PROLOG
W ciemności migały reflektory mijających ją aut. Odbijały się w oblodzonej nawierzchni i oślepiały kierowców, opóźniając reakcje.
Padał śnieg tak gęsty, że Sara ledwie widziała drogę. Oczy przepełnione łzami nie dostrzegały tyle, ile powinny. Bardzo starała się nie płakać, skupić na drodze choć na tyle, by bezpiecznie dotrzeć do celu, ale czuła, że lada moment pęknie jej serce.
Zbyt późno dostrzegła ciągnik jadący tuż przed nimi. Chciała zahamować, ale nie zdążyła. Kiedy później o tym myślała, wiedziała, że na wypadek złożyło się wiele czynników - gęsty śnieg, pokryta lodem jezdnia, jej własne zdenerwowanie. Nie czuła się jednak ani odrobinę usprawiedliwiona.
Należała do wyjątkowo ostrożnych kierowców. Nigdy nie jeździła przesadnie szybko, zwłaszcza wioząc na tylnym siedzeniu sześcioletniego syna. Przestrzegała przepisów. Zachowywała szczególną ostrożność tam, gdzie znaki informowały o takiej konieczności i - jak w życiu - zawsze stosowała zasadę ograniczonego zaufania. Prawdopodobnie właśnie ta przezorność uratowała im życie. Siła uderzenia była dostatecznie duża, by porządnie ich wystraszyć, ale niewystarczająca, żeby zabić. Kiedy huk zgniatanego metalu ucichł, oboje nadal oddychali.
Samochód nie miał sprawnych poduszek powietrznych, więc Sara - mimo zapiętych pasów - uderzyła głową w kierownicę. Na moment ją zamroczyło. Próbowała zamortyzować uderzenie rękami, ale krew i tak zalała jej twarz. Czując w ustach jej metaliczny smak, odwróciła się przez ramię. Mrugała zawzięcie, by odzyskać widoczność, ale rzeczywistość wracała powoli, a kolejne próby wyswobodzenia się z pasów kończyły się fiaskiem.
- Filip? - Głos miała tak zachrypnięty i zniekształcony, że nie sposób było rozróżnić słowa. Wypluła krew i ponownie obejrzała się na tylne siedzenie. - Skarbie, nic ci nie jest?
Chłopiec potrząsnął głową. Przerażone oczy sześciolatka patrzyły na nią z powagą dorosłego. Ogarnęła ją ulga tak wielka, że omal się nie roześmiała. Nie stracił przytomności, nie krwawił, nawet nie płakał. Wyglądało na to, że naprawdę nic mu się nie stało, a jeśli Filip wyszedł z tego bez szwanku, cała reszta nie miała znaczenia.
Wyszła z samochodu o własnych siłach, choć nogi uginały się pod jej ciężarem. Śnieg topniał w kontakcie ze skórą, przynosząc pewną ulgę. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jest rozpalona.
Kierowca ciągnika właśnie dzwonił na numer alarmowy. Podekscytowany krzyczał o wypadku z udziałem dziecka, a ślina tryskała spod krzaczastych wąsów we wszystkich kierunkach. Sara z roztargnieniem pomyślała, że gdyby wziąć pod uwagę aktualną temperaturę, kropelki powinny zamarzać w locie.
Ktoś chyba się zatrzymał, może proponował pomoc, ale nie słuchała. Brnąc przez pobocze, zapadała się w śnieg po kolana. Droga zdawała się ciągnąć w nieskończoność, ale w końcu, dysząc z wysiłku i bólu, dotarła do tylnych drzwi. Wypuściła synka z samochodu i odciągnęła go na pobocze. Nie traciła czujności.
- Coś cię boli? - Nie zważając na siarczysty mróz, centymetr po centymetrze dotykała rąk i nóg chłopca w poszukiwaniu złamań. Jej przyspieszony oddech zamieniał się w parę. - Uderzyłeś się gdzieś?
- Nie, mamo...
- A głowa? Nie uderzyłeś nią o siedzenie?
- Nie. - Filip zaczynał się niecierpliwić. - Ale tobie leci krew, mamo... Mocno.
- Nie martw się, to nic takiego. - Otarła twarz rękawem i uśmiechnęła się nie bez trudu, bo mięśnie zesztywniały z zimna i strachu. - Patrz na mój palec.
Filip wykonywał polecenia bez słowa sprzeciwu, choć Sara każde musiała powtórzyć. W końcu uznała, że nie ucierpiał w wypadku i pozwoliła mu na chwilę odpoczynku. Adrenalina zaczęła opadać; powoli docierał do niej jej własny ból. W oddali słyszała syrenę karetki pogotowia. Rozejrzała się oszołomiona. Inni kierowcy oglądali jej samochód wbity w tył ciągnika, komentując głośno. Spekulowali na temat przyczyn wypadku, ale Sara prawie ich nie słyszała. Szkarłatne plamy na śniegu przyciągały jej spojrzenie jak magnes.
Krew była wszędzie, jak tamtego wieczoru, aż zakręciło jej się w głowie. Czerwieniła się na jej rękach i ubraniach, zabarwiła śnieg. Wspomnienia uderzyły z niewyobrażalną siłą. Była brudna i przemarznięta do szpiku kości. I tak samotna, jak tylko samotny może być człowiek.
ROZDZIAŁ 1
- Cześć, Piękna, jak ci minął dzień?
Na dźwięk znajomego głosu jej żołądek wykonał podwójne salto i wylądował ciężko w dziwacznej pozycji. Minęła trzecia, za oknem panowała całkowita ciemność. Idealna pora na telefon od mordercy.
Od kilku godzin była sobota - jedna z nielicznych nocy, które Sara spędzała we własnym łóżku. Po trzech tygodniach pracy bez chwili wytchnienia weekend przynosił ulgę trudną do opisania, przynajmniej do momentu, kiedy przerwało ją połączenie z zastrzeżonego numeru. To nie zwiastowało nic dobrego, ale ukryta gdzieś głęboko słaba, żałosna cząstka miała irracjonalną nadzieję, że chodzi o Piotra. Zawsze najpierw myślała o nim.
Kiedy komórka zaczęła wibrować na komodzie, Sara - gwałtownie wyrwana ze snu - usiadła na łóżku. Odebrała, wciąż, pełna nadziei, wstrzymując oddech, ale kiedy usłyszała głos Matta, natychmiast uszło z niej powietrze. Na palcach opuściła pokój i zamknęła się w łazience, by nie obudzić synka. Nie chciała z nikim dzielić swoich koszmarów.
- Nie różnił się niczym od poprzednich. - Zawsze zaskakiwał ją fakt, że potrafi tak dobrze udawać. Że rozmawia z nim niemal tak, jakby wcale nie darzyła go nienawiścią. Jakby się nie bała. Czasem zastanawiała się, czy kłamiąc przez całe życie, nie zatraciła gdzieś po drodze siebie.
- Widzisz, i to nas właśnie różni. - Matt westchnął ciężko, jakby bardzo nad tym ubolewał. - Jesteś wyrobnikiem, każdego dnia wykonujesz te same czynności, które nie przybliżają cię do celu. Nie czerpiesz z nich przyjemności ani satysfakcji, nic w życiu nie osiągniesz. Właściwie trudno to nawet nazwać życiem, raczej jego marną karykaturą. - Słowa ociekały pogardą, lepką i cuchnącą jak smar samochodowy. Znalazła się w nich jednak prawda, której Sara nie mogła zaprzeczyć i momentalnie poczuła się nią przygnieciona. - Ja jestem artystą. Panem swojego życia. Tylko ode mnie zależy, co przyniesie dzień.
Nie odpowiedziała od razu. Dobrze wiedziała, co Matt miał na myśli. Oczami wyobraźni widziała jego ofiary pozbawione prawa wyboru. Zrobiło jej się niedobrze i spróbowała skierować swoje myśli na inne tory. Matt nigdy nie dzwonił bez powodu. Kontaktował się nieregularnie, raz na kilka dni albo tygodni, a jego telefon oznaczał jedno: był szczęśliwy. I chciał się tym podzielić.
- Szkoda, że twoje ofiary nie mogą powiedzieć tego samego - odrzekła w końcu.
Nie mogła się powstrzymać. Nie chciała go prowokować, ale już dawno zauważyła, że drobne przejawy buty wcale mu nie przeszkadzają. Miała wrażenie, że to go właśnie w niej pociąga. Że intryguje go charakter wychylający się nieśmiało spoza pozorów pokory. Po wszystkim, co przeszli, stała się swego rodzaju obiektem niezdrowej fascynacji, może nawet do pewnego stopnia wyzwaniem. Wcale nie sprawiało jej to przyjemności, ale wiedziała, że właśnie dzięki temu żyje.
Połączyła ich relacja całkowicie absurdalna, a jednocześnie najbardziej szczera. Odkąd postawiła mu się po raz pierwszy, coś się między nimi zmieniło. Sądziła, że rozwiązała w ten sposób swoje problemy, że Matt da jej spokój, jednak stało się inaczej. Odezwał się nagle po kilkutygodniowym milczeniu, dzwoniąc na numer, którego nie powinien znać. Zdążyła się już wówczas przeprowadzić i poczuć względnie bezpiecznie w nowej sytuacji, ale on nadal zachowywał się, jakby należała do niego. Opowiedział jej historię tak przerażającą i szokującą, że płakała do rana. Przez wiele dni nie mogła się otrząsnąć, wciąż wspominając zatrważające szczegóły okrutnej zbrodni. Minęły miesiące, a tamte wydarzenia wciąż żyły w jej wyobraźni.
- Gdybyś je widziała... Tę panikę, nieme błaganie w oczach. - Szaleńcza pasja w głosie Matta zmroziła ją do głębi. - Ich los w moich rękach. Nigdy nie doświadczyłaś takiej władzy.
Nie doświadczyła. Pragnęła, by w jej rękach znalazł się choć jej własny los, ale i z tym miewała problemy. Zadbał o to. Dzięki jego telefonom - rzadkim, acz przejmującym - nie zdołała zaznać spokoju, nawet tak daleko od ukochanego wybrzeża... i Piotra.
- Czy dzisiaj... zabiłeś kogoś? - zapytała wbrew sobie.
Nie chciała wiedzieć. Czuła, że prawda po raz kolejny zwali ją z nóg, ale nie mogła się powstrzymać. Pamiętała doskonale każdą kobietę, o której opowiadał Matt. Do tej pory było ich siedem - wszystkie młode i piękne, tak przynajmniej twierdził. Miały przed sobą życie, zanim on postanowił je zniszczyć. Rozumiała to lepiej, niż by chciała.
- Miała oczy jak ty, duże i zdziwione. I długo milczała. Nie błagała o litość, jak tamte. To przypomniało mi ciebie.
Ciarki przeszły jej po plecach. Kiedy torturował ją przed laty, o nic nie prosiła. Nie kierowały nią duma czy heroizm, raczej skrajne przerażenie, jednak Matt odczytał je inaczej. Nie chciała myśleć o tym, jak wówczas wyglądała ani co pociągało go najbardziej. Wolała nie znać jego upodobań i tak już z trudem zasypiała, a on raczył ją szczegółami przy każdej okazji, zupełnie jakby uznał, że chce je poznać.
- Powinieneś o mnie zapomnieć. To niczemu nie służy. Należę do przeszłości...
Naprawdę bardzo tego pragnęła. Marzyła, by stać się częścią przeszłości, ale czuła, że jej słowa odbijają się od ściany. W którymś momencie z bezbronnej ofiary stała się jego spowiedniczką, niemal przyjaciółką. Wydawała się wręcz stworzona do tej roli, bo każda powierzona jej tajemnica była całkowicie bezpieczna. Ze względu na swoją przeszłość i bez pogrążenia samej siebie nie mogła nikomu zdradzić treści rozmów, które regularnie odbywali. Przygnieciona ciężarem wyrzutów sumienia, coraz częściej zastanawiała się, czy jej życie faktycznie jest tego warte.
- Zapomnieć o tobie? - Matt wydawał się szczerze zaskoczony. - Przecież byłaś moją pierwszą...
Ofiarą, dodała Sara w myślach. Usłyszała w jego głosie nostalgię i coś przewróciło jej się w żołądku. Matt i Krystian, jej dwaj oprawcy. Rządziły nimi młodość i ekscytacja, a ona znalazła się w złym miejscu i złym czasie. Zobaczyli ją samą w ciemności, zadziałali pod wpływem impulsu. Zawsze myślała, że padła ofiarą młodzieńczego aktu pożądania, wybryku gówniarzy. Nie mogła wiedzieć, że przynajmniej jeden z nich okaże się psychopatą.
Zbrodnie sprawiały mu niezaprzeczalną przyjemność. Czerpał energię z bólu i przerażenia, przywodząc na myśl wampira. Obserwował swoje ofiary, przygotowywał się do skoku, a kiedy nadszedł czas, gwałcił i dusił. Opowiadał o tym z perwersyjną rozkoszą, niczym seryjny morderca. I w którymś momencie Sara uświadomiła sobie, że naprawdę nim jest.
- Chcesz ją poznać? Piękną czarnowłosą?
Sara zamknęła oczy. Nie chciała. Nawet jeśli złożył tę propozycję w przenośni, i tak była to makabryczna wizja. Bała się niemal tak jak wtedy, kiedy sama padła jego ofiarą. Za każdym razem, gdy słuchała o zbrodniach, przeżywała na nowo własną tragedię.
- I tak mi opowiesz.
- W rzeczy samej. - Niemal widziała zimny, powściągliwy uśmiech na nieskazitelnie przystojnej twarzy. Ścisnęła mocniej telefon, czując, że zaczyna wyślizgiwać się ze spoconej dłoni. - Ty wiesz, że każda była inna... Osiem kobiet, osiem całkowicie różnych charakterów.
Wydawał się szczerze zaskoczony tym odkryciem i, choć okoliczności nie sprzyjały, Sara poczuła przemożne pragnienie, by się roześmiać. Nie uważał kobiet za ludzi, były jak prymitywny podgatunek. Jego niejednorodność najwyraźniej godziła w światopogląd Matta.
- Ta mnie trochę rozczarowała. - Westchnął ciężko, choć Sara nie mogła oprzeć się wrażeniu, że znalazło się tam sporo gry aktorskiej. - Ani jednego dźwięku, jakby odjęło jej mowę. Dziwna była.
Sara nie zdołała odpowiedzieć. Jej ciałem wstrząsały dreszcze, tym silniejsze, im bardziej starała się je powstrzymać. Ósma kobieta, ósme zmarnowane życie. Czuła, że pętla na jej szyi zaciska się coraz mocniej.
- Wiesz... zaskakująco dużo dziś o tobie myślałem. - Matt westchnął ciężko. - Naprawdę musiałaś uciec tak daleko?