Nie daję się - Tadeusz Bednarczyk

-
Proszę czekać

Prawdę mówiąc

"Szanowny Panie Prezydencie, nazywam się Tadeusz Bednarczyk, jestem przedsiębiorcą i proszę o pomoc w naprawieniu krzywdy wyrządzonej mi jako człowiekowi" – tak zwykle zaczynały się moje listy do trzech prezydentów, kilku premierów, kilkunastu ministrów, do prokuratorów generalnych, rzeczników praw obywatelskich, rektorów wyższych uczelni, naczelnych redaktorów gazet. Napisałem tych listów setki, zwracałem się do każdego, kto mógłby mi pomóc, poruszyłem niebo i ziemię w obronie praw człowieka. Wydałem setki tysięcy złotych na prawników.

I nic.

No, prawie nic... Czasem dostawałem odpowiedzi typu "świetnie rozumiem pana sytuację, ale niestety nic nie mogę w tej sprawie zrobić". Powstało kilka obiektywnych artykułów prasowych, jeden program telewizyjny, spotkałem na swej drodze wielu ludzi, którzy rzeczywiście chcieli pomóc, lecz mieli niewielkie możliwości.

Jestem jak ci ludzie, którzy nie widząc znikąd nadziei, stają przed sądem (prokuraturą, Sejmem, Pałacem Prezydenckim) z kartonową planszą naklejoną na drewno i z nabazgranymi nierówno kulfonami krzyczącymi o niesprawiedliwości i bezprawiu, "o łamaniu praw człowieka".

Mnie również spotkała niesprawiedliwość i bezprawie. Jedno i drugie zrujnowało mnie psychicznie i materialnie. Straciłem wiele lat życia na dochodzenie do prawdy, która dla mnie niezmiennie oznacza oczyszczenie się z bezpodstawnych i absurdalnych zarzutów. W świetle prawa jestem człowiekiem skazanym – co także odebrało mi możliwość zarabiania pieniędzy, a przede wszystkim pozbawiło mnie czci, honoru i dobrego imienia.

Nie widząc innej możliwości, postanowiłem spisać wszystko, co do tej pory pisałem w setkach pism do ludzi rządzących Polską. Jest to zarówno spowiedź rozumiana jako wyznanie grzechów i zasług, jak i skarga na zbieg niekorzystnych okoliczności (za którymi zawsze stoją ludzie o konkretnych nazwiskach) oraz przestroga dla tych, których nie spotkało nic złego. Na razie nie spotkało... Chcę także, aby książka ta była przestrogą: oto, co może spotkać człowieka, który wierzy, że prawo w Polsce jest przestrzegane i chronione nie tylko Konstytucją, ale również przez władze państwa.

Książka, którą oddaję w Wasze ręce, Szanowni Czytelnicy, jest właśnie taką kartonową planszą naklejoną na deskę i trzymaną przez tych, którzy wyczerpali wszystkie inne możliwości dochodzenia sprawiedliwości. Wybaczcie kulfony i bazgroły, które zwykle są efektem gonitwy myśli, niewprawności w opowiadaniu czy takiego skomplikowania rzeczy, że nie sposób oddać ich prawdziwej natury.

Musicie wiedzieć tylko jedno: wszystko, co przeczytacie, jest prawdą. Nie subiektywną prawdą, moją prawdą czy prawdą z pewnego punktu widzenia. Prawda jest jedna.

Prawda, którą napisałem, jest naga. I okrutna.

 

Autor

 

 

 

* * *

Przyszli w nocy z piątku na sobotę. Sześciu zbrojnych: dwóch ukryło się przy bramie, dwóch obstawiło front budynku, jeden pilnował tyłu, dowódca – niejaki Kmiołek pochodzący z Rząśnika – zapukał w szybę w oknie kuchennym, a gdy nie usłyszał żadnego ruchu, zaczął walić kolbą pistoletu w drzwi. Głuchy odgłos tłumił leżący wokoło śnieg.

Po chwili wewnątrz można było usłyszeć skrzypnięcie łóżka, szuranie, trzask zapałki, znów szuranie, tym razem bliżej drzwi.

– Kto tam? – spytał męski głos.

– Otwierać! – Kmiołek chciał, by szept brzmiał jak najbardziej stanowczo.

– Kto tam?

– Otwierać, bo pozabijam, a chałupę puszczę z dymem!

Gdy tylko drzwi się uchyliły, dwaj podkomendni Kmiołka pchnęli je, prawie wyłamując framugę. Do domu wpadło mroźne powietrze. Gospodarz odskoczył, znalazł się na środku kuchni, gdzie już stała jego żona. Objęli się.

– Narodowe Siły Zbrojne – przedstawił się Kmiołek, dotykając lufą pistoletu daszka czapki. – Złoto, dolary, pieniądze, lekarstwa, kiełbasa, wszystko wyłóżcie na stół, jeśli chcecie żyć.

– Nie mamy, panie oficerze – jęknęła gospodyni.

– Nie mamy – potwierdził mąż. – Nawet słoniny już nie mamy... Kmiołek spojrzał na podwładnego, który otworzył kredens, poświecił latarką, a potem pokręcił głową. Drugi myszkował w spiżarni, ale też niczego nie znalazł.

– Przysięgam, panie oficerze, że nic nie mamy. – Kobieta zrobiła krok w stronę Kmiołka i natychmiast upadła uderzona kolbą.

– Tylko się rusz. – Dowódca ostrzegł gospodarza. – Jak coś znajdziemy, dostaniesz kulkę w łeb!

Przetrząsnęli dom w kilka minut. Zabrali napoczęty bochen chleba i kożuch. Był to obszerny, szorstko garbowany barani kożuch, jaki nosili stróże i woźnice. Z dużym wykładanym kołnierzem i kościanymi zapinkami.

Gdy wyszli, mężczyzna przeżegnał się, a kobieta wybuchła płaczem. Oboje długo wpatrywali się w ciemność za oknem. Bardziej poczuli niż zobaczyli, że zaczął padać śnieg.

*

To wydarzenie, do którego doszło jeszcze przed moim urodzeniem, z pozoru błahe – w końcu nikt nie zginął, nikt nie został ranny, wyglądało groźnie, ale szybko się skończyło – wywarło druzgocący wpływ na życie całej naszej rodziny. Mój ojciec trafił do więzienia i już nigdy nie odzyskał zdrowia, matce lata nędzy i samotnego wychowywania czwórki dzieci odebrały radość życia, moje rodzeństwo straciło szansę na szczęśliwe dzieciństwo, a ja straciłem coś jeszcze: umiejętność pogodzenia się z niesprawiedliwością, która przychodzi ze strony władzy. Za to ostatnie płacę do dziś. Gdybym umiał zgiąć kark, pokornie przyjąć na siebie winę, choć nie zrobiłem nic złego, posmarować urzędnikowi, gdy się tego domaga – dziś zapewne byłbym w zupełnie innym miejscu niż jestem. Ale po kolei.

*

Do tego kożucha rodzice musieli mieć dość sentymentalny stosunek, bo mama kilka razy mi go potem dokładnie opisywała. Jaki był ciepły; jak ona go nosiła, ściskając się pasem w talii; jak nosił go ojciec tylko na koszulę i w ogóle nie marzł... W aktach, które odnalazłem po ponad pięćdziesięciu latach w Instytucie Pamięci Narodowej, nie ma opisu kożucha. Jest tylko adnotacja w rubryce "dowody rzeczowe": "kożuch barani, szt. 1".

Ojciec nie znał Kmiołka, Narodowe Siły Zbrojne kojarzył tylko z nazwy, wiedział, że to grupa ludzi, która nie chciała się pogodzić ze zmianami. Zawsze trzymał się z daleka od polityki, ale tym razem polityka nie chciała się trzymać z daleka od niego. Jako lojalny obywatel ludowej Rzeczpospolitej Polskiej odczekał sobotę i niedzielę, gdy posterunek milicji w Gródku Nowym był zamknięty, a w poniedziałek z samego rana zameldował o kradzieży chleba i kożucha. Milicjanci przyjęli zgłoszenie, zadali kilka rutynowych pytań, na które ojciec nie potrafił zresztą odpowiedzieć.

Minęło parę tygodni. Pewnego dnia milicjant przyniósł wezwanie do Urzędu Bezpieczeństwa w Pułtusku.

– No, panie Bednarczyk, pewnie pański kożuch się odnalazł...

Do Pułtuska szło się pół dnia, szybciej było rowerem albo furą. Ojciec najwidoczniej uznał, że rowerem do władzy ludowej jechać nie wypada, bo zaprzągł konia do furmanki i z samego rana wyruszył do miasta. Zajechał na rynek, koniowi zadał siano i ściskając czapkę w ręku, wszedł po schodach na pierwsze piętro.

Wieczorem znajomy rodziców przyjechał furmanką ojca do domu.

– Posadzili go – powiedział matce. – Źle to wygląda, pani Bednarczykowa... Mama, jak mi później opowiadała, z początku nie bardzo się przejęła: jak posadzili, to i wypuszczą... Choć z drugiej strony wiedziała, że gdy ktoś raz trafi do aresztu UB, to szybko stamtąd nie wyjdzie. Nazajutrz pojechała więc do Pułtuska, ale niewiele się dowiedziała.

– Posiedzi do procesu.

*

Z akt IPN można w miarę dokładnie odtworzyć tę historię. W tydzień po najściu na dom rodziców oddział Kmiołka wpadł w zasadzkę zastawioną przez UB. Nie wiem, czy liczył na to, że zeznania mu pomogą, czy chciał się zemścić na ojcu za to, że ten doniósł o kradzieży kożucha; tak czy inaczej na liście najbardziej gorliwych pomocników NSZ w powiecie znalazło się nazwisko ojca. Kmiołek powiedział, że kontaktował się z nim co najmniej trzy razy: raz dostał pieniądze, raz kilka kilo słoniny, a ostatnim razem kożuch. Nic mu to nie pomogło. Został skazany dwadzieścia dziewięć razy na karę śmierci, stracono go latem 1952 roku na Mokotowie.

– Tak że widzicie, Bednarczyk, nikt wam tego kożucha nie ukradł, wyście go po prostu bandytom dali po dobremu. Od dawna utrzymujecie kontakty ze zbrojnym podziemiem, jesteście wrogiem ustroju ludowego, wrogiem ludu. Wprawdzie myśmy się po kułaku niczego innego nie spodziewali, ale bywają wyjątki... Teraz będziecie mieć dosyć czasu, żeby przemyśleć wszystkie swoje zbrodnie, odpokutować za nie, kto wie, może nawet zejdziecie ze złej drogi, chociaż tacy jak wy, nigdy nie będą dobrymi obywatelami.

Ojciec stanął przed sądem na początku 1952 roku. Prokurator wyciągnął mu nawet to, że nie wziął udziału w referendum trzy razy tak. Ani podczas śledztwa, ani podczas procesu ojciec nie przyznał się do winy, składał zeznania spójne i logiczne. Został uznany winnym udziału w grupie zbrojnej dążącej do obalenia władzy ludowej. Prokurator zażądał dwudziestu lat, sąd wymierzył mu dwanaście, w apelacji karę zmniejszono do dziewięciu. Wypuścił go dopiero Gomułka w roku 1956. Ja urodziłem się pięć lat wcześniej. Jako dziecko nie wiedziałem, że mam ojca.

Miałem się boleśnie przekonać, że niesprawiedliwość, która spotkała ojca, przeszła na następne pokolenie Bednarczyków.

 

Obchody 30. rocznicy święceń kapłańskich ks. Janusza Mroczkowskiego (drugi z lewej)

 

 

Syn kułaka

Nie wiem zbyt wiele na temat losów mojej rodziny. Nie miałem czasu ani samozaparcia, żeby je studiować. Ale mam wrażenie, że przedsiębiorczość i determinacja w dążeniu do wyznaczonego celu to u nas coś na kształt obciążenia dziedzicznego. Przez więcej niż sto lat kolejne pokolenia Bednarczyków wykazywały upór w dorabianiu się majątku. Czasy były niedobre i większość z tego, co udało nam się zdobyć, przepadała w kolejnych zawieruchach historii – a my z uporem zaczynaliśmy od nowa. Majątek utracony po powstaniu styczniowym dziadek zastąpił ziemią kupioną od rosyjskiego majora, który dostał ją za gnębienie powstania. To był kawał gruntu – prawie sześćdziesiąt hektarów; wówczas na Mazowszu, gdzie własność była rozdrobniona, stanowiło to naprawdę duże gospodarstwo. Mój ojciec, który odziedziczył jego połowę, uchodził za człowieka majętnego i przedsiębiorczego – i przedsiębiorczy rzeczywiście był. Jeszcze przed wojną stosował wymianę materiału siewnego, odnowę materiału hodowlanego, nawozy sztuczne. Pamiętam, że rolnicy z sąsiednich wsi przyjeżdżali radzić się, dlaczego on ma trzydzieści kwintali z hektara, a im wychodzi najwyżej po piętnaście... Potem przyszła wojna i oczywiście było ciężej – ale i podczas okupacji dom moich rodziców w Gródku Nowym był miejscem, w którym ludzie znajdowali pomoc i wsparcie. Jedną z takich osób była moja matka.

Matka przyjechała do Gródka, żeby uniknąć deportacji. Przez całą okupację prowadziła ojcu dom, ale ze ślubem zwlekali do jej zakończenia – ze względu na perturbacje urzędowe. W Gródku była tzw. wacha – rodzaj strefy buforowej na granicy Rzeszy i protektoratu; stwarzało to problemy z zameldowaniem, wiązało się z wymianą papierów, co z kolei pociągało za sobą nie tylko koszty, lecz także konieczność potwierdzenia statusu obywatelskiego. Krótko mówiąc, ojciec miał powody, żeby obawiać się kontaktu z urzędnikami Hitlera...

Nigdy nie pytałem, jak życie bez ślubu postrzegali bliscy i znajomi rodziców – zapewne niezbyt przychylnie, bo wszyscy byli głęboko wierzący. W dniu ślubu ojciec miał czterdzieści jeden lat, w rozumieniu ówczesnym był więc stary nawet jak na starego kawalera.

Okupację wspominali oboje jako niekończącą się pracę w warunkach zawieruchy: nikt nikomu nie ufał, każdy mógł ni stąd ni zowąd wyjąć broń i zastrzelić każdego z byle powodu lub zgoła bez powodu. Niemcy, partyzanci, Żydzi, uciekinierzy z oflagów i stalagów. Ojciec był wrażliwy na cudze nieszczęście, ukrywał w domu ludzi wyjętych spod ówczesnego prawa. Jednym z nich był młynarz pozbawiony majątku przez hitlerowców, poszukiwany za czyny, których nie dokonał. Gdy ojciec zanosił mu posiłek do piwnicy, siadał na moment i słuchał młynarskich opowieści. Banita roztaczał wizję dostatniego życia pod jednym tylko warunkiem – "jak to wszystko się skończy, buduj, bracie, młyn, bo jeść musi każdy". Ojciec tak wziął to sobie do serca, że od razu po skończeniu wojny zaczął stawiać młyn.

Innym zbiegiem i lokatorem ojcowej piwnicy był Żyd i komunista nazwiskiem Urko. On nie wiódł żadnych opowieści, nasłuchiwał tylko złowrogich dźwięków jak spłoszone zwierzę, w każdej chwili spodziewając się wtargnięcia Niemców. Był tak znerwicowany, że po kilku miesiącach ojciec wywiózł go z Gródka do Topolnicy, do brata, u którego przeżył pod podłogą całą okupację. Po wojnie Urko był prokuratorem wojskowym w Warszawie, odwiedził nawet rodziców, podziękował, powspominał, pochwalił nowe porządki. Gdy ojca aresztował UB, matka pojechała do Urki po pomoc. Trzy dni przesiedziała na schodkach, zanim stanęła przed obliczem towarzysza prokuratora pułkownika.

– Wiesz, że jest niewinny – przekonywała mama. – Żaden z niego polityk, nigdy w nic się mieszał, znasz go tak samo dobrze, jak ja. Jak za okupacji z nikim nie współpracował, to jak mógł po okupacji współpracować, no sam powiedz... Ty teraz dużo możesz, zadzwoń, gdzie trzeba i powiedz, że jest niewinny.

– Oj, Lodka, Lodka (mama miała na imię Leokadia), jak ty nic z tego nie rozumiesz. Winny, niewinny, to nieważne. Czasy są takie, że nawet niewinni muszą odpowiadać. Nic ci nie poradzę. Nawet gdybym mógł zadzwonić, to jemu nie pomogę, a mnie mogą posadzić za ten jeden telefon.

Gdy ojciec wyszedł z więzienia, pułkownik Urko przysłał mu mundur bez dystynkcji, żeby miał w czym chodzić. I już nigdy więcej się nie odezwał.

Słuchając tej historii jako nastolatek, nie mogłem zrozumieć rażącej niesprawiedliwości: ojciec ryzykował dla niego życie, a on nie chciał zaryzykować kariery.

– A może on też ryzykował życie, wie to człowiek? – pytał ojciec i odchodził, nie czekając na odpowiedź.

*

Jak można się było spodziewać, pierwsze lata po wojnie rodzice spędzili na budowaniu młyna. Praca na roli przynosiła większy dochód niż w czasie okupacji, a ojciec każdy grosz przeznaczał najpierw na budowę, a potem na wyposażenie młyna.

– Przez ten młyn to żyjemy gorzej niż za Niemca – narzekała mama, ale i ją pociągał miraż lepszego życia. Bo przed wojną kto był najznaczniejszy we wsi? Ksiądz proboszcz, sołtys i młynarz.

W Gródku nie było elektryczności, a żarna we młynie obsługiwała maszyna parowa. Nie było skąd brać drewna na opał, bo lasy upaństwowiono, a cała wycinka szła do odbudowywanej Warszawy. Ojciec postanowił przerobić maszynę na tzw. fortgaz – było to niesłychanie kosztowne; wszystko, co ojciec zarobił na mieleniu zboża, pochłonęła ta modernizacja.

– Nie było młyna, była bieda, teraz mamy młyn, a bieda większa – komentowała nieoceniona mama.

Gdy ojciec poszedł do więzienia, matka miała zamiar prowadzić młyn, choć nie znała się na tym kompletnie. Szybko jednak "dobrzy ludzie" z okolicy wybili jej to z głowy.

Jak będziesz biedna, to starego szybciej wypuszczą, a jak bawisz się w młynarkę, to przesiedzi cały wyrok.

Diabli wiedzą, czy w tej logice był jakiś rozsądek... Już bardziej wierzę w siłę konkurencji – w Gródku były jeszcze dwa młyny i nikomu, zwłaszcza młynarzom, nie był potrzebny trzeci.

Matka posłuchała jednak tych rad, odpuściła sobie młyn i zamiast niego zajęła się pisaniem listów. Nie mogąc się pogodzić z wyrokiem, po tym, jak pomocy odmówił jej prokurator Urko. Umyśliła sobie, że ktoś w końcu zauważy taką jawną niesprawiedliwość i ujmie się za nią. Wystarczy tylko zawiadomić, kogo trzeba. I zaczęła pisać skargi: do sądów wszystkich szczebli, do prokuratury, do władz lokalnych, wreszcie do prezydenta Bieruta.

Kilka dni po wysłaniu tego ostatniego listu odwiedził mamę milicjant.

– Pani Bednarczykowa, po co pisać? Po co towarzyszowi prezydentowi głowę zawracać? Czy to on ma głowę do takich, jak pani mąż?

Matka zacisnęła usta i wieczorem napisała kolejny list – do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Poskarżyła się, że jest bez środków do życia z czworgiem małych dzieci, a mąż siedzi w kryminale, niesłusznie skazany za rzekome przestępstwo polityczne.

Tym razem milicjant już nie pytał życzliwie, tylko groził:

– Jak źle pani na wolności, to sprawimy, że to się zmieni. Pójdzie pani za mężem, a dzieci do przytułku. I żaden Czerwony Krzyż nie pomoże! Jeszcze jeden list i przestaniemy się patyczkować.

I tak mama przestała kupować papier i koperty, a za pieniądze za sprzedane jajka nie nabywała już atramentu i znaczków pocztowych.

*

W roku 1956, po odwilży Gomułki, gdy ojciec wrócił po pobycie w więzieniach w Pułtusku, Mławie i Działdowie, zastał pustą skorupę młyna – wybite szyby, spróchniałe podłogi, pordzewiałe maszyny... Te, które zostały, bo większość rozkradziono. Tak skończył się sen kułaka o młynarzowaniu.

Z więzienia ojciec wrócił ciężko chory. Przez parę lat zajmował się głównie swoim zdrowiem – i jednocześnie walczył o to, żeby oddłużyć gospodarstwo. W końcu udało mu się spłacić wszystkie zaległe podatki i oddalić groźbę licytacji. Gdy nieco się odbił, namówił chłopów do założenia kółka rolniczego i nawet sam wyłożył pieniądze na wkład własny w zakup jakiegoś sprzętu rolniczego, na który władza wówczas dawała spółdzielniom tzw. przydział. Młyna już nie udało się uratować, ale ojciec uruchomił tam śrutownik, żeby rolnicy nie musieli jeździć po kilkanaście kilometrów, aby przetrzeć ziarno na śrutę dla trzody chlewnej. Jakoś udawało nam się wiązać koniec z końcem – ale w dostatku nie żyliśmy.

*

Na własnej skórze odczułem, co to znaczy być synem kułaka. Bo po powrocie do domu ojciec wprawdzie nie był już wrogiem ludu, ale kułakiem pozostał na długo. Do szkoły w Wyszkowie dojeżdżałem autobusem, często był przepełniony. Wyrzucano mnie z pojazdu.

– Syn kułaka może poczekać na następny! Albo niech idzie pieszo! Zresztą wcale nie musi się kształcić...

Zauważyłem prawidłowość – im kto był uboższy, ten był bardziej bezwzględny, zawzięty, zawistny. Większość okolicznych mieszkańców dostała ziemię z reformy rolnej, ale było jej za mało, by się utrzymać, musieli więc szukać pracy w mieście. Ci chłoporobotnicy wyobrażali sobie, że gdyby mieli – jak rodzice – trzydzieści hektarów, to by nie musieli codziennie tracić czasu na dojazd do pracy, żyliby jak królowie z uprawy własnej roli. To była nieprawda i kolejna rażąca niesprawiedliwość, z którą się spotykałem.

Im ktoś miał więcej ziemi, tym więcej dostaw obowiązkowych musiał oddawać. Praca w mieście oznaczała może nie wielką, ale stałą płacę. Prosiaka dało się utuczyć, kury grzebały na podwórku, w oborze krowy – pensję można było przeznaczyć na buty i ubranie. Nam powodziło się gorzej: gospodarstwo było zadłużone, ojciec przez cztery, pięć lat po wyjściu z więzienia chorował, potrzebne były pieniądze na lekarzy i leki. Wystarczył rok nieurodzaju i gospodarstwo popadało w kolejne długi. Paradoksalnie więc kułakowi i jego rodzinie żyło się znacznie biedniej niż chłopskim rodzinom uchodzącym za ubogie. Dość powiedzieć, że biały chleb jadaliśmy w co drugą niedzielę, a mięso dwa razy w roku – na Boże Narodzenie i w Wielkanoc. Czarny chleb posypany cukrem i do tego gorzka kawa zbożowa – taki posiłek najczęściej dostawałem na śniadanie i kolację. Pod warunkiem że był w domu cukier...

*

Z dokumentów IPN wynika niezbicie, że ojciec był inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa aż do połowy lat sześćdziesiątych. Chociaż czasy się zmieniły, to miejscowi esbecy najwidoczniej nie mieli nic lepszego do roboty, jak tylko sprawdzać, co słychać u Bednarczyków. Raporty pisali oszczędnie: ojciec rodziny to, najstarszy syn tamto, młodszy owamto. Niby nic nagannego ani tym bardziej niezgodnego z prawem, ale rękę na pulsie władza ludowa trzymała.

Znacznie później – tuż przed maturą – ubiegałem się o przyjęcie do wyższej szkoły oficerskiej. Uznano mnie za zbyt słabego zdrowia, chociaż w Wojskowej Komisji Uzupełnień przydzielono mi kategorię A. Próbowałem wyjaśnić tę następną niesprawiedliwość albo co najmniej rozbieżność.

– Panie kolego, zapomnijcie o uczelni... – Oficer z WKU poklepał mnie po ramieniu. – W czasie umacniania władzy ludowej wasza matka napisała tyle złych listów, skarżyła się, odgrażała... Czerwony Krzyż chciała zawiadomić, że władza ją krzywdzi, pisała do ONZ. Widzicie, panie kolego, wyście nienawiść do naszego socjalistycznego ustroju wyssali z mlekiem waszej matki i do niej teraz miejcie pretensje. Ani oficerem nie zostaniecie, ani żadnego innego kierowniczego stanowiska nie obejmiecie. Ani wy, ani wasze dzieci do czwartego pokolenia. Nie wiem, czy dobrze mnie zrozumieliście, panie kolego.

*

– Tato, a może byśmy młyn uruchomili? – spytałem kiedyś przy kolacji, popijając kawę zbożową bez cukru. Miałem z dziesięć lat, rozumiałem już, że własny młyn, którego budynek mamy na wyciągnięcie ręki, mógłby wydobyć nas z niedostatku.

Ojciec fuknął na mnie. Próbował coś odpowiedzieć, aż w końcu poczerwieniał na twarzy i wstał od stołu. Matka przytrzymała mi rękę, gdy chciałem zadać następne pytanie. Jakiś czas potem opowiedziała mi, że do uruchomienia młyna namawiali już ojca miejscowi działacze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Obiecali, że pomogą, ale nie pomogli, gdy urząd odmówił jednej zgody, potem drugiej. Zresztą rodzicie nie mieliby za co odbudować młyna – każdy grosz szedł na spłatę długów.

Buntowaliśmy się – pracowaliśmy więcej niż dzieci z teoretycznie biedniejszych gospodarstw, a pieniędzy wciąż nie było. Bywały lata, że brakowało na podatki, dostawy obowiązkowe. W każdej chwili mógł przyjść sekwestrator i ogłosić licytację gospodarstwa.

Pierwszy raz zetknąłem się wówczas z dziwnym zjawiskiem handlowym. Ojciec często wyjeżdżał na Ziemie Odzyskane, gdzie kupował dużo zboża. Na targowisku kosztowało tam znacznie mniej niż na Mazowszu; jeden transport – czyli tyle, ile mieściło się na jednej ciężarówce – starczał ojcu na obowiązkowe dostawy, podatki, a nawet na cukierki dla dzieci. Dziś jestem pewien, że był to nielegalny handel prowadzony pod przymusem państwa; nie tylko dlatego, że ciężarówki przyjeżdżały do nas w nocy, a ojciec rozmawiał z szoferem półgłosem... Nie było przecież wolnego rynku na nic, a zwłaszcza na zboże. Każdą nadwyżkę z własnego gospodarstwa musieliśmy sprzedawać (mówiło się "oddawać") państwu. A trzeba było utrzymać hodowlę trzody, bydła i koni – nie mieliśmy ciągników do uprawy ziemi.

Chociaż Polska była jedynym państwem socjalistycznym, w którym rolnictwo indywidualne dominowało nad uspołecznionym, czytaj państwowym, to i tak państwo imało się wszelkich sposobów, aby chłop nie czuł się za bardzo prywaciarzem czy – jak ironicznie mówiono – posiadaczem. Rolnik był zakładnikiem państwa. Jedną z metod trzymania go na państwowej uwięzi był tzw. skrypt dłużny, obligatoryjnie zakładany każdemu gospodarstwu indywidualnemu w miejscowym banku spółdzielczym. Wiązało się to ze stosowaniem nawozów sztucznych. Rząd sprowadzał ze Związku Radzieckiego ogromne ilości soli potasowej, jej wielkie hałdy były stałym elementem krajobrazu większości polskich wsi na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Obowiązywał ustalony z góry wskaźnik potasu, azotu czy fosforu na hektar ziemi danej klasy i każdy rolnik musiał wykupić nawozy według przelicznika. Pół biedy, jeśli miał pieniądze, bo gdy nie miał, bank uruchamiał skrypt dłużny.

Stosowanie nawozów sztucznych było oczywiście korzystne i zasadniczo zwiększało plony. Niestety w ślad za zaopatrywaniem wsi w nawozy nie szła powszechna edukacja; chłopi używali nawozów nieracjonalnie, a dawkując je, nie brali pod uwagę nawozu naturalnego, poza tym nie zawsze na czas były dostępne wszystkie nawozy. Nadmiarowi soli potasowej towarzyszył kompletny brak nawozów fosforowych albo na odwrót. Szwankowały również normy wysiewania nawozów: obliczano je raczej do upraw ekstensywnych na wielkich areałach; stosowanie ich na naszych mikroskopijnych poletkach przynosiło czasem więcej szkód niż pożytku. Służba rolna dwoiła się i troiła, żeby wyrównać zapóźnienie naszego rolnictwa. Wydawano tysiące broszur i bezpłatnych książek, była dostępna prasa fachowa, cóż z tego, skoro chłopi do niej nie zaglądali.

Gospodarstwo rodziców korzystnie wyróżniało się na tym dość ponurym tle. Ojciec już w okresie międzywojennym stosował słabo wówczas dostępne nawozy sztuczne, wiedział, że najwięcej korzyści przynoszą w uprawie roślin okopowych i warzyw, że należy być bardzo ostrożnym z azotem w przypadku zbóż, itp. Jako jedni z nielicznych mieliśmy spory i dobrze utrzymany sad. Generalnie jednak, widząc kłopoty, z którymi zmagali się rodzice, nabierałem przekonania, że rolnictwo to zawód, od którego powinienem trzymać się jak najdalej. Umacniały mnie w tym opinie rodziców – mówili to samo – a szczególnie doświadczenia mojego starszego brata. Skończył technikum i pracował w hucie jako tokarz.

– Widzicie, jak ma dobrze – mówił ojciec z dumą. – Co miesiąc pensja, a nie to, co u nas: robota od szóstej rano do ósmej w wieczór, cały rok klepiesz biedę, raz w roku coś tam sprzedasz, ale jak byś nie liczył, na wszystko nie starczy. Ciągle jesteś coś komuś winien, jak nie za nawozy, to za maszyny, jak nie za maszyny, to za zaległe podatki. W mieście sekwestrator nie przyjdzie, niczego nie zajmie.

Jak ja dobrze znałem tę śpiewkę!

Gospodarstwo rolne w tym czasie uchodziło za najsmutniejszy spadek po rodzicach – nie tylko z powodów czysto materialnych. Pracę w mieście, zwłaszcza jeśli następowała po wykształceniu (synonimem dobrego wykształcenia była wówczas matura, studia kończyły nieliczne chłopskie dzieci), utożsamiano z prestiżem, który za kilka lat w literaturze pięknej i socjologii nazwano małą stabilizacją. W moim rodzinnym domu wpajano dzieciom jeszcze jedną zasadę – żadnej polityki! Stwarzała niebezpieczeństwo groźniejsze niż niedostatek, brak wykształcenia czy kłopoty ze zdrowiem. Była otchłanią, w którą jeśli ktoś wpadł, to już nigdy nie wracał taki, jaki był wcześniej.

Kształcić się, pracować, wierzyć w Boga, nie wierzyć politykom i w politykę – tego trzymała się moja siostra i trzech moich braci. I ja też miałem podążać tym utartym szlakiem. Etap pierwszy: matura.

 

W roli przewodniczącego Zarządu Szkolnego ZSMP w Technikum Budowlanym w Wyszkowie

 

 

Kolega kierownik

Stygmat syna kułaka znów dał o sobie znać, gdy wychowawca w technikum budowlanym usiłował umieścić mnie w internacie. Nauka szła mi nieźle, choć mogłaby iść lepiej, gdyby nie codzienne dojazdy dwadzieścia kilometrów w jedną stronę oraz to, że musiałem pomagać rodzicom w pracy na gospodarstwie. Wychowawca widział to i postanowił mi pomóc.

– Nie spocznę, dopóki nie załatwię ci miejsca w internacie – powiedział w drugiej klasie przed świętami i potem co kilka miesięcy zdawał mi relację z tego, co załatwił, a raczej czego nie załatwił.

Zawsze był ktoś, komu bardziej należało się łóżko w internacie: a to chłopski syn, a to z wieloletniej rodziny, a to słabujący na zdrowiu, a to rokujący nadzieję na studia. Mówiąc o tym, wychowawca spuszczał oczy, bo przecież wszystkie te warunki – może poza zdrowotnym – ja również spełniałem, a mimo to o internacie mogłem tylko pomarzyć.

– Gdyby rodzice mieli mniejsze gospodarstwo... – wzdychał.

Ale dopiął swego! Na cztery miesiące przed maturą znalazło się miejsce. Stało się to wkrótce po śmierci ojca i tak naprawdę było dla mnie musztardą po obiedzie, bo nadal musiałem z Wyszkowa wracać do Gródka i pomagać nagle osamotnionej matce w prowadzeniu gospodarstwa. W najlepszym razie tydzień się uczyłem, by w sobotę wczesnym popołudniem złapać autobus, dojechać do domu, przebrać się, zaprząc konie i orać, bronować, siać... Pracowałem do nocy, a bywało, że i w niedzielę, choć matka psioczyła na ten ewidentny przejaw pogaństwa, ale cóż mogła poradzić? Robota musiała być zrobiona, z uprawą ziemi nie można było czekać na to, aż się będzie miało więcej czasu.

*

Maturę zdałem nawet lepiej niż przypuszczałem. Krótko łudziłem się, że uda mi się dostać na uczelnię wojskową, a gdy sprowadzono mnie na ziemię, było już za późno, by zdawać egzaminy na politechnikę. Zresztą nie miałem pieniędzy na egzaminy. Pewnie bym się nie dostał – jako kułacki syn nie mogłem liczyć na tzw. punkty preferencyjne, z czego korzystały dzieci robotnicze i małorolne.

Miałem inny dylemat: praca czy wojsko. Najpierw na krótko zatrudniłem się w Przedsiębiorstwie Budownictwa Komunalnego w Pułtusku. Już podczas praktyki dostrzegł mnie kierownik budowy, pan Tadeusz Bocheński, i po dwóch tygodniach uczynił mnie swoim zastępcą, a gdy poszedł na urlop – następcą. W PBK pracowałem ledwie dwa miesiące, gdy dostałem wezwanie do Wojskowej Komisji Uzupełnień, gdzie czekało na mnie skierowanie do jednostki wojskowej. Na szczęście znalazł się znający życie oficer.

– Ojciec nie żyje, tak? Gdybyście pracowali tylko na roli, jako jedynemu żywicielowi rodziny musielibyśmy wystawić odroczenie służby wojskowej. Rozumiecie, poborowy?

Rozumiałem. Czym prędzej zwolniłem się z pracy, dostałem odroczkę, ale po trzech miesiącach wróciłem na państwową posadę – tym razem w Przedsiębiorstwie Budownictwa Rolniczego w Wyszkowie.

Zarabiałem dwa tysiące dwieście złotych, czułem się jak panisko, mimo że faktycznie pracowałem na dwóch etatach: do czwartej w PBRolu, po czwartej w gospodarstwie. Wytyczona przez rodziców droga zawodowa przynosiła efekty; pamiętam rozsadzającą mnie dumę, gdy kupowałem dla mamy pierwszy telewizor czy lodówkę...

Może ciężka praca fizyczna od rana do wieczora, a może fakt, że jako jeden z nielicznych pracowników w przedsiębiorstwie miałem pełne średnie wykształcenie, a może obydwa te czynniki naraz spowodowały, że zgodziłem się na propozycję kolejnej zmiany pracy – w referacie budownictwa najpierw w powiecie pułtuskim, a potem w gminie Obryte. Zostałem pełną gębą urzędnikiem państwowym.

W tej roli czułem się jak ryba w wodzie. Dziś może się to wydawać zabawne, ale wówczas odnosiłem wrażenie, że biorę udział w swego rodzaju misji cywilizacyjnej na wsi. Nastąpiła bowiem znaczna poprawa warunków życia – nie tylko dlatego, że Gierek zniósł dostawy obowiązkowe, powoli, ale stale postępowała mechanizacja rolnictwa, chłopi chętniej korzystali z nawozów sztucznych i przestawiali gospodarstwa na specjalistyczne. Widziałem to doskonale z wysokości swojego biurka: przyjmowałem więcej chłopskich wniosków o pozwolenie na budowę, częściej wyjeżdżałem w teren, by sporządzać szkice sytuacyjne pod budowy, pisałem bardziej optymistyczne opinie "o warunkach możliwości realizacji inwestycji". Więcej było pozwoleń na budowę, a nudne wcześniej narady w powiecie (po ich likwidacji – w województwie) zamieniły się w coś na kształt debat sztabowych. Chodziło o to, by "na froncie budownictwa rolniczego realizować wytyczne rządu przekazywane w teren". Teraz śmieszy mnie ten partyjny żargon, lecz wtedy naprawdę coś znaczył – za biurokratycznymi słowami kryły się czyny. Gdy przyszedłem do pracy w referacie budownictwa w roku 1973, rocznie wydawano tam dwadzieścia trzy pozwolenia na budowę w całej gminie. W następnym roku – już pięćdziesiąt cztery. A od roku 1975, gdy skierowano więcej pieniędzy na wieś, liczba pozwoleń szła w setki. Kiedy Gierek, jak się wówczas mówiło, "dał więcej pieniędzy dla wsi" – budownictwo wiejskie złapało zupełnie nowy oddech. W życie wszedł program przebudowy wsi – plany architektoniczne nabrały sensu, nowe budynki gospodarcze przygotowane były do mechanizacji, nasze gospodarstwa coraz częściej zaczynały przypominać nowoczesne europejskie rolnictwo. Poprzez tzw. służbę rolną urzeczywistniano ambitny program przebudowy wsi. Pojęcie kułaka przestało istnieć, władza nawet zachęcała do powiększania gospodarstw, scalania areałów, budowania wyspecjalizowanych chlewni czy obór, do prowadzenia na dużą skalę upraw, o których wcześniej na mazowieckiej wsi mało kto słyszał: kukurydza, tytoń, warzywa.

Obowiązywała nowa – uprzywilejowana dla rolników – polityka kredytowa. Jeśli ktoś miał głowę na karku, to mógł wziąć na 3 procent dwa miliony złotych kredytu na budowę tzw. zabudowań przykładowych (w praktyce oznaczało to "farmerskie" pokazowe chlewnie, obory, fermy drobiu), wybudować je "sposobem gospodarczym" – niefakturowane drewno, niektóre materiały budowlane oraz przede wszystkim praca własna i rodziny – za połowę tych pieniędzy, a drugą połowę włożyć do banku na 6 procent. Dzięki temu miał nowe budynki, bezpieczne pieniądze na spłatę rat, a jeśli do tego sprzyjało mu szczęście, to mógł wygrać traktor na książeczkę PKO.

W mojej gminie było dwóch, trzech takich światłych rolników; reszta bała się kredytów jak ognia. Wieś nie wierzyła władzy, zgodnie ze słynną maksymą: jak władza mówi, że zabierze, to zabierze, ale jak mówi, że da – to mówi... Ale nawet ci chłopi, którzy nie chcieli brać kredytów, siłą rzeczy zmieniali swoje gospodarstwa. Widzieli, jakie uprawy bardziej się opłacają, jakie zwierzęta warto hodować i z roku na rok przystosowywali zacofane obejścia do nowych warunków. Praca na roli wreszcie zaczęła się opłacać, a rolnicy doszli do wniosku, że – jak miastowi – też mogą mieć łazienki z bieżącą wodą, wysyłać dzieci na studia, odkładać pieniądze na zakup samochodu.

Idylla nie trwała długo. Jak to w nakazowo–rozdzielczej gospodarce socjalizmu, szybko się okazało, że brakuje materiałów budowlanych, zastosowano więc system reglamentacji, co spowodowało zatrzymanie tendencji rozwojowych. Wbrew temu, co zapowiadał Gierek, nadal uprzywilejowane były Państwowe Gospodarstwa Rolne. Miały być przykładem dla rolników indywidualnych, lecz przeważnie były siedliskiem złej organizacji pracy, marnotrawstwa i biurokracji. Nieliczne wprowadzały nowe technologie, powoli następowała mechanizacja, szybciej – postęp naukowy. Właśnie z rozwoju nauki o rolnictwie zasłynęła epoka Gierka; nawet obecnie jest w tej kwestii niedościgłym wzorem.

Deficyt wymuszał pewne działania quasi–rynkowe: powstawały pierwsze po wielu latach prywatne wytwórnie niektórych materiałów budowlanych; także spółdzielnie produkcyjne próbowały złamać monopol państwa. Efekty były połowiczne – przede wszystkim dlatego, że nieustannie brakowało cementu. Taki syndrom sznurka do snopowiązałek...

Mimo to w czasach Gierka polska wieś wydźwignęła się z powojennego zacofania. Trochę na wyrost porównywano pierwszego sekretarza do Kazimierza Wielkiego, który – jak wiadomo – zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Gierek "wymurował" wieś.

Reformy te przypomniały mi w sumie dość nieudany eksperyment z Państwowymi Ośrodkami Maszynowymi, które powstawały w połowie lat 60. Plan był niezły: pod wpływem postulatów ludowców przewodnia siła narodu, czyli Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, zgodziła się, aby część pieniędzy z amortyzacji rolnictwa wracała na wieś w postaci maszyn rolniczych. Miało to generować postęp i edukację techniczną. Skończyło się na przysłowiu "Jak nie masz co robić w domu, to idź do POM–u", co było twórczym rozwinięciem innego: "Czy się stoi, czy się leży, to wypłata się należy".

Nieco lepiej – ale też do czasu – wyglądała sytuacja kółek rolniczych. Powstanie i działalność takiego kółka widziałem na własne oczy, bo jego inicjatorem był mój ojciec. Zdążył się już trochę odkuć finansowo, oddłużył gospodarstwo, odłożył nawet nieco pieniędzy, ale nie tyle, żeby móc sobie pozwolić na znaczny rozwój upraw i hodowli. Władze właśnie namawiały do tworzenia kółek rolniczych i ojciec – wbrew dotychczasowym doświadczeniom – postanowił wsiąść do tego pociągu. Przekonał ośmiu, potem dziesięciu sąsiadów do założenia kółka, założył za nich obowiązkowy wkład finansowy, nawet nie kandydował na prezesa, żeby nikogo nie kłuć w oczy. Napisali wniosek o przydział na mechaniczne opryskiwacze owado- i chwastobójcze, na młockarnię do zboża, snopowiązałkę, traktor. Łaska państwa ograniczyła się do śrutownika i młockarni. Wcześniej okoliczni chłopi, aby zemleć zboże na paszę, musieli jeździć do sąsiednich wsi lub miasteczek, teraz mogli to robić we młynie ojca. Żeby nie powodować zawiści, ojciec postanowił, aby każdy z kółkowych "wspólników" kierował tym przemiałem przez miesiąc, potem przychodził następny, itd. Dawało to dodatkowy grosz, co podnosiło atrakcyjność pracy w kółku. Po roku czy dwóch ojciec z kolegami mogli sobie pozwolić na zakup nowych maszyn i gdy wydawało się, że pomysł kółek rolniczych chwycił, znać dała socjalistyczna gospodarka. Państwo chciało mieć większą kontrolę nad kółkami, powołało więc najpierw gminne, a potem wojewódzkie Spółdzielnie Kółek Rolniczych. To zabiło rzeczywiście spółdzielcze inicjatywy, w SKR–ach powstała administracja, zaczęła się biurokracja, ceny z sufitu. Wypisz–wymaluj tak jak POM–y.

*

W latach siedemdziesiątych nastała moda na emerytury rolnicze, nie wiedzieć czemu na wsi nazywane rentami. Żeby dostać taką rentę, rolnik musiał oddać większość ziemi uprawnej gospodarstwom uspołecznionym bądź przekazać ją dzieciom. W naszym gospodarstwie padło na mnie – raz, że byłem kawalerem, dwa, że uprawiałem zawód, który miał coś wspólnego z rolnictwem. Żeby mama mogła liczyć na rentę, musiałem oficjalnie przejąć gospodarstwo. Postawiłem na hodowlę świń: pięćdziesiąt tuczników w jednym rzucie. Uprawialiśmy ponad sześć hektarów ziemniaków, miałem łatwiejszy niż inni chłopi dostęp do pasz – prezes Gminnej Samopomocy nie mógł przecież odmówić jej sprzedaży kierownikowi referatu w gminie... Produkcja trzody chlewnej była opłacalna – Mesner właśnie wprowadzał kartki ma cukier (nota bene rolnikom nie przysługiwały), lada moment miały obowiązywać kartki na mięso. Po kilku latach, w roku 1981 albo 1982, za świnie kupiłem sobie fiata 125p.

Był to już mój drugi własny samochód. Wcześniej miałem syrenę. W 1976 roku, gdy powołano naczelników gmin, wyszło rozporządzenie, aby tę młodą władzę terenową wyposażyć w, jak to ujęto, "środki techniczne", czyli samochody. W tym celu każdy wyższy urzędnik gminy (jako kierownik referatu budownictwa byłem tym "wyższym") mógł wystąpić o kredyt na zakup samochodu. Kredyt był nisko oprocentowany (1 procent rocznie), wynosił dziesięciokrotność miesięcznej płacy i musiał być spłacony w ciągu pięciu lat. Zarabiałem wówczas nieźle (tylko I sekretarz komitetu gminnego PZPR, naczelnik i sekretarz gminy mieli wyższe pensje), kredyt stanowił więc prawie połowę ceny nowej syrenki. Dokładnie pamiętam: kredytu dostałem trzydzieści cztery tysiące złotych – a syrenka kosztowała siedemdziesiąt cztery tysiące. Pozostałe cztery dychy wysupłałem ze skarpety i pożyczyłem od rodziny.

Syrenka służyła mi nadspodziewanie dobrze. Dzięki niej "zaplusowałem" kiedyś w oczach notabla z komitetu wojewódzkiego, który pewnej wiosny przyjechał w nasze strony i chciał przejechać żwirówką do jakiejś wsi. Były roztopy, błoto, służbowa wołga z województwa ugrzęzła, towarzysz sekretarz być wściekły. Zaofiarowałem się, że przejadę swoim bolidem, czym wzbudziłem uśmieszek politowania, ale w końcu notabl dał się przekonać i powierzył mi jakieś pilne dokumenty do podpisania przez władze tej wsi. Dzięki przedniemu napędowi syrena poradziła sobie świetnie, papiery zostały podpisane na czas, od sekretarza dostałem zapewnienie, że jego wdzięczność mnie doścignie. Nie doścignęła zresztą, bo towarzysz wyleciał ze stanowiska w czasie najbliższej czystki w komitecie wojewódzkim...

Tak, przemiłe to było autko i szkoda się było z nim rozstawać. Ale za długo nim nie pojeździłem, bo ciągle brakowało pieniędzy, a przebicie na samochodach było z 200 procent – na wolnym rynku syrenka kosztowała jakieś sto pięćdziesiąt tysięcy. Dość szybko ją sprzedałem. Na giełdzie kupiłem za to starego żuka, który mi służył i na objazdy w pracy i do transportu w firmie (gospodarstwie).

 

Z admirałem Hieronimem Wyszyńskim, twórcą pomnika Czynu Zbrojnego Polonii Amerykańskiej w Warszawie

 

W towarzystwie nauczycieli: Krystyny Czerniak-Jabłońskiej i Zenona Borzymka