1. Anioł Stróż /koniec kwietnia 2022/
Telefon w środku nocy nie jest zwiastunem niczego dobrego.
- Tak, słucham?
- Panie nadkomisarzu. Zadra z tej strony. Dyżurny.
- Co jest?
- Trupa mamy.
Po tonie głosu, jakim zostały wypowiedziane te dwa słowa, wywnioskował, że to nie jest taki zwykły trup, jaki zdarza się w wielkim mieście regularnie co kilka nocy.
- Co jest z nim nie tak? - zapytał szybko, bo nagle senność gdzieś się ulotniła jak obłok pary.
Dyżurny wyraźnie się zawahał.
- Lepiej, żeby pan nadkomisarz sam zobaczył. Wysłałem już po pana patrol.
Zerknął na ciemne okna zasłonięte żaluzjami. Wydawało mu się, że gdzieś w szparach migają regularnie światła policyjnego koguta. Cholera, pobudzą sąsiadów.
- J-jasne, już schodzę.
Nadkomisarz Marcin Zakrzewski rozłączył się, usiadł na łóżku i na moment ścisnął dłońmi skronie, żeby wyrzucić z głowy resztki senności. Która była godzina? Zerknął na wyświetlacz aparatu i jęknął w duchu. Barbarzyńska.
- Co się dzieje? - spod kołdry wynurzyła się twarz Renaty.
- Trup, śpij, później zadzwonię - rzucił uspokajająco.
- Aha - mruknęła, odwróciła się na drugi bok, naciągnęła kołdrę na głowę i już spała.
Zawsze dziwiło go, jak to się stało, że tak szybko przywykła do jego wyjść o każdej porze doby. Bo kiedyś się o niego bała. Kiedy przestała się bać? Czy tamtego dnia, gdy oficjalnie przyrzekł jej, że w pracy nie zrobi już nic głupiego? Raczej nie. Pewnie nadal się obawiała, tylko nauczyła się z tym uczuciem żyć i łatwiej potrafiła się maskować. Przecież potem kilka głupot jeszcze zrobił.
Sześć minut później wsiadł do zaparkowanego pod bramą radiowozu. Jechali przez uśpione i puste miasto. W aucie było tak gorąco, że Marcin oparł się o szybę i przymknął na chwilę oczy. Dlatego nie zarejestrował, gdzie się zatrzymali.
Było kilka minut przed trzecią. To był taki dziwny czas, kiedy ludzie, którzy lubią późno chodzić spać, już się położyli, a budziki tych, którzy musieli wcześnie wstawać, jeszcze się nie odezwały. Kilkadziesiąt minut prawdziwej nocy w środku wielkiego miasta. Było cicho, świat skrzył się nocnym przymrozkiem.
Nadkomisarz Marcin Zakrzewski wysiadł z samochodu pośrodku placu otoczonego ciągiem dziesięciopiętrowych bloków na jednym z wrocławskich osiedli. Zatarł ręce z zimna, po czym wcisnął je głęboko w kieszenie kurtki.
- Dobrze, że pan przyjechał, nadkomisarzu - powiedział policjant z patrolu, który nadszedł szybkim krokiem i zatrzymał się przed nim. Był dużo niższy od Zakrzewskiego i musiał unieść lekko głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. Z jego ust wraz z każdym słowem wydobywała się biała mgiełka. - Musi pan to zobaczyć.
Wskazał Marcinowi auto zaparkowane kilka metrów dalej. Drzwi od strony kierowcy były otwarte, zza nich zwisała bezwładnie ręka. Podszedł tam i poczuł, jak nogi się pod nim uginają, a serce zaczyna gwałtownie pompować krew. Spojrzał, lecz jakaś gigantyczna siła, z którą się jeszcze nigdy nie zetknął, kazała mu odwrócić wzrok i zacisnąć mocno powieki. Dobrze, że nie uległ pokusie wypicia szybkiej kawy przed wyjściem z domu, bo teraz mogłoby być różnie. Tylko raz w życiu spotkała go taka sytuacja i to zupełnie niedawno, kiedy wyszedł z piwnicy pod opuszczonym magazynem pod miastem. Tylko że to, co wtedy zobaczył, było tysiąc razy bardziej przerażające. Chyba naprawdę się starzał.
A może teraz chodziło po prostu o ofiarę? Przecież tak naprawdę Zakrzewski lubił tego gościa i wróżył mu karierę w wydziale. To był dobry gliniarz i obiecujący śledczy, aż do tamtego zdarzenia z Satyrem, który wpakował mu kulę w czaszkę. Niedawno wrócił, ale to już nie był ten sam facet. Jakby się zmienił w karykaturę samego siebie sprzed lat.
Zakrzewski, czując na sobie ciekawski wzrok mundurowego z patrolu, zmusił się do otwarcia oczu i ponownego spojrzenia na trupa. Jeszcze gdzieś w głębi zatliła się licha nadzieja, że to jednak jest kto inny, ale zaraz zgasła.
Aspirant Gotard Szawczak miał wielką dziurę w skroni po strzale z bliskiej odległości. Jego otwarte oczy wpatrywały się w sufit. Niewątpliwie był martwy.
Zakrzewski długo próbował zebrać myśli, wreszcie wyciągnął rękę do mundurowego.
- Masz fajki? Daj jedną - powiedział.
Kiedy w jednej dłoni trzymał papierosa, a w drugiej zapalniczkę, rozległ się staroświecki dźwięk jego telefonu komórkowego. Wsadził papierosa między wargi i wyciągnął aparat.
Nieznany numer. O tej porze?
Był jeszcze jeden rodzaj telefonu w środku nocy. Gorszy od tego sprzed kilkunastu minut. To był telefon w środku nocy z nieznanego numeru. Czuł, że musi odebrać.
- Tak?
Męski głos w słuchawce był zniekształcony przez modulator głosu.
- Jak ci się podoba mój prezent dla ciebie, Zakrzewski?
Serce jeszcze przyspieszyło.
- Kim jesteś? - zapytał drewnianym głosem.
- Jestem twoim Aniołem Stróżem. Postanowiłem zabijać wszystkich, którzy zatruwają ci życie i nie pozwalają pracować. Jesteś dobrym śledczym, musisz ścigać przestępców ze spokojnym umysłem. Dlatego postanowiłem ci pomóc.
Zakrzewski odszedł kilka kroków od auta, policjantów i martwego Szawczaka.
Spojrzał w zasnute szarością niebo, na którym nie było śladu nawet jednej gwiazdy.
- Kim jesteś? - powtórzył, czując suchość w ustach.
- Już mówiłem. Będę ci pomagał. Na początek ta mała gnida Szawczak. Podoba ci się?
- Nie potrzebuję twojej pomocy. - Marcin znowu włożył papierosa między wargi.
- Nie pal, Zakrzewski. Nie słyszałeś, że nikotyna szkodzi?
Marcin rzucił papierosa pod nogi.
- Tak lepiej. - Tamten zaśmiał się zgrzytliwie. - Do następnego razu!
Połączenie zostało przerwane.
Zanim schował aparat do kieszeni, wyłączył nagrywanie. Poczuł się nagle bardzo źle. Jakby był aktorem stojącym na scenie w świetle reflektorów, świadomym tego, że gdzieś wśród pogrążonych w ciemnościach widzów siedzi morderca i celuje do niego ze snajperskiego karabinka. Nie wiadomo, kiedy naciśnie na spust. Już za sekundę czy da mu jeszcze wypowiedzieć swoje kwestie do końca. Ktoś go obserwował, to było pewne.
Stał pośrodku pogrążonego w ciemnościach osiedla. Wielopiętrowe bloki patrzyły na niego ciemnymi oczodołami okien. Tylko nieliczne były oświetlone, ale miał pewność, że jego tam nie ma. Jego samozwańczy Anioł Stróż czaił się gdzieś bliżej. Może nawet bardzo blisko? Przecież żeby zobaczyć, że pali papierosa, musiał czaić się gdzieś tu, za rogiem. Było jeszcze ciemno, oświetlenie chodników marne, co tylko skracało między nimi odległość. Ile w takich okolicznościach można zobaczyć przez lornetkę? Niestety dużo. Jeśli dysponował bardzo dobrym wojskowym sprzętem, mógł patrzeć na niego nawet z piętra któregoś z okolicznych bloków.
Żółć zebrała mu się w gardle. Splunął i jeszcze raz omiótł wzrokiem panoramę osiedla. Ciemny plac zabaw, na którym widać było zarysy fantastycznych konstrukcji, zamknięta na kłódkę wiata na kubły na śmieci, kwadratowy trawnik, kilka ławek i ciągi aut zaparkowanych gęsto przy osiedlowych drogach. Nigdzie nie było widać żywego ducha prócz nich. Gdzie?
Miał jednak dziwne przeczucie, że bardzo niedaleko. Dlatego nie było na co czekać. Wyciągnął aparat i połączył się z dyżurnym.
- Słuchaj, Janek, spójrz na mapę tego osiedla i zobacz, czy możemy zrobić szybką blokadę i coś na kształt obławy - polecił. - Mam wrażenie, że zabójca Szawczaka wciąż tu jest.
Zadra był najbystrzejszym policjantem z młodego pokolenia, jakiego Marcin znał. Już dawno powinien wspiąć się wyżej po szczeblach kariery, a on wciąż wolał zarywać nocki jako dyżurny. Najwidoczniej lubił swoją pracę. Czy coś więcej się liczyło?
- Oddzwonię - rzucił szybko Zadra.
- Panie nadkomisarzu! - zawołał dzielnicowy, lecz Zakrzewski spławił go ruchem dłoni.
Już wybierał numer do szefowej techniki, Marty Mickiewicz. Odkąd drobna ekscentryczna kobieta o niebieskich włosach, zawsze sterczących we wszystkiej strony spod kolorowej czapki, i sporej liczbie kolczyków w nosie, wargach i uszach objęła rządy w wydziale techniki, nagle pełną parą wkroczyli w nowe stulecie. Bo mieli już na starcie lekkie opóźnienie, kiedy rządził jej wujek Robert Rajcza i nigdzie się w tym zarządzaniu nie spieszył. Teraz wszystko szło sprawniej, szybciej i bardziej profesjonalnie. A że Marta lubiła Marcina, to miał u niej szczególne względy.
- Już jadę - rzuciła zamiast powitania.
- Przyhamuj i słuchaj - powiedział twardo. - Potrzebuję coś na cito.
- Wal.
Wyjaśnił jej zwięźle sprawę, po czym przesłał jej na chmurę nagranie rozmowy z zabójcą.
- Tylko niczego mi tam nie zadeptać! - warknęła na niego niezadowolona, że musi kilka minut poczekać.
Rozłączyła się i Zakrzewski chwilę patrzył w gasnący ekran aparatu. Potok myśli w jego głowie przyspieszał, jakby zbliżał się do wodospadu.
- Panie nadkomisarzu! - Głos dzielnicowego wyrwał go z zamyślenia.
- Już idę - odpowiedział.
Jeszcze raz ogarnął wzrokiem najbliższe otoczenie. Chyba właśnie dopadły go kolejne problemy. Jak to mawiał słynny prywatny detektyw Philip Marlowe? "Kłopoty to moja specjalność". Powoli zaczynał się oswajać z myślą, że on też zaczyna specjalizować się w tej dziedzinie. Niech to jasny szlag trafi!
Dzielnicowy, mężczyzna grubo po trzydziestce, który pewnie z niejednego pieca chleb jadł i niejedno na służbie widział, przywoływał go gestem. Samochód z martwym funkcjonariuszem w środku był już otoczony policyjnymi taśmami, przymocowanymi do czego tylko się dało. Odległość, o jakiej pomyśleli mundurowi, była na pierwszy rzut oka prawidłowa, więc pewnie nie łazili przy samochodzie za dużo bez potrzeby, a tym bardziej niczego z własnej inicjatywy nie dotykali paluchami bez rękawiczek. Policjant trzymał w dłoni notes, ale relacjonował wszystko sprawnie, jakby nie był mu do niczego potrzebny. No chyba tylko do tego, żeby zająć czymś ręce. Dwóch jego kolegów stało teraz w pewnej odległości. Ci byli młodsi i w mdłym świetle latarni Marcin widział strach w ich oczach. Może słyszeli jego rozmowę z zabójcą? Mogło tak być. Osiedle o tej porze było tak ciche, jakby znaleźli się w Prypeci rok po katastrofie reaktora jądrowego.
- Zgłoszenie otrzymaliśmy od anonimowego świadka o pierwszej czterdzieści trzy - mówił spokojnie. - Jak dotąd nie było żadnych innych zgłoszeń. Pierwszy nasz patrol był tu o drugiej zero pięć.
- Dlaczego tak późno? - zapytał Zakrzewski, mimo że jego myśli krążyły w zupełnie innych rejonach.
- To duża dzielnica, a mamy aktualnie sprawny tylko jeden wóz - wyjaśnił szybko dzielnicowy.
- Dobra, dalej. - Zakrzewski machnął ręką.
- Moi ludzie zabezpieczyli teren i dali znać do centrali. No i przyjechał pan, panie nadkomisarzu.
- Nikt tu się nie kręcił?
- Był facet z psem, na oko czterdzieści pięć lat. Spisaliśmy go i poszedł do domu.
- Dobra, z jakiego numeru przyszło zgłoszenie?
- Numer zastrzeżony. - Mundurowy patrzył na Marcina nieruchomym wzrokiem, jakby wiedział, do czego zmierzają pytania.
Chyba jednak w tej piekielnej ciszy słyszeli jego rozmowę z zabójcą. Cholera, gdyby wiedział, kto dzwoni, odszedłby dalej. No trudno.
- Jaki miał głos? - pytał dalej.
- Głos? - Dzielnicowy się zawahał, przez chwilę z jego ust wydobywały się tylko kłęby pary w mroźnym powietrzu przed świtem. - Powiedziałbym, że normalny.
- To znaczy?
- Młody. Dwadzieścia do trzydziestu lat, zdecydowany, nie drżał. Nie był też przestraszony ani spanikowany, jak to bywa w takich przypadkach. Po prostu zawiadomił nas o zwłokach na parkingu i rozłączył się, zanim dyżurny zdążył zapytać o personalia.
- J-jasne. Dzięki.
W tej chwili rozległ się sygnał krótkofalówki dzielnicowego. Odebrał, słuchał przez moment, a potem podał urządzenie Marcinowi.
- Do pana.
- Zakrzewski - rzucił Marcin, ale niepotrzebnie.
Zadra dobrze wiedział, co robi.
- Panie nadkomisarzu, wszystko gotowe - mówił spokojnie. - Ściągnąłem, kogo się dało. Mam potwierdzenie, że są i czekają na decyzję o rozpoczęciu poszukiwań. Główne drogi wyjazdowe są cztery, rozlokowane mniej więcej tak jak strony świata. Radiowozy zabarykadowały wyjazdy. Oczywiście jest jeszcze kilka ścieżek i mniejszych dróżek, przez które może się przedostać. Nie dało się wszystkich obstawić. Nie wykluczam, że są jeszcze jakieś ścieżki piesze. Mamy za mało ludzi, żeby dobrze uszczelnić.
- Rozumiem, w porządku. Świetnie się spisałeś. Daj sygnał, że zaczynamy. Tylko dyskretnie, żeby go nie spłoszyć. Jeśli ciągle mnie obserwuje, to ja się nie ruszam.
- Oczywiste.
- Aha, Janek!
- Tak?
- Jest Karina Buczko?
- Tak, czekają z tym nowym od zachodu.
- Zaczynajcie.
Rozłączyli się, a potem Marcin jeszcze raz przeleciał wzrokiem po ciemnych, jakby martwych oknach otaczających go dziesięciopiętrowców. Miał wrażenie, że nieprzyjazne oczy śledzą go z każdego rzędu okien. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Znowu przeleciał mu przez głowę obraz snajpera, który w celowniku widzi teraz wyraźnie jego głowę, a palec zaciska się na spuście. Wzdrygnął się. Mijały wolno minuty, a na osiedlu dalej trwała niczym niezmącona cisza, pomimo zorganizowanej obławy.
Co powiedział Zadra? Karina z tym nowym. Problem z tym nowym polegał na tym, że facet najprawdopodobniej do niczego się nie nadawał, najwyżej do oddziału prewencji, gdyby udało mu się pojąć podstawowe elementy przeszkolenia. Chodziły słuchy, że jeden z bogatych, dobrze ustosunkowanych tłustych kotów obecnej władzy realizował marzenie o synu w policji. Bo patrząc na zaangażowanie jego syna, można było wysnuć tezę, że to nie było jego marzenie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki