Wprowadzenie
Wprowadzenie
Wszystko, co wzmacnia poczucie odpowiedzialności, przyczynia się do
wyleczenia.
Helmut Kaiser, psycholog egzystencjalny1
Nasze codzienne lęki
Lęk przed rozczarowaniem kogoś, lęk przed popełnieniem błędu, lęk przed
byciem osądzonym lub porzuconym, lęk, że się komuś przeszkadza, lęk
przed wyrażeniem swojego zdania, swoich uczuć... Komu dorosła osoba taka
jak ja mogłaby powierzyć swoje codzienne obawy? I od czego miałaby
zacząć? Od lęku przed swoim ciałem, własnym wizerunkiem, spojrzeniem
innych? Lęku przed rodzicami, żoną, mężem, a może przed chorobą,
przyszłością, niedostatkiem, złymi wyborami bądź też przed
zaangażowaniem, miłością, porażką lub samotnością?
Czy to normalne, że na każdym kroku widzę niezliczone małe wyzwania, że
czasem brakuje mi pewności, wiary w siebie, odwagi? Jaki dorosły
wyznałby, że wciąż boi się ciemności, chodzenia spać, natłoku myśli, że
lęk budzą w nim prowadzenie samochodu, telefonowanie, nuda, załatwianie
spraw administracyjnych lub sprawdzanie stanu konta?
Czy powinienem się wstydzić, że boję się czerwienić, dukać, wyrażać
swoje opinie, być niespokojny, lękliwy lub zestresowany w okolicznościach, w których "normalny" dorosły wykazałby się spokojem i opanowaniem? A w ogóle jak oni to robią -?ci "normalni" dorośli? Czyżby
w ogóle się nie bali?
Powiedzmy to sobie od razu: wszyscy odczuwają strach, jest on naturalny
i użyteczny. Ale o ile strach przed przepaścią czy agresywnym psem
okazuje się przydatny, to strach przed zabraniem głosu lub przed
paleniem przy rodzicach u trzydziesto-, czterdziesto- czy
pięćdziesięciolatka wydaje się dziwny i niewspółmierny.
Prawdę mówiąc, wciąż nie za dobrze rozumiemy codzienne ludzkie lęki, bo
psychologowie interesują się przede wszystkim fobiami, to znaczy
irracjonalnymi i niekontrolowanymi reakcjami pojawiającymi się w sytuacjach niestanowiących obiektywnego niebezpieczeństwa (jak lęk przed
gołębiami). Ale co można w takim razie powiedzieć o strachu przed
ciemnością u dorosłych? Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy to fobia,
czy zwyczajny lęk. I choć Sigmund Freud podzielił lęki na dwie kategorie
-?do jednej zaliczając fobie, do drugiej "realne lęki" -?łatwo dostrzec,
że granica między nimi jest cienka. Dlatego też inni autorzy
zaproponowali rozróżnienie na lęki konstruktywne, czyli te, które
pomagają posuwać się naprzód, i lęki nieadekwatne -?te, które powodują znaczące i trwałe
cierpienie i które utrudniają doświadczanie pełni życia. Próbowano
również stworzyć klasyfikację dzielącą lęki na biologiczne (gdy stawką
jest życie), społeczne (na przykład publiczne zabieranie głosu) i egzystencjalne (na przykład strach przed śmiercią). Jednak taki podział
niewiele wyjaśnia, nie więcej zresztą niż rozróżnienie na lęki dzieci i lęki dorosłych, które w znacznym stopniu się pokrywają. Być może brakuje
więc ogólnego i spójnego ujęcia naszych codziennych lęków, pozwalającego
je zrozumieć i pokonać. Celem tej książki jest właśnie przedstawienie
takiej klasyfikacji.
Cztery fundamentalne lęki
Na podstawie obserwacji klinicznych poczynionych przeze mnie podczas
prowadzonych terapii, podpartych pracami licznych psychologów
egzystencjalnych proponuję wyróżnić cztery fundamentalne kategorie, do
których można zaliczyć lęki znane nam z codziennego życia. Podczas
lektury tej książki zobaczymy, skąd wzięła się taka klasyfikacja.
Wyróżniam więc następujące cztery lęki:
Lęk przed dorośnięciem lub przed faktycznym przyjęciem statusu osoby
dorosłej. Wynikające z tego obawy wiążą się z problematyką
autonomizacji i wyraźnie sygnalizują utrzymujące się zachowania
przejęte z dzieciństwa (lęk przed ciemnością, przed swoim dorosłym
ciałem, przed seksualnością, przed autorytetem swoich rodziców, przed
chorobą itd.).
Lęk przed manifestowaniem siebie lub przed zdefiniowaniem siebie,
przed zajęciem określonego miejsca i roli wśród innych (obawa, że się
do tego nie dorasta, że jest się "oszustem" lub "do niczego", że inni
nas nie zaakceptują, odtrącą, że będziemy im przeszkadzać itd.).
Lęk przed działaniem (lub problemy z podejmowaniem decyzji i działaniem), przed formułowaniem planów i budowaniem własnej ścieżki
dla siebie i poprzez siebie (lęk przed podejmowaniem wyborów, przed
brakiem, przed przestrzenią publiczną lub zamkniętą przestrzenią,
przed zaangażowaniem, przed przejściem do działania, przed porażką
itd.).
Lęk separacyjny lub lęk przed zaufaniem więzi z drugą osobą, którym
towarzyszą zwłaszcza lęk separacyjny i lęk przed opuszczeniem (lęk
przed swoimi emocjami i uczuciami, przed samotnością, obawa, że nie
jest się kochanym, że zostanie się ofiarą agresji, zdrady, porzucenia
itd.).
W tych czterech grupach mieszczą się wszystkie lęki, których
doświadczamy w codziennym życiu. Łączy je wspólne źródło -?nieustanny
konflikt tlący się w sercu każdego z nas, konflikt między dzieckiem,
którym już nie jesteśmy, a dorosłym, którym próbujemy zostać. Po jednej
stronie znajdują się nieuporządkowane siły "popędowe", które dążą do
negowania rzeczywistości, po drugiej zaś mamy refleksyjną i świadomą
myśl, która stara się stawiać granice.
Ten wewnętrzny konflikt na linii dziecko-dorosły nikogo nie oszczędza.
Powiedzmy to sobie jasno: prawdopodobnie nie ma na świecie ani jednego w pełni dorosłego człowieka. Są wyłącznie osoby, które boją się mniej niż
inne i które być może w mniejszym stopniu dają się przytłoczyć
wątpliwościom i lękom.
We Francji jedna osoba na siedem nie umie pływać i boi się wody, wiele
osób nie umie jeździć na rowerze, liczne boją się swojego ciała, samych
siebie, innych ludzi. Każdego z nas trawią lęki, przeszkadzając nam w prowadzeniu w pełni satysfakcjonującego życia. Wszechogarniające lęki
często wywołują poczucie bezsensu, trudne do zdefiniowania złe
samopoczucie, wrażenie, że kręcimy się w kółko i że "życie przechodzi
nam koło nosa". "Gdyby nie strach, byłbym szczęśliwy!" -?mówimy często.
Czy da się z niego wyzwolić?
Jak wyleczyć się ze swoich lęków
Jak każdy, ja także bardzo często bałem się czegoś w swoim życiu. Bałem
się potworów ukrytych pod moim łóżkiem, bałem się zasypiać w ciemnym
pomieszczeniu, bałem się samotności. Przestając być dzieckiem, zacząłem
się bać, że moi rodzice umrą, i udawało mi się zasnąć jedynie dzięki
nadziei, że umrę przed nimi. Pod koniec nastoletniości, wskutek pewnego
wypadku, odkryłem lęk przed śmiercią w zbyt młodym wieku, przed chorobą,
przed popadnięciem w obłęd. Przez wiele lat mój niepokój się nasilał i doświadczyłem licznych ataków paniki (aż pewnego dnia zatrzymałem
samochód na środku ulicy i w trybie pilnym zostałem zabrany do
szpitala). W miarę upływu czasu przeszedłem też dwie depresje z całym
pochodem codziennych lęków w tle: przed pustką, przed rozczarowaniem,
przed niepowodzeniem.
Wszystkie te lata, od kiedy zostałem psychologiem
klinicznym2, nauczyły mnie, że da się pozbyć nieracjonalnych
lęków, które nas paraliżują i zatruwają nam życie. Jak?
Sprawdzając, w jakim stopniu jesteśmy -?lub nie -?dorośli. Nie jest to
łatwa sprawa... Być może mój czytelnik będzie musiał często odwoływać się
do swojego poczucia humoru, bo nikomu nie sprawia przyjemności
konfrontowanie się ze swoimi słabościami. Ale w miarę odkrywania
"czterech fundamentalnych lęków" i ich źródeł będzie mógł rozważyć
możliwe do samodzielnego przeprowadzenia zmiany, dostrzec, co mógłby
zrobić, by wreszcie żyć spokojniej.
W tej książce teoria przeplata się z praktyką; znajdziemy tu wszelkie
możliwe lęki lub ich odpowiedniki -?aż po lęk przed telefonowaniem,
czerwienieniem się, tyciem... i wiele innych. W każdym rozdziale
umieszczam najpierw opis danego lęku i jego źródeł egzystencjalnych,
następnie podaję przykłady kliniczne (świadectwa pacjentów), a wreszcie
propozycje praktycznych, konkretnych i wypróbowanych w terapii
rozwiązań. Wszystko będzie się ostatecznie sprowadzać, jak zobaczymy, do
bardzo prostej rzeczy: stania się bardziej dorosłym i bardziej sobą.
1. Nasza dziecięca część
1
Nasza dziecięca część
Dzień dobry, wypróbowałem "dorosłość" i nie jestem już zainteresowany.
Chciałbym anulować swój abonament. Czy mógłbym porozmawiać z kimś, kto
jest za to odpowiedzialny?
Anonim
Lęk przed porzuceniem dzieciństwa
"Wiem, że pod moim łóżkiem nie ma potwora, ale nie mam odwagi tego
sprawdzić". Wielu z nas szczerze wierzy, że dzieciństwo ma już za sobą,
a mimo wszystko zachowuje, często nieświadomie, dziecięce
przyzwyczajenia, które hamują nasz rozwój osobisty. Tak naprawdę wszyscy
psychoterapeuci dobrze to wiedzą: żyjemy w świecie pełnym dzieci
przebranych za dorosłych. Zatem zasadnicze pytanie brzmi: czy na pewno
jesteśmy dorośli -?i w jakim stopniu?
Czy przesypiasz noce?
Kiedy dziecko przychodzi na świat, cała rodzina niecierpliwie czeka, aż
zacznie "przesypiać noce" -?spokojnie zasypiać i budzić się dopiero
rano, dobrze wypoczęte. Ale dzieci zdecydowanie nie lubią chodzić spać.
Tak samo jest z wieloma dorosłymi cierpiącymi na bezsenność,
przekonanymi, że sen nie zależy od ich dobrowolnej decyzji, ale od
zdarzeń dnia codziennego. Niektórzy regularnie muszą dokończyć wieczorem
jakąś pracę, potem chcą mieć trochę czasu wolnego, pooglądać seriale lub
poczytać, co przeciąga się do drugiej lub trzeciej nad ranem; innym
udaje się położyć o rozsądnej porze, ale nie potrafią się powstrzymać od
roztrząsania swoich zmartwień, wstają po dwa lub trzy razy, znów
zaczynają z niepokojem myśleć o minionym lub kolejnym dniu i mają
ogromne trudności z zaśnięciem. Są też tacy, którzy zasypiają bez
problemu, ale niezmiennie budzą się na godzinę lub dwie przed budzikiem.
Jeśli też tak masz, możesz to nazywać bezsennością, ale tak naprawdę
łatwiej byłoby uznać, że jeszcze "nie przesypiasz" nocy.
Zaburzenia snu, z wyjątkiem patologii stwierdzonych przez medycynę,
sygnalizują zazwyczaj odmowę snu. Być może trudno będzie to przyznać,
ale niewykluczone, że w głębi duszy -?podobnie jak dziecko, którym
byliśmy -?nie chcemy iść spać. Oczywiście ktoś może zaprotestować, że
nie marzy o niczym innym, jak tylko o tym, by się wyspać! Dlatego trzeba
doprecyzować: odmowa snu nie jest ani świadoma, ani zamierzona, my po
prostu robimy wszystko, by nie spać.
Przyczyn takiej sytuacji jest wiele, zaczynając od lęku przed ciemnością
-?tego, który tak bardzo nas dręczył, gdy byliśmy mali. Jak niemal
wszystkie dzieci prosiliśmy wówczas zapewne, by zostawić otwarte drzwi,
i uspokajaliśmy się, słuchając dźwięków krzątaniny rodziców. Teraz, gdy
jesteśmy dorośli, te dziecięce zachowania przybrały po prostu bardziej
akceptowalną formę -?lepiej je ukrywamy nawet przed sobą. Teraz to
telewizor lub komputer, a czasem wpadające z innego pomieszczenia
światło zastępują de facto nocną lampkę. O ile nie zostawiamy
otwartych okien i żaluzji, by nasłuchiwać odgłosów życia, które dochodzą
z ulicy. Wiele osób zasypia ze słuchawkami telefonu w uszach, dając
muzyce lub audiobookom kołysać się przez całą noc. Lękowi przed
ciemnością faktycznie często towarzyszy lęk przed ciszą, która jest
niczym innym, jak "ciemnością dźwiękową".
Wszystko dlatego, że sypialnia stwarza, szczerze mówiąc, pozory grobu -
trzeba się położyć w ciemnościach i nie ruszać, przez co samorzutnie
nasuwa się myśl o śmierci. Duża grupa osób po zgaszeniu światła
natychmiast je zapala, sprawdzając, czy nie oślepły. Zupełnie jakby
ciemność miała moc wyciągania z nas życiowej energii! A jak wielu ludzi
boi się, że już się nie obudzi? Że przestanie oddychać? W ciemnościach
atmosfera może być ciężka nawet dla dorosłego -?może mu się wręcz
zdawać, że się dusi.
Edmond de Goncourt, fundator L'Académie Goncourt i nagrody literackiej
noszącej jego nazwisko, bardzo dobrze opisuje w swoim słynnym
Dzienniku poczucie trwogi wywołane ciemnością: "Ciągły lęk przed
ślepotą, groźba pochowania żywcem w nocy"4. W jego epoce, w drugiej połowie XIX wieku, dość mocno nadużywano morfiny, by zasnąć.
Dziś używa się innych substancji -?alkoholu, środków odurzających, leków
przeciwlękowych lub nasennych. Nie dlatego, że są one w stanie nas
uśpić, ale dlatego, że zdejmują z nas dziecięcy lęk przed świadomym
dopuszczeniem do siebie myśli o zapadnięciu w sen.
Z pokoju pogrążonego w ciemnościach emanuje taka moc przywoływania
śmierci, że nie dziwi chęć opuszczenia go za wszelką cenę. Toteż często
to, co robimy przed zaśnięciem, a nawet podczas długich godzin
bezsenności, ma na celu jedynie magiczne anulowanie nocy, jakbyśmy
chcieli przeskoczyć bezpośrednio do jutra. To odwieczne marzenie
dziecka, które chciałoby, żeby "od razu był ranek" i żeby życie
przypominało wieczny dzień, nieprzerywany przez żadną noc. Dla niego,
jak i dla wielu dorosłych, zaśnięcie i śmierć to w domyśle jedno i to
samo.
Ale jaki magiczny fortel pozwoliłby nam "anulować noc"? Wystarczy nie
spać przynajmniej do czwartej nad ranem. Nieważne, jakim sposobem to
osiągniemy: czytaniem, wyjściem, patrzeniem w ekran, roztrząsaniem
wszystkiego w myślach, pisaniem... Dlaczego do czwartej nad ranem? Bo
właśnie wtedy zaczyna wstawać dzień, a parametry fizjologiczne człowieka
(temperatura ciała, puls, ciśnienie krwi itd.) zaczynają wzrastać. To
godzina, w której zaczynamy odzyskiwać energię życiową. Ten moment
wyznacza koniec nocy. Toteż gdy osoby bezsenne wreszcie zapadają wówczas
w sen, dzieje się tak nie z powodu wyczerpania, ale z powodu
instynktownego, obecnego w głębi organizmu odczucia, że rodzi się nowy
dzień. Wiedzą, że udało im się przerzucić most między "dniem
wcześniejszym" a "dniem późniejszym" -?tak że noc nie miała miejsca,
została w pewnym sensie anulowana.
Rozumiemy teraz, że aby "przesypiać noce", trzeba zrezygnować z magicznego sposobu myślenia dziecka i uznać granicę między dniem a nocą
-?która symbolicznie odsyła do granicy między życiem a śmiercią. Inaczej
mówiąc: by dorosnąć, trzeba zaakceptować, że każdego wieczoru po trochu
się umiera.
Trzeba też zdekonstruować stare dziecięce wierzenie uśmierzające obawę
przed śmiercią. Według niego, aby nie umrzeć, trzeba być "w ruchu",
nigdy nie ustawać w aktywności, w działaniu, w myśleniu. Nieustanne
pobudzenie i skłonność do pośpiechu to relikt dzieciństwa, archaiczne
antidotum na lęk przed umieraniem. Czasem podczas sesji terapeutycznej
proszę szczególnie pobudzonych pacjentów, by przez minutkę pozostali w zupełnym bezruchu, zakazując im jednocześnie myślenia o czymkolwiek poza
chwilą obecną. Gdy mają później opisać, co wówczas czuli, niezmiennie
przywołują fizyczne doznanie śmierci.
Rozumie się samo przez się, że bycie dynamicznym, skutecznym i szybkim
może stanowić poważny atut w pracy i ogólnie w życiu, ale pod jednym
warunkiem: że potrafimy ustalić granicę między działaniem a odpoczynkiem, stanowiącą kolejny symboliczny ekwiwalent granicy między
życiem a śmiercią. Inaczej nie ma szans na spokojny i krzepiący sen. Co
więcej, systematyczne pobudzenie ruchowe i pośpiech mogą prowadzić tylko
do wypalenia i wyczerpania, a to zupełne przeciwieństwo wyznaczonego
przez nas celu (którym jest życie), bo fizyczne wyniszczenie w taki czy
inny sposób przybliża do śmierci.
A zatem powracamy tu do dziecięcej odmowy uznania ograniczeń, która w tym wypadku jedynie intensyfikuje egzystencjalne lęki, zamiast przed
nimi chronić -?wzmaga chociażby strach przed porażką, rozczarowaniem i byciem odrzuconym, który z kolei prowadzi do jeszcze większego
pobudzenia, napięcia, poszukiwania skuteczności... Oczywiście negowanie
ograniczeń może być skuteczne w dzieciństwie, ale w dorosłości się nie
sprawdza, gdyż odłożenie na później życiowych wyborów nie jest już
możliwe. Rzeczywistość dopomina się o swoje prawa.
W kontekście snu trzeba przywołać jeszcze jeden, być może dobrze ci
znany, dziecięcy strach: przed spaniem w samotności. Sen jest faktycznie
dogłębnym doznaniem wyalienowania, to doświadczenie nieprzekraczalnej
przepaści, która oddziela naszą świadomość od świadomości innych osób.
Ale gdy odmawia się uznania tej radykalnej granicy między sobą a innymi,
wówczas odczuwa się potrzebę posiadania obok siebie -?dla uspokojenia -
ukochanej osoby. Stanowi to (iluzoryczną) próbę odtworzenia bardzo
starego dziecięcego przyzwyczajenia, to znaczy spania z mamą. I jeśli
nie ma się pod ręką swojej mamy (co jest częste w wieku dorosłym), dla
stworzenia ułudy uspokajającej fuzji wystarczy współmałżonek, pies, kot,
ewentualnie jakiś fetysz, zwany także obiektem przejściowym...
Czy posiadasz obiekt przejściowy?
Chodzi o niewielki przedmiot, który pewnego dnia został wybrany przez
dziecko -?zazwyczaj jest to przytulanka, kocyk lub jakikolwiek miękki
przedmiot. Ma on w sobie coś specjalnego: to pierwsza rzecz, którą
dziecko uznaje za zewnętrzną wobec siebie samego i nad którą sprawuje
władzę. Od tej chwili zaczyna wychodzić z symbiotycznej relacji z matką,
a wreszcie uczy się swojej odrębności wobec otaczających go bytów i przedmiotów. Nabiera świadomości granic swojej osoby i swojej zdolności
oddziaływania na świat.
Ten tak ważny dla dziecka przedmiot został nazwany przez psychoanalityka
Donalda Winnicotta (1896-1971) obiektem przejściowym, bo jego rolą jest
towarzyszenie dziecku w otwieraniu się na świat zewnętrzny i jednoczesne
chronienie go przed lękiem, który może wywoływać oddalenie od bliskich.
Ten przedmiot pozwala dziecku rosnąć we względnym bezpieczeństwie
psychicznym. Potem stopniowo uczy się ono obywać bez przytulanek i innych zabawek. Chociaż... gdy się dobrze przyjrzymy, obiekt przejściowy
nigdy nie odchodzi całkowicie w niepamięć. U dorosłego przybiera formę
przedmiotów, którym ten, niczym dziecko, przypisuje magiczną ochronną
moc. Jednakże wstyd nie pozwoli mu już mówić o obiekcie przejściowym czy
o przytulance, dlatego określa je mianem amuletu lub talizmanu.
Wiele osób ukrywa starą maskotkę lub pluszaka w torbie bądź w łóżku, w rogu pokoju czy w szafie albo też przypina je do samochodowego lusterka
lub breloczka. Niektórzy potrafią wręcz do nich mówić i przypisywać im
myśli i emocje; czują się absolutnie niezdolni do rozstania z nimi,
jakby chodziło o człowieka lub zwierzę domowe. Są wreszcie i tacy,
którzy kolekcjonują przedmioty lub którym spokój przynosi opychanie się
jedzeniem...
Czy jesz byle jak?
Czy czujesz, że twoje zachcianki żywieniowe są silniejsze od ciebie? A może masz poczucie, że zupełnie nie panujesz nad tym, co jesz, że nie
możesz się oprzeć słynnemu trio tłuste-słodkie-słone? Wszyscy staramy
się podchodzić do tego racjonalnie, ale mocno się okłamujemy.
Prozdrowotne działanie popołudniowej sałatki zostaje zniwelowane przez
powtarzające się w ciągu dnia odstępstwa od diety. Ogólnie sądzimy, że
odżywiamy się w miarę rozsądnie, ale ostatecznie nie mamy świadomości,
jak to naprawdę wygląda. Oczywiście postępujemy tak, by o tym nie
myśleć. Szczególnie często zdarza nam się "złamać" -?troszeczkę lub
bardziej -?o godzinie 17.00 lub 22.00. Ten słynny problem czekolady
jedzonej wieczorem lub ciasta mającego rozwiązać problemy emocjonalne -
pochłanianych najlepiej w samotności i w ukryciu... Jedzenie faktycznie
wydaje się mniej lub bardziej znieczulać na smutek, poczucie samotności,
przykrości, nudę, niepewność... W ten sposób bez przerwy oscylujemy między
rozpasaniem a wyrzeczeniem, często stosując diety -?wszystkie równie
bezużyteczne. Niektórzy otwarcie domagają się uszanowania swojej
potrzeby i chęci, by jeść ponad miarę, dumnie broniąc przy tym takich
wartości jak poczucie wspólnoty, przyjaźń, etos bon vivanta. Jak ktoś
to błyskotliwie ujął: "Nie możemy kupić szczęścia, ale możemy kupić
czekoladę, i to jest prawie to samo". Dlatego też wiele osób twierdzi,
że dobrowolnie decyduje się jeść, co tylko chce, i zdaje się akceptować
swoje obżarstwo i nadwagę, ale tak naprawdę sekretnie cierpią one z ich
powodu. Zwłaszcza gdy ich wygląd lub zdrowie przywołują ich do porządku
i gdy muszą ostatecznie przyznać, że tak naprawdę nie kontrolują
niczego.
Takie osoby zazwyczaj nienawidzą robić zakupów i gotować -?widzą w tym
prawdziwą przeszkodę i stratę czasu. Ich sposób żywienia de facto
przypomina ten, który znają z dzieciństwa -?chcą mieć jedzenie od razu
gotowe do spożycia, chcą mieć go dużo (zawsze za dużo) i często kończą
posiłek, powtarzając sobie: "Znów za bardzo się objadłem!".
Wpadamy tutaj w pułapkę konfliktu na linii usta-żołądek. Smak w ustach
zawsze będzie ważniejszy niż doznania żołądka, często więc jesteśmy
niezdolni wyczuć moment, w którym rozsądnie byłoby przestać jeść.
Zwłaszcza że stymulowanie ust (jak za czasów ssania piersi) to powrót do
dzieciństwa, tworzenie sobie ochronnej i uspokajającej bańki. To dlatego
nie zauważamy, że tyjemy, póki nie osiągniemy relatywnie wysokiej wagi,
podczas gdy natychmiast dostrzegamy spadek masy ciała.
W czym takie zachowania sygnalizują obecność pewnej niedojrzałości? W tym, że jedzenie bez ograniczeń charakteryzuje noworodka! Ledwie
znajdzie się na świecie, niemal od razu po wzięciu pierwszego oddechu
zabiera się do jedzenia. Chodzi o wrodzony i potężny odruch, którego
ewolucyjnym uzasadnieniem jest doprowadzenie dziecka do jak najszybszego
przytycia, właśnie od tego bowiem zależy jego przeżycie, odporność na
agresję z zewnątrz, na zimno i na infekcje oraz zdolność do spełnienia
wymagań organizmu w trakcie wzrostu. Przypomnijmy, że noworodek, który
chudnie, jest pilnym przypadkiem medycznym.
Zatem jeśli jako dorośli codziennie konfrontujemy się z problemem
jedzenia bez ograniczeń, znaczy to jedynie, że nie dorośliśmy, a w każdym razie -?nie dostatecznie i nie całkowicie. Ten wrodzony impuls
jedzenia i tycia bez ograniczeń powinien złagodnieć, wygasnąć stopniowo
w miarę dorastania. Być może jednak wciąż zachowujemy się w tej materii
tak, jakby chodziło o nasze życie. Jedzenie staje się dla nas -?jak dla
małego dziecka -?sposobem na pozbywanie się lęków, a w szczególności
lęku przed śmiercią, separacją, porzuceniem i samotnością5.
Czy masz w sobie "wewnętrzne dziecko"?
Nie boisz się ciemności, nie masz obiektu przejściowego, zdrowo się
odżywiasz? Być może. Ale, jak możemy stwierdzić, istnieje cała rzesza
dziecięcych przekonań, które tak łatwo nie znikają. Tym bardziej, że
fascynuje nas nasze dzieciństwo. Czasem postrzegamy je pozytywnie jako
epokę beztroski, niewinności i czystości, czasem negatywnie -?bo mogło
być także okresem wypełnionym lękiem i smutkiem. Co więcej,
społeczeństwo zachęca nas do pielęgnowania naszego "wewnętrznego
dziecka", domniemanego źródła kreatywności i spontaniczności, oraz do
ulegania powszechnemu kultowi młodości, który pozwala nam akceptować
nasze dziecięce zachowania. Bez wątpienia nie bez wpływu na to pozostaje
marketing, bo wszyscy wiedzą, że dzieci chętnie kupują byle co...
A propos: lubisz kupować byle co? Czasem, czy może często? Masz
skłonności do wypełniania swoich szaf ubraniami lub butami, których
niemal nigdy nie nosisz? Przejawiasz inne impulsywne zachowania? Wydaje
ci się, że twoje emocje cię przerastają? Masz skłonność do odkładania
pracy na później? Żyjesz w stałym i wszechobecnym bałaganie? Kruszysz
wszędzie w czasie jedzenia? Bezustannie obijasz się o ściany i meble?
Płaczesz z byle powodu? Krótko mówiąc: masz poczucie, że wewnątrz ciebie
działa czasem niepowstrzymana siła i że twoja wola lub twoja uwaga nie
mogą się jej przeciwstawić? Jeśli tak, najwyższy czas zbadać źródła tych
zachowań, które zdradzają obecność w nas dwóch mechanizmów obronnych
charakterystycznych dla małego dziecka: symbiotycznego wycofania i heroicznej wszechmocy (omnipotencji).
Symbiotyczne wycofanie
W konfrontacji z trudną i niepokojącą rzeczywistością dziecko może
bardzo wcześnie wykazywać tendencję do wycofywania się i zlewania się z innymi. Jest to mechanizm obronny, który w jakimś stopniu utrzymuje się
w dorosłości. By zmierzyć się z lękami egzystencjalnymi (przed śmiercią,
osamotnieniem, brakiem poczucia sensu, obowiązkami), jednostka próbuje
żyć w pewnym sensie w "kulisach" swojego życia. W związku z tym
wykształca sposób bycia charakteryzujący się tym, co psychologia
egzystencjalna nazywa fuzją. Osoba taka będzie
się starała stopić z innymi, zatrzeć kontury swojej indywidualności.
Będzie wówczas wykazywać głównie następujące cechy:
trudność w dokonywaniu wyborów i podejmowaniu decyzji;
potrzeba, by inni podejmowali za nią jej decyzje i przejmowali
obowiązki;
trudność w mówieniu "nie" z lęku przed utratą szacunku innych;
potrzeba aprobaty ze strony innych;
poczucie bezradności wobec życia;
potrzeba bycia usłużną wobec innych, nawet kosztem własnych interesów;
skłonność do zależności emocjonalnej, lęk przed byciem samemu,
trudność w kończeniu relacji, nawet niesatysfakcjonujących;
lęk przed rozłąką i przed opuszczeniem;
brak szacunku do siebie i wiary w siebie, zaniżanie swojej wartości;
poczucie, że jest się gorszym od innych.
Uwaga: jeśli odnajdujesz na tej liście swoje cechy, przede wszystkim nie
wyciągaj pochopnych wniosków. Żadna z nich sama w sobie nie jest
patologiczna. Każdy zrównoważony i odpowiedzialny dorosły może od czasu
do czasu wątpić w swoją wartość, martwić się oddaleniem od bliskiej
osoby lub pozwalać komuś innemu decydować za siebie. Natomiast jeśli
wiele z wyżej wymienionych cech opisuje systematyczne zachowania,
wówczas obawa przed dorośnięciem wyraża się głównie w symbiotycznym
wycofywaniu się. Będziemy mieć wtedy skłonność do stawiania się wobec
drugiej osoby w postawie niższości, zależności, bierności. Inni zawsze
będą się nam wydawać doroślejsi, bardziej kompetentni i bardziej
odpowiedzialni. Będziemy utrzymywać z nimi relację dziecka wobec "dużego
człowieka", często starając się wcisnąć pod ich ochronne skrzydła.
Niemniej nawet ci, którzy stosują symbiotyczne wycofywanie się, uciekają
się również do zachowań, które w uproszczeniu są jego odwrotnością -
chodzi o inny charakterystyczny dla dzieciństwa aspekt: wszechmoc
heroiczną.
Wszechmoc heroiczna
Symbiotyczne wycofanie ma oczywiście służyć zepchnięciu lęków poza
świadomość, jednak samo w sobie również może być źródłem lęku: może w pewnym stopniu wywoływać strach przed kompletnym zniknięciem. Pojawiają
się wówczas, w ramach kompensacji, zachowania skoncentrowane nie na
zacieraniu granic, ale na ich przekraczaniu. Zamiast stapiać się z tłem, dziecko
będzie się starało wyróżnić, przekraczając czy wręcz łamiąc wszelkie
ograniczenia. Główne cechy, które możemy wówczas obserwować, to:
skłonność do szybkiego i impulsywnego podejmowania nieprzemyślanych
decyzji, bez wcześniejszego zastanawiania się nad konsekwencjami;
potrzeba podejmowania się rozmaitych zadań, nawet jeśli przekraczają
one zdolności lub kompetencje dziecka;
zawyżona samoocena, nadmierna pewność siebie;
skłonność do oczekiwania, że inni będą na jego usługi, nie jako
pomocnicy, ale raczej jako "asystenci";
złudzenie samowystarczalności i potrzeba niezależności;
skłonność do narzucania swojego punktu widzenia, pragnienie bycia w centrum uwagi;
skłonność do uważania się za kogoś lepszego lub dojrzalszego od
innych.
Dobrze rozumiemy, dlaczego wszechmoc ta jest określana jako "heroiczna":
heros to istota, która z zasady sytuuje się ponad śmiertelnikami. Bez
trudu wyobrażamy sobie małe dziecko w jego heroicznych momentach -
niszczące wszystko w zasięgu rąk i nietroszczące się o nic, nawet o innych, monopolizujące uwagę i będące nieświadome podejmowanego przez
siebie ryzyka. Również tak zwany heroiczny dorosły nie czuje się
skrępowany ograniczeniami ludzkiej kondycji i uważa, że jest
niezniszczalny, działa często pod wpływem chwili, wykazuje ryzykowne
zachowania. Wywyższa się lub stawia ponad innymi; wykazuje nadaktywność,
ambicję, energię. Chce być w centrum, być przywódcą, opoką, numerem
jeden. Czuje się ważny i sądzi, że może robić, co chce i kiedy chce.
Wszyscy są symbiotyczni i heroiczni zarazem
U wszystkich dorosłych oba te typy zachowań -?symbiotyczne wycofanie i wszechmoc heroiczna -?pozostają ściśle powiązane. Powtórzę: nie ma
powodu do niepokoju. Jeśli jesteśmy społecznie zintegrowani, jest
oczywiste, że nasza dorosła część (ta, która potrafi wyznaczać granice)
zdoła lepiej lub gorzej poradzić sobie z tymi dwoma biegunami, między
którymi oscylujemy zależnie od okoliczności. Chodzi tu głównie o narzędzie do właściwego odczytania tej książki, pozwalające na dalszym
jej etapie lepiej zrozumieć cztery fundamentalne lęki i sposób na
poradzenie sobie z nimi.
Ale jeszcze nie skończyliśmy odkrywać tego, co ewentualnie zostało w nas
z naszego dzieciństwa...
Lęk przed zaakceptowaniem swego dorosłego ciała
Odrzucenie cech typowych dla dorosłych
Lęk przed dorośnięciem objawia się odrzuceniem cech wyróżniających
dorosłe ciało i wstydem przed nimi. Czasem na początku nastoletniości
pojawia się skrępowanie spowodowane zmianami fizycznymi związanymi z dojrzewaniem -?wobec pojawienia się owłosienia, piersi, bioder, mięśni,
ogólnie dorosłych kształtów, jak i zainteresowań seksualnych. Nastolatek
na wczesnym etapie dorastania dobrze wyczuwa, że zmienia się sposób, w jaki się go postrzega. Nie jest już dzieckiem, nie jest jeszcze dorosły.
Niezauważalnie tworzy się dystans między nim a jego rodzicami. Wydaje mu
się, że dorastając, zdradza dziecko, którym był dotąd -?i może
ostatecznie zachować to poczucie na całe życie. Może także poczuć, że ta
"zdrada" (sam fakt dorastania) stanowi przyczynę pewnego oddalenia się
jego rodziców, bardziej szanujących intymność dziecka, a czasem
skrępowanych zmianami w jego ciele.
Wstyd i poczucie winy związane ze zmianą fizyczną, częste i normalne w nastoletniości, mogą się później utrzymywać w dyskretnej, mniej lub
bardziej uświadomionej formie poprzez wybór luźniejszych, bardziej
neutralnych ubrań, pozwalających ciału zachować pewien rodzaj
niedookreślenia. Kobiety mogą przejawiać niechęć wobec makijażu,
wysokich obcasów, ubiorów podkreślających zbyt widoczną lub zbyt
dojrzałą kobiecość. Mężczyźni podobnie będą poszukiwać neutralności,
ubrań raczej praktycznych i kojarzących się z luzem niż z dojrzałością,
takich jak krawat, garnitur itd. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni okażą
również niechęć, ewentualnie połączoną z fascynacją, wobec osób, które
nieco zbyt otwarcie akceptują swoje zseksualizowane kształty.
Strach przed dorośnięciem wyrażany poprzez heroiczną wszechmoc może się
przejawiać właśnie czymś w rodzaju afiszowania się -?prowokującymi
ubraniami, skupiającymi uwagę na ciele. W takim wypadku dana osoba
będzie sprawiać wrażenie, że akceptuje specyfikę ciała dorosłego -?wręcz
lubiąc eksponować swoją nagość. Jednak jak wielu podobnych do niej
pacjentów, mogłaby wyjawić, że tak naprawdę wcale nie czuje się
swobodnie w swoim zseksualizowanym dorosłym ciele, które z takim
upodobaniem pokazuje. Paradoks? Nie tak wielki, jak mogłoby się wydawać,
bo ciało jest tu ukazywane w swoim splendorze, pozwalając lepiej ukryć
utajone odrzucenie siebie. W ekstremalnych przypadkach takie wystawianie
na pokaz może zresztą prowadzić do ośmieszenia ciała przez zupełnie
sztuczną i infantylną otoczkę erotyzującą, oznaczającą, że ciało się nie
liczy, że skoro się nim gardzi, tym bardziej można się nim posłużyć.
Wówczas na pokaz wystawiana jest tak naprawdę fizyczność dziecka, a nie
-?dorosłego. Jako że ciału nie nadano seksualności, jego pozorna
erotyzacja w żaden sposób nie odpowiada pragnieniu uwodzenia, a jedynie
-?czystej prowokacji, transgresji na sposób znany z infantylnego
ekshibicjonizmu.
Utyć lub schudnąć -?byle nie rosnąć
Dorosłe ciało może zostać zanegowane w inny sposób, równie popularny co
jego zakrywanie lub obnażanie. U niektórych z nas w okresie
nastoletniości instynktowne przeczucie, że dorastanie to umieranie, było
tak silne, że marzyli o tym, żeby nie rosnąć. Niemniej, o ile nie mogli
bezpośrednio wpływać na swój rozwój biologiczny, mogli przytyć.
Dodatkowe kilogramy i krągłości pozwalały wówczas w naturalny sposób
ukryć charakterystyczne dla dorosłych kształty, zatapiając je w dziecięcej pulchności. Wrodzony odruch tycia był wówczas wyzyskiwany i intensyfikowany, a jedzenie mogło stać się prawdziwą obsesją. Obsesją,
którą rodzice tłumaczyli sobie -?co jest pewną ironią -?faktem, że
nastolatek rośnie, podczas gdy on tak naprawdę starał się ten wzrost
powstrzymać...
Lęk związany z fizycznym dorastaniem może prowadzić także do
drastycznych obostrzeń żywieniowych, ponieważ ciało zawsze postrzegane
jest jako zbyt grube, a co za tym idzie -?jako zbyt duże. Osoba, która
upiera się przy wewnętrznym przeżywaniu siebie jako dziecka, odrzuca
ciało, gdyż nie jest w stanie odczuwać go jako swojego. Bulimia lub
hiperfagia, które są przejawami próby symbiotycznego wycofania (utrata
kontroli, odrzucenie odpowiedzialności, zatracenie się) mogą się wówczas
przeplatać z ortoreksją6 lub anoreksją, które odpowiadają
heroicznej wszechmocy (nadmierna potrzeba kontroli, złudzenie
samowystarczalności, złudzenie dojrzałości). Wspólnym mianownikiem tych
dwóch infantylnych skłonności (tycia i chudnięcia) jest fakt, że całe
ciało musi zostać jednocześnie znieczulone i zanegowane. Od pewnego
momentu przestaje być oglądane, zamieszkiwane i odczuwane. Pozytywne lub
negatywne doznania fizyczne -?poza tymi, które wiążą się z jedzeniem -
ulegają zaniedbaniu.
Człowiek dosłownie traci ciało z pola widzenia, później stopniowo
wyrugowuje je z lustra i ze zdjęć, a jeszcze później niemal przestaje je
dostrzegać, co kończy się prawdziwym rozszczepieniem między cielesnością
a umysłem. "Ciało to jedynie coś, co taszczy moją głowę" -?powiedziała
mi pewna kobieta zagniewana na swoją nadwagę, ani przez chwilę nie
domyślając się, że właśnie owo odrzucenie ciała mogło być głównym
powodem jej otyłości, a także przeszkadzać jej w poczuciu się dorosłą.
Odmowa samookreślenia
Odrzucenie ciała faktycznie utrudnia lub wręcz uniemożliwia nam
postrzeganie siebie jako "mężczyzny" lub "kobiety". Czy potrafisz
stwierdzić: "Jestem mężczyzną", "Jestem kobietą"? Jeśli takie
oświadczenie sprawia, że czujesz się nieswojo, jeśli nie wierzysz w to
tak naprawdę, to znaczy, że nie do końca godzisz się na porzucenie
dzieciństwa.
Kiedy poruszam tę kwestię na terapii, moi pacjenci często stwierdzają,
że "mężczyzna" lub "kobieta" to słowa, których nie można do nich
zastosować. Ten status wydaje im się niedostępny. Zadowalają się
nazywaniem siebie "chłopakiem" lub "dziewczyną" albo też "osobą" lub
"człowiekiem". Ale kim tak naprawdę jest mężczyzna czy kobieta? Czy nie
możemy definiować tych pojęć każdy na swój sposób, zgodnie ze swoją
osobowością i swoimi preferencjami? Czy trzeba koniecznie mieścić się w tych ramach? Śmiem odpowiedzieć twierdząco -?właśnie dlatego, że tym, co
odróżnia mężczyznę i kobietę od dziecka, jest stan dorosłości i że
poprzez uznanie swoich granic dorosły osiąga zdolność przyporządkowania
i zdefiniowania siebie, zwłaszcza w opozycji do dziecka i dzięki
rezygnacji z dzieciństwa. Faktycznie, nie jest to łatwe.
"Staram się być ujmujący" -?mówi mi pewnego dnia adwokat na oko
zbliżający się do sześćdziesiątki. Z zewnątrz wydaje się mieć wszelkie
cechy dorosłego, odpowiedzialnego, dojrzałego i profesjonalnego
mężczyzny, który osiągnął bardzo wiele na polu zawodowym. Jednak z przekonaniem deklaruje, że nie czuje się mężczyzną. Co więcej, jest
doskonale świadomy, że w dotychczasowym życiu rozwijał cechy dziecięce,
takie jak bycie "ujmującym", uprzejmym, uśmiechniętym, dowcipnym,
grzecznym, układnym. Także wiele kobiet określa siebie jako szczególnie
ujmujące. Wystarcza im, że są powściągliwe, dyskretne, grzeczne,
uczynne, chętne do pomocy, udzielania rad i dawania pocieszenia, a nawet
dowcipne.
W stanie heroicznej wszechmocy osoby te często czują się obdarzone misją
zabawiania grup przyjaciół lub kolegów, starają się być w ich centrum,
zgrywają się, a czasem zachowują się prowokacyjnie, przywołując czarny
humor lub niestosowne żarty, wiedzą bowiem, że zostanie im to wybaczone,
gdyż dzieci mogą sobie pozwolić na wszystko...
Można by zapytać: w czym problem, skoro te osoby mimo wszystko radzą
sobie w życiu, dobrze funkcjonują w społeczeństwie, wychowują dzieci,
zarabiają na życie... Zapewne tak właśnie jest, ale jeśli chodzi o resztę,
bilans może się okazać nieubłaganie niekorzystny. Ludzie ci nigdy nie
znajdują pogody lub spokoju ducha, których poszukują. Wciąż się boją -
porzucenia, nudy, tego, że tak naprawdę nie liczą się dla innych, że nie
znajdą sensu życia... Odmowa dorastania okazuje się mieć naprawdę wysoką
cenę i przysparzać trudności w wielu obszarach. Na przykład w sferze
seksualności.
Lęk przed seksem
"Wstydzę się być kobietą w oczach moich rodziców" -?mówi mi
czterdziestopięcioletnia kobieta. Chce przez to powiedzieć, że wstydzi
się być dorosłą kobietą zdolną do aktywności seksualnej. Ma wrażenie, że
jeśli jej rodzice się zorientują, że nie jest już ich niewinną córeczką,
będą wstrząśnięci. A przecież muszą czegoś się domyślać, zwłaszcza że
ich córka ma dwoje dzieci...
Dorastanie to tracenie niewinności i trudno jest temu zapobiec. Jednak
nawet jeśli ostatecznie odkrywamy, na czym polega seks, może się w nas
utrzymywać głębokie niezrozumienie tego, co tak naprawdę rozgrywa się w relacji seksualnej. Jak dzieci możemy być wówczas dręczeni przez strach,
wstyd i poczucie winy.
Uwodzenie bez seksualności
Ideałem dorosłego odmawiającego dorośnięcia jest pozostanie na poziomie
dziecięcego uwodzenia. Dotyczy to czarusiów i kokietek, którzy nie mogą
się powstrzymać przed igraniem z ogniem bez zamiaru prawdziwego
zaangażowania się w relację miłosną. Wystarczy im pewność, że się
podobają, że są doceniani, kochani, pożądani. Zazwyczaj uwodzą w stylu
radosnego, pełnego życia dziecka. Dają dowody uprzejmości, wesołości,
uwagi. Zbliżają się, a potem nagle wycofują z gry, robiąc innym jedynie
próżne nadzieje. Chodzi tu nie o brak zainteresowania seksualnością,
lecz o lęk przed zatraceniem się w niej. Za każdym razem, gdy zdarza im
się doświadczać relacji seksualnej, nie sprawia im ona specjalnej
satysfakcji.
Adriana7, tryskająca dziecięcą energią trzydziestolatka,
zwierza mi się, że nie może się powstrzymać przed uwodzeniem swoich
przyjaciół i współpracowników, choć nigdy nie idzie na całość.
Przychodzi jej to z łatwością dzięki ładnej aparycji. Jest mężatką i ma
dwoje małych dzieci, ale wciąż wplątuje się w skomplikowane sytuacje,
wymieniając potajemnie SMS-y z potencjalnymi "zdobyczami", przed którymi
potem musi uciekać. Nigdy nie zdradziła męża. Nie taki ma cel. Samo
uwodzenie jej wystarcza, reszta w ogóle jej nie interesuje. Ujawnia w ten sposób chciwość emocjonalną, zależność od spojrzenia drugiej osoby,
ciągle towarzyszącą jej obawę przed odrzuceniem, którego zaznała jako
całkiem mała dziewczynka. Zachowuje się dokładnie jak dziecko ignorowane
przez rodziców.
"W każdym razie trochę sobie odpuściłem męskość -?mówi mi Charles,
czterdziestosześciolatek. -?Nie interesuje mnie to". Jest postawnym,
brodatym mężczyzną, palącym cygara i niepozostawiającym śladu
wątpliwości co do swojej orientacji seksualnej. Jednak pod
trzyczęściowym, bardzo eleganckim garniturem kryje się mały chłopiec.
Jego historia jest zaskakująca i dobrze pokazuje, jak niektórzy mogą
odrzucać status dorosłego. Około siedemnastego roku życia Charles miał
problemy hormonalne, które doprowadziły u niego do nadmiernego rozwoju
piersi. Od tego czasu przez kolejne dwadzieścia siedem lat nigdy nie
potrafił się przed nikim rozebrać. Nabrał masy, by, jak mówi, "wyrównać"
swój wygląd. Zrezygnował z basenu i kąpieli w morzu. Spotykał się z kobietą, z którą zazwyczaj uprawiał seks, pozostając w koszuli, ale ich
relacja szybko się skończyła. Minęło ponad dziesięć lat, jednak Charles
ani trochę nie cierpi z tego powodu. Ma wielu znajomych i szczyci się
byciem idealnym przyjacielem, cenionym za życzliwość i chęć pomagania
innym. Lubi także uwodzić napotykane kobiety, a potem zrywać znajomość.
Moglibyśmy pomyśleć, że historia tego mężczyzny została zdeterminowana
przez jego problem związany z wyglądem fizycznym, to znaczy przez rozwój
piersi. W każdym razie on sam tak twierdzi. Tyle że to wszystko nie
składa się w całość. Dlaczego nie zoperował się po skończeniu osiemnastu
lat, choć wiedział, że taki zabieg jest względnie prosty? Czy nie
dlatego, że wygląd dostarczał mu pretekstu, by nie dorastać? Charlesowi
udało się uchodzić za dorosłego, przyswoił prawie wszystkie oznaki i kody dorosłości, co pozwoliło mu odnieść sukces na polu zawodowym, ale w głębi pozostał małym chłopcem -?dzięki swojej anomalii fizycznej, a nie
przez nią. Pozwoliła mu ona, jak mówi, "odpuścić sobie męskość", to
znaczy tak naprawdę odpuścić sobie dorosłość.
I drogo za to zapłacił. W rzeczywistości Charles cierpi na lęk przed
odrzuceniem, nękają go też powtarzające się napady lękowe i omdlenia,
przez które regularnie dzwoni na numery ratunkowe. Żyje w nieustannym
strachu przed zawałem i nagłą śmiercią.
Seks niechcący
Lęk przed seksualnością nie jest kwestią wieku ani doświadczenia. Wiele
spośród osób -?w każdym wieku -?które często i dobrowolnie podejmują
aktywność seksualną, odczuwa ją jako bolesną i uznaje ją w mniejszym lub
większym stopniu za poświęcenie lub zło konieczne. Przeżywając siebie
nadal jako dziesięcioletnie dziecko, możemy jedynie obawiać się
pożądliwego spojrzenia dorosłych, z którego ostatecznie niewiele
rozumiemy. Odmowa dorośnięcia, jak widzieliśmy, prowadzi do odrzucenia
swojego ciała, do jego dewaluacji, do negowania go. Jest ono postrzegane
wyłącznie jako przeszkoda lub jako brudna i wstydliwa rzecz, a nie
sposób na uzyskanie głębszej więzi ze sobą i z innym. Toteż osoby, które
odmawiają dorastania, oczekują przede wszystkim czułości i chętnie
obyłyby się bez właściwych stosunków seksualnych.
Aby zrozumieć seksualność, trzeba rozumieć pojęcie inności. Tymczasem w tym
przypadku inny nie jest postrzegany jako inny, jako ktoś radykalnie
odrębny. Nie jest osobą, lecz co najwyżej figurą z "dwoma opiekuńczymi
ramionami", jak to określiła pewna moja pacjentka. Dostarcza jedynie
uspokajającej, opiekuńczej obecności, a nie okazji do przeżycia
międzypodmiotowego spotkania.
Tym sposobem niektóre osoby doświadczają potrzeby zmiany świadomości
przed uprawianiem miłości. Czują, że muszą się napić alkoholu lub
"rekreacyjnie" zażyć substancje psychoaktywne. Małym kosztem otrzymują w ten sposób symbiotyczne wycofanie, częściowe wymazanie siebie samych,
dzięki czemu łatwo będzie im później zanegować (przed samym sobą) to, co
się wydarzyło. Będą uprawiać seks, a potem przekonają siebie, że tak
naprawdę ich tam nie było, że nie zrobiły tego specjalnie. W ekstremalnych sytuacjach zdarza się, że relacja seksualna jest możliwa
tylko w trybie pseudogwałtu. Niektórzy starają się to zorganizować tak,
by być nie tyle zmuszeni, ile nakłonieni przez inną osobę. Zatracają się
z rozmysłem, jakby nie mogli nic zrobić, negując w ten sposób swoją
odpowiedzialność8.
Jeśli chodzi o osoby zdolne mimo wszystko przeżywać relacje erotyczne w pełni władz umysłowych, często spędzają one czas na kontrolowaniu swych
gestów i zastanawianiu się, "czy właśnie tak należy robić", martwią się,
czy druga osoba jest usatysfakcjonowana, całkowicie się jej oddają i zupełnie ignorują własne pragnienia lub doznania; albo pozostają niemal
bez ruchu, obserwują sufit i wynoszą z aktu seksualnego wyłącznie
głębokie poczucie wstydu, samotności i pustki.
Po latach takiego reżimu niektórzy uświadamiają sobie w trakcie terapii,
że tak naprawdę nigdy nie uprawiali miłości, bo nie rozumieją, czym jest
relacja z inną osobą. Nie rozumieją, czym jest inność, bez której dostęp
do dorosłej seksualności jest niemożliwy. Jak to najprościej wyjaśnić?
Przychodzi mi do głowy następujące porównanie: wiadomo, że nie można
połaskotać się samemu. Żeby poczuć łaskotki, koniecznie potrzebujemy
drugiej osoby. Tak samo jest z relacją seksualną: by mieć dostęp do jej
magii i tajemnic, trzeba koniecznie rozpoznać drugą osobę w jej
radykalnej inności. Czego dorośli, którzy nie opuścili dzieciństwa -
symbiotyczni i heroiczni -?nie są w stanie zrobić.
Seks do przesady
Czasem pacjenci proszą mnie o rady techniczne pozwalające "dobrze się
kochać". Na przykład o kąt ułożenia głowy przy pocałunku, o intensywność
przyjemności, którą powinniśmy "normalnie" odczuwać; o gesty, które
należy wykonać w takim lub innym momencie... Odpowiadam im, że nie jestem
w żadnym stopniu uprawniony do dawania rad na ten temat, ale że mogę im
mimo wszystko zasugerować coś takiego: gdy masz ochotę na ciasto
czekoladowe i zabierasz się do jedzenia, na pewno nie zadajesz sobie
pytania o kąt, pod jakim trzeba je ugryźć, ani o konkretne gesty, jakie
musisz wykonać. Wgryzasz się w nie i dajesz się ponieść swojemu
pragnieniu i spontaniczności...
Właśnie w tym cały problem: gdy inny nie jest postrzegany jako inny, nie
ma miejsca na prawdziwe pożądanie. Jest wyłącznie strach: przed
rozczarowaniem drugiej osoby, przed odrzuceniem przez nią. To dlatego
ci, którzy działają w trybie heroicznej wszechmocy, mogą mnożyć
doświadczenia, nie rozwijając jednak prawdziwej dorosłej seksualności. W poszukiwaniu swojego "bohaterskiego ciała" będą się zadręczać wyczynami,
ich liczbą, długością, energią, techniką. Wbrew sobie nie uwolnią się od
zewnętrznego i chłodnego spojrzenia, a pozostając w sferze mechanicznych
zachowań, będą czerpać z aktu seksualnego czysto fizyczną przyjemność,
pozbawioną wartości naddanej przez wyobraźnię i fantazję. Cały cud
spotkania, tego krótkiego i magicznego zespolenia bytów, pozostanie poza
ich zasięgiem.
Niestałość pożądania i orientacji seksualnej
Czasem zadajemy sobie pytanie, czy mamy jedną, ściśle zdefiniowaną
orientację seksualną. Mogą nas nachodzić wątpliwości lub myśli, których
za dobrze nie rozumiemy. Na przykład pewna uznająca się za osobę
heteroseksualną pacjentka myślała czasem o swojej najlepszej
przyjaciółce i wyobrażała sobie, że być może... być może byłoby jej
znacznie lepiej z nią niż z mężczyzną. Mężczyźni wydawali jej się tacy
skomplikowani...
Podobnie jak ta młoda kobieta, niektórzy ludzie przeżywają tego typu
rozterki. Ale gdy przyjrzeć się temu dokładnie, może się okazać, że nie
chodzi wcale o seksualność. W przypadku odmowy dorośnięcia pociąg do
przyjaciółki (lub do przyjaciela w przypadku mężczyzny) nie ma wymiaru
seksualnego, ale jest skutkiem wycofania lub ucieczki przed pożądaniem
seksualnym. Dzieciństwo jest tak naprawdę stanem względnej obojętności,
gdzie sama idea orientacji seksualnej nie ma żadnego sensu. Oczywiście u dzieci istnieje pewna forma seksualności, ale nie ma ona nic wspólnego z seksualnością dorosłego. To seksualność skoncentrowana wyłącznie na
sobie, która nie pozostawia miejsca na drugą osobę. Także domniemany
pociąg do przyjaciela tej samej płci i wahanie co do orientacji
seksualnej zwykle nie mają nic wspólnego z homoseksualnością; chodzi
raczej o pewną niedojrzałość -?taką, jaką odnajdujemy na etapie, gdy
mali chłopcy myślą, że "dziewczyny są do niczego" (i wzajemnie) i gdy
wolą się bawić z kolegami tej samej płci9. W ostatecznym
rozrachunku dorosły, opanowany przez wątpliwości, może się zastanawiać -
nie bez lęku -?czy jest "normalny"...
Lęk przed zachorowaniem
Hipochondria i lęk przed chorobami
Hipochondria we właściwym tego słowa znaczeniu jest względnie rzadka
(dotyczy 3% osób, które zgłaszają się na konsultacje). Chodzi o zaburzenie, które według podręczników diagnostycznych polega na
nadmiernej obawie przed zachorowaniem lub byciem dotkniętym poważnym
zaburzeniem oraz na ciągłym zamartwianiu się interpretowanymi
fatalistycznie oznakami i objawami fizycznymi. Lęk utrzymuje się mimo
powtarzanych badań kontrolnych, poważnie zakłócając codzienne życie
dotkniętej nim osoby.
Nie będąc hipochondrykami w ścisłym znaczeniu tego słowa, bardzo wielu z nas boi się chorób, mikrobów i nieprawidłowości, które mogą zajść w ciele. Ale niektórzy, ogarnięci fobią, będą omijali wszystko, co wiąże
się z medycyną, i nieustannie próbowali ukoić swój niepokój przez
unikanie uścisku rąk, wstrzymywanie oddechu podczas mijania ludzi na
ulicy, mnożenie wizyt u lekarzy, uważne wsłuchiwanie się w bicie swojego
serca przy zasypianiu itd. Najmniejszy nietypowy sygnał, najlżejszy ból
i najniewinniejsza krosta będą wywoływać intensywny lęk.
Ten nieproporcjonalny lęk pojawia się bardzo często pod koniec
nastoletniości lub na początku dorosłości. Wyznacza de facto koniec
beztroski i fuzji z rodzicami. Nagle młody dorosły zdaje sobie sprawę,
że jest odpowiedzialny za swoje istnienie. Aż
dotąd tę odpowiedzialność ponosili jego rodzice. Jego własna śmierć
mogła go przerażać wyłącznie przez pryzmat ich śmierci, jakby poniekąd
żył wewnątrz nich (co jest główną zasadą fuzji). Ale wejście w dorosłe
życie wymusza w pewien sposób uświadomienie sobie własnej
odpowiedzialności, bo myśl, że trzeba opuścić rodzinne gniazdo, działa
metaforycznie jak drugie narodziny albo, jak kto woli, jak drugie
wypchnięcie z matczynego łona. Wówczas nasze ciało, którego dorosłe
cechy dotąd negowaliśmy, jawi się przed nami w swojej pełni. Odkrywając
je, odkrywamy jego fundamentalną kruchość. Nie możemy już dłużej negować
śmierci, a najdrobniejsze zaburzenia fizyczne wydają się potwierdzać, że
wkrótce umrzemy. Jest to jednak czyste złudzenie, w którym wiele osób
się zatraca. Wielki niemiecki filozof Immanuel Kant przez całe życie był
hipochondrykiem, bez przerwy martwił się o swoje zdrowie i szukał
sposobów, by je chronić. Nawet geniusze mogą zachować w sobie sporą dozę
niedojrzałości...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki