Prolog
Syn chce pamiętać to, o czym ojciec wolałby zapomnieć.
Przysłowie żydowskie
W szkole średniej mój ojciec był świadkiem utonięcia dwóch znajomych
chłopców na wybrzeżu New Jersey. Jednego z nich wciągnął podwodny prąd,
a drugi zanurkował, aby go ratować. Ta tragedia stała się źródłem jednej
z jego ulubionych maksym. "Nie zbliżaj się zanadto do tonącego, bo
wczepi się w ciebie -?mawiał ojciec. -?Pociągnie cię za sobą na dno.
Lepiej rzuć mu coś, linę albo koło ratunkowe. Ale nie dotykaj go, nie
płyń za nim". Powtarzał to od czasu do czasu mnie i mojemu bratu, jakby
to była rzeczowa rada dotycząca prowadzenia samochodu czy nauki, jakby
ratowanie tonących było codziennym ludzkim doświadczeniem. O wypadku
tych dwóch chłopaków dowiedziałem się dużo później, gdyż ojciec przez
całe moje dzieciństwo nie opowiadał nigdy o sobie, zawsze tylko o innych.
Dopiero po dwudziestu latach ojciec zaczął mówić o własnym życiu.
Pamiętam pierwszy raz, kiedy się na to zdobył. Pozostał mi w pamięci
szorstki dotyk naszej starej, żółtej kanapy, na której siedzieliśmy.
Było mi niewygodnie obok potężnej masy ojcowskiego ciała. W wieku
sześćdziesięciu dwóch lat był wielkim mężczyzną, ważącym dobrze ponad
dwieście funtów, z szerokimi ramionami, wypukłą piersią i ogromnym
brzuszyskiem, które piętrzyło się przed nim niczym basowy bęben wydający
głębokie tony -?jego śmiech.
Ruchy i gesty ojca były szerokie, zamaszyste, toporne jak figury, które
rzeźbił w garażu -?abstrakcyjne, nieczytelne kształty na masywnych
podstawach -?albo jak jego gniew, który wybuchał nagle jak sztorm, bez
żadnego konkretnego powodu czy myśli, jak u dzikiej bestii.
Mój bliźniak Les miał dość rozumu, żeby siedzieć cicho i nie rzucać się
w oczy, ale ja byłem ukochanym dzieckiem taty. Byłem wrażliwy. Byłem dla
niego problemem. "Ty mały łobuzie, spiorę cię tak, że wytrząsnę z ciebie
duszę" -?mawiał ojciec i czasami wyglądało na to, że naprawdę zamierza
spełnić obietnicę. Ta brutalność powinna mnie od niego odstręczać i właściwie tak było. Ale na jakimś bardziej elementarnym poziomie
zbliżało nas to do siebie. Kiedy wybuchał niekontrolowaną wściekłością,
nawet kiedy bił, nigdy nie traciłem z nim kontaktu. Bardziej niż
fizyczny ból oszałamiały mnie jego niepoczytalność, jego uraza, jego
cierpienie, wypełniając mnie rozpaczą i zwątpieniem. Z utęsknieniem
czekałem na koniec rytuału, by móc pójść do łóżka, nakryć się z głową i zasnąć.
Później, w okresie dorastania, zacząłem szukać takiego odprężenia w narkotykach i w dreszczu ryzyka. Było jeszcze gorzej. Moje życie
zwracało się w niebezpiecznym kierunku. Zacząłem się nawet zastanawiać,
który z nas przeżyje, ja czy ojciec.
Kiedy miałem dwadzieścia siedem lat, zebrałem się na odwagę i poprosiłem
ojca, żeby opowiedział mi o swoim dzieciństwie. Próbował zwykłych
manewrów: najpierw przyjął postawę obronną, potem chciał obrócić
wszystko w żart i uciec od tematu. Ale w tym czasie byłem już uzbrojony
w umiejętności początkującego terapeuty. Miałem za sobą szkołę
otwierania zamkniętych serc.
-?Wiesz, matka i ja podjęliśmy z rozmysłem decyzję, by trzymać was z dala od tego wszystkiego -?zaczyna.
-?Rozumiem -?mówię.
-?Nie chcieliśmy was tym obciążać.
-?Doceniam to.
-?Ale myślę, że teraz jesteś już dość duży... -?zająknął się.
Milczę. Ojciec robi pauzę.
-?Nie masz pojęcia, jak wtedy było. W latach Wielkiego Kryzysu...
Znowu na chwilę przerywa, po czym kontynuuje. Miał nie więcej niż sześć
albo siedem lat, kiedy jego matka umarła na przewlekłą chorobę, której
nazwy nie zdołał zapamiętać. W głowie pozostały mu tylko niejasne obrazy
i mętne wspomnienia o matce, jej cieple i zaraźliwym śmiechu.
Po jej śmierci wszystko spadło na głowę jego ojca, Abe'a, "człowieka
słabego i biernego". Abe stracił pracę, otworzył rodzinny sklepik, ale
wkrótce zbankrutował. Ponieważ nie dawał sobie rady, rodzina się
rozdzieliła. Mój ojciec Edgar i jego młodszy brat Phil zamieszkali z kuzynem. Ciotka Sylvie była nieprzyjemną osobą. Jeszcze przed Kryzysem
zgorzkniała, po przyjęciu na wychowanie młodocianych krewnych nie
próbowała nawet zmienić swojego jadowitego usposobienia. Cechowało ją
codzienne, banalne okrucieństwo.
-?Na czym to polegało, tato? -?pytam.
-?Ech, bo ja wiem. -?Wzrusza ramionami.
-?Ale jak to było? -?powtarzam pytanie.
W końcu udaje mi się skłonić ojca, żeby opowiedział. O poniżeniu, jakie
czuł, nosząc ubrania z drugiej ręki, o tym, jak Sylvie podawała im
posiłki z komentarzami w rodzaju: "Dla Stevena duży kawał kurczaka, bo
to mój syn, a dla ciebie, Edgar, mały, bo jesteś obcy".
W wieku jedenastu czy dwunastu lat gniew nurtujący mojego ojca,
pozbawionego opieki rodziców, doszedł do punktu wrzenia. Jego brat był
wciąż dostatecznie młody i beztroski, by można go było kształtować, ale
on zaczął odreagowywać. W szkole prowokował awantury, w domu podkradał
różne drobiazgi, wreszcie uwikłał się w jedną czy dwie "afery", po
których ciotka się go pozbyła. Trafił do domu dziadków w innej części
miasta.
-?I co zrobiłeś? -?pytam.
-?Co niby miałbym zrobić? Chodziłem do szkoły, pracowałem.
-?Czy miałeś przyjaciół?
-?Zdobywałem przyjaciół.
-?Czy widywałeś się z Philem i twoim ojcem?
Tak, widywał się. Przez całą tamtą zimę po szkole maszerował sześć mil
przez śnieg do domu Sylvie, żeby zjeść z nimi obiad. Przesiadywał potem
nad filiżanką kakao, dopóki Sylvie nie powiedziała, żeby już sobie
poszedł. I znowu wracał samotnie na piechotę.
Zerkam przez okno naszego niedużego mieszkania nad morzem na nagie,
listopadowe drzewa. Wyobrażam sobie dwunastolatka wędrującego wśród
śnieżycy.
-?Jak to było? -?pytam. -?Jak się wtedy czułeś?
Ojciec wzrusza ramionami.
-?Jak się czułeś? -?napieram.
-?Myślę, że było trochę zimno.
-?Nie gadaj mi o zimnie, powiedz prawdę.
-?Nie chowam urazy, Terry. -?Jego ton mnie mrozi. -?Oni robili to, co
musieli robić, jasne? To były ciężkie czasy. A poza tym -?mówi już
spokojniej -?mogę to zrozumieć. Nie byłem łatwym dzieckiem.
-?Ale byłeś dzieckiem -?podkreślam.
Ojciec kręci głową.
-?Tak, ale naprawdę trudnym. Byłem takim paskudnym, małym sukinsynem.
-?Jakim ty mogłeś być sukinsynem, tato? Przecież miałeś dopiero
dwanaście lat!
-?Sam nie wiem. -?Odwraca głowę i zapada się w sobie.
-?Spójrz na mnie. -?Ujmuję go za ramię. -?Mam to gdzieś, co wtedy
wyrabiałeś, rozumiesz? Byłeś dzieckiem. Straciłeś matkę, ojciec cię
opuścił. Nie zasłużyłeś na taki los, prawda? Nie dociera to do ciebie?
Nie zasłużyłeś!
Ojciec patrzy na mnie swoimi niebieskimi oczami powiększonymi przez
grube szkła.
-?No, niech będzie -?wzdycha.
Potem, równie nagle jak przy wybuchach złości, otwiera ramiona i przyciąga mnie do siebie. Bez słowa, z dziecinną czułością i brakiem
skrępowania składa głowę na mojej piersi. Przytulając go, czuję znajomą
woń kawy, papierosów i kremu do golenia. Jego wielka głowa ciąży mi,
fizycznie jest mi niewygodnie, wręcz nieprzyjemnie, ale kiedy próbuje
się odsunąć, instynktownie wzmacniam uścisk. Delikatnie, nieśmiało
gładzę jego plecy i gęste włosy.
-?Wszystko w porządku, tato -?mruczę.
Patrząc nad jego głową na drzewa za oknem, zastanawiam się, co będzie z nami dalej. Nadal mu nie przebaczyłem i nie zaufałem, ale coś w głębi
mnie zaczyna tajać.
Tego wieczoru pierwszy zielony pęd przedarł się przez kamienny mur. Za
nim poszły dalsze. W latach, które nastąpiły, zbliżaliśmy się do siebie
coraz bardziej. Jednocześnie moje życie toczyło się w pomyślnym
kierunku, podczas gdy sytuacja ojca stawała się coraz bardziej
beznadziejna. Bezsilnie obserwowałem, jak kłopoty finansowe, izolacja
społeczna, na koniec ciężka choroba przytłaczały go i tłamsiły,
wysysając soki żywotne. Trwałem przy nim. Dawałem z siebie wszystko, co
mogłem.
Pochowałem ojca we wrześniu 1989 roku. Ostatniej nocy, kiedy zostałem
sam przy jego łóżku, pobłogosławiliśmy się nawzajem. Gdy nazajutrz rano
wszedłem do szpitalnej sali, już nie żył. Głowę miał odrzuconą do tyłu,
oczy zamknięte, usta otwarte. To nie był mój tata, to było tylko jego
ciało, nie więcej niż jedna z jego gipsowych rzeźb. Dotknąłem jego oczu
i ucałowałem go. Na wargach pozostał mi gorzko-gliniasty posmak.
Często myślałem o jego szkolnych kolegach, którzy utonęli na jego
oczach, i o jego radzie: "Nie zbliżaj się do nich. Pociągną cię za
sobą". Ta rada, jak wiele innych, nie była słuszna. Nie pociągnął mnie
za sobą do ciemnej mogiły. Ale też nie wyzwoliłem się z jego uścisku.
Rozdział pierwszy
Skrywana męska depresja
W środku podróży życia znalazłem się na mrocznej ścieżce.
Dante1
Kiedy patrzę na nieporozumienia ojców z synami, przepełnia mnie poczucie
czegoś znajomego. Każdy mężczyzna jest czyimś synem i większość z nich,
czy sobie z tego zdają sprawę, czy nie, jest wobec ojców lojalna. Mój
własny ojciec był osobowością zbijającą z tropu: z jednej strony
brutalny, z drugiej -?godny pożałowania. W dzieciństwie mój charakter
wchłonął dozę mrocznej, postrzępionej pustki, z którą zmagałem się
prawie do trzydziestki. Jak to zwykle bywa, ojciec przekazał mi -
poprzez spojrzenia, ton głosu, rodzaj dotyku -?swoją depresję, o której
nie wiedział, równie nieuchronnie, jak sam otrzymał ją od swojego ojca.
To był łańcuch niedoli, toksyczny spadek przez pokolenia wiążący
rodziców z potomkami.
Z perspektywy czasu jest dla mnie jasne, że zostałem terapeutą między
innymi dlatego, by móc kultywować umiejętności potrzebne do uzdrowienia
ojca -?przynajmniej na tyle, by skłonić go do szczerej rozmowy. Musiałem
poznać jego przeszłość, aby zrozumieć jego brutalne zachowania i uśpić
nienawiść, którą do niego czułem. Z początku robiłem to nieświadomie,
nie z jakiejś wielkiej miłości, lecz pchany instynktem samozachowawczym.
Chciałem zerwać z tym dziedzictwem.
Można by pomyśleć, że wniosłem do swojej pracy zawodowej szczególne
uwrażliwienie na przejawy depresji u mężczyzn, ale początkowo wcale tak
nie było. Mimo zdobytego w bólach osobistego doświadczenia minęły lata,
zanim miałem dość odwagi, by zachęcać pacjentów do wyruszenia w podróż,
którą sam odbyłem. Ani studia, ani praktyka nie przygotowały mnie do tak
głębokiego wejścia w cudzy wewnętrzny ból i stawiania mu czoła. Jak
większość terapeutów -?a właściwie większość ludzi w naszej kulturze -
byłem przyuczony do obchodzenia z daleka ukrytej kruchości mężczyzny.
Uczono mnie także, iż depresja jest głównie kobiecą chorobą2, że odsetek kobiet cierpiących na nią jest dwa do
czterech razy wyższy niż mężczyzn. Kiedy rozpoczynałem praktykę
kliniczną, wierzyłem w prostą wymowę tych liczb, ale dwadzieścia lat
pracy z mężczyznami i ich rodzinami doprowadziło mnie do przekonania, że
zagadnienie depresji jest w rzeczywistości o wiele bardziej złożone.
Depresję mężczyzn otacza w naszym społeczeństwie przeraźliwa zmowa
milczenia, rodzaj kulturowego tabu.
Jak na ironię, te same czynniki, które przyczyniają się do depresji,
sprawiają, że jej nie dostrzegamy. Uważa się, że mężczyzna nie powinien
być zbyt wrażliwy. Powinien przechodzić do porządku nad cierpieniem.
Jeśli się załamie pod jego ciężarem, będzie uważał, że się zhańbił, i co
gorsza, to samo pomyślą krewni i przyjaciele, nawet specjaliści od
zdrowia psychicznego. A właśnie skrywane cierpienie leży, moim zdaniem,
u korzeni wielu problemów w męskim życiu. Ukryta depresja jest źródłem
licznych nieprawidłowości, które uważa się za typowo męskie: chorób
psychicznych, alkoholizmu i narkomanii, przemocy w rodzinie, niepowodzeń
w życiu intymnym, autodestrukcyjnych zachowań w pracy.
Wolimy nie dostrzegać depresji u mężczyzn, ponieważ choroba ta jest
postrzegana jako niemęska. W przekonaniu wielu osób depresja oznacza
podwójne piętno: choroby psychicznej i "kobiecej" emocjonalności.
Kobieta pozostająca w związku z mężczyzną cierpiącym na depresję często
staje wobec bolesnego dylematu. Może albo stawić czoło problemowi
partnera, ryzykując, że go w ten sposób jeszcze bardziej upokorzy, albo
wspólnie z nim udawać, że wszystko jest w porządku, co nie rokuje
nadziei na poprawę. Mężczyzna postrzega depresję jako stan
kompromitujący i zawstydzający, więc najczęściej pozostaje nierozpoznana
ani przez niego, ani przez jego otoczenie. A przecież oddziaływanie tego
ukrytego zaburzenia jest przytłaczające.
Ocenia się, że każdego roku zmaga się z depresją jedenaście milionów
osób. Związane z nią obniżenie wydajności pracy w połączeniu z wydatkami
na leczenie kosztuje Stany Zjednoczone ponad 47 miliardów dolarów
rocznie -?kwotę porównywalną z kosztami chorób serca3. A mimo to w większości przypadków depresja nie
jest diagnozowana. Jakieś 60 do 80 procent chorych nie otrzymuje żadnej
pomocy4. Cisza wokół depresji jest tym
bardziej uderzająca, że jej leczenie dobrze rokuje5. Według obecnych ocen psychoterapia w połączeniu
ze środkami farmakologicznymi pozwala na poprawę stanu zdrowia 80-90
procent pacjentów z depresją -?o ile zwrócą się o pomoc6. Praca z mężczyznami i ich rodzinami nauczyła
mnie, że niezależnie od oporów przed przyznaniem się do depresji często
po prostu nie potrafimy jej stwierdzić, gdyż u mężczyzn przejawia się w inny sposób niż u kobiet7.
Do najistotniejszych różnic między mężczyzną a kobietą należą zachowania
związane z emocjami. Dlaczego więc depresja, zaburzenie emocji -?w języku psychiatrii zaburzenie afektywne -?miałaby być traktowana w ten
sam sposób niezależnie od płci, jeśli nie czynimy tak w przypadku innych
problemów emocjonalnych8? Chociaż wielu
mężczyzn przeżywa depresję podobnie jak kobiety, u znacznie większej
liczby manifestuje się ona w mniej uchwytny sposób i często uchodzi
uwadze, aczkolwiek wyrządza wielkie szkody. Na czym polegają te
specyficznie męskie formy depresji? Jakie są ich przyczyny? Czy
etiologia tego zaburzenia jest taka sama u obu płci? Sądzę, że nie. Nie
tylko przejawy depresji są inne u kobiet i mężczyzn, lecz także droga do
niej wiodąca wydaje się odmienna.
Tradycyjne w naszej kulturze wychowanie nakłania zarówno dziewczęta, jak
i chłopców do "rozszczepienia osobowości"9 .
Dziewczętom pozwala się na wyrażanie emocjonalności i kultywowanie
więzi, natomiast systematycznie zniechęca się je do rozwijania i wystawiania na próbę swojego publicznego, asertywnego ja10. U chłopców, dla kontrastu, wspiera się
manifestowanie asertywnego ja, natomiast hamuje nieskrępowane wyrażanie
emocji oraz umiejętność tworzenia i podtrzymywania głębokich więzi.
Feministyczni badacze i naukowcy od dziesięcioleci przyglądają się
uważnie presji, która blokuje pełny rozwój osobowości dziewcząt, i rujnującym niekiedy efektom utraty autentycznego ja. Pora wreszcie
zrozumieć, że symetryczny proces ma miejsce w życiu chłopców i mężczyzn.
W świetle nowszych badań stało się jasne, że podatność na depresję jest
zazwyczaj dziedziczonym uwarunkowaniem biologicznym. Każdy chłopiec i każda dziewczynka z określonym zestawem chromosomów są szczególnie
narażeni na tę chorobę11. Lecz w większości
przypadków sama biologiczna podatność nie wystarcza, by rozwinęła się
depresja. Musi wystąpić w parze z ranami psychologicznymi12. I tu właśnie wchodzą w grę kwestie płci.
Tradycyjne wychowanie wyrządza krzywdę zarówno dziewczętom, jak i chłopcom, każdej płci w odrębny, ale komplementarny sposób. Dziewczęta,
a później kobiety mają skłonność do internalizowania poczucia krzywdy.
Obwiniają siebie i zamykają się ze swoim bólem. Chłopcy i mężczyźni,
przeciwnie, eksternalizują swoje krzywdy. Częściej czują się ofiarą
zewnętrznych okoliczności i rozładowują napięcie w działaniu. Wśród
pacjentów szpitali psychiatrycznych, którzy dopuścili się czynów
gwałtownych, przeważają mężczyźni, natomiast kobiety znacznie częściej
wyrządzają krzywdę sobie. Zarówno w formach łagodnych, jak i ostrych
męska eksternalizacja i kobieca internalizacja stwarzają problemy,
utrudniając każdej z płci rozwinięcie pełnej umiejętności utrzymywania
więzi. Internalizacja bólu osłabia kobietę cierpiącą na depresję i blokuje jej zdolność do bezpośredniej komunikacji z otoczeniem. Męska
tendencja do wyrzucania z siebie cierpienia często oznacza coś więcej
niż tylko kłopoty z intymnością. Może uczynić mężczyznę psychologicznym
zagrożeniem. Zbyt często zraniony chłopiec wyrasta na mężczyznę, który
sam rani innych, wywołując u swoich najbliższych taki właśnie rozstrój,
jakiego nie chce dostrzec u siebie. Męska depresja bez podjęcia środków
zaradczych bywa zjawiskiem długotrwałym. Tak było w przypadku moim i mojego ojca. I w takiej sytuacji był David Ingles z rodziną, kiedy
spotkaliśmy się po raz pierwszy.
-?Co może wyjść ze skrzyżowania prawnika, dyslektyka i paskudnego
charakteru? -?David, sam będący prawnikiem, rozpiera się w swoim
ulubionym fotelu w moim gabinecie.
Jego żona Elaine, również prawniczka, kobieta po czterdziestce, oraz
siedemnastoletni syn Chad nie okazują najmniejszego zdziwienia. Elaine
utkwiła wzrok gdzieś powyżej lewego ucha męża. Nie patrząc na niego,
mówi tylko: "Davidzie, nie tak!". Na chwilę zapada niezręczna, męcząca
cisza. David patrzy na mnie przyjaźnie. Jest wysokim, pulchnym mężczyzną
o otwartej, śniadej twarzy i rzadkich, ciemnych włosach. Siedząca
naprzeciwko męża Elaine odsuwa swe drobne, ale silne ciało jak najdalej
od niego. Chad, dryblas w workowatych spodniach i T-shircie, zakłada
ciemne okulary w drucianej oprawce a la John Lennon i przekręca swój
obrotowy fotel do ściany.
-?Zdejmij te okulary -?mruczy David do Chada, który to ignoruje.
Podczas gdy David patrzy na syna, Elaine zapewnia mnie kolejny raz, że
jest naprawdę dobrym ojcem, zaangażowanym i troskliwym.
Zajmuję się Davidem i Elaine już blisko sześć miesięcy. Elaine zgłosiła
się do mnie z mężem początkowo nie z powodu syna, lecz w trosce o ich
małżeństwo. Po dwudziestu latach musiała przyznać, że czuje się -?i to
od dłuższego czasu -?żałośnie samotna. David był miły, uczynny i pomocny. Problem polegał na tym, że miała wrażenie, jakby był nieobecny.
Przez jakiś czas podejrzewała, że ma kochankę, ale wydawał się zbyt
nijaki, by zdobyć się na coś takiego. Coraz mniej smaku znajdował w życiu, nie cieszył się ani nią, ani synem, ani nawet własnymi sukcesami.
Przez całe lata zbyt dużo pracował. Teraz zaczął również zbyt dużo pić i zbyt często wybuchać gniewem. Elaine martwiła się jego napadami złości,
martwiła się o jego zdrowie. Choć nie powiedziała tego otwarcie, to w chwili, gdy się do mnie zwróciła, była już bliska decyzji, by opuścić
męża.
Dotychczas David znosił bez słowa pretensje żony. Jego strategia
polegała na przyjęciu postawy wyczekiwania, dopóki jej gniew nie
ucichnie. "Pewnie napięcie przedmiesiączkowe" -?tak kwitował jej
niezadowolenie. Z pozycji terapeuty poinformowałem go, że będzie musiał
trochę się zmienić. Kiedy jednak u Davida pojawiły się oznaki poprawy,
Chad zaczął odreagowywać, więc poprosiłem, żeby przyprowadzili ze sobą
syna "jako konsultanta". Chciałem usłyszeć, co ten chłopak -?który od
chwili urodzenia był centralnym punktem ich związku -?ma do powiedzenia
o swoich rodzicach. Ale Elaine miała inne plany.
-?David -?mówi Elaine bezbarwnym głosem -?musisz powiedzieć Terry'emu o biciu Chada.
-?Nie uderzyłem go -?oburza się David.
-?Wszystko jedno. -?Wzrusza ramionami Elaine. -?Trzeba poruszyć tę
sprawę.
David przez chwilę się waha, czy się opierać, czy ustąpić. Potem
wzdycha, odchyla się w fotelu i zaczyna opowiadać.
-?Ostatniego wieczoru Chad gdzieś się wybierał z kluczykami od samochodu
w ręku. Elaine i ja byliśmy w kuchni, więc zadałem mu parę pytań. Wiesz,
dokąd idziesz i te rzeczy.
-?A jakże! -?parska Chad.
David celuje w niego palcem wskazującym.
-?Czy nie miałem prawa pytać? Nie miałem?
-?No dobrze -?uspokajam go. -?Powiedz, co się dalej stało.
-?No więc on nic nie odpowiedział. Poszliśmy z Elaine za nim do garażu -
spogląda na syna potępiająco -?a on zaczął mi wtedy pyskować, prawda? -
zwraca się do Chada.
-?Jedź dalej -?mówię miękko.
-?Dobra, no to mówię mu: "Jeśli będziesz się tak do mnie odzywał, to nie
weźmiesz wozu". Rozumiesz, "wybór należy do ciebie". A on wtedy rzucił
kluczykami w samochód.
-?Na podłogę -?mówi Chad.
-?W samochód -?powtarza ojciec. -?I usłyszałem, jak mruczy pod nosem:
"Pieprzę cię".
David milknie. Próbuję złowić jego wzrok.
-?I w tym momencie ty... -?zaczynam za niego.
-?Popchnąłem go.
-?Popchnąłeś go -?powtarzam.
-?No wiesz, szturchnąłem go czy coś w tym rodzaju. -?David wpatruje się
w punkt na dywanie pomiędzy swoimi stopami.
-?Mocno? -?pytam.
David wzrusza ramionami.
-?Dość mocno -?mówi Elaine.
Przez chwilę patrzę na Chada. Z powodu okularów nie mogę odczytać wyrazu
twarzy, nie dostrzegłbym nawet łez. Nagle uświadamiam sobie, jaki jest
jeszcze młody i szczupły.
Wstaję i pociągam za sobą Davida.
-?Pokaż mi, jak to było -?mówię.
Podczas typowej terapii indywidualnej pacjent opowiada terapeucie o tym,
co się mu zdarzyło w świecie zewnętrznym. Przy terapii rodzinnej główni
bohaterowie tych wydarzeń często siedzą razem w gabinecie terapeuty.
Tradycyjnym chwytem jest wówczas przejście od opowiadania o przykrych
sytuacjach do ich odgrywania. Powtórzenie na poczekaniu takiej sceny
podwyższa temperaturę emocjonalną sesji, co terapeuta może
wykorzystać13.
Niechętnie, z wieloma zastrzeżeniami i wymówkami, rodzina pozwala mi
zainscenizować wydarzenie. Chad wciąż nie zdejmuje ciemnych okularów.
Kiedy dochodzą do momentu, w którym chłopak rzucił kluczami i mruknął
pod nosem: "Pieprzę cię", David z nieoczekiwanym impetem popycha go na
ścianę gabinetu, aż wiszący na niej obraz spada z jednego haka. Chad z trudem łapie dech. David przyciska przedramieniem jego gardło. Mięśnie
ma napięte, ciężko dyszy.
-?Powiedz to jeszcze raz -?cedzi z groźbą w głosie. -?No, dalej, powiedz
to!
Chad walczy o oddech. Jest przerażony. Elaine też. Nawet mnie mocniej
zabiło serce.
-?David -?dotykam lekko jego ramienia, patrząc na Chada -?wszystko w porządku.
Czuję, jak jego muskuły wiotczeją pod moim dotykiem.
-?Już załapałem. Wszystko jasne. Dobra robota.
Wszyscy odetchnęliśmy i po chwili nasze serca przestają walić jak
młotem. Proszę Elaine, żeby zagrała Davida, a ona się zgadza. Ustawiam
ją w tej samej pozycji, z przedramieniem przyciskającym gardło syna.
Następnie odciągam Davida w drugi koniec pokoju i mówię mu, żeby dobrze
przyjrzał się tej scenie. Stoimy tak dość długo obok siebie, niemal
ocierając się ramionami. Może to tylko gra mojej wyobraźni, ale czuję,
jak bije od niego smutek niczym żar od ogniska.
-?Co widzisz, kiedy na to patrzysz? -?pytam. -?Co czujesz?
David zwiesza głowę. Po dłuższej chwili się odzywa.
-?Wydaje mi się, że to nie jest w porządku -?mruczy jakoś bardzo
potulnie.
-?Paskudna sytuacja -?zgadzam się. Po krótkiej pauzie przytakuje.
-?Powiedz to jemu. -?Wskazuję w stronę grającej jego rolę Elaine, która
wciąż przyciska ramieniem gardło syna. -?Powiedz mu to, co powinien
usłyszeć.
David nerwowo przestępuje z nogi na nogę.
-?Zgłupiałeś? -?bąka niepewnie.
-?Nic podobnego -?mówię, przysuwając się bliżej. -?Powiedz mu.
David urywa na dłużej, w końcu unosi głowę i zwraca się do samego siebie
odgrywanego przez żonę. Nie jest już sztuczny ani zdenerwowany.
-?Przestań -?mówi cicho.
-?Co ma przestać? -?naciskam.
-?Przestań traktować go w taki sposób. -?Jego głos jest słaby i bezbarwny.
-?Czy to wystarczy, żeby powstrzymać tego typa?
-?Nie -?przyznaje.
-?To musi być bardziej przekonujące -?mówię. -?Więcej żaru, rozumiesz,
co mam na myśli?
David kiwa głową.
-?Czy chcesz spróbować jeszcze raz?
Nie odpowiada, lecz posłusznie przyjmuje bardziej zdecydowaną postawę.
Tym razem zebrał się w sobie i jego głos nabiera pewnej mocy.
-?Przestań traktować go w taki sposób.
-?Za słabo -?mówię. -?Głośniej.
-?Przestań traktować go w taki sposób! -?powtarza.
-?Dobrze! -?chwalę go. -?Teraz powiedz to jeszcze raz, ale dodaj
dlaczego.
-?Nie rób tak -?zaczyna. -?Po prostu nie rób tak...
I tu śluzy puściły.
-?Na litość boską, przecież to twój syn! -?wykrzykuje, zupełnie się już
nie hamując. -?To twój syn!
Nagle z Davida uchodzi powietrze, jest zmieszany i pogrąża się w smutku.
Choć pracuję z nim od miesięcy, pierwszy raz widzę go w takim stanie. To
jest otwarcie.
Czując, jak jego przygnębienie narasta, proszę:
-?Powiedz, do kogo jeszcze przed chwilą się zwracałeś. Czy widziałeś w tym typie kogoś więcej? Przyjaciela? Nauczyciela? Matkę? Ojca?
David wygląda na zupełnie przybitego.
-?Bo ja wiem? -?bąka.
-?Więc kto to był? -?pytam łagodnie.
-?Mój ojciec -?wyrzuca z siebie, zakłopotany i niezadowolony.
-?Opowiedz mi o nim.
David szkicuje portret odpowiedzialnego, powściągliwego mężczyzny, który
ciężko harował, by zapewnić byt swoim bliskim, który bardzo ich kochał,
choć rzadko o tym mówił, i w którym czasem budziła się bestia.
-?Widać niedaleko pada jabłko od jabłoni. -?David uśmiecha się
wstydliwie.
-?Popracujemy nad tym -?zapewniam go. Zamyślamy się obaj, patrząc na
nieruchomą scenę w drugim końcu pokoju. -?"Nie traktuj go w taki sposób"
-?powtarzam. -?David, czy mógłbyś przywołać jakieś wspomnienie czy
scenę, w której odnosiłoby się to do twojego ojca?
Początkowo nie może sobie nic przypomnieć, ale potem zaczyna mówić.
Ma sześć czy siedem lat i pokazuje ojcu szkolną cenzurkę ze złymi
ocenami. Boi się, bo z paru przedmiotów dostał D.
"W naszej rodzinie nie ma takich stopni" -?mówi srogim głosem ojciec we
wspomnieniu Davida. A potem w nagłym wybuchu gniewu sięga po cenzurkę i rwie ją na strzępy. "Zanieś to z powrotem swojemu nauczycielowi".
Przerażony i oburzony młody David łapie ojca za ręce. "Po co to
zrobiłeś?!" -?krzyczy. Ojciec bez słowa cofa dłoń i wali syna pięścią w klatkę piersiową, powalając go na ziemię.
-?Nie myślałem o tym od lat -?kończy David.
-?Pokaż mi to -?polecam, wstając ponownie.
Najpierw odgrywam tę scenę z Davidem, potem zgadzają się to uczynić
Elaine i Chad. Odchodzimy z Davidem na bok, obserwując Chada grającego
młodego Davida i Elaine w roli jego ojca.
"W naszej rodzinie nie ma takich stopni!" -?muszą powtarzać to ze trzy
razy, zanim scena wychodzi na tyle realistycznie, że w powietrzu
zapachniało przemocą.
-?OK, Davidzie -?mówię. -?Teraz zrób z tym porządek. Zrób tak, jak
powinno być14.
Spogląda na mnie niepewnie, ale potem bez słowa daje aktorom znak, żeby
zaczęli. Znowu przerażony malec podaje ojcu fatalną cenzurę. Ojciec ją
niszczy. Chłopiec protestuje. Ojciec bierze zamach do uderzenia -?ale w tym momencie David robi krok do przodu i łapie karzącą pięść własną,
większą dłonią.
Patrzy "ojcu" w oczy i mówi zupełnie spokojnie, ale z naciskiem:
-?Nie rób tego, tato. Zostaw go w spokoju.
Przysuwam się bliżej i zauważam, że dygoce.
-?Nie krzywdź go, tato -?podpowiadam.
-?Nie krzywdź go -?powtarza David. W jego oczach lśnią łzy.
-?To przecież mały chłopiec -?podpowiadam.
-?To przecież mały chłopiec. -?David kuli się i zaczyna płakać. Jest to
urywany, bezdźwięczny szloch. Jego ramiona podrygują spazmatycznie.
-?Nie powstrzymuj się -?mówię. -?Nabawisz się tylko bólu głowy.
David siada, wciąż płacząc, z twarzą ukrytą w dłoniach. Elaine przysuwa
bliżej swoje krzesło i kładzie mu dłoń na udzie. Mówię Chadowi, żeby
podał ojcu chusteczki. Gdy to robi, David na chwilę, niemal ukradkiem,
chwyta i ściska jego rękę. Chad zdejmuje swoje ciemne okulary i chowa je
do kieszeni koszuli.
David cierpiał na depresję, nie wiedząc o tym. Niezależnie od
biologicznych predyspozycji, które mógł w sobie nosić, źródłem depresji
było poczucie krzywdy noszone przez tamtego małego chłopca -?wynikające
nie z opisanego pojedynczego incydentu, lecz z setek, a nawet tysięcy
podobnych chwil, drobnych przejawów zdrady i odrzucenia, może nie tak
jaskrawych, ale równie raniących. U osób z wrodzoną podatnością na to
zaburzenie takie zdarzenia składają się na solidny gmach depresji, która
rozwija się u chłopca, by wybuchnąć potem u mężczyzny. Ukryty ból Davida
pulsował w jego wnętrzu niczym bomba zegarowa, czekając na wyznaczoną mu
chwilę. Oddalił go od najbliższych. Popychał go do zachowań pełniących
funkcję emocjonalnego bufora, takich jak praca ponad siły, picie
alkoholu, akty przemocy. Kiedy po raz pierwszy do mnie przyszedł, jego
syn był bliski porzucenia szkoły, a żona rozważała wystąpienie o rozwód.
Bomba mogła w każdej chwili wybuchnąć, jego życiu groziła katastrofa. I ani on, ani nikt z jego bliskich nie rozumiał, dlaczego tak się dzieje.
Ale ja wiedziałem.
Wiedziałem, jak to jest, kiedy własny ojciec wyciska z ciebie dech,
kiedy rzuca tobą o ścianę, kiedy gotów jesteś mu oddać. Znałem te lepkie
sznury miłości zmieszanej z nienawiścią, które wiążą rodziców z dziećmi
przez całe pokolenia, i pomogło mi to odkryć sekret Davida. Gdzieś w głębi, pod jego złośliwymi wyskokami, pod nadużywaniem alkoholu, pod
uprzedzeniami skrywał się tamten mały chłopiec. Pogrążona w depresji
część Davida, tkwiące w nim dziecko, którego obecności nie był świadom,
czekało w mroku, pełne uraz, na promień światła, niszcząc każdego, kto
znalazł się w pobliżu. Tego popołudnia w moim gabinecie David zdobył się
na wielką odwagę, pozwalając, by ból, który nosił w sobie od
dziesięcioleci, wyrwał się wreszcie na powierzchnię. Jego bezbronność
przyciągnęła do niego na powrót ukochane osoby. Ujawnienie ukrytej
depresji pozwoliło mu ponownie na kontakt dotykowy z ludźmi po długim
okresie sztywnego skrywania się w zbroi zahamowań. W swej walce David
Ingles nie jest już sam.
Aby pomóc komuś takiemu jak David, muszę najpierw "dobrać się do niego",
wyważyć zamknięte drzwi. Bez pomocy z zewnątrz pacjent nie wydobędzie
swojej depresji na światło dzienne. Kobiety w depresji cierpią w sposób
widoczny; mężczyźni często tylko "mają problemy". Nieraz rozstrój
psychiczny przeżywają otwarcie nie oni, lecz ich najbliżsi.
Gdyby przed tą sesją zapytać Davida, co go gnębi, nie wiadomo, co by
odpowiedział, jeśli w ogóle zechciałby odpowiedzieć. Podobnie jak wielu
odnoszących sukcesy mężczyzn, którymi się zajmowałem, nie miał wprawy w dziedzinie introspekcji, a może nawet w ogóle nie dostrzegał takiej
potrzeby.
Mógłby pewnie odpowiedzieć, że nie czuje się dobrze w pracy, gdzie ma do
czynienia z nowym starszym partnerem, którego w przeciwieństwie do
poprzedniego niezbyt lubi, i to ze wzajemnością. Mógłby powiedzieć, że
od paru lat narasta w nim niepokój -?do tego stopnia, że ma trudności z zasypianiem bez pigułek i nie może się odprężyć podczas kolacji z przyjaciółmi bez wysuszenia kilku koktajlów. David zauważył też, chociaż
nie zwierzał się z tego nikomu prócz Elaine, że coraz częściej czuje
bóle w brzuchu i plecach, które jego internista przypisywał stresowi.
Lekceważył jednak tę diagnozę, gdyż uważał, że lekarze wszystko wrzucają
do worka z napisem "stres".
Lekarz miał jednak rację, chociaż jego diagnoza nie sięgnęła
dostatecznie głęboko. David przeżywał stres. W wieku czterdziestu
siedmiu lat zaczął się czuć starcem. Nie lubił swojego rosnącego
brzucha, na który nie pomagał żaden czas spędzony na korcie. Trapiło go
podwyższające się czoło. Z przykrością patrzył na kobiety, którymi
kiedyś się zachwycał, a które teraz go nie interesowały albo nawet
wzbudzały w nim niechęć. Gdyby go zapytać, bez oporów wyjawiłby swoje
rozczarowanie sprawiającym kłopoty synem. Mógłby nawet narzekać na
nielojalność Elaine, "nadopiekuńczej" matki, która od początku niweczyła
wszelkie jego próby surowszego potraktowania chłopca. Bliżej końca
wieczoru, po odpowiedniej liczbie drinków, David mógłby się zwierzyć, że
nie jest szczęśliwy w małżeństwie -?nie ma w żonie wsparcia, we własnym
domu czuje się obcą osobą. Nieraz przychodziło mu na myśl, że cierpi na
jakąś prawdziwą chorobę. Ale niewiele brakowało, by nierozpoznana i nieuświadamiana depresja Davida rozbiła jego rodzinę. Zaburzała jego
relacje z synem, erodowała życie małżeńskie. W próbach ucieczki przed
nią David pogrążał się w zachowaniach -?takich jak drażliwość, chęć
dominowania, picie alkoholu i niedostępność emocjonalna -?odpychających
od niego osoby, które najbardziej kochał i których potrzebował. Elaine
twierdziła, że przestał być sobą. Jak szekspirowski Król Lear, David
zatracił się, nie zdając sobie z tego sprawy. "Co widzisz, kiedy
patrzysz na mnie?" -?pyta złamany król swego błazna. Ten zaś odpowiada:
"Cień Leara"15. Depresja rzeźbiła Davida,
zamieniając go w cień człowieka równie skutecznie i nieuchronnie, jak
mogłaby to uczynić choroba fizyczna w rodzaju raka lub AIDS. Jak to ujął
jeden z moich pacjentów, depresja "zniknęła go".
Ludziom aktywnym w rodzaju Davida nie przypisujemy na ogół depresji.
Rezerwujemy raczej to pojęcie dla stanu głębokiej apatii, krzyczącej
rozpaczy, całkowitej bezsilności. Naprawdę cierpiący na depresję
mężczyzna powinien z rana wylegiwać się w łóżku z oczami wlepionymi w sufit, zbyt apatyczny, by ruszyć się i rozpocząć kolejny bezsensowny
dzień. To, z czym miał do czynienia David, skłonni bylibyśmy
zakwalifikować raczej jako kryzys wieku średniego. Thoreau pisał:
"Mnóstwo ludzi toczy życie w cichej desperacji"16. Ale inni niekoniecznie w cichej. Kiedy mowa o depresji, nasza myśl zwykle zwraca się ku tym innym.
Przez blisko dwadzieścia lat leczyłem owych innych -?mężczyzn, których
depresja jest łatwo czytelna. Nazywam to depresją jawną. Cierpienie,
które powoduje, jest ostre i dramatyczne, wypisane wielkimi literami.
Depresja Davida, przeciwnie, była łagodna, ulotna i ciągła. Tego rodzaju
zaburzenie w literaturze przedmiotu rzadko jest choćby wymieniane. W naszym kraju podstawowym diagnostycznym przewodnikiem dla specjalistów
jest wydany przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne Diagnostic
and Statistical Manual of Mental Disorders (DSM-IV)17, który przypisuje pacjentowi kliniczną depresję
dopiero wtedy, gdy w ciągu co najmniej dwóch tygodni czuje się trwale
przygnębiony, przybity i zniechęcony lub traci zainteresowanie
przyjemnymi zajęciami, w tym seksem. Na dodatek musi przejawiać co
najmniej cztery z następujących symptomów: utrata wagi lub przybieranie
na wadze, bezsenność lub zbyt długie spanie, ciągłe zmęczenie, poczucie
winy, obniżona samoocena, trudności z podejmowaniem decyzji, zapominanie
o ważnych sprawach, natrętne myśli o śmierci lub samobójstwie.
Warunki sformułowane w DSM-IV opisują klasyczną, dobrze znaną formę
depresji. Chociaż wielu mężczyzn będzie się broniło przed przyznaniem,
że cierpią na depresję jawną, samą chorobę rozpoznawano już w starożytności. W IV wieku p.n.e. Hipokrates, "ojciec medycyny", opisywał
stan charakteryzujący się takimi objawami jak "bezsenność, drażliwość,
niepokój, poczucie beznadziejności i utrata łaknienia", w którym dziś
bez trudu rozpoznajemy depresję. Hipokrates uważał, że schorzenie to
jest skutkiem nadmiaru czarnej żółci -?jednego z czterech humorów
cielesnych, więc nazwał je po prostu "czarną żółcią", co po grecku
brzmiało: melanae chole -?melancholia18.
Depresja jawna dotyka mężczyzn, kobiety, a czasem nawet dzieci z wszystkich grup społecznych i wszystkich kultur. Epidemiolodzy znaleźli
opisy przywodzące na myśl depresję na całym świecie -?zarówno w społeczeństwach rozwiniętych, jak i rozwijających się19. Wydaje się, że liczba cierpiących na nią ludzi
rośnie. Myrna Weissman i jej współpracownicy badali dokumentację
medyczną, sięgając aż do początku ubiegłego wieku. Wyliczyli, że nawet
jeśli wziąć pod uwagę rosnącą wykrywalność, w każdym kolejnym pokoleniu
zagrożenie depresją wzrastało dwukrotnie20.
Tendencję tę potwierdziły badania przeprowadzone na całym świecie na
losowej próbie około 39 tysięcy osób z krajów tak różnych, jak Nowa
Zelandia, Liban, Włochy, Niemcy, Kanada i Francja. Badacze stwierdzili
większy odsetek cierpiących na depresję i w młodszym wieku niż
kiedykolwiek wcześniej21.
Narodowy Instytut Zdrowia Psychicznego podaje, że w Stanach
Zjednoczonych od sześciu do dziesięciu procent populacji -?niemal jedna
na każdych dziesięć osób -?zmaga się z jakąś formą tej choroby22. A jednak, choć są to liczby przygnębiające,
sądzę, że całkowity wpływ depresji na życie mężczyzn jest w znacznym
stopniu niedoceniony. Statystyki nie ujmują takich ludzi, jak David
Ingles, którego depresja manifestuje się w sposób bardziej subtelny, niż
to opisuje DSM-IV, i mniej rzuca się w oczy, lecz jej następstwa są
wystarczająco poważne, by zagrażać jego zdrowiu i rozbijać rodzinę.
Dlaczego nie tylko opinia publiczna, lecz także społeczność lekarzy i psychiatrów dostrzegają depresję wyłącznie w jej najpoważniejszej i najoczywistszej formie? W niedawnym ogólnokrajowym sondażu ponad połowa
badanych nie uznała depresji za poważny problem zdrowotny. Jak pokazuje
inne badanie, 25 procent osób doświadczyło depresji, a następnych 26
procent zaobserwowało ją u członków rodziny. Mimo to blisko połowa wciąż
postrzegała ją nie jako chorobę czy problem psychologiczny wymagający
fachowej pomocy, lecz raczej jako oznakę słabości charakteru23.
Nasz obecny stosunek do depresji i skłonność do jej negowania to echo
dawnej, moralizatorskiej postawy wobec alkoholizmu. Przyczyny
minimalizowania problemu są w gruncie rzeczy takie same, jakie były
wtedy. Chodzi o wstyd. Depresja może być pewnego rodzaju piętnem dla
wszystkich osób na nią cierpiących, ale związany z nią brak akceptacji
uderza szczególnie w mężczyzn. To smutne, ale nietrudno było
przewidzieć, że David na swoją depresję zareaguje raczej podwojeniem
wysiłków w pracy niż autorefleksją i nawiązaniem kontaktu z własnymi
emocjami. Zanim rozpoczął terapię, przyznanie się do cierpienia
postrzegał nie jako drogę do poprawy, lecz jako poniżającą klęskę. W rachunku męskiej dumy górę bierze stoicyzm. Nazbyt często negowanie
choroby jest utożsamiane z twardością i męskością -?"Maczuga losu
okrwawiła mi głowę / Lecz nie zgięła karku"24.
Kiedy David Ingles uciekał przed swoim wewnętrznym rozstrojem, poddawał
się kulturowym stereotypom związanym z męskością. Nasze społeczeństwo ma
więcej szacunku dla tych, którzy kroczą naprzód mimo ran -?którzy negują
swoje problemy -?niż dla tych, którzy "dopuszczają do siebie" chorobę.
Tradycyjnie nie cenimy mężczyzn nazbyt wrażliwych i emocjonalnych.
Mężczyzna cierpiący na depresję to ktoś, kto nie tylko ujawnia swe
emocje, lecz także pozwala, by podkopywały jego sprawność. Mężczyzna
pokonany przez życie to już i tak źle. Ale mężczyzna pokonany przez
własne uczucia, nad którymi nie zdołał zapanować -?to dla wielu coś
zupełnie nie do przyjęcia.
Takie nastawienie często komplikuje jeszcze bardziej sytuację mężczyzny
cierpiącego na depresję: przygnębia go własne przygnębienie, wstydzi się
swojego wstydu. Obawiając się stygmatyzacji związanej z depresją, chory
pozwala, by cierpienie drążyło go od środka, z dala od ludzkich oczu.
Znany lekarz John Rush mówił w wywiadzie o etykietce "niemęskości"
związanej z tym schorzeniem i możliwych tego konsekwencjach:
[Depresja] nie oznacza, że jestem słabym człowiekiem, nie oznacza, że
jestem skończony, nie oznacza, że jestem nienormalny. Oznacza tylko, że
jestem chory i ktoś powinien się tym zająć. Jeden z moich przyjaciół
powiedział kiedyś: "Depresja? Chłopie, to choroba mięczaków". Choroba
mięczaków? Tak, to prawda. A najgorszy mięczak to ten, co sam siebie
zabija25.
John Rush trafnie to ujął. Mężczyznę wstydzącego się swoich uczuć i odrzucającego pomoc "choroba mięczaków" może zabić. Mężczyźni popełniają
samobójstwa cztery razy częściej niż kobiety26.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat naukowcy zbadali związek tradycyjnego
stereotypu męskości z chorobami fizycznymi, nadużywaniem alkoholu i ryzykownymi zachowaniami. Uzyskane wyniki wskazują na to, co większość z nas wie z własnego doświadczenia: niejeden mężczyzna raczej narazi się
na niebezpieczeństwo, niż przyzna do niedomagania, fizycznego czy
psychicznego27. W książce The Things They
Carried Tim O'Brien daje jaskrawy przykład potęgi męskiego wstydu,
wspominając swoich kolegów, piechociarzy z Wietnamu:
Nosili w sobie swoją reputację. Nosili w sobie największy lęk żołnierza,
lęk przed wstydem. Ludzie zabijali i sami ginęli, bo inaczej byłoby im
wstyd. To właśnie przede wszystkim zaniosło ich na wojnę: nie marzenia o sławie i chwale, lecz potrzeba uniknięcia wstydu. Nurkowali w tunelach,
szli naprzód pod ogniem. Nie byli tchórzami, bo zbyt bardzo się
bali28.
Opisywani przez O'Briena żołnierze, którzy woleli umrzeć, niż się
wstydzić, przypominają mi Harry'ego, staromodnego irlandzkiego ojca
jednego z moich pacjentów, który krępował się pójść do lekarza, dopóki
rak nie przeżarł mu połowy jąder.
Motyw męskiego negowania własnej kruchości znajduje uosobienie w moim
pacjencie Stanie, studencie college'u, z którym miałem przejściowy
kontakt. Pewnej gorącej nocy w Fort Lauderdale podczas ferii wiosennych
Stan dał się wciągnąć w hałaśliwą rundę po barach w hollywoodzkim stylu.
Wypiwszy "o kilka browarów za dużo", chcąc popisać się przed "paczką
napalonych kumpli", zaczął rozrabiać zupełnie jak w filmie. "Nieźle
nawrzucałem różnym gościom tej nocy" -?pochwalił się przede mną.
Najwyraźniej ktoś nawrzucał także jemu. Dostał w szczękę na tyle mocno,
że uległ uszkodzeniu nerw policzkowy, co spowodowało paraliż niemal
połowy twarzy. Skóra zwisała, jakby była sztuczna. Naoglądawszy się
celuloidowych bohaterów, którzy po zainkasowaniu ciosu od razu wstają i rzucają się na nowo w wir walki, Stan nie spodziewał się, że jedno
uderzenie może mu tak załatwić twarz.
U mężczyzn przymus skrywania słabości i bólu jest tak silny, że wpływa
na zmniejszenie się średniej długości ich życia. Okazuje się, że
dziesięć lat różnicy w długowieczności pomiędzy kobietami a mężczyznami
ma niewiele wspólnego z genami. Mężczyźni umierają wcześniej, ponieważ
nie dbają o siebie. Dłużej zwlekają, zanim przyjmą do wiadomości, że są
chorzy, później zwracają się o pomoc, a kiedy zaczną się leczyć, nie
przestrzegają kuracji tak skrupulatnie jak kobiety29.
Całe pokolenia wychowały się na męskich bohaterach, którzy dosłownie nie
byli istotami z krwi i kości, jak Superman, Robocop, Terminator I i II.
I nasz zachwyt fizyczną odpornością nie wydaje się słabnąć. Zarówno
celebryci, jak i zwykli ludzie w całym kraju znaleźli sobie nową pasję -
hodowanie muskułów. Każdy z 256 dorastających chłopców o słabym
umięśnieniu, których badał psycholog Barry Glassner, przejawiał
zaburzenia nastroju lub zachowania wywołane poczuciem, że nie są na
poziomie. A ogólnokrajowa ankieta z udziałem 62 tysięcy czytelników
pisma "Psychology Today" wykazała bezpośrednią korelację pomiędzy wysoką
samooceną mężczyzn a ich oceną własnego umięśnienia. Męska obsesja na
punkcie mocnego ciała szybko dogania tradycyjne kobiece zaburzenia w rodzaju anoreksji i bulimii30. Po raz
pierwszy w historii znacząca liczba mężczyzn na równi z kobietami
troszczy się do przesady o swoje rozmiary i kształty fizyczne. Wygląda
na to, że w Ameryce kobieta nigdy nie jest za szczupła, a mężczyzna za
silny.
Jak wskazują opisane trendy, pomimo że mówi się wciąż o nowym wzorze
wrażliwego mężczyzny, jakiekolwiek przesunięcie w twardym kodeksie
męskości to niewiele więcej niż zasłona dymna. Chociaż wiele
tradycyjnych aspektów męskości może ulegać zmianom, zasada odporności
pozostaje taka sama jak dwadzieścia lat temu, kiedy Pat Conroy napisał
autobiograficzną powieść The Great Santini. Pułkownik Frank Santini
bezwzględnie rani uczucia syna, a następnie udziela mu rady.
"Nade wszystko -?powiada Santini -?musisz uważać na ogon. Pamiętaj,
zawsze strzeż się od ogona"31.
Pułkownik mówi żargonem pilotów myśliwskich -?ogon to wrażliwa, podatna
na atak strona samolotu, jego pięta achillesowa. Czytałem opis tej sceny
między ojcem i synem z mieszanymi uczuciami. Propagowana przez
Santiniego reguła odporności utrwala ból. Ale dopóki ta reguła
obowiązuje, nie możemy odrzucić jego rady i uznać jej za głupią. Świat
mężczyzn i chłopców bywa bezwzględny. Nie jest to bynajmniej
paranoidalne urojenie, kiedy przeżywający depresję mężczyzna skrywa
swoje rozterki z lęku przed reakcją otoczenia.
Hammen i Peters przebadali pod tym właśnie względem kilkuset młodych
ludzi dzielących ze sobą pokój w internacie college'u32 . Stwierdzili, że dziewczyny w chwili
przygnębienia mogą liczyć na wsparcie ze strony współmieszkanek,
znajdują u nich współczucie i opiekę. Natomiast studenci płci męskiej -
przeciwnie -?ujawniając przed kolegami depresję, spotykają się z izolacją społeczną, jeśli nie z otwartą wrogością. Badania te powtórzono
później na innych kampusach w całym kraju z bardzo zbliżonymi
rezultatami33. To prawda, że mężczyznom z trudem przychodzi przyznawać się do słabości. Ale wydaje się również, że
mają po temu dobre powody.
"Mój pierwszy terapeuta zalecał, żebym otworzył się na ludzi -?opowiadał
mój pacjent Steven, mężczyzna po trzydziestce. -?Studiowałem wtedy
medycynę, którą, nawiasem mówiąc, on też przecież ukończył, więc
powinien lepiej się orientować, jak to jest. "Otwórz się" -?mówił. Więc
grzeczny chłopiec Stevie, który zawsze robił to, co mu kazali, zaczął
się otwierać. Człowieku, ależ ja byłem naiwny! Otwierałem się i od
każdego dostawałem po nosie. Myślałem, że jeśli przyznam się, że mam
AIDS, to zbliży chłopaków do mnie. Przez następne kilka miesięcy mój
brat był zbyt zapracowany, żeby zamienić ze mną słowo. Wiesz, jak to
jest z tymi typami w depresji, o których się czyta, co to im się wydaje,
że wydzielają brzydką woń, wiesz, że śmierdzą? No to chyba wiem, jak oni
się czują".
Piętno związane z depresją często rzutuje także na życie rodziny
chorego. Jego bliscy mogą doznawać pokusy, by "chronić męskie ego" przez
schlebianie jego złudzeniom. Podczas jednej z sesji Elaine powiedziała
mi, że nie chce "obnażać Davida", reagując na cierpienie, które wyraźnie
z niego promieniuje. Partnerki mężczyzn cierpiących na depresję lękają
się, że nazwanie ich stanu po imieniu pogorszy tylko sytuację. Lepiej
przejść nad tym do porządku i nie skupiać się na sprawach
nieprzyjemnych34. Kiedy jednak bagatelizujemy
u mężczyzny depresję z obawy, by go nie poniżyć, wpisujemy się w najgorszy sposób w kulturowe stereotypy męskości. Wysyłamy do człowieka
walczącego ze swą przypadłością komunikat, że nie może liczyć na pomoc.
Musi polegać na sobie. Musi samodzielnie rozwiązać problem.
Przyjaciele i członkowie rodziny mogą mieć poczucie, że popełniają
niestosowność albo nawet okrucieństwo, stawiając czoło depresji
mężczyzny, ale to samo dotyczy specjalistów opieki medycznej, którzy nie
są uodpornieni na kulturowe przesądy. John Rush ujął to następująco:
Lekarze wciąż niechętnie stawiają tę diagnozę [depresji], ponieważ
również myślą w stylu: "Musiałeś coś zrobić nie tak. Jak się wpuściłeś w taki kanał?", czyli zakładają, że pacjent sam jest sobie winien. Jeśli
cierpisz na jakieś schorzenie neurologiczne -?chorobę Parkinsona lub
Huntingtona, nietrzymanie moczu czy kręgosłup uszkodzony w wypadku
samochodowym -?to wszystko w porządku, ale kiedy przechodzimy do
wyższych obszarów mózgowych, nie ma już mowy o chorobie. Teraz masz
"niewłaściwe nastawienie" i "problemy osobowościowe"35.
Podczas innej sesji Elaine przyznała, że martwiąc się o męża, nakłoniła
go do rozmowy z ich lekarzem rodzinnym, który w ciągu lat stał się
przyjacielem domu. Sam David opisał tę wizytę jako "unikanie kontaktu z tym, co najgorsze".
-?Bardzo lubię Boba -?mówił -?ale spójrzmy trzeźwo. On o wiele zręczniej
się czuje, omawiając wyniki analiz, niż wypytując o stan mojego umysłu.
-?Albo o twoje picie -?wtrąciła Elaine.
-?Albo o moje picie -?zgodził się David.
Specjaliści od zdrowia psychicznego, którzy powinni być nauczeni sięgać
głębiej, poza powierzchowne skargi na niedomagania cielesne, nie
osiągają w tej dziedzinie wiele więcej niż lekarze ogólni. Wielu
psychoterapeutów, szczególnie we współczesnej, skomercjalizowanej opiece
zdrowotnej, leczyłoby objawy depresji Davida -?picie, napięcie w małżeństwie czy kłopoty w pracy -?w ramach krótkoterminowej terapii
skupionej na konkretnym problemie, w ogóle nie identyfikując głębszej
przyczyny tych zaburzeń.
Jednym z czynników utrudniających rozpoznanie stanu Davida jest fakt, że
profesjonaliści, w nie mniejszym stopniu niż wszyscy inni ludzie,
skłonni są szukać tego, co spodziewają się znaleźć. Konwencjonalna
mądrość mówiąca, że kobiety zapadają na depresję, a mężczyźni nie,
odwodzi wielu terapeutów od trafnej diagnozy.
Przeprowadzono liczne ogólnokrajowe badania, aby określić, jakim
kategoriom osób przypisuje się depresję. Niektóre projekty miały
gigantyczny zasięg, jak prace Pottsa, które objęły ponad 23 tysiące
respondentów. Większość tych badań wykazała, że specjaliści zdrowia
psychicznego mają tendencję do przeceniania depresji u kobiet i niedoceniania jej u mężczyzn36.
W innego rodzaju pracy badawczej psychologom wręczano fikcyjne
psychiatryczne "historie przypadku", odnoszące się do różnego rodzaju
schorzeń. Tylko jeden parametr był zmienny -?płeć pacjenta. Uczestnicy
eksperymentu jednogłośnie oceniali te same symptomy depresji jako
poważniejsze w przypadku mężczyzn niż kobiet. I odwrotnie, ten sam opis
choroby alkoholowej wskazywał -?według ekspertów -?na cięższy przypadek,
gdy pacjentem była kobieta. Te kontrastujące ze sobą wyniki świadczą, że
oczekiwania związane z płcią znacząco zaburzają ocenę specjalistów.
Wygląda na to, że za naruszanie stereotypów "karzą" oni pacjentów obu
płci poważniejszą diagnozą. Depresja jest niemęska, a alkoholizm
niekobiecy, więc jeśli mężczyzna jest w depresji, to musi być z nim
naprawdę niedobrze, podobnie jak z kobietą alkoholiczką37.
Wielka liczba mężczyzn skrywa swój stan przed światem zewnętrznym, a ich
otoczenie -?osoby bliskie, lekarze, nawet psychoterapeuci -?mogą mylić
się w swoich diagnozach, ale David Ingles posunął się znacznie dalej w negowaniu swojej depresji. Nie tylko zamaskował ją przed innymi, skrywał
ją nawet przed samym sobą. Statystyki nie ujmują wielu przypadków jawnej
depresji u mężczyzn, ponieważ nie zostały prawidłowo zdiagnozowane. W innych jednak przypadkach, takich jak Davida, chorzy nie otrzymują
pomocy, ponieważ ich objawy nie pasują do klasycznego modelu opisanego w DSM-IV. David cierpiał na coś, co nazywam depresją ukrytą. Jest ona
niedostrzegalna dla otoczenia i w znacznej mierze nieuświadomiona przez
samego chorego. A jednocześnie znacząco wpływa na jego postawę. David
Ingles sam się pogrążał w pracy, wyładowywał niepokój w gniewie i topił
niezadowolenie w alkoholu. We wszystkich sferach życia opór przed
wystawianiem swych kruchych emocji na światło dzienne prowokował u niego
zachowania, które jeszcze bardziej oddalały go od otaczających go ludzi.
Kiedy Elaine nie okazywała mu uwagi, zalewało go poczucie porzucenia i odpłacał jej za to wzmacnianiem dzielącego ich muru -?w ten sposób
małżonkowie wchodzili w spiralę rosnącej alienacji. Rozpaczliwa, chociaż
nieuświadomiona potrzeba bliskiego kontaktu z Chadem -?bycia dla niego
takim ojcem, jakim jego własny ojciec nigdy nie był -?prowadziła,
paradoksalnie, do wyżywania się na synu, do odgrywania właśnie takiego
scenariusza, jakiego pragnął uniknąć. Praca z rodzinami w rodzaju
Inglesów przekonała mnie, że wiele problematycznych zachowań
obserwowanych u mężczyzn ma źródła w depresji.
Ukryte zaburzenie, na które cierpiał David, było w przeszłości
sporadycznie opisywane pod takimi nazwami, jak depresja maskowana,
depresja charakterologiczna czy równoważnik depresji. Nie badano go
jednak systematycznie. Już w 1974 roku Martin Opler zauważył: "Depresja
maskowana jest jednym z najbardziej rozpowszechnionych schorzeń we
współczesnym społeczeństwie amerykańskim, a zarazem pewnie najbardziej
ignorowanym w literaturze psychiatrycznej"38.
Ta sytuacja się nie zmieniła. Jeśli depresja jawna u mężczyzn pozostaje
często niezauważona, to depresja ukryta jest praktycznie niewidoczna.
Rozdział drugi
Synowie Narcyza: godność, wstyd i depresja
Był utęskniony i tęsknił; był podpalaczem i sam się spalał.
Owidiusz39
Psychiatria nie przyczyniła się zbytnio do zgłębienia natury ukrytej
depresji, natomiast sztuka, poezja i dramat zawsze czerpały całymi
garściami z tej ludzkiej kondycji. Archetypem tej choroby jest mit
Narcyza, dorastającego syna rzecznej nimfy, który spędzał burzliwą
młodość na samotnych gonitwach i polowaniach w lesie -?aż do dnia, w którym sam został upolowany.
"Wiele kobiet kochało się w Narcyzie -?rozpoczyna opowieść Owidiusz. -
Pragnęły go dziewczęta i młode kobiety. Lecz w jego kształtnym ciele
kryła się zimna duma: żadna kobieta, żadna dziewczyna nie znalazła
przystępu do jego serca"40. Narcyz był
uroczym, dziarskim młodzieńcem i wzbudzał pożądanie nimf, lecz odrzucał
ich względy. Jedna ze wzgardzonych wielbicielek w zemście rzuciła na
niego klątwę: oby pewnego dnia sam poznał ból niespełnionej miłości. Jej
życzenie spełniło się, kiedy Narcyz, spocony i spragniony po polowaniu,
dopadł czystego, leśnego stawu. Pochylił się, by się napić, i nagle
oczarował go widok pięknej twarzy na powierzchni wody. Przybliżył usta,
by złożyć na niej pocałunek, i wyciągnął ramiona, by ją objąć. Lecz
obraz, do którego tęsknił, rozpływał się pod jego dotknięciem, by
wrócić, gdy odsunął się dalej. Kiedy zrozpaczony Narcyz zapłakał,
spadające łzy zmąciły odbicie. Nieszczęśnik wznosił modły do tej istoty,
by go nie porzucała. "Pozostań ze mną, błagam! -?łkał. -?Pozwól mi
chociaż patrzeć na ciebie, jeśli nie mogę cię dotknąć"41. W ten sposób -?konkluduje opowieść -?podsycał
tylko spalający go ogień42. Narcyz zapomniał
o śnie i jedzeniu. Sparaliżowany tęsknotą, zaczął więdnąć i wkrótce
zakończył życie.
Aby zrozumieć tę dziwną historię, musimy uchwycić prawdziwą naturę
niedoli tego młodzieńca. Często mówi się o Narcyzie jako symbolu
chorobliwej dumy, lecz w rzeczywistości jest wręcz przeciwnie. Jak
zauważył w XVI wieku renesansowy filozof Marsilio Ficino, Narcyz nie
cierpiał z powodu niepohamowanej miłości do własnej osoby, lecz z powodu
jej niedoboru43. Mit używa paraliżu jako
paraboli. Młody człowiek, dotychczas nieustannie będący w ruchu, nagle
wrósł w ziemię, niezdolny oddalić się od ulotnego odbicia. Według
Ficina, gdyby Narcyzowi nie brakowało prawdziwej miłości własnej,
zdołałby wyswobodzić się z tej fascynacji. Jego nieszczęściem był
bezruch wywołany nie zapatrzeniem w siebie, lecz uzależnieniem od
własnego obrazu.
Ukryta depresja, podobnie jak nieszczęsna pasja Narcyza, jest w istocie
zaburzeniem wiary w siebie. Zdrowa duma to zjawisko fundamentalnie
wewnętrzne. To uznanie dla własnej osoby pomimo jej niedoskonałości,
niewynikające jedynie z tego, co się posiada lub co się potrafi. Zdrowa
duma zakłada, że wszyscy ludzie są stworzeni jako równi sobie, że
dziedziczone cechy jednej osoby nie są ani lepsze, ani gorsze niż
innej44. Taka wizja wrodzonej wartości nie
zabrania nam dokonywać szczegółowych rozróżnień. Wciąż możemy dostrzegać
własne i cudze talenty i ograniczenia. Ale elementarne poczucie wartości
i znaczenia własnego ja nie rośnie ani nie załamuje się pod wpływem
czynników zewnętrznych. Taką zdrową dumę demonstrują rodzice mówiący o swoich dzieciach. Mogą zauważyć, że Sally jest bardzo bystra, a jej brat
Bill ma tylko przeciętną inteligencję albo że Bill jest wysportowany,
podczas gdy Sally rusza się niezgrabnie. Ale rozumni rodzice nie będą z takich powodów wywyższać jednego dziecka, a poniżać drugiego. Teoretycy
psychologii rozwojowej nazywają tę kluczową cechę zdrowego rodzicielstwa
bezwarunkową akceptacją. "Ciepłe spojrzenie matki"45, zinternalizowane przez małe dziecko, staje się
zarodkiem jego własnej wiary w siebie.
To, co przychodzi nam w sposób naturalny, gdy idzie o dzieci, często
uchodzi uwagi w przypadku dorosłych, także nas samych. Życie społeczne
pozbawia wielu z nas kontaktu z wrodzonym poczuciem wartości i zmusza
nas do wyrównywania tego braku za pomocą zewnętrznych namiastek, takich
jak bogactwo, uroda czy pozycja. Im mniej mamy szacunku dla siebie, tym
silniejsza potrzeba rekompensaty.
Narcyz, "przepełniony zimną dumą", jawi się jako niewzruszony. Lecz mit
ujawnia jego skrywaną słabość. Niezdolny do nawiązania prawdziwych
relacji, poddaje się urokowi własnego odbicia i w efekcie staje się jego
niewolnikiem. Psychiatra mógłby przypuszczać, że młodzieniec ten nie
rozwinął w sobie zdolności do kochania, do głębokiego przyswojenia
miłości. Terapeuta spekulowałby, że we wczesnodziecięcej fazie rozwoju
nie otrzymywał dowodów uznania i nigdy nie doznał ciepła bezwarunkowej
akceptacji. W miejsce wewnętrznego poczucia wartości rozwinął obsesję na
punkcie własnego obrazu pochodzącego z zewnątrz. Nie mogło to zaspokoić
jego potrzeb, gdyż żadna dawka zewnętrznych pochwał, zaszczytów czy
troskliwości nie może zastąpić miłości własnej46.
Zakochany we własnym obrazie Narcyz przypomina mężczyznę zakochanego w swoim koncie bankowym, swojej powierzchowności lub swojej władzy. Jest
symbolem wszystkich mężczyzn oczarowanych przez cokolwiek innego niż ich
własna, głęboka tożsamość. Ponieważ ukryta depresja u takich ludzi
wynika z braku wewnętrznej siły życiowej, rzadko udaje im się obronić
odbity obraz. Ilekroć Narcyz próbuje objąć przedmiot swego pożądania,
ten odsuwa się od niego. Nie może sobie nawet pozwolić na łzy bólu, gdyż
mącą one cudowną wizję. Wszystkie swoje autentyczne emocje i potrzeby
składa na ołtarzu uwielbianego odbicia. Musi "podsycać ogień, który go
spala". Równie nieuchronnie jak przy każdym nałogu wpada w błędny krąg,
z którego nie może się wyswobodzić nawet za cenę śmierci. Taka jest
zasadnicza dynamika ukrytej depresji.
Pięćdziesięciosześcioletni Thomas Watchell, korpulentny, łysy menedżer,
zdawał się na pozór tak odległy od stereotypu Narcyza, jak to tylko
możliwe. A jednak w czasie, gdy go poznałem, ten najzwyklejszy człowiek
był tak zafascynowany zewnętrznym odbiciem swojej wielkości, że zupełnie
rozbiło to jego rodzinę i doprowadziło go do stanu desperacji.
Thomas skontaktował się ze mną dopiero wtedy, gdy kilka koszmarnych
miesięcy jawnej depresji pozbawiło go snu, spokoju, nawet zdolności
koncentracji. Miał poczucie beznadziejności, wydawało mu się, że jest
nic niewart i pełen wad. Nie zdawał sobie sprawy, że ten bieżący kryzys,
ostra jawna depresja, to niewiele więcej niż końcowa erupcja
długotrwałej, chronicznej depresji ukrytej. Kiedy po raz pierwszy zjawił
się w moim gabinecie, twierdził, że nie ma pojęcia, dlaczego doznaje tak
intensywnego cierpienia. Był szefem działu finansowego w wielkiej,
międzynarodowej firmie handlu detalicznego i zarabiał "coś koło 400
tysięcy plus premia". Pochodził z ubogiej rodziny pracownika fizycznego
i pragnął zapewnić swoim trzem córkom to wszystko, czego sam w młodości
nigdy nie miał. Pracował na to ciężko i jego opływającej w dostatki
rodzinie nie brakowało niczego z wyjątkiem obecności ojca. Kiedy
przebywał w domu -?a rzadko można go tam było zastać -?był odległy i apodyktyczny. Błyskawiczna kariera miała swoje wymagania: podczas
dzieciństwa córek jedenaście razy z rzędu porzucał wraz z rodziną
dotychczasowe miejsce zamieszkania, by wykorzystać nadarzającą się
okazję awansu. Nigdy nie zastanawiał się poważniej, jak te ciągłe zmiany
mogą wpływać na żonę i dzieci, i nie podejmował z nimi dyskusji na ten
temat. Zakładał po prostu, że co dobre dla Thomasa Watchella, jest dobre
także dla całej rodziny Watchellów.
Przez ponad trzydzieści lat Thomas tkwił w pracy średnio przez
osiemdziesiąt godzin na tydzień, nie wyłączając wieczorów i weekendów. W ciągu tych lat on i jego żona stopniowo oddalali się od siebie. Kiedy po
pięćdziesiątce jego małżeństwo się rozpadło, nie było to dla niego ani
wielkim zaskoczeniem, ani poważnym powodem do niepokoju. Wkrótce znalazł
młodszą, ładniejszą i bardziej uczuciową partnerkę. Martwiło go i nie
dawało mu spokoju coś innego: niemal całkowita alienacja córek, które
miały już po dwadzieścia kilka lat i wszystkie trzy "trzymały z matką".
Jak twierdził, żadna z nich, jeśli nie potrzebowała akurat pieniędzy,
nie okazywała mu większego zainteresowania.
Wielu ludzi sukcesu w rodzaju Thomasa nie potrafi dostrzec niszczących
skutków kompulsywnej pracy, dopóki życie osobiste nie wystawi im za to
rachunku. Świadomość, że córki się od niego odwróciły, uderzyła go z zaskakującą siłą i pogrążyła w skrajnej rozpaczy. Niczym współczesny
Król Lear miał poczucie, że go haniebnie zdradziły, zapomniały o nim,
wzgardziły jego staraniami i hojnością. A jednak podczas pierwszej sesji
z rodziną dorosłe potomstwo Thomasa nie ujawniło szczególnej wrogości
wobec ojca. W ogóle niewiele do niego czuły. W trakcie szczęśliwego
dzieciństwa spędzonego w bliskim i ciepłym kontakcie uczuciowym z matką
dziewczyny nauczyły się obywać bez niego. Jedna z nich określiła Thomasa
jako "wpadającego od czasu do czasu władcę", druga nazwała go
"uśmiechniętym czekiem in blanco".
-?Co miałeś na myśli, mówiąc "ubogi"? -?pytam Thomasa podczas jednej z sesji, kiedy on i jego córki, podobne do niego z twarzy i postawy,
rozsiedli się w fotelach.
-?Proszę? -?Zawsze poprawny Thomas spogląda znad dużych, okrągłych
szkieł.
-?Pod koniec poprzedniej sesji mówiłeś coś o dorastaniu w robotniczej
rodzinie -?przypominam. -?Pamiętasz to?
Thomas machinalnie przytakuje.
-?Zaintrygowało mnie to, co mi powiedziałeś, kiedy cię o to zapytałem. -
Bezskutecznie próbuję złapać jego wzrok. -?Że wychowałeś się w ubogim
robotniczym domu. Pamiętasz to zdanie?
Thomas bębni swoimi krótkimi, grubymi palcami po grubym, wełnianym
materiale spodni. Patrzy gdzieś za okno.
-?Naprawdę? -?mówi z namysłem, unikając moich oczu. -?Tak powiedziałem?
Milknie.
Diane, najstarsza córka i główny rzecznik rodziny, porusza się
niecierpliwie w fotelu.
-?Tato... -?zaczyna, ale przerywam jej łagodnie, unosząc dłoń.
-?Daj mu minutę -?proszę.
Diane i jej siostry podczas wcześniejszych sesji aż nazbyt jasno dały do
zrozumienia, co czują w związku z nieuchwytnością ojca. Thomas słuchał
ich żalów na pozór nieporuszony, demonstrując taką właśnie niedostępność
emocjonalną, jaką mu zarzucały. Uznałem, że córki dosyć już powiedziały.
Przyszła pora, by zdarzyło się coś więcej.
-?Ubogi -?powtarzam z lekkim naciskiem. -?Pamiętasz to?
Marszczy czoło, wciąż gapiąc się w okno.
-?Jakoś nie pamiętam...
-?Jeśli nie pamiętasz tej rozmowy sprzed tygodnia, to może zacznijmy od
zera? -?podsuwam. -?Spróbuj wyobrazić sobie, co mógłbyś mieć na myśli.
Thomas krzyżuje nogi. Przez chwilę się zastanawia.
-?Wiesz -?zaczyna -?dziewczęta niewiele o tym wiedzą.
-?To mnie wcale nie zaskakuje -?odpowiadam. -?Po części właśnie dlatego
cię o to pytam.
Znowu porusza się niespokojnie w fotelu. W końcu, po dłuższej chwili
ciszy, odwraca się do mnie twarzą.
-?Dobrze -?mówi zdecydowanie, patrząc mi w oczy. -?Co chciałbyś
usłyszeć?
-?No więc -?odpowiadam powoli -?mógłbyś zacząć od tego, co sprawiło, że
uznałeś, iż lepiej trzymać się z dala od życia rodzinnego.
Wygląda na to, że moje słowa go zaskoczyły. Wciąga z niezadowoloną miną
powietrze, szykując się do utarczki, ale potem zamiera -?i nagle na jego
twarzy pojawia się uśmiech.
-?Więc na tym polega terapia -?mówi rozweselony.
-?Witamy w nowym wspaniałym świecie introspekcji -?rzucam.
Thomas splata dłonie, potem je rozdziela.
-?No wiesz, nie spodziewałem się, że będziemy się w tym grzebać -?mówi,
znowu poważniejąc.
-?Rozumiem cię -?odpowiadam, wyczuwając jego zakłopotanie i odruchową
chęć przyjęcia pozycji obronnej. Rzucam okiem na trzy dziewczyny, które
zamarły w oczekiwaniu, bez znaku aprobaty lub dezaprobaty.
-?Thomas -?pytam -?jak sądzisz, czy twoje córki dobrze cię znają?
-?Myślę, że tak jak wszystkie córki -?zaczyna.
-?Tato! -?Diane i najmłodsza, Patricia, wybuchają jednym głosem.
-?No, dobrze, może i nie -?godzi się niechętnie. -?Może nie tak dobrze,
jak sądziłem.
-?I właśnie dlatego tu siedzą, prawda? -?pytam. -?Twoje córki przyszły,
żeby się dowiedzieć, kim naprawdę jesteś.
-?Co wcale nie znaczy... -?Diane gwałtownie prostuje się, bardzo podobna
w tej chwili uniesienia do ojca.
-?Co nie znaczy nic -?uspokajam ją, przerywając jednocześnie jej
wypowiedź. -?Znaczy to, co znaczy. Teraz posłuchajcie. Co wy właściwie
wiecie o dzieciństwie ojca?
Przez chwilę wszystkie wpatrują się we mnie tępo. Caroline, średnia
siostra, kręci głową.
-Niewiele -?bąka w końcu Diane.
Wszyscy patrzymy na najmłodszą siostrę, która bez słowa rozkłada ręce i nagle z oczu zaczynają jej płynąć łzy. Diane podaje jej chusteczkę.
Patricia otwiera usta, ale nie wydaje dźwięku.
-?Dlaczego płaczesz, mała? -?pyta Caroline.
Patricia gwałtownie kręci głową.
-?Ja po prostu... -?zaczyna. -?Ja zawsze tak się czuję... Jest mi
smutno, kiedy myślę o tacie.
Pochylam się w jej stronę.
-?Patricio, co wiesz o dzieciństwie twojego ojca?
-?Właściwie to nie wiem nic. -?Sięga po kolejną chusteczkę. -?Wiem
tylko... Boże, nic nie wiem...
-?Na pewno coś wiesz, Patricio. Powiedz -?nalegam.
-?No więc... -?jąka się -?nie jestem pewna. To takie... Wiem tylko, że
było złe!
Patricia kuli się w sobie. W żaden sposób nie może kontynuować. Pochyla
głowę i zaczyna szlochać.
Thomas zerka na córkę z zakłopotaniem. Patrzy kątem oka, lękając się
spojrzeć jej w twarz.
-?To wszystko twoje, wiesz o tym? -?mówię.
Zwraca się ku mnie.
-?Ból, który ona wyraża, jest twój -?objaśniam.
* * *
Dwie sesje później, promieniując skoncentrowaną odwagą, Thomas Watchell
zgodnie z moim poleceniem siedzi wygodnie w fotelu z zamkniętymi oczami
i dłońmi elegancko splecionymi na kolanach. Caroline, Diane i Patricia
usadowiły się z boku, na pozór w swobodnych pozach. Ale ich oddechy są
płytkie, a oczy utkwione w twarzy ojca. Thomas, głęboko rozluźniony,
niemal w lekkim hipnotycznym transie, zaczyna zgłębiać nieprzyjemne
wspomnienia, "krytyczne epizody" ze swego dzieciństwa47. Ponieważ nie może się zdobyć na mówienie o przeszłości w normalnej rozmowie, proszę go, żeby zamknął oczy, pozwolił
swym myślom powędrować wstecz i raczej na nowo przeżywał, niż
relacjonował tamte wydarzenia48. Posługując
się tą techniką wychodzenia z traumy, Thomas przede wszystkim sięga do
najważniejszej sceny, która zaciążyła nad jego dzieciństwem, a następnie
wczuwa się w nią emocjonalnie. Widzę krople potu zbierające się na jego
czole i karku. Opisuje "mauzoleum" sypialni jego matki widziane oczami
małego chłopca.
-?Tu jest duszno -?mówi.
-?Duszno?
-?Tak. Wszystkie zasłony są spuszczone.
-?Mów dalej -?zachęcam.
-?Nie zwykłe zasłony. To za słabe słowo. Takie wielkie, ciężkie
brokatowe draperie. Wszędzie ich pełno. Cały pokój w nie zawinięty. Na
ścianach, nad łóżkiem. Poduszki, kwiaty i -?jak się to nazywa -
saszetki.
Urwał, jakby na nowo poczuł tamtą woń.
-?Thomas, ile masz lat? -?pytam.
-?Ach, jestem całkiem mały. Cztery, może pięć, sześć czy siedem.
-?Mów dalej -?zachęcam go łagodnie.
Thomas siedzi z zamkniętymi oczami, ze stopami opartymi na podłodze, z rękami na kolanach, jak dziecko.
-?Chcesz wiedzieć, jak to czuję? -?pyta.
-?Tak. -?Kiwam głową, chociaż nie może tego widzieć. -?Opowiedz ze
szczegółami.
-?No więc jest gorąco. W moich wspomnieniach jest dziwnie gorąco.
Wszystko jest pozamykane, rozumiesz? Okna. Lufciki. A to jest sierpień.
-?Idź dalej -?ponaglam. -?Jak tam pachnie?
Marszczy nos.
-?Nie zwracam na to uwagi...
-?Czy czujesz jakieś zapachy kojarzące ci się z matką? -?próbuję
ukierunkować jego wspomnienia. -?Zapach jej ubrań, jej oddechu?
Thomas się uśmiecha, wciąż z zamkniętymi oczami, jakby przejrzał moją
grę.
-?Jej ubrań, jej oddechu? -?powtarza. -?Jej chlania, chciałeś
powiedzieć? -?W jego głosie brzmi pretensja. -?Nie. -?Kręci głową. -
Masz rację, oczywiście, ale to nie jest smród. Ona pije czystą wódkę. To
nie pozostawia mocnego zapachu. Może pachnie trochę jak środki
dezynfekcyjne, ale szczerze mówiąc, nawet to lubię. Przypomina mi to
pielęgniarki w naszym szkolnym ambulatorium.
-?Czy ona się porusza? Mówi coś? -?pytam.
-?W tej mojej fantazji? -?uściśla i kręci głową. -?Nie. Nic takiego.
Leży plackiem. Rozwalona w poprzek łóżka, chrapiąc jak małe dziecko.
Odpływa gdzieś myślą.
-?A ty co? -?próbuję skłonić go do kontynuacji.
-?Ja? -?Milknie i znowu się zamyśla.
-?Thomas?
-?Jestem tu. -?Wzrusza w końcu ramionami. -?Po prostu siedzę. Na
posterunku.
-?Co proszę?
-?Jako strażnik -?wyjaśnia. -?Żołnierz na warcie. Mały żołnierzyk
mamusi. -?Prostuje się w fotelu. -?Sterczę jak kołek. Gapię się.
-?Gapisz się -?powtarzam. -?Na co?
-?No cóż, chyba na nią -?odpowiada. -?Jak oddycha. Wiesz, pierś do góry
i w dół, do góry i w dół. -?Znowu urywa. -?To jest takie kojące,
naprawdę.
-?To wcale nie jest kojące -?sprzeciwiam się z naciskiem. -?To twój
obowiązek.
-?Co?
-?Siedzieć tam, pilnować jej -?zauważam, że w moim głosie brzmi niemal
złość. -?Pilnować jej oddechu.
-?No, może -?ustępuje. -?W ogóle pilnować jej. Czy wszystko jest z nią w porządku.
-?Pilnować, czy jeszcze żyje -?podpowiadam.
* * *
Kiedy pytam Thomasa, jak często przesiadywał tak na straży nad pijaną
matką, odpowiada: "Codziennie", takim tonem, jakby było to głupie
pytanie. Kiedy jednak proszę go, żeby wyobraził sobie, jak czuje się ten
mały chłopiec żyjący w jego pamięci, gdy siedzi przy jej łóżku, w końcu
zaczyna płakać, po tylu sesjach, podczas których wydawał się
niewzruszony.
-?Pusty -?wydusza z siebie po długiej, męczącej pauzie. -?Czuję się
całkiem pusty. -?A potem dodaje niepytany: -?Wiesz, czasami się do niej
przytulałem. Kładłem głowę obok niej, żeby ją czuć...
Wciąż z zamkniętymi oczami Thomas odwraca się od nas do ściany. Wiemy,
że chce być teraz sam ze sobą. Córki płaczą bezgłośnie, nie chcąc mu
przerywać.
-?Więc jak? -?pyta Thomas, gdy wstajemy po zakończeniu sesji. Wygląda na
nieco zmiętego. -?Czy coś dzisiaj załatwiliśmy?
Dziewczyny otaczają ojca. Caroline wsuwa się w jego ramiona.
-?Oj, tato, tak trudno cię rozgryźć.
Byłem niezmiernie zadowolony z jego płaczu i wysiłku pamięci. Dwa
miesiące wcześniej za nic nie pokazałby się swoim córkom z takiej
strony. Trzy miesiące wcześniej w przychodni wydzierał się na młodego
praktykanta, twierdząc, że jego psim obowiązkiem jest dać mu coś na sen.
Sądził, że nasze sesje są po to, żeby ułożył sobie sprawy z rodziną, i rzeczywiście tak się stało. Ale prawdziwym celem było leczenie jego
ostrej depresji jawnej i chronicznej depresji ukrytej.
Jawna depresja Thomasa czekała tylko na okazję do manifestacji, podobnie
jak u Davida Inglesa, chociaż z innych powodów. Stałe ignorowanie
własnych emocji i związków z ludźmi nałożyło się niebezpiecznie
zaniedbania psychologiczne, których doznał w dzieciństwie. Thomas miał
jasne wyobrażenie swoich życiowych celów i wiedział, do czego dąży, lecz
otwarcie ignorował swoją przeszłość. Odwrócił się plecami do minionych
faktów i udawał, że go nie dotyczyły. Błąd w jego strategii oddzielania
się od dawnego bólu polegał na tym, że nie poddawały się jej emocje.
David Ingles nie chciał znać smutnego, skrzywdzonego chłopca, który się
w nim krył, i skończyło się na zadawaniu podobnych krzywd własnemu
synowi. Podczas mrocznych wieczorów przy łóżku matki Thomas niewątpliwie
przysięgał sobie, że nie pozwoli, by jego przyszła rodzina przeżywała
coś podobnego. Ale życie, które stworzył swoim bliskim, okazało się
prawie tak samo pozbawione równowagi jak to, od którego uciekał. Davida
wypieranie przeszłości popchnęło do fizycznej przemocy, natomiast u Thomasa było przyczyną obojętności. Obydwaj bez żadnej złej intencji
zgotowali swoim rodzinom to, przez co sami przeszli w dzieciństwie.
Długotrwała ukryta depresja Thomasa zamieniła się w poważny atak
depresji jawnej, kiedy jego kruche poczucie własnej wartości rozsypało
się pod ciosem, którym było odrzucenie go przez córki. Depresja, którą
nosił w sobie przez tyle lat, w końcu wybuchła gwałtownie. Ale, jak sam
później przyznał, zawsze z nim była, niepostrzeżenie drążąc jego
wnętrze.
"To nie to, że byłem z siebie zadowolony -?zwierzał się Thomas w dalszym
etapie terapii. -?Raczej odpychałem od siebie katastrofę. Dzięki każdemu
nowemu sukcesowi mogłem jedynie oddychać trochę swobodniej. Ale zawsze
pozostawał lęk przed czymś, co czai się za najbliższym rogiem. Nigdy nie
czułem się naprawdę na luzie".
Brak przyjaciół i dodatkowych zainteresowań oraz poczucie obcości we
własnym domu Thomas rekompensował sobie dobrym jedzeniem, powodzeniem
zawodowym i dodającymi powagi akcesoriami.
"Kiedy teraz o tym myślę, widzę, że niewiele miałem z życia" -
przyznawał z żalem.
Świadomie lub nieświadomie, Thomas wciąż uciekał. Uciekał przed
niedostatkiem finansowym, ale również przed cierpieniem i pustką,
których doznawał jako dziecko, uciekał przed poczuciem bezwartościowości
i jałowości emocjonalnej, które prześladowało go przez większość życia.
Do czasu obecnego kryzysu Thomas z powodzeniem koił swe psychiczne rany,
zażywając odpowiednie dawki środków wzmacniających wiarę w siebie -
pieniędzy, sukcesów, prestiżu. Lekarstwa te trzymały go w pionie,
zastępując mu autentyczne więzi z ludźmi. Jak większość mężczyzn
cierpiących na ukrytą depresję, miał problemy z intymnością w związkach,
ponieważ nie potrafił się zdobyć na emocjonalną intymność z samym sobą.
Liriope, matka Narcyza, spytała kiedyś wyroczni, czy jej syn będzie
długo żył. Otrzymała ironiczną odpowiedź: "Tak długo, aż pozna samego
siebie". Ci mężczyźni, jak Narcyz, lękają się samowiedzy. Uciekają od
osobistego doświadczenia -?bólu depresji. Odsuwają je na bok i negują.
Davida Inglesa i Thomasa Watchella drążył ból, ale żaden z nich nie
pozwolił sobie go odczuć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki