Nie do obrony - Jacek Dubois, Igor Tuleya, Anna Matusiak

Reflow text when sidebars are open.
- Tylko pamiętaj! To musi być rasowy film prawniczy, chcę pełnokrwistych postaci, twardych gości, prawników rodem z W garniturach. Rozumiesz?
Producent nakręcał się w swoich oczekiwaniach, a ja czułam, że właściwie już jestem na planie. Stworzę mu takie postaci, że i on, i widzowie oszaleją. Muszę się jedynie podszkolić w kwestiach prawnych, ale od tego są przecież konsultanci. Tylko kogo poprosić o taką merytoryczną konsultację filmową? Muszę to przemyśleć.
Czułam, że to wyzwanie zawodowe wdziera się do mojej głowy milimetr po milimetrze. Znałam siebie, swój system pracy. Wiedziałam, że za chwilę pochłonie mnie bez reszty. I jak przy okazji każdej filmowej produkcji, którą stworzyłam, zabierze mi wszystkie myśli, zagarnie mnie rodzinie, nawet o posiłkach nie będę pamiętać. Uwielbiałam ten stan! Moja rodzina mniej, ale już się z tym pogodzili. Za to kocham swoją robotę. Jestem reżyserką i scenarzystką. Rozważaliśmy przy okazji tej produkcji rozdzielenie ról i zlecenie napisania scenariusza komuś innemu, żebym ja mogła się skupić tylko na reżyserii, ale przekonałam całą produkcję, że dam sobie radę z połączeniem tych funkcji. Kurde! Nie ma bata! Nie oddam tego dziecka nikomu. Musi być w całości moje, bo od dawna marzyłam o filmie lub serialu prawniczym z prawdziwego zdarzenia. Takim, który pokaże prawdę - bez lukru, bez ściemy, bez owijania w złoty papierek. Cokolwiek ta prawda znaczy. I teraz mam na to szansę. Moi bohaterowie będą adwokatami, prokuratorami i sędziami. Pokażę ich przez pryzmat adwokata z krwi i kości. Prawdziwego do bólu. Takiego, od którego zależy los wielu osób. Takiego, który stoi na straży prawa i ma odwagę toczyć walkę dobra ze złem każdego dnia. Jestem idealistką! To prawda. I dobrze mi z tym. Świat bez ideałów byłby światem straconym. Mówiono mi kiedyś, że przejdzie mi z wiekiem, ale jakoś nie mija, mimo że czterdziestka na karku. I już nie minie. Wiem to.
- Cześć, kochana, co u ciebie? - szczebiocze moja przyjaciółka radosnym głosem do telefonu, a ja już wiem, że chce się ze mną podzielić jakąś dobrą wiadomością, ale z uprzejmości, bo jest dobrze wychowana, najpierw pyta, co u mnie.
- Podpisałam kontrakt na nowy film! - wypalam, uznając, że moja nowina zasługuje na to, by przyćmić wszystkie inne.
- No co ty! Dawaj! O czym tym razem? Bo po ostatnim filmie zapomniałam, jak wyglądasz, opowiadaj więc szybko, kiedy zaczynasz. Muszę się tobą nacieszyć, póki jeszcze jesteś dostępna dla świata.
- Prawniczy. Mocny. Odważny. Z prawdziwego zdarzenia!
- Uuu! Czyli w celach dokumentacyjnych będziesz musiała poznać jakichś przystojnych prawników i pobujać się z nimi po sądach. Mogę zostać twoją asystentką? - piszczy, skupiając się oczywiście na damsko-męskim wymiarze mojej pracy.
- Karola, ty mi lepiej doradź, do kogo się zgłosić z prośbą o konsultacje merytoryczne. Bo rozmyślam intensywnie od wczoraj i nie mam pomysłu.
- Hmm... Ewa! Wiem! Igor Tuleya i Jacek Dubois. To są twardzi goście.
- Jesteś genialna! Wow. Że też ja o nich nie pomyślałam. Odważni, bezkompromisowi... Może nawet posłużą za pierwowzory bohaterów. Matko, myślisz, że się zgodzą?
- Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Uderzaj. Są dosyć medialni. Może zaintryguje ich takie filmowe wyzwanie.
- Jesteś najlepsza... A co u ciebie? - zagajam, bo też jestem dobrze wychowana.
- Kochana, wiem, że masz już w głowie tylko jedną myśl: napisać do nich maile. Opowiem ci, co u mnie, innym razem, a teraz pędź do komputera. - Przyjaciółka zna mnie lepiej, niż ja samą siebie.
Uśmiecham się z wdzięcznością do słuchawki. Choć Karola nie może zobaczyć mojego uśmiechu, myślę, że słyszy wdzięczność w moim głosie:
- Kocham cię, wiesz?
- Wiem, wiem.
ewakwiatkowska@gmail.com
do: Jacek Dubois ?
Warszawa, 12.12.2025
Szanowny Panie Mecenasie,
nazywam się Ewa Kwiatkowska. Jestem reżyserką i scenarzystką. Przygotowuję się właśnie do pracy nad filmem prawniczym. Poszukuję prawników z doświadczeniem, pasją i medialnym wyczuciem. Zależy mi na tym, by film oddawał prawdę o zawodzie adwokata. Dlatego pomyślałam o Panu i sędzi Igorze Tuleyi. Czy rozważyłby Pan możliwość wzięcia udziału w produkcji w charakterze konsultanta merytorycznego? Chcę stworzyć postać adwokata, który kocha swoją pracę, żyje nią, wykonuje ją z pasją niezmiennie od lat, nie boi się walczyć w imię dobra, miewa oczywiście swoje rozterki, kłopoty - jak każdy człowiek, ale w kwestiach prawnych jest autorytetem. Mam poczucie, że na bazie własnego doświadczenia mógłby Pan stać się nie tylko konsultantem, lecz także pierwowzorem mojego bohatera. Proszę nie traktować tego jak taniego komplementu i próby schlebiania, by uzyskać Pańską zgodę na pomoc przy konstruowaniu scenariusza. Pozwalam sobie być z Panem szczera. I liczę na informację zwrotną.
Z poważaniem
Ewa Kwiatkowska
Chryste, zanim odpisze (o ile w ogóle), obgryzę wszystkie paznokcie. Dlaczego się tak stresuję? Bo instynktownie czuję, że to szykuje się duża produkcja. Ten film może się stać moją trampoliną do świata wielkiego kina. Dostałam szansę. Producent główny pracował ze mną przy filmie krótkometrażowym i docenił moje zaangażowanie. Ale umówmy się: na rynku nie brakuje bardziej doświadczonych reżyserów, tak zwanych pewniaków. Mógł wybrać jednego z nich. A wybrał mnie. Nie mogę go zawieść. Nie mogę zawieść samej siebie!
Dwa dni później
Wstaję dziwnie niespokojna.
- Mamo, kupisz mi karabin do paintballa? - pyta mój ośmioletni synek, który jak co dzień ma nowy pomysł na prezent marzeń.
- Tak, kochanie. Tak - odpowiadam bez głębszej refleksji.
- Ewka, słyszysz, na co się zgodziłaś? - Mój mąż patrzy na mnie z powątpiewaniem. Wie już, że jego żona właśnie wkroczyła w fazę twórczą i przez najbliższe miesiące próżno będzie szukać połączenia ducha z ciałem. - Czyli ty już piszesz w głowie ten scenariusz? Cudownie! Synek, mamusia nam odpływa. Umówmy się, że w kwestii zakupów i nowych pomysłów będziesz od teraz głównie mnie pytał o zdanie.
- Ale mama już się zgodziła! - Mały próbuje wykorzystać fakt, że myślę jedynie o kawie i sprawdzaniu poczty. Może mecenas odpisał...
Z parującą kofeiną w kubku siadam przy komputerze i aż piszczę z radości.
Jest! Mail od Jacka Dubois. W pierwszych słowach mecenas wyjaśnia, że lubi wyzwania, widzi więc przestrzeń do współpracy, w kolejnych uprzedza, że być może moje wyobrażenie na temat jego zawodu ma się nijak do prawdy o nim. Z wypiekami na twarzy czytam dalszą część jego wiadomości.
jacekdubois@gmail.com
do: Ewa Kwiatkowska ?
Przy wyborze zawodu warto się zastanowić, czy lubimy wszystkie wiążące się z nim elementy. Wszak praca zajmuje nam większą część życia, dobrze zatem robić to, co naprawdę lubimy. Ktoś, kto poważnie myśli o karierze obrońcy w sprawach karnych, powinien rozważyć, czy uwielbia być budzony o świcie, jak szalony przemierzać wzdłuż i wszerz swoją ojczyznę i mieszkać w najdziwniejszych hotelach, w których i tak rzadko kiedy uda mu się zasnąć, w nocy będzie bowiem musiał przeczytać kilkaset stron akt.
Wszystkich, którzy postrzegają zawód obrońcy przez pryzmat przygód Richarda Gere'a wcielającego się w rolę mecenasa Billy'ego Flynna, miłośnika nocnych barów i pięknych kobiet w musicalu "Chicago", muszę rozczarować: nie jest to reporterski zapis codziennej adwokackiej roboty.
Policja uwielbia zatrzymywać podejrzanych bladym świtem, a ci z kolei, korzystając z prawa do jednego telefonu, natychmiast dzwonią do obrońcy. Codziennością jest zatem, że z głębokiego snu budzi Cię klient. Domaga się, byś wyrwała go z rąk policji, co oczywiście jest poza zasięgiem Twoich możliwości. Tego jednak właśnie kategorycznie żąda klient.
Oświadczasz, że uczynisz wszystko, co w Twojej mocy, choć wiesz, że w rzeczywistości nic nie możesz zrobić. Marzysz jedynie, by jeszcze zasnąć, ponieważ przesłuchanie zatrzymanego odbędzie się nie wcześniej niż o dziewiątej. Nagle elektryzuje Cię informacja, że prokuratura, do której masz dotrzeć, położona jest pięćset kilometrów od Twojego ciepłego łóżka. Tam właśnie policjanci wyruszają z zatrzymanym, a Ty musisz się znaleźć na miejscu przed nimi.
Klnąc na czym świat stoi, odwołujesz wszystkie umówione spotkania i wyruszasz w drogę. Okazuje się, że przybywasz kilka godzin za wcześnie - radiowóz utknął w korkach, a prokurator ma w planach jeszcze inne czynności. Czekasz zatem, myśląc o pięknych chwilach, które mogłabyś spędzić w łóżku.
Z przesłuchania wychodzisz już po północy, przypisując prokuratorowi wrodzone zamiłowanie do sadyzmu i zastanawiając się, dlaczego zdecydował się wystąpić o areszt w sprawie, w której nie ma do tego żadnych podstaw.
Już w hotelu uświadamiasz sobie, że nie wzięłaś ani szczoteczki do zębów, ani pidżamy, ani zapasowej koszuli, chociaż nauczona doświadczeniem powinnaś wiedzieć, że aresztowanie jest ulubioną prokuratorską rozrywką.
Gdy leżysz już w łóżku, marząc o śnie, uświadamiasz sobie, że posiedzenie sądu może zostać wyznaczone rano. Aby móc skutecznie bronić klienta, powinnaś przeczytać akta. W końcu zasypiasz z nadzieją, że zdołasz pospać dłużej. O świcie jednak budzi Cię dziennikarz prośbą o komentarz do sprawy.
W łazience patrzysz w lustro i uświadamiasz sobie, że bardziej przypominasz zombie niż filmowego mecenasa Billy'ego Flynna, ale nie masz czasu się nad sobą użalać, bo dzwoni sekretariat sądu z informacją, że posiedzenie zostało wyznaczone na dwunastą.
Kręcąc się po okolicy w poszukiwaniu sklepu, w którym kupisz świeżą koszulę, zastanawiasz się, jakim cudem sąd zdoła się zapoznać z kilkudziesięcioma tomami akt, które dopiero co do niego trafiły, skoro posiedzenie wyznaczono na dwunastą.
Wtem zdajesz sobie sprawę, że sama jeszcze nie doczytałaś wszystkiego. Studiowanie akt uznajesz za ważniejsze od śniadania w hotelowej restauracji, czytasz więc, skręcając się z głodu.
Na pół godziny przed posiedzeniem wpadasz na genialne rozwiązanie, dzięki któremu, jesteś tego pewna, przekonasz sędziego o niewinności swojego klienta. Wkładasz świeżą koszulę i jak na skrzydłach lecisz do sądu. Pół godziny później jest już po wszystkim: sędzia Cię wysłuchał, a następnie, nawet nie wychodząc z sali na naradę, od razu odczytał z kartki postanowienie o zastosowaniu aresztu wobec Twojego klienta. Ani słowem nie odniósł się do przedstawionych przez Ciebie argumentów. W drodze powrotnej - trzecia godzina w korku na autostradzie - zastanawiasz się, po jaką cholerę w ogóle tam jechałaś, skoro Twoje słowa nie zostały nawet wzięte pod uwagę. Gdy jesteś już bliska depresji, dochodzisz do wniosku, że powodem może być nadzieja. Każdy człowiek potrzebuje nadziei, a Ty dałaś ją swojemu klientowi.
Kiedy docierasz do domu, na niebie świecą już gwiazdy. Obiecujesz sobie, że gdy tylko się wyśpisz, napiszesz zażalenie, w którym zmiażdżysz argumenty sądu. Nastawiasz budzik na dziewiątą i zasypiasz w ubraniu.
Nie udaje Ci się jednak doczekać dzwonka budzika, bo uprzedza go dźwięk telefonu. Jest szósta rano, a nowy klient informuje Cię, że został zatrzymany przez policję. Przecierasz ręką zmęczone oczy, by zapisać, do jakiej prokuratury go przewiozą, i w tym momencie dociera do ciebie mądrość filmu "Dzień świstaka".
Przed wyborem adwokackiego fachu warto zadać sobie również inne pytania: Czy lubisz być oszukiwana? Czy nie przerazisz się, gdy prokurator z rozpędu będzie chciał zamknąć też Ciebie? Czy nie przeszkadza Ci, że w pewnym momencie możesz się stać niewidzialna?
Po kolejnej wielogodzinnej podróży klient opowiada Ci w prokuraturze swoją wersję wydarzeń, z której wynika, że nie mógł dokonać zarzucanego mu napadu, bo ma niepodważalne alibi, co może potwierdzić kilka osób.
Jesteś szczęśliwa - sprawa wydaje się wygrana. Wchodzicie do pokoju przesłuchań. Klient przedstawia swoją wersję prokuratorowi. Ten kiwa głową z zainteresowaniem. Zdaje Ci się, że jest przekonany o niewinności podejrzanego - robisz wszystko, by nie dostrzegł Twojego triumfalnego uśmiechu.
Po tym, jak klient kończy wyjaśnienia, prokurator odpala stojący na biurku laptop. Na ekranie widać nagranie z kamery umieszczonej przy wyjściu z banku, na który dokonano napadu, w momencie, gdy rabusie, sądząc, że są już bezpieczni, zdejmują maski.
Obraz nie pozostawia wątpliwości: jeden z napastników to Twój klient. Nagranie jest tak wyraźne, że nie sposób się pomylić. Czyli wszystko, co opowiedział Ci o swoim alibi, było zwykłym kłamstwem. Sprawa z bardzo dobrej w ułamku sekundy staje się beznadziejna. Pot cieknie Ci po skroniach. Masz lepkie ręce i musisz iść do łazienki.
Gdy wracasz, słyszysz dochodzącą zza drzwi rozmowę.
- Mogę zapomnieć o fałszywym alibi - przekonuje klienta prokurator - pod warunkiem, że dowiem się, kto panu doradził kłamstwo.
Klient milczy. Ponownie słyszysz głos prokuratora:
- My i tak wiemy, że to był pański obrońca. Oni zawsze nakłaniają do fałszywych zeznań. To przez niego będzie miał pan kłopoty. Gdyby jednak zdecydował się pan zeznać, że to on namówił pana do przedstawienia fałszywego alibi, moglibyśmy porozmawiać o nadzwyczajnym złagodzeniu kary.
"Co się tu, kurwa, dzieje?", zastanawiasz się, czując, że tętno podskakuje Ci do granicy, przy której zaczynają wyć wszystkie systemy ostrzegawcze. Uzmysławiasz sobie, że stałaś się uczestniczką ulubionej gry prokuratorów: "Jak wrobić papuga". Nic tak nie dodaje splendoru niektórym oskarżycielom, jak zamiana obrońcy w oskarżonego. Zdajesz sobie sprawę, że jeśli nie wrócisz tam natychmiast i nie przejdziesz do kontrataku, robiąc piekielną awanturę, to zaraz będziesz ugotowana jak rak we wrzątku. Na szczęście słyszysz słowa klienta. Tętno zaczyna Ci powoli spadać.
- Alibi miałem przygotowane już wcześniej, tak na wszelki wypadek. To nie ona. Ale jak pan prokurator chce ponegocjować, to wiem o jednym ministrze, który przyjął łapówkę.
Wiedząc, że w tej grze dostałaś nieoczekiwanie nowe życie, wracasz do pokoju przesłuchań. Po wielu godzinach negocjacji układ z prokuraturą zostaje domknięty. Rodzina klienta wpłaca poręczenie majątkowe i wreszcie opuszczacie gmach prokuratury.
W wyniku zawartej umowy facet, któremu jeszcze niedawno groziło, że najbliższe dziesięć lat przeżyje w więzieniu, jest wolny i nie spędzi za kratami ani jednego dnia. Spodziewasz się, że za chwilę rzuci Ci się z radości na szyję, i zastanawiasz się, co zrobić, by ta eksplozja wdzięczności nie była zbyt wylewna.
Tak się jednak nie dzieje. Pod drzwiami budynku prokuratury zatrzymuje się wielki Mercedes. Klient wsiada, zostawiając Cię samą na ulicy. W chwili, gdy pojazd rusza z piskiem opon, mężczyzna woła do Ciebie przez uchylone okno:
- Nie wiem właściwie, po co panią zatrudniłem, pani mecenas. Sam wynegocjowałbym to szybciej i lepiej.
Jeśli te opowieści jeszcze Cię nie zniechęciły, kandydatko na adwokata, to proponuję, byś zadała sobie kolejne pytania. Czy nad życie uwielbiasz niekończące się wojny? Czy lubisz spory, w których adrenalina skacze Ci poza skalę? Czy kochasz wygrywać?
Jeżeli odpowiedziałaś na te pytania twierdząco, to natychmiast zapomnij o czarnych stronach tego fachu. Wszystko wskazuje, że jesteś materiałem na rasowego adwokata. Drobne niedogodności to niewygórowana cena za nieźle płatne zajęcie, które stanie się Twoją pasją.
Bycie obrońcą karnym to bowiem walka dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jeśli więc nie lubisz być non stop w ringu, to lepiej poszukaj innego zajęcia. Jeżeli rajcuje Cię adrenalina na sekundę przed zwarciem, to jest to miejsce dla Ciebie.
Ten zawód to nieustający spór. Nie jałowy jednak, z którego nic nie wynika, a merytoryczny, w konkretnej sprawie, na argumenty. Na końcu zostanie wydany werdykt. Stawką jest czyjś los.
Nie przygotowałaś się, jesteś w złej formie - to nie usprawiedliwienie. Nie możesz się odwrócić na pięcie i odejść, mrucząc pod nosem, że szkoda czasu na dyskusje z tak beznadziejnym przeciwnikiem.
Musisz walczyć. Jeśli przegrasz z powodu własnego błędu, będziesz się budziła w nocy przez wiele lat, przeklinając swoją głupotę i lenistwo. Gdy idziesz na wojnę, musisz się do niej jak najlepiej przygotować. W adwokackich wojnach bronią są znajomość akt, strategia i argumenty, których użyjesz, by przekonać sąd do swoich racji.
Jeśli sięgniesz po niewłaściwe argumenty, przegrasz. Jeżeli jednak będą one trafne, poczujesz smak triumfu. Nieustannie będziesz więc myśleć o doskonaleniu swojego warsztatu. Przed zaśnięciem będziesz wygłaszać w myślach ostatnią wersję przemówienia. O świcie obudzisz się z nowymi pomysłami, które w półśnie będziesz zapisywać w notesie leżącym przy łóżku. W najdziwniejszych momentach Twojego wypoczynku będą Ci przychodziły do głowy argumenty, których może użyć Twój przeciwnik. Zamiast odpoczywać, będziesz się zastanawiać, jak je zbić.
Wchodząc na salę sądową, poczujesz rozpierającą Cię adrenalinę. Gdy rozpocznie się pojedynek z prokuratorem, przed oczami będziesz miała jeden cel: zobaczyć, jak pod wpływem Twojego nokautującego ciosu pada on bezradny na deski sali sądowej.
Taka wizja rozpali wyobraźnię każdego wojownika, ale rozum powinien zainterweniować i w Twoim imieniu zapytać: Czy w takim razie nie lepiej zostać prokuratorem? Skoro adwokat walczy po jednej stronie ringu, a prokurator po drugiej, to ma on taką samą frajdę z walki, statystyki zaś mówią, że wyroki skazujące zapadają w ponad dziewięćdziesięciu procentach spraw. Prawdopodobieństwo, że to prokurator będzie się cieszyć sukcesem, jest więc znacznie większe.
Tyle że tak nie pomyśli żaden rasowy adwokat. Po pierwsze, statystyki nie dotyczą wszystkich. Fakt, że inni przegrywają ponad dziewięćdziesiąt procent spraw, nie oznacza, że będzie tak również w Twoim przypadku. Jeśli się przyłożysz, Twój rezultat będzie zupełnie inny. Po drugie, prokurator ma szefa, który może kazać mu zrobić rzeczy, z którymi trudno mu się zgodzić. Ty, jako adwokat, decyzje podejmujesz sama, a przecież wolność jest bezcenna.
I jeszcze jeden argument. Czy czytałaś "Zabić drozda" Harper Lee? Przypomnij sobie następujące zdanie: "Odważny jest ten, kto wie, że przegra, zanim jeszcze rozpocznie walkę - a mimo to walczy"1. Co bowiem znaczy wygrać albo przegrać? W sporcie jest to jasne: gdy kilku zawodników ściga się w biegu na sto metrów, wygrywa ten, kto pierwszy dobiegnie do mety. Wszyscy mieli równe szanse, a on był najszybszy.
W sprawie sądowej nie jest to tak oczywiste. Jeśli wszystkie dowody wskazują na winę klienta, a oskarżyciel nie popełnił błędów proceduralnych, nie masz szans wygrać, jakkolwiek byłabyś dobra, a Twój przeciwnik słaby. Również kiedy sąd jest stronniczy, ma z góry wyrobiony pogląd albo przekonanie o konieczności takiego, a nie innego rozstrzygnięcia sprawy, w tej instancji jesteś bez szans. To jednak wcale nie znaczy, że przegrasz sprawę.
Pewnie się zastanawiasz, jak można wygrać w sytuacji, gdy nieważne, co powiesz i w jaki sposób przeprowadzisz obronę, nie usłyszysz słowa "niewinny". Wygrać to nie zawsze znaczy uzyskać wyrok uniewinniający. Czasem może to oznaczać położenie podwalin pod jakąś ideę, nagłośnienie danego problemu, przekonanie do czegoś kolejną osobę. Zwycięstwo może mieć różny wymiar. Niekiedy jest nim po prostu wykonanie swojej pracy dobrze, nawet jeśli od początku wiemy, że nie mamy szans usłyszeć takiego werdyktu, jakiego byśmy chcieli. Dlatego zwycięstwem są perfekcyjnie przygotowana obrona i świadomość, że zrobiło się wszystko najlepiej, jak było można. W tym sensie możemy wygrać każdą sprawę, jeśli poprowadzimy ją lepiej niż nasz przeciwnik.
Dlatego prawnik, który pozornie poniósł porażkę, w rzeczywistości mógł odnieść zawodowe zwycięstwo. Do historii przeszło wiele mów, które wprawdzie nie doprowadziły do oczekiwanego rozstrzygnięcia, ale poruszyły umysły. Możesz odnieść zwycięstwo kompetencji, które stanie się zawodowym afrodyzjakiem i pozwoli Ci znieść wszystkie drobne niedogodności, na jakie nikt rozsądny w normalnych warunkach by się nie zdecydował.
Zapewne spytasz, czy sama potrzeba uczestniczenia w sporze i pragnienie wygranej są wystarczającą motywacją, by zostać obrońcą karnym. A co z ideałami? Przecież jeszcze w liceum, kiedy decydowałaś się zostać prawnikiem, miałaś głowę pełną wzniosłych planów: zamierzałaś walczyć o praworządność, o prawa człowieka, o zasady. Tymczasem w tym, co opowiadam, nie ma mowy o żadnych ideałach. Jest tylko radość walki dla samej walki.
No cóż, jeśli chcesz walczyć o ideały, istnieje wiele innych, bardziej jednoznacznych miejsc, w których możesz to robić, na przykład fundacje czy stowarzyszenia stojące na straży swoich statutowych wartości. Jako prawnik procesowy prowadzący ogólną praktykę, a nie pracujący wyłącznie dla takich organizacji, będziesz się stykać z ludźmi, którzy w większości będą winni zarzucanych im czynów.
Sytuacje, w których oskarżenia są niesłuszne, stanowią raczej wyjątek niż regułę. Będziesz bronić osób oskarżonych o odrażające czyny, opinia publiczna będzie przeciwko Tobie, a gdy wygrasz, możesz się stać wrogiem publicznym numer jeden. Mało kto będzie Ci życzył zwycięstwa i doszukiwał się w nim wartości związanych z ochroną praworządności.
Znacznie częściej zostaniesz okrzyknięta bezdusznym hochsztaplerem albo pazernym adwokaciną, której sztuczki pomogły zatriumfować zbrodni. Dlatego jeśli chcesz być ceniona za szlachetność i ideowość, nie wybieraj drogi adwokata. Jeżeli zaś zakładasz, że będziesz się podejmować wyłącznie obrony prawdziwych ofiar wymiaru sprawiedliwości, to sprzeniewierzysz się zasadom etyki zawodowej, zgodnie z którymi nie odmawia się pomocy człowiekowi, który o nią prosi.
Adwokat jest po to, aby zwyciężać, czyli wykonywać swoją pracę na najwyższym możliwym poziomie. Jego zwycięstwo polega też na tym, że osoba niewinna nie zostanie skazana, a oskarżony nie zostanie pozbawiony żadnego ze swoich praw, w szczególności prawa do obrony i uczciwego procesu.
Zwycięstwo oznacza, że prawo jako zbiór reguł będzie rzeczywiście stosowane. Jesteś obrońcą praworządności i praw człowieka, ponieważ to przestrzeganie tych wartości ma zagwarantować, że proces odbywa się zgodnie z regułami. W konkretnej sprawie nikt tego zapewne nie doceni. Jednak z perspektywy wielu procesów dostrzeżesz, że zwycięstwo, rozumiane jako perfekcyjne przeprowadzenie obrony, łączy się z byciem skutecznym strażnikiem ważnych wartości. Jeśli zatem będziesz robić to, co kochasz najbardziej, czyli wygrywać, grając zgodnie z obowiązującymi zasadami, w istocie będziesz spełniać marzenia, dla których jeszcze w liceum wybrałaś ten zawód.
Nie ma również większego znaczenia, że klient rzadko kiedy Ci podziękuje, a często tuż po ogłoszeniu wyroku zniknie, by nie zapłacić ostatniej raty, jeśli nie wziąłeś całego wynagrodzenia z góry. Zawodowego spełnienia doznasz wtedy, gdy nie będziesz oczekiwać wdzięczności. Rekompensatą za jej brak są zwycięstwa, które sama odnosisz i których nikt nie może Ci odebrać.
Trzeba się także nauczyć, by nigdy nie mieć wyrzutów sumienia z powodu wygranej, nawet jeśli opinia publiczna będzie Cię przeklinać i utożsamiać Twoją rzekomą niegodziwość z czynami Twojego klienta.
Adwokat nie rozstrzyga, czy klient jest winny. To zadanie sędziego. Twoją rolą jest przedstawienie wszystkich możliwych argumentów przemawiających na korzyść oskarżonego i dopilnowanie, by przysługujące mu gwarancje procesowe rzeczywiście zostały zrealizowane. Od osądzania jest sąd.
Z poważaniem
Jacek Dubois
Cholera. No dobra. Być może ciut inaczej to sobie wyobrażałam, ale chyba mogę uznać, że dokumentacja do filmu ruszyła! Przeczytałam ten mail pięć razy i ośmieliłam się napisać do drugiego z panów. W mojej głowie od czasu walki o praworządność nazwiska Tuleya/Dubois występowały obok siebie, poszłam więc za ciosem i napisałam do sędziego Tuleyi. Przedstawiłam się, wyjaśniłam powody swojej korespondencji, pozwoliłam sobie powołać się na odpowiedź mecenasa i czekałam, podświadomie licząc, że pan sędzia uraczy mnie swoim wywodem na temat swojej pracy. Powoli, bardzo nieśmiałą kreską rysowałam postać adwokata rodem z wiadomości od mecenasa. Takiego, którego życie wcale nie jest czarno-białe i ustabilizowane, wcale nie wiąże się z wolnym czasem na realizowanie pozazawodowych pasji według ściśle określonego harmonogramu. Takiego, który nie zawsze ma szansę powalczyć o wygraną, bo czasem sąd wie lepiej, zanim jeszcze pozna akta sprawy. Co na to Antoni, producent? Czy pozwoli mi pójść dalej? Czy pozwoli mi pokazać prawdę? Ludzie kochają filmy prawnicze o charakterystycznej strukturze. Sprawa, zły przestępca, dobry adwokat, fatalne rokowania, przełom, kwiecista mowa końcowa adwokata, zwycięstwo dobra nad złem. Już po pierwszej odpowiedzi mecenasa pojawiła mi się myśl, że może nie zawsze i niekoniecznie... Ale ludzie oglądają seriale i filmy, ponieważ dziecko w nich chce bajki - tylko takiej w dorosłym wydaniu.
Podjęłam decyzję: muszę się spotkać z Antonim. Ale jeszcze poczekam. Może sędzia odpisze.
Warszawa, noc
Siedzę przy stole zawalonym energią twórczą. Kartki, notatki, wydruki, zakreślacze, kubki po kawie. Wszystko się ze sobą miesza.
Na środku laptop. Migający kursor. Patrzę na niego chwilę za długo. Jakby zaraz miał sam zacząć pisać.
No dobra. Zaczynam, bo chyba jednak sam nie zacznie.
Mój główny bohater. Najpierw widzę go bardzo ogólnie. Facet. Prawnik. Garnitur. Ale to mi nie wystarcza. Cofam się.
Jeszcze raz.
Ma trochę ponad czterdzieści lat. Czterdzieści dwa? Czterdzieści trzy? Coś w tym przedziale, wtedy człowiek już wie, jak działa świat, ale jeszcze ma siłę się z nim szarpać.
Nie jest szalenie efektowny. Gdyby minął mnie na ulicy, pewnie bym go nawet nie zapamiętała. Dosyć wysoki. Raczej szczupły, ale nie dlatego, że o siebie dba, a dlatego, że nie ma czasu zjeść. Włosy krótkie, trochę za bardzo odrastające, jakby ostatni raz był u fryzjera "przy okazji". Lekki zarost, taki, który rano miał sens, a wieczorem wygląda już jak zmęczenie. Koszula - dobra jakościowo, ale pognieciona. Rękawy podwinięte od kilku godzin. Krawat poluzowany, jakby był obowiązkiem, z którym nie ma już siły walczyć. Oczy...
Zatrzymuję się na chwilę.
Oczy ma uważne. Bardzo. Takie, które przewiercają człowieka na wylot. A jednocześnie zmęczone. To nie jest zmęczenie typu "nie spałem jedną noc", lecz takie, które się odkłada latami.
Dobra. Mam go.
Nazywa się Maciej Wroński.
SCENA
INT. HOTEL - NOC
Mały pokój. Taki, który mógłby być wszędzie.
On siedzi na łóżku. Koszula pognieciona, rękawy podwinięte. Na kolanach akta.
Czyta szybko. Za szybko. Jakby próbował nadążyć za czymś, co już dawno mu uciekło.
Zatrzymuje się. Wraca do poprzedniej strony. Palcem zaznacza fragment. Nie notuje. Zapamiętuje. Zamyka oczy. Na sekundę.
Telefon zaczyna wibrować.
Nie reaguje od razu. Patrzy na ekran. Wreszcie odbiera.
- Tak? - Słucha. Nie zmienia wyrazu twarzy. - Gdzie? - To jedno słowo mówi o nim więcej niż wszystko inne.
Już wstaje. Już jest w ruchu. Nie pyta: "Co się stało?". Nie pyta: "Czy to prawda?". Nie pyta: "Czy jest pan winny?". Jakby te pytania nie były mu do niczego potrzebne.
Zamyka akta, niedbale - kartki pozostają lekko wysunięte. Sięga po marynarkę. Na moment zatrzymuje się przy lustrze. Patrzy na siebie dłużej, niż powinien. Jakby sprawdzał, czy jest jeszcze tym samym człowiekiem, który rano wychodził z domu. Albo czy w ogóle ma jeszcze znaczenie, kim jest.
Odwraca wzrok.
Wychodzi.
Odrywam ręce od klawiatury. Mam wrażenie, że przez chwilę byłam z nim tam, w tym pokoju. W jego głowie.
- Dobra... - mówię do siebie półgłosem. - To jest ktoś. Nie "bohater". Człowiek.
Wstaję, przechodzę się po kuchni, wracam. Siadam.
Nagle wszystko się zatrzymuje.
Wiem, co jest dalej fabularnie. On jedzie na komisariat. Siada naprzeciwko klienta. Tyle że nie mam pojęcia, co się wtedy naprawdę dzieje.
Patrzę w ekran.
- No i co? - mówię. - Od czego zaczynasz? Pytasz go, czy to zrobił? - To pytanie brzmi głośniej, niż powinno. - Czy ty w ogóle chcesz to wiedzieć?
Opieram się o blat.
Ja, jako widzka, chcę znać całą prawdę. Chcę wiedzieć, czy klient jest winny, czy niewinny.
Ale on... On wygląda jak ktoś, kto nauczył się z tym pytaniem żyć. Albo je w sobie wyciszyć.
Wracam do laptopa, ale nie do sceny. Już mam zamiar otworzyć nową wiadomość, kiedy dostrzegam mail od sędziego Igora Tuleyi. Szczerze mówiąc, porzuciłam już nadzieję, że jeszcze odpisze, więc zamieram z wrażenia.
igortuleya@gmail.com
do: Ewa Kwiatkowska ?
Szanowna Pani,
wiem, że mecenas Dubois nawiązał z Panią korespondencję. Proszę, dołączajcie mnie do niej - postaram się komentować na bieżąco i również wspomóc proces twórczy. Ciekawi mnie, co z tego wyjdzie.
Jak się ma rzeczywistość do wyobrażenia o pracy sędziego? Moja odpowiedź nie będzie tak obszerna i spektakularna jak wypowiedź mecenasa Dubois, który jest też pisarzem. Zależy mi jednak na tym, by wiedziała Pani, że sala sądowa to tak naprawdę tylko niewielka część pracy sędziego. Większość czasu spędzamy nie na sali rozpraw, a przygotowując się do procesów. To przede wszystkim czytanie akt, analiza sprawy, wydawanie różnych zarządzeń i wykonywanie mnóstwa innych czynności, które nie zawsze się wiążą bezpośrednio z samą rozprawą, są jednak konieczne.
Sędzia prowadzi równocześnie kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt procesów. Zanim sprawa trafi na wokandę, trzeba się dobrze zapoznać z aktami. Jeśli skład jest wieloosobowy - są ławnicy albo drugi sędzia - oni również muszą przeczytać akta. Dopiero później wyznacza się termin i proces może się rozpocząć.
W praktyce jednak nie wszystko przebiega płynnie. Czasem świadek nie stawi się na rozprawę, kiedy indziej ktoś zachoruje - zdarzają się różne sytuacje losowe. Wiele zależy też od pracy urzędników. To wszystko wpływa na tempo i przebieg procesu.
Na codzienność pracy sądu ogromny wpływ mają również kwestie organizacyjne, o których zwykle się nie myśli. W warszawskich sądach jest dziś bardzo dużo wakatów, zarówno sędziowskich, jak i urzędniczych. Kadry rotują, bo urzędnicy są źle opłacani i nierzadko źle traktowani. Bywa, że zarządzenia nie są wykonywane na czas, w sekretariatach pracują osoby młode, niedoświadczone, a do tego dochodzi ogrom biurokracji. To wszystko wpływa na funkcjonowanie sądu.
Mimo to jest w tym zawodzie coś pięknego.
Po przeczytaniu akt człowiek zaczyna sobie wyobrażać osoby, które za chwilę pojawią się w procesie: oskarżonych, świadków, pełnomocników. Tworzy się pewien obraz tych ludzi. Potem przychodzi pierwszy termin rozprawy i następuje konfrontacja wyobrażenia z rzeczywistością - widzi się ich po raz pierwszy na żywo, słyszy sposób mówienia, obserwuje emocje, reakcje, relacje między nimi.
Proces jest zresztą czymś dynamicznym. To, co zapisane w papierach, nie zawsze znajduje potwierdzenie na sali rozpraw. Ludzie coś dopowiadają, zmieniają wersję wydarzeń, pojawiają się nowe okoliczności. Czasem się okazuje, że już na etapie postępowania przygotowawczego dochodziło do manipulacji albo wymuszania określonych zeznań. Pamiętam to choćby ze sprawy doktora G. W aktach znajdował się protokół oględzin nagrania z ukrytej kamery zamontowanej w jego gabinecie. Funkcjonariusz opisał w nim, że mężczyzna wyciąga z kieszeni białą substancję i wciąga ją nosem. Kiedy jednak odtworzyliśmy nagranie w sądzie, okazało się, że to nie była żadna substancja - doktor po prostu wyciągnął papierową chusteczkę i wydmuchał nos.
W procesach bardzo często pojawiają się rzeczy, które odciągają uwagę od tego, co powinno być najważniejsze: od dochodzenia do prawdy i sprawiedliwości. Zdarza się, że świadkowie albo oskarżeni wprost mówią, że stosowano wobec nich niedozwolone metody, niekiedy nawet przymus fizyczny. I wtedy trzeba to wyjaśnić: sprawdzić, czy rzeczywiście mogło dojść do wymuszenia zeznań lub wywierania nacisku. To są dodatkowe wątki, które komplikują proces i wymagają osobnego badania.
Swoją strategię mają również strony postępowania - nie tylko obrońcy, lecz także oskarżyciele. Jeśli ktoś ma świadomość, że materiał dowodowy jest słaby albo opiera się na wątpliwych przesłankach, może próbować zaciemnić obraz sprawy, rozmyć najważniejsze kwestie, skierować uwagę gdzie indziej.
Warto też pamiętać o czymś jeszcze: sędzia czasem może czuć coś zupełnie innego, niż ostatecznie wynika z wyroku. Wyrok bowiem nie opiera się na przeczuciach, lecz na dowodach. Bywają sytuacje, w których człowiek nie ma większych wątpliwości co do tego, kto jest sprawcą, ale po prostu brakuje wystarczających dowodów. A sąd nie może skazać dlatego, że "wydaje się" albo "wszyscy wiedzą".
Pamiętam sprawę kuriera, opowiadałem o niej w książce "Mogłem milczeć". Kurierowi księgowa przez pomyłkę przelała nie kilka tysięcy złotych pensji, a kilka milionów. Mężczyzna obiecał oddać, tłumaczył, że chciał się przez dzień czy dwa nacieszyć świadomością, że ma takie pieniądze na koncie. Później podał wersję, że wypłacił gotówkę, ale po drodze do firmy został pobity i okradziony. Sytuacja zrobiła się absurdalna, bo równolegle toczyły się dwa postępowania. W jednym kurier miał status pokrzywdzonego - jako osoba uprowadzona i przetrzymywana przez ludzi wynajętych przez szefa firmy. W tamtym postępowaniu mężczyzna szczegółowo opowiadał, jak zabrał pieniądze i je ukrył. Nie mogliśmy jednak wykorzystać tych zeznań w drugim procesie, w którym kurier był oskarżony o przywłaszczenie, ponieważ nie pozwalała na to procedura. Formalnie były to dwa różne postępowania. W rezultacie wszyscy mniej więcej wiedzieli, co się wydarzyło, ale w sprawie, w której kurier występował jako oskarżony, obowiązywała inna, absurdalna wersja wydarzeń. Co wtedy czuje sędzia? Na pewno swoistą bezsilność. Niekiedy także ma poczucie uczestniczenia w grze pozorów. Bywa i tak.
Pozdrawiam
Igor Tuleya
Prawie podskakuję na krześle z radości i idąc za sugestią sędziego, piszę do mecenasa, dołączając Igora Tuleyę do korespondencji.
ewakwiatkowska@gmail.com
do: Jacek Dubois, Igor Tuleya ?
Szanowny Panie Mecenasie, Szanowny Panie Sędzio,
jestem ogromnie wdzięczna za Panów odpowiedzi. No to ruszamy z tym wyzwaniem na serio! Bardzo Panów proszę, piszcie do mnie po imieniu. Ja, jeśli pozwolicie, pozostanę przy formie "Panie Mecenasie, Panie Sędzio".
Zaczęłam już pisać pierwszą scenę. Widzę tego bohatera coraz wyraźniej: jego tempo, sposób działania, to, że nie zadaje zbędnych pytań. I właśnie na tym się zatrzymałam. Doprowadziłam go do momentu, w którym jedzie na komisariat do zatrzymanego klienta. Siada naprzeciwko niego i...
Nie wiem, co dalej. Nie wiem, czy powinien chcieć znać prawdę. Czy pierwsze pytanie obrońcy brzmi: "Czy pan to zrobił?". Czy może jest to pytanie, którego lepiej nie zadawać?
Z mojej perspektywy to oczywiste - jako widzka chcę wiedzieć. Zaczynam jednak mieć wrażenie, że w tym świecie to wcale nie działa w ten sposób.
Będę bardzo wdzięczna za Panów odpowiedź.
Z wyrazami szacunku
Ewa Kwiatkowska
Czekając na odpowiedzi, poczułam, że muszę się z kimś tym wszystkim podzielić.
Nie z producentem. Jeszcze nie. Antoni natychmiast zacząłby myśleć kategoriami filmu: struktura, widz, oglądalność, tempo, bohater, konflikt. A ja sama jeszcze nie wiem, co z tym zrobić.
Nie z mężem. On już od kilku dni patrzy na mnie tym swoim czułym, lekko rozbawionym wzrokiem człowieka, który dobrze wie, że żona właśnie mentalnie wyprowadziła się z domu i zamieszkała w projekcie.
Potrzebuję kogoś, kto po prostu mnie zrozumie. Kogoś, kto wysłucha mojego chaosu i nie będzie próbował go porządkować.
Karoliny.
Po pierwsze, jestem jej to winna. W końcu to ona rzuciła nazwiskami: Tuleya i Dubois. Jednym telefonem uruchomiła coś, co zaczyna wyglądać jak zawodowe tornado. Po drugie, zna mnie od lat. Wie, kiedy jestem podekscytowana, kiedy spanikowana, a kiedy jedno i drugie jednocześnie.
Piszę krótkiego SMS-a:
Masz dziś 30 minut? Potrzebuję kawy i terapii.
Odpisuje po minucie:
Z tobą zawsze. 17:00. Nasza kawiarnia. I błagam, powiedz, że się zakochałaś w jakimś przystojnym mecenasie, bo potrzebuję emocji.
Parskam śmiechem.
Gorzej. Zaczynam rozumieć prawników.
Po chwili trzy kropki. Potem odpowiedź:
O Jezu. Jadę.
Kawiarnia pachnie kawą i cynamonem. Małe stoliki, za ciasno ustawione krzesła, ludzie stukający w laptopy. Ktoś obok prowadzi spotkanie biznesowe tak głośno, jakby chciał, żeby pół Warszawy wiedziało o jego sukcesach.
Karolina już siedzi. Macha mi ręką. Z daleka widzę ten charakterystyczny błysk w oku. Plotkarsko-ratunkowy.
- Dobra - mówi od razu. - Który jest bardziej seksowny?
Patrzę na nią bez emocji.
- Karola!
- No co?! Prawniczy klimat, dramat moralny, nocne maile... brzmi jak romans dla inteligencji.
Wzdycham.
- Ty naprawdę nie dojrzewasz.
- A ty dojrzewasz za bardzo. Opowiadaj.
Waham się. Jak to właściwie opowiedzieć? Że wysłałam kilka maili i nagle zaczęłam patrzeć na ten świat zupełnie inaczej? Że wszystko zrobiło się dużo mniej filmowe, a przez to dziwnie bardziej fascynujące?
- Odpisali - mówię w końcu.
Karolina prawie klaszcze.
- Obaj?!
Kiwam głową.
- Okej, to teraz mów wszystko od początku i nie pomijaj żadnych szczegółów, bo czuję, że to będzie dobre.
Kelnerka stawia przed nami kawy. Przez chwilę mieszam mleko, jakbym próbowała zamieszać też w głowie.
- Wiesz, co jest najdziwniejsze? - zaczynam powoli. - Ja chyba myślałam, że oni mi opowiedzą coś w stylu: wielkie procesy, błyskotliwe mowy końcowe, triumfy, dramatyczne zwroty akcji.
- No, czyli to, co wszyscy lubimy oglądać.
- No właśnie. - Wyjmuję telefon. - Dubois przysłał mi chyba... esej o cierpieniu.
Karolina parska śmiechem.
- Serio. Opisał mi życie obrońcy karnego. To jakiś koszmar.
- W sensie?
- W sensie: nie śpisz. Jeździsz po Polsce w środku nocy. Klienci budzą cię o szóstej rano, bo policja ich zatrzymała. Czytasz akta po hotelach. Jesteś wiecznie zmęczona. Sąd czasem nawet cię nie słucha. A potem klient, którego właśnie wyciągnęłaś z gigantycznych problemów, mówi ci, że sam zrobiłby to lepiej.
Karolina patrzy na mnie przez chwilę.
- To brzmi okropnie.
- Prawda?
- I trochę jak małżeństwo.
Śmieję się szczerze, pierwszy raz od kilku dni.
- Wiedziałam, że powiesz coś głupiego.
- Taka moja funkcja społeczna. - Nachyla się bliżej. - Ale czekaj... To co cię tak rozwaliło? Bo widzę po tobie, że coś się stało.
Przez chwilę patrzę w okno. Warszawa biegnie swoim rytmem. Ludzie spieszą się do własnych spraw, a ja mam wrażenie, że ktoś właśnie uchylił mi drzwi do zupełnie innego świata.
- Chyba to, że oni są dużo bardziej ludzcy, niż myślałam.
- Prawnicy?
- Tak. I dużo mniej heroiczni. Ale przez to bardziej prawdziwi. - Milczę. - I chyba bardziej samotni.
Karolina marszczy brwi.
- Samotni?
- No wyobraź sobie. Cały czas walczysz o cudzy los. Bierzesz odpowiedzialność za coś gigantycznego. Wszyscy mają oczekiwania. Każdy czegoś chce. A ty często nawet nie wiesz, czy walczysz o człowieka, który mówi ci prawdę.
- Okej... to już brzmi jak dobry film.
Kręcę głową.
- Nie taki film, jaki chciałam robić i na jaki dostałam zamówienie.
- Czyli?
Wzdycham.
- Chyba chciałam bajkę dla dorosłych. Twardy mecenas. Sala sądowa. Genialna mowa końcowa. Prawda zwycięża.
- A teraz?
Spoglądam na nią.
- Teraz zaczynam rozumieć, że prawda czasem nawet nie przychodzi na rozprawę.
Karolina milczy. Pierwszy raz od początku spotkania.
- Mocne - mówi wreszcie.
- Igor też odpisał.
- I co? Też odebrał ci wiarę w kino?
Uśmiecham się pod nosem.
- Nie. Właściwie zrobił coś gorszego.
- Gorszego?!
- Sprawił, że zaczęłam lubić tę niejednoznaczność.
- O nie... - jęczy teatralnie Karolina. - Straciliśmy Ewę. Proszę państwa, oto narodziny osoby, która zacznie oglądać procesy dla przyjemności.
- Bardzo śmieszne.
- Nie, no serio. Co napisał?
- Że sala sądowa to w zasadzie mały fragment pracy sędziego. Że większość czasu to czytanie akt, chaos organizacyjny, odwołane rozprawy, urzędnicy, wakaty, biurokracja...
Karolina mruga.
- Czyli jeszcze mniej sexy.
- Dużo mniej sexy.
- Ewa, błagam. Chcesz robić film o ludziach siedzących nad papierami?
I właśnie wtedy dociera do mnie coś dziwnego.
- Chyba chcę nakręcić film o ludziach próbujących zrobić coś dobrego w systemie, który nie zawsze działa.
Moja przyjaciółka patrzy na mnie długo. Takim wzrokiem, który znam od lat. "Okej, zaczęło się. Ona już odpłynęła".
- Ty się w tym projekcie zakochałaś - mówi spokojnie.
Kręcę głową.
- Jeszcze nie. - Milczę przez chwilę. - Ale mam poczucie, że może ten film nie powinien być o wygrywaniu spraw.
- Tylko?
Patrzę na wirującą w kawie piankę.
- O tym, ile człowiek jest w stanie unieść, zanim przestanie wierzyć, że to wszystko ma sens.
Karolina wzdycha teatralnie.
- Jezu, ale to brzmi dobrze.
Unoszę brew.
- Serio?
- Serio. Tylko błagam, zostaw chociaż jednego przystojnego prawnika. Dla kobiet. Z solidarności płciowej.
- Zastanowię się.
- Nie zastanawiaj się. Wpisz. Najwyżej później wytniesz.
I pierwszy raz od kilku dni czuję, że ten chaos w głowie nie jest taki straszny.
Ktoś właśnie pomógł mi zobaczyć, że może nie zgubiłam pomysłu.
Może dopiero zaczynam rozumieć, o czym naprawdę ma być ta historia.
Mecenas Dubois chyba zaczął się wkręcać w tę współpracę, bo następnego dnia o dziewiątej mam już na skrzynce mailowej jego odpowiedź.
jacekdubois@gmail.com
do: Ewa Kwiatkowska ?
To, o co pytasz, to jedna z największych adwokackich traum. Wyobraź sobie następującą sytuację: zgłasza się do Ciebie rodzina mężczyzny oskarżonego o zamordowanie swojej świeżo poślubionej żony. Nie ma bezpośrednich dowodów winy, to proces poszlakowy. Prokuratura z różnych elementów obciążających chłopaka stara się stworzyć nierozerwalny łańcuch poszlak wykluczający wszelkie inne wersje przebiegu zdarzeń.
Nie wiem, czy już Ci opowiadałem, o co chodzi z tym procesem poszlakowym. Otóż czasem mamy do czynienia z bezpośrednimi dowodami na to, że ktoś dopuścił się zarzucanego mu czynu: może to być świadek, który widział zdarzenie, albo nagranie z kamery monitoringowej, które je utrwaliło. Są jednak sprawy, w których nie ma bezpośredniego dowodu przestępstwa. Na przykład: do zabójstwa doszło w mieszkaniu, w którym nie było nikogo poza ofiarą i sprawcą. Taka sytuacja nie wyklucza możliwości dowiedzenia komuś winy. W takim przypadku nie mówimy o dowodach, a o poszlakach. Poszlaką może być fakt, że w czasie poprzedzającym zbrodnię ktoś widział podejrzanego na podwórku domu, w którym mieszkała ofiara. To nie dowodzi popełnienia przestępstwa, ale wskazuje, że oskarżony tam był i mógł go dokonać. Drugą poszlaką może być, na przykład, włos podejrzanego znaleziony w mieszkaniu ofiary. On również nie dowodzi faktu zabójstwa, ale uprawdopodabnia, że podejrzany tam był. Oczywiście taką poszlakę da się obalić - może się okazać, że prawdziwy sprawca podrzucił ten włos, aby rzucić podejrzenie na niewinną osobę.
Żadna z tych poszlak sama w sobie nie dowodzi, że zabójstwa dokonał podejrzany, ale wszystkie razem mogą wskazywać na jego winę. To, czy będą wystarczające, zależy od okoliczności sprawy. Załóżmy, że podejrzany jest sąsiadem ofiary z tego samego piętra. Bywał u niej codziennie, ponieważ robił jej zakupy. Nie ma zatem nic dziwnego w tym, że widziano go na podwórku ani że w mieszkaniu ofiary znaleziono jego włos. Skoro stale tam bywał, anomalią byłby raczej brak jego śladów. Takie poszlaki nie wystarczą więc do przedstawienia mu zarzutu zabójstwa.
Wyobraźmy sobie jednak, że podejrzanym jest kuzyn ofiary, z którym zamordowany toczył spór o spadek. Kuzyn na co dzień mieszka w innym mieście i nigdy nie był w domu ofiary. W takiej sytuacji zeznanie świadka, który bezpośrednio przed zbrodnią widział podejrzanego na podwórku, oraz jego włos na miejscu zbrodni, uprawdopodobniający, że przebywał w mieszkaniu, do którego ofiara zapewne by go nie wpuściła dobrowolnie, pozwalają już sformułować zarzut.
Proces poszlakowy to zatem próba odtworzenia jakiegoś zdarzenia z fragmentów dowodów, z których żaden samodzielnie nie pozwala zrekonstruować jego przebiegu, lecz wszystkie połączone w logiczną całość mogą umożliwić odtworzenie wydarzeń. Tyle że od postawienia hipotezy do udowodnienia winy prowadzi długa droga. Dlatego w procesie poszlakowym trzeba nie tylko przedstawić hipotetyczną wersję przebiegu zdarzeń, lecz także doprowadzić do tego, by zebrane dowody pozwoliły wyeliminować wszelkie inne wersje. Skazać oskarżonego można dopiero wtedy, gdy ma się pewność, że nie jest realny inny scenariusz przebiegu tej zbrodni. Jeżeli można wyobrazić sobie inną wersję wydarzeń, nawet znacznie mniej prawdopodobną, to wszelkie wątpliwości należy rozstrzygnąć na korzyść oskarżonego i wydać wyrok uniewinniający.
Wróćmy jednak do przykładu, od którego zacząłem: na winę chłopaka wskazują różne poszlaki, ale nie ma bezpośredniego dowodu, że to on dokonał zabójstwa. Idziesz zatem do więzienia i spotykasz miłego, kulturalnego człowieka, zafrasowanego śmiercią żony, którą kochał, i przekonującego Cię, że nie miał z tym zabójstwem nic wspólnego. Chłopak wydaje się wiarygodny i analizując akta, nabierasz przekonania, że próżno szukać w nich dowodów wskazujących z niezbitą pewnością na winę Twojego klienta. Przystępujesz zatem do obrony ze zdwojonym zapałem i podczas procesu punkt po punkcie obalasz wszystkie argumenty oskarżenia. Po wielu rozprawach dochodzi do wydania prawomocnego wyroku uniewinniającego. Twój klient jest już po wsze czasy oczyszczony z zarzutu, chroni go bowiem zasada powagi rzeczy osądzanej, zgodnie z którą nikt nie może być sądzony dwa razy za to samo przestępstwo. Klient jest już więc bezpieczny. Wychodzicie z sądu, a on pyta Cię, czy może Ci powiedzieć coś w zaufaniu. Odpowiadasz, że oczywiście, obowiązuje Cię przecież tajemnica adwokacka, zgodnie z którą nie możesz nikomu w żadnej sytuacji wyjawić, czego dowiedziałaś się od swojego klienta.
- Otóż muszę powiedzieć, pani mecenas, że odwaliła pani kawał solidnej roboty w tym procesie. Muszę pani wyznać, że gdy zabijałem żonę, wcale nie byłem pewien, czy mi to ujdzie płazem. Naprawdę świetna robota.
W tym momencie mogą się pod Tobą ugiąć nogi. Masz ochotę stanąć na barierze mostu i skoczyć do rzeki. Większości adwokatów przydarzyły się podobne historie - opisuje to szczegółowo mecenas Krzysztof Piesiewicz w wywiadzie-rzece, który przeprowadził z nim Michał Komar. Mnie również zdarzyło się coś podobnego, z uwagi na tajemnicę zawodową nie mogę jednak tej historii nikomu opowiedzieć i muszę ją przeżywać sam.
Spodziewam się, że za chwilę w tym, co Ci opisuję, dostrzeżesz pewną niekonsekwencję i poprosisz o wyjaśnienia. Postaram się zatem Cię uprzedzić. Zapewne zastanawia Cię źródło mojej frustracji. Wszak opowiadałem Ci, że ponad dziewięćdziesiąt procent oskarżonych zostaje skazanych. Podejmując się obrony, muszę się liczyć z tym, że reprezentuję osobę, która dopuściła się zarzucanego jej czynu, a wykonując swoją pracę dobrze, mogę pomóc winnemu uniknąć odpowiedzialności karnej. I masz rację, ale spójrz na to z drugiej strony: gdybym wykonywał swoją pracę źle albo w ogóle jej nie wykonywał, mogłoby dojść do sytuacji, w której skazano by niewinną osobę. Prokurator popełnił błąd, stawiając jej zarzuty, a ona nie miała zagwarantowanej należnej jej obrony. A co gorsza, prawdziwy winny nie poniósłby odpowiedzialności.
Punktem wyjścia w naszej pracy jest zasada domniemania niewinności: każdego, kto nie został skazany prawomocnym wyrokiem sądu, uznaje się za niewinnego. Nawet gdy komuś zostaną postawione zarzuty, korzysta on nadal z tego domniemania. Kiedy więc klient zgłasza się do adwokata po pomoc, musimy przyjąć, że jest on niewinny. Klient ma ustawowo zagwarantowane prawo do obrony, a obowiązkiem adwokata jest zapewnienie mu faktycznej możliwości skorzystania z tego prawa.
Kolejna procesowa zasada brzmi: to na oskarżycielu spoczywa obowiązek wykazania winy oskarżonego. Oskarżony nie musi się nawet przed tymi zarzutami bronić, ponieważ jego winy nie można domniemywać, trzeba mu ją udowodnić.
Przypomnijmy sobie reguły tego dowodzenia: wszystkie wątpliwości powstałe w trakcie procesu należy rozstrzygać na korzyść oskarżonego. Wina musi być stwierdzona ze stuprocentową pewnością. Jeżeli tej pewności nie ma, powinien zapaść wyrok uniewinniający.
Teraz powróćmy do samego początku: gdy zgłasza się do nas klient, korzysta z domniemania niewinności, zakładamy zatem, że jest niewinny. Naszym obowiązkiem jest działać wyłącznie na jego korzyść, analizujemy więc materiał dowodowy przedstawiony przez prokuraturę, szukając w nim słabych punktów. Jako obrońcy musimy się chwytać każdej szansy, by pomóc naszemu klientowi. Możemy podważać wiarygodność świadków, możemy przedstawiać własne dowody, możemy wskazywać na naruszenie procedur w trakcie postępowania, możemy prowadzić spór o wykładnię prawa. Możemy też wskazywać na niekompletność przedstawionych przez prokuraturę dowodów, wykazując, że nie można z nich wywieść winy oskarżonego. Obserwując salę sądową, musisz zwrócić uwagę na bardzo ścisły podział ról w procesie. Zadaniem prokuratora jest oskarżać, czyli przedstawiać dowody winy oskarżonego. Ma on jednak obowiązek pozostać obiektywnym, co oznacza, że musi przeprowadzać dowody zarówno na korzyść, jak i na niekorzyść oskarżonego. Musi się starać, by osoba winna poniosła odpowiedzialność karną, a równocześnie aby niewinny takiej odpowiedzialności nie poniósł. Jeśli prokurator się zorientuje, że oskarżył osobę niewinną, powinien się z oskarżenia wycofać, umarzając zarzuty lub cofając akt oskarżenia.
Obrońcę obowiązują inne zasady: jest on zobligowany do działania wyłącznie na korzyść klienta. Jeżeli ma dowody jego winy, nie tylko nie musi ich ujawniać, lecz wręcz przeciwnie, ma obowiązek utrzymać je w tajemnicy. Świadome użycie dowodów przeciwko klientowi byłoby deliktem.
Równocześnie obronę obowiązuje zasada lojalności wobec organów procesowych: w procesie adwokat nie może się świadomie posługiwać nieprawdziwymi dowodami. Dla przykładu: obrońca nie może złożyć w sądzie zaświadczenia lekarskiego, jeżeli wie, że jest ono fałszywe, albo zgłosić dowodu z przesłuchania świadków na okoliczność alibi oskarżonego, gdy ma świadomość, że świadkowie będą kłamać.
Proces sądowy jest kontradyktoryjny i polega na prowadzeniu sporu między oskarżycielem a obrońcą. Spór ten rozstrzyga sędzia, który po zapoznaniu się z materiałem dowodowym i wysłuchaniu argumentów obu stron powinien wydać sprawiedliwy wyrok. W tej konfiguracji adwokat o niczym nie decyduje, nie osądza oskarżonego, jedynie argumentuje. Rozstrzygnięcie sprawy należy do sądu. Dzięki takiej konstrukcji procesu o winie lub niewinności oskarżonego decyduje osoba niezainteresowana wynikiem sporu, która ma jedynie wydać wyrok zgodny z materiałem dowodowym i przepisami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki