Nie czekaj na pozwolenie. Jak uwolnić się emocjonalnie od rodziców - Eudes Séméria

Kup ebooka

47.90 zł
37.36 zł (36,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Wpro­wa­dze­nie

Wszystko, co wzmac­nia poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści, przy­czy­nia się do wyle­cze­nia.

Hel­mut Kaiser, psy­cho­log egzy­sten­cjalny1

Nasze codzienne lęki

Lęk przed roz­cza­ro­wa­niem kogoś, lęk przed popeł­nie­niem błędu, lęk przed byciem osą­dzo­nym lub porzu­co­nym, lęk, że się komuś prze­szka­dza, lęk przed wyra­że­niem swo­jego zda­nia, swo­ich uczuć... Komu doro­sła osoba taka jak ja mogłaby powie­rzyć swoje codzienne obawy? I od czego mia­łaby zacząć? Od lęku przed swoim cia­łem, wła­snym wize­run­kiem, spoj­rze­niem innych? Lęku przed rodzi­cami, żoną, mężem, a może przed cho­robą, przy­szło­ścią, nie­do­stat­kiem, złymi wybo­rami bądź też przed zaan­ga­żo­wa­niem, miło­ścią, porażką lub samot­no­ścią?

Czy to nor­malne, że na każ­dym kroku widzę nie­zli­czone małe wyzwa­nia, że cza­sem bra­kuje mi pew­no­ści, wiary w sie­bie, odwagi? Jaki doro­sły wyznałby, że wciąż boi się ciem­no­ści, cho­dze­nia spać, natłoku myśli, że lęk budzą w nim pro­wa­dze­nie samo­chodu, tele­fo­no­wa­nie, nuda, zała­twia­nie spraw admi­ni­stra­cyj­nych lub spraw­dza­nie stanu konta?

Czy powi­nie­nem się wsty­dzić, że boję się czer­wie­nić, dukać, wyra­żać swoje opi­nie, być nie­spo­kojny, lękliwy lub zestre­so­wany w oko­licz­no­ściach, w któ­rych "nor­malny" doro­sły wyka­załby się spo­ko­jem i opa­no­wa­niem? A w ogóle jak oni to robią -?ci "nor­malni" doro­śli? Czyżby w ogóle się nie bali?

Powiedzmy to sobie od razu: wszy­scy odczu­wają strach, jest on natu­ralny i uży­teczny. Ale o ile strach przed prze­pa­ścią czy agre­syw­nym psem oka­zuje się przy­datny, to strach przed zabra­niem głosu lub przed pale­niem przy rodzi­cach u trzy­dzie­sto-, czter­dzie­sto- czy pięć­dzie­się­cio­latka wydaje się dziwny i nie­współ­mierny.

Prawdę mówiąc, wciąż nie za dobrze rozu­miemy codzienne ludz­kie lęki, bo psy­cho­lo­go­wie inte­re­sują się przede wszyst­kim fobiami, to zna­czy irra­cjo­nal­nymi i nie­kon­tro­lo­wa­nymi reak­cjami poja­wia­ją­cymi się w sytu­acjach nie­sta­no­wią­cych obiek­tyw­nego nie­bez­pie­czeń­stwa (jak lęk przed gołę­biami). Ale co można w takim razie powie­dzieć o stra­chu przed ciem­no­ścią u doro­słych? Trudno jed­no­znacz­nie stwier­dzić, czy to fobia, czy zwy­czajny lęk. I choć Sig­mund Freud podzie­lił lęki na dwie kate­go­rie -?do jed­nej zali­cza­jąc fobie, do dru­giej "realne lęki" -?łatwo dostrzec, że gra­nica mię­dzy nimi jest cienka. Dla­tego też inni auto­rzy zapro­po­no­wali roz­róż­nie­nie na lęki kon­struk­tywne, czyli te, które poma­gają posu­wać się naprzód, i lęki nie­ade­kwatne -?te, które powo­dują zna­czące i trwałe cier­pie­nie i które utrud­niają doświad­cza­nie pełni życia. Pró­bo­wano rów­nież stwo­rzyć kla­sy­fi­ka­cję dzie­lącą lęki na bio­lo­giczne (gdy stawką jest życie), spo­łeczne (na przy­kład publiczne zabie­ra­nie głosu) i egzy­sten­cjalne (na przy­kład strach przed śmier­cią). Jed­nak taki podział nie­wiele wyja­śnia, nie wię­cej zresztą niż roz­róż­nie­nie na lęki dzieci i lęki doro­słych, które w znacz­nym stop­niu się pokry­wają. Być może bra­kuje więc ogól­nego i spój­nego uję­cia naszych codzien­nych lęków, pozwa­la­ją­cego je zro­zu­mieć i poko­nać. Celem tej książki jest wła­śnie przed­sta­wie­nie takiej kla­sy­fi­ka­cji.

Cztery fundamentalne lęki

Na pod­sta­wie obser­wa­cji kli­nicz­nych poczy­nio­nych przeze mnie pod­czas pro­wa­dzo­nych tera­pii, pod­par­tych pra­cami licz­nych psy­cho­lo­gów egzy­sten­cjal­nych pro­po­nuję wyróż­nić cztery fun­da­men­talne kate­go­rie, do któ­rych można zali­czyć lęki znane nam z codzien­nego życia. Pod­czas lek­tury tej książki zoba­czymy, skąd wzięła się taka kla­sy­fi­ka­cja.

Wyróż­niam więc nastę­pu­jące cztery lęki:

Lęk przed doro­śnię­ciem lub przed fak­tycz­nym przy­ję­ciem sta­tusu osoby doro­słej. Wyni­ka­jące z tego obawy wiążą się z pro­ble­ma­tyką auto­no­mi­za­cji i wyraź­nie sygna­li­zują utrzy­mu­jące się zacho­wa­nia prze­jęte z dzie­ciń­stwa (lęk przed ciem­no­ścią, przed swoim doro­słym cia­łem, przed sek­su­al­no­ścią, przed auto­ry­te­tem swo­ich rodzi­ców, przed cho­robą itd.). Lęk przed mani­fe­sto­wa­niem sie­bie lub przed zde­fi­nio­wa­niem sie­bie, przed zaję­ciem okre­ślo­nego miej­sca i roli wśród innych (obawa, że się do tego nie dora­sta, że jest się "oszu­stem" lub "do niczego", że inni nas nie zaak­cep­tują, odtrącą, że będziemy im prze­szka­dzać itd.). Lęk przed dzia­ła­niem (lub pro­blemy z podej­mo­wa­niem decy­zji i dzia­ła­niem), przed for­mu­ło­wa­niem pla­nów i budo­wa­niem wła­snej ścieżki dla sie­bie i poprzez sie­bie (lęk przed podej­mo­wa­niem wybo­rów, przed bra­kiem, przed prze­strze­nią publiczną lub zamkniętą prze­strze­nią, przed zaan­ga­żo­wa­niem, przed przej­ściem do dzia­ła­nia, przed porażką itd.). Lęk sepa­ra­cyjny lub lęk przed zaufa­niem więzi z drugą osobą, któ­rym towa­rzy­szą zwłasz­cza lęk sepa­ra­cyjny i lęk przed opusz­cze­niem (lęk przed swo­imi emo­cjami i uczu­ciami, przed samot­no­ścią, obawa, że nie jest się kocha­nym, że zosta­nie się ofiarą agre­sji, zdrady, porzu­ce­nia itd.).

W tych czte­rech gru­pach miesz­czą się wszyst­kie lęki, któ­rych doświad­czamy w codzien­nym życiu. Łączy je wspólne źró­dło -?nie­ustanny kon­flikt tlący się w sercu każ­dego z nas, kon­flikt mię­dzy dziec­kiem, któ­rym już nie jeste­śmy, a doro­słym, któ­rym pró­bu­jemy zostać. Po jed­nej stro­nie znaj­dują się nie­upo­rząd­ko­wane siły "popę­dowe", które dążą do nego­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści, po dru­giej zaś mamy reflek­syjną i świa­domą myśl, która stara się sta­wiać gra­nice.

Ten wewnętrzny kon­flikt na linii dziecko-doro­sły nikogo nie oszczę­dza. Powiedzmy to sobie jasno: praw­do­po­dob­nie nie ma na świe­cie ani jed­nego w pełni doro­słego czło­wieka. Są wyłącz­nie osoby, które boją się mniej niż inne i które być może w mniej­szym stop­niu dają się przy­tło­czyć wąt­pli­wo­ściom i lękom.

We Fran­cji jedna osoba na sie­dem nie umie pły­wać i boi się wody, wiele osób nie umie jeź­dzić na rowe­rze, liczne boją się swo­jego ciała, samych sie­bie, innych ludzi. Każ­dego z nas tra­wią lęki, prze­szka­dza­jąc nam w pro­wa­dze­niu w pełni satys­fak­cjo­nu­ją­cego życia. Wszech­ogar­nia­jące lęki czę­sto wywo­łują poczu­cie bez­sensu, trudne do zde­fi­nio­wa­nia złe samopoczu­cie, wra­że­nie, że krę­cimy się w kółko i że "życie prze­cho­dzi nam koło nosa". "Gdyby nie strach, był­bym szczę­śliwy!" -?mówimy czę­sto. Czy da się z niego wyzwo­lić?

Jak wyleczyć się ze swoich lęków

Jak każdy, ja także bar­dzo czę­sto bałem się cze­goś w swoim życiu. Bałem się potwo­rów ukry­tych pod moim łóż­kiem, bałem się zasy­piać w ciem­nym pomiesz­cze­niu, bałem się samot­no­ści. Prze­sta­jąc być dziec­kiem, zaczą­łem się bać, że moi rodzice umrą, i uda­wało mi się zasnąć jedy­nie dzięki nadziei, że umrę przed nimi. Pod koniec nasto­let­nio­ści, wsku­tek pew­nego wypadku, odkry­łem lęk przed śmier­cią w zbyt mło­dym wieku, przed cho­robą, przed popad­nię­ciem w obłęd. Przez wiele lat mój nie­po­kój się nasi­lał i doświad­czy­łem licz­nych ata­ków paniki (aż pew­nego dnia zatrzy­ma­łem samo­chód na środku ulicy i w try­bie pil­nym zosta­łem zabrany do szpi­tala). W miarę upływu czasu prze­sze­dłem też dwie depre­sje z całym pocho­dem codzien­nych lęków w tle: przed pustką, przed roz­cza­ro­wa­niem, przed nie­po­wo­dze­niem.

Wszyst­kie te lata, od kiedy zosta­łem psy­cho­lo­giem kli­nicz­nym2, nauczyły mnie, że da się pozbyć nie­ra­cjo­nal­nych lęków, które nas para­li­żują i zatru­wają nam życie. Jak?

Spraw­dza­jąc, w jakim stop­niu jeste­śmy -?lub nie -?doro­śli. Nie jest to łatwa sprawa... Być może mój czy­tel­nik będzie musiał czę­sto odwo­ły­wać się do swo­jego poczu­cia humoru, bo nikomu nie spra­wia przy­jem­no­ści kon­fron­to­wa­nie się ze swo­imi sła­bo­ściami. Ale w miarę odkry­wa­nia "czte­rech fun­da­men­tal­nych lęków" i ich źró­deł będzie mógł roz­wa­żyć moż­liwe do samo­dziel­nego prze­pro­wa­dze­nia zmiany, dostrzec, co mógłby zro­bić, by wresz­cie żyć spo­koj­niej.

W tej książce teo­ria prze­plata się z prak­tyką; znaj­dziemy tu wszel­kie moż­liwe lęki lub ich odpo­wied­niki -?aż po lęk przed tele­fo­no­wa­niem, czer­wie­nie­niem się, tyciem... i wiele innych. W każ­dym roz­dziale umiesz­czam naj­pierw opis danego lęku i jego źró­deł egzy­sten­cjal­nych, następ­nie podaję przy­kłady kli­niczne (świa­dec­twa pacjen­tów), a wresz­cie pro­po­zy­cje prak­tycz­nych, kon­kret­nych i wypró­bo­wa­nych w tera­pii roz­wią­zań. Wszystko będzie się osta­tecz­nie spro­wa­dzać, jak zoba­czymy, do bar­dzo pro­stej rze­czy: sta­nia się bar­dziej doro­słym i bar­dziej sobą.

Dlaczego dorosłość jest tak przerażająca

Gdy byli­śmy nasto­lat­kami, czę­sto sły­sze­li­śmy nastę­pu­jące zda­nia: "Bądź odpo­wie­dzialny!", "Doro­śnij!", "Zacho­wuj się jak doro­sły!". Jaki wynie­śli­śmy z nich prze­kaz? Że od osiem­na­stego roku życia wypada stu­dio­wać, potem pra­co­wać, samemu się utrzy­my­wać, pła­cić podatki, wycho­wy­wać dzieci, dotrzy­my­wać zobo­wią­zań. Ale gdyby doro­słość pole­gała wyłącz­nie na tym, wszy­scy byli­by­śmy doro­śli. Tym­cza­sem wielu z nas, nawet gdy bez pro­ble­mów funk­cjo­nuje w spo­łe­czeń­stwie, nie czuje się w pełni "doro­śle" -?mimo peł­no­let­nio­ści, zdol­no­ści do pro­kre­acji i do prze­ję­cia odpo­wie­dzial­no­ści spo­łecz­nej i zawo­do­wej.

Więc czym tak naprawdę jest bycie doro­słym?

Psy­cho­log egzy­sten­cjalny może zapro­po­no­wać nastę­pu­jącą defi­ni­cję: bycie doro­słym to uzna­wa­nie ogra­ni­czeń ludz­kiego losu. Fak­tycz­nie, każdy czło­wiek jest ogra­ni­czony: w cza­sie -?bo umrze; w rela­cji z innymi -?bo sam przy­cho­dzi na świat i sam z niego odcho­dzi; w swoim rozu­mie­niu egzy­sten­cji -?bo nie może wie­dzieć, skąd przy­bywa i dokąd zmie­rza ani co robi na tej ziemi; a także przez swoje wybory, które z koniecz­no­ści są zara­zem rezy­gna­cją.

Zasad­ni­czo wszel­kie nasze lęki mają swoje źró­dło w kon­fron­ta­cji z tymi ogra­ni­cze­niami. Toteż wolimy wypchnąć obawy poza swoją świa­do­mość, ale robiąc to, odma­wiamy peł­nego doro­śnię­cia. Trwamy w myśle­niu w try­bie dziecka.

Śmierć? Wyobra­żamy sobie, że jeste­śmy nie­śmier­telni, lub myślimy o niej, jak naj­mniej się da -?co wła­ści­wie spro­wa­dza się do tego samego.

Osa­mot­nie­nie? Psy­cho­log Hel­mut Kaiser pisał, że "życie doro­słego wiąże się z osa­mot­nie­niem total­nym, fun­da­men­tal­nym, wiecz­nym i nie do prze­zwy­cię­że­nia"3. By o nim zapo­mnieć, two­rzymy złu­dze­nie fuzji z naszymi bli­skimi, wta­piamy się w tłum lub wma­wiamy sobie, że nie potrze­bu­jemy nikogo.

Sens życia? Pozwa­lamy, by narzu­cali go nam inni ludzie, nasze wie­rze­nia, przy­pa­dek, prze­zna­cze­nie...

Obo­wiązki? Chęt­nie zda­jemy się w tej kwe­stii na innych ludzi, insty­tu­cje, prze­ło­żo­nych, na dzieło przy­padku. Cza­sem postę­pu­jemy tak, jak­by­śmy nic nie mogli zmie­nić w naszym życiu lub -?prze­ciw­nie -?mamimy się złu­dze­niem, że nasze moż­li­wo­ści dzia­ła­nia są nie­ogra­ni­czone.

Wszy­scy mamy olbrzymi talent do nego­wa­nia swo­ich lęków egzy­sten­cjal­nych! Od naj­młod­szych lat dość natu­ral­nie sto­su­jemy stra­te­gie obronne wyco­fa­nia się lub wszech­mocy. Tym­cza­sem ide­al­nie by było stop­niowo opusz­czać "magiczny" świat dzie­ciń­stwa, by świa­do­mie uznać ogra­ni­cze­nia wyni­ka­jące z naszej ludz­kiej kon­dy­cji. Dla­czego? Bo bez tego będziemy mieć nie­wielki wpływ na rze­czy­wi­stość, a więc i na swoje życie. Cza­sem sta­ramy się pozo­stać lub na nowo stać się nie­śmia­łym dziec­kiem, które może się scho­wać za doro­słym, albo boha­ter­skim dziec­kiem, któ­rego nic nie może dosię­gnąć. Oczy­wi­ście pozwala to zmniej­szyć lęki egzy­sten­cjalne, ale za to nasze dzie­cięce stra­chy wciąż nawie­dzają i para­li­żują nasze życie.

No wła­śnie: czy da się żyć w try­bie dziecka i jed­no­cze­śnie czuć, że w roz­ma­itych sfe­rach doro­słego życia (zawo­do­wej, miło­snej, sek­su­al­nej itd.) dorów­nuje się innym? W jaki spo­sób zmie­rzyć się z orga­ni­za­cją codzien­nego życia i roz­ma­itych obo­wiąz­ków, któ­rych bez prze­rwy nam przy­bywa? Jak podej­mo­wać decy­zje, jak dzia­łać, jak czuć się bez­piecz­nie?

W pew­nym momen­cie naszego życia wszy­scy musimy doko­nać nastę­pu­ją­cego wyboru: żyć z nie­zli­czo­nymi lękami z dzie­ciń­stwa lub uznać ogra­ni­cze­nia doro­słej egzy­sten­cji.

1. Nasza dziecięca część

1

Nasza dzie­cięca część

Dzień dobry, wypró­bo­wa­łem "doro­słość" i nie jestem już zain­te­re­so­wany. Chciał­bym anu­lo­wać swój abo­na­ment. Czy mógł­bym poroz­ma­wiać z kimś, kto jest za to odpo­wie­dzialny?

Ano­nim

Lęk przed porzuceniem dzieciństwa

"Wiem, że pod moim łóż­kiem nie ma potwora, ale nie mam odwagi tego spraw­dzić". Wielu z nas szcze­rze wie­rzy, że dzie­ciń­stwo ma już za sobą, a mimo wszystko zacho­wuje, czę­sto nie­świa­do­mie, dzie­cięce przy­zwy­cza­je­nia, które hamują nasz roz­wój oso­bi­sty. Tak naprawdę wszy­scy psy­cho­te­ra­peuci dobrze to wie­dzą: żyjemy w świe­cie peł­nym dzieci prze­bra­nych za doro­słych. Zatem zasad­ni­cze pyta­nie brzmi: czy na pewno jeste­śmy doro­śli -?i w jakim stop­niu?

Czy przesypiasz noce?

Kiedy dziecko przy­cho­dzi na świat, cała rodzina nie­cier­pli­wie czeka, aż zacznie "prze­sy­piać noce" -?spo­koj­nie zasy­piać i budzić się dopiero rano, dobrze wypo­częte. Ale dzieci zde­cy­do­wa­nie nie lubią cho­dzić spać. Tak samo jest z wie­loma doro­słymi cier­pią­cymi na bez­sen­ność, prze­ko­na­nymi, że sen nie zależy od ich dobro­wol­nej decy­zji, ale od zda­rzeń dnia codzien­nego. Nie­któ­rzy regu­lar­nie muszą dokoń­czyć wie­czo­rem jakąś pracę, potem chcą mieć tro­chę czasu wol­nego, pooglą­dać seriale lub poczy­tać, co prze­ciąga się do dru­giej lub trze­ciej nad ranem; innym udaje się poło­żyć o roz­sąd­nej porze, ale nie potra­fią się powstrzy­mać od roz­trzą­sa­nia swo­ich zmar­twień, wstają po dwa lub trzy razy, znów zaczy­nają z nie­po­ko­jem myśleć o minio­nym lub kolej­nym dniu i mają ogromne trud­no­ści z zaśnię­ciem. Są też tacy, któ­rzy zasy­piają bez pro­blemu, ale nie­zmien­nie budzą się na godzinę lub dwie przed budzi­kiem. Jeśli też tak masz, możesz to nazy­wać bez­sen­no­ścią, ale tak naprawdę łatwiej byłoby uznać, że jesz­cze "nie prze­sy­piasz" nocy.

Zabu­rze­nia snu, z wyjąt­kiem pato­lo­gii stwier­dzo­nych przez medy­cynę, sygna­li­zują zazwy­czaj odmowę snu. Być może trudno będzie to przy­znać, ale nie­wy­klu­czone, że w głębi duszy -?podob­nie jak dziecko, któ­rym byli­śmy -?nie chcemy iść spać. Oczy­wi­ście ktoś może zapro­te­sto­wać, że nie marzy o niczym innym, jak tylko o tym, by się wyspać! Dla­tego trzeba dopre­cy­zo­wać: odmowa snu nie jest ani świa­doma, ani zamie­rzona, my po pro­stu robimy wszystko, by nie spać.

Przy­czyn takiej sytu­acji jest wiele, zaczy­na­jąc od lęku przed ciem­no­ścią -?tego, który tak bar­dzo nas drę­czył, gdy byli­śmy mali. Jak nie­mal wszyst­kie dzieci pro­si­li­śmy wów­czas zapewne, by zosta­wić otwarte drzwi, i uspo­ka­ja­li­śmy się, słu­cha­jąc dźwię­ków krzą­ta­niny rodzi­ców. Teraz, gdy jeste­śmy doro­śli, te dzie­cięce zacho­wa­nia przy­brały po pro­stu bar­dziej akcep­to­walną formę -?lepiej je ukry­wamy nawet przed sobą. Teraz to tele­wi­zor lub kom­pu­ter, a cza­sem wpa­da­jące z innego pomiesz­cze­nia świa­tło zastę­pują de facto nocną lampkę. O ile nie zosta­wiamy otwar­tych okien i żalu­zji, by nasłu­chi­wać odgło­sów życia, które docho­dzą z ulicy. Wiele osób zasy­pia ze słu­chaw­kami tele­fonu w uszach, dając muzyce lub audio­bo­okom koły­sać się przez całą noc. Lękowi przed ciem­no­ścią fak­tycz­nie czę­sto towa­rzy­szy lęk przed ciszą, która jest niczym innym, jak "ciem­no­ścią dźwię­kową".

Wszystko dla­tego, że sypial­nia stwa­rza, szcze­rze mówiąc, pozory grobu - trzeba się poło­żyć w ciem­no­ściach i nie ruszać, przez co samo­rzut­nie nasuwa się myśl o śmierci. Duża grupa osób po zga­sze­niu świa­tła natych­miast je zapala, spraw­dza­jąc, czy nie ośle­pły. Zupeł­nie jakby ciem­ność miała moc wycią­ga­nia z nas życio­wej ener­gii! A jak wielu ludzi boi się, że już się nie obu­dzi? Że prze­sta­nie oddy­chać? W ciem­no­ściach atmos­fera może być ciężka nawet dla doro­słego -?może mu się wręcz zda­wać, że się dusi.

Edmond de Gon­co­urt, fun­da­tor L'Académie Gon­co­urt i nagrody lite­rac­kiej noszą­cej jego nazwi­sko, bar­dzo dobrze opi­suje w swoim słyn­nym Dzien­niku poczu­cie trwogi wywo­łane ciem­no­ścią: "Cią­gły lęk przed śle­potą, groźba pocho­wa­nia żyw­cem w nocy"4. W jego epoce, w dru­giej poło­wie XIX wieku, dość mocno nad­uży­wano mor­finy, by zasnąć. Dziś używa się innych sub­stan­cji -?alko­holu, środ­ków odu­rza­ją­cych, leków prze­ciw­lę­ko­wych lub nasen­nych. Nie dla­tego, że są one w sta­nie nas uśpić, ale dla­tego, że zdej­mują z nas dzie­cięcy lęk przed świa­do­mym dopusz­cze­niem do sie­bie myśli o zapad­nię­ciu w sen.

Z pokoju pogrą­żo­nego w ciem­no­ściach ema­nuje taka moc przy­wo­ły­wa­nia śmierci, że nie dziwi chęć opusz­cze­nia go za wszelką cenę. Toteż czę­sto to, co robimy przed zaśnię­ciem, a nawet pod­czas dłu­gich godzin bez­sen­no­ści, ma na celu jedy­nie magiczne anu­lo­wa­nie nocy, jak­by­śmy chcieli prze­sko­czyć bez­po­śred­nio do jutra. To odwieczne marze­nie dziecka, które chcia­łoby, żeby "od razu był ranek" i żeby życie przy­po­mi­nało wieczny dzień, nie­prze­ry­wany przez żadną noc. Dla niego, jak i dla wielu doro­słych, zaśnię­cie i śmierć to w domy­śle jedno i to samo.

Ale jaki magiczny for­tel pozwo­liłby nam "anu­lo­wać noc"? Wystar­czy nie spać przy­naj­mniej do czwar­tej nad ranem. Nie­ważne, jakim spo­so­bem to osią­gniemy: czy­ta­niem, wyj­ściem, patrze­niem w ekran, roz­trzą­sa­niem wszyst­kiego w myślach, pisa­niem... Dla­czego do czwar­tej nad ranem? Bo wła­śnie wtedy zaczyna wsta­wać dzień, a para­me­try fizjo­lo­giczne czło­wieka (tem­pe­ra­tura ciała, puls, ciśnie­nie krwi itd.) zaczy­nają wzra­stać. To godzina, w któ­rej zaczy­namy odzy­ski­wać ener­gię życiową. Ten moment wyzna­cza koniec nocy. Toteż gdy osoby bez­senne wresz­cie zapa­dają wów­czas w sen, dzieje się tak nie z powodu wyczer­pa­nia, ale z powodu instynk­tow­nego, obec­nego w głębi orga­ni­zmu odczu­cia, że rodzi się nowy dzień. Wie­dzą, że udało im się prze­rzu­cić most mię­dzy "dniem wcze­śniej­szym" a "dniem póź­niej­szym" -?tak że noc nie miała miej­sca, została w pew­nym sen­sie anu­lo­wana.

Rozu­miemy teraz, że aby "prze­sy­piać noce", trzeba zre­zy­gno­wać z magicz­nego spo­sobu myśle­nia dziecka i uznać gra­nicę mię­dzy dniem a nocą -?która sym­bo­licz­nie odsyła do gra­nicy mię­dzy życiem a śmier­cią. Ina­czej mówiąc: by doro­snąć, trzeba zaak­cep­to­wać, że każ­dego wie­czoru po tro­chu się umiera.

Trzeba też zde­kon­stru­ować stare dzie­cięce wie­rze­nie uśmie­rza­jące obawę przed śmier­cią. Według niego, aby nie umrzeć, trzeba być "w ruchu", ni­gdy nie usta­wać w aktyw­no­ści, w dzia­ła­niu, w myśle­niu. Nie­ustanne pobu­dze­nie i skłon­ność do pośpie­chu to relikt dzie­ciń­stwa, archa­iczne anti­do­tum na lęk przed umie­ra­niem. Cza­sem pod­czas sesji tera­peu­tycz­nej pro­szę szcze­gól­nie pobu­dzo­nych pacjen­tów, by przez minutkę pozo­stali w zupeł­nym bez­ru­chu, zaka­zu­jąc im jed­no­cze­śnie myśle­nia o czym­kol­wiek poza chwilą obecną. Gdy mają póź­niej opi­sać, co wów­czas czuli, nie­zmien­nie przy­wo­łują fizyczne dozna­nie śmierci.

Rozu­mie się samo przez się, że bycie dyna­micz­nym, sku­tecz­nym i szyb­kim może sta­no­wić poważny atut w pracy i ogól­nie w życiu, ale pod jed­nym warun­kiem: że potra­fimy usta­lić gra­nicę mię­dzy dzia­ła­niem a odpo­czyn­kiem, sta­no­wiącą kolejny sym­bo­liczny ekwi­wa­lent gra­nicy mię­dzy życiem a śmier­cią. Ina­czej nie ma szans na spo­kojny i krze­piący sen. Co wię­cej, sys­te­ma­tyczne pobu­dze­nie ruchowe i pośpiech mogą pro­wa­dzić tylko do wypa­le­nia i wyczer­pa­nia, a to zupełne prze­ci­wień­stwo wyzna­czo­nego przez nas celu (któ­rym jest życie), bo fizyczne wynisz­cze­nie w taki czy inny spo­sób przy­bliża do śmierci.

A zatem powra­camy tu do dzie­cię­cej odmowy uzna­nia ogra­ni­czeń, która w tym wypadku jedy­nie inten­sy­fi­kuje egzy­sten­cjalne lęki, zamiast przed nimi chro­nić -?wzmaga cho­ciażby strach przed porażką, roz­cza­ro­wa­niem i byciem odrzu­co­nym, który z kolei pro­wa­dzi do jesz­cze więk­szego pobu­dze­nia, napię­cia, poszu­ki­wa­nia sku­tecz­no­ści... Oczy­wi­ście nego­wa­nie ogra­ni­czeń może być sku­teczne w dzie­ciń­stwie, ale w doro­sło­ści się nie spraw­dza, gdyż odło­że­nie na póź­niej życio­wych wybo­rów nie jest już moż­liwe. Rze­czy­wi­stość dopo­mina się o swoje prawa.

W kon­tek­ście snu trzeba przy­wo­łać jesz­cze jeden, być może dobrze ci znany, dzie­cięcy strach: przed spa­niem w samot­no­ści. Sen jest fak­tycz­nie dogłęb­nym dozna­niem wyalie­no­wa­nia, to doświad­cze­nie nie­prze­kra­czal­nej prze­pa­ści, która oddziela naszą świa­do­mość od świa­do­mo­ści innych osób. Ale gdy odma­wia się uzna­nia tej rady­kal­nej gra­nicy mię­dzy sobą a innymi, wów­czas odczuwa się potrzebę posia­da­nia obok sie­bie -?dla uspo­ko­je­nia - uko­cha­nej osoby. Sta­nowi to (ilu­zo­ryczną) próbę odtwo­rze­nia bar­dzo sta­rego dzie­cię­cego przy­zwy­cza­je­nia, to zna­czy spa­nia z mamą. I jeśli nie ma się pod ręką swo­jej mamy (co jest czę­ste w wieku doro­słym), dla stwo­rze­nia ułudy uspo­ka­ja­ją­cej fuzji wystar­czy współ­mał­żo­nek, pies, kot, ewen­tu­al­nie jakiś fetysz, zwany także obiek­tem przej­ścio­wym...

Czy posiadasz obiekt przejściowy?

Cho­dzi o nie­wielki przed­miot, który pew­nego dnia został wybrany przez dziecko -?zazwy­czaj jest to przy­tu­lanka, kocyk lub jaki­kol­wiek miękki przed­miot. Ma on w sobie coś spe­cjal­nego: to pierw­sza rzecz, którą dziecko uznaje za zewnętrzną wobec sie­bie samego i nad którą spra­wuje wła­dzę. Od tej chwili zaczyna wycho­dzić z sym­bio­tycz­nej rela­cji z matką, a wresz­cie uczy się swo­jej odręb­no­ści wobec ota­cza­ją­cych go bytów i przed­miotów. Nabiera świa­do­mo­ści gra­nic swo­jej osoby i swo­jej zdol­no­ści oddzia­ły­wa­nia na świat.

Ten tak ważny dla dziecka przed­miot został nazwany przez psy­cho­ana­li­tyka Donalda Win­ni­cotta (1896-1971) obiek­tem przej­ścio­wym, bo jego rolą jest towa­rzy­sze­nie dziecku w otwie­ra­niu się na świat zewnętrzny i jed­no­cze­sne chro­nie­nie go przed lękiem, który może wywo­ły­wać odda­le­nie od bli­skich.

Ten przed­miot pozwala dziecku rosnąć we względ­nym bez­pie­czeń­stwie psy­chicz­nym. Potem stop­niowo uczy się ono oby­wać bez przy­tu­la­nek i innych zaba­wek. Cho­ciaż... gdy się dobrze przyj­rzymy, obiekt przej­ściowy ni­gdy nie odcho­dzi cał­ko­wi­cie w nie­pa­mięć. U doro­słego przy­biera formę przed­miotów, któ­rym ten, niczym dziecko, przy­pi­suje magiczną ochronną moc. Jed­nakże wstyd nie pozwoli mu już mówić o obiek­cie przej­ściowym czy o przy­tu­lance, dla­tego okre­śla je mia­nem amu­letu lub tali­zmanu.

Wiele osób ukrywa starą maskotkę lub plu­szaka w tor­bie bądź w łóżku, w rogu pokoju czy w sza­fie albo też przy­pina je do samo­cho­do­wego lusterka lub bre­loczka. Nie­któ­rzy potra­fią wręcz do nich mówić i przy­pi­sy­wać im myśli i emo­cje; czują się abso­lut­nie nie­zdolni do roz­sta­nia z nimi, jakby cho­dziło o czło­wieka lub zwie­rzę domowe. Są wresz­cie i tacy, któ­rzy kolek­cjo­nują przed­mioty lub któ­rym spo­kój przy­nosi opy­cha­nie się jedze­niem...

Czy jesz byle jak?

Czy czu­jesz, że twoje zachcianki żywie­niowe są sil­niej­sze od cie­bie? A może masz poczu­cie, że zupeł­nie nie panu­jesz nad tym, co jesz, że nie możesz się oprzeć słyn­nemu trio tłu­ste-słod­kie-słone? Wszy­scy sta­ramy się pod­cho­dzić do tego racjo­nal­nie, ale mocno się okła­mu­jemy. Proz­dro­wotne dzia­ła­nie popo­łu­dnio­wej sałatki zostaje zni­we­lo­wane przez powta­rza­jące się w ciągu dnia odstęp­stwa od diety. Ogól­nie sądzimy, że odży­wiamy się w miarę roz­sąd­nie, ale osta­tecz­nie nie mamy świa­do­mo­ści, jak to naprawdę wygląda. Oczy­wi­ście postę­pu­jemy tak, by o tym nie myśleć. Szcze­gól­nie czę­sto zda­rza nam się "zła­mać" -?tro­szeczkę lub bar­dziej -?o godzi­nie 17.00 lub 22.00. Ten słynny pro­blem cze­ko­lady jedzo­nej wie­czo­rem lub cia­sta mają­cego roz­wią­zać pro­blemy emo­cjo­nalne - pochła­nia­nych naj­le­piej w samot­no­ści i w ukry­ciu... Jedze­nie fak­tycz­nie wydaje się mniej lub bar­dziej znie­czu­lać na smu­tek, poczu­cie samot­no­ści, przy­kro­ści, nudę, nie­pew­ność... W ten spo­sób bez prze­rwy oscy­lu­jemy mię­dzy roz­pa­sa­niem a wyrze­cze­niem, czę­sto sto­su­jąc diety -?wszyst­kie rów­nie bez­u­ży­teczne. Nie­któ­rzy otwar­cie doma­gają się usza­no­wa­nia swo­jej potrzeby i chęci, by jeść ponad miarę, dum­nie bro­niąc przy tym takich war­to­ści jak poczu­cie wspól­noty, przy­jaźń, etos bon vivanta. Jak ktoś to bły­sko­tli­wie ujął: "Nie możemy kupić szczę­ścia, ale możemy kupić cze­ko­ladę, i to jest pra­wie to samo". Dla­tego też wiele osób twier­dzi, że dobro­wol­nie decy­duje się jeść, co tylko chce, i zdaje się akcep­to­wać swoje obżar­stwo i nad­wagę, ale tak naprawdę sekret­nie cier­pią one z ich powodu. Zwłasz­cza gdy ich wygląd lub zdro­wie przy­wo­łują ich do porządku i gdy muszą osta­tecz­nie przy­znać, że tak naprawdę nie kon­tro­lują niczego.

Takie osoby zazwy­czaj nie­na­wi­dzą robić zaku­pów i goto­wać -?widzą w tym praw­dziwą prze­szkodę i stratę czasu. Ich spo­sób żywie­nia de facto przy­po­mina ten, który znają z dzie­ciń­stwa -?chcą mieć jedze­nie od razu gotowe do spo­ży­cia, chcą mieć go dużo (zawsze za dużo) i czę­sto koń­czą posi­łek, powta­rza­jąc sobie: "Znów za bar­dzo się obja­dłem!".

Wpa­damy tutaj w pułapkę kon­fliktu na linii usta-żołą­dek. Smak w ustach zawsze będzie waż­niej­szy niż dozna­nia żołądka, czę­sto więc jeste­śmy nie­zdolni wyczuć moment, w któ­rym roz­sąd­nie byłoby prze­stać jeść. Zwłasz­cza że sty­mu­lo­wa­nie ust (jak za cza­sów ssa­nia piersi) to powrót do dzie­ciń­stwa, two­rze­nie sobie ochron­nej i uspo­ka­ja­ją­cej bańki. To dla­tego nie zauwa­żamy, że tyjemy, póki nie osią­gniemy rela­tyw­nie wyso­kiej wagi, pod­czas gdy natych­miast dostrze­gamy spa­dek masy ciała.

W czym takie zacho­wa­nia sygna­li­zują obec­ność pew­nej nie­doj­rza­ło­ści? W tym, że jedze­nie bez ogra­ni­czeń cha­rak­te­ry­zuje nowo­rodka! Led­wie znaj­dzie się na świe­cie, nie­mal od razu po wzię­ciu pierw­szego odde­chu zabiera się do jedze­nia. Cho­dzi o wro­dzony i potężny odruch, któ­rego ewo­lu­cyj­nym uza­sad­nie­niem jest dopro­wa­dze­nie dziecka do jak naj­szyb­szego przy­ty­cia, wła­śnie od tego bowiem zależy jego prze­ży­cie, odpor­ność na agre­sję z zewnątrz, na zimno i na infek­cje oraz zdol­ność do speł­nie­nia wyma­gań orga­ni­zmu w trak­cie wzro­stu. Przy­po­mnijmy, że nowo­ro­dek, który chud­nie, jest pil­nym przy­pad­kiem medycz­nym.

Zatem jeśli jako doro­śli codzien­nie kon­fron­tu­jemy się z pro­ble­mem jedze­nia bez ogra­ni­czeń, zna­czy to jedy­nie, że nie doro­śliśmy, a w każ­dym razie -?nie dosta­tecz­nie i nie cał­ko­wi­cie. Ten wro­dzony impuls jedze­nia i tycia bez ogra­ni­czeń powi­nien zła­god­nieć, wyga­snąć stop­niowo w miarę dora­sta­nia. Być może jed­nak wciąż zacho­wu­jemy się w tej mate­rii tak, jakby cho­dziło o nasze życie. Jedze­nie staje się dla nas -?jak dla małego dziecka -?spo­so­bem na pozby­wa­nie się lęków, a w szcze­gól­no­ści lęku przed śmier­cią, sepa­ra­cją, porzu­ce­niem i samot­no­ścią5.

Czy masz w sobie "wewnętrzne dziecko"?

Nie boisz się ciem­no­ści, nie masz obiektu przej­ścio­wego, zdrowo się odży­wiasz? Być może. Ale, jak możemy stwier­dzić, ist­nieje cała rze­sza dzie­cię­cych prze­ko­nań, które tak łatwo nie zni­kają. Tym bar­dziej, że fascy­nuje nas nasze dzie­ciń­stwo. Cza­sem postrze­gamy je pozy­tyw­nie jako epokę bez­tro­ski, nie­win­no­ści i czy­sto­ści, cza­sem nega­tyw­nie -?bo mogło być także okre­sem wypeł­nio­nym lękiem i smut­kiem. Co wię­cej, spo­łe­czeń­stwo zachęca nas do pie­lę­gno­wa­nia naszego "wewnętrz­nego dziecka", domnie­ma­nego źró­dła kre­atyw­no­ści i spon­ta­nicz­no­ści, oraz do ule­ga­nia powszech­nemu kul­towi mło­do­ści, który pozwala nam akcep­to­wać nasze dzie­cięce zacho­wa­nia. Bez wąt­pie­nia nie bez wpływu na to pozo­staje mar­ke­ting, bo wszy­scy wie­dzą, że dzieci chęt­nie kupują byle co...

A pro­pos: lubisz kupo­wać byle co? Cza­sem, czy może czę­sto? Masz skłon­no­ści do wypeł­nia­nia swo­ich szaf ubra­niami lub butami, któ­rych nie­mal ni­gdy nie nosisz? Prze­ja­wiasz inne impul­sywne zacho­wa­nia? Wydaje ci się, że twoje emo­cje cię prze­ra­stają? Masz skłon­ność do odkła­da­nia pracy na póź­niej? Żyjesz w sta­łym i wszech­obec­nym bała­ga­nie? Kru­szysz wszę­dzie w cza­sie jedze­nia? Bez­u­stan­nie obi­jasz się o ściany i meble? Pła­czesz z byle powodu? Krótko mówiąc: masz poczu­cie, że wewnątrz cie­bie działa cza­sem nie­po­wstrzy­mana siła i że twoja wola lub twoja uwaga nie mogą się jej prze­ciw­sta­wić? Jeśli tak, naj­wyż­szy czas zba­dać źró­dła tych zacho­wań, które zdra­dzają obec­ność w nas dwóch mecha­ni­zmów obron­nych cha­rak­te­ry­stycz­nych dla małego dziecka: sym­bio­tycz­nego wyco­fa­nia i hero­icz­nej wszech­mocy (omni­po­ten­cji).

Symbiotyczne wycofanie

W kon­fron­ta­cji z trudną i nie­po­ko­jącą rze­czy­wi­sto­ścią dziecko może bar­dzo wcze­śnie wyka­zy­wać ten­den­cję do wyco­fy­wa­nia się i zle­wa­nia się z innymi. Jest to mecha­nizm obronny, który w jakimś stop­niu utrzy­muje się w doro­sło­ści. By zmie­rzyć się z lękami egzy­sten­cjal­nymi (przed śmier­cią, osa­mot­nie­niem, bra­kiem poczu­cia sensu, obo­wiąz­kami), jed­nostka pró­buje żyć w pew­nym sen­sie w "kuli­sach" swo­jego życia. W związku z tym wykształca spo­sób bycia cha­rak­te­ry­zu­jący się tym, co psy­cho­lo­gia egzy­sten­cjalna nazywa fuzją. Osoba taka będzie się sta­rała sto­pić z innymi, zatrzeć kon­tury swo­jej indy­wi­du­al­no­ści. Będzie wów­czas wyka­zy­wać głów­nie nastę­pu­jące cechy:

trud­ność w doko­ny­wa­niu wybo­rów i podej­mo­wa­niu decy­zji; potrzeba, by inni podej­mo­wali za nią jej decy­zje i przej­mo­wali obo­wiązki; trud­ność w mówie­niu "nie" z lęku przed utratą sza­cunku innych; potrzeba apro­baty ze strony innych; poczu­cie bez­rad­no­ści wobec życia; potrzeba bycia usłużną wobec innych, nawet kosz­tem wła­snych inte­re­sów; skłon­ność do zależ­no­ści emo­cjo­nal­nej, lęk przed byciem samemu, trud­ność w koń­cze­niu rela­cji, nawet nie­sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cych; lęk przed roz­łąką i przed opusz­cze­niem; brak sza­cunku do sie­bie i wiary w sie­bie, zani­ża­nie swo­jej war­to­ści; poczu­cie, że jest się gor­szym od innych.

Uwaga: jeśli odnaj­du­jesz na tej liście swoje cechy, przede wszyst­kim nie wycią­gaj pochop­nych wnio­sków. Żadna z nich sama w sobie nie jest pato­lo­giczna. Każdy zrów­no­wa­żony i odpo­wie­dzialny doro­sły może od czasu do czasu wąt­pić w swoją war­tość, mar­twić się odda­le­niem od bli­skiej osoby lub pozwa­lać komuś innemu decy­do­wać za sie­bie. Nato­miast jeśli wiele z wyżej wymie­nio­nych cech opi­suje sys­te­ma­tyczne zacho­wa­nia, wów­czas obawa przed doro­śnię­ciem wyraża się głów­nie w sym­bio­tycz­nym wyco­fy­wa­niu się. Będziemy mieć wtedy skłon­ność do sta­wia­nia się wobec dru­giej osoby w posta­wie niż­szo­ści, zależ­no­ści, bier­no­ści. Inni zawsze będą się nam wyda­wać doro­ślejsi, bar­dziej kom­pe­tentni i bar­dziej odpo­wie­dzialni. Będziemy utrzy­my­wać z nimi rela­cję dziecka wobec "dużego czło­wieka", czę­sto sta­ra­jąc się wci­snąć pod ich ochronne skrzy­dła.

Nie­mniej nawet ci, któ­rzy sto­sują sym­bio­tyczne wyco­fy­wa­nie się, ucie­kają się rów­nież do zacho­wań, które w uprosz­cze­niu są jego odwrot­no­ścią - cho­dzi o inny cha­rak­te­ry­styczny dla dzie­ciń­stwa aspekt: wszech­moc hero­iczną.

Wszechmoc heroiczna

Sym­bio­tyczne wyco­fa­nie ma oczy­wi­ście słu­żyć zepchnię­ciu lęków poza świa­do­mość, jed­nak samo w sobie rów­nież może być źró­dłem lęku: może w pew­nym stop­niu wywo­ły­wać strach przed kom­plet­nym znik­nię­ciem. Poja­wiają się wów­czas, w ramach kom­pen­sa­cji, zacho­wa­nia skon­cen­tro­wane nie na zacie­ra­niu gra­nic, ale na ich prze­kra­czaniu. Zamiast sta­piać się z tłem, dziecko będzie się sta­rało wyróż­nić, prze­kra­cza­jąc czy wręcz łamiąc wszel­kie ogra­ni­cze­nia. Główne cechy, które możemy wów­czas obser­wo­wać, to:

skłon­ność do szyb­kiego i impul­syw­nego podej­mo­wa­nia nie­prze­my­śla­nych decy­zji, bez wcze­śniej­szego zasta­na­wia­nia się nad kon­se­kwen­cjami; potrzeba podej­mo­wa­nia się roz­ma­itych zadań, nawet jeśli prze­kra­czają one zdol­no­ści lub kom­pe­ten­cje dziecka; zawy­żona samo­ocena, nad­mierna pew­ność sie­bie; skłon­ność do ocze­ki­wa­nia, że inni będą na jego usługi, nie jako pomoc­nicy, ale raczej jako "asy­stenci"; złu­dze­nie samo­wy­star­czal­no­ści i potrzeba nie­za­leż­no­ści; skłon­ność do narzu­ca­nia swo­jego punktu widze­nia, pra­gnie­nie bycia w cen­trum uwagi; skłon­ność do uwa­ża­nia się za kogoś lep­szego lub doj­rzal­szego od innych.

Dobrze rozu­miemy, dla­czego wszech­moc ta jest okre­ślana jako "hero­iczna": heros to istota, która z zasady sytu­uje się ponad śmier­tel­ni­kami. Bez trudu wyobra­żamy sobie małe dziecko w jego hero­icz­nych momen­tach - nisz­czące wszystko w zasięgu rąk i nie­trosz­czące się o nic, nawet o innych, mono­po­li­zu­jące uwagę i będące nie­świa­dome podej­mo­wa­nego przez sie­bie ryzyka. Rów­nież tak zwany hero­iczny doro­sły nie czuje się skrę­po­wany ogra­ni­cze­niami ludz­kiej kon­dy­cji i uważa, że jest nie­znisz­czalny, działa czę­sto pod wpły­wem chwili, wyka­zuje ryzy­kowne zacho­wa­nia. Wywyż­sza się lub sta­wia ponad innymi; wyka­zuje nadak­tyw­ność, ambi­cję, ener­gię. Chce być w cen­trum, być przy­wódcą, opoką, nume­rem jeden. Czuje się ważny i sądzi, że może robić, co chce i kiedy chce.

Wszyscy są symbiotyczni i heroiczni zarazem

U wszyst­kich doro­słych oba te typy zacho­wań -?sym­bio­tyczne wyco­fa­nie i wszech­moc hero­iczna -?pozo­stają ści­śle powią­zane. Powtó­rzę: nie ma powodu do nie­po­koju. Jeśli jeste­śmy spo­łecz­nie zin­te­gro­wani, jest oczy­wi­ste, że nasza doro­sła część (ta, która potrafi wyzna­czać gra­nice) zdoła lepiej lub gorzej pora­dzić sobie z tymi dwoma bie­gu­nami, mię­dzy któ­rymi oscy­lu­jemy zależ­nie od oko­licz­no­ści. Cho­dzi tu głów­nie o narzę­dzie do wła­ści­wego odczy­ta­nia tej książki, pozwa­la­jące na dal­szym jej eta­pie lepiej zro­zu­mieć cztery fun­da­men­talne lęki i spo­sób na pora­dze­nie sobie z nimi.

Ale jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy odkry­wać tego, co ewen­tu­al­nie zostało w nas z naszego dzie­ciń­stwa...

Lęk przed zaakceptowaniem swego dorosłego ciała

Odrzucenie cech typowych dla dorosłych

Lęk przed doro­śnię­ciem obja­wia się odrzu­ce­niem cech wyróż­nia­ją­cych doro­słe ciało i wsty­dem przed nimi. Cza­sem na początku nasto­let­nio­ści poja­wia się skrę­po­wa­nie spo­wo­do­wane zmia­nami fizycz­nymi zwią­za­nymi z doj­rze­wa­niem -?wobec poja­wie­nia się owło­sie­nia, piersi, bio­der, mię­śni, ogól­nie doro­słych kształ­tów, jak i zain­te­re­so­wań sek­su­al­nych. Nasto­la­tek na wcze­snym eta­pie dora­sta­nia dobrze wyczuwa, że zmie­nia się spo­sób, w jaki się go postrzega. Nie jest już dziec­kiem, nie jest jesz­cze doro­sły. Nie­zau­wa­żal­nie two­rzy się dystans mię­dzy nim a jego rodzi­cami. Wydaje mu się, że dora­sta­jąc, zdra­dza dziecko, któ­rym był dotąd -?i może osta­tecz­nie zacho­wać to poczu­cie na całe życie. Może także poczuć, że ta "zdrada" (sam fakt dora­sta­nia) sta­nowi przy­czynę pew­nego odda­le­nia się jego rodzi­ców, bar­dziej sza­nu­ją­cych intym­ność dziecka, a cza­sem skrę­po­wa­nych zmia­nami w jego ciele.

Wstyd i poczu­cie winy zwią­zane ze zmianą fizyczną, czę­ste i nor­malne w nasto­let­nio­ści, mogą się póź­niej utrzy­my­wać w dys­kret­nej, mniej lub bar­dziej uświa­do­mio­nej for­mie poprzez wybór luź­niej­szych, bar­dziej neu­tral­nych ubrań, pozwa­la­ją­cych ciału zacho­wać pewien rodzaj nie­do­okre­śle­nia. Kobiety mogą prze­ja­wiać nie­chęć wobec maki­jażu, wyso­kich obca­sów, ubio­rów pod­kre­śla­ją­cych zbyt widoczną lub zbyt doj­rzałą kobie­cość. Męż­czyźni podob­nie będą poszu­ki­wać neu­tral­no­ści, ubrań raczej prak­tycz­nych i koja­rzą­cych się z luzem niż z doj­rza­ło­ścią, takich jak kra­wat, gar­ni­tur itd. Zarówno kobiety, jak i męż­czyźni okażą rów­nież nie­chęć, ewen­tu­al­nie połą­czoną z fascy­na­cją, wobec osób, które nieco zbyt otwar­cie akcep­tują swoje zsek­su­ali­zo­wane kształty.

Strach przed doro­śnię­ciem wyra­żany poprzez hero­iczną wszech­moc może się prze­ja­wiać wła­śnie czymś w rodzaju afi­szo­wa­nia się -?pro­wo­ku­ją­cymi ubra­niami, sku­pia­ją­cymi uwagę na ciele. W takim wypadku dana osoba będzie spra­wiać wra­że­nie, że akcep­tuje spe­cy­fikę ciała doro­słego -?wręcz lubiąc eks­po­no­wać swoją nagość. Jed­nak jak wielu podob­nych do niej pacjen­tów, mogłaby wyja­wić, że tak naprawdę wcale nie czuje się swo­bod­nie w swoim zsek­su­ali­zo­wa­nym doro­słym ciele, które z takim upodo­ba­niem poka­zuje. Para­doks? Nie tak wielki, jak mogłoby się wyda­wać, bo ciało jest tu uka­zy­wane w swoim splen­do­rze, pozwa­la­jąc lepiej ukryć uta­jone odrzu­ce­nie sie­bie. W eks­tre­mal­nych przy­pad­kach takie wysta­wia­nie na pokaz może zresztą pro­wa­dzić do ośmie­sze­nia ciała przez zupeł­nie sztuczną i infan­tylną otoczkę ero­ty­zu­jącą, ozna­cza­jącą, że ciało się nie liczy, że skoro się nim gar­dzi, tym bar­dziej można się nim posłu­żyć. Wów­czas na pokaz wysta­wiana jest tak naprawdę fizycz­ność dziecka, a nie -?doro­słego. Jako że ciału nie nadano sek­su­al­no­ści, jego pozorna ero­ty­za­cja w żaden spo­sób nie odpo­wiada pra­gnie­niu uwo­dze­nia, a jedy­nie -?czy­stej pro­wo­ka­cji, trans­gre­sji na spo­sób znany z infan­tyl­nego eks­hi­bi­cjo­ni­zmu.

Utyć lub schudnąć -?byle nie rosnąć

Doro­słe ciało może zostać zane­go­wane w inny spo­sób, rów­nie popu­larny co jego zakry­wa­nie lub obna­ża­nie. U nie­któ­rych z nas w okre­sie nasto­let­nio­ści instynk­towne prze­czu­cie, że dora­sta­nie to umie­ra­nie, było tak silne, że marzyli o tym, żeby nie rosnąć. Nie­mniej, o ile nie mogli bez­po­śred­nio wpły­wać na swój roz­wój bio­lo­giczny, mogli przy­tyć. Dodat­kowe kilo­gramy i krą­gło­ści pozwa­lały wów­czas w natu­ralny spo­sób ukryć cha­rak­te­ry­styczne dla doro­słych kształty, zata­pia­jąc je w dzie­cię­cej pulch­no­ści. Wro­dzony odruch tycia był wów­czas wyzy­ski­wany i inten­sy­fi­ko­wany, a jedze­nie mogło stać się praw­dziwą obse­sją. Obse­sją, którą rodzice tłu­ma­czyli sobie -?co jest pewną iro­nią -?fak­tem, że nasto­la­tek rośnie, pod­czas gdy on tak naprawdę sta­rał się ten wzrost powstrzy­mać...

Lęk zwią­zany z fizycz­nym dora­sta­niem może pro­wa­dzić także do dra­stycz­nych obostrzeń żywie­nio­wych, ponie­waż ciało zawsze postrze­gane jest jako zbyt grube, a co za tym idzie -?jako zbyt duże. Osoba, która upiera się przy wewnętrz­nym prze­ży­wa­niu sie­bie jako dziecka, odrzuca ciało, gdyż nie jest w sta­nie odczu­wać go jako swo­jego. Buli­mia lub hiper­fa­gia, które są prze­ja­wami próby sym­bio­tycz­nego wyco­fa­nia (utrata kon­troli, odrzu­ce­nie odpo­wie­dzial­no­ści, zatra­ce­nie się) mogą się wów­czas prze­pla­tać z orto­rek­sją6 lub ano­rek­sją, które odpo­wia­dają hero­icz­nej wszech­mocy (nad­mierna potrzeba kon­troli, złu­dze­nie samo­wy­star­czal­no­ści, złu­dze­nie doj­rza­ło­ści). Wspól­nym mia­now­ni­kiem tych dwóch infan­tyl­nych skłon­no­ści (tycia i chud­nię­cia) jest fakt, że całe ciało musi zostać jed­no­cze­śnie znie­czu­lone i zane­go­wane. Od pew­nego momentu prze­staje być oglą­dane, zamiesz­ki­wane i odczu­wane. Pozy­tywne lub nega­tywne dozna­nia fizyczne -?poza tymi, które wiążą się z jedze­niem - ule­gają zanie­dba­niu.

Czło­wiek dosłow­nie traci ciało z pola widze­nia, póź­niej stop­niowo wyru­go­wuje je z lustra i ze zdjęć, a jesz­cze póź­niej nie­mal prze­staje je dostrze­gać, co koń­czy się praw­dzi­wym roz­sz­cze­pie­niem mię­dzy cie­le­sno­ścią a umy­słem. "Ciało to jedy­nie coś, co tasz­czy moją głowę" -?powie­działa mi pewna kobieta zagnie­wana na swoją nad­wagę, ani przez chwilę nie domy­śla­jąc się, że wła­śnie owo odrzu­ce­nie ciała mogło być głów­nym powo­dem jej oty­ło­ści, a także prze­szka­dzać jej w poczu­ciu się doro­słą.

Odmowa samookreślenia

Odrzu­ce­nie ciała fak­tycz­nie utrud­nia lub wręcz unie­moż­li­wia nam postrze­ga­nie sie­bie jako "męż­czy­zny" lub "kobiety". Czy potra­fisz stwier­dzić: "Jestem męż­czy­zną", "Jestem kobietą"? Jeśli takie oświad­cze­nie spra­wia, że czu­jesz się nie­swojo, jeśli nie wie­rzysz w to tak naprawdę, to zna­czy, że nie do końca godzisz się na porzu­ce­nie dzie­ciń­stwa.

Kiedy poru­szam tę kwe­stię na tera­pii, moi pacjenci czę­sto stwier­dzają, że "męż­czy­zna" lub "kobieta" to słowa, któ­rych nie można do nich zasto­so­wać. Ten sta­tus wydaje im się nie­do­stępny. Zado­wa­lają się nazy­wa­niem sie­bie "chło­pa­kiem" lub "dziew­czyną" albo też "osobą" lub "czło­wie­kiem". Ale kim tak naprawdę jest męż­czy­zna czy kobieta? Czy nie możemy defi­nio­wać tych pojęć każdy na swój spo­sób, zgod­nie ze swoją oso­bo­wo­ścią i swo­imi pre­fe­ren­cjami? Czy trzeba koniecz­nie mie­ścić się w tych ramach? Śmiem odpo­wie­dzieć twier­dząco -?wła­śnie dla­tego, że tym, co odróż­nia męż­czy­znę i kobietę od dziecka, jest stan doro­sło­ści i że poprzez uzna­nie swo­ich gra­nic doro­sły osiąga zdol­ność przy­po­rząd­ko­wa­nia i zde­fi­nio­wa­nia sie­bie, zwłasz­cza w opo­zy­cji do dziecka i dzięki rezy­gna­cji z dzie­ciń­stwa. Fak­tycz­nie, nie jest to łatwe.

"Sta­ram się być ujmu­jący" -?mówi mi pew­nego dnia adwo­kat na oko zbli­ża­jący się do sześć­dzie­siątki. Z zewnątrz wydaje się mieć wszel­kie cechy doro­słego, odpo­wie­dzial­nego, doj­rza­łego i pro­fe­sjo­nal­nego męż­czy­zny, który osią­gnął bar­dzo wiele na polu zawo­do­wym. Jed­nak z prze­ko­na­niem dekla­ruje, że nie czuje się męż­czy­zną. Co wię­cej, jest dosko­nale świa­domy, że w dotych­cza­so­wym życiu roz­wi­jał cechy dzie­cięce, takie jak bycie "ujmu­jącym", uprzej­mym, uśmiech­nię­tym, dow­cip­nym, grzecz­nym, układ­nym. Także wiele kobiet okre­śla sie­bie jako szcze­gól­nie ujmu­jące. Wystar­cza im, że są powścią­gliwe, dys­kretne, grzeczne, uczynne, chętne do pomocy, udzie­la­nia rad i dawa­nia pocie­sze­nia, a nawet dow­cipne.

W sta­nie hero­icz­nej wszech­mocy osoby te czę­sto czują się obda­rzone misją zaba­wia­nia grup przy­ja­ciół lub kole­gów, sta­rają się być w ich cen­trum, zgry­wają się, a cza­sem zacho­wują się pro­wo­ka­cyj­nie, przy­wo­łu­jąc czarny humor lub nie­sto­sowne żarty, wie­dzą bowiem, że zosta­nie im to wyba­czone, gdyż dzieci mogą sobie pozwo­lić na wszystko...

Można by zapy­tać: w czym pro­blem, skoro te osoby mimo wszystko radzą sobie w życiu, dobrze funk­cjo­nują w spo­łe­czeń­stwie, wycho­wują dzieci, zara­biają na życie... Zapewne tak wła­śnie jest, ale jeśli cho­dzi o resztę, bilans może się oka­zać nie­ubła­ga­nie nie­ko­rzystny. Ludzie ci ni­gdy nie znaj­dują pogody lub spo­koju ducha, któ­rych poszu­kują. Wciąż się boją - porzu­ce­nia, nudy, tego, że tak naprawdę nie liczą się dla innych, że nie znajdą sensu życia... Odmowa dora­sta­nia oka­zuje się mieć naprawdę wysoką cenę i przy­spa­rzać trud­no­ści w wielu obsza­rach. Na przy­kład w sfe­rze sek­su­al­no­ści.

Lęk przed seksem

"Wsty­dzę się być kobietą w oczach moich rodzi­ców" -?mówi mi czter­dzie­sto­pię­cio­let­nia kobieta. Chce przez to powie­dzieć, że wsty­dzi się być doro­słą kobietą zdolną do aktyw­no­ści sek­su­al­nej. Ma wra­że­nie, że jeśli jej rodzice się zorien­tują, że nie jest już ich nie­winną córeczką, będą wstrzą­śnięci. A prze­cież muszą cze­goś się domy­ślać, zwłasz­cza że ich córka ma dwoje dzieci...

Dora­sta­nie to tra­ce­nie nie­win­no­ści i trudno jest temu zapo­biec. Jed­nak nawet jeśli osta­tecz­nie odkry­wamy, na czym polega seks, może się w nas utrzy­my­wać głę­bo­kie nie­zro­zu­mie­nie tego, co tak naprawdę roz­grywa się w rela­cji sek­su­al­nej. Jak dzieci możemy być wów­czas drę­czeni przez strach, wstyd i poczu­cie winy.

Uwodzenie bez seksualności

Ide­ałem doro­słego odma­wia­ją­cego doro­śnię­cia jest pozo­sta­nie na pozio­mie dzie­cię­cego uwo­dze­nia. Doty­czy to cza­ru­siów i kokie­tek, któ­rzy nie mogą się powstrzy­mać przed igra­niem z ogniem bez zamiaru praw­dzi­wego zaan­ga­żo­wa­nia się w rela­cję miło­sną. Wystar­czy im pew­ność, że się podo­bają, że są doce­niani, kochani, pożą­dani. Zazwy­czaj uwo­dzą w stylu rado­snego, peł­nego życia dziecka. Dają dowody uprzej­mo­ści, weso­ło­ści, uwagi. Zbli­żają się, a potem nagle wyco­fują z gry, robiąc innym jedy­nie próżne nadzieje. Cho­dzi tu nie o brak zain­te­re­so­wa­nia sek­su­al­no­ścią, lecz o lęk przed zatra­ce­niem się w niej. Za każ­dym razem, gdy zda­rza im się doświad­czać rela­cji sek­su­al­nej, nie spra­wia im ona spe­cjal­nej satys­fak­cji.

Adriana7, try­ska­jąca dzie­cięcą ener­gią trzy­dzie­sto­latka, zwie­rza mi się, że nie może się powstrzy­mać przed uwo­dze­niem swo­ich przy­ja­ciół i współ­pra­cow­ni­ków, choć ni­gdy nie idzie na całość. Przy­cho­dzi jej to z łatwo­ścią dzięki ład­nej apa­ry­cji. Jest mężatką i ma dwoje małych dzieci, ale wciąż wplą­tuje się w skom­pli­ko­wane sytu­acje, wymie­nia­jąc pota­jem­nie SMS-y z poten­cjal­nymi "zdo­by­czami", przed któ­rymi potem musi ucie­kać. Ni­gdy nie zdra­dziła męża. Nie taki ma cel. Samo uwo­dze­nie jej wystar­cza, reszta w ogóle jej nie inte­re­suje. Ujaw­nia w ten spo­sób chci­wość emo­cjo­nalną, zależ­ność od spoj­rze­nia dru­giej osoby, cią­gle towa­rzy­szącą jej obawę przed odrzu­ce­niem, któ­rego zaznała jako cał­kiem mała dziew­czynka. Zacho­wuje się dokład­nie jak dziecko igno­ro­wane przez rodzi­ców.

"W każ­dym razie tro­chę sobie odpu­ści­łem męskość -?mówi mi Char­les, czter­dzie­sto­sze­ścio­la­tek. -?Nie inte­re­suje mnie to". Jest postaw­nym, bro­da­tym męż­czy­zną, palą­cym cygara i nie­po­zo­sta­wia­ją­cym śladu wąt­pli­wo­ści co do swo­jej orien­ta­cji sek­su­al­nej. Jed­nak pod trzy­czę­ścio­wym, bar­dzo ele­ganc­kim gar­ni­tu­rem kryje się mały chło­piec.

Jego histo­ria jest zaska­ku­jąca i dobrze poka­zuje, jak nie­któ­rzy mogą odrzu­cać sta­tus doro­słego. Około sie­dem­na­stego roku życia Char­les miał pro­blemy hor­mo­nalne, które dopro­wa­dziły u niego do nad­mier­nego roz­woju piersi. Od tego czasu przez kolejne dwa­dzie­ścia sie­dem lat ni­gdy nie potra­fił się przed nikim roze­brać. Nabrał masy, by, jak mówi, "wyrów­nać" swój wygląd. Zre­zy­gno­wał z basenu i kąpieli w morzu. Spo­ty­kał się z kobietą, z którą zazwy­czaj upra­wiał seks, pozo­sta­jąc w koszuli, ale ich rela­cja szybko się skoń­czyła. Minęło ponad dzie­sięć lat, jed­nak Char­les ani tro­chę nie cierpi z tego powodu. Ma wielu zna­jo­mych i szczyci się byciem ide­al­nym przy­ja­cie­lem, cenio­nym za życz­li­wość i chęć poma­ga­nia innym. Lubi także uwo­dzić napo­ty­kane kobiety, a potem zry­wać zna­jo­mość.

Mogli­by­śmy pomy­śleć, że histo­ria tego męż­czy­zny została zde­ter­mi­no­wana przez jego pro­blem zwią­zany z wyglą­dem fizycz­nym, to zna­czy przez roz­wój piersi. W każ­dym razie on sam tak twier­dzi. Tyle że to wszystko nie składa się w całość. Dla­czego nie zope­ro­wał się po skoń­cze­niu osiem­na­stu lat, choć wie­dział, że taki zabieg jest względ­nie pro­sty? Czy nie dla­tego, że wygląd dostar­czał mu pre­tek­stu, by nie dora­stać? Char­le­sowi udało się ucho­dzić za doro­słego, przy­swoił pra­wie wszyst­kie oznaki i kody doro­sło­ści, co pozwo­liło mu odnieść suk­ces na polu zawo­do­wym, ale w głębi pozo­stał małym chłop­cem -?dzięki swo­jej ano­ma­lii fizycz­nej, a nie przez nią. Pozwo­liła mu ona, jak mówi, "odpu­ścić sobie męskość", to zna­czy tak naprawdę odpu­ścić sobie doro­słość.

I drogo za to zapła­cił. W rze­czy­wi­sto­ści Char­les cierpi na lęk przed odrzu­ce­niem, nękają go też powta­rza­jące się napady lękowe i omdle­nia, przez które regu­lar­nie dzwoni na numery ratun­kowe. Żyje w nie­ustan­nym stra­chu przed zawa­łem i nagłą śmier­cią.

Seks niechcący

Lęk przed sek­su­al­no­ścią nie jest kwe­stią wieku ani doświad­cze­nia. Wiele spo­śród osób -?w każ­dym wieku -?które czę­sto i dobro­wol­nie podej­mują aktyw­ność sek­su­alną, odczuwa ją jako bole­sną i uznaje ją w mniej­szym lub więk­szym stop­niu za poświę­ce­nie lub zło konieczne. Prze­ży­wa­jąc sie­bie na­dal jako dzie­się­cio­let­nie dziecko, możemy jedy­nie oba­wiać się pożą­dli­wego spoj­rze­nia doro­słych, z któ­rego osta­tecz­nie nie­wiele rozu­miemy. Odmowa doro­śnię­cia, jak widzie­li­śmy, pro­wa­dzi do odrzu­ce­nia swo­jego ciała, do jego dewa­lu­acji, do nego­wa­nia go. Jest ono postrze­gane wyłącz­nie jako prze­szkoda lub jako brudna i wsty­dliwa rzecz, a nie spo­sób na uzy­ska­nie głęb­szej więzi ze sobą i z innym. Toteż osoby, które odma­wiają dora­sta­nia, ocze­kują przede wszyst­kim czu­ło­ści i chęt­nie oby­łyby się bez wła­ści­wych sto­sun­ków sek­su­al­nych.

Aby zro­zu­mieć sek­su­al­ność, trzeba rozu­mieć poję­cie inno­ści. Tym­cza­sem w tym przy­padku inny nie jest postrze­gany jako inny, jako ktoś rady­kal­nie odrębny. Nie jest osobą, lecz co naj­wy­żej figurą z "dwoma opie­kuń­czymi ramio­nami", jak to okre­śliła pewna moja pacjentka. Dostar­cza jedy­nie uspo­ka­ja­ją­cej, opie­kuń­czej obec­no­ści, a nie oka­zji do prze­ży­cia mię­dzy­pod­mio­to­wego spo­tka­nia.

Tym spo­so­bem nie­które osoby doświad­czają potrzeby zmiany świa­do­mo­ści przed upra­wia­niem miło­ści. Czują, że muszą się napić alko­holu lub "rekre­acyj­nie" zażyć sub­stan­cje psy­cho­ak­tywne. Małym kosz­tem otrzy­mują w ten spo­sób sym­bio­tyczne wyco­fa­nie, czę­ściowe wyma­za­nie sie­bie samych, dzięki czemu łatwo będzie im póź­niej zane­go­wać (przed samym sobą) to, co się wyda­rzyło. Będą upra­wiać seks, a potem prze­ko­nają sie­bie, że tak naprawdę ich tam nie było, że nie zro­biły tego spe­cjal­nie. W eks­tre­mal­nych sytu­acjach zda­rza się, że rela­cja sek­su­alna jest moż­liwa tylko w try­bie pseu­do­gwałtu. Nie­któ­rzy sta­rają się to zor­ga­ni­zo­wać tak, by być nie tyle zmu­szeni, ile nakło­nieni przez inną osobę. Zatra­cają się z roz­my­słem, jakby nie mogli nic zro­bić, negu­jąc w ten spo­sób swoją odpo­wie­dzial­ność8.

Jeśli cho­dzi o osoby zdolne mimo wszystko prze­ży­wać rela­cje ero­tyczne w pełni władz umy­sło­wych, czę­sto spę­dzają one czas na kon­tro­lo­wa­niu swych gestów i zasta­na­wia­niu się, "czy wła­śnie tak należy robić", mar­twią się, czy druga osoba jest usa­tys­fak­cjo­no­wana, cał­ko­wi­cie się jej oddają i zupeł­nie igno­rują wła­sne pra­gnie­nia lub dozna­nia; albo pozo­stają nie­mal bez ruchu, obser­wują sufit i wyno­szą z aktu sek­su­al­nego wyłącz­nie głę­bo­kie poczu­cie wstydu, samot­no­ści i pustki.

Po latach takiego reżimu nie­któ­rzy uświa­da­miają sobie w trak­cie tera­pii, że tak naprawdę ni­gdy nie upra­wiali miło­ści, bo nie rozu­mieją, czym jest rela­cja z inną osobą. Nie rozu­mieją, czym jest inność, bez któ­rej dostęp do doro­słej sek­su­al­no­ści jest nie­moż­liwy. Jak to naj­pro­ściej wyja­śnić? Przy­cho­dzi mi do głowy nastę­pu­jące porów­na­nie: wia­domo, że nie można poła­sko­tać się samemu. Żeby poczuć łaskotki, koniecz­nie potrze­bu­jemy dru­giej osoby. Tak samo jest z rela­cją sek­su­alną: by mieć dostęp do jej magii i tajem­nic, trzeba koniecz­nie roz­po­znać drugą osobę w jej rady­kal­nej inno­ści. Czego doro­śli, któ­rzy nie opu­ścili dzie­ciń­stwa - sym­bio­tyczni i hero­iczni -?nie są w sta­nie zro­bić.

Seks do przesady

Cza­sem pacjenci pro­szą mnie o rady tech­niczne pozwa­la­jące "dobrze się kochać". Na przy­kład o kąt uło­że­nia głowy przy poca­łunku, o inten­syw­ność przy­jem­no­ści, którą powin­ni­śmy "nor­mal­nie" odczu­wać; o gesty, które należy wyko­nać w takim lub innym momen­cie... Odpo­wia­dam im, że nie jestem w żad­nym stop­niu upraw­niony do dawa­nia rad na ten temat, ale że mogę im mimo wszystko zasu­ge­ro­wać coś takiego: gdy masz ochotę na cia­sto cze­ko­la­dowe i zabie­rasz się do jedze­nia, na pewno nie zada­jesz sobie pyta­nia o kąt, pod jakim trzeba je ugryźć, ani o kon­kretne gesty, jakie musisz wyko­nać. Wgry­zasz się w nie i dajesz się ponieść swo­jemu pra­gnie­niu i spon­ta­nicz­no­ści...

Wła­śnie w tym cały pro­blem: gdy inny nie jest postrze­gany jako inny, nie ma miej­sca na praw­dziwe pożą­da­nie. Jest wyłącz­nie strach: przed roz­cza­ro­wa­niem dru­giej osoby, przed odrzu­ce­niem przez nią. To dla­tego ci, któ­rzy dzia­łają w try­bie hero­icz­nej wszech­mocy, mogą mno­żyć doświad­cze­nia, nie roz­wi­ja­jąc jed­nak praw­dziwej doro­słej sek­su­al­no­ści. W poszu­ki­wa­niu swo­jego "boha­ter­skiego ciała" będą się zadrę­czać wyczy­nami, ich liczbą, dłu­go­ścią, ener­gią, tech­niką. Wbrew sobie nie uwol­nią się od zewnętrz­nego i chłod­nego spoj­rze­nia, a pozo­sta­jąc w sfe­rze mecha­nicz­nych zacho­wań, będą czer­pać z aktu sek­su­al­nego czy­sto fizyczną przy­jem­ność, pozba­wioną war­to­ści nad­da­nej przez wyobraź­nię i fan­ta­zję. Cały cud spo­tka­nia, tego krót­kiego i magicz­nego zespo­le­nia bytów, pozo­sta­nie poza ich zasię­giem.

Niestałość pożądania i orientacji seksualnej

Cza­sem zada­jemy sobie pyta­nie, czy mamy jedną, ści­śle zde­fi­nio­waną orien­ta­cję sek­su­alną. Mogą nas nacho­dzić wąt­pli­wo­ści lub myśli, któ­rych za dobrze nie rozu­miemy. Na przy­kład pewna uzna­jąca się za osobę heterosek­su­alną pacjentka myślała cza­sem o swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółce i wyobra­żała sobie, że być może... być może byłoby jej znacz­nie lepiej z nią niż z męż­czy­zną. Męż­czyźni wyda­wali jej się tacy skom­pli­ko­wani...

Podob­nie jak ta młoda kobieta, nie­któ­rzy ludzie prze­ży­wają tego typu roz­terki. Ale gdy przyj­rzeć się temu dokład­nie, może się oka­zać, że nie cho­dzi wcale o sek­su­al­ność. W przy­padku odmowy doro­śnię­cia pociąg do przy­ja­ciółki (lub do przy­ja­ciela w przy­padku męż­czy­zny) nie ma wymiaru sek­su­al­nego, ale jest skut­kiem wyco­fa­nia lub ucieczki przed pożą­da­niem sek­su­al­nym. Dzie­ciń­stwo jest tak naprawdę sta­nem względ­nej obo­jęt­no­ści, gdzie sama idea orien­ta­cji sek­su­al­nej nie ma żad­nego sensu. Oczy­wi­ście u dzieci ist­nieje pewna forma sek­su­al­no­ści, ale nie ma ona nic wspól­nego z sek­su­al­no­ścią doro­słego. To sek­su­al­ność skon­cen­tro­wana wyłącz­nie na sobie, która nie pozo­sta­wia miej­sca na drugą osobę. Także domnie­many pociąg do przy­ja­ciela tej samej płci i waha­nie co do orien­ta­cji sek­su­al­nej zwy­kle nie mają nic wspól­nego z homosek­su­al­no­ścią; cho­dzi raczej o pewną nie­doj­rza­łość -?taką, jaką odnaj­du­jemy na eta­pie, gdy mali chłopcy myślą, że "dziew­czyny są do niczego" (i wza­jem­nie) i gdy wolą się bawić z kole­gami tej samej płci9. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku doro­sły, opa­no­wany przez wąt­pli­wo­ści, może się zasta­na­wiać - nie bez lęku -?czy jest "nor­malny"...

Lęk przed zachorowaniem

Hipochondria i lęk przed chorobami

Hipo­chon­dria we wła­ści­wym tego słowa zna­cze­niu jest względ­nie rzadka (doty­czy 3% osób, które zgła­szają się na kon­sul­ta­cje). Cho­dzi o zabu­rze­nie, które według pod­ręcz­ni­ków dia­gno­stycz­nych polega na nad­mier­nej oba­wie przed zacho­ro­wa­niem lub byciem dotknię­tym poważ­nym zabu­rze­niem oraz na cią­głym zamar­twia­niu się inter­pre­to­wa­nymi fata­li­stycz­nie ozna­kami i obja­wami fizycz­nymi. Lęk utrzy­muje się mimo powta­rza­nych badań kon­tro­l­nych, poważ­nie zakłó­ca­jąc codzienne życie dotknię­tej nim osoby.

Nie będąc hipo­chon­dry­kami w ści­słym zna­cze­niu tego słowa, bar­dzo wielu z nas boi się cho­rób, mikro­bów i nie­pra­wi­dło­wo­ści, które mogą zajść w ciele. Ale nie­któ­rzy, ogar­nięci fobią, będą omi­jali wszystko, co wiąże się z medy­cyną, i nie­ustan­nie pró­bo­wali ukoić swój nie­po­kój przez uni­ka­nie uści­sku rąk, wstrzy­my­wa­nie odde­chu pod­czas mija­nia ludzi na ulicy, mno­że­nie wizyt u leka­rzy, uważne wsłu­chi­wa­nie się w bicie swo­jego serca przy zasy­pia­niu itd. Naj­mniej­szy nie­ty­powy sygnał, naj­lżej­szy ból i naj­nie­win­niej­sza kro­sta będą wywo­ły­wać inten­sywny lęk.

Ten nie­pro­por­cjo­nalny lęk poja­wia się bar­dzo czę­sto pod koniec nasto­let­nio­ści lub na początku doro­sło­ści. Wyzna­cza de facto koniec bez­tro­ski i fuzji z rodzi­cami. Nagle młody doro­sły zdaje sobie sprawę, że jest odpo­wie­dzialny za swoje ist­nie­nie. Aż dotąd tę odpo­wie­dzial­ność pono­sili jego rodzice. Jego wła­sna śmierć mogła go prze­ra­żać wyłącz­nie przez pry­zmat ich śmierci, jakby ponie­kąd żył wewnątrz nich (co jest główną zasadą fuzji). Ale wej­ście w doro­słe życie wymu­sza w pewien spo­sób uświa­do­mie­nie sobie wła­snej odpo­wie­dzial­no­ści, bo myśl, że trzeba opu­ścić rodzinne gniazdo, działa meta­fo­rycz­nie jak dru­gie naro­dziny albo, jak kto woli, jak dru­gie wypchnię­cie z mat­czy­nego łona. Wów­czas nasze ciało, któ­rego doro­słe cechy dotąd nego­wa­li­śmy, jawi się przed nami w swo­jej pełni. Odkry­wa­jąc je, odkry­wamy jego fun­da­men­talną kru­chość. Nie możemy już dłu­żej nego­wać śmierci, a naj­drob­niej­sze zabu­rze­nia fizyczne wydają się potwier­dzać, że wkrótce umrzemy. Jest to jed­nak czy­ste złu­dze­nie, w któ­rym wiele osób się zatraca. Wielki nie­miecki filo­zof Imma­nuel Kant przez całe życie był hipo­chon­dry­kiem, bez prze­rwy mar­twił się o swoje zdro­wie i szu­kał spo­so­bów, by je chro­nić. Nawet geniu­sze mogą zacho­wać w sobie sporą dozę nie­doj­rza­ło­ści...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. I. Yalom, Thérapie exi­sten­tielle, Paris, Gala­ade, 1980, p. 346.[W pol­skim wyda­niu Psy­cho­lo­gii egzy­sten­cjal­nej cytat ten mówi wyłącz­nie o odpo­wie­dzial­no­ści za wła­sne słowa. Ponie­waż inten­cją autora było zwró­ce­nie uwagi na poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści w ogóle, tłu­maczka zde­cy­do­wała się prze­ło­żyć go na pod­sta­wie wer­sji fran­cu­skiej. W pol­skim tłu­ma­cze­niu Psy­cho­lo­gii egzy­sten­cjal­nej brzmi on nastę­pu­jąco: "wszystko, co wzmac­nia odpo­wie­dzial­ność pacjenta za jego wła­sne słowa, musi zmie­rzać do jego wyle­cze­nia"]. [wróć]

2. A dokład­niej: psy­cho­log kli­niczny dzia­ła­jący w obsza­rze tera­pii egzy­sten­cjal­nych. Tera­pie egzy­sten­cjalne inte­re­sują się lękami, które ludzie wykształ­cają wobec ogra­ni­czeń kon­dy­cji ludz­kiej: śmierci, braku sensu, samot­no­ści, odpo­wie­dzial­no­ści. Można się w tej kwe­stii odwo­łać do cen­nych dzieł Jeana-Luca Ber­nauda Intro­duc­tion a la psy­cho­lo­gie exi­sten­tielle (Dunod, Paris 2018) i Traité de psy­cho­lo­gie exi­sten­tielle. Con­cepts, méthodes et pra­ti­ques (Dunod, Paris 2021). [wróć]

3. Cyt. za: I. Yalom, op. cit., s. 257. [wróć]

4. E. i J. de Gon­co­urt, Jour­nal. Mémoires de la vie littéraire, Robert Laf­font, Paris 2014 [cho­dzi o wpis z 15 kwiet­nia 1891 roku, pomi­nięty w pol­skim Dzien­niku Gon­co­ur­tów w wybo­rze i tłum. Joanny Guze -?przyp. tłum.]. [wróć]

5. By dowie­dzieć się wię­cej na ten temat, zaj­rzyj do mojej książki: Les pensées qui font maigrir (Albin Michel, Paris 2019). [wróć]

6. Orto­rek­sja -?zabu­rze­nie odży­wia­nia prze­ja­wia­jące się obse­sją na punk­cie zdro­wego jedze­nia. Może pro­wa­dzić do nie­do­ży­wie­nia zwią­za­nego z nie­do­bo­rami czy wręcz do ano­rek­sji i izo­la­cji spo­łecz­nej. Orto­rek­sja nie została jesz­cze włą­czona do mię­dzy­na­ro­do­wych kla­sy­fi­ka­cji zabu­rzeń psy­chicz­nych takich jak ICD-10. [wróć]

7. Wszyst­kie przy­ta­czane w tej książce przy­padki kli­niczne zostały zano­ni­mi­zo­wane, a imiona zmie­nione. [wróć]

8. Oczy­wi­ście wywód ten w żaden spo­sób nie neguje real­no­ści gwałtu jako takiego. We wszyst­kich przy­pad­kach kli­nicz­nych, do któ­rych się odwo­łuję, osoba, któ­rej to doty­czyło (męż­czy­zna lub kobieta), nie odma­wiała rela­cji sek­su­al­nej i nie wyra­żała żad­nego sprze­ciwu -?dążyła jedy­nie do tego, by nie brać na sie­bie odpo­wie­dzial­no­ści. [wróć]

9. Co wcale nie ozna­cza, że orien­ta­cja homo­sek­su­alna lub inna musi być kwe­stią nie­doj­rza­ło­ści. Cho­dzi tu wyłącz­nie o pewne szcze­gólne przy­padki w ramach odmowy dora­sta­nia. [wróć]