Wszystko posrało się w tym kosmosie. Koniec września, a jak w lipcu - pomyślała Marta i zaciągnęła się papierosem. Ułożyła usta w dzióbek i dmuchnęła cienką smużką dymu w kierunku uchylonego okna. Zza przymkniętych powiek patrzyła na siwy obłoczek, który oddalił się od niej leniwie, po czym zawisł przed szybą i czekał, aż wessie go zalegająca na zewnątrz noc. Zapach papierosa zmieszał się z ciepłym, wilgotnym powietrzem jesieni.
- Oj, doigramy się - mruknęła i spojrzała w wycięty przez rozwarte okno skrawek ciemnego nieba. Doigramy, pokiwała głową, pogodzona z rychłym nadejściem jakiegoś straszliwego kataklizmu. Bo czyż gorący wrzesień nie był kolejną anomalią zwiastującą spełnienie się katastroficznych proroctw, które pielęgnowała w sobie od lat? Świat musi w końcu zapłacić za cały ten gwałt zadawany matce naturze. Spadną na ten barbarzyński padół szalejące huragany i powodzie podobne do biblijnego potopu. Rozkrzyczy się trawiona ogniem ziemia, a potem rozstąpi się i pochłonie wszystkich niegodziwców razem z ich egoizmem i chciwością. Cha, zobaczymy, na co się wam wtedy zdadzą te pałace, jachty, limuzyny, utyskiwała w duchu. I te, kurwa, konta. Wszystko sczeźnie, w pizdu.
Pociągnęła łyk gorącej herbaty i zacisnęła wargi na wilgotnym ustniku. Było jej dobrze. Rozprawiła się właśnie ze złem wiodącym świat ku zagładzie, a do tego mogła sobie zapalić w pokoju. Gdyby było chłodno, jak Bóg przykazał, musiałaby na każdego dymka wychodzić na werandę, a wiadomo, że ciągłe wietrzenie w zimnicę to stukający licznik gazu. Poszłaby z torbami przez rachunki za ogrzewanie. Stałaby więc na tej werandzie w gryzącej zawiesinie dymu i powietrza i przestępując z nogi na nogę, płaciła za nałóg drżeniem skostniałych palców. Pamięć tej niewygody złagodziła wydatnie konwulsje jej ekoświadomości i rozmazała ponure wizje następstw efektu cieplarnianego. Wyłączyła bunt serca i rozumu i oddała się wreszcie zwykłej, przyziemnej przyjemności przebywania tylko we własnym towarzystwie. Była sama. Nikt nie zawracał jej głowy. Kaśka nie snuła się po mieszkaniu i nie zaglądała co chwila do pokoju, żeby zmienić kanał w telewizorze, którego i tak nie oglądała. Matka nie nawoływała z kuchni, by zapytać po raz nie wiadomo który o te same hasła do krzyżówki. Miała już za sobą codzienną, długą i często męczącą telefoniczną rozmowę z Maurycym, którego jako żona wspierała w zmaganiach z losem pracownika najemnego za granicą. Teraz był jej czas. Tylko ona, nie ona jako matka, ona jako córka czy żona, ale ona jako ona sama, a do tego papieros, herbata i ekran laptopa. Stuknęła Enter i zaczęła wędrówkę po portalach informacyjnych.
Od kiedy nastały rządy nowej partii, a mianowany przez nią dyrektor już pierwszego dnia urzędowania zrobił w firmie Marty czystkę, nakazując kadrowej zwolnić wszystkich, którzy oddychali za Gierka, upodobała sobie strony wyspecjalizowane w zohydzaniu prominentnych polityków nowej władzy. Cieszyło ją każde paskudne zdjęcie z ich wizerunkami, a im paskudniejsze, tym milsze sercu. Ich niedostatkami i ułomnościami osładzała sobie swoje bezrobocie. Wszystko, zarówno żabi uśmiech, jak i zbyt krótkie rączki czy rozrośnięta ponad miarę głowa, dostarczało jej występnej satysfakcji. Ja pracę znajdę, ale wy piękniejsi nie będziecie, rechotała w duchu.
Nooo, nie! - Kliknęła w zdjęcie polityka na ławce. Oczom nie wierzę, jak można chodzić w tak zasyfiałych butach?
Przyjrzała się zbliżeniu brudnych cholewek i wystrzępionych sznurowadeł, po czym zniesmaczona opuściła stronę. Na kolejnej aż roiło się od prześmiewczych memów. Jakie jest najbrzydsze państwo świata? - przeczytała i ryknęła śmiechem na widok wykadrowanego złośliwie portretu. Skąd się w ludziach bierze taka umiejętność tworzenia dowcipów? Jej, mimo wysiłków, wychodziły jedynie zgryźliwe albo ironiczne przytyki. Zadowolona z tego, że inwencja prześmiewców obecnej władzy nie słabnie, a wręcz przeciwnie, rozwija się, doskonali i sublimuje, zaczęła szukać bardziej merytorycznych argumentów, które pozwoliłyby podsycać zalegającą w niej niechęć i pretensję. Przeszukała co ważniejsze komentarze i analizy polityczne. Zatrzymała się na chwilę przy reformie sądownictwa.
No tak, no tak - kiwała głową do monitora, jak do zaufanego powiernika - żądny władzy goguś, mało mu ministra sprawiedliwości, a już wyciąga łapę po prokuratora generalnego. I te jego usteczka...Jak można mieć takie usteczka? Bardziej by się nadały na poduszeczki do wbijania szpilek niż do mówienia. Takie niby słodziusie, a pełne zjadliwej mocy. "Już nikt nigdy przez tego pana pozbawiony życia nie będzie". Dmuchnęła dymem na zdjęcie wstrętnego jej osobnika, biorąc odwet za wszystkie nieprzeszczepione nerki, wątroby i serca. No proszę, uśmiechnęła się na widok wytłuszczonego nagłówka na stronie TVP. - Redaktorek z publicznej krytykuje partię - parsknęła - znaczy, że koniec jej bliski. I wszystkich jej popleczników, dupowłazów i gliździorów.
Uczciła swoje proroctwo łykiem herbaty i mocnym pociągnięciem papierosa. Poczuła się jak miech zasysający dym po to, by zamienić go w sprawczy podmuch, który zmiata całe to towarzystwo, wyrywa z zawłaszczonych stołków i wywiewa do skansenu bezwoli i zapomnienia. Rozanieliła się na chwilę wizją odwetu i uczepiona jej blednących konturów posurfowała ku stronom z pracą. Zalogowała się na portalu, który wymagał rejestracji, co miało ponoć zwiększać ochronę danych osobowych. Ilekroć zatwierdzała wejście na swoje konto, przymykała na sekundę powieki, chcąc choć na moment przedłużyć złudzenie, że może tym razem zobaczy jakąś ofertę zawieszoną przy swoim nazwisku. I znowu nic. Nadzieja nadmuchana obietnicami, że internet to ach i och, i tyle możliwości i propozycji tysiące, po raz kolejny boleśnie zwiotczała. Nikt w internecie jej nie chciał, choć proponowała swoje wysokie kompetencje, doświadczenie i talent, wszędzie gdzie się tylko dało. Rozesłała CV w ilościach hurtowych do serwisów i agencji zatrudnienia. List motywacyjny opracowała z taką finezją i znawstwem, że gdyby były konkursy poświęcone tej formie autopromocji, zakasowałaby całą konkurencję, a mimo to na nią internet był niewrażliwy. Jakby cała infostrada postanowiła ją ominąć, dla niej pozostawiwszy jedynie obłok infosmogu jak zwietrzałą obietnicę. Wchodziła na kolejne strony z coraz to większą desperacją, a każde znowu nic było jak poniżający policzek, jak obelga. Upokorzenie rozlewało się w niej i wypełniało goryczą. Zebrało się jej na płacz. Chętnie załkałaby na głos. Może usłyszałby ją ktoś tam na górze, na przykład ojciec. Tak bardzo ją kochał, więc mógłby jej pomóc, jako ciało astralne mógłby przeniknąć w umysł jakiegoś headhuntera albo haera i nakierować jego wzrok na jej CV i rozpalić w nim zainteresowanie jej kwalifikacjami, a potem naprowadzić jego dłoń na telefon i sprawić, by zadzwonił: - Halo, czy mam przyjemność z panią Martą? Miło mi, jestem pod wrażeniem, jest pani najzajebistsza na całym świecie, biorę panią, etat, kasa, i nim ruszyła za swoimi rojeniami, które rozrosły się o służbową komórkę, laptop i samochód, zatrzymała się nagle. Nie, na ojca nie ma co liczyć, uzmysłowiła sobie, nigdy nie miał siły przebicia. - Beznadzieja - usłyszała samą siebie, ale znowu zaczęła się gramolić z dołu do góry, uczepiona nadziei, że udział w szkoleniu zorganizowanym przez Zachodniopomorską Izbę Gospodarczą otworzy przed nią drzwi do przyszłości. Nowi ludzie, nowe kontakty, nauczy się pisać wnioski o fundusze unijne i założy firmę. Piar, kampanie medialne, a może i wyborcze, najchętniej dla lewicy, żeby wyeliminować prawicę. Zacisnęła mimowolnie pięści, gotowa do walki. Przypływ energii i pełny pęcherz uniosły ją znad stołu. Poszła do łazienki. Grzejąc pośladkami zimną deskę klozetową, sortowała znajomych na bardziej i mniej przydatnych w uruchomieniu jej przyszłej kariery. Ela?, Ela tak, ma umocowania w samorządach, Darek obraca się wśród polityków, Krzysiek ma wejścia wszędzie, Mirek - nie wiadomo, ale fajny chłop. Wszyscy, podobnie jak ona, zostali rozdeptani przez nadejście IV Rzeczypospolitej, więc wierzyła, że uwrażliwieni tym samym doświadczeniem wesprą ją i pomogą. Całą resztę dalszych i bliższych znajomych, razem z ich zadowoleniem z posiadania pracy i tym udawanym współczuciem dla wyrzuconych, spuściła z wodą w toalecie. Wróciła do pokoju i znowu wsadziła głowę w ekran laptopa. Otworzyła pasjansa i zaczęła grać. W oddali telewizor szeptał ustami Justyny Pochanke te same od wielu godzin wiadomości. Zerknęła na monitor, znowu grupka kroczących korytarzem sejmowym polityków. Bluznęła na ich widok, ale nie przełączyła kanału. Wolała ich mieć na podorędziu, jak odgromnik, który przechwytuje wybuchy buntu i złości. Po chwili zostawiła ich w tle i skupiła się na przekładaniu kart. Damy na króle, dziesiątki na walety, asy na dwójki. Wypatrywała właściwych kombinacji, wodziła oczami za kursorem, aż jej myśli stały się cichsze od pracy procesora. Nagle zza szumu wiatraczka w laptopie doszły ją jakieś dziwne odgłosy. Wyprostowała się i nastawiła uszu. Czyżby to Kaśka, przemknęło jej przez myśl, postanowiła odgruzować swój pokój? Ale dlaczego miałaby wybrać akurat noc na swoje pierwsze sprzątanie w życiu? Przypuszczenie uznała za absurdalne. Pozostała zatem matka. Na pewno ona. W przeciwieństwie do wszystkich starych ludzi na świecie, którzy wstają o świcie i idą spać z kurami, przynajmniej tak twierdzą znawcy tematu, jej matka robiła wszystko na odwrót. Pewnie poszła na werandę ćmić te swoje papierochy, pomyślała i wróciła do układania pasjansa. Przez chwilę przesuwała karty z miejsca na miejsce, jednak nie mogła skupić się na grze, bo dziwne odgłosy nie ustawały. Co ona tam wyrabia? Wstała od stołu zła, że nie ma dla siebie chwili spokoju. Przemierzając przedpokój, zdążyła rozżalić się nad swoją wybrakowaną karmą, która skazała ją na mieszkanie pod jednym dachem ze starą, upierdliwą, despotyczną sklerotyczką. Kiedy znalazła się w kuchni, potwierdziły się jej przypuszczenia. Dziwne odgłosy dochodziły z werandy. Gotowa na krótką i dosadną reprymendę o prawie mieszkańców tego domu do świętego spokoju, chwyciła klamkę i prześliznęła się przez uchylone drzwi. Zdrętwiała. Jej matka prężyła się nienaturalnie, ni to siedząc, ni to leżąc na wiklinowym fotelu wciśniętym w kąt między stołem i ścianą. Papieros dopalał się na kafelku podłogi, obok połyskiwała w nikłym świetle mała kałuża moczu. Rozrzucone, skręcone do środka stopy zdawały się szukać oparcia. Jedna ręka ściskała kurczowo fotel, druga łapała coś konwulsyjnie w powietrzu. Twarz sina i ściągnięta patrzyła gdzieś niewidzącym wzrokiem. O Jezu! Martę zalała zimna fala przerażenia. Kurwa, kurwa, kurwa, bezradność zadudniła w jej głowie jak metalowe kule zamknięte w blaszanym pudle.
- Kaśka! - wrzasnęła i dopadła matki, próbując coś zrobić z jej ciałem. Złapała ją wpół i pociągnęła do siebie, chcąc osadzić bezpiecznie w fotelu.
- Kaśka! - powtórzyła bliska histerii. Sztywne jak manekin ciało matki nie słuchało ani samego siebie, ani jej i zamiast przesunąć się w górę, zsunęło się w dół i zawisło nad podłogą.
- Co się dzieje, dlaczego krzyczysz? - usłyszała zalęknione pytanie córki.
- Dzwoń na pogotowie, babcia ma wylew!
Marta tkwiła obok matki i próbowała opanować panikę. Wiklinowy fotel trzeszczał pod ciężarem drgającego od porażenia ciała. Przed jej oczami przesunęły się wszystkie zapamiętane z filmów sceny elektrowstrząsów. Tylko że tamte kończyły się po paru sekundach i nagły stupor przechodził w zwiotczenie, a tu trwał i trwał, trudną do wytrzymania wieczność.
- Już jadą. - Kasia wpadła na werandę z resztkami snu na twarzy i strachem w oczach.
Na widok spętanej paraliżem i machającej niezbornie ręką babki zgięła się wpół jak od ciosu w żołądek.
- Pomóż mi - powiedziała Marta. - Patrz, jaka powyginana, zaraz spadnie.
Kasia oszołomiona przerażeniem zakręciła się wokół własnej osi, jakby szukała samej siebie, po czym rzuciła się do przodu, żeby pomóc matce. Obydwie próbowały wcisnąć się w kąt między ścianą i stołem.
- Nie da rady, nie zmieścimy się - stwierdziła Marta - tu trzeba chłopa, silnego.
- Co to? - Kasia stała gołą stopą w kałuży.
- Siki.
- A skąd tu siki?
Odpowiedziało jej pełne politowania spojrzenie Marty.
- O, fuck - szepnęła i podniosła powoli nogę. Strzepnęła wiszące u podeszwy krople i podpierając się piętą, pokuśtykała do łazienki.
- Idę po szmatę - rzuciła przez ramię.
Pogotowie przyjechało po paru minutach. Dwaj paramedycy, w strojach budzących respekt i z minami, które mówiły: "nie przeszkadzać, wszystko wiemy", wmaszerowali do mieszkania.
- Proszę, proszę, tędy, tędy. - Marta miotała się po kuchni i usuwała taborety, żeby oczyścić im przejście na werandę.
Szli powoli, jak dwuosobowe komando. Ich kombinezony szeleściły solidnością, wielkie torby wydymały się cennym ładunkiem.
- Kiedy to się zaczęło? - zapytał jeden z nich rzeczowo.
- Przed chwilą.
- Co znaczy przed chwilą? - dopytał z przekąsem i minąwszy ją, wszedł za towarzyszem do małego, ciemnego pomieszczenia z pacjentką zniewoloną przez jej własny mózg.
- To znaczy - zaczęła tłumaczyć się jak wywołana do tablicy uczennica - paręnaście minut przed waszym przybyciem. Jak tylko usłyszałam, że coś się tutaj dzieje, od razu przyszłam, no i zobaczyłam. Chciałam ją jakoś lepiej ułożyć - usprawiedliwiała niewygodną pozycję matki, choć zajęci procedurą ratunkową mężczyźni wcale jej nie słuchali - ale nie dałam rady. Nic wcześniej tego nie zapowiadało, była zupełnie normalna, rozwiązywała krzyżówkę, grała na komputerze w madżonga - paplała nerwowo i zbyt głośno. Stała samotnie w kuchni i opowiadała o nadzwyczajnej żywotności matki, braku jakichkolwiek zmian demencyjnych w jej postrzeganiu świata, co w tym wieku jest niespotykane, o godnym pozazdroszczenia stanie zdrowia, no, przecież wszyscy mówili, że to solidny przedwojenny materiał, była taka zdrowa, najzdrowsza ze wszystkich, robiła zakupy, gotowała, paliła, można się było z nią napić i w ogóle... konie kraść.
- Dowód, proszę - przerwał jej paramedyk, który wyłonił się nagle z werandy.
- Dowód? Ach tak, dowód. - Marta rzuciła się do szuflady z rachunkami i dokumentami matki. Zaczęła gorączkowo grzebać w papierach. - Nie ma dowodu! Kaśka! Gdzie jest dowód? - posłała histeryczne pytanie w głąb mieszkania.
- Jest w portfelu babci. - Kasia wyłoniła się z przedpokoju, dopinając dżinsy.
Zdjęła z klamki wysłużoną brązową torebkę i wyjęła z niej dokument. Paramedyk umieścił go w plastikowej koszulce, po czym dołączył do kolegi, a po chwili razem z nim wytaszczył z werandy pacjentkę przypiętą pasami do krzesła transportowego.
- Gdzie panowie wieziecie mamę? - zapytała spokojnie, wrzeszcząc w duchu: Wiem, że jest noc, że jesteście zmęczeni, ale mam to w dupie i oczekuję trochę szacunku i współczucia w chwili tragedii.
- Na oddział ratunkowy - tym razem odpowiedział ten drugi, ale równie beznamiętnie jak ten pierwszy. - Jedzie pani z nami?
- Pojadę za wami, swoim samochodem.
Długo krążyła po terenie szpitala, nim trafiła przed drzwi oddziału ratunkowego. Szklane tafle rozsunęły się bezszelestnie. W pustym korytarzu pachniało środkami dezynfekcyjnymi i nieszczęściem. Razem z Kasią ruszyły wzdłuż ściany z rzędem ponumerowanych drzwi. Pod szóstką mieścił się pokój pielęgniarek. Zapukała cicho i nie czekając na odzew, weszła do środka. W pomieszczeniu były dwie kobiety, jedna młodsza, druga starsza, ale obydwie obróciły głowy w jej stronę z taką samą flegmą, a w ich spojrzeniu wyczytała to samo: czego znowu? tu się pracuje. Ich chłód i poczucie ważności płynące z pełnionej funkcji osadziły ją w miejscu. Unieruchomiona pod ścianą, niczym intruz, który powinien czuć się winny, że przeszkadza ludziom w ich nadzwyczaj ważnej pracy, zapytała ugrzecznionym tonem:
- Przepraszam bardzo, przed chwilą przywieziono na oddział moją mamę, chciałam zasięgnąć informacji na temat stanu jej zdrowia.
- Lekarz pod jedenastką - powiedziała młodsza z pielęgniarek, po czym obydwie tak samo powoli odwróciły wzrok, wymazując jej obecność.
- Pokój jedenaście - rzuciła do Kasi i pociągnęła ją za sobą, wyobrażając sobie jednocześnie, jak wraca tam, skąd przed sekundą wyszła, i głośno, tonem niecierpiącym sprzeciwu wali prosto w oczy tym dwóm nadętym krowom: Szanowne panie, jeśli nie podoba się wam ta praca, jest wiele innych zawodów na "p": pomywaczka na ten przykład, praczka, prasowaczka, pomoc kuchenna. Jeśli więc jeszcze raz potraktujecie mnie jak powietrze, załatwię wam spotkanie na dywaniku u ordynatora. Zrozumiano?! Rażone mocą jej autorytetu jaśnie pani Nadętość i jaśnie pani Wyniosłość pokornieją na jej oczach i najpierw proszą o wybaczenie, a potem obiecują poprawę, szczerząc się przy tym przymilnie. No, perswadowała sobie w myślach, i tak właśnie powinno się za każdym razem postępować z prostaczą chamówą, szybko by się wtedy nauczyła, że nie nos dla tabakiery, tylko tabakiera dla nosa.
- Proszę - usłyszała zza drzwi z numerem jedenaście.
Lekarka była uprzejma, swój dojrzały wiek i kompetencje dopełniała taktownie lekką dozą empatii.
- Pani jest córką pacjentki?
- Tak - zapewniła Marta.
Potem padły pytania o wiek chorej, stan zdrowia, historię dolegliwości, okoliczności i czas zdarzenia. Kiedy odpowiedzi zostały wysłuchane i po zapisaniu stały się częścią dokumentacji medycznej, pani doktor spojrzała Marcie w oczy i ubrana w powagę powiedziała:
- No cóż, stan jest ciężki. Tomograf pokazał, że pani mama miała rozległy wylew prawostronny. Zważywszy na wiek pacjentki, występuje duże zagrożenie życia. Obecnie nie jesteśmy w stanie powiedzieć nic więcej.
Marta podziękowała lekarce nikłym uśmiechem.
- Czy mogę z córką zobaczyć mamę?
- Tak, oczywiście, jest na dwójce.
Dwójka była obszerna, prawie pusta i ciemna. Matka leżała blisko drzwi, ledwo widoczna, w nikłym świetle małej, podłużnej jarzeniówki. Zbliżyły się powoli i stanęły po obu stronach łóżka. Nachyliły się nad nią w nadziei, że poczuje ich obecność. Sina poświata lampki wycięła z mroku ich sylwetki jak na barokowym obrazie. Marta patrzyła na matkę ze współczuciem i strachem. Oczy miała ciągle otwarte, usta bez protezy zapadły się jej do środka, a twarz zmalała do rozmiaru zaciśniętej piąstki. Ręce oplecione w nadgarstkach bandażami przywiązano do bocznych barierek. A jak ją coś zaswędzi, to jak się podrapie? pomyślała Marta i poczuła łzę na policzku.
- Mamo - szepnęła - jesteśmy tu.
Złapała ją delikatnie za rękę. Poczuła drżenie. Jezu Chryste, dlaczego?
- Ty, mama - powiedziała Kasia z przejęciem. - Babcia bez tej protezy wygląda jak miks ET i Yody.
Marta nie pamiętała już dokładnie, jak wyglądali ET i Yoda, ale jawili się jej jako coś małego i pomarszczonego, więc kiedy spojrzała na biedne, umęczone ciało matki, nagle dostrzegła to samo, co córka. Niespodziewane wtargnięcie bzdurnej hollywoodzkiej fikcji w szpitalną, bezwzględną konkretność sprawiło, że wybuchnęła tłumionym śmiechem. Kasia poszła jej śladem. Patrzyły to na siebie, to na łóżko i trzęsły się w napadach histerycznego paroksyzmu. - Yoda - piszczały - ET - i zanosiły się śmiechem.
Starały się opanować, ale krótkie chwile wyciszenia przechodziły ponownie w obmywany łzami chichot.
- Proszę o ciszę - usłyszały nagle surowe napomnienie.
W drzwiach stała pielęgniarka, ta starsza, i krzyczała szeptem:
- To jest sala chorych, tu są pacjenci.
Marta rozejrzała się po pomieszczeniu, żeby dać odpór wrednemu babsku, ale przy dokładniejszym oglądzie dostrzegła jeszcze jednego chorego. Leżał na łóżku pod oknem. Gdyby nie połyskująca na tle okna kroplówka, byłby całkiem niewidoczny.
- Jest noc, skończyła się pora odwiedzin, proszę opuścić salę - ciskała ciche gromy pielęgniarka.
Marta z resztkami spazmów na przeponie pożegnała się czule z matką, pogłaskała ją, poklepała i obiecała szybki powrót. Dała Kasi znak do wyjścia i ruszyła ku drzwiom. Pielęgniarka stała przy nich jak więzienny klawisz. Brakowało jej tylko pałki i paralizatora u boku. Marta zbliżyła się do niej i wlepiwszy w nią wzrok, powiedziała cicho i stanowczo:
- Pokrzykiwać to może pani na męża. Ja nie życzę sobie takiego tonu.
A w myśli dodała: bo cię załatwię, szantrapo, po czym wyminęła ją i przemaszerowała obok, mową ciała dając do zrozumienia, gdzie ma takie jak ona.
- Ale zaorałaś tego babona - usłyszała zadowolony szept Kasi.
- Myślałam, że mi ulży, ale nie ulżyło - westchnęła Marta.
Noc była ciągle jeszcze w pełnym rozkwicie. Po powrocie do domu musiała uspokoić rozdygotaną niespodziewanym nieszczęściem córkę. Utuliła ją i ze słowami pociechy wysłała do łóżka. Gdy tylko została sama, zaczęły ją dopadać powracające raz za razem ataki paniki. Zalewały ją jak strumienie zimnej wody, która zapiera dech i wprawia ciało w drżenie. W jej głowie rozkrzyczał się festiwal lęków: Boże, zagrożenie życia! Chryste! Kachna zaczyna lada dzień rok akademicki w Anglii, Matko święta! mam przecież szkolenie, Jezusie! muszę się jakoś zorganizować, muszę zawiadomić Hankę. Kurwa, za co mnie to wszystko spotyka?
Może powinna zapłakać? Łzy mają ponoć oczyszczającą moc, są jak skraplające się opary nieszczęścia, ale przecież ludzie płaczą też z radości i ze śmiechu, polemizowała w duchu ze starymi komunałami, którymi karmi się ludzi od dziecięctwa, ale jak przychodzi co do czego, nie sprawdzają się w praktyce.
Włączyła telewizor w nadziei, że na jakimś kanale informacyjnym znajdzie poruszające sceny tragedii ludzkich zdolnych rozmiarami katastrofy i siłą przekazu przytłumić nieco jej dramat. O! Wybuch trzech bomb w Indiach. Trzydzieści jeden osób zabitych i sto dwadzieścia pięć rannych! Taki horror, a tu zamiast materiału z obrazami porozrzucanych martwych ciał i wdów miotających się w rozpaczy, rwących włosy z głowy dają zbliżenie na zakurzony sandał walający się na miejscu eksplozji. Sandał. I tylko tyle! Dalsza wycieczka po TVP Infach, Polsat News-ach, TVN-ach24, BBC, RT i Al Jazeerach przyniosła jedynie gęby polityków, cyfry wzrostu albo spadku akcji jakichś tam spółek, którym i tak życzyła jak najgorzej, gdyż były częścią globalnego kapitalistycznego potwora. O czytaniu nie było mowy, więc uchwyciła się nadziei, że sen stanie się szansą na przetrwanie tej nocy. Pościeliła łóżko, wsunęła się pod kołdrę i czekała. Zamiast snu zaczął się seans niechcianych obrazów. Bez względu na to, czy oczy miała zamknięte, czy otwarte, wyświetlały się jej w ciemności kadry z matką wstrząsaną konwulsjami: lśniąca na podłodze kałuża, ręka, która sięga po coś, czego nie ma, szpitalne łóżko, zapadnięte usta, skrępowane bandażem ręce przywiązane do metalowych barierek. Rzucała się z boku na bok, próbowała uciec myślami w inne rejony, ale ujęcia utrwalone przez mózg znowu robiły play i odtwarzały się samoczynnie jak zapętlony ciąg clipów bez szansy na napisy końcowe. W tej udręce dotrwała do rana. Kiedy tylko pierwsze smużki dnia przecisnęły się przez lamelki żaluzji, zwlekła się z łóżka i przy herbacie, z papierosem wyczekała godziny odpowiedniej na przekazywanie złych wieści. Naliczyła dziesięć sygnałów, nim usłyszała rozespany głos siostry:
- Halo.
- Tu Marta, cześć.
- O, cześć siostra, miło cię słyszeć - stęknięcie.
- Cześć, dzwonię, żeby ci powiedzieć, że mama miała wylew.
Cisza.
- Minionej nocy, jest w szpitalu.
Ciche chrząknięcie.
- Rozległy wylew, prawostronny.
- Jak się czuje?
- Nie wiem. Jak się może czuć człowiek po wylewie? Nie wiem, chyba kiepsko.
- A co mówią lekarze?
- Że stan ciężki. Zagrożenie życia istnieje.
- To znaczy, że może umrzeć?
- Zagrożenie życia, znaczy możliwość śmierci. No nie?
- To powinnam przyjechać?
- Dzwonię, bo uważam, że powinnaś wiedzieć. A czy przyjedziesz, czy nie, to już twoja decyzja.
- Muszę zawiadomić Łukasza, on tak kochał babcię. Na pewno chciałby się z nią pożegnać.
- No dobra, jak coś ustalicie, oddzwoń. Idę do szpitala.
- Mam zabrać z sobą czarne rzeczy?
- Hanka, na litość boską, nie wiem.
- To zabiorę.
-
Czy jest na świecie człowiek, który lubi szpitale?, pytała samą siebie, wchodząc na oddział neurologii, gdzie, jak jej powiedziano, przeniesiono matkę. Ten zapach. W każdym szpitalu śmierdzi tak samo. Czy to w starym, czy w nowoczesnym, niezależnie od rodzaju specjalizacji i poziomu traumy jego pacjentów, w każdym jest ten sam zaduch. Słodki odór chorych ciał, wydzielin i płynów ustrojowych pomieszany ze smrodem jedzenia, przywożonego trzy razy dziennie w kanach i termosach. W przegrzanych i rzadko wietrzonych pomieszczeniach stoi ciągle ta sama zawiesina medykamentów, moczu i ziemniaków purée.
Matkę znalazła w małej, trzyosobowej sali. Leżała pod ścianą, tuż przy wejściu. Podeszła do jej wezgłowia.
- Cześć, mama - szepnęła czule.
Matka oderwała wzrok od sufitu i spojrzała na nią zza zasłony cierpienia.
- Jesteś, córuś - zaskrzeczała cicho. - Ratuj mnie, zabierz mnie stąd! - Jej twarz odzyskała dawną wyrazistość, mimo braku zębów i ściągniętych udręką brwi. - Ty wiesz, co oni mi zrobili? Ręce przywiązali mi do łóżka. A mnie zebrało się na torsje - zakwiliła. - I nie mogłam nawet wytrzeć tych wymiocin. Wszędzie je miałam, w uszach, we włosach i leżałam tak zarzygana jak jakiś zwierz, bez pomocy. Wołałam, ale nikt nie przyszedł.
Marcie łzy napłynęły do oczu, milczała, wiedziała, że gdyby otworzyła usta zamiast słów wypłynęłoby z nich żałosne zawodzenie. Bezradna wobec własnej słabości ujęła dłoń matki i ścisnęła z dawno nieobecną w niej tkliwością.
- I śniło mi się, że tonę we własnych odchodach. Wszystko dookoła było upaprane kałem, coś okropnego. Coś okropnego - matka żaliła się płaczliwie.
- Teraz już będzie lepiej. - Marta użyła pierwszego frazesu, który przyszedł jej do głowy. - Dostaniesz lekarstwa i będzie lepiej.
Popatrzyła na matkę, którą położono na żelaznym łóżku pamiętającym jeszcze czasy Gomułki. Materac zapadł się w środku na rozciągniętych wieloletnią eksploatacją sprężynach, więc leżała na nim, jakby wpadła w rozpadlinę. Przypominała otoczony zewsząd embrion.
- Pomogę ci, podciągnę trochę do góry. - Postanowiła wydobyć matkę z zagłębienia i ułożyć w pozycji na wpół siedzącej, żeby mogła choć popatrzeć sobie dookoła.
Szarpała się przez chwilę z podparciem pleców. Metalowe prowadnice wymagały krzepy albo czterech rąk. Zaparła się w sobie i dźwignęła ciężką konstrukcję. Łóżko zaskrzypiało, zwolniło opór i pozwoliło podnieść nieco podgłówek, który zablokowała przypominającymi szczerbate szczęki płaskownikami. Ujęła matkę pod pachy i pociągnęła w górę. Poczuła ostre ukłucie w krzyżu. Znieruchomiała, a potem wsłuchana we własny ból, wyprostowała się powoli. Udało się, tym razem jeszcze się udało.
Poprawiła poduszkę i roztrzepała koc w białej, wykrochmalonej powłoce. Rozejrzała się dokoła. Na metalowej szafce u wezgłowia stał duży kubek z gęstą, beżową substancją w środku.
- Co to?
- Śniadanie - usłyszała głos kobiety siedzącej przy pacjentce na łóżku pod oknem.
- Śniadanie? - Marta spojrzała ze zgrozą na maź w kubku. Powąchała ją, zanurzyła w niej czubek palca i posmakowała. - Jezu, smakuje i pachnie tak, jak wygląda.
- Kuchenkowa przyniosła rano i postawiła - wyjaśniła spokojnie kobieta.
Marta stała z kubkiem w ręku i próbowała zrozumieć zasady żywienia na oddziale dla ludzi z niedowładami.
- A jak niby pacjent, który nie może ruszyć ręką, ma to zjeść? Telekinezą czy co? - dodała w duchu.
- Powinni nakarmić - powiedziała kobieta tym samym, wyzbytym z emocji tonem.
Marta obróciła się na pięcie i wyszła z kubkiem na korytarz. Po chwili błądzenia trafiła do pokoju pielęgniarek.
- Przepraszam, chciałam nakarmić tym pacjentkę - wysunęła rękę z papką - ale nie bardzo wiem jak. Potrzebowałabym łyżki jakiejś.
- To do kuchenkowej trzeba - zbyła ją stojąca najbliżej siostra.
- A gdzie znajdę kuchenkową? - dopytała.
- Na końcu korytarza.
- Na którym końcu, lewym czy prawym?
- Prawym.
Ponownie znalazła się na korytarzu. Zaraz, prawym z jej strony czy z mojej? Dylemat rozwiązała kobieta, która człapała wzdłuż ściany korytarza w opadającym na kolana pampersie. Kurczowo uczepiona drewnianej listwy imitującej poręcz walczyła o każdy kolejny krok.
- Przepraszam, gdzie jest kuchnia? - zapytała głośno i wyraźnie, walcząc z pokusą poprawienia zwisającego pampersa.
Kobieta zatrzymała się, zabełkotała, wyrzucając z ust kłębek śliny i machnęła ręką do przodu. O, lewostronny z afazją, jak u ojca, zdiagnozowała ją szybko Marta.
- W tamtym końcu korytarza? - hiperpoprawnie artykułowała słowa.
Kobieta odbełkotała, potakując głową.
- Dziękuję pani uprzejmie.
W czymś, co było namiastką kuchni, a raczej rozdzielnią posiłków dowożonych przez firmy zewnętrzne, znalazła dwie zajęte żywą rozmową i popijaniem kawy panie.
- Przepraszam - przemówiła, licząc w pamięci, ile "przepraszam" zużyła już w ciągu ostatnich paru minut.
Kobiety spojrzały na nią pytająco.
- Chciałam nakarmić pacjentkę tym - zabrakło jej odpowiedniego słowa - i chciałabym poprosić o jakąś łyżeczkę.
- O, łyżeczką to będzie ciężko - stwierdziła jedna z nich, zażywna i chętna do udzielania rad. - Trzeba żanetą.
- Żanetą? - zdziwiła się Marta.
- Dużą strzykawką, dam pani. - Podniosła obszerne pośladki z krzesła i podeszła do szafki, która kryła zapewne wszystkie rzeczy niezbędne w dziale żywienia szpitalnego.
- Prosz - wręczyła Marcie żanetę. - Tu przełoży pani posiłek i powoli wyciśnie do ust. Tylko powoli, żeby się chory nie zadławił, bo jak się chory zadławi, to potem zapalenie płuc, a jak zapalenie płuc, to już dla niego koniec.
- Aha, no tak, a nie szkodzi, że to już zimne?
- Jak zimne, to i lepiej, nie poparzy pani chorego. Ważne, że to bardzo dobry, pełnowartościowy posiłek. Tu jest, proszę pani, zmiksowane całe śniadanie.
Kuchenkowa musiała dostrzec w oczach Marty jakąś wątpliwość, bo dodała gorliwie:
- Sama osobiście miksowałam.
- A co było na śniadanie?
- Chlebek, masełko, biały serek i kawa zbożowa z mlekiem.
- I to wszystko tutaj jest?
- A jakżeby inaczej. Trochę więcej kawki podlałam, żeby było rzadsze.
Marta podziękowała i z bladym uśmiechem wycofała się na korytarz. Po powrocie zastała matkę ponownie wciśniętą w rozpadlinę materaca.
- Oj, zsunęłaś się. - Westchnęła i zabrała się do podciągania jej na nowo. - Poprawimy cię, usadzimy, a potem połkniemy tę papkę, trzeba dostarczyć organizmowi paliwa, żeby miał siłę do walki z chorobą - mówiła, krzątając się wokół łóżka.
Włożyła matce do ust końcówkę strzykawki i z wyrazem obrzydzenia na twarzy zaczęła pchać tłok.
- Pierwszy i ostatni raz karmię cię czymś takim. Obiecuję. Od jutra będę ci przynosić jedzenie z domu. Będziesz jadła jak człowiek. A co byś chciała? - zagadywała ciche chlupotanie w przełyku. - Ugotuję ci rosołek, co? Na śniadanie przyniosę ci bułeczkę z szyneczką i pomidorka. A na kolację będzie budyń z sokiem malinowym. Co ty na to? - Skończyła wtłaczanie papki.
- Nic nie chcę. Chcę umrzeć.
- Teraz skoczę na chwilę do domu. - Udała, że nie słyszy żałosnego jęku. - I przywiozę wszystko, co trzeba. Dobrze?
- Mnie nic nie trzeba. Chcę umrzeć.
Rozgarnęła delikatnie włosy na czole matki, pogłaskała ją po policzku.
- Zostawię cię tu na chwilę. Niebawem wrócę.
Udała się ponownie do pokoju pielęgniarek i jak uprzednio spotkała się z odstręczającym brakiem zainteresowania.
- Przepraszam. - Wśliznęła się z wymuszoną grzecznością w chłodną ciszę. - Chciałabym się dowiedzieć, co powinnam przynieść pacjentce, żeby ułatwić personelowi dbałość o higienę jej ciała?
- To do asystentek trzeba.
- A gdzie znajdę asystentki?
- Dwa pokoje dalej.
- Dwa pokoje dalej. W lewo czy w prawo?
- W lewo.
- Dziękuję. - Wycofała się na korytarz i poszła w przeciwnym kierunku niż poprzednie prawo.
Zapukała do drzwi. Mimo braku odpowiedzi nacisnęła klamkę i weszła do środka. Znowu dwie? I znowu w oczach to samo: czego przeszkadza, tu się rozmawia.
- Przepraszam - powtórzyła po raz kolejny - chciałabym się dowiedzieć, co powinnam przynieść pacjentce, żeby ułatwić paniom pracę?
Kobiety zmieniły swoją niechęć w łaskawe przyzwolenie na zadawanie oczywistych pytań, po czym zbyły ją szybką wyliczanką:
- Mydło, najlepiej w płynie, gąbka ciemna do dołu, gąbka jasna do góry, ręcznik.
- I oczywiście pampersy - przypomniała druga.
- A jak pani chce, żeby pacjentka wyglądała jak człowiek, to piżamy na zmianę, ale tylko góry - uzupełniła z przekąsem pierwsza.
Podziękowała za wyczerpujący instruktaż i ruszyła do wyjścia długim, wyfroterowanym korytarzem. W odgłos jej miarowych kroków wmieszały się klapnięcia wykoślawionej porażeniem stopy kobiety w opadającym pampersie. Jak ja bym te wszystkie nadęte, leniwe, bezduszne krowy kopnęła w dupę, to by chmury obsrały, snuła mściwe fantazje. Była zła na samą siebie za te wszystkie przepraszam i dziękuję, za swoje ugrzecznienie, które zakładała jak stary, wyświechtany kombinezon ochronny, zamiast rzucić śmiałe wyzwanie tym aroganckim babsztylom, poprzebieranym w kitelki i udającym służbę zdrowia. Dzisiaj definitywnie wyzbyła się złudzeń, że cokolwiek zmieniło się na tym oddziale przez ostatnich dziesięć lat. Kiedy przychodziła tu do ojca, złożonego tą samą niemocą, czuła identyczną obojętność personelu w stosunku do chorych i niechęć do ich rodzin. Jednakową umiejętność unikania sal z pacjentami i potrzebę przesiadywania przy kawce i ciasteczku w dyżurkach, pokojach i innych szpitalnych kanciapach. Miały szczęście, że nie usłyszała jeszcze z ich ust o pensjach, których mizeria była ponoć główną przyczyną braku zaangażowania w opiekę nad chorymi. Noo, obiecała sobie solennie, jeśli któraś walnie takim tekstem, to przejadę się po niej jak walec. I z tym postanowieniem wsiadła do samochodu.
Po dwóch godzinach była już z powrotem. W sali zrobiło się ludniej, oprócz kobiety tkwiącej przy chorej pod oknem pojawiła się druga, przy chorej pod ścianą. Obie, o czym świadczyły ciche rozmowy, były córkami pacjentek. Marta zapakowała szafkę pampersami, piżamami, ręcznikami i ściereczkami. Przetarła blat i ustawiła na nim wodę, owoce i termos z zupą. Podciągnęła matkę do góry i usiadła obok łóżka na poplamionym taborecie.
- Jak się czujesz, mamo?
- Głowa mnie boli, okropnie, chcę umrzeć. Boże! - Matka zaszklonym wzrokiem spojrzała w sufit. - Przecież już się nażyłam, zabierz mnie do siebie!
Marta ujęła jej dłoń. Głaskała i poklepywała bez słowa.
- No, zjedz, choć odrobinkę - usłyszała ciche błaganie córki pacjentki spod okna. - Patrz, zmiksowałam ci pomidorka. Z twojej działki.
Jak nie chce, to po co zmuszać? Marta zganiła w duchu gorliwą córkę, po czym pochyliła się nad matką i zapytała przymilnie:
- A może byś coś zjadła? Zupkę przyniosłam.
- Nie chcę żadnej zupki, chcę umrzeć.
- Ale jak chcesz umrzeć - zdobyła się na lżejszy ton - to musisz mieć siły, żeby wdrapać się po drabinie Piotrowej. Na głodniaka zasapiesz się i staniesz w pół drogi.
- Chcę umrzeć. - Matka zignorowała niebiańską perspektywę i zakwiliła rozpaczliwie.
Widok starej, nabrzmiałej bólem i zrozpaczonej matki rozdzierał Marcie serce. Swój ból i rozpacz starała się ukryć w uśmiechu i gładkich słowach. Trzymała upstrzoną plamami starości dłoń w swojej i ruszała nią bezwiednie w górę i w dół jak znudzony rutyną rehabilitant. Powoli oswajała się ze szpitalnym brakiem intymności. Przestawała ją krępować obecność innych osób podczas wstydliwych chwil cierpienia i bezradności. Uzmysłowiła sobie, że przecież pacjentki spod okna i spod ściany i towarzyszące im córki są jej teraz bliższe niż ktokolwiek inny.
- O, jak pięknie jesz, brawo, mamuś, brawo - chwaliła ponad miarę swoją matkę córka przy łóżku pod oknem. - No i pomidorek zjedzony. To może trochę ziemniaczków z sosikiem? Tak? - rozpłynęła się w zachwycie. - Proszę cię, kochana.
Jej oczy spotkały się z przelotnym spojrzeniem Marty. Mówiły: dziękuję. Marta odpowiedziała nikłym uśmiechem i wróciła do twarzy swojej matki, która wpatrywała się w sufit i szeptała błagalnie:
- Boże, Boże, Boże...
Ile trzeba czasu, żeby pogodzić się z czymś takim? zastanawiała się Marta, błądząc wzrokiem po sali, żeby uwolnić się choć na chwilę od widoku zapadniętych, żebrzących o śmierć ust. Podczas tych oględzin ścian i sprzętów dotarło nagle do niej, że pacjentka pod oknem leży na całkiem nowym, porządnym łóżku rehabilitacyjnym, a do tego elektrycznym. Pacjentka pod ścianą miała gorsze, nie elektryczne, ale zdecydowanie nowsze niż jej matka. Co to ma być, do cholery? Dlaczego moja matka tkwi na tym starym rzęchu z dziurą pośrodku, kiedy obok inna leży sobie jak królowa? Zagotowało się w niej. Chyba powinna interweniować. Powinna iść do ordynatora i zażądać takiego samego łóżka, jakie ma ta pod oknem, powiedzieć mu, że leżenie na takim łóżku, jakie dano jej matce, uwłacza godności ludzkiej, toż to jakieś przedpotopowe koromysło, zdrowy człowiek rozchorowałby się na czymś takim, a co dopiero chory. Powinna też zapytać, w czym gorsza jest jej matka od tamtej kobiety. Machała ręką matki w górę i w dół i planowała pokazową akcję w obronie jej prawa do godnego chorowania. Wyobraziła sobie, jak czeka przed gabinetem ordynatora, którego drzwi pilnuje cerber w postaci opryskliwej sekretarki. Po jakimś czasie, nie wiadomo jakim, ale na pewno długim, wchodzi do środka i tonem stanowczym, niecierpiącym sprzeciwu wyłuszcza problem. On słucha, kiwa głową, jakby rozumiał, a potem przybiera swój ordynatorski pryncypialny ton i komunikuje: brak innych łóżek na stanie. Zarzuca ją danymi na temat niedofinansowania służby zdrowia i liczby pacjentów przerastającej możliwości kliniki. Sprawi, że poczuję się winna, bo powodowana małostkowością, a co gorsza, prezentuję roszczeniową postawę.
- Olaboga! - Sprowadziło ją z powrotem do łóżka matki donośne zawodzenie pacjentki spod ściany. - Tyle pieniędzy przepadło. Mieszkanie oddała i poszła na służbę do tego biskupa. Taka młoda była, życie zmarnowała. Dla biskupa! - Kobieta zawołała do ściany.
Matka, wyrwana krzykiem z zapatrzenia we własne nieszczęście, szeroko otworzyła oczy.
- Kto tak mordę drze? - zapytała głośno.
- Ciiii - napomniała ją Marta, z trudem tłumiąc śmiech. - Nie mów tak. To pani pod ścianą, biedna, chora, czuje się nieszczęśliwa i uskarża się na swój los - tłumaczyła cierpliwie, słysząc za plecami podobną konfuzję i kategoryczne:
- Ciii, niech mama tak nie krzyczy, z Marysią wszystko w porządku.
- No to czas na zupkę. - Próbowała ściągnąć na siebie uwagę matki, żeby uniknąć jej kolejnego nietaktu, a sobie oszczędzić zażenowania. - Wspaniała jarzynowa, na cielęcince, samo zdrowie, pychota, akurat dla ciebie - otoczyła matkę kokonem paplaniny.
Mieszała łyżką w termosie i cmokała nad podgrzaną zupką dla dzieci, którą kupiła w sklepie ze zdrową żywnością.
- Specjalnie dla ciebie ugotowałam. - Skłamała z premedytacją i zbliżyła łyżkę do ust matki.
- Że chora nie znaczy, że może się wydzierać i ludzi straszyć, też chorych.
- Otwórz buzię. - Marta użyła zdecydowanego tonu, a kiedy matka wykonała polecenie, wlała w jej usta odrobinę zupy. - Trzeba pozwolić ludziom na głośne wyrażenie swojego bólu. Tej pani to pomoże, a tobie nie zaszkodzi - przemówiła, korzystając z chwili, kiedy matka skupiła się na rozpoznawaniu tego, co wpadło jej do ust.
- Co to za obrzydlistwo? - Skrzywiła się wsłuchana w swoje kubki smakowe.
- Żadne obrzydlistwo, tylko przepyszna, pożywna i zdrowa zupka jarzynowa. - Marta obruszyła się przesadnie, obiecując sobie w duchu, że od jutra, jak się tylko zorganizuje, nie będzie żadnych kupnych paskudztw, choćby miały złoty certyfikat jakości, będzie gotowała dla niej w domu.
- To nie ma smaku, w ogóle niesłone, nie chcę tego, chcę umrzeć! - Matka zmarszczyła brwi i odwróciła głowę w bok.
- Mamo, proszę, musisz coś zjeść - prosiła Marta zawieszona nad łóżkiem jak żuraw. - Choć trochę, nooo, popatrz na mnie, parę łyżeczek.
Matka zdawała się nie słyszeć próśb córki, odwróciwszy głowę, wypychała zapadnięte usta, jakby chciała dać do zrozumienia, jak lekce sobie waży jej perswazje.
Kolejne: Proszę cię. Nie, chcę umrzeć. Tylko trochę. Nie, już się nażyłam. Łyżkę za moje zdrowie. Nie, powinnam umrzeć, żeby nie być ci ciężarem, ciągnęły się jeszcze przez godzinę. Pantomima nad łóżkiem, obietnice cudownego ozdrowienia, teatralne obrazy i groźby zaprawione błaganiem dały taki skutek, że matka pozwoliła sobie wcisnąć jeszcze tylko dwie łyżki zupy. I odrobinę wody.
Marta przysiadła na taborecie i wpatrzyła się w worek na mocz zwisający z ramy pod materacem. Czy żółty kolor to dobrze, czy źle? Zastanawiała się przez chwilę, żeby spacyfikować czarne myśli, które napływały falami w każdej chwili bezruchu. Przypomniała sobie o nałogu.
- Idę na papierosa, zaraz wracam. - Poklepała matkę po dłoni i wyszła.
Przed wejściem na oddział stało dwóch pacjentów w piżamach i przestępowało z nogi na nogę w obłoku nerwowo wydychanego dymu.
- Przez cztery lata chodziłem od lekarza do lekarza. - Podsłuchała dyskretnie jednego z nich, o nabrzmiałej twarzy i wygolonej czaszce porysowanej sinymi bliznami. - Dopiero doktor - nie dosłyszała nazwiska - zlecił mi odpowiednie badania, no i rezonans pokazał, że to tasiemiec.
- Patrz pan, robak w mózgu. - Pokiwał z uznaniem jego towarzysz, wysuszony i ziemisty.
- No, też nie mogłem uwierzyć. Przestraszyłem się jak cholera, kiedy mi powiedzieli, że będą operować. Wie pan, jak to jest.
- Oj wiem, oj wiem. Mnie po pierwszej operacji został niedowład lewej ręki. Patrz pan - kątem oka obserwowała, jak demonstruje dłoń, która nie chce słuchać jego woli. - Widzi pan? ani drgnie.
- Szczęście, że lewa, a nie prawa. Mnie, chwała Bogu, nic nie odjęło, a już trzy razy mi łeb kroili. Za każdym razem obiecują, że już jest czysto, wszystkie wągry usunęli, ale nie minie pół roku i znowu okazuje się, że coś przeoczyli. Teraz będzie czwarty raz, jak mnie otworzą.
- Ma pan farta, cztery razy i nic, a ja tylko dwa razy i dwa razy coś mi schrzanili. O, widzi pan? powieka mi jedna się nie podnosi.
- Ważne, żeby tam na dole się podnosiło.
Mężczyźni znaleźli porozumienie w oczyszczającym rechocie.
- Mój guz, panie kochany, w płacie potylicznym, z dala od tych miejsc, co odpowiadają za te sprawy.
Marta słuchała ich rozmowy, współczując im w duchu i podziwiając jednocześnie. Przez sekundę spróbowała wyobrazić sobie siebie w podobnej sytuacji i zobaczyła od razu swój bunt przeciwko Bogu i miotanie się w rozpaczy zakończone samobójstwem. A może do takiego pogodzenia się z chorobą trzeba po prostu czasu, pomyślała. Zgniotła papierosa o krawędź kosza na śmieci i wróciła na oddział.
Matka znowu zsunęła się w rozpadlinę materaca i nieruchomo wpatrywała w sufit. Może się modliła, a może wspominała życie przed chorobą albo myślała o życiu w chorobie, a może po prostu tylko patrzyła.
- Może byś jednak coś zjadła, mamo. - Ujęła jej dłoń.
- Daj mi spokój z tym żarciem. - Matka zniecierpliwiła się na dobre.
- To chociaż napij się czegoś, musisz pić, bo się odwodnisz.
- To się odwodnię - warknęła.
Przeciągającą się ciszę przerwała kobieta, która otworzywszy z impetem drzwi, zawołała od progu:
- Obiadek wieziemy. Pyszny krupniczek.
I nie zwracając uwagi ani na reakcje córek-opiekunek, ani tym bardziej pacjentek, zaczęła ustawiać talerze na szafkach. Marta poznała w niej jedną z kobiet, które zastała w pomieszczeniu kuchennym. Podobnie jak wtedy robiła wrażenie ważnej i nieprzeniknionej. Zaraz po zupie podała drugie danie i wyszła, a po sali rozniósł się zapach odparowanych ziemniaków, kiszonej kapusty i ryby. Marta nie chciała już drażnić matki kolejną wzmianką o jedzeniu, więc śladem córki pacjentki spod okna wyniosła obiad do kuchni.
Czuła się zmęczona tym pobytem w szpitalu. Najchętniej wyszłaby z niego od razu. I tak nie była w stanie nic zrobić. Ślęczenie przy łóżku i trzymanie matki za rękę stawało się nużącym rytuałem, który wypadało odprawiać w imię, no właśnie, myślała, w imię czego? W imię wydumanej poprawności? Każda dobra córka tkwi przecież przy łożu swojej chorej matki. Wszędzie tak jest, i w filmach, i w książkach, i tu w tej sali. Na przykład ta pani od pacjentki spod okna była już przed nią i nic nie wskazuje, żeby miała sobie pójść. Marta, patrząc na nią, czuła się jak wyrodna córka zapatrzona tylko we własną wygodę. Wyrzuty sumienia ustępowały jednak niechęci do szpitala. Nie znosiła szpitalnego zapachu. Śmierdziało jej w nim, nawet jak nie śmierdziało. Co chwila nachodziła ją chęć ucieczki, ale za każdym razem, kiedy miała otworzyć usta z: to ja już pójdę, mamo, ogarniał ją lęk, że nie zadbają o nią, jak potrzeba. Nie dadzą jej pić, nie przełożą na bok, nie podciągną do góry i tak będzie leżała w tym dole, sama, samiusieńka. A jak jej się zachce kupę? To co wtedy? Próba wyobrażenia sobie tego wszystkiego sprawiała jej niemal fizyczny ból.
- Córciu... - matka przywołała Martę, kiwając na nią palcem.
- Słucham?
- Nachyl się.
Marta przyłożyła prawie ucho do jej ust.
- Kupę mi się chce.
- Rób, nie krępuj się. Masz pieluchę.
- Jak to?
Marta poprowadziła jej dłoń pod poszewkę z kocem i naprowadziła na pampersa.
- Czujesz? Nie wstydź się. W tej sali wszystkie panie są w takiej samej sytuacji jak ty. - Śmiało - zachęciła ją porozumiewawczym uśmiechem.
W oczach matki pojawiło się zdziwienie pomieszane z zawstydzeniem, ale zaraz potem jej zapadnięte usta rozciągnął podobny do krzywego uśmiechu grymas, twarz zabarwiła się sinoczerwono, a żyły wydęły na szyi.
- Zrobiłam - szepnęła po chwili, kiedy krew odpłynęła już z jej twarzy.
- Pójdę, poproszę pielęgniarki.
Marta ruszyła po pomoc. Asystentek nie było ani w ich pokoju, ani w pokoju pielęgniarek, ani też w kuchni. Przepadły jak kamień w wodę. W końcu, wiedziona intuicją nałogowca, zajrzała do toalety. Stały przy otwartym oknie i odwrócone plecami do drzwi paliły papierosy.
- Bardzo panie przepraszam - przemówiła uprzejmie. - Pacjentka w sali numer dwanaście wypróżniła się w pampersa i chciałam panie prosić o usunięcie stolca oraz mycie.
- Zaraz - usłyszała w odpowiedzi.
Nie miała już dzisiaj siły użerać się z personelem szpitalnym, więc zrobiła w tył zwrot i wróciła do matki, by zapewnić ją o rychłym przybyciu sił fachowych, które uwolnią ją od pieluchy z krępującą zawartością. Asystentkom najwidoczniej się nie spieszyło, więc Marta zmuszona była przypomnieć im o pacjentce leżącej we własnych odchodach. Tym razem znalazła je w kuchni. Jadły. Na ponowną prośbę odpowiedziały lakonicznie:
- Przyjdziemy, jak zjemy.
Pojawiły się po półgodzinie Przekroczywszy próg, nakazały wszystkim opuścić salę.
- Musimy dbać o godność osobistą pacjentów. - Powołały się na przepisy, dając tym samym do zrozumienia, że co jak co, ale do zawodu są przygotowane pod każdym względem i nikt nie zarzuci im braku kompetencji.
Kiedy było już po wszystkim, Marta wykorzystała matczyne wypróżnienie jako pretekst do opuszczenia szpitala. Przekonała swoje wyrzuty sumienia, że w zasadzie nic tu po niej. Matka ma czystego pampersa, jeść i tak nie będzie, a do rozmowy też się nie garnie, bo woli swój żebrzący o śmierć monolog.
- Mamo - przemówiła, ściszając głos. - Chętnie bym tu jeszcze pobyła z tobą, ale muszę wracać do domu. Kachna zaczyna niebawem studia w Anglii i powinnam przygotować ją do wyjazdu. Tyle rzeczy jest jeszcze do zrobienia.
Matka złapała ją kurczowo za rękę.
- Idź córko, idź, zajmij się tą dzieciną. Ona ciebie teraz bardzo potrzebuje. Jedzie tak daleko. Masz ją jedną. Idź, Martusiu. Idź - powiedziała z przejęciem.
Jakby chciała zmusić ją do dokonania wyboru. Uwolnić jej ramiona od siebie i pchnąć w kierunku córki. Marta nie mogła wybierać między własną matką a dzieckiem. Nie umiała i nie chciała. Musiała pogodzić te dwie miłości. Pocałowała matkę w czoło i nie odrywając ust od jej suchej, ciepłej skóry, szepnęła:
- Niebawem wrócę.
Gdy tylko weszła do domu, Kasia rzuciła się na nią z pytaniami o babcię. Marta złożyła wyczerpującą relację. Starała się jednak przybrać ton, w którym nie było ani dramatu, ani beznadziei. Chciała oszczędzić córce dodatkowego stresu. Uznała, że perspektywa rychłego wyjazdu i konfrontacji z nowym środowiskiem, nowym językiem, zagubieniem i samotnością była wystarczającym obciążeniem dla kruchej psychiki córki. Roztoczyła więc przed nią historię choroby, która jeśli nawet nie skończy się happy endem, to na pewno nie będzie zbyt uciążliwa dla otoczenia. Z wszystkim przecież można sobie poradzić, potrzebna jest jedynie dobra organizacja.
- A jak wiesz, jestem dobra w te klocki.
- No tak - przyznała Kasia, ale zbyt dobrze znała matkę, żeby uwierzyć w jej optymizm. Szybko zwietrzyła w podejrzanej lekkości słów Marty, że próbuje ją uspokoić i odsunąć od trosk, bo zapewne uznała, że przerastają jej niedoświadczoną, a zatem nieodporną na niespodzianki losu osobę. Zrozumiała, że jeżeli matka odgrywa przed nią ten teatr, to znaczy, że jest gorzej, niż myślała, ale postanowiła nie zdradzać się ze swoimi podejrzeniami, żeby nie dawać jej następnego powodu do zmartwienia.
- Kiedy pojedziemy po zakupy? - chwyciła się tematu, który pozwolił skryć się przed wzrokiem i intuicją matki.
- Kiedy tylko zechcesz, Kachna - przesadziła z ożywieniem, zadowolona z bezpieczeństwa pogaduszek o sklepach i ciuchach.
- W niedzielę?
- W niedzielę.
Kasia przysiadła na kolanach matki i objęła ją ramionami. Gniotąc jej uda jędrnymi pośladkami dziewiętnastolatki, kołysała ją i tuliła do piersi.
- Mój maminek - powiedziała pieszczotliwie.
- Moje, dzieciąteczko najukochańsze. - Przylgnęła do córki.
Po kojącej dawce czułości Marta postanowiła poinformować przyjaciół i znajomych o dramacie, który właśnie dotknął jej rodzinę, i wymuszonych tym zdarzeniem zmianach jej planów na najbliższą przyszłość. Wysłała kilka lakonicznych e-maili, ale wystarczająco przejmujących, żeby zrobić wrażenie na adresatach. Było w nich o ciosie spadającym znienacka, traumie, bezradności, złamanym sercu i niepewności. Przeprosiła też parę osób za to, że nie będzie w stanie wesprzeć intelektualnie ich projektów. Obdzwoniła wszystkich wartych powiadomienia o jej nieszczęściu. A kiedy nakarmiła się już ich współczuciem i obietnicami wsparcia, wybrała numer siostry.
- Cześć.
- Cześć, waśnie miałam do ciebie dzwonić, przyjeżdżamy z Łukaszem pojutrze.
- Uhm.
- Wiesz, Łukaszek tak kochał babcię, nie wybaczyłby sobie, gdyby się z nią nie pożegnał.
- Uhm.
- On wróci, a ja zostanę.
- Uhm.
- No to do zobaczenia, siostruniu, trzymaj się, myślami jestem z tobą. Pa.
- Pa, pa. Czekam w takim razie.
-
Dwa dni oczekiwania na przyjazd Hanki minęły jak z bicza strzelił. Rano szpital, po szpitalu szkolenie, po szkoleniu znowu szpital. Wieczorem córka i rozmowa z mężem, który nie szczędził jej słów wsparcia, ale też pociechy, że ojciec przecież też miał wylew i męczył się tylko trzy miesiące. Przywołane przez Maurycego obrazy choroby zdążyły się już rozmyć. Czas sprawił, że zwietrzała w nich intensywność przeżycia i teraz zalegały w galerii pamięci niczym stare, wyblakłe akwarele, więc nie mogła użyć ich do opisania tego, co działo się obecnie z matką.
Zaraz po przyjeździe Hanka rozpakowała walizkę, powiesiła swoją czarną kreację do szafy, wypiła kawę i zgłosiła gotowość do konfrontacji swojego wyobrażenia o matce powalonej niemocą z faktami. Jedziemy do szpitala, ogłosiła. Łukasz, który zaszył się w kącie kuchni i nie nadużywał słów poza: proszę, dziękuję, oczywiście, zadeklarował, że zawiezie wszystkich swoim samochodem. Całą drogę wypełniła nerwowa i miałka paplanina Hanki, a im bliżej szpitala, tym krótsze były oddechy ciszy. Marta wiedziała, co się z nią dzieje. Biedna, pomyślała, wszystko się w niej trzęsie i próbuje scalić drżące trzewia tą swoją gadaniną. Zamknęła się dopiero przed drzwiami oddziału neurologicznego. Jeszcze tylko słuchanie odgłosu własnych kroków na świecącej posadzce korytarza, wstrzymanie oddechu i otwarcie drzwi.
- Dzień dobry, mamo. - Hanka nachyliła się nad wezgłowiem.
Matka wyrwana z jakiegoś zamyślenia, a może niemyślenia, spojrzała na nią. Po chwili wpatrywania się w twarz córki ściągnęła zapadnięte usta w płaczliwym grymasie.
- Hanusia - zaskrzeczała żałośnie - córko. Jesteś.
- Tak, mamo, jestem. - Hanka z trudem panowała nad wzruszeniem. - Przyjechałam, żeby być z tobą.
Marta stała w nogach łóżka, żeby nie przeszkadzać siostrze w pierwszym kontakcie z matką odmienioną chorobą. Łukasz stanął z boku, ale gdy tylko usłyszał głosy i słowa powitania matki z babką, zrobił gwałtowny w tył zwrot i szybko opuścił salę. Marta wyszła za nim. Stał oparty plecami o ścianę i zadarłszy głowę, mrugał powiekami, usiłując wepchnąć pod nie łzy, które cisnęły się na zewnątrz.
- To tylko tak na początku, człowiek szybko się przyzwyczaja. - Próbowała pomóc mu oswoić się z emocjami.
- Daj mi chwilę - poprosił, zażenowany swoją słabością.
Usłuchała bez słowa. Hanka tkwiła nad łóżkiem w tej samej pozie. Przypominała wygiętą troskliwie gałąź.
- Najpierw muszą cię podkurować, a dopiero potem będziesz mogła iść do domu - tłumaczyła cierpliwie.
- Ja stąd już nie wyjdę - zakwiliła matka.
- Wyjdziesz, wyjdziesz, trzeba tylko czasu - zapewniała Hanka przesadnie. - Ale żeby pomóc sobie i lekarzom, zjesz teraz odrobinkę pysznego rosołu. Martusia gotowała, samo zdrowie.
- Trzeba ją usadzić do jedzenia - wtrąciła się Marta.
Ustawiły się po obu stronach łóżka, chwyciły matkę pod pachy i wyciągnęły z rozpadliny materaca.
- Łukasz, podnieś ten podgłówek - stęknęła Hanka, prostując się po wysiłku.
- A gdzie jest pilot - zapytał, krążąc wokół łóżka.
- Tu, aż dwa. - Marta zatrzepotała dłońmi.
- Synek - Hanka spojrzała na niego z politowaniem - w Polsce jesteśmy.
- Manual - pokiwał głową - ale jak się go obsługuje?
Marta szarpnęła metalową ramę.
- O tak, siłą mięśni. Zablokuj tymi zębatkami.
Matka usadowiona w pozycji półsiedzącej, z głową wciśniętą w poduszkę jak w biały, rozłożysty kornet, w oczach własnych córek stała się nagle boleściwą matroną, która ma moc zarządzania ich emocjami. Wpatrywały się w nią czujnie. Każda...
.
.
.
...(fragment)...
Całość dostępna w wersji pełnej