwórku domu, w którym mieszkała ofiara. To nie dowodzi popełnienia przestępstwa, ale
wskazuje, że oskarżony tam był i mógł go dokonać. Drugą poszlaką może
być, na przykład, włos podejrzanego znaleziony w mieszkaniu ofiary. On
również nie dowodzi faktu zabójstwa, ale uprawdopodabnia, że podejrzany
tam był. Oczywiście taką poszlakę da się obalić - może się okazać, że
prawdziwy sprawca podrzucił ten włos, aby rzucić podejrzenie na niewinną
osobę.
Żadna z tych poszlak sama w sobie nie dowodzi, że zabójstwa dokonał
podejrzany, ale wszystkie razem mogą wskazywać na jego winę. To, czy
będą wystarczające, zależy od okoliczności sprawy. Załóżmy, że
podejrzany jest sąsiadem ofiary z tego samego piętra. Bywał u niej
codziennie, ponieważ robił jej zakupy. Nie ma zatem nic dziwnego w tym,
że widziano go na podwórku ani że w mieszkaniu ofiary znaleziono jego
włos. Skoro stale tam bywał, anomalią byłby raczej brak jego śladów.
Takie poszlaki nie wystarczą więc do przedstawienia mu zarzutu
zabójstwa.
Wyobraźmy sobie jednak, że podejrzanym jest kuzyn ofiary, z którym
zamordowany toczył spór o spadek. Kuzyn na co dzień mieszka w innym
mieście i nigdy nie był w domu ofiary. W takiej sytuacji zeznanie
świadka, który bezpośrednio przed zbrodnią widział podejrzanego na
podwórku, oraz jego włos na miejscu zbrodni, uprawdopodobniający, że
przebywał w mieszkaniu, do którego ofiara zapewne by go nie wpuściła
dobrowolnie, pozwalają już sformułować zarzut.
Proces poszlakowy to zatem próba odtworzenia jakiegoś zdarzenia z fragmentów dowodów, z których żaden samodzielnie nie pozwala
zrekonstruować jego przebiegu, lecz wszystkie połączone w logiczną
całość mogą umożliwić odtworzenie wydarzeń. Tyle że od postawienia
hipotezy do udowodnienia winy prowadzi długa droga. Dlatego w procesie
poszlakowym trzeba nie tylko przedstawić hipotetyczną wersję przebiegu
zdarzeń, lecz także doprowadzić do tego, by zebrane dowody pozwoliły
wyeliminować wszelkie inne wersje. Skazać oskarżonego można dopiero
wtedy, gdy ma się pewność, że nie jest realny inny scenariusz przebiegu
tej zbrodni. Jeżeli można wyobrazić sobie inną wersję wydarzeń, nawet
znacznie mniej prawdopodobną, to wszelkie wątpliwości należy
rozstrzygnąć na korzyść oskarżonego i wydać wyrok uniewinniający.
Wróćmy jednak do przykładu, od którego zacząłem: na winę chłopaka
wskazują różne poszlaki, ale nie ma bezpośredniego dowodu, że to on
dokonał zabójstwa. Idziesz zatem do więzienia i spotykasz miłego,
kulturalnego człowieka, zafrasowanego śmiercią żony, którą kochał, i przekonującego Cię, że nie miał z tym zabójstwem nic wspólnego. Chłopak
wydaje się wiarygodny i analizując akta, nabierasz przekonania, że
próżno szukać w nich dowodów wskazujących z niezbitą pewnością na winę
Twojego klienta. Przystępujesz zatem do obrony ze zdwojonym zapałem i podczas procesu punkt po punkcie obalasz wszystkie argumenty oskarżenia.
Po wielu rozprawach dochodzi do wydania prawomocnego wyroku
uniewinniającego. Twój klient jest już po wsze czasy oczyszczony z zarzutu, chroni go bowiem zasada powagi rzeczy osądzanej, zgodnie z którą nikt nie może być sądzony dwa razy za to samo przestępstwo. Klient
jest już więc bezpieczny. Wychodzicie z sądu, a on pyta Cię, czy może Ci
powiedzieć coś w zaufaniu. Odpowiadasz, że oczywiście, obowiązuje Cię
przecież tajemnica adwokacka, zgodnie z którą nie możesz nikomu w żadnej
sytuacji wyjawić, czego dowiedziałaś się od swojego klienta.
- Otóż muszę powiedzieć, pani mecenas, że odwaliła pani kawał solidnej
roboty w tym procesie. Muszę pani wyznać, że gdy zabijałem żonę, wcale
nie byłem pewien, czy mi to ujdzie płazem. Naprawdę świetna robota.
W tym momencie mogą się pod Tobą ugiąć nogi. Masz ochotę stanąć na
barierze mostu i skoczyć do rzeki. Większości adwokatów przydarzyły się
podobne historie - opisuje to szczegółowo mecenas Krzysztof Piesiewicz w wywiadzie-rzece, który przeprowadził z nim Michał Komar. Mnie również
zdarzyło się coś podobnego, z uwagi na tajemnicę zawodową nie mogę
jednak tej historii nikomu opowiedzieć i muszę ją przeżywać sam.
Spodziewam się, że za chwilę w tym, co Ci opisuję, dostrzeżesz pewną
niekonsekwencję i poprosisz o wyjaśnienia. Postaram się zatem Cię
uprzedzić. Zapewne zastanawia Cię źródło mojej frustracji. Wszak
opowiadałem Ci, że ponad dziewięćdziesiąt procent oskarżonych zostaje
skazanych. Podejmując się obrony, muszę się liczyć z tym, że
reprezentuję osobę, która dopuściła się zarzucanego jej czynu, a wykonując swoją pracę dobrze, mogę pomóc winnemu uniknąć
odpowiedzialności karnej. I masz rację, ale spójrz na to z drugiej
strony: gdybym wykonywał swoją pracę źle albo w ogóle jej nie wykonywał,
mogłoby dojść do sytuacji, w której skazano by niewinną osobę.
Prokurator popełnił błąd, stawiając jej zarzuty, a ona nie miała
zagwarantowanej należnej jej obrony. A co gorsza, prawdziwy winny nie
poniósłby odpowiedzialności.
Punktem wyjścia w naszej pracy jest zasada domniemania niewinności:
każdego, kto nie został skazany prawomocnym wyrokiem sądu, uznaje się za
niewinnego. Nawet gdy komuś zostaną postawione zarzuty, korzysta on
nadal z tego domniemania. Kiedy więc klient zgłasza się do adwokata po
pomoc, musimy przyjąć, że jest on niewinny. Klient ma ustawowo
zagwarantowane prawo do obrony, a obowiązkiem adwokata jest zapewnienie
mu faktycznej możliwości skorzystania z tego prawa.
Kolejna procesowa zasada brzmi: to na oskarżycielu spoczywa obowiązek
wykazania winy oskarżonego. Oskarżony nie musi się nawet przed tymi
zarzutami bronić, ponieważ jego winy nie można domniemywać, trzeba mu ją
udowodnić.
Przypomnijmy sobie reguły tego dowodzenia: wszystkie wątpliwości
powstałe w trakcie procesu należy rozstrzygać na korzyść oskarżonego.
Wina musi być stwierdzona ze stuprocentową pewnością. Jeżeli tej
pewności nie ma, powinien zapaść wyrok uniewinniający.
Teraz powróćmy do samego początku: gdy zgłasza się do nas klient,
korzysta z domniemania niewinności, zakładamy zatem, że jest niewinny.
Naszym obowiązkiem jest działać wyłącznie na jego korzyść, analizujemy
więc materiał dowodowy przedstawiony przez prokuraturę, szukając w nim
słabych punktów. Jako obrońcy musimy się chwytać każdej szansy, by pomóc
naszemu klientowi. Możemy podważać wiarygodność świadków, możemy
przedstawiać własne dowody, możemy wskazywać na naruszenie procedur w trakcie postępowania, możemy prowadzić spór o wykładnię prawa. Możemy
też wskazywać na niekompletność przedstawionych przez prokuraturę
dowodów, wykazując, że nie można z nich wywieść winy oskarżonego.
Obserwując salę sądową, musisz zwrócić uwagę na bardzo ścisły podział
ról w procesie. Zadaniem prokuratora jest oskarżać, czyli przedstawiać
dowody winy oskarżonego. Ma on jednak obowiązek pozostać obiektywnym, co
oznacza, że musi przeprowadzać dowody zarówno na korzyść, jak i na
niekorzyść oskarżonego. Musi się starać, by osoba winna poniosła
odpowiedzialność karną, a równocześnie aby niewinny takiej
odpowiedzialności nie poniósł. Jeśli prokurator się zorientuje, że
oskarżył osobę niewinną, powinien się z oskarżenia wycofać, umarzając
zarzuty lub cofając akt oskarżenia.
Obrońcę obowiązują inne zasady: jest on zobligowany do działania
wyłącznie na korzyść klienta. Jeżeli ma dowody jego winy, nie tylko nie
musi ich ujawniać, lecz wręcz przeciwnie, ma obowiązek utrzymać je w tajemnicy. Świadome użycie dowodów przeciwko klientowi byłoby deliktem.
Równocześnie obronę obowiązuje zasada lojalności wobec organów
procesowych: w procesie adwokat nie może się świadomie posługiwać
nieprawdziwymi dowodami. Dla przykładu: obrońca nie może złożyć w sądzie
zaświadczenia lekarskiego, jeżeli wie, że jest ono fałszywe, albo
zgłosić dowodu z przesłuchania świadków na okoliczność alibi
oskarżonego, gdy ma świadomość, że świadkowie będą kłamać.
Proces sądowy jest kontradyktoryjny i polega na prowadzeniu sporu między
oskarżycielem a obrońcą. Spór ten rozstrzyga sędzia, który po zapoznaniu
się z materiałem dowodowym i wysłuchaniu argumentów obu stron powinien
wydać sprawiedliwy wyrok. W tej konfiguracji adwokat o niczym nie
decyduje, nie osądza oskarżonego, jedynie argumentuje. Rozstrzygnięcie
sprawy należy do sądu. Dzięki takiej konstrukcji procesu o winie lub
niewinności oskarżonego decyduje osoba niezainteresowana wynikiem sporu,
która ma jedynie wydać wyrok zgodny z materiałem dowodowym i przepisami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki