Nie będzie jutra
Masz czasem takie uczucie, które mówi Ci, że do niczego się nie nadajesz? Patrzysz na dyplom z uczelni, podpis rektora, płomienne gratulacje oraz tytuł, jaki zdobyłeś i właściwie nie wiesz, co dalej. Mimo tego, że moje studia rzekomo dają mnóstwo możliwości, już po pierwszym dniu w pracy wiedziałam, jaki będzie finał.
Okazało się bowiem, że cierpię na bardzo rzadką i nieuleczalną chorobę, która objawia się niemożnością wykonywania poleceń przełożonych. Gdy tylko ktoś mi coś karze, od razu przybieram pozycję obronną i atakuję, zamiast słuchać. Chyba że ktoś mówi do mnie z sensem. Ale to zdarza się nad wyraz rzadko i stąd moje wszystkie problemy.
Miesiąc tu, miesiąc tam, a sumarycznie i tak lądowałam na ławce w parku, karmiąc gołębie, z petem w ustach. Moja sława, jako problematycznego pracownika, zaczęła mnie wyprzedzać i we wszystkich placówkach medycznych w mieście tolerowano mnie jedynie jako gościa.
Myślę, że moja butność wywodzi się z nieumiejętności pogodzenia się z tym, że ludzie są głupi. A z roku na rok robię się coraz mniej tolerancyjna. Chociaż sama nie jestem ideałem, o czym świadczy miejsce, w jakim się aktualnie znajduję, zawsze staram się postępować logicznie.
Tak więc, gdy w mojej pierwszej poważnej pracy na oddziale transplantologii dziecięcej wykonałam zabieg z asystą jednego lekarza, a nie dwóch, jak było zapisane w regulaminie, rozpoczęłam serię otwartych konfliktów. Mimo, że operacja przebiegła pomyślnie, a dzieciak cieszy się dobrym zdrowiem do dziś, ja wylądowałam na dywaniku, bo postąpiłam źle. Wszystko, co nieregulaminowe jest złe, tak samo jak wykonywanie pracy po swojemu.
- Pani Hall znów bezrobotna?
- Się masz, Victor.
Z myśli wyrwał mnie dzieciak z wielką, skórzaną torbą na ramieniu. Widywaliśmy się w parku dość często w przeciągu ostatnich dwóch lat. To śmieszne, że czternastoletni chłopiec potrafił zachować pracę dłużej ode mnie. Mogę nawet śmiało powiedzieć, że był bardziej zaradny i odpowiedzialny niż ja.
- Trafiłem? - dopytał mnie, opierając torbę o ławkę, na której siedziałam.
Odpowiedziałam mu wzruszeniem ramionami i wyrzuceniem peta gdzieś przed siebie. Jego młoda, gładka twarz wyglądała na szczerze zmartwioną. Wzdychając, poprawił beret na głowie, po czym zabrał się za poprawienie przydużego kożucha.
- Czy pani jest takim złym lekarzem? - Podparł ręce pod biodrami.
- Zależy, jak to rozumieć. - Zamyśliłam się. - Wiedzę i umiejętności mam, ale podobno z charakteru jestem paskudna.
- Nie wierzę. - Zaśmiał się, pokazując swoje duże przednie zęby. - Dla mnie nigdy nie była pani paskudna.
Spojrzałam na niego spode łba.
Był uroczym młodzieńcem obsypanym piegami, o wdzięcznym, melodyjnym głosie. Oczami wyobraźni widziałam go jako chórzystę w świątyni albo aktora w teatrze dramatycznym, ale na pewno nie jako kuriera. Victor jednak nie miał kontroli nad swoim życiem i robił to, czego akurat wymagała od niego sytuacja. Gdy potrzebował pieniędzy - pracował, kiedy nie potrzebował, chodził do szkoły. Niestety od dwóch lat bardziej potrzebował środków do życia niż wykształcenia.
- Dzięki, mały - mruknęłam wreszcie, a on zmarszczył brwi.
- Jestem prawie mężczyzną, pani Hall. Proszę tak do mnie nie mówić, zwłaszcza gdy będziemy w towarzystwie.
- Boisz się, że to ci zepsuje reputację? - zakpiłam, a on nadal pozostawał śmiertelnie poważny.
- Oczywiście. W moim środowisku się to bardzo liczy.
- W środowisku... kurierskim? - Pokręciłam głową i podniosłam się z ławki z wielkim trudem. Czułam się ciężko, a może po prostu wszystko przez brak energii. Dawno już nie zjadłam czegoś więcej poza bułką z kefirem, kupioną w pobliskim sklepie.
Stanęłam przed chłopcem, okrywając go swoim cieniem. On wypiął pierś i popatrzył na mnie hardo, przypominając mi tym samym młodego, nieopierzonego koguta.
- Chciałem pani pomóc, ale teraz zaczynam się zastanawiać. Nie lubię, jak nie traktuje się mnie poważnie.
- Ja cię nie obrażam ani nie lekceważę, mały. - Pokreśliłam zjadliwie to określenie. - Stwierdzam jedynie fakty. Spójrz. - Przyłożyłam rękę do czubka jego głowy, a drugą dłoń położyłam na swojej. - To tylko rzeczywistość i chociaż często byśmy chcieli, żeby była inna, nasze postrzeganie świata ani to, jak się czujemy, nie zmieni tego, jaka jest.
- Mądrala - prychnął zamyślony, po czym skinął na mnie niczym żołnierz, łapiąc się przy tym za swój beret i energicznie ruszył wzdłuż żwirowej ścieżki w parku. Niespodziewanie się zatrzymał, spoglądając na mnie przez ramię. - Umie pani wycinać nerki?
- Co to za pytanie? - Kompletnie zbił mnie z tropu.
- Muszę to wiedzieć, jeśli mam pani pomóc.
Prolog
Nie wiem, jak to się dzieje i trudno to wytłumaczyć. Kiedy człowiek szuka kontaktu z kimś, na kim mu zależy, na przykład z własną siostrą, i chciałaby przypadkiem spotkać ją na ulicy lub w kawiarni, jest to absolutnie niemożliwie. Jednak wystarczy tylko, żeby w życiu człowieka przydarzyło się coś, o czym nie chce mówić, a wieści rozprzestrzeniają się po mieście szybciej niż zaraza.
- Wywalili cię z roboty. Nie wpuścisz mnie?
- Nie.
Nie otwierałam drzwi, tylko opierałam się o nie, zastanawiając nad tym, jak wielki bałagan mam w mieszkaniu. Obiektywnie stwierdziłam, że było ono w stanie do przyjmowania najbliższych przyjaciół lub kochanków, którym okoliczności zbliżenia są zupełnie obojętne.
- Nie jestem twoim wrogiem. Przyszłam ci pomóc - naciskała, a ja doskonale zdawałam sobie sprawę, na czym ta pomoc ma polegać.
Dla niektórych nie jest to bowiem nic innego, jak prawienie kazań, wyżywanie się na drugiej osobie i podkreślanie, że im w życiu poszło lepiej.
- Nie żebym nie miała ochoty na pogawędkę. - Zamiast otwierać drzwi, powoli je zamykałam. - Ale mam straszny bałagan. Nie chciałabyś tu przebywać.
- Więc będziesz mnie trzymać na klatce schodowej?
- Zawsze możesz wrócić do domu.
- Meryl. - Naparła na drzwi, które właśnie chciałam zamknąć.
Zdziwiona odskoczyłam do wnętrza mieszkania, a ona wpadła do wąskiego przedpokoju, niczym patrol żandarmerii robiący nalot na melinę. Oburzona poprawiłam włosy oraz zielony szlafrok w białe grochy, który na sobie miałam. Ona rozejrzała się z odrazą, a stawiając kolejne kroki, potrąciła puste, szklane butelki.
- Miałam je wyrzucić - mruknęłam na usprawiedliwienie, co Diana skwitowała przewróceniem oczami.
- Nic z tego nie rozumiem. - Westchnęła moja starsza siostra, podpierając się pod bokami. Jak zawsze wyglądała dobrze. - Masz świetny zawód, jesteś lekarzem, masz możliwości, wiedzę... Dyplomu z Akademii Medycyny Mistycznej w Kathell może pozazdrościć ci niejeden profesor z wieloletnim stażem, a ty?
- Ja sobie nie zazdroszczę - odparłam obrończym tonem, a ona zbliżyła się do mnie, jak grzechotnik, który szykuje się do ataku.
- Za co tym razem? - Jej zielone, kocie oczy nie pozostawiły mi drogi ucieczki.
Stałam wciśnięta w ścianę, zastanawiając się, czy kłamać, czy mówić prawdę.
- Za własne zdanie.
- Błagam, nie.
Nie chciała mnie dalej słuchać, tylko zaczęła się miotać jak lew w klatce. Przeszła z przedpokoju do kuchni po prawej stronie od drzwi wejściowych.
Zamiotła podłogę spódnicą eleganckiej, liliowej sukni, po czym minęła mnie i zaczęła się przechadzać po sypialni z lewej. Czułam, jak narasta we mnie irytacja.
- Nie chcę wiedzieć więcej - mówiła do mnie, chodząc w tę i z powrotem. - Sama doskonale wiem, co musiało się stać. Meryl, jej niewyparzona gęba i walka o wszystkich uciemiężonych. Zastanawiam się tylko, na jaki błyskotliwy tekst musiałaś zdobyć się tym razem, że byli zmuszeni od razu zwolnić specjalistę twojego kalibru.
- W tym przypadku słowa były zbędne. - Wzruszyłam ramionami, a Diana zatrzymała się jak zaczarowana i obrzuciła mnie pełnym paniki spojrzeniem.
- Jak to?
Zamiast cokolwiek mówić, odgarnęłam włosy z lewej strony twarzy, aby siostra mogła zobaczyć cały mój profil. Niczym najprawdziwsza dama, jaką zresztą była, zakryła usta dłonią w jedwabnej, srebrnej rękawiczce, kiedy zobaczyła moje limo.
- Pobiłaś się w szpitalu?! - ryknęła na mnie tak, że zadrżały wszystkie okna w kamienicy. - Z kim? Mam nadzieję, że nie z pacjentem.
- Z lekarzem - syknęłam urażona. - Z ordynatorem Gecelem gwoli ścisłości.
- Meryl, do jasnej cholery! To już przesada.
- Nie zapytasz dlaczego?
- Nic mnie to nie obchodzi.
- A powinno. - Splotłam ręce na piersi. Swoją butność przypłaciłam uderzeniem w twarz. Nawet nie wiem, kiedy Diana zdjęła rękawiczkę.
- Jeszcze raz stracisz pracę, a klnę się na wszystkich bogów, więcej nie zobaczysz córki.
Mierzyła mnie pełnym nienawiści wzrokiem, a jej palec wskazujący zawisł przed moim nosem. Atmosfera zrobiła się więcej niż ciężka.
- Przestań robić sceny - skwitowałam urządzane przez siostrę przedstawienie, co jedynie ją sprowokowało.
- Ja robię sceny?! Ja robię sceny?! O nie, moja droga - pogroziła mi. - Sceny dopiero mogę zrobić. A jak już zacznę, to nie będziesz miała czego szukać w Harenhall! Masz ostatnią szansę, żeby tym razem niczego nie spieprzyć albo zapomnij, że w ogóle masz jakąś rodzinę!
Trzasnęła drzwiami wyjściowymi tak, że omal nie wyleciały z framugi. Wreszcie zostałam sama, chociaż wizyta Diany nie trwała dłużej niż dziesięć minut. Odczułam to jednak zupełnie inaczej. Byłam autentycznie zmęczona tym najściem, jakbym dyskutowała z kobietą dwa dni i dwie noce.
Najdziwniejsza była dla mnie chwila, w której zdałam sobie sprawę, że słowa Diany nie są bolesne i mi nie zależy.
Znając jednak funkcjonowanie społeczeństwa i rozumiejąc to, jak powinnam się zachować, zdecydowałam się stanąć w szranki. Podjąć ostatnią walkę, którą zamierzałam przegrać.