Nie chcę, żeby umarła - Iwona Poczopko

Kup ebooka

27.90 zł
23.16 zł (23,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wszyst­ko po­sra­ło się w tym ko­smo­sie. Ko­niec wrze­śnia, a jak w lip­cu - po­my­śla­ła Mar­ta i za­ci­ągnęła się pa­pie­ro­sem. Uło­ży­ła usta w dzió­bek i dmuch­nęła cien­ką smu­żką dymu w kie­run­ku uchy­lo­ne­go okna. Zza przy­mkni­ętych po­wiek pa­trzy­ła na siwy obło­czek, któ­ry od­da­lił się od niej le­ni­wie, po czym za­wi­sł przed szy­bą i cze­kał, aż we­ssie go za­le­ga­jąca na ze­wnątrz noc. Za­pach pa­pie­ro­sa zmie­szał się z cie­płym, wil­got­nym po­wie­trzem je­sie­ni.

- Oj, do­igra­my się - mruk­nęła i spoj­rza­ła w wy­ci­ęty przez roz­war­te okno skra­wek ciem­ne­go nie­ba. Do­igra­my, po­ki­wa­ła gło­wą, po­go­dzo­na z ry­chłym na­de­jściem ja­kie­goś strasz­li­we­go ka­ta­kli­zmu. Bo czyż go­rący wrze­sień nie był ko­lej­ną ano­ma­lią zwia­stu­jącą spe­łnie­nie się ka­ta­stro­ficz­nych pro­roctw, któ­re pie­lęgno­wa­ła w so­bie od lat? Świat musi w ko­ńcu za­pła­cić za cały ten gwa­łt za­da­wa­ny mat­ce na­tu­rze. Spad­ną na ten bar­ba­rzy­ński pa­dół sza­le­jące hu­ra­ga­ny i po­wo­dzie po­dob­ne do bi­blij­ne­go po­to­pu. Roz­krzy­czy się tra­wio­na ogniem zie­mia, a po­tem roz­stąpi się i po­chło­nie wszyst­kich nie­go­dziw­ców ra­zem z ich ego­izmem i chci­wo­ścią. Cha, zo­ba­czy­my, na co się wam wte­dy zda­dzą te pa­ła­ce, jach­ty, li­mu­zy­ny, uty­ski­wa­ła w du­chu. I te, kur­wa, kon­ta. Wszyst­ko scze­źnie, w piz­du.

Po­ci­ągnęła łyk go­rącej her­ba­ty i za­ci­snęła war­gi na wil­got­nym ust­ni­ku. Było jej do­brze. Roz­pra­wi­ła się wła­śnie ze złem wio­dącym świat ku za­gła­dzie, a do tego mo­gła so­bie za­pa­lić w po­ko­ju. Gdy­by było chłod­no, jak Bóg przy­ka­zał, mu­sia­ła­by na ka­żde­go dym­ka wy­cho­dzić na we­ran­dę, a wia­do­mo, że ci­ągłe wie­trze­nie w zim­ni­cę to stu­ka­jący licz­nik gazu. Po­szła­by z tor­ba­mi przez ra­chun­ki za ogrze­wa­nie. Sta­ła­by więc na tej we­ran­dzie w gry­zącej za­wie­si­nie dymu i po­wie­trza i prze­stępu­jąc z nogi na nogę, pła­ci­ła za na­łóg drże­niem skost­nia­łych pal­ców. Pa­mi­ęć tej nie­wy­go­dy zła­go­dzi­ła wy­dat­nie kon­wul­sje jej eko­świa­do­mo­ści i roz­ma­za­ła po­nu­re wi­zje na­stępstw efek­tu cie­plar­nia­ne­go. Wy­łączy­ła bunt ser­ca i ro­zu­mu i od­da­ła się wresz­cie zwy­kłej, przy­ziem­nej przy­jem­no­ści prze­by­wa­nia tyl­ko we wła­snym to­wa­rzy­stwie. Była sama. Nikt nie za­wra­cał jej gło­wy. Ka­śka nie snu­ła się po miesz­ka­niu i nie za­gląda­ła co chwi­la do po­ko­ju, żeby zmie­nić ka­nał w te­le­wi­zo­rze, któ­re­go i tak nie ogląda­ła. Mat­ka nie na­wo­ły­wa­ła z kuch­ni, by za­py­tać po raz nie wia­do­mo któ­ry o te same ha­sła do krzy­żów­ki. Mia­ła już za sobą co­dzien­ną, dłu­gą i często męczącą te­le­fo­nicz­ną roz­mo­wę z Mau­ry­cym, któ­re­go jako żona wspie­ra­ła w zma­ga­niach z lo­sem pra­cow­ni­ka na­jem­ne­go za gra­ni­cą. Te­raz był jej czas. Tyl­ko ona, nie ona jako mat­ka, ona jako cór­ka czy żona, ale ona jako ona sama, a do tego pa­pie­ros, her­ba­ta i ekran lap­to­pa. Stuk­nęła En­ter i za­częła wędrów­kę po por­ta­lach in­for­ma­cyj­nych.

Od kie­dy na­sta­ły rządy no­wej par­tii, a mia­no­wa­ny przez nią dy­rek­tor już pierw­sze­go dnia urzędo­wa­nia zro­bił w fir­mie Mar­ty czyst­kę, na­ka­zu­jąc ka­dro­wej zwol­nić wszyst­kich, któ­rzy od­dy­cha­li za Gier­ka, upodo­ba­ła so­bie stro­ny wy­spe­cja­li­zo­wa­ne w zo­hy­dza­niu pro­mi­nent­nych po­li­ty­ków no­wej wła­dzy. Cie­szy­ło ją ka­żde pa­skud­ne zdjęcie z ich wi­ze­run­ka­mi, a im pa­skud­niej­sze, tym mil­sze ser­cu. Ich nie­do­stat­ka­mi i ułom­no­ścia­mi osła­dza­ła so­bie swo­je bez­ro­bo­cie. Wszyst­ko, za­rów­no żabi uśmiech, jak i zbyt krót­kie rącz­ki czy roz­ro­śni­ęta po­nad mia­rę gło­wa, do­star­cza­ło jej wy­stęp­nej sa­tys­fak­cji. Ja pra­cę znaj­dę, ale wy pi­ęk­niej­si nie będzie­cie, re­cho­ta­ła w du­chu.

Nooo, nie! - Klik­nęła w zdjęcie po­li­ty­ka na ław­ce. Oczom nie wie­rzę, jak mo­żna cho­dzić w tak za­sy­fia­łych bu­tach?

Przyj­rza­ła się zbli­że­niu brud­nych cho­le­wek i wy­strzępio­nych sznu­ro­wa­deł, po czym znie­sma­czo­na opu­ści­ła stro­nę. Na ko­lej­nej aż ro­iło się od prze­śmiew­czych me­mów. Ja­kie jest naj­brzyd­sze pa­ństwo świa­ta? - prze­czy­ta­ła i ryk­nęła śmie­chem na wi­dok wy­ka­dro­wa­ne­go zło­śli­wie por­tre­tu. Skąd się w lu­dziach bie­rze taka umie­jęt­no­ść two­rze­nia dow­ci­pów? Jej, mimo wy­si­łków, wy­cho­dzi­ły je­dy­nie zgry­źli­we albo iro­nicz­ne przy­ty­ki. Za­do­wo­lo­na z tego, że in­wen­cja prze­śmiew­ców obec­nej wła­dzy nie słab­nie, a wręcz prze­ciw­nie, roz­wi­ja się, do­sko­na­li i sub­li­mu­je, za­częła szu­kać bar­dziej me­ry­to­rycz­nych ar­gu­men­tów, któ­re po­zwo­li­ły­by pod­sy­cać za­le­ga­jącą w niej nie­chęć i pre­ten­sję. Prze­szu­ka­ła co wa­żniej­sze ko­men­ta­rze i ana­li­zy po­li­tycz­ne. Za­trzy­ma­ła się na chwi­lę przy re­for­mie sądow­nic­twa.

No tak, no tak - ki­wa­ła gło­wą do mo­ni­to­ra, jak do za­ufa­ne­go po­wier­ni­ka - żąd­ny wła­dzy go­guś, mało mu mi­ni­stra spra­wie­dli­wo­ści, a już wy­ci­ąga łapę po pro­ku­ra­to­ra ge­ne­ral­ne­go. I te jego ustecz­ka...Jak mo­żna mieć ta­kie ustecz­ka? Bar­dziej by się nada­ły na po­du­szecz­ki do wbi­ja­nia szpi­lek niż do mó­wie­nia. Ta­kie niby sło­dziu­sie, a pe­łne zja­dli­wej mocy. "Już nikt ni­g­dy przez tego pana po­zba­wio­ny ży­cia nie będzie". Dmuch­nęła dy­mem na zdjęcie wstręt­ne­go jej osob­ni­ka, bio­rąc od­wet za wszyst­kie nie­prze­szcze­pio­ne ner­ki, wątro­by i ser­ca. No pro­szę, uśmiech­nęła się na wi­dok wy­tłusz­czo­ne­go na­głów­ka na stro­nie TVP. - Re­dak­to­rek z pu­blicz­nej kry­ty­ku­je par­tię - par­sk­nęła - zna­czy, że ko­niec jej bli­ski. I wszyst­kich jej po­plecz­ni­ków, du­po­wła­zów i gli­ździo­rów.

Uczci­ła swo­je pro­roc­two ły­kiem her­ba­ty i moc­nym po­ci­ągni­ęciem pa­pie­ro­sa. Po­czu­ła się jak miech za­sy­sa­jący dym po to, by za­mie­nić go w spraw­czy po­dmuch, któ­ry zmia­ta całe to to­wa­rzy­stwo, wy­ry­wa z za­własz­czo­nych sto­łków i wy­wie­wa do skan­se­nu bez­wo­li i za­po­mnie­nia. Roz­anie­li­ła się na chwi­lę wi­zją od­we­tu i ucze­pio­na jej bled­nących kon­tu­rów po­sur­fo­wa­ła ku stro­nom z pra­cą. Za­lo­go­wa­ła się na por­ta­lu, któ­ry wy­ma­gał re­je­stra­cji, co mia­ło po­noć zwi­ęk­szać ochro­nę da­nych oso­bo­wych. Ile­kroć za­twier­dza­ła we­jście na swo­je kon­to, przy­my­ka­ła na se­kun­dę po­wie­ki, chcąc choć na mo­ment przedłu­żyć złu­dze­nie, że może tym ra­zem zo­ba­czy ja­kąś ofer­tę za­wie­szo­ną przy swo­im na­zwi­sku. I zno­wu nic. Na­dzie­ja na­dmu­cha­na obiet­ni­ca­mi, że in­ter­net to ach i och, i tyle mo­żli­wo­ści i pro­po­zy­cji ty­si­ące, po raz ko­lej­ny bo­le­śnie zwiot­cza­ła. Nikt w in­ter­ne­cie jej nie chciał, choć pro­po­no­wa­ła swo­je wy­so­kie kom­pe­ten­cje, do­świad­cze­nie i ta­lent, wszędzie gdzie się tyl­ko dało. Ro­ze­sła­ła CV w ilo­ściach hur­to­wych do ser­wi­sów i agen­cji za­trud­nie­nia. List mo­ty­wa­cyj­ny opra­co­wa­ła z taką fi­ne­zją i znaw­stwem, że gdy­by były kon­kur­sy po­świ­ęco­ne tej for­mie au­to­pro­mo­cji, za­ka­so­wa­ła­by całą kon­ku­ren­cję, a mimo to na nią in­ter­net był nie­wra­żli­wy. Jak­by cała in­fo­stra­da po­sta­no­wi­ła ją omi­nąć, dla niej po­zo­sta­wiw­szy je­dy­nie obłok in­fo­smo­gu jak zwie­trza­łą obiet­ni­cę. Wcho­dzi­ła na ko­lej­ne stro­ny z co­raz to wi­ęk­szą de­spe­ra­cją, a ka­żde zno­wu nic było jak po­ni­ża­jący po­li­czek, jak obe­lga. Upo­ko­rze­nie roz­le­wa­ło się w niej i wy­pe­łnia­ło go­ry­czą. Ze­bra­ło się jej na płacz. Chęt­nie za­łka­ła­by na głos. Może usły­sza­łby ją ktoś tam na gó­rze, na przy­kład oj­ciec. Tak bar­dzo ją ko­chał, więc mó­głby jej po­móc, jako cia­ło astral­ne mó­głby prze­nik­nąć w umy­sł ja­kie­goś he­adhun­te­ra albo ha­era i na­kie­ro­wać jego wzrok na jej CV i roz­pa­lić w nim za­in­te­re­so­wa­nie jej kwa­li­fi­ka­cja­mi, a po­tem na­pro­wa­dzić jego dłoń na te­le­fon i spra­wić, by za­dzwo­nił: - Halo, czy mam przy­jem­no­ść z pa­nią Mar­tą? Miło mi, je­stem pod wra­że­niem, jest pani naj­za­je­bi­stsza na ca­łym świe­cie, bio­rę pa­nią, etat, kasa, i nim ru­szy­ła za swo­imi ro­je­nia­mi, któ­re roz­ro­sły się o słu­żbo­wą ko­mór­kę, lap­top i sa­mo­chód, za­trzy­ma­ła się na­gle. Nie, na ojca nie ma co li­czyć, uzmy­sło­wi­ła so­bie, ni­g­dy nie miał siły prze­bi­cia. - Bez­na­dzie­ja - usły­sza­ła samą sie­bie, ale zno­wu za­częła się gra­mo­lić z dołu do góry, ucze­pio­na na­dziei, że udział w szko­le­niu zor­ga­ni­zo­wa­nym przez Za­chod­nio­po­mor­ską Izbę Go­spo­dar­czą otwo­rzy przed nią drzwi do przy­szło­ści. Nowi lu­dzie, nowe kon­tak­ty, na­uczy się pi­sać wnio­ski o fun­du­sze unij­ne i za­ło­ży fir­mę. Piar, kam­pa­nie me­dial­ne, a może i wy­bor­cze, naj­chęt­niej dla le­wi­cy, żeby wy­eli­mi­no­wać pra­wi­cę. Za­ci­snęła mi­mo­wol­nie pi­ęści, go­to­wa do wal­ki. Przy­pływ ener­gii i pe­łny pęcherz unio­sły ją znad sto­łu. Po­szła do ła­zien­ki. Grze­jąc po­ślad­ka­mi zim­ną de­skę klo­ze­to­wą, sor­to­wa­ła zna­jo­mych na bar­dziej i mniej przy­dat­nych w uru­cho­mie­niu jej przy­szłej ka­rie­ry. Ela?, Ela tak, ma umo­co­wa­nia w sa­mo­rządach, Da­rek ob­ra­ca się wśród po­li­ty­ków, Krzy­siek ma we­jścia wszędzie, Mi­rek - nie wia­do­mo, ale faj­ny chłop. Wszy­scy, po­dob­nie jak ona, zo­sta­li roz­dep­ta­ni przez na­de­jście IV Rze­czy­po­spo­li­tej, więc wie­rzy­ła, że uwra­żli­wie­ni tym sa­mym do­świad­cze­niem we­sprą ją i po­mo­gą. Całą resz­tę dal­szych i bli­ższych zna­jo­mych, ra­zem z ich za­do­wo­le­niem z po­sia­da­nia pra­cy i tym uda­wa­nym wspó­łczu­ciem dla wy­rzu­co­nych, spu­ści­ła z wodą w to­a­le­cie. Wró­ci­ła do po­ko­ju i zno­wu wsa­dzi­ła gło­wę w ekran lap­to­pa. Otwo­rzy­ła pa­sjan­sa i za­częła grać. W od­da­li te­le­wi­zor szep­tał usta­mi Ju­sty­ny Po­chan­ke te same od wie­lu go­dzin wia­do­mo­ści. Zer­k­nęła na mo­ni­tor, zno­wu grup­ka kro­czących ko­ry­ta­rzem sej­mo­wym po­li­ty­ków. Blu­znęła na ich wi­dok, ale nie prze­łączy­ła ka­na­łu. Wo­la­ła ich mieć na po­do­rędziu, jak od­grom­nik, któ­ry prze­chwy­tu­je wy­bu­chy bun­tu i zło­ści. Po chwi­li zo­sta­wi­ła ich w tle i sku­pi­ła się na prze­kła­da­niu kart. Damy na kró­le, dzie­si­ąt­ki na wa­le­ty, asy na dwój­ki. Wy­pa­try­wa­ła wła­ści­wych kom­bi­na­cji, wo­dzi­ła ocza­mi za kur­so­rem, aż jej my­śli sta­ły się cich­sze od pra­cy pro­ce­so­ra. Na­gle zza szu­mu wia­tracz­ka w lap­to­pie do­szły ją ja­kieś dziw­ne od­gło­sy. Wy­pro­sto­wa­ła się i na­sta­wi­ła uszu. Czy­żby to Ka­śka, prze­mknęło jej przez myśl, po­sta­no­wi­ła od­gru­zo­wać swój po­kój? Ale dla­cze­go mia­ła­by wy­brać aku­rat noc na swo­je pierw­sze sprząta­nie w ży­ciu? Przy­pusz­cze­nie uzna­ła za ab­sur­dal­ne. Po­zo­sta­ła za­tem mat­ka. Na pew­no ona. W prze­ci­wie­ństwie do wszyst­kich sta­rych lu­dzi na świe­cie, któ­rzy wsta­ją o świ­cie i idą spać z ku­ra­mi, przy­naj­mniej tak twier­dzą znaw­cy te­ma­tu, jej mat­ka ro­bi­ła wszyst­ko na od­wrót. Pew­nie po­szła na we­ran­dę ćmić te swo­je pa­pie­ro­chy, po­my­śla­ła i wró­ci­ła do ukła­da­nia pa­sjan­sa. Przez chwi­lę prze­su­wa­ła kar­ty z miej­sca na miej­sce, jed­nak nie mo­gła sku­pić się na grze, bo dziw­ne od­gło­sy nie usta­wa­ły. Co ona tam wy­ra­bia? Wsta­ła od sto­łu zła, że nie ma dla sie­bie chwi­li spo­ko­ju. Prze­mie­rza­jąc przed­po­kój, zdąży­ła roz­ża­lić się nad swo­ją wy­bra­ko­wa­ną kar­mą, któ­ra ska­za­ła ją na miesz­ka­nie pod jed­nym da­chem ze sta­rą, upier­dli­wą, de­spo­tycz­ną skle­ro­tycz­ką. Kie­dy zna­la­zła się w kuch­ni, po­twier­dzi­ły się jej przy­pusz­cze­nia. Dziw­ne od­gło­sy do­cho­dzi­ły z we­ran­dy. Go­to­wa na krót­ką i do­sad­ną re­pry­men­dę o pra­wie miesz­ka­ńców tego domu do świ­ęte­go spo­ko­ju, chwy­ci­ła klam­kę i prze­śli­znęła się przez uchy­lo­ne drzwi. Zdrętwia­ła. Jej mat­ka pręży­ła się nie­na­tu­ral­nie, ni to sie­dząc, ni to le­żąc na wi­kli­no­wym fo­te­lu wci­śni­ętym w kąt mi­ędzy sto­łem i ścia­ną. Pa­pie­ros do­pa­lał się na ka­fel­ku podło­gi, obok po­ły­ski­wa­ła w ni­kłym świe­tle mała ka­łu­ża mo­czu. Roz­rzu­co­ne, skręco­ne do środ­ka sto­py zda­wa­ły się szu­kać opar­cia. Jed­na ręka ści­ska­ła kur­czo­wo fo­tel, dru­ga ła­pa­ła coś kon­wul­syj­nie w po­wie­trzu. Twarz sina i ści­ągni­ęta pa­trzy­ła gdzieś nie­wi­dzącym wzro­kiem. O Jezu! Mar­tę za­la­ła zim­na fala prze­ra­że­nia. Kur­wa, kur­wa, kur­wa, bez­rad­no­ść za­dud­ni­ła w jej gło­wie jak me­ta­lo­we kule za­mkni­ęte w bla­sza­nym pu­dle.

- Ka­śka! - wrza­snęła i do­pa­dła mat­ki, pró­bu­jąc coś zro­bić z jej cia­łem. Zła­pa­ła ją wpół i po­ci­ągnęła do sie­bie, chcąc osa­dzić bez­piecz­nie w fo­te­lu.

- Ka­śka! - po­wtó­rzy­ła bli­ska hi­ste­rii. Sztyw­ne jak ma­ne­kin cia­ło mat­ki nie słu­cha­ło ani sa­me­go sie­bie, ani jej i za­miast prze­su­nąć się w górę, zsu­nęło się w dół i za­wi­sło nad podło­gą.

- Co się dzie­je, dla­cze­go krzy­czysz? - usły­sza­ła za­lęk­nio­ne py­ta­nie cór­ki.

- Dzwoń na po­go­to­wie, bab­cia ma wy­lew!

Mar­ta tkwi­ła obok mat­ki i pró­bo­wa­ła opa­no­wać pa­ni­kę. Wi­kli­no­wy fo­tel trzesz­czał pod ci­ęża­rem drga­jące­go od po­ra­że­nia cia­ła. Przed jej ocza­mi prze­su­nęły się wszyst­kie za­pa­mi­ęta­ne z fil­mów sce­ny elek­trow­strząsów. Tyl­ko że tam­te ko­ńczy­ły się po paru se­kun­dach i na­gły stu­por prze­cho­dził w zwiot­cze­nie, a tu trwał i trwał, trud­ną do wy­trzy­ma­nia wiecz­no­ść.

- Już jadą. - Ka­sia wpa­dła na we­ran­dę z reszt­ka­mi snu na twa­rzy i stra­chem w oczach.

Na wi­dok spęta­nej pa­ra­li­żem i ma­cha­jącej nie­zbor­nie ręką bab­ki zgi­ęła się wpół jak od cio­su w żo­łądek.

- Po­móż mi - po­wie­dzia­ła Mar­ta. - Patrz, jaka po­wy­gi­na­na, za­raz spad­nie.

Ka­sia oszo­ło­mio­na prze­ra­że­niem za­kręci­ła się wo­kół wła­snej osi, jak­by szu­ka­ła sa­mej sie­bie, po czym rzu­ci­ła się do przo­du, żeby po­móc mat­ce. Oby­dwie pró­bo­wa­ły wci­snąć się w kąt mi­ędzy ścia­ną i sto­łem.

- Nie da rady, nie zmie­ści­my się - stwier­dzi­ła Mar­ta - tu trze­ba chło­pa, sil­ne­go.

- Co to? - Ka­sia sta­ła gołą sto­pą w ka­łu­ży.

- Siki.

- A skąd tu siki?

Od­po­wie­dzia­ło jej pe­łne po­li­to­wa­nia spoj­rze­nie Mar­ty.

- O, fuck - szep­nęła i pod­nio­sła po­wo­li nogę. Strzep­nęła wi­szące u po­de­szwy kro­ple i pod­pie­ra­jąc się pi­ętą, po­ku­śty­ka­ła do ła­zien­ki.

- Idę po szma­tę - rzu­ci­ła przez ra­mię.

Po­go­to­wie przy­je­cha­ło po paru mi­nu­tach. Dwaj pa­ra­me­dy­cy, w stro­jach bu­dzących re­spekt i z mi­na­mi, któ­re mó­wi­ły: "nie prze­szka­dzać, wszyst­ko wie­my", wma­sze­ro­wa­li do miesz­ka­nia.

- Pro­szę, pro­szę, tędy, tędy. - Mar­ta mio­ta­ła się po kuch­ni i usu­wa­ła ta­bo­re­ty, żeby oczy­ścić im prze­jście na we­ran­dę.

Szli po­wo­li, jak dwu­oso­bo­we ko­man­do. Ich kom­bi­ne­zo­ny sze­le­ści­ły so­lid­no­ścią, wiel­kie tor­by wy­dy­ma­ły się cen­nym ła­dun­kiem.

- Kie­dy to się za­częło? - za­py­tał je­den z nich rze­czo­wo.

- Przed chwi­lą.

- Co zna­czy przed chwi­lą? - do­py­tał z prze­kąsem i mi­nąw­szy ją, wsze­dł za to­wa­rzy­szem do ma­łe­go, ciem­ne­go po­miesz­cze­nia z pa­cjent­ką znie­wo­lo­ną przez jej wła­sny mózg.

- To zna­czy - za­częła tłu­ma­czyć się jak wy­wo­ła­na do ta­bli­cy uczen­ni­ca - pa­ręna­ście mi­nut przed wa­szym przy­by­ciem. Jak tyl­ko usły­sza­łam, że coś się tu­taj dzie­je, od razu przy­szłam, no i zo­ba­czy­łam. Chcia­łam ją ja­koś le­piej uło­żyć - uspra­wie­dli­wia­ła nie­wy­god­ną po­zy­cję mat­ki, choć za­jęci pro­ce­du­rą ra­tun­ko­wą mężczy­źni wca­le jej nie słu­cha­li - ale nie da­łam rady. Nic wcze­śniej tego nie za­po­wia­da­ło, była zu­pe­łnie nor­mal­na, roz­wi­ązy­wa­ła krzy­żów­kę, gra­ła na kom­pu­te­rze w ma­dżon­ga - pa­pla­ła ner­wo­wo i zbyt gło­śno. Sta­ła sa­mot­nie w kuch­ni i opo­wia­da­ła o nad­zwy­czaj­nej ży­wot­no­ści mat­ki, bra­ku ja­kich­kol­wiek zmian de­men­cyj­nych w jej po­strze­ga­niu świa­ta, co w tym wie­ku jest nie­spo­ty­ka­ne, o god­nym po­zaz­drosz­cze­nia sta­nie zdro­wia, no, prze­cież wszy­scy mó­wi­li, że to so­lid­ny przed­wo­jen­ny ma­te­riał, była taka zdro­wa, naj­zdrow­sza ze wszyst­kich, ro­bi­ła za­ku­py, go­to­wa­ła, pa­li­ła, mo­żna się było z nią na­pić i w ogó­le... ko­nie kra­ść.

- Do­wód, pro­szę - prze­rwał jej pa­ra­me­dyk, któ­ry wy­ło­nił się na­gle z we­ran­dy.

- Do­wód? Ach tak, do­wód. - Mar­ta rzu­ci­ła się do szu­fla­dy z ra­chun­ka­mi i do­ku­men­ta­mi mat­ki. Za­częła go­rącz­ko­wo grze­bać w pa­pie­rach. - Nie ma do­wo­du! Ka­śka! Gdzie jest do­wód? - po­sła­ła hi­ste­rycz­ne py­ta­nie w głąb miesz­ka­nia.

- Jest w port­fe­lu bab­ci. - Ka­sia wy­ło­ni­ła się z przed­po­ko­ju, do­pi­na­jąc dżin­sy.

Zdjęła z klam­ki wy­słu­żo­ną brązo­wą to­reb­kę i wy­jęła z niej do­ku­ment. Pa­ra­me­dyk umie­ścił go w pla­sti­ko­wej ko­szul­ce, po czym do­łączył do ko­le­gi, a po chwi­li ra­zem z nim wy­tasz­czył z we­ran­dy pa­cjent­kę przy­pi­ętą pa­sa­mi do krze­sła trans­por­to­we­go.

- Gdzie pa­no­wie wie­zie­cie mamę? - za­py­ta­ła spo­koj­nie, wrzesz­cząc w du­chu: Wiem, że jest noc, że je­ste­ście zmęcze­ni, ale mam to w du­pie i ocze­ku­ję tro­chę sza­cun­ku i wspó­łczu­cia w chwi­li tra­ge­dii.

- Na od­dział ra­tun­ko­wy - tym ra­zem od­po­wie­dział ten dru­gi, ale rów­nie bez­na­mi­ęt­nie jak ten pierw­szy. - Je­dzie pani z nami?

- Po­ja­dę za wami, swo­im sa­mo­cho­dem.

Dłu­go krąży­ła po te­re­nie szpi­ta­la, nim tra­fi­ła przed drzwi od­dzia­łu ra­tun­ko­we­go. Szkla­ne ta­fle roz­su­nęły się bez­sze­lest­nie. W pu­stym ko­ry­ta­rzu pach­nia­ło środ­ka­mi de­zyn­fek­cyj­ny­mi i nie­szczęściem. Ra­zem z Ka­sią ru­szy­ły wzdłuż ścia­ny z rzędem po­nu­me­ro­wa­nych drzwi. Pod szóst­ką mie­ścił się po­kój pie­lęgnia­rek. Za­pu­ka­ła ci­cho i nie cze­ka­jąc na od­zew, we­szła do środ­ka. W po­miesz­cze­niu były dwie ko­bie­ty, jed­na młod­sza, dru­ga star­sza, ale oby­dwie ob­ró­ci­ły gło­wy w jej stro­nę z taką samą fleg­mą, a w ich spoj­rze­niu wy­czy­ta­ła to samo: cze­go zno­wu? tu się pra­cu­je. Ich chłód i po­czu­cie wa­żno­ści pły­nące z pe­łnio­nej funk­cji osa­dzi­ły ją w miej­scu. Unie­ru­cho­mio­na pod ścia­ną, ni­czym in­truz, któ­ry po­wi­nien czuć się win­ny, że prze­szka­dza lu­dziom w ich nad­zwy­czaj wa­żnej pra­cy, za­py­ta­ła ugrzecz­nio­nym to­nem:

- Prze­pra­szam bar­dzo, przed chwi­lą przy­wie­zio­no na od­dział moją mamę, chcia­łam za­si­ęgnąć in­for­ma­cji na te­mat sta­nu jej zdro­wia.

- Le­karz pod je­de­nast­ką - po­wie­dzia­ła młod­sza z pie­lęgnia­rek, po czym oby­dwie tak samo po­wo­li od­wró­ci­ły wzrok, wy­ma­zu­jąc jej obec­no­ść.

- Po­kój je­de­na­ście - rzu­ci­ła do Kasi i po­ci­ągnęła ją za sobą, wy­obra­ża­jąc so­bie jed­no­cze­śnie, jak wra­ca tam, skąd przed se­kun­dą wy­szła, i gło­śno, to­nem nie­cier­pi­ącym sprze­ci­wu wali pro­sto w oczy tym dwóm nadętym kro­wom: Sza­now­ne pa­nie, je­śli nie po­do­ba się wam ta pra­ca, jest wie­le in­nych za­wo­dów na "p": po­my­wacz­ka na ten przy­kład, pracz­ka, pra­so­wacz­ka, po­moc ku­chen­na. Je­śli więc jesz­cze raz po­trak­tu­je­cie mnie jak po­wie­trze, za­ła­twię wam spo­tka­nie na dy­wa­ni­ku u or­dy­na­to­ra. Zro­zu­mia­no?! Ra­żo­ne mocą jej au­to­ry­te­tu ja­śnie pani Nadęto­ść i ja­śnie pani Wy­nio­sło­ść po­kor­nie­ją na jej oczach i naj­pierw pro­szą o wy­ba­cze­nie, a po­tem obie­cu­ją po­pra­wę, szcze­rząc się przy tym przy­mil­nie. No, per­swa­do­wa­ła so­bie w my­ślach, i tak wła­śnie po­win­no się za ka­żdym ra­zem po­stępo­wać z pro­sta­czą cha­mó­wą, szyb­ko by się wte­dy na­uczy­ła, że nie nos dla ta­ba­kie­ry, tyl­ko ta­ba­kie­ra dla nosa.

- Pro­szę - usły­sza­ła zza drzwi z nu­me­rem je­de­na­ście.

Le­kar­ka była uprzej­ma, swój doj­rza­ły wiek i kom­pe­ten­cje do­pe­łnia­ła tak­tow­nie lek­ką dozą em­pa­tii.

- Pani jest cór­ką pa­cjent­ki?

- Tak - za­pew­ni­ła Mar­ta.

Po­tem pa­dły py­ta­nia o wiek cho­rej, stan zdro­wia, hi­sto­rię do­le­gli­wo­ści, oko­licz­no­ści i czas zda­rze­nia. Kie­dy od­po­wie­dzi zo­sta­ły wy­słu­cha­ne i po za­pi­sa­niu sta­ły się częścią do­ku­men­ta­cji me­dycz­nej, pani dok­tor spoj­rza­ła Mar­cie w oczy i ubra­na w po­wa­gę po­wie­dzia­ła:

- No cóż, stan jest ci­ężki. To­mo­graf po­ka­zał, że pani mama mia­ła roz­le­gły wy­lew pra­wo­stron­ny. Zwa­żyw­szy na wiek pa­cjent­ki, wy­stępu­je duże za­gro­że­nie ży­cia. Obec­nie nie je­ste­śmy w sta­nie po­wie­dzieć nic wi­ęcej.

Mar­ta po­dzi­ęko­wa­ła le­kar­ce ni­kłym uśmie­chem.

- Czy mogę z cór­ką zo­ba­czyć mamę?

- Tak, oczy­wi­ście, jest na dwój­ce.

Dwój­ka była ob­szer­na, pra­wie pu­sta i ciem­na. Mat­ka le­ża­ła bli­sko drzwi, le­d­wo wi­docz­na, w ni­kłym świe­tle ma­łej, podłu­żnej ja­rze­niów­ki. Zbli­ży­ły się po­wo­li i sta­nęły po obu stro­nach łó­żka. Na­chy­li­ły się nad nią w na­dziei, że po­czu­je ich obec­no­ść. Sina po­świa­ta lamp­ki wy­ci­ęła z mro­ku ich syl­wet­ki jak na ba­ro­ko­wym ob­ra­zie. Mar­ta pa­trzy­ła na mat­kę ze wspó­łczu­ciem i stra­chem. Oczy mia­ła ci­ągle otwar­te, usta bez pro­te­zy za­pa­dły się jej do środ­ka, a twarz zma­la­ła do roz­mia­ru za­ci­śni­ętej pi­ąst­ki. Ręce ople­cio­ne w nad­garst­kach ban­da­ża­mi przy­wi­ąza­no do bocz­nych ba­rie­rek. A jak ją coś za­swędzi, to jak się po­dra­pie? po­my­śla­ła Mar­ta i po­czu­ła łzę na po­licz­ku.

- Mamo - szep­nęła - je­ste­śmy tu.

Zła­pa­ła ją de­li­kat­nie za rękę. Po­czu­ła drże­nie. Jezu Chry­ste, dla­cze­go?

- Ty, mama - po­wie­dzia­ła Ka­sia z prze­jęciem. - Bab­cia bez tej pro­te­zy wy­gląda jak miks ET i Yody.

Mar­ta nie pa­mi­ęta­ła już do­kład­nie, jak wy­gląda­li ET i Yoda, ale ja­wi­li się jej jako coś ma­łe­go i po­marsz­czo­ne­go, więc kie­dy spoj­rza­ła na bied­ne, umęczo­ne cia­ło mat­ki, na­gle do­strze­gła to samo, co cór­ka. Nie­spo­dzie­wa­ne wtar­gni­ęcie bzdur­nej hol­ly­wo­odz­kiej fik­cji w szpi­tal­ną, bez­względ­ną kon­kret­no­ść spra­wi­ło, że wy­buch­nęła tłu­mio­nym śmie­chem. Ka­sia po­szła jej śla­dem. Pa­trzy­ły to na sie­bie, to na łó­żko i trzęsły się w na­pa­dach hi­ste­rycz­ne­go pa­rok­sy­zmu. - Yoda - pisz­cza­ły - ET - i za­no­si­ły się śmie­chem.

Sta­ra­ły się opa­no­wać, ale krót­kie chwi­le wy­ci­sze­nia prze­cho­dzi­ły po­now­nie w ob­my­wa­ny łza­mi chi­chot.

- Pro­szę o ci­szę - usły­sza­ły na­gle su­ro­we na­po­mnie­nie.

W drzwiach sta­ła pie­lęgniar­ka, ta star­sza, i krzy­cza­ła szep­tem:

- To jest sala cho­rych, tu są pa­cjen­ci.

Mar­ta ro­zej­rza­ła się po po­miesz­cze­niu, żeby dać od­pór wred­ne­mu bab­sku, ale przy do­kład­niej­szym oglądzie do­strze­gła jesz­cze jed­ne­go cho­re­go. Le­żał na łó­żku pod oknem. Gdy­by nie po­ły­sku­jąca na tle okna kro­plów­ka, by­łby ca­łkiem nie­wi­docz­ny.

- Jest noc, sko­ńczy­ła się pora od­wie­dzin, pro­szę opu­ścić salę - ci­ska­ła ci­che gro­my pie­lęgniar­ka.

Mar­ta z reszt­ka­mi spa­zmów na prze­po­nie po­że­gna­ła się czu­le z mat­ką, po­gła­ska­ła ją, po­kle­pa­ła i obie­ca­ła szyb­ki po­wrót. Dała Kasi znak do wy­jścia i ru­szy­ła ku drzwiom. Pie­lęgniar­ka sta­ła przy nich jak wi­ęzien­ny kla­wisz. Bra­ko­wa­ło jej tyl­ko pa­łki i pa­ra­li­za­to­ra u boku. Mar­ta zbli­ży­ła się do niej i wle­piw­szy w nią wzrok, po­wie­dzia­ła ci­cho i sta­now­czo:

- Po­krzy­ki­wać to może pani na męża. Ja nie ży­czę so­bie ta­kie­go tonu.

A w my­śli do­da­ła: bo cię za­ła­twię, szan­tra­po, po czym wy­mi­nęła ją i prze­ma­sze­ro­wa­ła obok, mową cia­ła da­jąc do zro­zu­mie­nia, gdzie ma ta­kie jak ona.

- Ale za­ora­łaś tego ba­bo­na - usły­sza­ła za­do­wo­lo­ny szept Kasi.

- My­śla­łam, że mi ulży, ale nie ulży­ło - wes­tchnęła Mar­ta.

Noc była ci­ągle jesz­cze w pe­łnym roz­kwi­cie. Po po­wro­cie do domu mu­sia­ła uspo­ko­ić roz­dy­go­ta­ną nie­spo­dzie­wa­nym nie­szczęściem cór­kę. Utu­li­ła ją i ze sło­wa­mi po­cie­chy wy­sła­ła do łó­żka. Gdy tyl­ko zo­sta­ła sama, za­częły ją do­pa­dać po­wra­ca­jące raz za ra­zem ata­ki pa­ni­ki. Za­le­wa­ły ją jak stru­mie­nie zim­nej wody, któ­ra za­pie­ra dech i wpra­wia cia­ło w drże­nie. W jej gło­wie roz­krzy­czał się fe­sti­wal lęków: Boże, za­gro­że­nie ży­cia! Chry­ste! Kach­na za­czy­na lada dzień rok aka­de­mic­ki w An­glii, Mat­ko świ­ęta! mam prze­cież szko­le­nie, Je­zu­sie! mu­szę się ja­koś zor­ga­ni­zo­wać, mu­szę za­wia­do­mić Han­kę. Kur­wa, za co mnie to wszyst­ko spo­ty­ka?

Może po­win­na za­pła­kać? Łzy mają po­noć oczysz­cza­jącą moc, są jak skra­pla­jące się opa­ry nie­szczęścia, ale prze­cież lu­dzie pła­czą też z ra­do­ści i ze śmie­chu, po­le­mi­zo­wa­ła w du­chu ze sta­ry­mi ko­mu­na­ła­mi, któ­ry­mi kar­mi się lu­dzi od dzie­ci­ęc­twa, ale jak przy­cho­dzi co do cze­go, nie spraw­dza­ją się w prak­ty­ce.

Włączy­ła te­le­wi­zor w na­dziei, że na ja­ki­mś ka­na­le in­for­ma­cyj­nym znaj­dzie po­ru­sza­jące sce­ny tra­ge­dii ludz­kich zdol­nych roz­mia­ra­mi ka­ta­stro­fy i siłą prze­ka­zu przy­tłu­mić nie­co jej dra­mat. O! Wy­buch trzech bomb w In­diach. Trzy­dzie­ści je­den osób za­bi­tych i sto dwa­dzie­ścia pięć ran­nych! Taki hor­ror, a tu za­miast ma­te­ria­łu z ob­ra­za­mi po­roz­rzu­ca­nych mar­twych ciał i wdów mio­ta­jących się w roz­pa­czy, rwących wło­sy z gło­wy dają zbli­że­nie na za­ku­rzo­ny san­dał wa­la­jący się na miej­scu eks­plo­zji. San­dał. I tyl­ko tyle! Dal­sza wy­ciecz­ka po TVP In­fach, Pol­sat News-ach, TVN-ach24, BBC, RT i Al Ja­ze­erach przy­nio­sła je­dy­nie gęby po­li­ty­ków, cy­fry wzro­stu albo spad­ku ak­cji ja­ki­chś tam spó­łek, któ­rym i tak ży­czy­ła jak naj­go­rzej, gdyż były częścią glo­bal­ne­go ka­pi­ta­li­stycz­ne­go po­two­ra. O czy­ta­niu nie było mowy, więc uchwy­ci­ła się na­dziei, że sen sta­nie się szan­są na prze­trwa­nie tej nocy. Po­ście­li­ła łó­żko, wsu­nęła się pod ko­łdrę i cze­ka­ła. Za­miast snu za­czął się se­ans nie­chcia­nych ob­ra­zów. Bez względu na to, czy oczy mia­ła za­mkni­ęte, czy otwar­te, wy­świe­tla­ły się jej w ciem­no­ści ka­dry z mat­ką wstrząsa­ną kon­wul­sja­mi: lśni­ąca na podło­dze ka­łu­ża, ręka, któ­ra si­ęga po coś, cze­go nie ma, szpi­tal­ne łó­żko, za­pad­ni­ęte usta, skrępo­wa­ne ban­da­żem ręce przy­wi­ąza­ne do me­ta­lo­wych ba­rie­rek. Rzu­ca­ła się z boku na bok, pró­bo­wa­ła uciec my­śla­mi w inne re­jo­ny, ale ujęcia utrwa­lo­ne przez mózg zno­wu ro­bi­ły play i od­twa­rza­ły się sa­mo­czyn­nie jak za­pętlo­ny ciąg cli­pów bez szan­sy na na­pi­sy ko­ńco­we. W tej udręce do­trwa­ła do rana. Kie­dy tyl­ko pierw­sze smu­żki dnia prze­ci­snęły się przez la­mel­ki ża­lu­zji, zwle­kła się z łó­żka i przy her­ba­cie, z pa­pie­ro­sem wy­cze­ka­ła go­dzi­ny od­po­wied­niej na prze­ka­zy­wa­nie złych wie­ści. Na­li­czy­ła dzie­si­ęć sy­gna­łów, nim usły­sza­ła ro­ze­spa­ny głos sio­stry:

- Halo.

- Tu Mar­ta, cze­ść.

- O, cze­ść sio­stra, miło cię sły­szeć - stęk­ni­ęcie.

- Cze­ść, dzwo­nię, żeby ci po­wie­dzieć, że mama mia­ła wy­lew.

Ci­sza.

- Mi­nio­nej nocy, jest w szpi­ta­lu.

Ci­che chrząk­ni­ęcie.

- Roz­le­gły wy­lew, pra­wo­stron­ny.

- Jak się czu­je?

- Nie wiem. Jak się może czuć czło­wiek po wy­le­wie? Nie wiem, chy­ba kiep­sko.

- A co mó­wią le­ka­rze?

- Że stan ci­ężki. Za­gro­że­nie ży­cia ist­nie­je.

- To zna­czy, że może umrzeć?

- Za­gro­że­nie ży­cia, zna­czy mo­żli­wo­ść śmier­ci. No nie?

- To po­win­nam przy­je­chać?

- Dzwo­nię, bo uwa­żam, że po­win­naś wie­dzieć. A czy przy­je­dziesz, czy nie, to już two­ja de­cy­zja.

- Mu­szę za­wia­do­mić Łu­ka­sza, on tak ko­chał bab­cię. Na pew­no chcia­łby się z nią po­że­gnać.

- No do­bra, jak coś usta­li­cie, od­dzwoń. Idę do szpi­ta­la.

- Mam za­brać z sobą czar­ne rze­czy?

- Han­ka, na li­to­ść bo­ską, nie wiem.

- To za­bio­rę.

-

Czy jest na świe­cie czło­wiek, któ­ry lubi szpi­ta­le?, py­ta­ła samą sie­bie, wcho­dząc na od­dział neu­ro­lo­gii, gdzie, jak jej po­wie­dzia­no, prze­nie­sio­no mat­kę. Ten za­pach. W ka­żdym szpi­ta­lu śmier­dzi tak samo. Czy to w sta­rym, czy w no­wo­cze­snym, nie­za­le­żnie od ro­dza­ju spe­cja­li­za­cji i po­zio­mu trau­my jego pa­cjen­tów, w ka­żdym jest ten sam za­duch. Słod­ki odór cho­rych ciał, wy­dzie­lin i pły­nów ustro­jo­wych po­mie­sza­ny ze smro­dem je­dze­nia, przy­wo­żo­ne­go trzy razy dzien­nie w ka­nach i ter­mo­sach. W prze­grza­nych i rzad­ko wie­trzo­nych po­miesz­cze­niach stoi ci­ągle ta sama za­wie­si­na me­dy­ka­men­tów, mo­czu i ziem­nia­ków pu­rée.

Mat­kę zna­la­zła w ma­łej, trzy­oso­bo­wej sali. Le­ża­ła pod ścia­ną, tuż przy we­jściu. Po­de­szła do jej we­zgło­wia.

- Cze­ść, mama - szep­nęła czu­le.

Mat­ka ode­rwa­ła wzrok od su­fi­tu i spoj­rza­ła na nią zza za­sło­ny cier­pie­nia.

- Je­steś, có­ruś - za­skrze­cza­ła ci­cho. - Ra­tuj mnie, za­bierz mnie stąd! - Jej twarz od­zy­ska­ła daw­ną wy­ra­zi­sto­ść, mimo bra­ku zębów i ści­ągni­ętych udręką brwi. - Ty wiesz, co oni mi zro­bi­li? Ręce przy­wi­ąza­li mi do łó­żka. A mnie ze­bra­ło się na tor­sje - za­kwi­li­ła. - I nie mo­głam na­wet wy­trzeć tych wy­mio­cin. Wszędzie je mia­łam, w uszach, we wło­sach i le­ża­łam tak za­rzy­ga­na jak ja­kiś zwierz, bez po­mo­cy. Wo­ła­łam, ale nikt nie przy­sze­dł.

Mar­cie łzy na­pły­nęły do oczu, mil­cza­ła, wie­dzia­ła, że gdy­by otwo­rzy­ła usta za­miast słów wy­pły­nęło­by z nich ża­ło­sne za­wo­dze­nie. Bez­rad­na wo­bec wła­snej sła­bo­ści ujęła dłoń mat­ki i ści­snęła z daw­no nie­obec­ną w niej tkli­wo­ścią.

- I śni­ło mi się, że tonę we wła­snych od­cho­dach. Wszyst­ko do­oko­ła było upa­pra­ne ka­łem, coś okrop­ne­go. Coś okrop­ne­go - mat­ka ża­li­ła się płacz­li­wie.

- Te­raz już będzie le­piej. - Mar­ta uży­ła pierw­sze­go fra­ze­su, któ­ry przy­sze­dł jej do gło­wy. - Do­sta­niesz le­kar­stwa i będzie le­piej.

Po­pa­trzy­ła na mat­kę, któ­rą po­ło­żo­no na że­la­znym łó­żku pa­mi­ęta­jącym jesz­cze cza­sy Go­mu­łki. Ma­te­rac za­pa­dł się w środ­ku na roz­ci­ągni­ętych wie­lo­let­nią eks­plo­ata­cją spręży­nach, więc le­ża­ła na nim, jak­by wpa­dła w roz­pa­dli­nę. Przy­po­mi­na­ła oto­czo­ny ze­wsząd em­brion.

- Po­mo­gę ci, pod­ci­ągnę tro­chę do góry. - Po­sta­no­wi­ła wy­do­być mat­kę z za­głębie­nia i uło­żyć w po­zy­cji na wpół sie­dzącej, żeby mo­gła choć po­pa­trzeć so­bie do­oko­ła.

Szar­pa­ła się przez chwi­lę z pod­par­ciem ple­ców. Me­ta­lo­we pro­wad­ni­ce wy­ma­ga­ły krze­py albo czte­rech rąk. Za­pa­rła się w so­bie i dźwi­gnęła ci­ężką kon­struk­cję. Łó­żko za­skrzy­pia­ło, zwol­ni­ło opór i po­zwo­li­ło pod­nie­ść nie­co pod­głó­wek, któ­ry za­blo­ko­wa­ła przy­po­mi­na­jący­mi szczer­ba­te szczęki pła­skow­ni­ka­mi. Ujęła mat­kę pod pa­chy i po­ci­ągnęła w górę. Po­czu­ła ostre ukłu­cie w krzy­żu. Znie­ru­cho­mia­ła, a po­tem wsłu­cha­na we wła­sny ból, wy­pro­sto­wa­ła się po­wo­li. Uda­ło się, tym ra­zem jesz­cze się uda­ło.

Po­pra­wi­ła po­dusz­kę i roz­trze­pa­ła koc w bia­łej, wy­kroch­ma­lo­nej po­wło­ce. Ro­zej­rza­ła się do­ko­ła. Na me­ta­lo­wej szaf­ce u we­zgło­wia stał duży ku­bek z gęstą, be­żo­wą sub­stan­cją w środ­ku.

- Co to?

- Śnia­da­nie - usły­sza­ła głos ko­bie­ty sie­dzącej przy pa­cjent­ce na łó­żku pod oknem.

- Śnia­da­nie? - Mar­ta spoj­rza­ła ze zgro­zą na maź w kub­ku. Po­wącha­ła ją, za­nu­rzy­ła w niej czu­bek pal­ca i po­sma­ko­wa­ła. - Jezu, sma­ku­je i pach­nie tak, jak wy­gląda.

- Ku­chen­ko­wa przy­nio­sła rano i po­sta­wi­ła - wy­ja­śni­ła spo­koj­nie ko­bie­ta.

Mar­ta sta­ła z kub­kiem w ręku i pró­bo­wa­ła zro­zu­mieć za­sa­dy ży­wie­nia na od­dzia­le dla lu­dzi z nie­do­wła­da­mi.

- A jak niby pa­cjent, któ­ry nie może ru­szyć ręką, ma to zje­ść? Te­le­ki­ne­zą czy co? - do­da­ła w du­chu.

- Po­win­ni na­kar­mić - po­wie­dzia­ła ko­bie­ta tym sa­mym, wy­zby­tym z emo­cji to­nem.

Mar­ta ob­ró­ci­ła się na pi­ęcie i wy­szła z kub­kiem na ko­ry­tarz. Po chwi­li błądze­nia tra­fi­ła do po­ko­ju pie­lęgnia­rek.

- Prze­pra­szam, chcia­łam na­kar­mić tym pa­cjent­kę - wy­su­nęła rękę z pap­ką - ale nie bar­dzo wiem jak. Po­trze­bo­wa­ła­bym ły­żki ja­kie­jś.

- To do ku­chen­ko­wej trze­ba - zby­ła ją sto­jąca naj­bli­żej sio­stra.

- A gdzie znaj­dę ku­chen­ko­wą? - do­py­ta­ła.

- Na ko­ńcu ko­ry­ta­rza.

- Na któ­rym ko­ńcu, le­wym czy pra­wym?

- Pra­wym.

Po­now­nie zna­la­zła się na ko­ry­ta­rzu. Za­raz, pra­wym z jej stro­ny czy z mo­jej? Dy­le­mat roz­wi­ąza­ła ko­bie­ta, któ­ra czła­pa­ła wzdłuż ścia­ny ko­ry­ta­rza w opa­da­jącym na ko­la­na pam­per­sie. Kur­czo­wo ucze­pio­na drew­nia­nej li­stwy imi­tu­jącej po­ręcz wal­czy­ła o ka­żdy ko­lej­ny krok.

- Prze­pra­szam, gdzie jest kuch­nia? - za­py­ta­ła gło­śno i wy­ra­źnie, wal­cząc z po­ku­są po­pra­wie­nia zwi­sa­jące­go pam­per­sa.

Ko­bie­ta za­trzy­ma­ła się, za­be­łko­ta­ła, wy­rzu­ca­jąc z ust kłębek śli­ny i mach­nęła ręką do przo­du. O, le­wo­stron­ny z afa­zją, jak u ojca, zdia­gno­zo­wa­ła ją szyb­ko Mar­ta.

- W tam­tym ko­ńcu ko­ry­ta­rza? - hi­per­po­praw­nie ar­ty­ku­ło­wa­ła sło­wa.

Ko­bie­ta od­be­łko­ta­ła, po­ta­ku­jąc gło­wą.

- Dzi­ęku­ję pani uprzej­mie.

W czy­mś, co było na­miast­ką kuch­ni, a ra­czej roz­dziel­nią po­si­łków do­wo­żo­nych przez fir­my ze­wnętrz­ne, zna­la­zła dwie za­jęte żywą roz­mo­wą i po­pi­ja­niem kawy pa­nie.

- Prze­pra­szam - prze­mó­wi­ła, li­cząc w pa­mi­ęci, ile "prze­pra­szam" zu­ży­ła już w ci­ągu ostat­nich paru mi­nut.

Ko­bie­ty spoj­rza­ły na nią py­ta­jąco.

- Chcia­łam na­kar­mić pa­cjent­kę tym - za­bra­kło jej od­po­wied­nie­go sło­wa - i chcia­ła­bym po­pro­sić o ja­kąś ły­żecz­kę.

- O, ły­żecz­ką to będzie ci­ężko - stwier­dzi­ła jed­na z nich, za­żyw­na i chęt­na do udzie­la­nia rad. - Trze­ba ża­ne­tą.

- Ża­ne­tą? - zdzi­wi­ła się Mar­ta.

- Dużą strzy­kaw­ką, dam pani. - Pod­nio­sła ob­szer­ne po­ślad­ki z krze­sła i po­de­szła do szaf­ki, któ­ra kry­ła za­pew­ne wszyst­kie rze­czy nie­zbęd­ne w dzia­le ży­wie­nia szpi­tal­ne­go.

- Prosz - wręczy­ła Mar­cie ża­ne­tę. - Tu prze­ło­ży pani po­si­łek i po­wo­li wy­ci­śnie do ust. Tyl­ko po­wo­li, żeby się cho­ry nie za­dła­wił, bo jak się cho­ry za­dła­wi, to po­tem za­pa­le­nie płuc, a jak za­pa­le­nie płuc, to już dla nie­go ko­niec.

- Aha, no tak, a nie szko­dzi, że to już zim­ne?

- Jak zim­ne, to i le­piej, nie po­pa­rzy pani cho­re­go. Wa­żne, że to bar­dzo do­bry, pe­łno­war­to­ścio­wy po­si­łek. Tu jest, pro­szę pani, zmik­so­wa­ne całe śnia­da­nie.

Ku­chen­ko­wa mu­sia­ła do­strzec w oczach Mar­ty ja­kąś wąt­pli­wo­ść, bo do­da­ła gor­li­wie:

- Sama oso­bi­ście mik­so­wa­łam.

- A co było na śnia­da­nie?

- Chle­bek, ma­se­łko, bia­ły se­rek i kawa zbo­żo­wa z mle­kiem.

- I to wszyst­ko tu­taj jest?

- A ja­kże­by ina­czej. Tro­chę wi­ęcej kaw­ki pod­la­łam, żeby było rzad­sze.

Mar­ta po­dzi­ęko­wa­ła i z bla­dym uśmie­chem wy­co­fa­ła się na ko­ry­tarz. Po po­wro­cie za­sta­ła mat­kę po­now­nie wci­śni­ętą w roz­pa­dli­nę ma­te­ra­ca.

- Oj, zsu­nęłaś się. - Wes­tchnęła i za­bra­ła się do pod­ci­ąga­nia jej na nowo. - Po­pra­wi­my cię, usa­dzi­my, a po­tem po­łk­nie­my tę pap­kę, trze­ba do­star­czyć or­ga­ni­zmo­wi pa­li­wa, żeby miał siłę do wal­ki z cho­ro­bą - mó­wi­ła, krząta­jąc się wo­kół łó­żka.

Wło­ży­ła mat­ce do ust ko­ńców­kę strzy­kaw­ki i z wy­ra­zem obrzy­dze­nia na twa­rzy za­częła pchać tłok.

- Pierw­szy i ostat­ni raz kar­mię cię czy­mś ta­kim. Obie­cu­ję. Od ju­tra będę ci przy­no­sić je­dze­nie z domu. Będziesz ja­dła jak czło­wiek. A co byś chcia­ła? - za­ga­dy­wa­ła ci­che chlu­po­ta­nie w prze­ły­ku. - Ugo­tu­ję ci ro­so­łek, co? Na śnia­da­nie przy­nio­sę ci bu­łecz­kę z szy­necz­ką i po­mi­dor­ka. A na ko­la­cję będzie bu­dyń z so­kiem ma­li­no­wym. Co ty na to? - Sko­ńczy­ła wtła­cza­nie pap­ki.

- Nic nie chcę. Chcę umrzeć.

- Te­raz sko­czę na chwi­lę do domu. - Uda­ła, że nie sły­szy ża­ło­sne­go jęku. - I przy­wio­zę wszyst­ko, co trze­ba. Do­brze?

- Mnie nic nie trze­ba. Chcę umrzeć.

Roz­gar­nęła de­li­kat­nie wło­sy na czo­le mat­ki, po­gła­ska­ła ją po po­licz­ku.

- Zo­sta­wię cię tu na chwi­lę. Nie­ba­wem wró­cę.

Uda­ła się po­now­nie do po­ko­ju pie­lęgnia­rek i jak uprzed­nio spo­tka­ła się z od­stręcza­jącym bra­kiem za­in­te­re­so­wa­nia.

- Prze­pra­szam. - Wśli­znęła się z wy­mu­szo­ną grzecz­no­ścią w chłod­ną ci­szę. - Chcia­ła­bym się do­wie­dzieć, co po­win­nam przy­nie­ść pa­cjent­ce, żeby uła­twić per­so­ne­lo­wi dba­ło­ść o hi­gie­nę jej cia­ła?

- To do asy­sten­tek trze­ba.

- A gdzie znaj­dę asy­stent­ki?

- Dwa po­ko­je da­lej.

- Dwa po­ko­je da­lej. W lewo czy w pra­wo?

- W lewo.

- Dzi­ęku­ję. - Wy­co­fa­ła się na ko­ry­tarz i po­szła w prze­ciw­nym kie­run­ku niż po­przed­nie pra­wo.

Za­pu­ka­ła do drzwi. Mimo bra­ku od­po­wie­dzi na­ci­snęła klam­kę i we­szła do środ­ka. Zno­wu dwie? I zno­wu w oczach to samo: cze­go prze­szka­dza, tu się roz­ma­wia.

- Prze­pra­szam - po­wtó­rzy­ła po raz ko­lej­ny - chcia­ła­bym się do­wie­dzieć, co po­win­nam przy­nie­ść pa­cjent­ce, żeby uła­twić pa­niom pra­cę?

Ko­bie­ty zmie­ni­ły swo­ją nie­chęć w ła­ska­we przy­zwo­le­nie na za­da­wa­nie oczy­wi­stych py­tań, po czym zby­ły ją szyb­ką wy­li­czan­ką:

- My­dło, naj­le­piej w pły­nie, gąb­ka ciem­na do dołu, gąb­ka ja­sna do góry, ręcz­nik.

- I oczy­wi­ście pam­per­sy - przy­po­mnia­ła dru­ga.

- A jak pani chce, żeby pa­cjent­ka wy­gląda­ła jak czło­wiek, to pi­ża­my na zmia­nę, ale tyl­ko góry - uzu­pe­łni­ła z prze­kąsem pierw­sza.

Po­dzi­ęko­wa­ła za wy­czer­pu­jący in­struk­taż i ru­szy­ła do wy­jścia dłu­gim, wy­fro­te­ro­wa­nym ko­ry­ta­rzem. W od­głos jej mia­ro­wych kro­ków wmie­sza­ły się klap­ni­ęcia wy­ko­śla­wio­nej po­ra­że­niem sto­py ko­bie­ty w opa­da­jącym pam­per­sie. Jak ja bym te wszyst­kie nadęte, le­ni­we, bez­dusz­ne kro­wy kop­nęła w dupę, to by chmu­ry ob­sra­ły, snu­ła mści­we fan­ta­zje. Była zła na samą sie­bie za te wszyst­kie prze­pra­szam i dzi­ęku­ję, za swo­je ugrzecz­nie­nie, któ­re za­kła­da­ła jak sta­ry, wy­świech­ta­ny kom­bi­ne­zon ochron­ny, za­miast rzu­cić śmia­łe wy­zwa­nie tym aro­ganc­kim babsz­ty­lom, po­prze­bie­ra­nym w ki­tel­ki i uda­jącym słu­żbę zdro­wia. Dzi­siaj de­fi­ni­tyw­nie wy­zby­ła się złu­dzeń, że co­kol­wiek zmie­ni­ło się na tym od­dzia­le przez ostat­nich dzie­si­ęć lat. Kie­dy przy­cho­dzi­ła tu do ojca, zło­żo­ne­go tą samą nie­mo­cą, czu­ła iden­tycz­ną obo­jęt­no­ść per­so­ne­lu w sto­sun­ku do cho­rych i nie­chęć do ich ro­dzin. Jed­na­ko­wą umie­jęt­no­ść uni­ka­nia sal z pa­cjen­ta­mi i po­trze­bę prze­sia­dy­wa­nia przy kaw­ce i cia­stecz­ku w dy­żur­kach, po­ko­jach i in­nych szpi­tal­nych kan­cia­pach. Mia­ły szczęście, że nie usły­sza­ła jesz­cze z ich ust o pen­sjach, któ­rych mi­ze­ria była po­noć głów­ną przy­czy­ną bra­ku za­an­ga­żo­wa­nia w opie­kę nad cho­ry­mi. Noo, obie­ca­ła so­bie so­len­nie, je­śli któ­raś wal­nie ta­kim tek­stem, to prze­ja­dę się po niej jak wa­lec. I z tym po­sta­no­wie­niem wsia­dła do sa­mo­cho­du.

Po dwóch go­dzi­nach była już z po­wro­tem. W sali zro­bi­ło się lud­niej, oprócz ko­bie­ty tkwi­ącej przy cho­rej pod oknem po­ja­wi­ła się dru­ga, przy cho­rej pod ścia­ną. Obie, o czym świad­czy­ły ci­che roz­mo­wy, były cór­ka­mi pa­cjen­tek. Mar­ta za­pa­ko­wa­ła szaf­kę pam­per­sa­mi, pi­ża­ma­mi, ręcz­ni­ka­mi i ście­recz­ka­mi. Prze­ta­rła blat i usta­wi­ła na nim wodę, owo­ce i ter­mos z zupą. Pod­ci­ągnęła mat­kę do góry i usia­dła obok łó­żka na po­pla­mio­nym ta­bo­re­cie.

- Jak się czu­jesz, mamo?

- Gło­wa mnie boli, okrop­nie, chcę umrzeć. Boże! - Mat­ka za­szklo­nym wzro­kiem spoj­rza­ła w su­fit. - Prze­cież już się na­ży­łam, za­bierz mnie do sie­bie!

Mar­ta ujęła jej dłoń. Gła­ska­ła i po­kle­py­wa­ła bez sło­wa.

- No, zjedz, choć odro­bin­kę - usły­sza­ła ci­che bła­ga­nie cór­ki pa­cjent­ki spod okna. - Patrz, zmik­so­wa­łam ci po­mi­dor­ka. Z two­jej dzia­łki.

Jak nie chce, to po co zmu­szać? Mar­ta zga­ni­ła w du­chu gor­li­wą cór­kę, po czym po­chy­li­ła się nad mat­ką i za­py­ta­ła przy­mil­nie:

- A może byś coś zja­dła? Zup­kę przy­nio­słam.

- Nie chcę żad­nej zup­ki, chcę umrzeć.

- Ale jak chcesz umrzeć - zdo­by­ła się na lżej­szy ton - to mu­sisz mieć siły, żeby wdra­pać się po dra­bi­nie Pio­tro­wej. Na głod­nia­ka za­sa­piesz się i sta­niesz w pół dro­gi.

- Chcę umrzeć. - Mat­ka zi­gno­ro­wa­ła nie­bia­ńską per­spek­ty­wę i za­kwi­li­ła roz­pacz­li­wie.

Wi­dok sta­rej, na­brzmia­łej bó­lem i zroz­pa­czo­nej mat­ki roz­dzie­rał Mar­cie ser­ce. Swój ból i roz­pacz sta­ra­ła się ukryć w uśmie­chu i gład­kich sło­wach. Trzy­ma­ła upstrzo­ną pla­ma­mi sta­ro­ści dłoń w swo­jej i ru­sza­ła nią bez­wied­nie w górę i w dół jak znu­dzo­ny ru­ty­ną re­ha­bi­li­tant. Po­wo­li oswa­ja­ła się ze szpi­tal­nym bra­kiem in­tym­no­ści. Prze­sta­wa­ła ją krępo­wać obec­no­ść in­nych osób pod­czas wsty­dli­wych chwil cier­pie­nia i bez­rad­no­ści. Uzmy­sło­wi­ła so­bie, że prze­cież pa­cjent­ki spod okna i spod ścia­ny i to­wa­rzy­szące im cór­ki są jej te­raz bli­ższe niż kto­kol­wiek inny.

- O, jak pi­ęk­nie jesz, bra­wo, ma­muś, bra­wo - chwa­li­ła po­nad mia­rę swo­ją mat­kę cór­ka przy łó­żku pod oknem. - No i po­mi­do­rek zje­dzo­ny. To może tro­chę ziem­niacz­ków z so­si­kiem? Tak? - roz­pły­nęła się w za­chwy­cie. - Pro­szę cię, ko­cha­na.

Jej oczy spo­tka­ły się z prze­lot­nym spoj­rze­niem Mar­ty. Mó­wi­ły: dzi­ęku­ję. Mar­ta od­po­wie­dzia­ła ni­kłym uśmie­chem i wró­ci­ła do twa­rzy swo­jej mat­ki, któ­ra wpa­try­wa­ła się w su­fit i szep­ta­ła bła­gal­nie:

- Boże, Boże, Boże...

Ile trze­ba cza­su, żeby po­go­dzić się z czy­mś ta­kim? za­sta­na­wia­ła się Mar­ta, błądząc wzro­kiem po sali, żeby uwol­nić się choć na chwi­lę od wi­do­ku za­pad­ni­ętych, że­brzących o śmie­rć ust. Pod­czas tych oględzin ścian i sprzętów do­ta­rło na­gle do niej, że pa­cjent­ka pod oknem leży na ca­łkiem no­wym, po­rząd­nym łó­żku re­ha­bi­li­ta­cyj­nym, a do tego elek­trycz­nym. Pa­cjent­ka pod ścia­ną mia­ła gor­sze, nie elek­trycz­ne, ale zde­cy­do­wa­nie now­sze niż jej mat­ka. Co to ma być, do cho­le­ry? Dla­cze­go moja mat­ka tkwi na tym sta­rym rzęchu z dziu­rą po­środ­ku, kie­dy obok inna leży so­bie jak kró­lo­wa? Za­go­to­wa­ło się w niej. Chy­ba po­win­na in­ter­we­nio­wać. Po­win­na iść do or­dy­na­to­ra i za­żądać ta­kie­go sa­me­go łó­żka, ja­kie ma ta pod oknem, po­wie­dzieć mu, że le­że­nie na ta­kim łó­żku, ja­kie dano jej mat­ce, uwła­cza god­no­ści ludz­kiej, toż to ja­kieś przed­po­to­po­we ko­ro­my­sło, zdro­wy czło­wiek roz­cho­ro­wa­łby się na czy­mś ta­kim, a co do­pie­ro cho­ry. Po­win­na też za­py­tać, w czym gor­sza jest jej mat­ka od tam­tej ko­bie­ty. Ma­cha­ła ręką mat­ki w górę i w dół i pla­no­wa­ła po­ka­zo­wą ak­cję w obro­nie jej pra­wa do god­ne­go cho­ro­wa­nia. Wy­obra­zi­ła so­bie, jak cze­ka przed ga­bi­ne­tem or­dy­na­to­ra, któ­re­go drzwi pil­nu­je cer­ber w po­sta­ci opry­skli­wej se­kre­tar­ki. Po ja­ki­mś cza­sie, nie wia­do­mo ja­kim, ale na pew­no dłu­gim, wcho­dzi do środ­ka i to­nem sta­now­czym, nie­cier­pi­ącym sprze­ci­wu wy­łusz­cza pro­blem. On słu­cha, kiwa gło­wą, jak­by ro­zu­miał, a po­tem przy­bie­ra swój or­dy­na­tor­ski pryn­cy­pial­ny ton i ko­mu­ni­ku­je: brak in­nych łó­żek na sta­nie. Za­rzu­ca ją da­ny­mi na te­mat nie­do­fi­nan­so­wa­nia słu­żby zdro­wia i licz­by pa­cjen­tów prze­ra­sta­jącej mo­żli­wo­ści kli­ni­ki. Spra­wi, że po­czu­ję się win­na, bo po­wo­do­wa­na ma­łost­ko­wo­ścią, a co gor­sza, pre­zen­tu­ję rosz­cze­nio­wą po­sta­wę.

- Ola­bo­ga! - Spro­wa­dzi­ło ją z po­wro­tem do łó­żka mat­ki do­no­śne za­wo­dze­nie pa­cjent­ki spod ścia­ny. - Tyle pie­ni­ędzy prze­pa­dło. Miesz­ka­nie od­da­ła i po­szła na słu­żbę do tego bi­sku­pa. Taka mło­da była, ży­cie zmar­no­wa­ła. Dla bi­sku­pa! - Ko­bie­ta za­wo­ła­ła do ścia­ny.

Mat­ka, wy­rwa­na krzy­kiem z za­pa­trze­nia we wła­sne nie­szczęście, sze­ro­ko otwo­rzy­ła oczy.

- Kto tak mor­dę drze? - za­py­ta­ła gło­śno.

- Ciiii - na­po­mnia­ła ją Mar­ta, z tru­dem tłu­mi­ąc śmiech. - Nie mów tak. To pani pod ścia­ną, bied­na, cho­ra, czu­je się nie­szczęśli­wa i uska­rża się na swój los - tłu­ma­czy­ła cier­pli­wie, sły­sząc za ple­ca­mi po­dob­ną kon­fu­zję i ka­te­go­rycz­ne:

- Ciii, niech mama tak nie krzy­czy, z Ma­ry­sią wszyst­ko w po­rząd­ku.

- No to czas na zup­kę. - Pró­bo­wa­ła ści­ągnąć na sie­bie uwa­gę mat­ki, żeby unik­nąć jej ko­lej­ne­go nie­tak­tu, a so­bie oszczędzić za­że­no­wa­nia. - Wspa­nia­ła ja­rzy­no­wa, na cie­lęcin­ce, samo zdro­wie, py­cho­ta, aku­rat dla cie­bie - oto­czy­ła mat­kę ko­ko­nem pa­pla­ni­ny.

Mie­sza­ła ły­żką w ter­mo­sie i cmo­ka­ła nad pod­grza­ną zup­ką dla dzie­ci, któ­rą ku­pi­ła w skle­pie ze zdro­wą żyw­no­ścią.

- Spe­cjal­nie dla cie­bie ugo­to­wa­łam. - Skła­ma­ła z pre­me­dy­ta­cją i zbli­ży­ła ły­żkę do ust mat­ki.

- Że cho­ra nie zna­czy, że może się wy­dzie­rać i lu­dzi stra­szyć, też cho­rych.

- Otwórz bu­zię. - Mar­ta uży­ła zde­cy­do­wa­ne­go tonu, a kie­dy mat­ka wy­ko­na­ła po­le­ce­nie, wla­ła w jej usta odro­bi­nę zupy. - Trze­ba po­zwo­lić lu­dziom na gło­śne wy­ra­że­nie swo­je­go bólu. Tej pani to po­mo­że, a to­bie nie za­szko­dzi - prze­mó­wi­ła, ko­rzy­sta­jąc z chwi­li, kie­dy mat­ka sku­pi­ła się na roz­po­zna­wa­niu tego, co wpa­dło jej do ust.

- Co to za obrzy­dli­stwo? - Skrzy­wi­ła się wsłu­cha­na w swo­je kub­ki sma­ko­we.

- Żad­ne obrzy­dli­stwo, tyl­ko prze­pysz­na, po­żyw­na i zdro­wa zup­ka ja­rzy­no­wa. - Mar­ta ob­ru­szy­ła się prze­sad­nie, obie­cu­jąc so­bie w du­chu, że od ju­tra, jak się tyl­ko zor­ga­ni­zu­je, nie będzie żad­nych kup­nych pa­skudztw, cho­ćby mia­ły zło­ty cer­ty­fi­kat ja­ko­ści, będzie go­to­wa­ła dla niej w domu.

- To nie ma sma­ku, w ogó­le nie­sło­ne, nie chcę tego, chcę umrzeć! - Mat­ka zmarsz­czy­ła brwi i od­wró­ci­ła gło­wę w bok.

- Mamo, pro­szę, mu­sisz coś zje­ść - pro­si­ła Mar­ta za­wie­szo­na nad łó­żkiem jak żu­raw. - Choć tro­chę, nooo, po­patrz na mnie, parę ły­że­czek.

Mat­ka zda­wa­ła się nie sły­szeć pró­śb cór­ki, od­wró­ciw­szy gło­wę, wy­py­cha­ła za­pad­ni­ęte usta, jak­by chcia­ła dać do zro­zu­mie­nia, jak lek­ce so­bie waży jej per­swa­zje.

Ko­lej­ne: Pro­szę cię. Nie, chcę umrzeć. Tyl­ko tro­chę. Nie, już się na­ży­łam. Ły­żkę za moje zdro­wie. Nie, po­win­nam umrzeć, żeby nie być ci ci­ęża­rem, ci­ągnęły się jesz­cze przez go­dzi­nę. Pan­to­mi­ma nad łó­żkiem, obiet­ni­ce cu­dow­ne­go ozdro­wie­nia, te­atral­ne ob­ra­zy i gro­źby za­pra­wio­ne bła­ga­niem dały taki sku­tek, że mat­ka po­zwo­li­ła so­bie wci­snąć jesz­cze tyl­ko dwie ły­żki zupy. I odro­bi­nę wody.

Mar­ta przy­sia­dła na ta­bo­re­cie i wpa­trzy­ła się w wo­rek na mocz zwi­sa­jący z ramy pod ma­te­ra­cem. Czy żó­łty ko­lor to do­brze, czy źle? Za­sta­na­wia­ła się przez chwi­lę, żeby spa­cy­fi­ko­wać czar­ne my­śli, któ­re na­pły­wa­ły fa­la­mi w ka­żdej chwi­li bez­ru­chu. Przy­po­mnia­ła so­bie o na­ło­gu.

- Idę na pa­pie­ro­sa, za­raz wra­cam. - Po­kle­pa­ła mat­kę po dło­ni i wy­szła.

Przed we­jściem na od­dział sta­ło dwóch pa­cjen­tów w pi­ża­mach i prze­stępo­wa­ło z nogi na nogę w obło­ku ner­wo­wo wy­dy­cha­ne­go dymu.

- Przez czte­ry lata cho­dzi­łem od le­ka­rza do le­ka­rza. - Pod­słu­cha­ła dys­kret­nie jed­ne­go z nich, o na­brzmia­łej twa­rzy i wy­go­lo­nej czasz­ce po­ry­so­wa­nej si­ny­mi bli­zna­mi. - Do­pie­ro dok­tor - nie do­sły­sza­ła na­zwi­ska - zle­cił mi od­po­wied­nie ba­da­nia, no i re­zo­nans po­ka­zał, że to ta­sie­miec.

- Patrz pan, ro­bak w mó­zgu. - Po­ki­wał z uzna­niem jego to­wa­rzysz, wy­su­szo­ny i zie­mi­sty.

- No, też nie mo­głem uwie­rzyć. Prze­stra­szy­łem się jak cho­le­ra, kie­dy mi po­wie­dzie­li, że będą ope­ro­wać. Wie pan, jak to jest.

- Oj wiem, oj wiem. Mnie po pierw­szej ope­ra­cji zo­stał nie­do­wład le­wej ręki. Patrz pan - kątem oka ob­ser­wo­wa­ła, jak de­mon­stru­je dłoń, któ­ra nie chce słu­chać jego woli. - Wi­dzi pan? ani drgnie.

- Szczęście, że lewa, a nie pra­wa. Mnie, chwa­ła Bogu, nic nie od­jęło, a już trzy razy mi łeb kro­ili. Za ka­żdym ra­zem obie­cu­ją, że już jest czy­sto, wszyst­kie wągry usu­nęli, ale nie mi­nie pół roku i zno­wu oka­zu­je się, że coś prze­oczy­li. Te­raz będzie czwar­ty raz, jak mnie otwo­rzą.

- Ma pan far­ta, czte­ry razy i nic, a ja tyl­ko dwa razy i dwa razy coś mi schrza­ni­li. O, wi­dzi pan? po­wie­ka mi jed­na się nie pod­no­si.

- Wa­żne, żeby tam na dole się pod­no­si­ło.

Mężczy­źni zna­le­źli po­ro­zu­mie­nie w oczysz­cza­jącym re­cho­cie.

- Mój guz, pa­nie ko­cha­ny, w pła­cie po­ty­licz­nym, z dala od tych miejsc, co od­po­wia­da­ją za te spra­wy.

Mar­ta słu­cha­ła ich roz­mo­wy, wspó­łczu­jąc im w du­chu i po­dzi­wia­jąc jed­no­cze­śnie. Przez se­kun­dę spró­bo­wa­ła wy­obra­zić so­bie sie­bie w po­dob­nej sy­tu­acji i zo­ba­czy­ła od razu swój bunt prze­ciw­ko Bogu i mio­ta­nie się w roz­pa­czy za­ko­ńczo­ne sa­mo­bój­stwem. A może do ta­kie­go po­go­dze­nia się z cho­ro­bą trze­ba po pro­stu cza­su, po­my­śla­ła. Zgnio­tła pa­pie­ro­sa o kra­wędź ko­sza na śmie­ci i wró­ci­ła na od­dział.

Mat­ka zno­wu zsu­nęła się w roz­pa­dli­nę ma­te­ra­ca i nie­ru­cho­mo wpa­try­wa­ła w su­fit. Może się mo­dli­ła, a może wspo­mi­na­ła ży­cie przed cho­ro­bą albo my­śla­ła o ży­ciu w cho­ro­bie, a może po pro­stu tyl­ko pa­trzy­ła.

- Może byś jed­nak coś zja­dła, mamo. - Ujęła jej dłoń.

- Daj mi spo­kój z tym żar­ciem. - Mat­ka znie­cier­pli­wi­ła się na do­bre.

- To cho­ciaż na­pij się cze­goś, mu­sisz pić, bo się od­wod­nisz.

- To się od­wod­nię - wark­nęła.

Prze­ci­ąga­jącą się ci­szę prze­rwa­ła ko­bie­ta, któ­ra otwo­rzyw­szy z im­pe­tem drzwi, za­wo­ła­ła od pro­gu:

- Obia­dek wie­zie­my. Pysz­ny krup­ni­czek.

I nie zwra­ca­jąc uwa­gi ani na re­ak­cje có­rek-opie­ku­nek, ani tym bar­dziej pa­cjen­tek, za­częła usta­wiać ta­le­rze na szaf­kach. Mar­ta po­zna­ła w niej jed­ną z ko­biet, któ­re za­sta­ła w po­miesz­cze­niu ku­chen­nym. Po­dob­nie jak wte­dy ro­bi­ła wra­że­nie wa­żnej i nie­prze­nik­nio­nej. Za­raz po zu­pie po­da­ła dru­gie da­nie i wy­szła, a po sali roz­nió­sł się za­pach od­pa­ro­wa­nych ziem­nia­ków, ki­szo­nej ka­pu­sty i ryby. Mar­ta nie chcia­ła już dra­żnić mat­ki ko­lej­ną wzmian­ką o je­dze­niu, więc śla­dem cór­ki pa­cjent­ki spod okna wy­nio­sła obiad do kuch­ni.

Czu­ła się zmęczo­na tym po­by­tem w szpi­ta­lu. Naj­chęt­niej wy­szła­by z nie­go od razu. I tak nie była w sta­nie nic zro­bić. Ślęcze­nie przy łó­żku i trzy­ma­nie mat­ki za rękę sta­wa­ło się nu­żącym ry­tu­ałem, któ­ry wy­pa­da­ło od­pra­wiać w imię, no wła­śnie, my­śla­ła, w imię cze­go? W imię wy­du­ma­nej po­praw­no­ści? Ka­żda do­bra cór­ka tkwi prze­cież przy łożu swo­jej cho­rej mat­ki. Wszędzie tak jest, i w fil­mach, i w ksi­ążkach, i tu w tej sali. Na przy­kład ta pani od pa­cjent­ki spod okna była już przed nią i nic nie wska­zu­je, żeby mia­ła so­bie pó­jść. Mar­ta, pa­trząc na nią, czu­ła się jak wy­rod­na cór­ka za­pa­trzo­na tyl­ko we wła­sną wy­go­dę. Wy­rzu­ty su­mie­nia ustępo­wa­ły jed­nak nie­chęci do szpi­ta­la. Nie zno­si­ła szpi­tal­ne­go za­pa­chu. Śmier­dzia­ło jej w nim, na­wet jak nie śmier­dzia­ło. Co chwi­la na­cho­dzi­ła ją chęć uciecz­ki, ale za ka­żdym ra­zem, kie­dy mia­ła otwo­rzyć usta z: to ja już pój­dę, mamo, ogar­niał ją lęk, że nie za­dba­ją o nią, jak po­trze­ba. Nie da­dzą jej pić, nie prze­ło­żą na bok, nie pod­ci­ągną do góry i tak będzie le­ża­ła w tym dole, sama, sa­miu­sie­ńka. A jak jej się za­chce kupę? To co wte­dy? Pró­ba wy­obra­że­nia so­bie tego wszyst­kie­go spra­wia­ła jej nie­mal fi­zycz­ny ból.

- Cór­ciu... - mat­ka przy­wo­ła­ła Mar­tę, ki­wa­jąc na nią pal­cem.

- Słu­cham?

- Na­chyl się.

Mar­ta przy­ło­ży­ła pra­wie ucho do jej ust.

- Kupę mi się chce.

- Rób, nie krępuj się. Masz pie­lu­chę.

- Jak to?

Mar­ta po­pro­wa­dzi­ła jej dłoń pod po­szew­kę z ko­cem i na­pro­wa­dzi­ła na pam­per­sa.

- Czu­jesz? Nie wsty­dź się. W tej sali wszyst­kie pa­nie są w ta­kiej sa­mej sy­tu­acji jak ty. - Śmia­ło - za­chęci­ła ją po­ro­zu­mie­waw­czym uśmie­chem.

W oczach mat­ki po­ja­wi­ło się zdzi­wie­nie po­mie­sza­ne z za­wsty­dze­niem, ale za­raz po­tem jej za­pad­ni­ęte usta roz­ci­ągnął po­dob­ny do krzy­we­go uśmie­chu gry­mas, twarz za­bar­wi­ła się si­no­czer­wo­no, a żyły wy­dęły na szyi.

- Zro­bi­łam - szep­nęła po chwi­li, kie­dy krew od­pły­nęła już z jej twa­rzy.

- Pój­dę, po­pro­szę pie­lęgniar­ki.

Mar­ta ru­szy­ła po po­moc. Asy­sten­tek nie było ani w ich po­ko­ju, ani w po­ko­ju pie­lęgnia­rek, ani też w kuch­ni. Prze­pa­dły jak ka­mień w wodę. W ko­ńcu, wie­dzio­na in­tu­icją na­ło­gow­ca, zaj­rza­ła do to­a­le­ty. Sta­ły przy otwar­tym oknie i od­wró­co­ne ple­ca­mi do drzwi pa­li­ły pa­pie­ro­sy.

- Bar­dzo pa­nie prze­pra­szam - prze­mó­wi­ła uprzej­mie. - Pa­cjent­ka w sali nu­mer dwa­na­ście wy­pró­żni­ła się w pam­per­sa i chcia­łam pa­nie pro­sić o usu­ni­ęcie stol­ca oraz my­cie.

- Za­raz - usły­sza­ła w od­po­wie­dzi.

Nie mia­ła już dzi­siaj siły uże­rać się z per­so­ne­lem szpi­tal­nym, więc zro­bi­ła w tył zwrot i wró­ci­ła do mat­ki, by za­pew­nić ją o ry­chłym przy­by­ciu sił fa­cho­wych, któ­re uwol­nią ją od pie­lu­chy z krępu­jącą za­war­to­ścią. Asy­stent­kom naj­wi­docz­niej się nie spie­szy­ło, więc Mar­ta zmu­szo­na była przy­po­mnieć im o pa­cjent­ce le­żącej we wła­snych od­cho­dach. Tym ra­zem zna­la­zła je w kuch­ni. Ja­dły. Na po­now­ną pro­śbę od­po­wie­dzia­ły la­ko­nicz­nie:

- Przyj­dzie­my, jak zje­my.

Po­ja­wi­ły się po pó­łgo­dzi­nie Prze­kro­czyw­szy próg, na­ka­za­ły wszyst­kim opu­ścić salę.

- Mu­si­my dbać o god­no­ść oso­bi­stą pa­cjen­tów. - Po­wo­ła­ły się na prze­pi­sy, da­jąc tym sa­mym do zro­zu­mie­nia, że co jak co, ale do za­wo­du są przy­go­to­wa­ne pod ka­żdym względem i nikt nie za­rzu­ci im bra­ku kom­pe­ten­cji.

Kie­dy było już po wszyst­kim, Mar­ta wy­ko­rzy­sta­ła mat­czy­ne wy­pró­żnie­nie jako pre­tekst do opusz­cze­nia szpi­ta­la. Prze­ko­na­ła swo­je wy­rzu­ty su­mie­nia, że w za­sa­dzie nic tu po niej. Mat­ka ma czy­ste­go pam­per­sa, jeść i tak nie będzie, a do roz­mo­wy też się nie gar­nie, bo woli swój że­brzący o śmie­rć mo­no­log.

- Mamo - prze­mó­wi­ła, ści­sza­jąc głos. - Chęt­nie bym tu jesz­cze po­by­ła z tobą, ale mu­szę wra­cać do domu. Kach­na za­czy­na nie­ba­wem stu­dia w An­glii i po­win­nam przy­go­to­wać ją do wy­jaz­du. Tyle rze­czy jest jesz­cze do zro­bie­nia.

Mat­ka zła­pa­ła ją kur­czo­wo za rękę.

- Idź cór­ko, idź, zaj­mij się tą dzie­ci­ną. Ona cie­bie te­raz bar­dzo po­trze­bu­je. Je­dzie tak da­le­ko. Masz ją jed­ną. Idź, Mar­tu­siu. Idź - po­wie­dzia­ła z prze­jęciem.

Jak­by chcia­ła zmu­sić ją do do­ko­na­nia wy­bo­ru. Uwol­nić jej ra­mio­na od sie­bie i pchnąć w kie­run­ku cór­ki. Mar­ta nie mo­gła wy­bie­rać mi­ędzy wła­sną mat­ką a dziec­kiem. Nie umia­ła i nie chcia­ła. Mu­sia­ła po­go­dzić te dwie mi­ło­ści. Po­ca­ło­wa­ła mat­kę w czo­ło i nie od­ry­wa­jąc ust od jej su­chej, cie­płej skó­ry, szep­nęła:

- Nie­ba­wem wró­cę.

Gdy tyl­ko we­szła do domu, Ka­sia rzu­ci­ła się na nią z py­ta­nia­mi o bab­cię. Mar­ta zło­ży­ła wy­czer­pu­jącą re­la­cję. Sta­ra­ła się jed­nak przy­brać ton, w któ­rym nie było ani dra­ma­tu, ani bez­na­dziei. Chcia­ła oszczędzić cór­ce do­dat­ko­we­go stre­su. Uzna­ła, że per­spek­ty­wa ry­chłe­go wy­jaz­du i kon­fron­ta­cji z no­wym śro­do­wi­skiem, no­wym języ­kiem, za­gu­bie­niem i sa­mot­no­ścią była wy­star­cza­jącym ob­ci­ąże­niem dla kru­chej psy­chi­ki cór­ki. Roz­to­czy­ła więc przed nią hi­sto­rię cho­ro­by, któ­ra je­śli na­wet nie sko­ńczy się hap­py en­dem, to na pew­no nie będzie zbyt uci­ążli­wa dla oto­cze­nia. Z wszyst­kim prze­cież mo­żna so­bie po­ra­dzić, po­trzeb­na jest je­dy­nie do­bra or­ga­ni­za­cja.

- A jak wiesz, je­stem do­bra w te kloc­ki.

- No tak - przy­zna­ła Ka­sia, ale zbyt do­brze zna­ła mat­kę, żeby uwie­rzyć w jej opty­mizm. Szyb­ko zwie­trzy­ła w po­dej­rza­nej lek­ko­ści słów Mar­ty, że pró­bu­je ją uspo­ko­ić i od­su­nąć od trosk, bo za­pew­ne uzna­ła, że prze­ra­sta­ją jej nie­do­świad­czo­ną, a za­tem nie­od­por­ną na nie­spo­dzian­ki losu oso­bę. Zro­zu­mia­ła, że je­że­li mat­ka od­gry­wa przed nią ten te­atr, to zna­czy, że jest go­rzej, niż my­śla­ła, ale po­sta­no­wi­ła nie zdra­dzać się ze swo­imi po­dej­rze­nia­mi, żeby nie da­wać jej na­stęp­ne­go po­wo­du do zmar­twie­nia.

- Kie­dy po­je­dzie­my po za­ku­py? - chwy­ci­ła się te­ma­tu, któ­ry po­zwo­lił skryć się przed wzro­kiem i in­tu­icją mat­ki.

- Kie­dy tyl­ko ze­chcesz, Kach­na - prze­sa­dzi­ła z oży­wie­niem, za­do­wo­lo­na z bez­pie­cze­ństwa po­ga­du­szek o skle­pach i ciu­chach.

- W nie­dzie­lę?

- W nie­dzie­lę.

Ka­sia przy­sia­dła na ko­la­nach mat­ki i ob­jęła ją ra­mio­na­mi. Gnio­tąc jej uda jędr­ny­mi po­ślad­ka­mi dzie­wi­ęt­na­sto­lat­ki, ko­ły­sa­ła ją i tu­li­ła do pier­si.

- Mój ma­mi­nek - po­wie­dzia­ła piesz­czo­tli­wie.

- Moje, dzie­ci­ątecz­ko naj­uko­cha­ńsze. - Przy­lgnęła do cór­ki.

Po ko­jącej daw­ce czu­ło­ści Mar­ta po­sta­no­wi­ła po­in­for­mo­wać przy­ja­ciół i zna­jo­mych o dra­ma­cie, któ­ry wła­śnie do­tknął jej ro­dzi­nę, i wy­mu­szo­nych tym zda­rze­niem zmia­nach jej pla­nów na naj­bli­ższą przy­szło­ść. Wy­sła­ła kil­ka la­ko­nicz­nych e-ma­ili, ale wy­star­cza­jąco przej­mu­jących, żeby zro­bić wra­że­nie na ad­re­sa­tach. Było w nich o cio­sie spa­da­jącym znie­nac­ka, trau­mie, bez­rad­no­ści, zła­ma­nym ser­cu i nie­pew­no­ści. Prze­pro­si­ła też parę osób za to, że nie będzie w sta­nie wes­przeć in­te­lek­tu­al­nie ich pro­jek­tów. Ob­dzwo­ni­ła wszyst­kich war­tych po­wia­do­mie­nia o jej nie­szczęściu. A kie­dy na­kar­mi­ła się już ich wspó­łczu­ciem i obiet­ni­ca­mi wspar­cia, wy­bra­ła nu­mer sio­stry.

- Cze­ść.

- Cze­ść, wa­śnie mia­łam do cie­bie dzwo­nić, przy­je­żdża­my z Łu­ka­szem po­ju­trze.

- Uhm.

- Wiesz, Łu­ka­szek tak ko­chał bab­cię, nie wy­ba­czy­łby so­bie, gdy­by się z nią nie po­że­gnał.

- Uhm.

- On wró­ci, a ja zo­sta­nę.

- Uhm.

- No to do zo­ba­cze­nia, sio­stru­niu, trzy­maj się, my­śla­mi je­stem z tobą. Pa.

- Pa, pa. Cze­kam w ta­kim ra­zie.

-

Dwa dni ocze­ki­wa­nia na przy­jazd Han­ki mi­nęły jak z bi­cza strze­lił. Rano szpi­tal, po szpi­ta­lu szko­le­nie, po szko­le­niu zno­wu szpi­tal. Wie­czo­rem cór­ka i roz­mo­wa z mężem, któ­ry nie szczędził jej słów wspar­cia, ale też po­cie­chy, że oj­ciec prze­cież też miał wy­lew i męczył się tyl­ko trzy mie­si­ące. Przy­wo­ła­ne przez Mau­ry­ce­go ob­ra­zy cho­ro­by zdąży­ły się już roz­myć. Czas spra­wił, że zwie­trza­ła w nich in­ten­syw­no­ść prze­ży­cia i te­raz za­le­ga­ły w ga­le­rii pa­mi­ęci ni­czym sta­re, wy­bla­kłe akwa­re­le, więc nie mo­gła użyć ich do opi­sa­nia tego, co dzia­ło się obec­nie z mat­ką.

Za­raz po przy­je­ździe Han­ka roz­pa­ko­wa­ła wa­liz­kę, po­wie­si­ła swo­ją czar­ną kre­ację do sza­fy, wy­pi­ła kawę i zgło­si­ła go­to­wo­ść do kon­fron­ta­cji swo­je­go wy­obra­że­nia o mat­ce po­wa­lo­nej nie­mo­cą z fak­ta­mi. Je­dzie­my do szpi­ta­la, ogło­si­ła. Łu­kasz, któ­ry za­szył się w kącie kuch­ni i nie nad­uży­wał słów poza: pro­szę, dzi­ęku­ję, oczy­wi­ście, za­de­kla­ro­wał, że za­wie­zie wszyst­kich swo­im sa­mo­cho­dem. Całą dro­gę wy­pe­łni­ła ner­wo­wa i mia­łka pa­pla­ni­na Han­ki, a im bli­żej szpi­ta­la, tym krót­sze były od­de­chy ci­szy. Mar­ta wie­dzia­ła, co się z nią dzie­je. Bied­na, po­my­śla­ła, wszyst­ko się w niej trzęsie i pró­bu­je sca­lić drżące trze­wia tą swo­ją ga­da­ni­ną. Za­mknęła się do­pie­ro przed drzwia­mi od­dzia­łu neu­ro­lo­gicz­ne­go. Jesz­cze tyl­ko słu­cha­nie od­gło­su wła­snych kro­ków na świe­cącej po­sadz­ce ko­ry­ta­rza, wstrzy­ma­nie od­de­chu i otwar­cie drzwi.

- Dzień do­bry, mamo. - Han­ka na­chy­li­ła się nad we­zgło­wiem.

Mat­ka wy­rwa­na z ja­kie­goś za­my­śle­nia, a może nie­my­śle­nia, spoj­rza­ła na nią. Po chwi­li wpa­try­wa­nia się w twarz cór­ki ści­ągnęła za­pad­ni­ęte usta w płacz­li­wym gry­ma­sie.

- Ha­nu­sia - za­skrze­cza­ła ża­ło­śnie - cór­ko. Je­steś.

- Tak, mamo, je­stem. - Han­ka z tru­dem pa­no­wa­ła nad wzru­sze­niem. - Przy­je­cha­łam, żeby być z tobą.

Mar­ta sta­ła w no­gach łó­żka, żeby nie prze­szka­dzać sio­strze w pierw­szym kon­tak­cie z mat­ką od­mie­nio­ną cho­ro­bą. Łu­kasz sta­nął z boku, ale gdy tyl­ko usły­szał gło­sy i sło­wa po­wi­ta­nia mat­ki z bab­ką, zro­bił gwa­łtow­ny w tył zwrot i szyb­ko opu­ścił salę. Mar­ta wy­szła za nim. Stał opar­ty ple­ca­mi o ścia­nę i za­da­rłszy gło­wę, mru­gał po­wie­ka­mi, usi­łu­jąc we­pchnąć pod nie łzy, któ­re ci­snęły się na ze­wnątrz.

- To tyl­ko tak na po­cząt­ku, czło­wiek szyb­ko się przy­zwy­cza­ja. - Pró­bo­wa­ła po­móc mu oswo­ić się z emo­cja­mi.

- Daj mi chwi­lę - po­pro­sił, za­że­no­wa­ny swo­ją sła­bo­ścią.

Usłu­cha­ła bez sło­wa. Han­ka tkwi­ła nad łó­żkiem w tej sa­mej po­zie. Przy­po­mi­na­ła wy­gi­ętą tro­skli­wie ga­łąź.

- Naj­pierw mu­szą cię pod­ku­ro­wać, a do­pie­ro po­tem będziesz mo­gła iść do domu - tłu­ma­czy­ła cier­pli­wie.

- Ja stąd już nie wyj­dę - za­kwi­li­ła mat­ka.

- Wyj­dziesz, wyj­dziesz, trze­ba tyl­ko cza­su - za­pew­nia­ła Han­ka prze­sad­nie. - Ale żeby po­móc so­bie i le­ka­rzom, zjesz te­raz odro­bin­kę pysz­ne­go ro­so­łu. Mar­tu­sia go­to­wa­ła, samo zdro­wie.

- Trze­ba ją usa­dzić do je­dze­nia - wtrąci­ła się Mar­ta.

Usta­wi­ły się po obu stro­nach łó­żka, chwy­ci­ły mat­kę pod pa­chy i wy­ci­ągnęły z roz­pa­dli­ny ma­te­ra­ca.

- Łu­kasz, pod­nieś ten pod­głó­wek - stęk­nęła Han­ka, pro­stu­jąc się po wy­si­łku.

- A gdzie jest pi­lot - za­py­tał, krążąc wo­kół łó­żka.

- Tu, aż dwa. - Mar­ta za­trze­po­ta­ła dło­ńmi.

- Sy­nek - Han­ka spoj­rza­ła na nie­go z po­li­to­wa­niem - w Pol­sce je­ste­śmy.

- Ma­nu­al - po­ki­wał gło­wą - ale jak się go ob­słu­gu­je?

Mar­ta szarp­nęła me­ta­lo­wą ramę.

- O tak, siłą mi­ęśni. Za­blo­kuj tymi zębat­ka­mi.

Mat­ka usa­do­wio­na w po­zy­cji pó­łsie­dzącej, z gło­wą wci­śni­ętą w po­dusz­kę jak w bia­ły, roz­ło­ży­sty kor­net, w oczach wła­snych có­rek sta­ła się na­gle bo­le­ści­wą ma­tro­ną, któ­ra ma moc za­rządza­nia ich emo­cja­mi. Wpa­try­wa­ły się w nią czuj­nie. Ka­żda...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej