Niedziela, 9 czerwca
Josie budzi się nagle z płytkiej kałuży snu, a jej sen jest tak blisko powierzchni świadomości, że niemal może go kontrolować. Jest w Lansdowne. Alix Summer woła do niej, by usiadła przy ich stole, na którym stoją ekstrawaganckie miseczki z owocami. Jej przyjaciele wychodzą. W pubie robi się pusto. Alix i Josie są naprzeciwko siebie, Alix mówi: "Potrzebuję cię". W tej chwili Josie otwiera oczy.
To przez autobusy.
Wiecznie ją budzą.
Mieszkają zaraz obok przystanku na brudnej i zatłoczonej ulicy między Kilburn i Paddington. Jak podaje lokalny portal historyczny, stojące tutaj wiktoriańskie domy zbudowano w tysiąc osiemset siedemdziesiątym szóstym roku dla zamożnych kupców. Droga prowadziła niegdyś do uzdrowiska w Kilburn Priory i dudniły na niej koła powozów, stukały kopyta koni. Teraz każdy budynek został niechlujnie podzielony na mieszkania, zaś otynkowane ściany zewnętrzne przez wiecznie panujący tu wysoki ruch zabarwiły się na kolor starych gazet. No i te autobusy. Na tej trasie jeżdżą trzy, co kilka minut jakiś mija przystanek albo się na nim zatrzymuje. Hydrauliczny syk jest tak głośny, że czasami pies ucieka ze strachu w róg pokoju.
Josie spogląda na zegarek. Już dwanaście po ósmej. Odsuwa ciężkie denimowe zasłony i wygląda na ulicę. Znajduje się niemal na wyciągnięcie ręki od pasażerów, którzy nie mają pojęcia, że są podglądani przez kobietę z okna jej sypialni. Dołącza do niej pies, a Josie obejmuje dłonią jego główkę.
- Dzień dobry, Fred.
Ma lekkiego kaca. Wypili wczoraj pół butelki szampana i doprawili to sambucą. Josie nie jest przyzwyczajona do takich ilości alkoholu. Wchodzi do salonu, gdzie Walter siedzi przy stole pod oknem z widokiem na ulicę.
- Dobry - rzuca jej mąż razem z niemrawym uśmiechem, po czym z powrotem patrzy w komputer.
- Dobry - odpowiada Josie, ruszając do aneksu kuchennego. - Nakarmiłeś psa?
- Tak, nakarmiłem. I wyprowadziłem.
- Dziękuję - mówi ciepło.
Fred to jej obowiązek. Walter nigdy nie chciał psa, a już na pewno nie takiego małego jak Fred, który jest szpicem miniaturowym. Dlatego jest wdzięczna za każdym razem, kiedy jej mąż robi coś, by pomóc w opiece.
Josie szykuje sobie tosty i kubek herbaty, a potem zasiada na kanapie stojącej w kącie pomieszczenia. Gdy włącza telefon, zauważa, że późno w nocy szukała informacji o Alix Summer. To wyjaśnia, dlaczego kobieta jej się przyśniła.
Wygląda na to, że Alix Summer to znana podcasterka i dziennikarka. Ma osiem tysięcy obserwujących na Instagramie i tyle samo na Twitterze. W biogramie przedstawia się jako "mama, dziennikarka, feministka, zakochana bez wzajemności w jodze, mieszka w ulubionym Queen's Park i zawodowo zajmuje się wścibstwem oraz wtykaniem nosa w nie swoje sprawy". Jest też link do jej podcastu Cała kobieta, w którym rozmawia o sukcesach zaproszonych aktorek, prezenterek, sportowczyń i tak dalej. Josie rozpoznaje niektóre nazwiska.
Zaczyna słuchać jednego odcinka. Występuje w nim niejaka Mari le Jeune, która stoi na czele globalnego imperium kosmetycznego. Głos Alix we wstępie brzmi aksamitnie i wiadomo, dlaczego postawiła na taki zawód.
- Czego słuchasz? - pyta Walter.
- Takiego podcastu. Prowadzi go ta kobieta z pubu, Alix. Moja urodzinowa bliźniaczka. To jej praca - odpowiada Josie.
Słucha jeszcze przez chwilę. Mari opowiada o tym, jak wyszła wcześnie za mąż za człowieka, który ją kontrolował.
- Decydował o wszystkim, co robiłam. Co jadłam, w co się ubierałam. Sprawił, że dzieci obróciły się przeciwko mnie. Że przyjaciele obrócili się przeciwko mnie. Moje życie było takie małe, jakby wziął je w rękę i wycisnął z niego ostatnią kroplę mnie. A potem nagle zmarł w dwa tysiące piątym. I było zupełnie tak, jakby ktoś nacisnął przycisk "reset", a moje życie zaczęło się od nowa. Odkryłam, że przez te mroczne lata z mężem, kiedy wydawało mi się, że jestem na świecie zupełnie sama, pewna grupa ludzi czekała, aż do nich wrócę, nigdy mnie nie porzucili. Wzięli mnie pod swoje skrzydła.
Potem wraca głos Alix.
- A gdyby twój mąż... I nie chciałabym zabrzmieć zbyt ostro, jak pozbawiona uczuć, ale... Gdyby twój mąż nie zmarł w tak młodym wieku, jak myślisz, jak mogłaby wyglądać twoja droga? Znalazłabyś się w tym miejscu, w którym jesteś teraz? Czy sądzisz, że w jakimś sensie twój sukces, wszystkie twoje osiągnięcia były ci pisane? Czy raczej uważasz, że to właśnie tragiczna śmierć męża umożliwiła ci wejście na tę ścieżkę?
- To bardzo dobre pytanie i właściwie cały czas o tym myślę. Owdowiałam w wieku trzydziestu sześciu lat. W chwili, gdy poznaliśmy rokowania męża, nie byłam zupełnie gotowa do rozstania, podświadomie czekałam, aż dzieci będą starsze. Ale spędziłam tak wiele lat na wyobrażaniu sobie tego wszystkiego, co bym zrobiła po rozwodzie, że miałam już gotowy plan na życie bez męża, chociaż kompletnie nie wiedziałam, jak się uwolnić. Dlatego tak, to możliwe, że podążyłabym tą drogą, nawet gdyby nie umarł na raka. Jego śmierć chyba to po prostu przyśpieszyła. Dzięki temu mogłam dłużej budować firmę, poznawać ją, pielęgnować, rozwijać się razem z nią. Gdybym poczekała, byłoby zupełnie inaczej. I chociaż to brzmi okropnie, śmierć jest takim definitywnym zerwaniem. Nie ma żadnej szarej strefy. Nie ma dwuznaczności. W pewnym sensie dostajesz czystą kartę. To się okazało bardzo pomocne w momencie, gdy musiałam się odnaleźć w bezkresnym morzu możliwości, które pojawiły się przede mną w trakcie tych pierwszych lat. Nie byłabym tutaj w dokładnie tym momencie, gdyby on żył.
Josie naciska pauzę. Jej oddech nieco przyśpieszył, niemal brakuje jej tchu. Śmierć to czyste zerwanie. Spogląda na Waltera, żeby sprawdzić, czy zwrócił na to uwagę, lecz nie słuchał. Kobieta o imieniu Mari jest teraz właścicielką trzech nieruchomości w różnych częściach świata, zatrudnia każde z czworga swoich dzieci w rodzinnej firmie i jest założycielką największej brytyjskiej fundacji charytatywnej zajmującej się przeciwdziałaniem przemocy domowej. Na koniec odcinka Josie siedzi przez chwilę i przetrawia wszystko, co usłyszała o nadzwyczajnym życiu tej kobiety. Potem wraca do wyszukiwarki i przegląda profil Alix na Instagramie. Zgodnie z przewidywaniami widzi tam dużą kuchnię z wyspą, rude dzieci na wietrznej plaży, widoki z londyńskich wieżowców, koktajle, koty i egzotyczne wakacje. Dzieci Alix są jeszcze małe, chyba nie skończyły dziesięciu lat, a Josie zastanawia się, co Alix robiła przez te wszystkie lata wcześniej; czym się zajmuje trzydziestoletnia kobieta bez dzieci? Jak spędza swój czas?
Zatrzymuje się na zdjęciu Alix i jej męża. Jest wysoki, nawet przy żonie wyższej niż przeciętna kobieta, a jego gęste rude włosy wyglądają na znacznie bardziej ogniste, pewnie pod wpływem jakiegoś filtra. Podpis głosi: "Dzisiaj mija piętnaście lat, odkąd pojawiłeś się w moim życiu. Chociaż nie zawsze było łatwo, zawsze byliśmy ty i ja", a na końcu jeszcze ciągną się emoji z serduszkami.
Josie założyła sobie konta w mediach społecznościowych, ale niczego na nich nie publikuje. Na myśl o tym, że miałaby wrzucić do internetu swoje zdjęcie z Walterem, żeby ludzie mogli się na nie gapić i oceniać, robi jej się nieswojo. Mimo to cieszy się, gdy robią to inni. Sama jest wytrawną podglądaczką. Nigdy niczego nie udostępnia, niczego nie komentuje, nie lajkuje. Za to patrzy.
Zaczyna się lepka i gorąca niedziela. Nathana nie ma obok na łóżku i Alix próbuje posklejać jako tako fragmenty poprzedniego wieczoru. Pub, szampan, tequila, powrót do domu wokół parku, rozmowa z kaczkami w małym zoo przez ogrodzenie, kwa kwa, Nathan nalewający szkocką, kot zwinięty w kłębek na kolanach, zapach dyfuzora z patyczkami wymieszany z odorem wymiocin, zaglądanie do pokoi dzieci, rzęsy dotykające policzków, lampki nocne, piżamy, twarz Nathana obok w lustrze, jego usta na jej szyi, dłonie na biodrach, spragnione, CZYŚ TY ZWARIOWAŁ?, potem łóżko. Jednak poduszka Nathana nie wygląda, jakby ktoś na niej spał. Czyżby się pokłócili? Gdzie on jest?
Ostrożnie wstaje i zagląda do łazienki. Tam go nie ma. Schodzi na dół i słyszy dzieci w kuchni. Ktoś włączył telewizor, Eliza leży na kanapie z kotem na piersi. Leon siedzi z laptopem. Resztki po śniadaniu zaśmiecają długi kremowy blat.
- Gdzie tata?
Eliza unosi wzrok. Wzrusza ramionami.
- Leon, ty wiesz?
Chłopiec zdejmuje słuchawki i patrzy na nią zmrużonymi oczami.
- Co?
- Gdzie jest tata?
- Nie wiem.
Alix wychodzi do ogrodu. Kamienne płyty na tylnym tarasie są już ciepłe. Nathana nie ma w szopie, nie ma go też w studiu. Kobieta wyciąga z kieszeni piżamy telefon i wybiera jego numer. Słychać sygnał.
- Widziałaś go wcześniej? - pyta Elizę, wróciwszy do kuchni.
- Nie. Mamo?
- Tak?
- Możemy iść dzisiaj do księgarni?
- Tak. Oczywiście. Oczywiście, że pójdziemy.
Alix parzy kawę, pije wodę, zjada tosty. Wie, co się stało i czego się spodziewać. Był spokój na kilka miesięcy, jednak pamięta ten kształt, ten okropny, miażdżący koszmar. Już przygniótł wspomnienie radości ze świętowania urodzin.
Kiedy siedzi z drugą kawą, wraca do niej strzęp poprzedniego wieczoru.
Kobieta w toalecie, która okazała się mieć urodziny w tym samym dniu. Jak się nazywała? A może się nie przedstawiła.
Alix zastanawia się, co tamta kobieta robi tego ranka. Ciekawe, czy jej mąż też wymknął się po cichu w środku nocy, a ona musiała obudzić się sama. Nie, myśli sobie, oczywiście, że nie. Inni mężowie tak nie postępują. Tylko Nathan.
Wraca o godzinie szesnastej. Ma na sobie to samo ubranie. Przechodzi obok żony w kuchni, by dostać się do lodówki, z której wyjmuje dietetyczną colę i wypija ją zachłannie.
Alix mu się przygląda i czeka, aż Nathan się odezwie.
- Spałaś jak zabita - tłumaczy. - A ja jeszcze... nie miałem dość. Musiałem po prostu...
- Jeszcze się napić?
- Tak! No, nie. To znaczy, napić mogłem się w domu. Chciałem, no wiesz, wyjść.
Alix zamyka oczy i wciąga głęboko powietrze.
- Wyszliśmy na cały wieczór. Od osiemnastej aż do północy. Zobaczyliśmy się ze wszystkimi znajomymi. Piliśmy przez bite sześć godzin. Bawiliśmy się. Wróciliśmy do domu. Wypiłeś jeszcze szkocką. I mimo to chciałeś więcej?
- Tak. Chyba. To znaczy... Byłem bardzo pijany. Nie myślałem trzeźwo. Zwyczajnie zrobiłem to, na co miałem ochotę.
- Gdzie byłeś?
- W Soho. Z Giovannim i Robem. Wypiłem z nimi jeszcze parę drinków.
- I zeszło się do szesnastej?
- Wynająłem pokój w hotelu.
Alix warczy cicho pod nosem.
- Zapłaciłeś za nocleg zamiast wrócić do domu?
- Nie byłem w stanie. W tamtym momencie wydawało mi się to najlepszym rozwiązaniem.
Wygląda koszmarnie. Alix próbuje sobie go wyobrazić, jak kręci się po Soho w środku nocy i wlewa w siebie drink za drinkiem. Próbuje sobie wyobrazić, jak zataczając się, poszedł do hotelu o czwartej nad ranem, z rozczochranymi włosami, z kwaśnym oddechem po wielu godzinach spędzonych przy alkoholu i jedzeniu, jak chuchnął recepcjonistce w twarz, po czym padł na łóżko i chrapał głośno w pustym pokoju.
- Nie wykopali cię w południe?
Drapie się po przyprószonym siwizną zaroście i lekko się krzywi.
- Podobno próbowali mnie obudzić - odpowiada. - I to nie raz. W końcu musieli otworzyć drzwi. Żeby, no wiesz, upewnić się, że żyję.
Mówiąc o tym, uśmiecha się ironicznie, a wtedy Alix przychodzi do głowy, że dwadzieścia lat temu żartowaliby sobie z tej opowieści. Z jakiegoś powodu uznaliby za zabawne, że dorosły człowiek pije przez prawie dwanaście godzin, znika gdzieś w Soho i zmusza obsługę hotelu do użycia zapasowego klucza z obawy, że coś mu się stało, gdy tymczasem on z pewnością leżał wyciągnięty na środku łóżka, półnagi, nieświadomy, skacowany, odrażający.
Roześmiałaby się. Wtedy. Lecz nie teraz.
Nie teraz, gdy ma czterdzieści pięć lat.
W tej chwili czuje tylko wstręt.
W ciągu następnego tygodnia Josie słucha prawie trzydziestu odcinków podcastu Alix. Poznaje opowieści kobiet, które podniosły się po setce różnych kryzysów: chorobie, złym związku, biedzie, wojnie, problemach psychicznych i tragedii. Traciły dzieci, części ciała, autonomię; były bite, poniżane, uciskane. I mimo tego wszystkiego każda z nich powstała, co do jednej, i znalazła swój cel, o którego istnieniu nie miała pojęcia. Podcast zdobył wiele nagród i Josie wcale to nie dziwi. Z jednej strony historie kobiet są inspirujące same w sobie, a z drugiej Alix podchodzi do nich z taką empatią, z taką mądrością i z takim człowieczeństwem, że potrafiłaby z każdej rozmowy uczynić coś chwytającego za serce. Josie próbuje znaleźć więcej informacji o Alix w internecie, niestety nie ma zbyt wiele punktów zaczepienia. Podcasterka rzadko udziela wywiadów, a jeśli już odpowiada na pytania, to niewiele zdradza na swój temat. Josie wyobraża sobie, że kobieta sama do wszystkiego doszła i ma kontrolę nad swoim życiem. Wyobraża sobie w jej przeszłości podobną historię jak te opowiadane przez gościnie jej podcastu i fantazjuje o tym, że jeszcze kiedyś się spotkają, porozmawiają o tym, a Alix być może zostanie dla Josie mentorką - pokaże jej, jak być osobą, którą zawsze wydawało jej się, że powinna być.
Pewnego popołudnia na instagramowym profilu Alix pojawia się nowe zdjęcie. Zrobiono je na przyjęciu urodzinowym jednego z dzieci. Są balony z liczbą jedenaście, rudowłosa córeczka przebrana za punkową wróżkę, a za nią dumny ojciec patrzy, jak dziewczynka nadyma policzki, by zdmuchnąć świeczki na wielkim różowym torcie. W tle jeszcze inni ludzie, z rękami gotowymi do oklasków i szerokimi uśmiechami na twarzach. A potem Josie przybliża obraz i zauważa coś znajomego. Szkolne zdjęcie na kredensie, a na nim dwójkę dzieci w jasnoniebieskich koszulkach polo ze szkolnymi tarczami w granatowym kolorze. I wtedy dociera do niej, że dzieci Alix Summer chodzą do tej samej szkoły, do której kiedyś uczęszczały Roxy i Erin. Nagle znowu to czuje, tę dziwną więź i wrażenie, że jest coś, co ciągnie je do siebie nawzajem, jakaś siła losu. Oczami wyobraźni widzi Alix Summer na tym samym placu zabaw, na którym sama spędziła tyle lat swojego życia, wchodzącą do tego samego przegrzanego biura, aby zapłacić za szkolne wycieczki i obiady, ściśniętą na tej samej ławce w tej samej małej sali, by oglądać występy i jasełka, odwieszającą te same granatowo-niebieskie mundurki na suszarkę.
Urodzone tego samego dnia.
W tym samym szpitalu.
Świętowały czterdzieste piąte urodziny w tym samym pubie, w tym samym czasie.
A teraz jeszcze to.
To musi coś oznaczać. Josie nie ma wątpliwości.