IZA
- Tak naprawdę nigdy cię nie kochałem.
Kretyn. Bezduszny łamacz serc, któremu powinni amputować mózg.
Zaciskam usta w wąską linię. Muszę się powstrzymać, by nie wypluć mu tych wszystkich epitetów prosto w twarz.
- Nie bądź na mnie zła. Po prostu mówię, co czuję. - Dominik drapie się po tyle głowy, a potem, najwyraźniej nie wiedząc, co zrobić z rękami, opiera je o blat stolika.
Walczę ze sobą, by nie wylać nietkniętego kieliszka wina na tę śnieżnobiałą koszulę, którą sama mu kupiłam kilka tygodni temu.
Gdybym wtedy wiedziała, że przyjdzie w niej na spotkanie, podczas którego pogrzebie nasz związek, wyszyłabym fluorescencyjną nicią napis na plecach: "Nie dotykać, grozi utratą godności i wizji szczęśliwego życia" albo "Jestem równie przystojny, co niedojrzały".
Odchrząkuję, bo nagle zaschło mi w gardle.
- Czy mam rozumieć, że zaprosiłeś mnie dziś na kolację przy świecach w cholernie drogiej restauracji, każąc mi włożyć najseksowniejszą z moich sukienek, tylko po to, by powiedzieć mi, że ze mną zrywasz? - Próbuję poukładać to sobie w głowie, ale puzzle zdają się kompletnie do siebie nie pasować.
- Chciałem, żeby było z klasą.
- Z klasą! - Uderzam dłońmi o uda i śmieję się niczym syrena alarmowa.
Czuję na sobie spojrzenia zbyt ciekawskich ludzi, więc uspokajam się i upijam spory haust z kieliszka. Potem wsuwam do ust kilka kawałków grillowanej ośmiornicy. Jest tak pyszna, że biorę jeszcze trochę i przeżuwam powoli, by uczucie przyjemności potrwało chociaż chwilę dłużej.
Mój były niedoszły towarzysz życia patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami, ale nawet nie mam ochoty mu tłumaczyć, że skoro już odstrzeliłam się jak stróż na Boże Ciało i nie jadłam przez pół dnia, by zmieścić swoje cztery litery w tej obcisłej kiecce, to teraz sobie pofolguję. Mam prawo. Nie, to nawet nie prawo, to cholerny obowiązek!
- Cóż... musiałaś być naprawdę głodna. - Dominik chrząka w pięść i nerwowo przeskakuje spojrzeniem po pogrążonej w romantycznym półmroku sali.
Cofam dłoń, która już wędrowała w stronę talerza, a potem zaciskam palce na nóżce od kieliszka, w którym zostało jeszcze trochę wina.
Zawsze chciałam to zrobić, gdy mnie wkurzał. I zrobię to. Właśnie teraz.
Były niedoszły odskakuje w tył, gdy oblewam go trunkiem.
- Zwariowałaś?! - huczy.
Na jego białej koszuli kwitnie czerwona plama. Przez chwilę wyobrażam sobie, że to krew. Moje serce właśnie tak teraz krwawi, mam nadzieję, że chociaż ten widok mu to uświadomi.
Potem wstaję. Uśmiecham się do tych wszystkich ludzi, którzy udają, że nie patrzą. Dziękuję za posiłek, rzucam kelnerce, że mężczyzna z plamą na koszuli zapłaci, i wychodzę.
Na osiedle docieram taksówką. Moją szyję drapie mroźne styczniowe powietrze, gdy wysiadam przed nowoczesnym blokiem. Ocieram dłonią wilgotny policzek i próbuję pomyśleć o tym, że w sumie moje życie nie jest aż tak beznadziejne, jak mi się zdaje. W końcu mam wspaniałe mieszkanie na strzeżonym osiedlu, dwie najukochańsze przyjaciółki i stabilną pracę.
Próbuję się nawet uśmiechnąć, ale wtedy przypominam sobie, że jednak nie jest tak idealnie. Związek z Dominikiem, siatkarzem o magnetycznym spojrzeniu, wyraźnie zarysowanej szczęce i sylwetce superbohatera z uniwersum Marvela, był najbardziej obiecujący ze wszystkich w ciągu kilku ostatnich lat, a i tak nie przetrwał.
Moje szpilki uderzają o chodnik, gdy podchodzę do bramy.
Co jest ze mną nie tak?
Może i w dzieciństwie nosiłam aparat na zęby i szkła w grubych oprawkach, ale teraz nie ma już po nich śladu. Soczewki są niezauważalne, zęby proste. Nie poddaję się operacjom plastycznym, jednak dbam o siebie naturalnymi sposobami. W szóstej klasie podstawówki okrzyknięto mnie miss podwórka. Co prawda od tamtego czasu spoważniałam, a mój krok stracił nieco sprężystości, ale do tej pory żaden były partner na to nie narzekał.
Wlepiam wzrok w czarne lśniące szpilki i wzdycham. Palce przemarzły mi do kości i wszystko tylko po to, by dostać kosza. Nie rozumiem, o co chodzi w życiu. Los nie jest dla mnie sprawiedliwy.
Podchodzę do bramy i wstukuję kod otwierający drzwi, ale w tej samej chwili ktoś ciągnie za nie od drugiej strony. Zanim zdążę się cofnąć, mężczyzna wpada na mnie, a jego but na mojej półnagiej stopie wywołuje ból prawie jak przy porodzie.
Klnę pod nosem, gdy mój oprawca się odsuwa.
- Sorry, nie widziałem... - bąka.
No raczej. Myśl, że zrobił to celowo, pogrążyłaby mnie jeszcze bardziej.
- Spoko, zapłacisz za rehabilitację mojej stopy i będziemy kwita.
Wysoki jak same drzwi mężczyzna, na oko w zbliżonym do mojego wieku, przygląda mi się z zakłopotaniem. Ma włosy w kolorze kawy z odrobiną mleka, które wołają o przycięcie i przysłaniają głęboko osadzone piwne oczy. Przejeżdżam wzrokiem po jego mało wyszukanym ubraniu i dochodzę do wniosku, że sprana bluza z napisem "NASA" raczej nie jest wystarczająco ciepła na taką pogodę. Potem znów wracam do jego zblazowanej twarzy i dochodzę do wniosku, że nie zrozumiał żartu. Nie mam ochoty robić mu na ten temat wykładu, więc jedynie prycham i wymijam go w wejściu, a później, wciąż lekko utykając, pokonuję schody na drugie piętro.
Zanim docieram do właściwych drzwi, słyszę dochodzące z dołu kroki. Gdy się odwracam, znów napotykam zbliżający się w moim kierunku napis "NASA".
- Śledzisz mnie? - pytam.
Mężczyzna zatrzymuje się z nietęgą miną. Ciekawe, czy robił testy na jakieś zaburzenia emocjonalne, czy to jeszcze przed nim. Ewidentnie coś z nim nie tak.
- Mieszkam tu - odpowiada po chwili.
- Tu? - Wskazuję na piętro, gdzie znajduje się moje mieszkanie, dokładnie po prawej, z pięknym złotym napisem "zapraszamy" umiejscowionym na bladoróżowej wycieraczce.
- Tam. - Jego palec celuje w drzwi naprzeciwko.
Niech mnie. Mam nowego sąsiada! Wreszcie moje modły zostały wysłuchane, a pani Borsukiewicz, która mieszkała tutaj z synem i robiła więcej hałasu niż całe nieujarzmione przedszkole, w końcu się wyprowadziła.
- A poprzedni właściciel? - zastanawiam się głośno.
Wzrusza ramionami.
- Mieszkanie było wystawione na sprzedaż, więc je kupiłem.
Przyglądam mu się w skupieniu. Luźne jeansy, słuchawki wystające z kieszeni spodni i wielka reklamówka z popularnej sieci sklepów wypełniona stukającymi o siebie naczyniami.
Pełna profeska.
- Cóż, fajnie, miło i w ogóle... jakby co, jestem Izka i będziemy sąsiadami.
- Okej.
Okej? Nie no, rozmowny to on nie jest. Zresztą, jakoś specjalnie bystry też nie. Mam nadzieję, że chociaż ma pracę, bo daleko mi do Matki Teresy.
- A imię jakieś masz? - odzywam się.
- Mateusz. Miło poznać.
Po jego minie sądzę, że jednak nie tak miło. W odpowiedzi zdobywam się na niemrawy uśmiech, a potem ruszam do drzwi. Chowam się w mieszkaniu dokładnie w momencie, gdy brzęk naczyń rozchodzi się po całej klatce. Mam nadzieję, że nic się nie zbiło, bo przenoszenie szkła luzem prawie nigdy nie kończy się dobrze.
MATEUSZ
No i masz! Rozbite!
Kładę przedziurawioną reklamówkę na prosty stół kuchenny i ostrożnie wyciągam z niej ostre kawałki talerzy. Ucierpiało też kilka kubków. Nawet ten ulubiony, z napisem "Keep calm and play Xbox", nie nadaje się do użytku.
Przez chwilę walczę, by wyłowić nietknięte naczynia, a następnie to, co przetrwało, układam w szafkach nad zlewem. Chyba faktycznie powinienem lepiej rozplanować transport mojego dobytku z poprzedniego mieszkania. Najlepiej, gdybym wynajął do tego specjalny samochód, ale wewnętrzna potrzeba samodzielności znów podsunęła mi kiepski pomysł, bym upchnął wszystko do mojego forda, bo to przecież kombi.
Od południa łażę więc tam i z powrotem, góra-dół, z mieszkania do samochodu, by przenieść najpotrzebniejsze rzeczy. Meble po poprzedniej właścicielce zostały, więc nie musiałem inwestować w nowe. Zresztą, moja kawalerka w Warszawie była tak minimalistycznie urządzona, że nawet nie miałbym czego z niej wywieźć.
Robię jeszcze trzy kursy. Przenoszę kartony z pościelą, kilka siatek ubrań, Xboxa, laptopa i walizkę, w którą wpakowałem sporo gier, by przypadkiem się nie uszkodziły.
Gdy wreszcie stwierdzam, że wszystko, co trzeba było przenieść, jest już na miejscu (co z tego, że większość w kartonach i siatkach), opadam na kanapę i rozglądam się po wnętrzu. Jest w porządku. Urządzone w nowoczesnym stylu. Gdzieniegdzie ściany zdobią dzieła pięcioletniego artysty, który najwyraźniej uważał, że szary wystrój jest zbyt nudny i dzięki temu teraz tuż zza telewizora patrzy na mnie akwarelowy nieproporcjonalny kot z językiem dłuższym niż cały jego tułów.
Uśmiecham się pod nosem i przez moment zastanawiam, czy na pewno będę chciał się tego pozbyć. Widziałem to mieszkanie tylko na zdjęciach, dokładnie dwa tygodnie temu, gdy właścicielka wystawiła je na portalu społecznościowym. Wyglądało ładnie, przestrzennie i po prostu czysto, a podczas rozmowy telefonicznej doszedłem do wniosku, że nie muszę oglądać go osobiście.
I oto jestem.
Sprawdzam godzinę. Jest już za późno na odwiedzenie rodziców. Biorę więc szybki prysznic w białej, schludnej łazience, a potem, ignorując burczenie w brzuchu, padam na łóżko.
- Razem z tatą bardzo się cieszymy, że zdecydowałeś się wrócić do rodzinnego miasta. Świdnica jest piękna i na pewno spokojniejsza niż ta cała Warszawa - mówi mama.
Wkładam do ust kolejny kawałek szarlotki. Jest tak dobra, że mógłbym na raz zjeść pół blachy. Brakowało mi tego przez ostatnie dziesięć lat. No dobra, to nie tak, że nie odwiedzałem rodziców przez cały ten czas. Oczywiście bywałem w domu na święta i podczas urlopów, ale móc wpaść do nich w poniedziałkowe południe i zastać tam nadwęgloną szarlotkę to co innego!
- Jakie masz teraz plany? - pyta ojciec.
Zerkam na jego lekko zmarszczone czoło. Nie patrzy na mnie, wzrok ma wlepiony w teleturniej nadawany przez jedną ze stacji telewizyjnych. Już zapomniałem, jak to jest, gdy w domu niemal na okrągło gra to metalowe pudło.
- Znalezienie jakiejś pracy to łatwizna. Ofert jest pełno - mówię.
- Januszu, czym się przejmujesz? Twój syn jest wykształconym informatykiem, nie będzie miał problemów ze znalezieniem dobrze płatnej posady. - Mama kładzie dłoń na ramieniu taty. Potem bierze od niego pilota i wyłącza ten bzdurny teleturniej. - Mógłbyś chociaż raz skupić się na rozmowie. Siedzimy razem przy stole.
Ojciec dopiero teraz przenosi na mnie spojrzenie. Doceniam gościnność mamy, chociaż wcale jej nie potrzebuję.
- Czyli masz już coś na oku? - podejmuje znowu ojciec.
Bierze z patery kawałek ciasta i od razu wkłada połowę do ust.
- Tak. Fast food w rynku. W sumie już nawet tam dzwoniłem.
Ojciec chyba się krztusi.
Matka klepie go po plecach.
- Fast food? - pytają niemal jednocześnie.
- No tak. Burgery, tosty, zapiekanki, gazowane napoje. Wszystko, czego potrzeba, by zabić nagły głód i nasycić kubki smakowe glutaminianem sodu.
Rodzice wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.
- Nie chcesz szukać w swoim zawodzie? - Mama patrzy na mnie, jakbym był ciężko chory.
Kręcę głową.
- Ale to przecież... Co to za praca? Z twoim wykształceniem... - Ojciec już zaczyna swój monolog, ale w tym samym momencie wstaję i kieruję się do kuchni.
Odkładam talerz do zlewu. Nalewam sobie do szklanki soku porzeczkowego, który od dobrych dwudziestu lat jest stałym elementem wyposażenia tego małego mieszkanka, i wracam do salonu.
- Mateusz, to... to nierozsądne. - Ojciec walczy ze sobą, by nie powiedzieć, że "głupie".
- Nierozsądne jest pracowanie pod presją czasu, wbrew wypaleniu zawodowemu, z ludźmi, którzy są bardziej toksyczni niż trutka na szczury - tłumaczę.
Zapada milczenie.
Mama chwyta mnie za dłoń i masuje ją swoimi pomarszczonymi palcami. Na jej twarzy malują się teraz troski i zmartwienia, a ja nie wiem, jak powinienem zareagować. Chcę prychnąć, bo przecież nie mam już pięciu lat, by musiała się tak o mnie martwić, ale wiem, że wtedy padną słowa: "będziesz miał swoje dzieci, to zobaczysz".
Tak. Zobaczę. Chyba tylko w snach.
- Zaczynam jutro rano, powinienem się zbierać - mówię w końcu.
- Daj znać, jak poszło! - Mama posyła mi pokrzepiające spojrzenie.
- To praca w knajpie, nie w Białym Domu.
- Tak wiem... - Mama stara się przyjąć pogodny ton. - Będzie dobrze.
Pewnie, że będzie dobrze.
Teraz już na pewno będzie dobrze.
IZA
- Pani Izabela Jacuńska? - pyta młoda, filigranowa blondynka z burzą loków na głowie i zbyt cienką jak na tę pogodę kurteczką.
Wychyla się zza drzwi, zaglądając do mojego gabinetu, i mam wrażenie, że od tego wiszenia na klamce zaraz wyląduje twarzą na podłodze.
Patrzę na zegar znajdujący się dokładnie nad jej głową. Za dziesięć minut kończę pracę i byłam przekonana, że ostatnia pacjentka już wyszła.
- Była pani umówiona na wizytę? - Podnoszę się z krzesła.
- Nie, ale poleciła mi panią koleżanka. Czy ja mogę na chwileczkę... sekundę dosłownie?
Nie żebym w ogóle miała jakikolwiek czas na odpowiedź. Blondynka już drepcze w moim kierunku, a po chwili zajmuje miejsce naprzeciwko, zupełnie jakbym jej to zaproponowała. Zsuwa z ramion kurtkę, co nie zwiastuje niczego dobrego, a potem zawiesza ją na oparciu krzesła.
- Pani Izabelo, mam bardzo poważny problem - zaczyna. Przytakuję, by kontynuowała, skoro już zaczęła... Byle szybko. - Za dwa miesiące prawdopodobnie mój chłopak mi się oświadczy. Potem pewnie weźmiemy ślub, a ja... jak sama pani zresztą widzi, mam kilka kilogramów do zgubienia.
Patrzę na nią i szukam tych kilku kilogramów do zgubienia, ale musiałabym chyba wyciągnąć lupę, bo wcale ich nie dostrzegam. Potem słucham, jak mówi, że "prawdopodobnie" będzie miała suknię z odkrytymi plecami, mocno wiązaną w pasie, więc w sumie to najbardziej jej na tym pasie zależy. Żeby schudnąć w pasie, rzecz jasna. Gubię się w tym, co mówi, już po pięciu minutach monologu, a gdy zaczyna opowieść o wyprawie na Kretę i stroju ze złotymi wstawkami, przerywam jej grzecznie:
- Pani...
- Zosia. - Uśmiecha się.
- Pani Zosiu. Uważam, że najlepszym sposobem będzie upewnienie się, czy chłopak faktycznie się pani oświadczy. W przeciwnym razie całe pani starania poszłyby na marne.
Kobieta przygląda mi się z konsternacją. Mruży oczy i wreszcie widzę, jak dociera do niej sens moich słów.
- Pani tak serio? - pyta.
- Zupełnie serio. - Kiwam głową.
Zegar wskazuje godzinę osiemnastą.
- Cóż... myślałam, że chciałaby pani zarobić.
- A ja, że kobiety chcą czuć się w swoim ciele dobrze dla samych siebie, a nie dla kogoś innego.
Kobieta wstaje, odgarnia blond loki i dumnie unosi trójkątny podbródek. Posyłam jej profesjonalny uśmiech, który mówi: "miło było porozmawiać, ale musimy kończyć". Definitywnie straciłam pacjentkę.
- Wie pani co? Gdyby się pani naprawdę zakochała, oddałaby pani wszystko, by przyszły mąż patrzył na panią jak na obrazek - rzuca na odchodne.
Chcę powiedzieć, że bez tych zgubionych kilogramów też tak powinien patrzeć, ale gryzę się w język. Zamiast tego odpowiadam, że na pewno ma rację i że polecam się na przyszłość. Dodaję jeszcze, że na kolejną wizytę należy się umówić telefonicznie lub napisać mejla na adres recepcji, a potem zdejmuję fartuch i zamykam laptopa.
- Tak mi przykro, Iza. - Ania patrzy na mnie tak, jakbym właśnie powiedziała jej, że moje życie to jedno wielkie bagno, z mułem, skrzeczącymi żabami i totalnym, zbyt gęstym brakiem miłości.
W sumie, właśnie to jej powiedziałam.
- Dajcie spokój. - Macham od niechcenia ręką, bo jeszcze chwila, a łzy same napłyną mi do oczu. - To na pewno dar od losu. Może pisane mi jest bycie singielką, a kryzys w miłości powinnam odczytać jako czas dla siebie, na relaks, medytację, nowe formy aktywności.
Co ja plotę? Kto w to w ogóle uwierzy?!
Natalia upija łyk sezonowej herbaty, którą wszystkie trzy zamówiłyśmy we Friko. Nic tak nie odpręża jak wieczór w babskim gronie. Miałam ochotę na lampkę wina, ale obie przyjaciółki przyjechały samochodami, więc nie chcę wyjść na totalną desperatkę. W dodatku pijaną.
- Opowiadajcie: co tam u was? - Przykładam kubek z parującym napojem do ust.
Mam dość żalenia się na Dominika. To niczego nie zmieni, a ja wreszcie muszę się pogodzić z faktem, że powinnam dopisać go do listy moich życiowych porażek.
Ania streszcza, że z Ksawerym układa im się dobrze. Randkują i zachowują się trochę jak dzieci, co z pewnością ma swój urok, mimo to wciąż zadziwia mnie fakt, że koleś, który podobał jej się w liceum, wciąż wywołuje te same żywe i zwariowane emocje. Szczęściara. Do tego cholernie odważna.
Natalia mówi niewiele, w małżeństwie jak to w małżeństwie. Czasem gorzej, czasem lepiej, chociaż ostatnio zdaje się, że najczęściej tylko gorzej. Proponuję jej, by rozważyła terapię małżeńską, ale gdy to mówię, patrzy na mnie, jakbym spadła z Jowisza.
Trochę plotkujemy o pracy, związkach (lub ich braku, jak w moim przypadku), a trochę żartujemy z życia. Ania opowiada, że wróciła do pracy w klubie fitness, a jej odwieczna, czy raczej od kilku miesięcy, rywalka nieudolnie starająca się podbić serce Ksawerego zwolniła się w trybie natychmiastowym.
- Wspominałaś, że masz nowego sąsiada - zauważa Natalia.
Tak, pisałam o tym w wiadomości na Messengerze. Ale nie ciągnęłam tematu, bo też nie było w tym sensu.
- Koleś nie ma w sobie nic interesującego i nawet przez myśl by mi nie przeszło, by spojrzeć na niego jak na potencjalnego partnera - wyznaję.
- Czyżby? - Natalia przekrzywia głowę i przygląda mi się badawczo.
Nie wiem, czego ona się doszukuje w mojej wypowiedzi. Jakiegoś tajnego szyfru?
- Serio, ubiera się, jakby miał dwanaście lat, do tego wydaje się totalnym odludkiem - stwierdzam i zaplatam ramiona na piersiach.
- Masz zbyt wysokie wymagania - śmieje się Ania.
- A on zbyt niskie standardy - rzucam.
- O tym właśnie mówimy - dodaje Natalia.
Przewracam oczami.
- Może jest miły... trzeba go tylko lepiej poznać. - Anka zaczyna mnie wkurzać nietrafionymi pomysłami na moje życie.
- Ni-gdy-w-ży-ciu - kończę tę bezsensowną dyskusję.
Przerywa nam kelnerka, pytając, czy podać coś jeszcze, ale Natalia odmawia, bo zaraz musi wracać do córek, a Ania do Ksawerego. Tylko ja znów zostanę sama jak palec. Odpycham jednak od siebie te myśli i postanawiam wziąć się w garść. Jak nie ten, to następny, prawda?
- Nie martw się. - Anka narzuca na siebie ciepłą puchatą kurtkę. - Tego kwiatu jest pół światu, a z ciebie naprawdę fajna dziewczyna!
- Jasne! - odpowiadam z uśmiechem, który wiele mnie kosztuje.
Kolejnego dnia kończę równo o szesnastej. Sama ustalam godziny pracy, więc przynajmniej nie muszę siedzieć i patrzeć w sufit, gdy nie ma pacjentów. Wynajmuję gabinet w prywatnej przychodni, za który wołają całkiem niezły czynsz, ale muszę przyznać, że lokalizacja jest świetna, a dochody z roku na rok coraz lepsze.
Właśnie zamykam drzwi, gdy dobiega mnie rozmowa dwóch kobiet, które siedzą przed gabinetem fizjoterapeuty. Łukasz jest młodym specjalistą, zatrudnił się świeżo po studiach, dlatego nie dziwię się, że ma tyle adoratorek, które jakimś dziwnym trafem cierpią na przewlekły ból w barkach, w kręgosłupie, mają problemy z kostkami czy jeszcze inne cuda.
Może gdyby nie miał dziewczyny, sama bym zagadała, ale nienawidzę ludzi grających na dwa fronty, więc na starcie przekreśliłam go grubą krechą.
- Słyszałaś o tej apce LoveStory? Podobno hit ostatnich tygodni, znam już co najmniej pięć par, które zostały idealnie sparowane i spotkały się w realu! - dochodzi do mnie głos pacjentki Łukasza.
- Coś słyszałam, ale ja tam, wiesz, nie wierzę w takie rzeczy. Te całe randki przez internet są mało wiarygodne - rzuca druga.
Przemierzam drogę w kierunku recepcji, zwalniając przy tym kroku.
- No coś ty, Justyna! To nie randki przez internet, tylko randki w realu! Internet pomaga w znalezieniu idealnego partnera! Powinnaś spróbować, mówię ci. Sama, oczywiście z ciekawości, założyłam konto wczoraj i już dziś zaserduszkowało mnie czterech megaprzystojnych kolesi, jacyś prawnicy czy lekarze! No, w każdym razie niezłe ciacha!
Ukradkiem zerkam na dziewczyny, ale wydają się zbyt przejęte rozmową, by to zauważyć. Czekam na wybuch śmiechu którejś z nich, lecz najwyraźniej obie mają w głowie szambo i myślą, że takie aplikacje to ósmy cud świata.
Nie mam pojęcia, jak bardzo zdesperowanym trzeba być, by się w coś takiego bawić.
- Oddaję klucze - mówię do recepcjonistki Pameli.
Zawsze zostawiam klucze w recepcji, bo gdy tego nie robiłam, okazywało się, że niejednokrotnie zapominałam zabrać je z domu. To bezpieczniejsze dla pacjentów i mojej wrodzonej sklerozy.
Czekam dobre piętnaście sekund, aż dziewczyna zorientuje się, że tu stoję. Po chwili przeprasza, odkłada telefon na ladę i odbiera ode mnie klucze. Wzrok ma mętny, jakby w ogóle nie rejestrowała, co się wokół niej dzieje. Być może jest chora. Albo zakochana?
Tylko przelotnie zerkam na ekran jej telefonu i niemal przecieram oczy ze zdziwienia.
Matko... ona też?!
Serfuję w internecie kolejną godzinę, a dudniące dźwięki jakiejś mieszanki muzyki elektronicznej i rocka przyprawiają mnie o ból głowy. Przykładam dwa palce do skroni i zaciskam powieki. Chciałam pozbyć się drażniących pisków sąsiadki, a w zamian dostałam technoburzę.
Brawo dla mnie.
Zegar wskazuje godzinę dwudziestą drugą, a ja zaczynam się zastanawiać, czy mój nowy sąsiad zdaje sobie sprawę, że są na świecie ludzie, którzy od hałasu wolą ciszę. Chyba nie.
Zainstalowałam słynną aplikację LoveStory, z której podobno korzystają single i singielki, by dobrać się w pary. Oczywiście tylko z czystej ciekawości, żebym nie była w tyle z tą całą technologią i tak dalej.
Patrzę na pierwsze zdjęcie, które domyślnie podsunęła mi aplikacja: Przemek, lat trzydzieści sześć, ułożony, twardo stąpający po ziemi, troskliwy i uroczy.
Serio, koleś napisał o sobie, że jest "uroczy"?
Przyglądam się fotografii. Szary garnitur, schludnie przystrzyżone krótkie włosy, białe zęby (na pewno efekt pracy uzdolnionego dentysty) i uśmiech, za który połowa moich pacjentek przeszłaby na ścisłą dietę. Klikam serduszko pod zdjęciem.
Chyba tak to działa.
Potem wyświetla się kolejne zdjęcie. Facet w długich do ramion włosach. Kolczyk w brwi. Mordercze spojrzenie. Następny.
Teraz blondyn w loczkach nadających mu iście anielski wygląd. I przy okazji przypominają mi kobietę, która przyszła wczoraj do mojego gabinetu, by zgubić kilka wyobrażonych kilogramów, a pewnie straciła je już, idąc na samą wizytę.
Przyglądam się jeszcze paru dziwnym fotkom w lustrze, w łazience, z widokiem na niebieski ocean bądź kieliszkiem musującego szampana. Moją uwagę przykuwa Kamil. Kamil sportowiec. Jak sam siebie opisuje, cechuje go dbałość o kobiety i o własne ciało (mam nadzieję, że kolejność jest nieprzypadkowa). Serduszkuję.
Potem kilka kolejnych zdjęć, uśmiechów i serduszek. Gdy zza ściany znów dobiega dudnienie, tym razem jeszcze głośniejsze, wstaję z łóżka. Ktoś musi uświadomić temu facetowi, że ma sąsiadów. A konkretnie jedną sąsiadkę, przeglądającą potencjalnych partnerów na portalu randkowym, ale przez ten cały wszechogarniający hałas ledwie słyszącą własne myśli. Narzucam na siebie ciepły sweter, bo budynek, choć ocieplony, i tak ma wiecznie wychłodzoną klatkę schodową. Wychodzę z mieszkania i pokonuję niewielką, zaledwie dwumetrową odległość.
Pukam do drzwi sąsiada, a po chwili naciskam też dzwonek - mocno i długo, jestem pewna, że jutro będę miała na palcu odcisk. Czekam dobre kilka minut, zanim muzyka ucichnie, a z wnętrza mieszkania wyłania się Mateusz.
Tym razem ma na sobie T-shirt ze zdjęciem jakiejś małpy.
- Cześć, sąsiedzie. Czy możesz łaskawie uszanować fakt, że nie wszyscy mają tak beznadziejny gust, by słuchać jakiejś potupany, gdy zapada cisza nocna?
Przekrzywia głowę i unosi brwi.
- Sorry. Myślałem, że nie słychać.
Krzyżuję ręce na piersiach.
- Słychać. Każde. Drażniące. Uderzenie.
- Sorry - powtarza.
- Byłabym wdzięczna, gdybyś nieco ściszył, a najlepiej całkowicie wyłączył muzykę, bo mam... coś ważnego do zrobienia.
Wzrusza ramionami.
- Okej.
Zaciskam wargi, a potem jeszcze przez chwilę taksuję go spojrzeniem. Jego potargane włosy i rozdziawione w wyrazie niezrozumienia usta budzą jakieś głęboko ukryte pokłady empatii, ale szybko wciskam je z powrotem na miejsce i szybkim ruchem odwracam się w kierunku moich drzwi. Gdy je zamykam, a raczej zatrzaskuję, mój oddech wreszcie się uspokaja.
Odczekuję chwilę, podczas gdy muzyka zupełnie cichnie. Myślę sobie, że nic by się nie stało, gdybym była jednak choć trochę milsza.
MATEUSZ
- Mogła być choć trochę milsza - mamroczę do siebie i kieruję kroki do wieży stereo zajmującej szczególne miejsce (obok telewizora) w salonie.
Kupiłem ją kilka dni temu, i to specjalnie z myślą o tym mieszkaniu. Z bólem serca wyłączam muzykę. Muszę przyznać, że to cacko naprawdę jest warte swojej ceny, a brzmienie niskich tonów powoduje przyjemne ciepło w żołądku.
W chwilach takich ja te... no, może sprzed przyjścia naburmuszonej sąsiadki z naprzeciwka, siadam na kanapie z widokiem na usłane gwiazdami niebo i patrzę w nie, jak ten romantyczny kretyn. Muzyka pobudza moje zmysły, sprawia, że czuję bardziej i mocniej. I że się cieszę, bo wreszcie jestem wolnym człowiekiem, na którym nie ciąży presja czasu, pracy, masy obowiązków i rywalizacji z rekinami w branży.
Jestem wolny.
Siadam na kanapie w ciszy, a wysoka lampka w rogu salonu rzuca blade światło na obrazek drzewa i słońca zawieszony na ścianie. Przyglądam się powyginanym gałęziom i słońcu, któremu wcześniejszy lokator namalował uśmiech. Przez chwilę myślę o matce z dzieckiem, która mieszkała tutaj wcześniej. W sumie... nic o nich nie wiem, ani gdzie mieszkają teraz, ani nawet dlaczego młody nie ma ojca.
Wydaje mi się to dość smutne, że są tylko we dwoje.
Potem, nie wiedzieć czemu, zastanawiam się, czy ta sąsiadka, jak jej tam... Iza? Chyba Iza. Czy właściwie mieszka sama czy mam też sąsiada? Wypadałoby poznać ludzi, z którymi dzielę klatkę schodową i kilka ścian. Skoro zaczynam w życiu nowy etap, fajnie byłoby go zacząć także z nowymi znajomościami.
Feel Good Inc zespołu Gorillaz wybudza mnie ze snu. Rozchylam powieki, wyciągam dłoń po leżący na stoliku nocnym telefon i wyłączam budzik. Jest siódma. Czyli najwyższy czas, by wstać. Dziś mój pierwszy dzień pracy i chociaż robienie tostów, zapiekanek czy obsługa kasy fiskalnej nie mogą być trudne, czuję pod skórą lekkie szczypanie. Nie wiem, czy to nerwy, czy jakiś przejaw drobnej ekscytacji, ale szybko dochodzę do wniosku, że pewnie mieszanka obu powyższych.
Myję zęby, wkładam czysty zestaw ubrań, a na śniadanie pochłaniam dwie parówki z pszennym chlebem i popijam wszystko herbatą. Czy coś powinienem ze sobą wziąć? Jakieś zapasowe ciuchy albo kartkę i długopis? Chyba nie... Bez jaj, to fast food.
Wyglądam przez okno w kuchni i akurat zauważam Izę, która wybiega z naszej klatki, w pośpiechu zapinając zimowy płaszcz. Jej rozpięta torebka zsuwa się z ramienia i zaraz...
Śmieję się, gdy cała jej zawartość ląduje na parkingu przed blokiem. Iza schyla się i pospiesznie zbiera z ziemi wszystkie gadżety, ale ilekroć coś wkłada do torebki, inna rzecz z niej wypada. Sąsiadka chyba coś do siebie mówi, lecz nie jestem pewien, bo ruchy jej warg równie dobrze mogą być jedynie rzucanymi w przestrzeń przekleństwami. Zastanawiam się, gdzie tak się spieszy, a biorąc pod uwagę, że mamy środek tygodnia, obstawiam, że jest to praca.
Zerkam na zegarek na nadgarstku, dochodzi ósma.
Wchodzę do YummyFood i pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to uśmiechnięta dziewczyna, której twarz okalają proste pasma jasnych jak słoma włosów. Przypomina nastolatkę, jednak zamiast szkolnego plecaka ma na sobie koszulkę z logo baru. Mówi, że nazywa się Roksana, ale mogę nazywać ją Roksi, i że pokaże mi "co i jak".
W środku dość małej, lecz przytulnej knajpki w kolorze brudnej cegły poznaję też Sebastiana, który, jak się szybko dowiaduję, jest tu prawie szefem. Prawie, bo szefem jest Paweł.
- Jest też Marta, która ma dzisiaj drugą zmianę - mówi Roksi, oprowadzając mnie po miniaturowej kuchni, w której zlew kłóci się z lodówką o miejsce. - Zwykle na zmianie jesteśmy we dwójkę, ale dopóki nie zaczniesz radzić sobie sam, pobędziemy przez kilka dni w trzyosobowym składzie. Mam nadzieję, że jesteś zdolnym uczniem.
Nie wiem, czy ta dziewczyna zdaje sobie sprawę, że nie traktuję tej pracy jak życiowego wyzwania, ale i tak postanawiam odwzajemnić uśmiech. Potem słucham o tym, że pracują w trybie dwuzmianowym, a w niedziele kończą wcześniej.
Stoimy za barem, a ja mam za sobą wielkie tostery, bemary z kolorowymi warzywami, które pewnie lądują w burgerach, i lodówkę z napojami. Latem serwują też świeżo wyciskane soki, ale aktualnie nie mają ich w ofercie.
- Czemu właściwie chcesz tutaj pracować? - Roksi opiera się o lodówkę.
Chcę powiedzieć, że oczekuję od życia po prostu zwyczajności i chwilowego oddechu. Kto wie, może kiedyś zainteresuję się czymś innym, dziś sukcesem jest to, że tak szybko znalazłem pracę w YummyFood. To znaczy... chyba znalazłem, o ile się sprawdzę.
- Lubię burgery - mówię.
- A naszych próbowałeś?
- Aż wstyd przyznać, ale nie.
Roksi ożywia się jeszcze bardziej.
- Zaraz ci jednego zaserwuję. Albo nie! Sam sobie go zrobisz i powiesz, czy dobre.
Jest coś zabawnego w jej sposobie bycia. Ta niewielkich rozmiarów dziewczyna zdaje się mieć w sobie więcej energii niż ja i Sebastian razem wzięci.
- Możemy jeść w pracy? W sensie jedzenie, które jest dla klientów? - dopytuję.
Roksi wyciąga z kosza pod ladą wielką pszenną bułkę i stawia ją przede mną na blacie. Potem bierze jedną dla siebie.
- Możemy wybrać z menu jedno danie w ciągu dnia. Seba zawsze bierze burgera XXL, ale ja tam wolę tosty, mamy supertajne przepisy na sosy. Niebo w gębie, słowo daję.
Patrzę na nią, gdy rozkraja bułkę. Mówi, że mam powtarzać jej ruchy, a sam burger nazywa się "SweetChili", to jej ulubiony, dlatego koniecznie powinienem go spróbować.
Gdy powtarzam po niej te wszystkie czynności, muszę przyznać, że taka praca może być relaksująca. Szybko nauczę się przepisów. Zresztą mam ściągę w menu za ladą, więc nie będzie tak źle.
Roksi mówi, że zjemy na zapleczu, a Seba obsłuży pierwszych klientów.
Kierujemy się na tyły lokalu.
- Bardzo dobry - stwierdzam po wgryzieniu się w gorącą bułkę.
- Mówiłam! Następnym razem szybciej wyjmij ją z pieca, teraz jest trochę za bardzo chrupka. Klienci będą marudzić. - Puszcza mi oko.
Zaplecze jest niemal tak małe jak kuchnia. Przy wejściu stoi proste biurko, choć na moje oko to zaledwie jego połowa, a dalej dwa metalowe krzesła, które nie wyglądają na zbyt stabilne. Po przeciwnej stronie mieszczą się pordzewiałe wieszaki i kilka szafek na rzeczy osobiste. Trochę wieje tu biedą, ale powstrzymuję się od komentarza. Widać, że to niewielki biznes, który musi na siebie zarobić, a z pewnością wynajem lokalu w takim miejscu wymaga sporych nakładów finansowych. Nie mam zamiaru wybrzydzać.
- Nie zaglądałeś do nas wcześniej? - pyta Roksi.
Siadamy na krzesłach i ponownie wgryzamy się w swoje bułki.
- Mieszkałem w Warszawie przez wiele lat.
- Rozumiem. A jednak wybrałeś Świdnicę.
- Potrzebowałem zmiany otoczenia - tłumaczę ogólnikowo.
Roksi przytakuje, jakby dokładnie wiedziała, co mam na myśli.
- Ta knajpka funkcjonuje od kilku lat i wciąż poszerza menu - opowiada. - Szef zastanawia się nad zatrudnieniem kogoś na dowóz, ale na teraz nie mamy takiej usługi. Staramy się rozwijać, wprowadzać nowe trendy, by przyciągnąć klientów. Mam nadzieję, że również wniesiesz nieco świeżości do naszego zespołu.
Uśmiecha się, a ja staram się odwzajemnić. Jednocześnie zastanawiam się, czy powinienem ją o tym zapewnić, czy jednak pozostawić tę subtelną sugestię bez komentarza. Jak zwykle decyduję się na to drugie. Życie nauczyło mnie, by nie rzucać deklaracjami na prawo i lewo.
Przez kolejne godziny uczę się obsługi kasy fiskalnej. Idzie mi to całkiem sprawnie, w końcu mam ścisły umysł. To proste. Muszę jedynie sprawdzać, czy nabijam właściwą sumę.
- Możesz obsłużyć - mówi stojący obok mnie Seba.
Drukuję właśnie paragon, ale szybko unoszę głowę, gdy podchodzi mój pierwszy klient. Do pomieszczenia wszedł barczysty mężczyzna z gładko ogoloną twarzą, której młodzieńcze rysy nie pasują do tak rosłej sylwetki. Porusza się, jakby miał paraliż barków, a potem zatrzymuje się przede mną i mierzy mnie spojrzeniem wąskich szarych oczu. Od razu zauważam, że jego opalenizna, biorąc pod uwagę porę roku, musi być sztuczna.
- Dzień dobry - zaczynam, jak robili to moi poprzednicy - co będzie dla pana?
- Nowy? - Uśmiecha się, jakbym przy okazji był też głupi.
Odpowiadam skinieniem, a potem patrzę na niego wyczekująco.
- To, co zwykle - rzuca i odwraca się, by zająć miejsce przy stoliku.
Czekam, aż sprecyzuje, ale najwyraźniej świetnie się bawi, robiąc ze mnie idiotę.
- Zawsze bierze "HoneyChicken" - szepce do mnie Roksi.
Nawet nie zauważyłem, kiedy wyszła z kuchni, a już zajmuje się rozkrajaniem bułki i przygotowywaniem burgera dla gościa.
- W jakim rozmia...? - zaczynam, ale Roksi pokazuje mi palcami trójkę, co zapewne znaczy, że w największym. No tak, patrząc na tę kupę mięśni ledwie mieszczących się na krześle przy stoliku, powinienem się domyślić.
Rozumiem, że to stały klient. Powinienem to chyba zakodować. Okej, facet z paraliżem barków równa się burger "HoneyChicken" w największym rozmiarze. Niech będzie. Roksi szybko zajmuje się podgrzaniem bułki, a potem nałożeniem na nią wszystkich składników.
- Zaniosę mu - mówię, gdy Roksi już kieruje się w stronę klienta.
Lekko zaskoczona oddaje mi tacę i rzuca nieme "dzięki".
Mężczyzna nawet na mnie nie patrzy, gdy stawiam przed nim burgera.
- A cola? - pyta.
- Nie zamawiał pan coli.
Na moje słowa odrywa głowę od ekranu smartfona i przeszywa mnie tym samym pogardliwym spojrzeniem.
- Zawsze zamawiam - oświadcza, jakby było to tak oczywiste jak fakt, że wciera zbyt dużo samoopalacza w fałdy szyjne, które mają pięć różnych odcieni brązu.
- Skąd miałbym wiedzieć, że zawsze pan ją zamawia, skoro pracuję tutaj pierwszy dzień? - pytam.
- Trzeba było się dowiedzieć - prycha.
Już ciśnie mi się na usta jakaś cięta riposta, gdy nagle Roksi zjawia się z butelką napoju gazowanego i z przepraszającym uśmiechem wręcza ją temu bucowi.
- Pan wybaczy, kolega dopiero się uczy. W ramach rekompensaty dałam dużą w cenie małej - oznajmia, na co mam ochotę roześmiać się długo i doniośle, ale mogłoby to wyglądać dość dziwnie.
Gdyby nie fakt, że dopiero się poznaliśmy i to ja się przyuczam, z chęcią przemówiłbym tej młodej dziewczynie do rozumu.
Z rezygnacją wracam za ladę, a Roksi jeszcze przez chwilę mówi coś do klienta. W tym samym czasie do środka wchodzi kobieta z dwoma córkami piszczącymi od wejścia, że chcą tosty. Okej, będą dwa tosty, szybko włączam podgrzewacz, jak robił to Seba, a potem witam się z klientką i wysłuchuję zamówienia.
- Dwa tosty z serem i pieczarkami, do tego sałatka nicejska i trzy wody - powtarzam, by w niczym się nie pomylić.
Seba przygląda się moim ruchom, ale jestem niemal pewien, że nie ma się do czego przyczepić, bo robię wszystko tak, jak tłumaczył. Zapisuję zamówienie na karteczce, którą wieszam przy ladzie, a następnie podliczam. Wydaję paragon i przechodzę do przygotowania jedzenia.
Seba poczuwa się do odpowiedzialności, by mi pomóc. Nie mówię tego na głos, ale i tak czuję się nieco pewniej, gdy wiem, że dzięki temu ryzyko, że pomylę zamówienia, maleje niemal do zera.
Przez kolejne godziny robię praktycznie to samo. Zbieram zamówienia, wydaję paragony, przygotowuję posiłki, sprzątam tace po klientach. I tak w kółko.
Pod koniec zmiany Roksi podaje mi kawę na wynos, którą nieumyślnie rozlewam na własną bluzkę. Na szczęście to tylko kilka kropel, które ukryję pod kurtką. Zastanawiam się, czy dziewczyna wręczyła mi ją dlatego, że widzi moje zmęczenie, czy po prostu jest miła. Próbuję sobie przypomnieć, ile razy udało mi się dzisiaj usiąść, i niestety prócz przerwy na burgera na zapleczu nie miałem na to czasu. Mimo to zadowolenie pulsuje pod moją skórą równie mocno, co ból nóg, bo wreszcie zdaję sobie sprawę, że znalazłem swoje miejsce. Być może tylko na chwilę, na krótki moment, w którym odbiję się od dna i poszybuję w górę. Jednak właśnie teraz niczego więcej do szczęścia mi nie potrzeba.
Wracam z czystą głową, nie myślę o pracy ani o ciążących na mnie obowiązkach. Nie jestem obarczony toną zadań, a jedynym problemem, z jakim będę się borykał przez najbliższe dni, zdaje się wybór sosu, bo wciąż nie pamiętam, czy do burgera "Hawana" daje się sos słodko-kwaśny, czy chili.
Parkuję pod marketem, bo jedyne, co można znaleźć w mojej lodówce po dzisiejszym śniadaniu, to światło. Buszuję po sklepie dobre kilka minut, urozmaicając swoją dietę całą tablicą Mendelejewa, czemu przysłużyć się mają gotowe dania z datą przydatności na następne dwa lata i te zalewane wrzątkiem, które nigdy się nie psują. I właśnie wtedy zza regału wyłania się znajoma twarz.
Iza kieruje się w moją stronę, a ja zastanawiam się, czy powinienem powiedzieć "cześć", czy "dzień dobry", a może w ogóle udać, że czytam skład zupki chińskiej. Tak, to zdecydowanie najlepszy z pomysłów.
- Cześć - rzuca w moim kierunku, a moją uwagę przykuwa czerwień na jej ustach, idealnie komponująca się z elegancką torebką w tym samym kolorze.
Zakrywam kurtką plamę po kawie, którą wypiłem w pośpiechu, wychodząc z pracy.
- Cześć - odpowiadam, orientując się, że dziewczyna przystaje.
- Poliglota? - pyta.
Marszczę brwi i przyglądam się jej przez dłuższą chwilę. Iza doskonale odczytuje moją dezorientację, którą najwidoczniej muszę mieć wymalowaną na twarzy, bo po chwili dodaje:
- Czytasz skład zupki instant. W języku chińskim. Znasz?
Znów patrzę na trzymany przeze mnie artykuł spożywczy i dopiero teraz zauważam, że nie ma nalepki z polską wersją językową. Czuję się jak kompletny nieudacznik. Zaciskam usta, a potem wzdycham.
- Skąd...
- Skąd wiedziałam? - pyta.
Przytakuję.
- Znam składy większości produktów spożywczych. Te, które akurat masz w dłoniach, to największy syf, jaki możesz sobie zaserwować. I nie trzeba znać chińskiego, by wiedzieć, że po zjedzeniu takiego dania - tutaj palcami wykonuje cudzysłów - będziesz świecił w nocy na żółto.
- Aha - bąkam, ale nie mam nic więcej do powiedzenia.
Nagle cała moja pomysłowość gdzieś wyparowuje i jedyne, co jestem w stanie zrobić, to odłożyć opakowanie z powrotem na miejsce. Co też robię, rzecz jasna, a potem szukam w spojrzeniu Izy jakiejś oznaki dumy czy czegokolwiek, co byłoby choć zbliżone do aprobaty.
Ale ona zdążyła się już odwrócić i chwycić z drugiego regału makaron razowy typu rurki. Potem zwinnym ruchem wymija mnie, a ja znów stoję jak ten kretyn, zastanawiając się, czy powinienem pociągnąć tę rozmowę dalej. Być może zapytać o najlepszy jej zdaniem makaron albo chociaż o to, jaki gatunek muzyczny preferuje.
Jestem kompletnie beznadziejny w nawiązywaniu nowych znajomości.
Szybko uwijam się z zakupami, po czym pakuję się do mojego kombiaka, siadam na miejscu kierowcy i odczytuję wiadomość w telefonie od Roksi: Dobrze Ci dziś poszło w pracy, jutro przyjdź na drugą zmianę, to zobaczysz, jak wygląda zamknięcie. Chowam telefon do kieszeni, kodując w pamięci, by później odpisać, a potem unoszę spojrzenie znad kierownicy wprost na Izę, która akurat wychodzi z torbą pełną zakupów.
Jak na złość znów na mnie patrzy, ale tym razem jakoś bardziej z wyrzutem. Mam nadzieję, że nie myśli sobie, że ją śledzę.
IZA
Zaczynam mieć wrażenie, że ten typ mnie śledzi. Do tego jest podejrzanie milczący, jakiś nienaturalny... sama nie wiem. Dziwak i tyle.
Wchodzę do mojego królestwa, czyli kuchni, miejsca, w którym powstają najlepsze dania świata. Zabieram się do wypakowania zakupów. Świeże warzywa i owoce wcale mało nie ważą, ale przynajmniej skutecznie odżywią moje ciało. Pudełko z lodami czekoladowymi na gorsze dni trafia do zamrażarki, a ja zaczynam przygotowywać późny obiad.
Dziś doszłam do wniosku, że ta cała aplikacja LoveStory to jedno wielkie nieporozumienie. Przecież ludzie w realnym życiu wcale nie wyglądają tak jak na zdjęciach. Bo nie wyglądają, prawda? Powinnam przestać szukać w internecie, a skupić się na codzienności, która swoją drogą ostatnio nieco rozczarowuje.
Po obiedzie telefonuję do Natalii.
- Masz chęć trochę się dziś rozerwać? - pytam, gdy odbiera.
- Jest środek tygodnia.
- Tym lepiej, nie będzie tłoczno. Dziś są drinki za pół ceny w tym nowym klubie na Grunwaldzkim. Nie daj się prosić - rzucam przymilnie.
- A jak niby wrócę do domu? - pyta głosem wypranym z emocji.
- Taksówką, a jak nie, to coś wymyślimy! Dawaj, Natka, nie bądź sztywna. Pamiętasz, jak imprezowałyśmy w liceum?
Słyszę w słuchawce piszczące głosy dzieci, a potem długie westchnienie rozmówczyni.
- Mam wrażenie, że od liceum trochę się jednak zmieniło - stwierdza. - Zresztą, mów o sobie. To ty wracałaś o piątej nad ranem i robiłaś domówki pod nieobecność rodziców.
Tylko te dwudniowe, żeby mieć czas na posprzątanie domu. Jestem przecież przykładną córką z nieskazitelną reputacją. Nie mówię jednak tego, bo po tonie Natalii wnioskuję, że nie ma zamiaru wracać do przeszłości.
- Może dasz radę wyrwać się przynajmniej na godzinę? - walczę jak lwica, chociaż już teraz wiem, że moje szanse na złowienie tej zwierzyny są marne.
- Sorry, Izka, chciałabym, ale naprawdę nie mam dziś mocy przerobowych. Dziewczynki złapały jakiś katar i ktoś musi się nimi zająć.
- A twój mąż?
- Wróci wieczorem, dokładnie wtedy, gdy ja będę padała na twarz i marzyła, by zapaść w zimowy sen.
Siadam na krześle w kuchni i wpatruję się w niedokręcony kran. Pojedyncze krople uderzają miarowo o dno zlewu. Zdaję sobie sprawę, że chyba przeceniłam swój domniemany dar przekonywania.
- Szkoda... ale rozumiem. - A przynajmniej się staram.
- Zadzwoń do Ani, na pewno będzie chciała ci towarzyszyć. Wspominała ostatnio, że wyrwałaby się na jakąś imprezę - rzuca na pożegnanie Natalia.
Rozłączam się i dzwonię do drugiej przyjaciółki. Ku mojemu zdziwieniu, gdy tylko wychodzę z propozycją imprezy, Anka od razu się godzi. Nawet nie muszę jej namawiać. Niestety nie ruszy się bez swojej drugiej połówki. I chyba tylko z grzeczności pyta, czy mi to nie przeszkadza. Oczywiście, że przeszkadza! Babski wypad nie oznacza, że mamy prawo wkładać sobie partnera do plecaka i udawać, że wcale go tam nie ma.
- Obiecałam mu, że spędzimy dziś razem wieczór, jutro wyjeżdża na szkolenie do Warszawy i nie będzie go przez tydzień. Sama rozumiesz...
Głos przyjaciółki sprawia, że się łamię.
- Pewnie, rozumiem. Dobra, weź Ksawerego, pójdziemy we trójkę.
Kilka godzin później, wystrojona jak gwiazda na choinkę, zbiegam ze schodów, gdzie czeka na mnie czarne bmw. Siadam na tylnym siedzeniu, tuż za Anią.
- Cześć! Dzięki, że zgarnęliście mnie po drodze - rzucam.
- Nie ma sprawy, Ksawery i tak dziś nie pije, bo jutro rano prowadzi - odpowiada przyjaciółka.
Szybko docieramy na miejsce i parkujemy nieopodal klubu. Schodzi się do niego po schodkach, panujący w korytarzu półmrok sprawia, że moje oczy potrzebują chwili, by cokolwiek dostrzec. Przy wejściu płacimy i dostajemy pieczątki z logo drinka z palmą. Niemal od razu po przekroczeniu progu uderza w nas ciężkie od potu powietrze. Mrugam, bo gryzący dym sprawia, że zaczynają mnie piec oczy. Muzyka jest głośna i aż czuję, jak dudni w mojej klatce piersiowej, jednak mimo to nie dostrzegam zbyt wielu ludzi, którzy tak jak ja mieliby ochotę trochę się pobawić.
Podchodzimy do baru i zamawiamy po drinku, a dla Ksawerego wodę. Przez chwilę gawędzimy o pracy, a później o Natalii. Szybko wypijam pierwszy kolorowy trunek i już zamawiam kolejny.
- Masz dziś tempo - rzuca Ania. - Nie pracujesz jutro?
- Pracuję. Ale od dwóch drinków nikt jeszcze nie umarł - mówię, a potem ciągnę dziewczynę na prawie pusty parkiet, bo jakoś nagle wzięło mnie na tańce.
Ania śmieje się i mówi coś do Ksawerego, a ten kiwa głową i posyła jej czułe spojrzenie. Zaraz się porzygam, słowo. Próbuję dać się ponieść melodii. Ruszam ciałem w rytm piosenki Jennifer Lopez i wyobrażam sobie, że tak samo jak ona mam całe grono adoratorów. Na marne, bo gdy tylko otwieram oczy, nie ma tu zupełnie nikogo, kto wydałby się mną chociaż trochę zainteresowany.
Mimo wszystko powoli zaczynam się rozkręcać, a z każdą kolejną piosenką na parkiet wychodzi coraz więcej ludzi. Nie wiem, ile czasu mija, gdy Ania na migi sygnalizuje, że musi do toalety. Przewracam oczami, ale i tak schodzę razem z nią z parkietu. Przecież nie będę tańczyła sama jak pijana desperatka.
Po wyjściu z łazienki znów kierujemy się do baru, przy którym siedzi Ksawery. Rozumiem, że teraz powinniśmy porozmawiać, skoro on nie tańczy. Matko jedyna. Oszaleję. Zamawiam więc kolejnego drinka i sączę go, przysłuchując się ich rozmowie. Normalnie bym się w nią włączyła, ale nie mam pojęcia, czy lepiej jest kupić tańszy bilet rodzinny do kina i udawać, że zgubiło się dziecko, czy dwa osobne dla dorosłych, bo jakoś ostatnio nie mam okazji, by tam chodzić.
Ania wstaje, więc i ja podrywam się z krzesła.
Wreszcie.
Akurat puszczają fajny kawałek, gdy...
- My już będziemy się zbierać, Iza. Odwieźć cię? - pyta przyjaciółka.
Patrzę na nią, potem na Ksawerego, który upija ostatni łyk wody i odkłada szklankę na blat. Nie no, oni tak serio? Ile czasu mogło minąć... godzina?
- Żartujecie - próbuję się roześmiać.
- Przecież mówiłam, że Ksawery jutro wyjeżdża - zaczyna Ania i widzę skrępowanie w jej uciekającym spojrzeniu.
- Ale ty nie wyjeżdżasz, możesz zostać - walczę.
- Iza, to tak nie działa. - Przyjaciółka wreszcie na mnie patrzy.
Nie, nie, nie. Nie chcę widzieć współczucia w jej oczach.
Dobra, wiem. Ona ma faceta, a ja nie. I to jest różnica, która sprawia, że w takich sytuacjach jestem na tej gorszej pozycji, ale mimo wszystko nie pozwolę, by ktokolwiek traktował mnie przez to jak inwalidę.
- Odwieziemy cię - rzuca Ksawery.
- Nie trzeba - bąkam. - Jeszcze zostanę.
Patrzą po sobie porozumiewawczo, a ja udaję, że sprawdzam coś w telefonie.
- Ale z kim? - pyta Ania.
- A ma to jakieś znaczenie? Mam ochotę potańczyć i tyle.
Ania kręci głową. Potem mówi, że jeśli tak przeżywam żałobę po poprzednim związku, to powinnam skonsultować się ze specjalistą, na co wybucham śmiechem. Żałosnym, głośnym, pełnym politowania dla samej siebie. Niewiele brakuje, a zaczęłabym płakać, ale w miarę się opanowuję.
- Dobra, dobra, nie będę już dłużej zawracała wam głowy, w sumie... to z kimś się umówiłam - kłamię.
Ania obrzuca mnie badawczym spojrzeniem i jestem niemal pewna, że mnie przejrzała. Żegnam się z nimi, zanim zdążę zmienić zdanie. Nie powinnam być dla nikogo obciążeniem, nawet jeśli wiem, że Ania zapewne stwierdzi, że wcale tak nie jest.
Odprowadzam ich do wyjścia i posyłam im uśmiech, gdy przemierzając schodki, raz po raz oglądają się na mnie. Jestem w stanie zapewnić ich, że mam się dobrze. Jestem w stanie zapewnić siebie, że mam się dobrze. Pytanie brzmi, czy ktokolwiek w to uwierzy?
Potem wracam do szatni, odczekuję kilka minut i wychodzę przed klub. Jeśli łudziłam się, że ten wieczór może skończyć się dobrze, to... no właśnie, to się łudziłam. Owijam się ciaśniej płaszczem i postanawiam zadzwonić po taksówkę. Wyciągam telefon z kieszeni i ku swemu zdumieniu na ekranie widzę małe czerwone powiadomienie. Waham się, aż wreszcie ponownie klikam w ikonkę.
Aplikacja LoveStory wyświetla trzy powiadomienia: "użytkownik Przemek07 odpowiedział na twoje zauroczenie", "użytkownik KamilSports odpowiedział na twoje zauroczenie" i "użytkownik ZacharyZ odpowiedział na twoje zauroczenie".
Okej, wynik jest całkiem niezły, poza tym, jak to mówią, do trzech razy sztuka. Być może ktoś wypełni to coś w moim życiu, co ludzie nazywają pustką. Piszę pierwszą wiadomość, starając się brzmieć na wyluzowaną i otwartą na wszelkie życiowe wyzwania (jakkolwiek to brzmi), a potem kierowana nagłym impulsem wciskam "wyślij".
Wkładam telefon z powrotem do kieszeni, a po chwili chucham w zmarznięte dłonie. Jest naprawdę zimno.